Baszta Dorotka
     
Tadeusz Pniewski
Kalisz z oddali

 

Tadeusz Pniewski

 

 Kalisz z oddali

  Przedmowę napisał
Edward Polanowski

 

Towarzystwo Miłośników Kalisza
Kalisz 1988


I Wydanie Internetowe
Mikrosat - Krzysztof Płociński i synowie,  wrzesień 1999
Wszelkie prawa zastrzeżone

Spis treści

PRZEDMOWA
SŁOWO WSTĘPNE
I. Z DYMEM POŻARÓW

1. W cieniu fabryki fortepianów
2. Ulica Lipowa i okolice
3. Dzieje pewnej rodziny
4. Na rogatce

II. PIERWSZE KROKI
1. Szkółka pani Kaupowicz
2. Moja codzienna wędrówka do szkoły
3. Dziecięce fascynacje i zabawy

 III. SZKOŁO, SZKOŁO, HEJ...
1. W dostojnym gmachu
2. Zeus - pobłażliwy i nieomylny
3. Inni mieszkańcy Olimpu
4. W uczniowskich mundurkach
5. Najpiękniejsze szkolne chwile

IV. MIASTO MEJ MŁODOŚCI
1. W starym i nowym parku
2. Podzwonne dzielnicy żydowskiej
3. Romans Szmula Dunkelmana
4. Targi, jarmarki, zabawy ludowe, letnie i zimowe rozrywki kaliszan
5. Res sacra miser
6. Wypadki kaliskie

V. DIES IRAE
1. Przed burzą
2. Pierwsze dni wojny
3. Wrześniowa tułaczka
4. Bój pod Ożarowem
5. Okupacja - życie codzienne i ruch oporu

VI. POWRÓT I UCIECZKA
1. Pierwszy spacer po latach
2. W kaliskim szpitalu
3. Lekarz do wszystkiego
4. Krew - dar serca
5. Moje społeczne pasje
6. Klan asnykowców

POSŁOWIE

Tadeusz Pniewski - Kalisz z oddali - Przedmowa Edwarda Polanowskiego

      Biografie poszczególnych ludzi składają się na kształt historii społeczeństw. To dopiero z indywidualnych losów wysnuwa się prawda o dziejach ludzkich grup, narodów i państw, o dziejach wsi miasteczek i miast. By jednak to wszystko zamknęło się w formie uogólnionych prawd, musi być poprzedzone opisem wydarzeń i przeżyć pojedynczego uczestnika historii, jako że nie ma innej przeszłości niż ta opisana w słowach.

      Przyzwyczajano nas w ostatnich dziesięcioleciach do historii odpersonalizowanej, w której dominowały procesy społeczno-ekonomiczne układające się w szeregi praw i reguł, a my nadal tęsknimy do obrazu przeszłości widzianego oczami konkretnego człowieka wraz z całym bogactwem ludzkich namiętności i ocen prezentowanych wydarzeń.

      Narzekamy często na niedostatki wiedzy o historii najnowszej. nie zadowala nas faktografia dnia codziennego, z jaką mamy do czynienia w gazetach i czasopismach. Poszukujemy tego, co współbrzmi z naszym odczuciem i doświadczeniem i co byłoby autentycznym głosem świadka i uczestnika wydarzeń. Kronika dnia codziennego, przybierająca formę dziennika, oraz wspomnienie - to dwa rodzaje tekstów pozwalające nam wniknąć najgłębiej w świat myśli i uczuć, poznać skalę wartości piszącego.

      Te refleksje przywodzi na myśl książka Tadeusza Pniewskiego Kalisz z oddali, snująca na kanwie osobistych wspomnień, wizerunek nostalgicznych lat młodości, wypełnionych nauką szkolną i studiami oraz lat męskiej dojrzałości przypadających na czas wojennej klęski, tragicznej okupacji i powojennej odbudowy. Wyraźnie jest tu jednak preferowany okres II Rzeczypospolitej, kiedy to autor chłonął bogactwo świata pełnią swej młodzieńczej wrażliwości. Każdy autor pisze w gruncie rzeczy o sobie, nawet kiedy skrywa się pozornie za kurtyną opisywanych zdarzeń. Pniewski zastrzega się, że pisze przede wszystkim o Kaliszu, swoim rodzinnym mieście, a o sobie o tyle, o ile to ma związek z tematem książki, ale czytelnik doskonale wyczuwa tę głęboko osobistą nutę, wynikającą z emocjonalnego stosunku autora do miasta swego dzieciństwa i młodości.

      Trzeba przyznać Tadeuszowi Pniewskiemu palmę pierwszeństwa w dziedzinie kaliskiego pisarstwa wspomnieniowego. W dość bogatej bibliografii calisianów bardzo mało notujemy prac wspomnieniowych, a prawdę powiedziawszy żadnej dotąd książki. Pionierem nurtu wspomnieniowego związanego z dziejami Kalisza jest bez wątpienia zasłużony dla regionalnej historii Adam Chodyński. Należy żałować, że swoje wspomnienia, dotyczące przeważnie czterdziestych, pięćdziesiątych i sześćdziesiątych lat XIX wieku, publikował jedynie na łamach "Kaliszanina" i "Gazety Kaliskiej", ponieważ nie miał możliwości wydania ich w formie książkowej. Są to wspomnienia napisane żywo i barwnie, obejmujące ówczesne życie społeczne i obyczajowe miasta, rysujące portrety ludzi godnych pamięci, przedstawiające wydarzenia, które by poszły w niepamięć, gdyby nie zostały utrwalone sumiennym piórem kaliskiego kronikarza. Sięgają one do zasłyszanych opowieści o wydarzeniach kaliskich nawet z początków XIX wieku.

      Drugim zasłużonym autorem wspomnień poświęconych Kaliszowi był długoletni redaktor "Gazety Kaliskiej" Józef Radwan. Przedstawił on, jako naoczny świadek, najbardziej tragiczny okres w życiu miasta: jego bombardowanie i pożar w sierpniu 1914 r. Zbliżony charakter mają teksty wspomnieniowe Marii Dąbrowskiej (Strajk szkolny, Rzemiennym dyszlem), choć są one w znacznym stopniu poddane obróbce literackiej. Wielokrotnie będzie jeszcze Dąbrowska wracać wspomnieniami do miasta dzieciństwa i będzie to z reguły jego obraz sprzed pierwszej wojny światowej. Narodziny państwa polskiego, zachwyt wolnością i świadomość braku carskiej cenzury zaowocowała w prasie kaliskiej mnogością wspomnień osnutych najczęściej wokół strajku szkolnego, tajnego nauczania, działalności konspiracyjnej, warunków nauki w carskiej szkole. Prawdziwą kopalnią wspomnień stały się łamy gazety zatytułowanej "ABC Kaliskie".

      Skoro już mowa o wspomnieniach kaliskich dotyczących okresu międzywojennego, to trzeba zwrócić uwagę na autobiograficzną książkę Kazimierza Wiłkomirskiego, traktującą w znacznej części o życiu muzyczno-kulturalnym miasta w latach dwudziestych i o poważnym wkładzie w to życie całej rodziny Wiłkomirskich. Na tym kończy się rejestr znaczących pozycji wspomnieniowych, tworzących naturalny pomost do lat trzydziestych i późniejszych. Wdzięczny to okres dla memuarystów, ale jednocześnie bardzo trudny, jako że historia lat czterdziestych i pięćdziesiątych znaczona była tragedią okupacji i trudem lat powojennych.

      Ten właśnie czas, brzemienny w wydarzenia, wypełnia ramy kompozycyjne książki Tadeusza Pniewskiego. Jej autorem jest człowiek o niebanalnej biografii, ściśle związany z rodzinnym miastem, wierny mu po dziś, jak to słowem i czynem zaświadcza. Biografia Tadeusza Pniewskiego ma jednocześnie charakter reprezentatywny dla określonego pokolenia Polaków, którego osobowość i świadomość narodowa formowała się w czasach II Rzeczypospolitej. Pokolenie to, poddane ciężkiej próbie dziejowej w czasie okupacji, wzięło po wojnie na swoje ramiona ciężar odbudowy zniszczonego kraju. Można zatem powiedzieć, że osobiste wspomnienia autora są portretem określonej formacji pokoleniowej Polaków, portretem wkomponowanym w historię narodu.

      W tej perspektywie i obraz dziejów Kalisza zyskuje pogłębiony kontekst, bo oprócz ściśle regionalnych realiów została ukazana oświatowa i kulturalna funkcja miasta w edukacji młodego pokolenia, które zdało egzamin życiowy w różnych sytuacjach, zaś jego najwybitniejsi przedstawiciele zajęli wiele eksponowanych stanowisk w życiu społecznym i państwowym.

      Końcowa scena Nocy i dni Marii Dąbrowskiej, ukazująca apokalipsę zniszczonego powieściowego Kalińca, zamyka pewną epokę w życiu rzeczywistego Kalisza. Od tego właśnie momentu Tadeusz Pniewski kreśli swoje wspomnienia nadając pierwszemu rozdziałowi wymowny literacki tytuł Z dymem pożarów. Jednakże sama tragedia miasta jest przez autora odbierana niejako "z drugiej ręki" przez opowieści rodziców i znajomych, bezpośrednich uczestników tych wydarzeń. Atmosfera wojennych przeżyć panuje w mieście pełnym ruin, zgliszcz, gdzie rozpoczynają się pierwsze prace nad jego odbudową.

      To, co wiąże się już bezpośrednio z pierwszymi przeżyciami dzieciństwa, zawiera sugestywny opis rodzinnego domu, podwórka, rówieśników, wreszcie "swojej" ulicy będącej pierwszym "wielkim światem" dla każdego miejskiego dziecka. Z upływem czasu poszerza się krąg doświadczeń o nowe części miasta i nowych ludzi. Pojawiają się opisy zdarzeń i sytuacji, nadających specyficzny koloryt dawnemu Kaliszowi, a w galerii postaci szczególnie popularnych nie brak dziwaków, odmieńców, egzotycznych artystów, różnych odmian ludzi ulicy.

      Szczególne miejsce w tych wspomnieniach zajmuje najstarsza szkoła kaliska, zasłużone dziś Liceum Ogólnokształcące im. A. Asnyka, którego mury opuściło liczne grono zasłużonych później w życiu miasta i kraju osób: artystów, pisarzy, palestrantów, naukowców, inżynierów, polityków- jednym słowem społeczników przywiązanych do swej szkoły, a zaświadczających to przywiązanie regularnością zwoływanych zjazdów asnykowców. Pniewski pokazuje swoją szkołę nie tylko w tradycyjno sentymentalno-nastrojowej tonacji z uczniowskimi przyjaźniami, figlami i pierwszymi sercowymi wzruszeniami, lecz dostrzega te istotne momenty w pracy i atmosferze szkoły, które głęboko zapadły w dusze i umysły wychowanków, kształtując ich postawę moralną i patriotyczną. Tak więc zasłużone kaliskie, liceum otrzymało jeszcze jeden chwalebny wizerunek, ugruntowujący jego pozycję w tradycji wielu pokoleń kaliszan.

      Wybuch wojny, żołnierska tułaczka i przeżycia okupacyjne nie zaskakują swoją wyjątkowością i są poniekąd reprezentatywne dla pokolenia wchodzącego swoją młodością w czas wojenny. Nie znamy ich zresztą w pełni, bo autor w sposób świadomy eliminuje to wszystko, co nie wiąże się bezpośrednio z jego miastem, ale przez to jakby zapowiada, że jego zamiary snucia poszerzonych wspomnień o charakterze bardziej biograficznym mogą się zmaterializować w kolejnej książce.

      Czas powojenny wypełnia aktywna praca zawodowa autora jako lekarza, organizatora i społecznika. Być może te partie tekstu są bardziej prywatne niż "kaliskie", ale dają one plastyczne wyobrażenie o losie polskiego lekarza w warunkach dźwigającego się z ruin kraju. Ich emocjonalność, świadcząca o silnym zaangażowaniu, może wywołać czasami odruch zniecierpliwienia, posiada jednak swoisty urok jak zawsze, kiedy człowiek utożsamia się z tym, co czyni.

      Każdy tekst biograficzno-wspomnieniowy ma zazwyczaj swoją ustaloną poetykę, według której zdarzenia są prezentowane najczęściej na zasadzie porządku chronologicznego. Ma to miejsce i w przypadku książki Pniewskiego. Autor nie przedstawia całej swojej biografii, a jedynie silnie eksponuje te wątki, które pośrednio i bezpośrednio wiążą się z rodzinnym miastem. Ten zamysł kompozycyjny godzien jest pochwały, ponieważ pozwala w sposób żywy i plastyczny ukazać obraz miasta i jego mieszkańców w teraźniejszości, która stała się historią.

      Na podkreślenie zasługuje to, że autor ustrzegł się tzw. opisywactwa, polegającego na mechanicznym rejestrze znanych z autopsji wydarzeń, ale ukazał je w perspektywie niejako podwójnej świadomości: dziecka i człowieka dojrzałego, który na epizody z dzieciństwa i młodości potrafi spojrzeć oczami człowieka znającego ich szerszy kontekst społeczny i historyczny.

      Książka Pniewskiego nie jest jedynie rejestracją faktów biograficznych, zaleca się ona również walorami literackimi, które sprawiają, że czyta się ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Wysoka kultura literacka piszącego wyraża się w znajomości wybitnych dzieł literackich, w licznych cytatach i analogiach świadczących o tym, jak trwałe ślady pozostawiło wykształcenie klasyczne, oczytanie w starożytnych autorach.

      W zróżnicowanych środkach wyrazu pojawia się wiele porównań, aluzji i metafor. Autor z perfekcją posługuje się szeroką gamą nastrojów i uczuć. Liryzm graniczy tu często z tragizmem, faktograficzna relacja z poetycką metaforą, powaga z komizmem, czułostkowość z autoironią. To zróżnicowanie stylu i języka podnosi atrakcyjność tekstu, sprawia. że jego lektura daje czytelnikowi głęboką satysfakcję, zwłaszcza czytelnikowi uczuciowo związanemu z Kaliszem.

      Pisanie o historii najnowszej nie należy do rzeczy łatwych, o czym doskonale wiedzą profesjonalni dziejopisowie. Pniewski nie tworzył przecież w zamyśle dzieła historycznego, chociaż nie ulega wątpliwości, że pisząc własne wspomnienia mimochodem zapełniał kartkę historii współczesnej. Z tej próby wyszedł zwycięsko, wykazując przy tym znajomość politycznych reguł i umiejętność historycznego spojrzenia na losy własnego pokolenia.

      Jest w tych wspomnieniach pasja pracy i idea życia czynnego, jest gorzka refleksja nad przyczynami błędów i wad narodowych, jest wreszcie wymowne milczenie tam, gdzie jeszcze dotąd nie opadły emocje. Nie brak tu i osobistych żalów, jednakże wszystko to jest przesiąknięte atmosferą godności i honoru, czasem zrozumienia i wybaczenia, a nade wszystko dobroci i miłości do drugiego człowieka. Jest także w książce Pniewskiego dużo polskości, patriotyzmu rozumianego jako nakaz i obowiązek, jako powinność, która musi być spełniona nieraz wbrew interesom osobistym. W tym głównie kryje się ideowa siła książki, wynikająca z dojrzałego osądu wielu znaczących wydarzeń historycznych.

