Czasopismo Ziemia Kaliska

Bogumił Kunicki

Ballada kaliska
Podziemne szkoły (cz. 1)

Warunki historyczne w jakich żył nasz naród od utraty niepodległości w XVIII wieku wytworzyły wiele specyficznych cech narodowych, zarówno dobrych jak i złych, wytworzyły również nietypowe dla innych, bo niepotrzebne w innych warunkach umiejętności konspiratorskie. Dotyczyły one spraw politycznych, społecznych, a także spraw oświaty.

Naród pozbawiony państwa, rozcięty między kraje zaborcze obce nam kulturą i językiem zmuszony był zastosować swoistą samoobronę. Wzmożenie akcji germanizacyjnej i rusyfikacyjnej zrodziło zarówno odruchy jawnego buntu (jak choćby znane wypadki we Wrześni czy strajk szkolny 1905 roku w Królestwie Polskim) i specyficzny system konspiracyjnego nauczania w zakazanym języku ojczystym i zakazanych, najbardziej „wywrotowych” przed miotów: historii, geografii, i literatury polskiej.

Ze wspomnień starszego pokolenia kaliszan, odnoszących się do lat sprzed 1905 roku, do lat wyjątkowej brutalności carskich władz oświatowych, zachowało się wiele wiadomości o tych pierwszych, skromniejszych tajnych „kompletach”. Skromniejszych głównie co do liczby uczestników, jako że w ówczesnych warunkach społecznych nauka w ogóle była dostępna dla warstw zamożniejszych, co w fabrycznym Kaliszu automatycznie poza zasięgiem konspiracyjnej szkoły pozostawiało znaczną ilość młodzieży. Wiemy więc o kłopotach z podręcznikami dla konspiracyjnych szkół, w wyniku czego nauczyciel, często zresztą bez wykształcenia pedagogicznego, przekazywał tajną wiedzę w zakresie i sposobem dostępnym dla własnych umiejętności. Wiemy więc o specjalnych metodach konspiracji wpajanych w młodych ludzi: umownych pukaniach do drzwi, czy ilościach dzwonków, o zasadzie wchodzenia do domu, w którym mieścił się zakonspirowany lokal szkolny, o przemyślnym przenoszeniu zeszytów: pod nabiałem, warzywami, pod kurtkami czy paltami itp. Ba w przypadkach pojedynczych istniał nawet.... zakaz kłaniania się temu, który w tajemnicy przed władzami odsłaniał tajniki trudnej przecież ortografii polskiej, zawiłości dynastycznych Piastów itp.

Różne były szczeble narodowego uświadomienia — od początkowych i mozolnych „składań” liter w polskiej mowie, po odpowiedniki wiadomości szkół średnich na takim poziomie, aby absolwent mógł zostać przyjęty do wyższych szkół w Galicji, jedynego zaboru z polską autonomią oświatową.

Z wielkimi honorami, z szacunkiem olbrzymim wspominano po uzyskaniu niepodległości o tych, którzy w trudnych czasach zaborów uczyli polskości. Nikt chyba nie przy puszczał wówczas, że za dwadzieścia lat cały konspiracyjny eksperyment trzeba będzie powtórzyć, że teraz nierzadko dawni uczniowie-konspiratorzy staną się z konieczności konspiratorami - nauczycielami.

Nie trzeba tu nikomu przypominać polityki hitlerowskiej wobec naszego narodu. W tym „bogatym” programie represji i eksterminacji poczesne miejsce zajmuje wynarodowienie. Stąd też zakaz nauczania wprowadzony ze szczególnym naciskiem na terenie tzw. ziem wcielonych do Rzeszy, czyli Warthegau, uznany był przez hitlerowców za warunek pierwszy i niezbędny. Trzeba było również odciąć większość ludności od tych, którzy zdaniem władz niemieckich mogli przez swą postawę, poglądy, wykształcenie itp. stanowić potencjalną przeszkodę w polityce wynaradawiania. Efektem tego założenia były wysiedlenia. Represje te objęły większość nauczycieli, stąd też „odbudowa” konspiracyjnej sieci szkół została poważnie utrudniona, a w niektórych przypadkach wręcz uniemożliwiona. Dlatego też mówiąc o drugiej, antyhitlerowskiej konspiracji nauczania, trzeba o tym pamiętać, bowiem z tych prozaicznych względów sprawami tajnej nauki zajęli się w znacznej mierze ludzie, którzy w dotychczasowym życiu nigdy nauczaniem się nie parali. Dlatego też wśród nauczycieli-konspiratorów w Kaliszu spotykamy również przedstawicieli różnych zawodów, a także - o czym często się zapomina, wielu rodziców nauczających własne dzieci i często też „przy okazji” dzieci sąsiadów.