      Obszerne partie książki Tadeusza Pniewskiego drukowała w odcinkach "Ziemia Kaliska". Autor zauroczony Kaliszem, dotąd prawie w każdym numerze "Ziemi" zamieszcza listy, uwagi, notatki, sprostowania dotyczące dziejów najbliższego mu miasta. Zamieszkały na stałe w Łodzi czujnie wsłuchuje się w rytm codziennego życia Kalisza, śledząc pilnie lokalną prasę, łowiąc wszelkiego rodzaju calisiana, jakie pojawiają się w książkach i periodykach ogólnokrajowych.

      Kalisz z oddali to książka - spełnienie, wyrosła nie tyle z ambicji pisarskich, ile z potrzeby samorealizacji, z silnej dążności zamknięcia w słownym kształcie tego czasu i tego miejsca, które zrosły się nierozerwalnie z biografią piszącego. Jest wreszcie ta książka, wydana sumptem Kalisza, częścią miłości odpłaconej autorowi za jego wierność, tyle szlachetnej bezinteresowności i cichego poświęcenia. W ten sposób realizuje się jeden z najpiękniejszych powrotów do miasta dzieciństwa i młodości, zaświadczający raz jeszcze o jego przemożnej sile, sprawiającej, że nawet to "z oddali" staje się bliskie i własne.

Edward Polanowski

SŁOWO WSTĘPNE

"Szymszel drgnął i zarazem pani Barbara ujrzała go niewyraźnie przed sobą. Ucisk ciemności zelżał. Wyjechali w pole.
- Czy Szymszel widzi drogę?
Szymszel otrząsnął się z drzemki, wyprostował, kaszlnął i pognał konie. - Wieee. Niech się wielmożna pani nic boi. Konie idą na pamięć."

      Tymi słowami kończy Dąbrowska swą wielką powieść o losach kaliszan na przełomie XI X i XX wieku. Uchodząc na żydowskiej furce z płonącego miasta, zadumana nad swym życiem i zatroskana o swych najbliższych, pani Barbara usłyszała te właśnie słowa Szymszela: "Niech się wielmożna pani nie boi. Konie idą na pamięć". I tak samo - na pamięć - idą ślepe ludzkie losy. Czy mamy choć niewielki wpływ na ich bieg?

      Zaduma nad sensem ludzkiej egzystencji najczęściej nawiedza człowieka w jesieni życia. Wtedy myśli coraz rzadziej wybiegają w przyszłość, coraz częściej wracają na przebytą już droga a smutek oplątuje duszę niby mgła jesienna. .ledynym ratunkiem jest wówczas ucieczka w "kraj lat dziecinnych", bo - jak powiedział nasz największy poeta – “on zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie... “

      Zaczynam swe wspomnienia od chwili, w której Dąbrowska skończyła swoje "Noce i dnie". Niechże więc z kraju lat dziecinnych snuje się srebrna nić babiego lata - nić wspomnień.

      Wyobraźnia i tęsknota podsuwają mi obrazy z oddali... Z oddali lat, dzielących mnie od mego dzieciństwa i młodości. Z oddali kilometrów, dzielących wielkie miasto, tętniące pracą tysięcy robotników, w którym wypadło mi teraz żyć, od mego dostojnego historią i pięknem rodzinnego miasta.

Autor

Z DYMEM POŻARÓW

 W cieniu fabryki fortepianów

      Dzieciństwo moje zaczęło się w małej izdebce na pierwszym piętrze w prawej oficynie domu przy ulicy Kopernika 7. Tam ujrzałem światło dnia.

Dom rodzinny autora przy ul. Kopernika 7 we wrześniu 1999 r.      W sierpniu 1914 roku, gdy pierwsze oddziały pruskie majora Preuskera przekroczyły granicę rosyjską, która przebiegała wówczas kilka kilometrów od Kalisza i weszły do miasta od strony Szczypiorna miałem zaledwie pół roku. Mój ojciec, robotnik hafciarski w Fabryce Koronek Klockowych B-ci Nagórskich, w tym czasie walczył pod Modlinem w szeregach armii carskiej.

      Gdy ustawione na Kamiennym Moście kulomioty - jak wtedy nazywano karabiny maszynowe - siały śmierć na (nie istniejącym już dziś) drewnianym moście łączącym ulice Towarową i Ciasną, moja prawie 80-letnia prababka biegła właśnie tamtędy, niosąc mnie na ręku. Wielokrotnie potem opowiadała mi, jak to pociski sypały się jak groch na deski mostu. Przerażona wybuchem wojny, pozostawiona sama z trojgiem dzieci, matka moja zamknęła izdebkę przy ulicy Kopernika na kłódkę i uciekała pod opiekuńcze skrzydła swoich rodziców. Mieszkali oni wówczas w małym domku na terenie Fabryki Fortepianów i Pianin -Arnold Fibiger przy ulicy Szopena 9. Musieliśmy więc przedostać się przez ten drewniany most, nie było innej drogi.

      Dziadek był majstrem stolarskim w fabryce Fibigera. Cudowny był to człowiek, nosił srebrną patriarchalną brodę i przepięknie pachniał smolnym drewnem. A że kochał swoje wnuczęta bardzo, w wolnych chwilach wyczarowywał im z drewna a to żołnierzyków, a to wóz drabiniasty, a to domek z kominem, a to prawdziwe sanki, na których zimą zjeżdżało się z górki. Gdy już po wojnie w domu dziadka odbywały się niezapomniane wieczerze wigilijne całej rodziny, a groźny święty Mikołaj wymierzał rózgą całoroczny rachunek sumienia, wszystkie dziesięcioro wnucząt garnęło się do dziadka, próbując wdrapać mu się na kolana i przytulić do pachnącej żywicą srebrnej brody. Niestety udawało się to tylko dwójce najsprytniejszych, które w porę rezerwowały sobie miejsce na dziadziowych kolanach najbezpieczniejszym miejscu na świecie.

      Gdy tylko Niemcy przekroczyli granicę w Szczypiornie, Arnold Fibiger uciekł z rodziną do Warszawy. Choć z pochodzenia był Niemcem, czuł się jednak Polakiem i bał się represji za swe przekonania. Zamknął więc fabrykę, a klucz wręczył dziadkowi. Musiał darzyć swego majstra niemałym zaufaniem, skoro powierzył mu opiekę nad całym majątkiem. Trzeba przyznać, że syn i zarazem następca Arnolda, Gustaw Fibiger po powrocie do Kalisza w 1918 roku docenił rzetelność i uczciwość dziadka. Całe życie okazywał mu wdzięczność i szacunek, a po jego śmierci w roku 1925 ofiarował mojej babce bezpłatnie "w dożywocie" mieszkanie w swym domu przy alei Józefiny 21 (dziś al. Wolności).

Ponad stuletnia fabryka fortepianów, dziś nosząca nazwę "Calisia" dziś - we wrześniu 1999 r.      W sierpniu 1914 roku znalazłem się więc w domu dziadków na terenie fabryki Fibigera. Uroczy był to domek. Do wnętrza wchodziło się przez drewniani sionkę, prowadzącą najpierw do kuchni, a stamtąd do obszernego pokoju. Przed samym wejściem rosła stara grusza, nachylona przez czas i mniej więcej co drugi rok rodząca twarde, cierpkie owoce. Za domkiem był. mały ogródek przydzielony dziadkom, cały miłośnie nakryty konarami starej rozłożystej jabłoni, która rodziła smaczne papierówki. Pod jabłonią babcia uprawiała kilka grządek marchwi, pietruszki i kopru, a dziadek zrobił z desek stół i ławeczki, na których w pogodne dni starsi siadali na pogawędkę, a dzieci jadały podwieczorek. Dziadkowy ogródek otoczony był siatkowym parkanem. Dalej rozciągał się wielki, starannie wypielęgnowany sad należący do Fibigerów.

      Naprzeciwko naszego domu stał obszerny parterowy budynek, który nazywaliśmy "parówką". W jego wnętrzu pracowała bowiem maszyna parowa, która za pomocą pasa transmisyjnego przekazywała napęd na piły i inne maszyny, znajdujące się w gmachu fabryki. Z tej to przyczyny firma pyszniła się w szyldzie dumną nazwą "Parowa Fabryka Fortepianów i Pianin...", co w tych czasach stanowiło wielką reklamę. Z kolei z gmachu fabryki, z wszystkich jego pięter wychodziły na zewnątrz blaszane rury o znacznej średnicy, które odprowadzały zbędne trociny do wielkiego zbiornika w kształcie rotundy, wysokiego na dwa piętra. Gdy urządzenia te pracowały, z upodobaniem - podobnie jak i inne dzieci - przykładałem ucho do ściany zbiornika. słuchając odgłosów uderzeń trocin o blachę. Przypominało to do złudzenia szum kropel deszczu, tętniących po blaszanych rynnach.

Pałacyk Fibigerów dziś - we wrześniu 1999 r.      Przy samej ulicy Szopena usytuowany był mieszkalny pałacyk Fibigerów również z starannie wypielęgnowanym ogródkiem od frontu, fontanną i werandą. Budynek ten istnieje do dziś i chyba nadal mieszka sam Gustaw Fibiger, przedstawiciel trzeciego już pokolenia tej dynastii - mój towarzysz dziecięcych zabaw. W czasie pierwszej wojny w pałacyku zakwaterował się oficerski sztab niemiecki, a na pierwszym piętrze fabryki rozlokowano kompanię Reichswehry. Ponieważ u dziadka było za ciasno na tak liczną rodzinę, wkrótce i moja mama została zmuszona do czasowego ulokowania się z dziećmi w suterenie pałacyku, gdzie mieszkał dozorca Jan Wzgarda. Było tam zimno i wilgotno, najgorsze były jednak myszy i szczury, biegające po izbie w nocy, a czasem także we dnie. Bałem się ich okropnie. Patologiczny lęk szczególnie przed szczurami pozostał mi już na całe życie.

 rynek zniszczony w 1914 r. przez Prusaków.     Ta część dzielnicy żydowskiej, w której znajdowała się fabryka Fibigera, uniknęła tragicznego losu, jaki spotkał całe śródmieście zbombardowane i spalone przez żołdaków Preuskera.  Po barbarzyńskim zniszczeniu najpiękniejszej części miasta, po rozstrzelaniu ponad 50 zakładników, wybranych spośród znanych obywateli, co miało zapewne zastraszyć i sterroryzować wszystkich mieszkańców nastąpił pozorny spokój. Za to warunki bytowe ludności były wręcz tragiczne. Pierwsza wojna światowa tym właśnie różniła się od drugiej. Nie było wprawdzie łapanek, masowych aresztowań, obozów koncentracyjnych; nie funkcjonował najpotworniejszy mechanizm systemu faszystowskiego, gestapo i SS - ale panował przeraźliwy głód.

      Handel w mieście praktycznie nie istniał. Nie można było kupić takich podstawowych produktów żywnościowych, jak chleb, mąka, kasza, ziemniaki, a o mięsie nawet nie było co marzyć. Trzej bracia mojej mamy, wówczas młodzi chłopcy, urządzali kilkudniowe wyprawy do okolicznych wsi, aby zdobyć cokolwiek co nadawałoby się do jedzenia. Babunia wypiekała potem z kaszy, otrąb, kukurydzy czy ziemniaków przedziwne placki, które zastępowały nam chleb. Od czasu do czasu chłopcy przywozili też niewielkie ilości wykrystalizowanej melasy, żółtego cukru powszechnie zwanego "faryną". Myliśmy się mydłem produkowanym z gliny przez różnych kombinatorów, w rezultacie czego ciała mieliśmy podrapane do krwi ziarenkami piasku.

      Nie było też oczywiście zapałek i nafty, a Kalisz w tym czasie nie posiadał jeszcze oświetlenia elektrycznego. Tylko na ulicach i w nielicznych mieszkaniach było oświetlenie gazowe, ale gazownię Niemcy uruchomili dopiero w roku 1916. Zrekonstruowane dziś wokół starego rynku latarnie są dokładną kopią latarń gazowych. Jeszcze w latach dwudziestych obchodził śródmieście o zmierzchu brodaty latarnik. Nosił niewielką drabinkę, kijek z haczykiem do otwierania kurków gazowych i skórzaną torbę zawieszoną na ramieniu, w której nosił azbestowe "koszulki" do wymiany. W każdej latarni tlił się przez cały dzień maleńki płomyk, który dopiero po otwarciu kurka rozpalał lampę do białości. O świcie brodacz znów obchodził ulice i gasił latarnie. W parku latarnie gazowe przetrwały bodaj jeszcze do drugiej wojny.

      Nasze mieszkanie oświetlały tylko czasami topiące się w rękach łojówki, które chłopcy zdobywali sobie tylko znanymi sposobami. Migotliwe ich światełko rozjaśniało na krótko piwniczną izbę. Obowiązywała więc zasada, że życie toczy się tylko przy świetle dziennym. Od zmierzchu do świtu należało po prostu spać w wilgotnej pościeli przy niesamowitym koncercie goniących się szczurów i myszy. Nad nami mieszkali w komforcie pruscy oficerowie. Dwie kucharki gotowały im w kuchni wymyślne dania z prowiantów, które codziennie przywoził wojskowy wóz z płócienną plandeką, zaprzężony w parę ciężkich perszeronów. Dla kwaterującej w hali fabrycznej kompanii żołnierzy posiłki gotowano w kuchni polowej, ustawionej na podwórzu. Niektórzy oficerowie, spacerując po podwórzu, zagadywali nas, a nawet z przymilnym uśmiechem częstowali cukierkami. Była to straszliwa pokusa dla dziecka w tych latach głodu, ale nigdy jej nie ulegliśmy. Po prostu nasza mama, wychowana w ogromnej dumie narodowej, powiedziała nam, że niemieckie cukierki są zatrute i nie wolno ich spożywać. Więc choć "język uciekał nam do pięt" na widok tych kolorowych cudów, nigdy nie zdarzyło się, abyśmy przyjęli poczęstunek, co nieraz doprowadzało oficerów do wściekłości.

      W mej pamięci kilkuletniego dziecka ostały się niemieckie mundury "feldgrau", okrągłe polówki z trójkolorowymi okrągłymi znaczkami, charakterystyczne hełmy z wieżyczkami tzw. "pikielhauby" i taki obrazek z fabrycznego podwórka. Kompania żołnierzy w dwuszeregu, a przed nią wrzeszczący feldfebel. Żołnierze zdejmują mundury i bieliznę, składają "w kostkę" przed sobą i nakładają czyste, które podaje im z wozu jakiś gefrajter. Kiedy wraz z innymi dziećmi podchodzimy bliżej, aby pogapić się na żołnierzy, spostrzegamy nagle, że "kostki" bielizny poruszają się... Fenomen ten wyjaśnił nam spryciarz Franek, dziesięcioletni syn dozorcy, śmiejąc się przy tym ogromnie. Bielizna po prostu roiła się od wszy. Niemcy urządzali "odwszalnię" w łaźni publicznej przy ulicy Wodnej i tam właśnie wymaszerowała cała kompania, aby poddać się dezynsekcji.

      Jesienią 1916 roku mama otrzymała list od ojca. Ranny pod Modlinem dostał się do niewoli niemieckiej i przebywał w obozie gdzieś pod Gdańskiem. Wiadomość, że ojciec żyje była dla nas wielką radością. Wkrótce los okazał się jeszcze łaskawszy dla naszej rodziny. Nieoczekiwanie ojciec znalazł się w obozie jenieckim w Szczypiornie pod Kaliszem. Pewnego dnia mama biegała po pokoju jak szalona, wymachując niebieską kartką. Był to gryps od ojca. Niewiele myśląc, wzięła całą trójkę dzieci i pieszo pomaszerowała do Szczypiorna. Dla mnie była to wyprawa ponad siły, większość drogi mama niosła mnie na ręce lub na plecach. We wczesnych godzinach popołudniowych stanęliśmy pod drutami kolczastymi. Nie byliśmy sami. Zebrało się tam sporo ludzi, którzy pod okiem uzbrojonych żołnierzy niemieckich rozmawiali z jeńcami, podawali im żywność lub papierosy. Wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem ojca i to na dodatek w mundurze rosyjskiego artylerzysty. Przyznam się, że wówczas był to dla mnie zupełnie obcy człowiek.

      Rodzice dowiedzieli się, że istnieje szansa na zwolnienie ojca. W takich sytuacjach, gdy rodzina zamieszkiwała w najbliższym sąsiedztwie obozu, władze mogły zwolnić jeńca do domu, zobowiązując go tylko do codziennego meldowania się u komendanta wojennego. Mama natychmiast złożyła w Ortskommandantur odpowiednio umotywowane podanie i po miesiącu ojciec zjawił się w domu, odprowadzony przez uzbrojonego żołnierza niemieckiego. Powrót ojca szczególnie utrwalił się w mojej pamięci wówczas niespełna czteroletniego dziecka. Miał na sobie mundur o dziwnym kroju, z żółtymi wypustkami i pagonami, z dystynkcjami podoficerskimi. Na lewej piersi brzęczało kilka odznaczeń bojowych - rekwizyt późniejszych dziecięcych zabaw. Bawiliśmy się nimi przez kilka lat, przydawały się przede wszystkim do tzw. gry w trojaki. Natomiast mundur, który ojciec natychmiast zdjął, wisiał w szafie wiele lat, by później służyć jako kostium do amatorskich przedstawień lub tzw. żywych obrazów, przygotowywanych przez różne organizacje z okazji świąt narodowych.

      Wielka była radość z powrotu ojca do domu. Od razu poczuliśmy się rodziną, podczas gdy przedtem byliśmy "u dziadków". Ojciec otrzymał specjalną książeczkę, w której codziennie rano służbowy feldfebel w komendanturze odbijał w odpowiedniej rubryce wielką okrągłą pieczęć z pruskim orłem. Komendantura mieściła się w byłym pałacu gubernatorskim przy pl. św. Józefa. Wiele razy ojciec meldując się tam zabierał mnie ze sobą. Fabryka B-ci Nagórskich była niestety nieczynna, podobnie jak inne fabryki haftów i koronek, których było w Kaliszu wiele. Ojciec musiał więc szukać innych sposobów zarobkowania. Chwytał się każdej pracy, między innymi zakładał pierwsze instalacje elektryczne na drewnianych słupach w Kaliszu, Opatówku i Błaszkach.

      Wszystko, co wiązało się z ojcem było interesujące. Najbardziej jednak nadstawiałem uszu, gdy zbierali się u niego jacyś mężczyźni, rozmawiali przyciszonym głosem, wychodzili pojedynczo, penetrowali fabryczne podwórze, gromadzili się wśród sągów desek na placu i przynosili jakieś dziwne pakunki. Słyszeliśmy od czasu do czasu niezrozumiałe dla nas słowo "peowu" i zazwyczaj sforowano nas: "Idźcie bawić się na podwórze". Później, gdy w mieście zaczęły się mnożyć przeróżne incydenty - napady na patrole i samotnych żołnierzy niemieckich, napisy na murach itp. - moje starsze rodzeństwo wyjaśniło mi znaczenie tego dziwnego słowa. Był to skrót trzech liter P.O.W. oznaczających Polską Organizację Wojskową, której komórka działała w Kaliszu. Będąc dzieckiem nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, co się wokół mnie działo. Dostrzegałem jednak dziwne podniecenie dorosłych, bieganinę, szepty i krzykliwe kłótnie, no i raz po raz znikanie mego ojca na długie dni.

Ulica Lipowa i okolice

      Z początkiem 1918 roku ojciec, nadal gorączkowo poszukujący jakiejkolwiek pracy, podjął rozpaczliwą decyzję otwarcia sklepiku spożywczego. Okazja nadarzyła się wkrótce. Na ulicy Lipowej pod numerem 38 był do wynajęcia lokal sklepowy z niewielkim mieszkaniem na zapleczu. Rodzice zebrali wszystkie grosze, zapożyczyli się w całej rodzinie i zrealizowali swój plan. Ten dom czynszowy bez żadnych wygód stał się odtąd moim domem rodzinnym na długie lata. Rodzice bowiem zlikwidowali sklep i wyprowadzili się z tego domu dopiero po II wojnie.

      Tak więc ów dom, którego numerację zmieniono potem na 16 i ta typowo proletariacka dzielnica stały się kolebką mego dzieciństwa i młodości. Do dziś wspominam z rozrzewnieniem gromadę świergocących jaskółek-oknówek, mozolnie lepiących gniazda nad oknami tej kamienicy. Właśnie z tego powodu mieszkańcy nigdy nie otwierali "oberluftów", nie chcąc zniszczyć jaskółczych gniazd, co miało ponoć sprowadzać nieszczęścia na całą rodzinę.

      Wszystkie sutereny w tym domu były zamieszkałe. Ponieważ grunt, na którym stała kamienica, nie był idealnie równy, piwniczne mieszkania znajdowały się na różnym poziomie i otrzymywały różną dawkę dziennego światła - w zależności od tego, na ile górna krawędź okna wystawała ponad powierzchnię ziemi. Niektóre okna wychylały się aż na 20- 30 centymetrów, ale były też takie, które kryły się całe pod ziemią. Mieszkańcy tych piwnic widzieli więc w swych oknach tylko odrapany i brudny murek piwnicznej studzienki. Aby przekonać się np. jaka jest pogoda, musieli zawsze wychodzić na zewnątrz, ponieważ przez swoje okna nie mogli dostrzec nawet kawałka nieba. Sutereny od strony podwórza były bardziej uprzywilejowane, gdyż studzienki okienne były tam większe i łączyły się ze sobą tworząc jakby fosę wzdłuż domu, otoczoną żelazną barierką. Tę fosę, my - dzieci z tej kamienicy - nazywaliśmy po prostu "dołem". Mówiliśmy więc: - Pałka mieszka "w dole". Studnie okienne były ciemnymi oczodołami bez jakichkolwiek śladów życia. Mieszkańcom suteren nie udawały się żadne zabiegi, aby wyhodować na oknie chociażby tradycyjną pelargonię, roślinę tak przecież odporną. Oczywiście żadna z suteren nie miała elektrycznego światła, a smrodliwe naftowe kaganki, którymi je oświetlano, zmniejszały jeszcze i tak już skąpą ilość tlenu w zatłoczonych lochach tej proletariackiej dzielnicy.

      Słowo "proletariat" wywodzi się od łacińskiego "proles", co znaczy "potomstwo". Słowo "proletariusz" można by więc od biedy przetłumaczyć jako "mający liczne potomstwo" - i to odpowiadałoby stanowi, jaki istniał w suterenach mego domu. Jedyne piwniczne mieszkanie, składające się z pokoju i kuchni, znajdowało się "w dole", tuż pod naszym mieszkaniem i było zajmowane przez wspomnianą już rodzinę Pałków. Wszystkie inne były jednoizbowe, a niektóre rodziny liczyły około 10 osób. Rodzina Pałków była przez jakiś czas wyjątkiem, gdyż miała tylko jednego syna Janka. Gdy chłopak dorósł, raz po raz wybuchały piekielne awantury między ojcem i synem, gdyż obaj lubili zaglądać do kieliszka. Gdy zabrakło argumentów słownych, zaczynała się bijatyka; a gdy zabrakło przestrzeni, zapaśnicy wyskakiwali przez okno "do dołu", gdzie było dość miejsca do wodzenia się za łby. Próżno Pałkowa usiłowała rozdzielić walczących. Prawie zawsze awantura kończyła się w pobliskim Szpitalu św. Trójcy przy rogatce, gdzie chirurdzy jak mogli łatali głowy lub inne części ciała krewkich i tak dziwnie kochających się, ojca i syna. Gdy Janek ożenił się, wnet suterena zaludniła się gromadą dzieci, a bójkom towarzyszył teraz wrzask dzieci i interwencje dwóch kobiet, matki i synowej.

      W tym czasie całą tę dzielnicę, obejmującą ulicę Lipową, Nowy Świat (dziś Zubrzyckiego), Łączną, Asnyka, Legionów (dziś Buczka) - zwano Wydory. Nie cieszyła się ona w Kaliszu zbyt dobrą opinią. Była licznie zamieszkana przez półświatek i niebezpiecznie było zapuszczać się tu wieczorami lub w godzinach nocnych. Wiele postaci z tego półświatka zapamiętałem na zawsze; pamiętam ich imiona i nazwiska, i - rzecz osobliwa - wspominam je z rozrzewnieniem. A przecież wielu z tych ludzi widziałem na własne oczy podczas straszliwych rozpraw nożowych lub potem prowadzonych w kajdanach przez policjantów, albo też odwożonych do niezawodnego Szpitala św. Trójcy, który miał sporo roboty z mieszkańcami tej dzielnicy szczególnie w soboty i inne dni przedświąteczne. Nie było tygodnia, aby choć jedna osoba nie była tu opatrywana. Do przewożenia rannych używano często dorożek, które miały swój postój także przy rogatce obok cmentarza ewangelickiego.

      Nie próżnował też szpital zakaźny mieszczący się w domu Weyganda (nie istniejący dziś budynek przy ul. Granicznej), bowiem choroby zakaźne szerzyły się w tych latach zastraszająco, do czego walnie przyczyniały się niezwykle prymitywne warunki życia, brak kanalizacji, niski poziom oświaty sanitarnej. Raz po raz któryś z towarzyszy mych zabaw z ulicy Lipowej trafiał do Weyganda i jeśli w ogóle stamtąd wracał, to najczęściej z ogoloną głową. Całkowite wypadanie włosów było w tym czasie niemal nieodłącznym objawem tyfusu, którego przebieg był zwykle bardzo ciężki i nieraz kończył się zgonem. Drugą chorobą, która dziesiątkowała ludność Kalisza, była "hiszpanka", zwana później influenzą czyli dzisiejsza grypa. Rodzice moi, wychowujący czworo dzieci, też mieli sporo zmartwień z powodu naszych ciągłych chorób. Nasz lekarz domowy, dr Alfred Dreszer bywał częstym gościem u nas, a i my odwiedzaliśmy raz po raz jego gabinet przy ulicy Wodnej.

      Na plus Kaliszowi trzeba zapisać, że zaraz po I wojnie powstało tu Kaliskie Towarzystwo Higieniczne i Kaliskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Ojciec, prowadzący sklep spożywczy, otrzymał od tegoż KTP pięknie wykonaną tabliczkę z napisem: "Pluj tylko do spluwaczki! Plwocina jest rozsadnikiem suchot!" Zarząd Miejski nakazał mu kupić spluwaczkę i umieścić w kącie sklepu pod tą właśnie tabliczką. Okresowo pojawiał się nawet inspektor i sprawdzał, czy w spluwaczce znajduje się płyn dezynfekcyjny (kwas karbolowy).

      Tuż obok sklepu ojca był zakład fryzjerski czyli - jak się dawniej mawiało - "rezura". Właściciel zakładu pan Remiszewski był fryzjerem i jednocześnie felczerem, o czym zawiadamiały klientów trzy mosiężne talerze wywieszone nad wejściem. Z racji tych uprawnień robił on zastrzyki, puszczał krew, przystawiał pijawki. Co tu dużo mówić, po prostu zajmował się leczeniem. Nieraz golił lub strzygł klienta, a na krzesłach siedzieli pacjenci i czekali, kiedy skończy i zajmie się ich dolegliwościami. Pan Remiszewski szczepił również mnie i moje rodzeństwo przeciwko ospie i wydawał nam zaświadczenia, bez których nie przyjmowano do szkół. Gdy dziś sobie przypominam te praktyki medyczne, pojąć nie mogę, jak to się stało, że nie ulegaliśmy zakażeniom. Widocznie stały kontakt z drobnoustrojami wytworzył u naszego pokolenia potężne rezerwy obronne.

      Gdy więc zdrowie dopisywało, zwoływaliśmy się - wszystkie dzieciaki z kamienicy - i biegaliśmy po ulicy z piłką "szmacianką". Do naszych ulubionych zabaw należało też brodzenie boso i puszczanie małych papierowych okręcików w rynsztokach, które po deszczu zamieniały się w rwące potoki. Trzeba było jednak szybko korzystać z okazji, gdyż z każdą godziną woda uciekała i strumyki zamieniały się znów w cuchnące rynsztoki. W tych prymitywnych warunkach, w jakich żyła ta dzielnica, takie deszczowe ablucje z pewnością przyczyniały się do poprawy jej stanu sanitarnego.

      Ulica Lipowa w tamtych czasach wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Gdy skręcało się tutaj od strony rogatki, po lewej stronie za sporym murem znajdował się posterunek policji konnej wraz ze stajniami. Sąsiadował on z przytułkiem dla starców, na którego frontonie widniały trzy sakramentalne słowa: "Res sacra miser" (Ubogi rzecz święta). Idąc dalej po prawej stronie mijało się dwa domy, a później uroczą starą kuźnię, gdzie kuto konie. Dalej ciągnęła się tzw. grecka górka tj. wysoki wał, na szczycie którego znajdował się okolony parkanem prawosławny cmentarz grecki. Pamiątka po kupieckiej kolonii Greków, którzy przybyli do Kalisza w połowie XVIII wieku i szybko spolonizowali się. Grecka górka była także ulubionym miejscem zabaw dziecięcych. Zimą zjeżdżało się z niej na sankach prosto na jezdnię, ale ruch kołowy był w tym czasie minimalny, sporadycznie widywało się tu wyłącznie zaprzęgi konne. Latem zjeżdżało się po piasku na zelówkach lub wprost na portkach. Gdy matka zobaczyła u chłopaka podarte spodnie, już wszystko wiedziała: "Znów zjeżdżałeś z greckiej górki!" Wzgórze zamykała wspaniała bizantyjska kaplica grobowa, zachowana zresztą do dziś, podobnie jak cały ten zabytkowy cmentarz. Za kaplicą w głębi stało kilka domków parterowych i jednopiętrowych, z których jeden zbudowany z czerwonej cegły i oznaczony nr I powinien dziś znajdować się pod szczególną pieczą. W tym domu miała swą siedzibę Polska Partia Socjalistyczna. Stąd zawsze wyruszał w miasto 1-majowy pochód, szumiący czerwienią sztandarów i transparentów. Dlatego też w ostatnich latach przed wybuchem II wojny, gdy w radzie miejskiej m. Kalisza uzyskały większość siły lewicy, ulica Lipowa otrzymała imię jednego z wielkich działaczy socjalistycznych - Bolesława Limanowskiego.