Daleko większe było również ryzyko. Teraz zą tajne nauczanie groził obóz koncentracyjny, a skutki pobytu w takim obozie były powszechnie znane. Dlatego też „głębsza” musiała być konspiracja, dlatego też w przypadku Kalisza zdecydowaną przewagę miał system jednostkowego nauczania nad systemem kompletów. Przeszkadzał temu również powszechny zwyczaj improwizowanych rewizji mieszkań, rewizji osobistych przechodniów — nierzadko i dzieci i młodzieży, inwigilacja podejrzanych mieszkań itp. W tej sytuacji konspiracja szkolna musiała być tym szczelniejsza, pełniejsza. Zdziwienie wśród tych, którzy wówczas uczyli, budzą więc niesprawdzone wieści o jakiejś organizacji tajnego nauczania o istnieniu wyznaczonego ponoć pomocnika do tych spraw. Przecież jakakolwiek próba na rzucenia choćby prowizorycznej sieci organizacyjnej musiała doprowadzić do wzajemnych kontaktów znacznej ilości ludzi, a tym samym zwiększała możliwość dekonspiracji. Nie twórzmy więc niepotrzebnych nikomu legend i mitów. Wydaje się, że bez żadnych zbędnych upiększeń praca wszystkich tych ludzi, którzy narażając własne życie, nauczali młodych współobywateli, bez względu na ich zawód czy przekonania polityczne, bez względu na możliwość realizowania jakiegoś w miarę normalnego programu nauczania jest dostatecznie ważna i społecznie uznana.

A jak wyglądał taki przeciętny dzień pracy podziemnej szkoły, z uwzględnieniem najczęściej spotykanych wariantów, postaram się przedstawić Czytelnikom w następnej „balladzie”.


Ten link przeniesie Cię na górę strony

Ballada kaliska
Podziemne szkoły (cz. 2)

W poprzedniej „balladzie” omówiliśmy ogólnie warunki w jakich działało tajne nauczanie w Kaliszu w okresie okupacji. Dziś, kiedy nie sposób wymienić ani wszystkich nauczycieli tego. okresu, ani dokładnie określić liczby uczniów korzystających bądź z tzw. kompletów bądź pobierających naukę indywidualnie, pragniemy po prostu dla zilustrowania warunków w jakich pracowały podziemne szkoły podać jedynie dwa przykłady.

Pierwszy z nich jest o tyle nietypowy, że ucząca dzieci osoba była formalnie „wysiedlona”. Chodzi o panią Mieczysławę Błażejewską, przed wojną nauczycielkę Szkoły Podstawowej im. 3 Maja, dziś — im. Janka Krasickiego. Rozpoczęła tajne nauczanie już w 1940 roku i zakończyła swą pracę dopiero 15 stycznia 1945 roku. M. Błażejewska mieszkała wówczas na plebanii św. Mikołaja, opiekując się bardzo już wówczas chorym, znanym w Kaliszu wujem — ks. J. Sobczyńskim. Ogród przy plebanii i zbierane z niego warzywa i owoce były dogodnym pretekstem do odwiedzania lokalu przez dzieci, rzekomo celem kupna ogrodowych płodów. Jedyną niedogodność w tym względzie stanowił zamieszkały na wprost plebanii niemiecki „kapuś”, ze względu na którego, przynajmniej na jakiś czas trzeba było z lokalu zrezygnować. Kiedy po naukę zgłosili się: Jączyńska, dwaj bracia Paszkiewiczowie i Skrzyńska skorzystano z lokalu ciotki Jączyńskiej. pani Janaszewskiej, mieszkającej przy ul. Babina. Czwórka dzieci podzielona według płci na dwie dwójki odbywające zajęcia wspólnie, spotykała się ze swą „panią” 2—3 razy tygodniowo na 2—4 godziny. Przerabiano kurs szkoły powszechnej, z tym, iż w ciągu roku zakładano przerobienie programu dwóch klas.