Kaplica cmentarna na "greckiej górce" we wrześniu 1999 r.       Wzdłuż greckiej górki - zamiast chodnika - biegła piaszczysta ścieżka tuż obok jezdni, wybrukowanej kocimi łbami i obrzeżonej rynsztokami. Na zakręcie ulicy droga rozszerzała się, tworząc mały placyk z ręczną studnią po środku, służącą okolicznym mieszkańcom. Placyk ten, zwany popularnie "dołkiem", służył jako mini-targowisko. Przekupki ustawiały się tu z koszykami wzdłuż płotu ogrodu Reimana, siadały na drewnianych "ryczkach" i handlowały włoszczyzną, owocami, jajkami, białym serem i ciasteczkami - kulkami nanizanymi na nitce. W sezonie kupowało się tu za S groszy garść czereśni zrośniętych łodyżkami, co umożliwiało noszenie ich na uszach w charakterze kolczyków. Wiadomo było, że "na dołku" była dobra woda na herbatę, zawsze świeże jajka i dobry wiejski twaróg.

      Na wysokości "dołka" skręcała w lewo ku Nowemu Światu ulica Łączna. Była to zwykła polna droga z głębokimi, cuchnącymi rowami, zarośniętymi perzem. Dopiero w roku 1922 magistrat wybrukował ją kocimi łbami, a także sąsiednią ulicę Handlową, prowadzącą na wielki plac zwany "maneżem". Tutaj żołnierze z pobliskich koszar ćwiczyli się w jeździe konnej. Na tym boisku zdarłem niejedną parę butów. Tuż przy maneżu stała od strony Nowego Światu fabryka Nagórskich, w której kiedyś pracował mój ojciec. Gmach fabryki stoi zresztą do dziś, a obok dwupiętrowa kamienica, należąca w tamtych czasach do Józefa Karczewskiego, prowadzącego zakład ślusarski. Z tego zakładu, podobnie jak i z warsztatu Walentego Kulisiewicza przy ulicy Niecałej (dziś Walki Młodych), pochodziły piękne kute w żelazie kraty, balustrady balkonów czy poręcze schodów, zdobiące do dziś kamienice na kaliskiej starówce. Jak wiadomo, syn Kulisiewicza - Tadeusz został światowej sławy artystą-grafikiem; a córka Karczewskiego - Wanda, która wychowała się w tej właśnie kamienicy, jest wybitną pisarką, mieszkającą obecnie w Łodzi. Tak to "artystyczne geny" obu rzemieślników-artystów zaowocowały w drugim jakże utalentowanym pokoleniu.

      Nieco dalej, w miejscu gdzie dziś stoi budynek pogotowia ratunkowego, znajdował się kirkut czyli stary żydowski cmentarz. Nie wiadomo dlaczego nazywano go "kirholem". Etymologia tego dziwnego słowa pochodzi prawdopodobnie z niemieckiego “Kirchof” który w dawnych czasach oznaczał cmentarz ewangelicki. Kirkut był dla nas niedostępny, bramę otwierano tylko podczas pogrzebów, ale i wtedy wejście tam było niemożliwe. Ciekawość naszą mogliśmy zaspokoić, wdrapując się na wysoką skarpę za cmentarzem, skąd oglądaliśmy las charakterystycznych nagrobków, jakie widzi się tylko na Bliskim Wschodzie. Wśród tych pomników z napisami przeważnie w języku hebrajskim lub aramejskim niektóre były bardzo stare, podobno z XV i XVI wieku. Te cenne zabytki potraktowali odpowiednio hitlerowscy "kulturtragerzy" w czasie II wojny, umacniając nimi nabrzeża kanału Rypinkowskiego, gdzie zresztą leżą one do dziś. Skarpa, z której podglądaliśmy kirkut, była ulubionym miejscem naszych zabaw. Właściwie był to teren żwirowni eksploatowanej do celów budowlanych. Wysoka ściana była więc stale podkopywana przez furmanów, którzy przyjeżdżali tu wozami po piasek. Znakomitą rozrywką było skakanie na bosaka z góry w ten czysty biały piasek na dnie wysypiska. Zabawy te skończyły się niestety tragicznie. Pewnego dnia ściana pod ciężarem stojących na górze chłopców obsunęła się i olbrzymie masy piasku zasypały jednego z naszych kolegów, który właśnie znajdował się w dole. Po odkopaniu niestety nie dawał on już znaków życia. Od tego czasu wyrobisko ogrodzono drutem kolczastym i nasze wspaniałe zabawy skończyły się na zawsze.

      Moja ulica Lipowa, jak już wspomniałem, nie cieszyła się dobrą opinią, ale biła ją na głowę pod tym względem ulica Czaszkowska. Po lewej stronie tej, również w tym czasie niewybrukowanej ulicy ciągnął się na przestrzeni około połowy kilometra (aż do ulicy Fabrycznej) zwarty rząd parterowych chałup, pokrytych gontem. Dachy tych chałup porastały malownicze zielono-złote mchy i porosty, na skutek czego nazwano te rudery "złotymi dachami". Zamykał ten ciąg chałup piękny murowany dworek, relikt majątku-wsi Czaszki. Chałupy, dawne dworskie czworaki, zamieszkałe kiedyś przez służbę folwarczną, za moich czasów były siedliskiem wyłącznie oprychów i kobiet "niezbyt ciężkiego prowadzenia się". Mieszkał tam też tajemniczy człowiek - hycel, trudniący się potajemnie ubojem psów, z których wytapiał psi smalec i sprzedawał za "ciężkie pieniądze" gruźlikom. Panowała wówczas powszechnie opinia, że ten smalec leczy gruźlicę. A że profesja tego tajemniczego hycla była powszechnie znana, właściciele psów w czasie spacerów ze swymi pupilami starannie omijali "złote dachy". Ponieważ chałup nikt nie remontował, z roku na rok zapadały się one coraz bardziej, a ich lokatorzy pomału wynosili. Rzecz dziwna - chałwy rozsypywały się z zachowaniem pewnego porządku, od Nowego Światu do ulicy Fabrycznej. Pamiętam, że gdy zdawałem maturę, połowy "złotych dachów" już nie było, a druga połowa od strony dworku już także ledwo się trzymała.

      Na prawo od "złotych dachów" na przedłużeniu ulicy Wiejskiej (dziś Pułaskiego) stało wielkie choć niewysokie gmaszysko z czerwonej cegły. Środek gmachu był piętrowy, a skrzydła parterowe. Była to ujeżdżalnia, o czym informowały dwa skrzyżowane łby końskie na szczycie tympanonu, wieńczącego budynek. Gdy opuszczałem Kalisz w 1962 roku, budynek ten po przebudowie spełniał rolę oddziału Kaliskich Zakładów Przemysłu Dziewiarskiego "Polo". Głowy końskie zostały zdjęte, a wnętrze dostosowane do potrzeb produkcyjnych. Nieraz myślałem sobie, że gdyby Kalisz miał swego poetę na miarę Tuwima, który opisałby w pięknych strofach te konie, może pozostawiono by je spokojnie na tym gmachu - tak, jak to się stało w Łodzi ze sławnym tuwimowskim koniem na ulicy Kopernika.

      Pamiętam doskonale tę ujeżdżalnię, kiedy jeszcze spełniała swą właściwą rolę. Wewnątrz gmachu cała powierzchnia była wysypana grubą warstwą trocin, a na przestrzeni chyba jakichś 100 metrów ustawione były przeszkody. Tutaj odbywały się zawody hippiczne. Patronował im początkowo pułk kawaleryjski, kwaterujący w koszarach na Nowym Świecie, a później 25 Pułk Artylerii Lekkiej, stacjonujący częściowo na Nowym Świecie, a częściowo na Piskorzewiu. W latach trzydziestych urządzono tor hippiczny przy koszarach piskorzewskich i tam odbywały się zawody jeździeckie. Ujeżdżalnię wynajmowano natomiast na różne inne imprezy. Pamiętam np. przy końcu lat dwudziestych rozgrywaną tam "corridę". Jakiś przyjezdny krajowego chowu Ursus odbył tam prawdziwą walkę z bykiem. Za jedyne 2 złote można było zobaczyć poczciwego Fernanda, któremu Ursus ukręcił łeb, chwyciwszy go za rogi.

      Cała ta przedziwna dzielnica, pełna wówczas dla nas tylu uroków, mocno utrwaliła się w mej pamięci. Ale najmocniej, najwyraziściej zapamiętałem ulicę Lipową mego dzieciństwa - jej każdy dom, każdy zakątek i jej mieszkańców. I choć po tych ludziach niewiele pozostało już śladów, ich nazwiska ciągle noszę w pamięci. Mieszkały tu z reguły rodziny specjalizujące się w pewnych wybranych zawodach. I tak pan Blewoński w swoim domu na wprost ulicy Zgodnej handlował naftą, obok pan Serafin prowadził znany warsztat zduński. Nieco bliżej nas pani Markiewiczowa, akuszerka przyjmowała wszystkie porody na Lipowej, które wówczas w 95 procentach odbywały się w domu. Naprzeciwko pan Walczak, felczer weterynarii leczył nasze pieski, a obok pan Czajczyński wypiekał wspaniałe bułeczki. Tuż obok prowadził warsztat szewski pan Kolinko, u którego wszyscy robili buty na obstalunek. Dynastią "obraźników" była rodzina Andrzejewskich i Mikorzewskich. Jeździli oni po odpustach i handlowali świętymi obrazami.

      Bardzo znanym i szanowanym obywatelem był pan Łapiński, kowal prowadzący kuźnię u zbiegu ulic Lipowej i Legionów. Był on także dowódcą tzw. "Turków" - tak nazywano straż, trzymającą wartę przy grobie Chrystusa w okresie wielkanocnym w kościele św. Mikołaja. Strażnicy nosili kostiumy wzorowane na strojach żołnierzy rzymskich. Mieli mosiężne zbroje i hełmy z czerwonymi pióropuszami, tylko dowódca miał biały pióropusz. Trzymali w rękach srebrne halabardy, a dowódca zabytkową szablę, o której wieść niosła, że pochodzi z wykopalisk przy Starym Rynku, z podziemi budynku, w którym miała mieścić się "Bursa Karnkoviana". W tych strojach występowali oni także in gremio na rezurekcji, idąc za baldachimem ze skrzyżowanymi halabardami. Do dziś nie wiem, dlaczego cały Kalisz nazywał ich Turkami, choć wiadomo było, że w Jeruzalem grobu Chrystusa strzegli żołnierze rzymscy. Turcy urzędowali jeszcze wiele lat po II wojnie. A może i dziś nadal strzegą grobu Chrystusa?

Dzieje pewnej rodziny

      Najciekawsza rodzina z ulicy Lipowej zamieszkiwała izbę piwniczną w naszym domu, znajdującą się dokładnie pod sklepem mego ojca. Była to najgłębsza suterena w kamienicy. Górne krawędzie okien nie sięgały nawet poziomu ulicy, a studzienki okienne były zakryte gęstą kratą. W najpogodniejsze dni lata do izby wpadała w samo południe tylko słaba poświata, a ponieważ mieszkańcy oszczędzali na nafcie, życie spędzali w mroku. Suterenę zajmowała rodzina Baczków. Głowa rodziny, Józef Baczek pełnił funkcję stróża domu. Był to pogodny niewysoki człowieczek z sumiastymi wąsami i małymi, niedowidzącymi oczkami. Chodził zawsze w trepach na drewnianych spodach, słychać go więc było z daleka. Pan Józef rzadko był trzeźwy. najczęściej zdarzało się to w niedzielę, gdy wystrojony w swój jedyny czarny garnitur od ślubu, biały sztywny kołnierzyk i czarny krawat szedł na sumę do kościoła Reformatów na godzinę 11. Wzbudzał wówczas pewną sensację, a to z powodu przenikliwej woni denaturatu, jaką wokoło rozsiewał. Pan Józef z oszczędności pił bowiem spirytus skażony, który powszechnie w tych sferach zwano "bryndą", a ponieważ popijał stale, był na wskroś przesiąknięty jej charakterystycznym zapachem. Natychmiast po powrocie z sumy rozbierał się ze swego ślubnego garnituru i rozpoczynał swe ulubione zajęcie.

      Pod jednym względem był on pozytywnym wyjątkiem wśród lokatorów suteren. Lubił spokój, unikał awantur, nie wadził nikomu i nigdy nie brał udziału w bijatykach, jakie w suterenach nieustannie wybuchały i przenosiły się na podwórko, gdzie obok studni znajdowały zwykle swój krwawy finał. Baczek, zawsze chwiejący się na nogach, wstawał wczesnym rankiem z barłogu, brał miotłę i szuflę, którą nazywał "sipą", wychodził na ulicę i wymiatał cuchnące, pobielane wapnem rynsztoki. Z kocich łbów jezdni zmiatał na swą sipę końskie łajno, którego w tych czasach nie brakowało, przerzucał na taczkę i chwiejąc się odwoził na podwórko, gdzie w kącie obok śmietnika składał ten cenny skarb. Raz w miesiącu przyjeżdżał furmanką chłop ze wsi i zabierał uskładany nawóz, płacąc jedną lub dwoma butelkami "bryndy". Gdy pan Józef, całkowicie rozłożony denaturatem, nie mógł podnieść się z wyrka, zastępowała go w służbowych czynnościach pani Józefowa. Petronela Baczek była suchą, kościstą kobietą, wyższą o głowę od męża i tak samo, jeśli nie więcej, lubiła "bryndę". Zapach denaturatu wypełniał więc me tylko ciemną izbę Baczków ale także korytarz, wydobywał się nawet z czeluści klatki schodowej i rozchodził aż do bramy.

      Jedyną rozrywką państwa Baczków było płodzenie dzieci, czemu poświęcali się bez reszty. U Baczków - jak mówiły nasze babki "co rok, to prorok". Dzieci przychodziły jednak na świat i wychowywały się w warunkach urągających wszelkim zasadom higieny. Spośród dwanaściorga tylko czworo oparło się atakom chorób i głodu w suterenie, ale też natura wyselekcjonowała najsilniejsze biologicznie typy. Były to trzy córki - Staśka, Władka i Janka - oraz najmłodszy syn Stefan, którego nie wiedzieć dlaczego cała ulica ochrzciła przydomkiem "Kubeł". Chociaż w tych czasach formalnie istniał już przymus szkolny, Baczkowie nie posyłali dzieci do szkoły. Żadne z nich nie poszło też do pierwszej komunii, co było wówczas wyjątkowo rażącym zjawiskiem. Cała czwórka była, podobnie jak i rodzice, analfabetami. Życie jednak nauczyło ich dobrze rozpoznawać pieniądze, zarówno banknoty jak i monety - były to jedyne umowne znaki cywilizacji, które Baczkowie znali i stosowali. Starsze dziewczyny rosły więc w atmosferze wspólnoty pierwotnej, a gdy poczuły wolę bożą, natychmiast zaczęły zachodzić w ciążę - nie wiadomo kiedy i z kim - i piwniczna izba znów ożywiała się krzykiem niemowląt, krzykiem z czasem coraz słabszym, a nieustający pochód małych białych trumienek znów wędrował z piwnicy na cmentarz.

      W latach dwudziestych głównym źródłem utrzymania proletariatu z ulicy Lipowej był przemyt spirytusu i sacharyny z Niemiec. Kalisz leżał wówczas około 40 kilometrów od granicy, która przebiegała wzdłuż górnego biegu Prosny. Głównym centrum przemytniczego handlu było miasteczko Praszka nad Prosną, leżące nad samą granicą. Tam więc jeździło się kupować od tamtejszej ludności przemycane z Niemiec towary. Alkohol przewożono zazwyczaj w bydlęcych pęcherzach, ukrytych pod ubraniem, które u kobiet znakomicie imitowały biust. Wyrabiano też z blachy cynkowej zmyślne bańki, które zawieszone na szyi opasywały brzuch, ukryte pod odzieżą. W ten sposób dostarczano do Kalisza setki litrów spirytusu i kilogramy sacharyny, a powszechny brak cukru czynił ten handel szczególnie opłacalnym. Wszystkie panny Baczkówny włączyły się w ten proceder i dzięki temu rodzina egzystowała we względnym dobrobycie.

      Najmłodszy Stefan miał inne ciągoty. On wolał obrobić obywatela na targu we wtorek lub piątek, albo ograć naiwniaka "w trzy karty". Był też w odróżnieniu od całej rodziny czupurny i skory do bitki. Im więc był starszy, tym częściej gościł w areszcie. W każdym razie podobnie jak siostry "nie siał, nie orał, a żył" - i pił. Już w wieku 15 lat widywało się go pijanego i awanturującego się na ulicy. Gdy dobiegł do 20 lat, więcej przebywał w kryminale niż na wolności.

      U Staśki, najstarszej siostry Stefana, gdy skończyła lat 20, zrodziły się inne ambicje. Była ona wysoką, zgrabną, przystojną dziewczyną i dość wcześnie zaczęła uprawiać zawód o najstarszych w świecie tradycjach. Gdy więc interes się rozkręcił, Staśka zaczęła ubierać się bogato, kolorowo, często bez gustu, ale i tak korzystnie wyróżniała się na tle rodziny. Wtedy to - jak mi się wydaje - zaczęła boleśnie odczuwać swój analfabetyzm i brak wykształcenia. Można ją było czasem zobaczyć, jak siadywała na ławce w parku ze swą jedyną książką, udając, że czyta. Bywało jednak, że złapany na ten haczyk młody człowiek, który dosiadał się do panienki, ze zdumieniem spostrzegał, że trzyma ona książkę "do góry nogami". Tak więc spóźnione aspiracje Staśki kończyły się czasem jeszcze większą kompromitacją. Gdzieś w latach trzydziestych Staśka znikła z kamienicy. Po pewnym czasie zjawiła się bogato wystrojona z wielkimi skórzanymi walizami. Po Lipowej gruchnęła wieść, że Staśka jest w Warszawie kabaretową tancerką. Obdarowała rodzinę prezentami, upiła drogimi trunkami i znikła tak samo nieoczekiwanie, jak się pojawiła. Pozostałe dwie siostry karmiły wówczas któreś tam z rzędu dziecko, skazane - tak jak i poprzednie - na zagładę z niedożywienia, awitaminozy i zupełnego braku odporności.

      W 1938 roku "Kubeł" osiągnął wiek poborowy i stanął przed komisją wojskową. Gdy wyjechał do jednostki cała ulica odetchnęła. W sierpniu tegoż roku pojawił się w rodzinnej suterenie na przepustce - przystojny, elegancki jak nigdy dotąd, w pięknie skrojonym mundurze piechoty z bagnetem w pochwie u pasa. Ten bagnet doprowadził do nieszczęścia. Drugiego dnia pijany do nieprzytomności wszczął awanturę z kumplami i jednego z nich dźgnął bagnetem w klatkę piersiową, przebijając mu płuco. I znów niezastąpiony Szpital św. Trójcy ratował ofiarę z Lipowej, a "Kubła" zabrali żandarmi (tzw. "kanarki"). Fama niosła, że dostał dwa lata odsiadki w wojskowym więzieniu. W następnym roku - jak wiadomo - wybuchła II wojna światowa, którą spędziłem poza Kaliszem. Gdy w roku 1946 powróciłem do rodzinnego miasta, starzy Baczkowie już nie żyli, a z ich potomstwa spotkałem tylko najmłodszą córkę. Zajęty swoimi sprawami zapomniałem wkrótce o całej rodzinie Baczków.

      Dziwne są jednak ludzkie losy. Wiele lat później byłem z wizytą u zaprzyjaźnionego proboszcza na wsi gdzieś między Zgierzem a Łęczycą. W pogodne sierpniowe popołudnie wyszedłem z gospodarzem na spacer polną drogą i nagle zapragnął on pokazać mi położony w pobliżu cmentarzyk polskich żołnierzy września 1939 roku. Przy pomocy swoich parafian ksiądz otaczał go opieką, a jak troskliwą, mogłem się wkrótce przekonać. Między płaczącymi brzozami i krzewami jaśminu ujrzałem najpierw starannie utrzymany parkan, a za nim około 100 mogił z jednakowymi krzyżami. Cmentarzyk był zadbany, alejki wygracowane, na każdej mogile rosły kwiaty. Niemal na wszystkich krzyżach były tablice z dokładnymi informacjami o poległych, tylko na kilku dostrzegłem napis "żołnierz nieznany". Tablice zawierały dokładne dane: imię, nazwisko, wiek, stopień wojskowy, odznaczenia, a nawet - ta informacja mnie zdumiała miejsce pochodzenia żołnierza. Ponieważ wielu pochowanych tu żołnierzy pochodziło z mego rodzinnego miasta, zacząłem kolejno obchodzić groby, szukając znajomych nazwisk. Istotnie znalazłem ich kilkanaście. Już miałem opuścić cmentarz, gdy zaintrygowała mnie mogiła na wpół ukryta w jaśminach. Na jej krzyżu zatknięto strzaskany pociskiem, tak dobrze mi znany, hełm polski z 1939 roku. Zbliżyłem się i... oniemiałem z wrażenia. Tablica głosiła: ś. p. Stefan Baczek, 1. 22, z Kalisza, szeregowiec 29 Pułku Strzelców Kaniowskich, zginął śmiercią bohaterską w obronie Ojczyzny w bitwie nad Bzurą we wrześniu 1939 roku, odznaczony Krzyżem Walecznych.

      Opowiedziałem proboszczowi wszystko, co wiedziałem o Stefanie Baczku i jego rodzinie. Ksiądz zrewanżował mi się opowieścią o tym, jak garstka żołnierzy osłaniała przeprawę przez Bzurę oddziałów armii "Poznań"; jak krwawiąc obficie, wielokrotnie zrywali się oni do boju, aż prawie wszyscy polegli.

      Już po tym odkryciu byłem w Kaliszu na jednej z mych samotnych wypraw. Nieomal po kryjomu obszedłem mój dom na Lipowej. Ostrożność ta okazała się zupełnie zbędna. Nie spotkałem nikogo, kto mógłby mnie rozpoznać. Wszystkie sutereny były od 1945 roku niezamieszkałe. Suterena Baczków także została zamieniona na skład opału. Przeraził mnie tylko brud w bramie i na klatkach schodowych, zaśmiecone podwórko. Nie było już studni na środku, zniknęła drewniana oficyna, w głębi pozostały jedynie piętrowe komórki na węgiel z charakterystycznym gankiem. Umilkł też pisk jaskółek i świergot wróbli. Pomyślałem sobie: - Jakże tu było czysto i porządnie, gdy o dom dbał wiecznie pijany Baczek i jego chuda, koścista połowica...

A obraz tamtej mogiły ukrytej w jaśminach na zawsze pozostał w mej pamięci.

Na rogatce

Dawny kościół Reformatów we wrześniu 1999 r.      Opisywane tu przeze mnie przedmieścia ocalały z pogromu miasta w sierpniu 1914 roku. Domy i chałupy były tu nietknięte, podczas gdy całe centrum miasta leżało w gruzach. Dla nas, dzieci biegających boso po maneżu, dołku i greckiej górce - najważniejszym punktem odniesienia była Rogatka Wrocławska, potocznie nazywana po prostu rogatką. Stał tam (zachowany do dziś) biały budynek z kolumnami, którego piękna wówczas nie byliśmy w stanie ocenić. Przed budynkiem był drewniany pomost, na który wśród krzyków i trzaskań z bata wjeżdżały wozy załadowane węglem lub innym towarem, aby sprawdzić i odnotować ich wagę. Później wozacy przyjeżdżali po raz drugi zważyć pusty wóz i wytarować ważony towar. W ten sposób waga miejska świadczyła płatne usługi prywatnym handlarzom. Waga przy rogatce czynna była przez wiele lat. Nie jestem pewny daty, ale wydaje mi się, że zlikwidowano ją dopiero w roku 1922. Przed budynkiem wagi zawsze urzędował posterunek władzy porządkowej. Z początkiem 1918 roku był to jeszcze żandarm pruski, w latach późniejszych funkcjonariusz Policji Państwowej (zwanej "granatową" z powodu koloru mundurów).

      Zaraz za rogatką stały mury kościoła i klasztoru Reformatów (obecnie ss. Nazaretanek) i - wspomnianego już kilkakrotnie - Szpitala św. Trójcy (dziś przychodnia specjalistyczna). Dalej już rozciągały się ruiny i rumowiska, sięgające aż do ulicy Warszawskiej (obecnie Świerczewskiego). Z całego tego ciągu ocalały tylko dwa domy przy Warszawskiej (istniejące do dziś) oraz jeden dom przy rynku kamienica Herbichów na rogu placu św. Stanisława z piękną renesansową attyką. Kościół Reformatów, jako jedyny z kaliskich kościołów, był poważnie uszkodzony pociskami artyleryjskimi. Zniszczona była wieża, dach, mocno naruszona absyda. Nietknięta pozostała kaplica żołnierska, ocalała także przepiękna barokowa statua Madonny Bolesnej, stojąca na chodniku vis-a-vis Szpitala św. Trójcy. Usunęli ten posążek dopiero hitlerowcy podczas II wojny., dziś stoi on w ogrójcu kościoła ss. Nazaretanek.

      Dla nas, dzieci z przedmieścia, miasto zaczynało się na rogatce. Stamtąd nadsłuchiwaliśmy wszelkich nowinek; tam biegliśmy gromadą pogapić się a to na przemarsz oddziałów wojskowych czasem z hałaśliwą orkiestrą, a to na zbiegowisko ludzkie, którego celu i sensu wówczas jeszcze nie rozumieliśmy. Ta rogatka przez wiele lat była dla nas nieustającą atrakcją, bo nawet w latach późniejszych - już w wolnej Polsce - zawsze działy się tu rzeczy niezwykłe. Tu witano i żegnano wszelkie oddziały wojskowe, tu stawiano przystrojone świerczyną i sztandarami bramy triumfalne na przyjazd dostojników państwowych i kościelnych. Każda wieść, że na rogatce coś się dzieje błyskawicznie obiegała ulicę i wnet gromada dzieciaków biegła w tamtą stronę...

      Były to tata brzemienne w wydarzenia, choć z ich znaczenia nie zdawaliśmy sobie sprawy. W pamięć zapadały tylko nieliczne fakty, które wydawały nam się wówczas sensacyjne. Pamiętam np. jak którejś nocy zostaliśmy wszyscy obudzeni waleniem w okno kolbami karabinów. Gdy ojciec otworzył drzwi, wniesiono do nas rannego żołnierza pruskiego, bardzo krwawiącego, żądając udzielenia mu pierwszej pomocy. Okazało się, że ktoś napadł w ciemności na patrol niemiecki i poturbował żołnierzy nożami. Pamiętam, jak żołnierze wrzeszczeli po niemiecku, a mama przenosiła przez pokój, w którym spaliśmy, miednicę z wodą i pokrwawione szmaty. Rannym był tutejszy Niemiec, kolaborant, którego "zew krwi" ściągnął do służby niemieckiej. Pamiętam do dziś jego nazwisko - Hirsch.

      Gdy losy wojny ważyły się na frontach, tak władza pruska jak i rosyjska zabiegały o przychylność Polaków, którzy mieli opinię dobrych żołnierzy. Ta rywalizacja między dwoma potęgami miała duży wpływ na złagodzenie kursu okupacyjnego. Władze pruskie ogłaszały coraz to nowe projekty wskrzeszenia państwa polskiego i podejmowały coraz to nowe próby pozyskania społeczeństwa. Miasto odzyskiwało swój polski charakter dzięki coraz liczniej reaktywowanym instytucjom polskim. Przewijający się przez miasto legioniści Piłsudskiego, raz pod bronią, to znów internowani i rozbrojeni ściągali często nas, dzieciaków z Lipowej, na rogatkę. Bardzo ciężkie warunki aprowizacyjne, głód, spekulacja i paskarstwo oraz niejasne wieści napływające z Petersburga o ruchach rewolucyjnych powodowały niepokoje również w Kaliszu. Były strajki i pochody, które jak magnes znów przyciągały nas na rogatkę. Patrzyliśmy na tłumy ludzi, słyszeliśmy okrzyki i nic oczywiście z tego nie rozumieliśmy.

      Największe jednak niepokoje zaczęły się w listopadzie 1918 roku, kiedy już wyraźnie powiało wolnością. Nawet ja - niespełna pięcioletni chłopiec - zacząłem już nieco rozumieć z rozmów prowadzonych w domu, z utarczek słownych między mamą i ojcem, który znikał z domu jak nigdy dotąd, a w Komendzie Miasta nie meldował się już od roku. W tym czasie razem z gromadą chłopców robiliśmy wypady w coraz bardziej odległe rejony. Już nam nie wystarczała rogatka, już za mało tu docierało wieści z miasta. Wypuszczaliśmy się więc aż na rynek, a przede wszystkim na plac św. Józefa, gdzie wciąż szumiało przed pałacem gubernatorskim i gdzie kilka razy widzieliśmy polskie sztandary i białego orła. Pozostały mi też w pamięci sceny, gdy dziwnie ubrani mężczyźni - ni to żołnierze, ni to cywile z biało-czerwonymi opaskami na rękawach odbierali karabiny żołnierzom Reichswehry i później prowadzili ich pod eskortą do więzienia na ulicy Łódzkiej. Tłumy śpiewały przed kolegiatą "Boże coś Polskę", "Jeszcze Polska nie zginęła" i "Rotę". Wkrótce potem gapiliśmy się na rogatce na długą kolumnę rozbrojonych żołnierzy niemieckich, eskortowanych na dworzec, gdzie ładowano ich do wagonów towarowych i wysyłano "nach Heimat". Wielkie to było i niezapomniane widowisko.