Drugim miejscem tej „przenośnej” szkółki było mieszkanie pani Nowackiej, na ulicy Parkowej nr 2, której córka — Krystyna również pobierała naukę u p. Błażejewskiej. Jak bardzo zakonspirowana była ta „szkoła” świadczyć może fakt, iż autor tej „ballady”, sam mieszkając w tym właśnie domu, uczony, przez własną matkę, o kompletach tych dowiedział się dopiero 27 lat później! W tej okolicy „straszył” duży dom zamieszkały wyłącznie przez Niemców, a usytuowany prawie na wprost okien mieszkania p. Nowackiej, co w pewnym wypadku doprowadziło nawet do przymusowego „odleżenia” pewnego czasu przez nauczycielkę i dwie uczennice gdyż wydawało się, że po pukaniu do drzwi, na które nikt nie odpowiedział, mieszkanie jest obserwowane ze wspomnianego domu. Jeszcze jednym lokalem „szkoły” było mieszkanie położnej, p. Astowej na poddaszu willi Nestripków, na ul. Niecałej (dziś Walki Młodych) udostępniane na lekcje przez gościnną gospodynię. Potem, już po śmierci ks. Sobczyńskiego i dzięki pomocy dobrych ludzi „wyrobieniu” nowego ausweisu po oficjalnym „wysiedleniu” p. Błażejewskiej, dzieci znów przychodziły na plebanię. Tu też, z błahego zresztą powodu — nieprzestrzegania zaciemnienia, o mały włos nie nastąpiła „wsypa”.

Na szczęście dzieci zdołały umknąć drugim wyjściem, podręczniki schowano. Gorzej powiodło się nauczycielce, którą żandarm ordynarnie wyzwał, pobił i leżącą skopał. Po jakimś czasie nauczycielce odebrano ogród. Tak więc ten lokal był znów „spalony”.

Jak już wspomnieliśmy p. Błażejewska uczyła do 15 stycznia. Po wyzwoleniu, 25 stycznia już zgłosiła się do ratusza, aby organizować szkolnictwo już jawnie, polskie. 27 stycznia rozpoczęto zapisy w świeżo oczyszczonych pomieszczeniach szkoły nr 1, a 12 lutego nastąpiło uroczyste otwarcie tej szkoły.

Mniej konspiracyjnie, być może z racji samego usposobienia nauczycielki, która jakby nie zdawała sobie sprawy z nie bezpieczeństwa, uczyła dzieci p. Maria Siarkiewicz. W tym wypadku dzieci małymi grupkami, ale za to chyba przez cały dzień przychodziły do mieszkania nauczycielki na ul. Widok. O potrzebie konspiracji pouczali nielegalnych uczniów raczej ich rodzice niż nauczycielka, a i to jak się okazuje odniosło raczej mierny skutek, gdyż ze wspomnień jednej z uczestniczek „tajnej” nauki wynika, że nie przestrzegano ani chowania książek, ani „skromnego” zachowania się po wyjściu z zajęć, nie mówiąc już o brawurowym dzwonieniu do furtek zamieszkałych przez Niemców domów i wywoływaniu w ten sposób wściekłego ujadania psów. Uczono tu polskiego, matematyki i historii w zakresie szkoły podstawowej.

I w tym wypadku trudno dziś dokładnie ustalić ile dziewcząt i chłopców przewinęło się przez mieszkanie p. Siarkiewicz. Na pewno była ich spora gromadka. Zresztą ta „szkoła” była dość znana w mieście, choć w zasadzie uczono tu dzieci znajomych i trafiały do niej tylko dzieci znajomych nauczycielki i ich krewnych lub znajomych. Aż dziwił nas fakt iż w filmie o tajnym nauczaniu mimo pokazania zdjęcia nauczycielki z uczniami nie padło nawet jej nazwisko. To wspomnienie ma być m. in. wyrazem szacunku i wdzięczności za pracę w tych nietypowych przecież warunkach.

Nie jesteśmy w stanie pisać o wszystkich i nie to było zamiarem autora. Chcemy, pokazując dwie wybrane sylwetki ukazać trudną, odpowiedzialną społecznie i zasługującą na powszechny szacunek, ciężką i niebezpieczną pracę wszystkich tych ludzi, którzy nie pozwolili na wynarodowienie młodzieży przez hitlerowców. Wszystkim za to dziękujemy!

Zdjęcie p. Marii Siarkiewicz z jej uczniami

Bogumił Kunicki

ZK nr 44 (559), 45 (560) 1972

Ten link przeniesie Cię na górę strony