      Z nieco późniejszego okresu pamiętam przemarsze przez rogatkę w roku 1920 długich kolumn ochotników, które z orkiestrą wśród okrzyków i wiwatów zgromadzonej publiczności maszerowały na dworzec i zajmowały miejsca w pociągach do Warszawy. W tych ochotniczych oddziałach większość stanowili młodzi chłopcy (jeszcze prawie dzieci), którzy po kryjomu uciekali z domów, gdyż rodzice nie pozwalali im na wstąpienie do wojska. Pamiętam też w kilka miesięcy później powrót niektórych z tych chłopców. Najbardziej wbił mi się w pamięć żałobny powrót ulicą Wrocławską z dworca na lawetach armatnich braci Jarnuszkiewiczów, uczniów szkoły realnej (dziś liceum im. T. Kościuszki), poległych pod Warszawą. Pamiętam też w kilka lat później uroczystość żałobną w moim gimnazjum im. A. Asnyka ku czci siedmiu uczniów naszej szkoły, poległych nad Wisłą. Było to poświęcenie marmurowej tablicy z nazwiskami tych uczniów i pięknym mottem, które pamiętam do dziś, choć po tablicy nie ma już śladu: "Z posiewu krwi naszej ojczyzna róść będzie".

      Inne przeżycia z rogatki, które bardzo dobrze pamiętam, to wielka manifestacja na cześć Górnego Śląska, który krwawiąc w trzech kolejnych powstaniach, doczekał się wreszcie w październiku 1921 roku przyłączenia do Polski. Uchwałą rady miejskiej Kalisza ulica Wrocławska - na odcinku od rogatki do szosy prowadzącej w kierunku Szczypiorna - została wówczas przemianowana na Górnośląską. Na klasycystycznym budynku rogatki odsłonięto kamienną tablicę z nową nazwą ulicy i datami trzech powstań śląskich. Odbyła się wielka manifestacja, przemówienie wygłosił prezydent miasta. Wiwatowano na cześć Śląska, orkiestra odegrała hymn państwowy, a tłumnie zebrani mieszkańcy miasta odśpiewali "Rotę". Było to wielkie przeżycie patriotyczne.

      Już wtedy zaczynałem wiele rozumieć, chodziłem do szkoły, umiałem czytać. Rok 1920 był dla mnie progiem do innego życia. Rozpoczęta w tym roku nauka miała trwać - z przerwą wojenną - aż do 1946 roku.

PIERWSZE KROKI

 Rozdział II

Szkółka pani Kaupowicz

      W latach dwudziestych naszego wieku powszechnie panował pogląd, że naukę należy rozpoczynać w wieku 7 lat. Nie przypominam sobie ani jednego przypadku, aby jakieś dziecko szło do szkoły wcześniej - tak, jak to się zdarza obecnie. W Kaliszu było wówczas kilka 7-klasowych szkół podstawowych, które nazywano szkołami powszechnymi lub po prostu "powszechniakami". Większość młodzieży poprzestawała na ukończeniu - jak się wtedy mówiło "siedmiu oddziałów", a potem wybierała sobie jakiś konkretny zawód, idąc "w termin" do majstra lub też do fabryki. Ci nieliczni, którzy pragnęli kształcić się dalej, opuszczali zwykle szkołę powszechną już po trzech latach i zdawali egzamin do pierwszej klasy gimnazjum. Choć zdarzało się również, że zdolny uczeń po ukończeniu szkoły powszechnej zdawał egzamin od razu do czwartej klasy gimnazjum. Jakkolwiek obowiązywał przymus szkolny, nie był on rygorystycznie przestrzegany. Analfabetyzm był więc zjawiskiem dość rozpowszechnionym, a na mojej ulicy Lipowej chyba z połowa mieszkańców nie umiała czytać i pisać.

      Nauka w "powszechniakach" była bezpłatna, ale poziom jej nie był najwyższy, a uczniowie rekrutowali się z najgorszych środowisk. Wielu nawet prostych ludzi, którzy z góry zakładali dalsze kształcenie swych dzieci w szkole średniej, obawiało się posyłać je do szkół powszechnych. Stąd też istniała dobra koniunktura dla szkół prywatnych, gdzie jednak za naukę trzeba było płacić. Wszystkie prywatne szkółki miały charakter mniej lub bardziej ekskluzywny. Do najdroższych należały szkoła Otrembskiej, Szoltzowej i Kolabińskiej. Stosunkowo najtańsza była szkółka Kaupowiczówny, która nie miała opinii aż tak bardzo ekskluzywnej. Do tej szkoły zapisali moi rodzice najpierw mego starszego brata, a później mnie. Natomiast siostra uczyła się najpierw w szkole przeznaczonej wyłącznie dla dziewcząt, którą założyły SS. Nazaretanki w klasztorze opuszczonym przez 00. Reformatów; po dwóch latach rodzice przenieśli ją do pierwszej klasy Gimnazjum im. Anny Jagiellonki.

      Po raz pierwszy poszedłem do szkoły, gdy miałem dokładnie 6 lat i 8 miesięcy - a było to w roku 1920. Szkoła pani Kaupowicz mieściła się w jej prywatnym mieszkaniu przy placu Konstytucji (dziś część placu Kilińskiego), na rogu ulicy Parkowej, tuż obok gmachu Kaliskiego Towarzystwa Muzycznego (obecnie Państwowej Szkoły Muzycznej). Dom ten stoi do dziś, ale został nadbudowany. Wówczas był to tylko budynek jednopiętrowy i właśnie na piętrze mieściła się moja szkoła. Pani Julia Kaupowicz prowadziła szkółkę wespół ze swą siostrą Anielą. Obie panie żyły niezamężne, ale ze względu na ich zaawansowany wiek i dostojną postawę nikt nie śmiał mówić o nich Kaupowiczówny. Mówiło się więc po prostu: szkoła pani Kaupowicz.

      Pani Julia, która rządziła całą szkołą, była wspaniałą kobietą, jakie dziś można oglądać tylko na starych fotografiach. Twarz miała jakby wyrzeźbioną, z orlim nosem i surowymi stalowymi oczami. Bardzo obfite włosy zaczesywała pod górę, a na wierzchołku głowy upinała duży kok. Zwykle ubrana była w haftowaną bluzkę i długą do ziemi spódnicę, spod której wystawały jedynie czubki wyglansowanych pantofelków. Spódnica miała kilka zakładek, zawsze starannie przyprasowanych. Na szyi pani Julia nosiła czarną lub ciemnobrązową aksamitkę, ozdobioną piękną broszką z pereł, a na piersi wspaniały koronkowy żabot. Z szyi spływał też dekoracyjnie długi złoty łańcuszek, na końcu którego umocowany był zegarek, ukryty gdzieś za paskiem spódnicy, ściągniętej w pasie do granic możliwości. Pani Julia prowadząc lekcję od czasu do czasu wydobywała zegarek, aby sprawdzić, czy już czas zrobić przerwę. Gdy w latach późniejszych rozczytywałem się w Prusie, tak właśnie wyobrażałem sobie panią Latter.

      Młodsza siostra Aniela różniła się od bardzo surowej i dostojnej Julii. Była niższa, drobniejsza, miała znacznie mniej obfite włosy, ale również upinała je w maleńki koczek. Różniła się od swej siostry także charakterem; była cicha, łagodna i skromna. Zajmowała się raczej gospodarstwem domowym, ale bardzo często spełniała pomocnicze funkcje w nauczaniu. W latach późniejszych, gdy szkółka rozwinęła się i przybyło więcej uczniów, pani Aniela objęła prowadzenie drugiej równoległej klasy. Władzę sprawowała jednak zawsze pani Julia.

      Do mieszkania pań Kaupowicz wchodziło się przez mały przedpokój, gdzie zwykle zostawialiśmy swoje palta i czapki. Dalej był obszerny jasny salon, w którym uczyła pani Julia. Z tego pokoju długi ciemny korytarz prowadził do drugiego pomieszczenia, w którym obie panie mieszkały. Za nim była już tylko kuchnia, z której drzwi wychodziły na kuchenną klatkę schodową. Gdy pani Aniela rozpoczęła naukę z drugą grupą dzieci, prowadziła zajęcia właśnie w tym drugim pokoju na końcu korytarza.

      Nauka odbywała się koedukacyjnie., co zresztą miało dostarczyć mi sporo głębokich przeżyć, ale o tym nieco później. W roku szkolnym 1920/21 cała szkoła składała się zaledwie z 10 dziewczynek i chłopców, którzy zasiadali razem przy wielkim owalnym stole. Na honorowym miejscu siedziała oczywiście pani Julia. Pisać uczyliśmy się przy pomocy rysików na poliniowanych węglowych tabliczkach, oprawionych w drewniane ramki. Do zmazywania pisma z tabliczek używało się zwilżonej łapki zajęczej lub króliczej. Książki (słynny elementarz Falskiego) i inne przybory szkolne nosiło się obowiązkowo w tornistrze, który wówczas jeszcze z rosyjska nazywało się "rańcem".

Moja codzienna wędrówka przez miasto

      Moja droga do szkoły była dość daleka. Aby dostać się z ulicy Lipowej na plac Kilińskiego, musiałem przemierzyć prawie całe miasto, które wówczas leżało w gruzach. Te gruzy dla nas - młodzieży szkolnej - były wspaniałym miejscem do zabaw (najczęściej w "strażników i złodziei") i świetną kryjówką przed dorosłymi, gdy popełniało się jakieś drobne przestępstwa. Ileż razy idąc na przykład ulicą Warszawską, słyszałem od któregoś z kolegów: "Choć w gruzy na papierosa!" Palenie papierosów było bowiem w tych czasach ostro zabronione i ścigane przez wychowawców. W gruzy też chodzili prawie wszyscy dla załatwienia swych potrzeb fizjologicznych, gdyż w mieście nie było ani jednego publicznego szaletu. Z czasem gruzy powoli porastały trawą i krzakami, a także pokrywały się coraz większą warstwą fekaliów. Chodziło się więc tylko po wydeptanych ścieżkach.

      W tym czasie nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że chodzę po zabytkowych murach, pamiętających wieki średnie. Gdy dziś sięgnę pamięcią, przypominam sobie jeszcze gdzieniegdzie zachowane piękne sklepione sienie i noszące ślady niezwykłej urody podwórkowe krużganki. Burząc miasto w sierpniu 1914 roku, Niemcy najbardziej systematycznie palili i niszczyli właśnie starą część miasta - rynek z przyległymi ulicami. W gruzach legły więc bezcenne zabytki.

      Przyznać jednak trzeba, że odbudowa miasta ruszyła bardzo szybko i przybrała tempo, jakie porównać można chyba tylko z odbudową warszawskiej Starówki po II wojnie. Już w roku 1920 wzdłuż głównej arterii komunikacyjnej miasta - od ulicy Warszawskiej do Rogatki Wrocławskiej, a nawet dalej - ułożono przy krawężniku szyny kolejki wąskotorowej, po której kursowały wagoniki (zwane przez nas "lorkami"), popychane ręcznie przez robotników. Wagonikami tymi wywożono gruz z centrum miasta. Pamiętam, że robotnicy obsługujący te wagoniki używali w charakterze hamulców kłód drewnianych, które rzucali pod koła, gdy wagoniki toczyły się zbyt szybko z górki. Sami też wskakiwali często na podwozia i urządzali sobie przejażdżki, korzystając z naturalnego napędu.

      Dziś z perspektywy lat oceniam odbudowę miasta bardzo pozytywnie. Przede wszystkim dlatego, że nowe domy wznoszono na starych fundamentach, wykorzystując przy tym także fragmenty zachowanych starych murów. Dzięki temu miasto nie straciło swej najcenniejszej wartości- średniowiecznego układu urbanistycznego. Tempo budowy - jak już wspomniałem - było bardzo szybkie. Z dnia na dzień wzrastała liczba przedsiębiorstw budowlanych, a wśród nich dwa były na miarę rekinów przemysłowych: Tworka i Kicala. W tym czasie ponad połowa ludności Kalisza zajmowała się rzemiosłami budowlanymi. Rosły zastępy prawdziwych mistrzów murarskich, ciesielskich, blacharskich... Bardzo poszukiwani byli strycharze, ponieważ dachy kryto wyłącznie czerwoną dachówką. Dzięki temu ta część Kalisza ma dziś dla nas tyle uroku. Myślę że właśnie w tamtych latach należy szukać korzeni późniejszych sukcesów Kaliskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego, prowadzonego przez mego rówieśnika, sąsiada z ulicy Lipowej i klasowego kolegę, inż. Henryka Kinastowskiego. To przecież kaliszanie odbudowali po II wojnie Starówkę warszawską, Zamek Królewski, a także zbudowali całe Nowe Tychy na Śląsku.

      Wychodząc z domu codziennie rano do szkoły, miałem do wyboru dwie trasy: albo głównym traktem przez rogatkę i śródmieście, albo przez ulicę Łączną i Czaszkowską obok "złotych dachów", dalej Most Rypinkowski (mostu przy ul. Bankowej jeszcze nie było), przez tzw. "borek-lasek" (dziś cmentarz żołnierzy radzieckich) i stary park obok baszty "Dorotki" - i już byłem w szkole. Którą drogę wybierałem? Przeważnie było tak, że do szkoły chodziłem przez miasto, a wracałem ze szkoły przez park lub też inną jeszcze bardziej okrężną trasą zwykle razem z moim kolegą Jurkiem Rędziejowskim, który mieszkał na ulicy Częstochowskiej.

      Przechodząc przez plac św. Józefa obok pomnika (obelisk wzniesiony dla uczczenia spotkań cesarza Wszechrosji z królem pruskim), zatrzymywaliśmy się zwykle przy wylocie ulicy Mariańskiej (dziś Rapackiego) przed domem Sztarka, gdzie znajdowała się studnia, słynąca z najlepszej wody w mieście. Piliśmy tę wodę, nabierając ją w czapki. Po latach, kiedy czytałem "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej, dowiedziałem się, że wodę tę także bardzo ceniła sobie do parzenia herbaty pani Barbara Niechcicowa ("...jak już kupić dom w Kalińcu, to tylko przy pomniku...").

      Często też wracając ze szkoły przystawaliśmy przy cerkwi. Ten monumentalny sobór prawosławny wybudowały władze carskie aby nadać miastu bardziej rosyjski charakter. Wzniesiono go więc w najbardziej reprezentacyjnym punkcie miasta, tuż obok pałacu gubernatora (mniej więcej w tym miejscu, gdzie dziś stoi dom towarowy). Tędy wjeżdżało się do miasta od strony Warszawy drogą bitą w czasach, gdy Kalisz jeszcze nie posiadał kolei żelaznej. Sobór zwieńczony był pięcioma bizantyjskimi kopułami, z których najwyższa wznosiła się nad głównym wejściem do świątyni. Do wejścia prowadziły monumentalne kamienne schody. Przy schodach rosły piękne jałowce i drzewka dzikiego bzu. Siadaliśmy sobie tutaj często i graliśmy w kamyki, w trojaki lub w noża. Cerkiew była już wtedy nieczynna, drzwi były stale zamknięte, więc na wielkich schodach było sporo miejsca do zabawy. Niewysoko nad ziemią - akurat na wysokości naszych dziecięcych oczu - znajdowały się okna do podziemi, chronione pięknymi kutymi w żelazie kratami. W roku 1923 rozeszła się wieść po mieście, że w lochach cerkwi straszy "biała dama". Przez całe dnie gromadziły się pod oknami grupy ludzi i zaglądały do piwnic, a niektóre kobiety obdarzone zbyt bujną wyobraźnią przysięgały, że widzą jakąś wysoką białą postać. O zmroku jednak nikt nie śmiał zbliżyć się do okien, aby nie narazić się - jak mówiono - na wciągnięcie do lochów. W roku 1925 cerkiew rozebrano i "biała dama" została zmuszona do poszukania sobie innego locum. Z materiałów rozbiórkowych wybudowano małą cerkiewkę przy ulicy Niecałej naprzeciwko baszty "Dorotki".

      Baszta ta, owiana legendą o pięknej starościance i ubogim szewczyku, jedyna ocalała z kilku średniowiecznych budowli obronnych miasta - w tamtych czasach była otoczona parterowymi i piętrowymi domami, ponad które wystawał tylko jej szczyt. W takim stanie rysował ją po raz pierwszy Tadeusz Kulisiewicz. W całej okazałości można było oglądać ją tylko od strony dzwonnicy kościoła św. Józefa. Dopiero Niemcy w czasie okupacji rozebrali te wszystkie domki i odsłonili basztę wraz z murem obronnym. Zasypali też kanał "Babinkę", który zaczynał się w pobliżu teatru, przecinał park obok ruin parkowych, budynku Hydropatii i baszty "Dorotki" plac Kilińskiego; dalej płynął wzdłuż ulicy Babinej i Nadwodnej (dziś Nowotki), obok jatek miejskich i wpadał do głównego koryta Prosny na wprost tzw. "domu pod aniołami" (dziś w tym miejscu znajdują się planty). W moich czasach "Babinka" była właściwie cuchnącym bajorem, w którym szczególnie przy jatkach miejskich roiło się od szczurów. Dawniej kanał ów musiał pełnić funkcje obronne, biegł bowiem dokładnie wzdłuż linii murów miejskich, których szczątki zachowały się do dziś. Mury obronne - jak wiadomo - zaczęli rozbierać w Kaliszu Prusacy na początku XIX wieku. W czasie gdy chodziłem do szkoły, było jednak jeszcze sporo tych szczątków. Władze miejskie nie miały jakoś wówczas sentymentu do takich zabytków, starały się przede wszystkim odbudować i odgruzować miasto, w ferworze porządków usuwając także szczątki średniowiecznych murów. I tak rozebrano po I wojnie m. in. 50-metrowy fragment muru przy zbiegu ulic Nadwodnej i Narutowicza (dziś jest tam mały trawnik). Mógłbym jeszcze dziś wskazać wiele takich miejsc, gdzie pod ziemią tkwią nadal całe nienaruszone fundamenty dawnych fortyfikacji o kazimierzowskim rodowodzie.

      Wracając do domu ulicą Kolegialną i Sukienniczą, zatrzymywaliśmy się czasem przy Moście Trybunalskim i zdjąwszy buty urządzaliśmy wyścigi na bosaka po przęsłach mostu. Żeliwne nity na przęsłach były od tych zawodów wyglansowane do białości. Pewnego razu te nasze zabawy zakończyły się dla mnie fatalnie. Gdy przebiegnąwszy na drugą stronę mostu wróciłem po buty, już ich nie znalazłem. Zostały skradzione przez jakiegoś łobuziaka. Do domu wróciłem boso, a to co usłyszałem od rodziców, pozwolę sobie tutaj przemilczeć.

Teatr im W. Bogusławskiego dziś.      Wracając ze szkoły aleją Józefiny, mijaliśmy po drodze piękny lecz pusty budynek teatru. Został on bardzo szybko wybudowany w pierwszych latach po wojnie na miejscu spalonego przez Prusaków w 1914 roku secesyjnego gmachu, ale niestety zabrakło środków na wykończenie wnętrz. Przez wiele lat teatr stał pusty i martwy, okna i drzwi miał zabite deskami. Dopiero w latach trzydziestych wnętrza zostały wykończone. Teatr otwarto uroczyście w roku 1936, nadając mu jednocześnie imię Wojciecha Bogusławskiego.

      Latem, gdy pogoda była piękna, zatrzymywaliśmy się także nad rzeką przy Moście Rypinkowskim i brodziliśmy z upodobaniem w przybrzeżnym sitowiu, podglądając niebieskie, granatowe i zielonozłote ważki. Gdzie by kto teraz znalazł w tym miejscu sitowie, albo wypatrzył choć jedną ważkę?

      Tak więc moja droga ze szkoły była zawsze bardzo urozmaicona. Szło się długo i przychodziło do domu nieraz wieczorem narażając się oczywiście na rodzicielskie wymówki. Do szkoły natomiast trzeba było iść szybko bez przystanków, bo nie wolno było się spóźniać. Za każde spóźnienie pani Julia stawiała na 30 minut w kącie z twarzą do ściany, a następnie wpisywała uwagę do dzienniczka, co znów wywoływało w domu dalsze konsekwencje. Czasem można było zarobić w szkole także tzw. "łapę" czyli oberwać od pani Julii kilka uderzeń linijką po wewnętrznej stronie dłoni.

Dziecięce fascynacje i zabawy

      Przy pomocy wspaniałego elementarza Falskiego, tabliczki i rysika pani Julia szybko wprowadziła nas w zaczarowany świat liter. Wielkie to było dla mnie przeżycie, gdy po raz pierwszy przeczytałem samodzielnie jeden wyraz. Szedłem właśnie ze szkoły i przystanąłem w rynku, usiłując odczytać wielkie litery na zielonym szyldzie. I przeczytałem: OPTYK. Nie znałem takiego słowa. Więc pomyślałem, że to pewnie przez pomyłkę namalowano O zamiast A, Y zamiast E, a ostatnia litera A pewnie się starła lub zmył ją deszcz. Jakaż była moja radość, gdy po powrocie do domu ojciec zapewnił mnie, że szyld odczytałem prawidłowo i wyjaśnił mi znaczenie tego dziwnego wyrazu. Od tego czasu stale gapiłem się na szyldy i kolejno odczytywałem je z coraz większą biegłością. Stąd też do dzisiaj pamiętam wszystkie firmy handlowe w Kaliszu w tych czasach, mógłbym też z pamięci odtworzyć niemal pełne listy członków stowarzyszeń kupców i rzemieślników w tamtych czasach.

      Wkrótce potem zagłębiłem się w papierowe stronice pokryte czarnymi znaczkami, dotychczas dla mnie niezrozumiałymi, które teraz odkrywały przede mną nowe nieznane światy. Ukochałem książki i od tamtych lat pozostałem im wierny na całe życie. Zaczął się dla mnie cudowny świat Andersena, Grimmów, Kiplinga, Amicisa, Molnara, Karola Maya... Świat Makuszyńskiego, Sienkiewicza, Żeromskiego... i wreszcie odkrycie wielkich romantyków... I inne wspaniałe objawienia, aż po czarodziejów spod znaku "Skamandra". Wszystko to przeżyłem w moim ukochanym mieście, w cudownym parku kaliskim. Wiosną i latem specjalnie wstawałem godzinę wcześniej, aby przed lekcjami usiąść na chwilę z książką na ławeczce lub pospacerować w cudownej ciszy, zmąconej jedynie śpiewem ptaków i szumem drzew.

      Od Andersena, sakramentalnego prezentu gwiazdkowego chyba wszystkich rodziców dla wszystkich dzieci, zaczęły się także moje fascynacje nieco innej natury. Rozkochany w zaklętej królewnie, rozglądałem się pilnie wokół siebie, szukając jej rzeczywistego odpowiednika czy pierwowzoru. I oczywiście znalazłem natychmiast. Przy wielkim stole, przy którym pani Julia prowadziła lekcje, siedziało dokładnie naprzeciwko mnie złotowłose cudo z wielkimi niebieskimi oczyma. Złote loki wiły się w połyskujących pierścieniach wokół okrągłej rumianej buzi, równiutkie białe ząbki błyskały w uśmiechu obok czarujących dołków na policzkach, a w wielkich oczach odbijało się całe niebo. Wszystko było więc jak trzeba, jakby na zamówienie. I tak mała Miecia K. została moją królewną z bajki. Miałem wtedy niewiele ponad 8 lat i swojej tajemnicy strzegłem jak największego skarbu. W czasie lekcji wpatrywałem się w niebieskie oczy, na przerwie starałem się być jak najbliżej mojej królewny, a gdy tylko miałem okazję, nie omieszkałem pociągnąć ją za złoty warkoczyk albo rozwiązać jej kokardę z tyłu fartuszka. Nie przypuszczałem, że moja skryta sympatia do Mieci K. może zakończyć się epizodem, który w moich dziecięcych odczuciach urósł do rangi prawdziwej tragedii.

      Otóż kiedyś w czasie przerwy w lekcjach, gdy już wszystkie dzieci wybiegły na podwórko, tylko ja i Miecia pozostaliśmy chwilę dłużej w pokoju. Kiedy wychodziliśmy długim ciemnym korytarzem do kuchni, skąd było najbliżej na podwórko. Miecia idąca przodem potknęła się po ciemku o jakiś tornister. Rozpędzony wpadłem na nią i razem przewróciliśmy się na podłogę. Na ustach poczułem złote kędziory, na chwilę przytuliłem twarz do jej głowy. Wtedy nadeszła pani Julia. Nie umiem opisać jej wściekłości, słów zgorszenia, jakie wyrzucała z siebie. W moim dzienniczku tego dnia wpisała prośbę o przybycie rodziców do szkoły. Naturalnie nie pokazałem w domu tego dzienniczka.

      Epilog tego pamiętnego dla mnie wydarzenia rozegrał się wkrótce podczas procesji Bożego Ciała, która szła - jak zawsze tradycyjną trasą - z kolegiaty ulicą Mariańską, wokół Starego Rynku, ulicą Warszawską i z powrotem do kościoła. Stałem z mamą w tłumie obserwujących procesję. Jak wszystkie dzieci ustawiono mnie na przedzie, abym mógł wszystko dobrze widzieć. I nagle zjawiła się pani Julia. Usłyszałem raptem z tyłu nad głową straszną rozmowę dwóch pań na temat moich "wyczynów erotycznych". Mama zdenerwowała się bardzo, wysłuchując między jedną a drugą ewangelią takich strasznych opinii o swoim dziecku. Wracaliśmy do domu w milczeniu, odkładając rozprawę na później. Na szczęście ojciec okazał się bardziej tolerancyjny. Po wysłuchaniu sprawozdania mamy śmiał się do rozpuku. Wymknęło mu się też kilka uwag pod adresem starych zasuszonych panien. Na koniec stwierdził, że "niedaleko pada jabłko od jabłoni" i ostentacyjnie uściskał i ucałował mamę. Do Mieci wzdychałem jeszcze przez rok - do czasu, gdy nasze szkolne drogi rozeszły się: ja poszedłem do Gimnazjum im. A. Asnyka, ona do Gimnazjum im. A. Jagiellonki. Gdy spotkałem ją po kilku latach na szkolnym kiermaszu, nie mogłem w ogóle zrozumieć mej dziecięcej fascynacji.

      W tych latach, gdy przedpołudnia upływały mi w szkole pani Kaupowicz, popołudnie spędzałem często u dziadków na terenie fabryki fortepianów Fibigera. Można tu było organizować wspaniałe zabawy - takie, jak opisał Ferenc Molnar w swej powieści "Chłopcy z placu broni". Plac za ogrodem, wielkie składowisko drewna, surowca niezbędnego do produkcji, suszącego się pod prowizorycznymi daszkami - jakże przypominał tamten "plac broni". Wnuk założyciela fabryki, Gucio bawił się razem z nami i także należał do naszego wojska, uzbrojonego w karabiny, szable i bagnety, misternie wystrugane z drewna przez mojego dziadka. Wspaniałe były pojedynki pana Michała Wołodyjowskiego z Bohunem czy Kmicicem na drewniane szable.

      W tych nieustannych bojach bywali i ranni. A to w pojedynku przeciwnik skaleczył rękę, a to wystająca z desek drzazga skaleczyła nogę w czasie wspinaczki na kilkupiętrowe nieraz sągi desek. Do dzisiaj noszę blizny-pamiątki tych kampanii. Armia nasza musiała więc mieć swoją służbę zdrowia. Działały w niej nasze dzielne sanitariuszki: mija siostra Marysia, kuzynka Urszula i Ila Fibigerówna (ta sama, która u schyłku II wojny została rozstrzelana przez hitlerowców za działalność w polskim ruchu oporu). Zbudowaliśmy im z desek szałas, w którym przechowywały materiały opatrunkowe i całą aptekę niepotrzebnych w gruncie rzeczy leków, przyniesionych ukradkiem z domów. Dziewczęta były bardzo przejęte swoją rolą i bardzo niezadowolone, gdy nie było powodu do robienia opatrunków.

      Do naszych ulubionych zabaw na fibigerowym podwórku należało także serso, vocatur (piłka do dołka); a jeśli Gucio przyniósł z domu bramki, drewniane kule i młotki, godzinami graliśmy w krokieta. Te wspaniałe zabawy na "placu broni" trwały aż do roku 1925, kiedy to zmarł mój dziadek, a babcia przeniosła się do zaofiarowanego jej przez Fibigerów mieszkania przy alei Józefiny 21. Otrzymała tam w dzierżawę duży ogród owocowy, położony na tyłach tej kamienicy i sięgający aż do kanału Rypinkowskiego. Od tego czasu zaczął się dla nas okres równie wspaniałych zabaw w tym ogrodzie. Dziś wspominam tamte Lata cudownych zabaw jako jedyny i niepowtarzalny okres życia, w którym radość dominowała zawsze nad malutkimi dziecięcymi smuteczkami.

      Dzieciństwo moje poprzez osobę dziadka było - zupełnie przypadkowo - związane z firmą "Arnold Fibiger". Dla ścisłości muszę dodać, że nie tylko ta fabryka budowała w Kaliszu fortepiany. Przed I wojną światową a także w okresie międzywojennym Kalisz był prawdziwą stolicą fortepianów. Bratankowie Arnolda, Karol i Aleksander (ich ojciec Karol był właścicielem cukierni przy ul. Warszawskiej, którą po I wojnie sprzedał Schaubowi i Kozłowskiemu), mistrzowie budowy fortepianów, wyszkoleni w Austrii i Szwajcarii, już w roku 1899 założyli w Kaliszu przy ulicy Babinej mały warsztat produkujący pianina. Znany był on pod nazwą "Apollo", a obu braci zwano "Apollistami". Z biegiem lat produkcja rozwinęła się i warsztat przeniesiono do budynku u zbiegu ulic Polnej i Górnośląskiej, gdzie rozwinięto już produkcję na skalę przemysłową pod firmą "Parowa Fabryka Fortepianów i Pianin b-ci K. i A. Fibiger". Niewielka ta fabryczka produkowała instrumenty wcale nie gorsze niż "Arnold", czego dowodem nagroda, jaką otrzymała na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w roku 1929. Ponieważ obie kaliskie firmy nosiły to samo nazwisko, dla orientacji przyjezdnych na wielkich szczytowych ścianach domów przy Górnośląskiej wymalowano gigantycznych rozmiarów reklamy obu fabryk (dzieło malarzy Ciesielskiego i Asta), podając także ich odrębne adresy.

      Obok Fibigerów działały także w Kaliszu już pod koniec XIX wieku jeszcze dwie inne znane fabryki tych instrumentów: Sommerfelda i Bettinga. Pierwsza z czasem przeniosła się do Bydgoszczy, druga - do Leszna. Obie egzystowały aż do wybuchu II wojny. Budynek po fabryce Bettinga, dwupiętrowy, zbudowany z czerwonej cegły, stoi do dziś u zbiegu ulic Dobrzeckiej i Granicznej. Z czterech renomowanych fabryk pozostała do dzisiaj tylko jedna "Calisia" (dawny "Arnold Fibiger"), która stała się niemal symbolem miasta. Dziś gdy w telewizji zaczyna się reportaż z Kalisza, bardzo często rozlegają się też dźwięki fortepianu i na ekranie ukazują się hale fabryczne "Calisii". A w moim sercu odzywa się wtedy jakaś głęboko ukryta serdeczna struna, dźwięczy dawno przebrzmiałym, ale ciągle mi bliskim rezonansem. Fortepian, jeden z najwspanialszych instrumentów muzycznych, symbol geniuszu Chopina - dla mnie stał się także nieodłącznym atrybutem mego rodzinnego miasta.

Gmach Liceum im. Adama Asnyka.      W roku 1923 nastąpiło ważne dla mnie wydarzenie, które wycisnęło piętno na całym moim przyszłym życiu, zapoczątkowało moje najbujniejsze lata. Było to pierwsze spotkanie z moją ukochaną szkołą, która ukształtowała mój charakter, zdecydowała o tym, kim jestem dziś. W roku 1923 zostałem uczniem Gimnazjum im. Adama Asnyka - szkoły, z której zawsze byłem dumny i będę do końca mych dni.

SZKOŁO, SZKOŁO, HEJ...

 Rozdział III

W dostojnym gmachu

      Szczęśliwe szkolne lata, lata radości i beztroski, były dla nas uczniów gimnazjalnych - również ważnym okresem intelektualnego dojrzewania. Coraz głębiej poznawaliśmy świat, coraz lepiej rozumieliśmy rozgrywające się wokół nas wydarzenia. Poznawaliśmy też przeszłość, zgłębialiśmy historię, która nie raz skłaniała nas do refleksji i zadumy.

      Wincenty Rzymowski, znakomity pisarz, eseista i krytyk literacki, a w Polsce Ludowej minister spraw zagranicznych, w swej książce "Polskie, arcypolskie" tak pięknie wyraził szacunek do historii: "Po wielkich pożarach dziejowych ognie dziedziczą poeci, popioły uczeni." Szkoła nasza uczyła nas poznawać popioły historii i zapalała w nas jej ognie. Mądra dewiza Asnyka, naszego patrona: "Przyszłości podnoście gmach! Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy...", wykuta w piaskowcu na murach gimnazjum, przypominała nam, że obowiązkiem naszym jest dźwiganie postępu, ale także szacunek i miłość dla historii narodowej, która zawsze była dla nas "magistra vitae".

      W czerwcu 1923 roku mama pozbierała nieliczne jeszcze dokumenty mego krótkiego życiorysu, zaprowadziła mnie na ulicę Grodzką do Miejskiego Gimnazjum Filologicznego i wpisała na listę kandydatów. Za kilka dni odbył się egzamin wstępny. Pierwszy w życiu egzamin (ileż to ich było później!) poszedł mi nadspodziewanie dobrze i zostałem przyjęty do pierwszej klasy wraz z trzema kolegami, których nazwiska do dziś doskonale pamiętam. Byli to Tadeusz Malanowski, Ludomir Rydzewski i Feliks Murzynowski. Warto dodać, że w tym czasie istniały w gimnazjum jeszcze klasy niższe (wstępna i podwstępne), a w pierwszej klasie - oprócz nas - znaleźli się w większości uczniowie promowani z klasy wstępnej.

      Tak więc zostałem uczniem tej dostojnej szkoły, niewiele mającej sobie równych w Polsce; szkoły - pomnika historii edukacji narodowej; szkoły, która wydała poetę Adama Asnyka, Stefana Gillera, także działającego na niwie literackiej, Agatona Gillera zajmującego się zarówno historią jak i polityką, Stanisława Wojciechowskiego podówczas prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, ministra oświaty Sławomira Czerwińskiego i wielu innych wybitnych ludzi.

      Rok 1923, w którym zostałem przyjęty w poczet uczniów gimnazjum, był momentem przełomowym w historii tej najstarszej w Kaliszu, a zarazem jednej z najstarszych w kraju, tak bardzo zasłużonej szkoły. W tym bowiem roku Miejskie Gimnazjum Filologiczne zostało upaństwowione i otrzymało nową nazwę: Państwowe Gimnazjum Humanistyczne im. Adama Asnyka. Gimnazjum było odtąd tylko 8-klasowe, klasy wstępna i podwstępne zostały zlikwidowane. Współistniejące pod jednym dachem z naszym gimnazjum Studium Nauczycielskie przeniesiono do Liskowa. Wszystko to stało się za sprawą wspomnianego już wychowanka szkoły, prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego.

      Wielka to była uroczystość. Przybyłego ze stolicy prezydenta entuzjastycznie witali mieszkańcy miasta i okolic. Pan Jałowiecki, właściciel majątku Kamień, oddał do dyspozycji swój reprezentacyjny powóz, zaprzężony w czwórkę karych koni. Powóz oczekiwał przed dworcem kolejowym. Kiedy jednak zasiadł w nim dostojny gość, rozentuzjazmowana młodzież z naszej szkoły wyprzęgła konie i własnymi siłami zaciągnęła powóz z dworca aż na ulicę Grodzką pod gmach szkoły.

      Na pamiątkę tej doniosłej uroczystości na honorowym miejscu w auli gimnazjalnej wmurowano marmurową tablicę, którą wdzięczni kaliszanie chcieli upamiętnić piękny gest prezydenta Wojciechowskiego. Nad tą tablicą zawieszono wielkich rozmiarów portret prezydenta pędzla profesora Ruszkowskiego, kaliskiego artysty i nauczyciela rysunków w Gimnazjum Realnym im. Tadeusza Kościuszki. Zarówno portret jak i tablica zostały zlikwidowane przez hitlerowców i nigdy już nie wróciły na swoje miejsce.

      Pierwszą pamiątką historyczną w naszym gimnazjum, na którą zwróciłem uwagę jako świeżo upieczony uczeń, był pokaźnych rozmiarów dzwon, zawieszony na ścianie pod pięknie wygiętym daszkiem. Stary woźny, Władysław Graczyk opowiedział mi, że ten dzwon dał sygnał do rozpoczęcia strajku szkolnego w roku 1905, kiedy to wrzenie rewolucyjne ogarnęło całe Królestwo Polskie. Gdy robotnicy łódzcy krwawili na barykadach, a robotnicy warszawscy i żyrardowscy wyszli na ulice pod czerwonymi sztandarami, uczniowie mojej szkoły przy poparciu swych rodziców i całego społeczeństwa manifestacyjnie zażądali od władz rosyjskich wprowadzenia do szkoły języka polskiego jako wykładowego. Sformułowane na piśmie żądania komitetu strajkowego wręczył wówczas dyrektorowi jeden z uczniów, Sławomir Czerwiński, późniejszy minister oświaty RP. W odpowiedzi na strajk uczniowski władze carskie szkołę zamknęły, by otworzyć ją po przeszło roku z jeszcze większym naciskiem rusyfikatorskim. Historyczny dzwon strajkowy z roku 1905 na szczęście ocalał, wisi jak dawniej na gmachu szkoły i odzywa się uroczyście na każdym zjeździe wychowanków.

      Niewiele zmienił się też sam gmach szkolny, zaprojektowany w stylu klasycystycznym przez znanego architekta Sylwestra Szpilowskiego. Budynek ten wzniesiono w roku 1819 z przeznaczeniem na siedzibę Szkoły Wojewódzkiej, mieszczącej się uprzednio w zespole gmachów jezuickich, która była poprzedniczką naszego gimnazjum. Wybudowany na podwórcu dawnego zamku starościńskiego, szkolny gmach jest dziś szacownym zabytkiem Kalisza. Ale o wielkości mojej szkoły decydowały nie historyczne mury lecz wspaniali ludzie - i im przede wszystkim pragnę poświęcić te serdeczne wspomnienia.

Zeus - pobłażliwy i nieomylny

Stanisław Pacholski, "Cojs"      W latach 1923-1931 dyrektorem naszego gimnazjum był wspaniały człowiek i świetny pedagog Stanisław Pacholski, nazywany przez nas z powodu swego olbrzymiego autorytetu Zeusem. Boskie to imię brzmiało jednak z naszym języku "Cojs", gdyż taką wymowę lansował sam dyrektor. Był to wytworny starszy pan z charakterystycznymi dla tamtych czasów binoklami na wydatnym nosie, z krótko przystrzyżonym "po angielsku" wąsem. Zza połyskujących szkieł patrzyły zmrużone, pełne dobroci oczy, w których przez osiem lat dyrektorskiego urzędowania nigdy nie zdarzyło się nam dostrzec nawet przelotnej błyskawicy gniewu. Wielki przyjaciel młodzieży był zawsze pełen życzliwości i zrozumienia dla słabości naszych chłopięcych lat, mimo swego ulubionego powiedzenia, które zwykł powtarzać w charakterystycznym poznańskim dialekcie: "No, przyjacielu, my tego nie tolerujymy, to u nos nie egzystuje..." Patrzyliśmy na naszego dyrektora zawsze z olbrzymim szacunkiem i kochaliśmy go za jego nieskończoną wyrozumiałość. A ja mam pewne podstawy, aby przypuszczać, że ukończyłem szkołę przede wszystkim dzięki tej właśnie wyrozumiałości.

      Gdy dotarłem już do piątej klasy, wkroczyłem w wiek, o którym kiedyś pisał Wierzyński: "Zielono w mej głowie i fiołki w niej kwitną..." Wdałem się wtedy w prawdziwe "igraszki z diabłem", który kusił mnie nieustannie do coraz to nowych figli i kawałów. W ten sposób rzetelnie zarabiałem na to, aby moją skromną osobą stale zajmowała się rada pedagogiczna. Te moje szkolne igraszki mogłyby pewnie stać się tematem oddzielnego tomu wspomnień, wolę jednak przemilczeć w obawie, aby nie stały się "instrumentem demoralizacji" młodzieży. Dla zilustrowania ogromnej dobroci i wyrozumiałości dyrektora Pacholskiego opowiem tylko jedną historię, która o włos nie stała się przyczyną mego pożegnania ze szkołą. Najpierw jednak przedstawić muszę ówczesny system wymierzania kar za uczniowskie przewinienia.

      Otóż w naszej szkole był taki zwyczaj, że za wszystkie większe sprawki - oprócz obniżonej noty ze sprawowania - rada pedagogiczna podejmowała uchwałę o udzieleniu "publicznej nagany" lub znacznie groźniejszego "consilium abeundi" (zagrożenie wydalenia). Zwykle na drugi dzień po podjęciu takiej uchwały, podczas jednej z lekcji woźny obchodził wszystkie klasy - jak się to mówiło - "z kurendą", tzn. z grubym czarnym brulionem, w którym zapisane były wszystkie ogłoszenia i komunikaty dla uczniów, w tym również nagany i "consilia". Profesor prowadzący lekcję odczytywał uchwały, a następnie własnym podpisem potwierdzał podanie ich do wiadomości całej klasy. W czasie przerwy wszyscy komentowali "kurendę", na korytarzach wrzało jak w ulu. Delikwent, który otrzymał naganę lub "konsyla" (tak się mówiło w naszej gwarze uczniowskiej), zyskiwał na popularności i chodził dumnie "w sławie jak w słońcu". Co większe łobuziaki zbliżały się do niego, by uściskiem dłoni ("Daj grabę!") pogratulować sukcesu. Ci zaś, którzy nie znali jeszcze skazańca, zbiegali się ze wszystkich klas na parterze i na piętrze, aby zobaczyć na własne oczy tak uhonorowanego kolegę.

      Kary obowiązywały przez pół roku. Jeżeli w ciągu tego czasu ukarany naganą znów coś przeskrobał, otrzymywał niezawodnie "consilium"; a jeśli już miał wymierzoną tę karę, wylatywał z hukiem ze szkoły. Wszyscy orientowali się dobrze w tych przepisach, toteż nawet najbardziej wybujałe temperamenty twardo trzymały się na wodzy przez owe nieszczęsne pół roku, by potem natychmiast wybuchnąć ze zdwojoną energią. W ten sposób delikwent z miejsca zarabiał na następne wyróżnienie.

      Moja przygoda zdarzyła mi się, gdy byłem uczniem klasy piątej. Był koniec maja, śpiewały słowiki, pachniały bzy. Nad zalaną słońcem Prosną - wtedy jeszcze zupełnie czystą rzeką - brzęczały ważki... I jakaś fatalna siła, miast do szkoły, ciągnęła nas na ścieżki biegnące nad rzeką w kierunku lasu winiarskiego. W mojej niespokojnej głowie zrodziła się myśl szatańska. Dlaczego nie puścić na wagary całej szkoły łącznie z radą pedagogiczną?

      Dzięki temu, że lubiłem dla żartów ćwiczyć podpisy dyrektora i profesorów, doszedłem w tej dziedzinie do sporej perfekcji. Na ćwiartce papieru wypisałem więc na maszynie ogłoszenie tej treści: "Podaje się do wiadomości, że w dniu dzisiejszym z powodu przyjazdu Komisji z Kuratorem Okręgu Szkolnego Łódzkiego lekcje nie odbędą się." (Tu należy wyjaśnić, że w tym czasie Kalisz należał do województwa łódzkiego). Znakomicie podrobiony podpis dyrektora Pacholskiego oraz pieczątka; którą uzyskałem odbijając za pomocą ołówka kopiowego polskiego orła z dziesięciozłotówki, nadawały ogłoszeniu moc urzędową. Podpis dyrektora był szczególnie łatwy do podrobienia, ponieważ składał się tylko z trzech liter St. P, a dalej następował rządek równiutko ułożonych kreseczek, zakończony ostrym gotyckim zakrętasem.

      Ogłoszenie przykleiłem wieczorem na furtce boiska szkolnego, z której korzystali przede wszystkim uczniowie. Profesorowie wchodzili bowiem do szkoły wejściem frontowym. Rano już o godzinie 7.30 stałem w pobliżu gimnazjum, aby na własne oczy zobaczyć, co się będzie działo. Istotnie, zgodnie z moimi przewidywaniami, zamieszanie powstało ogromne. Na ulicy Warszawskiej zderzały się fale kolegów idących do szkoły z tymi, którzy już wracali po przeczytaniu ogłoszenia. Wszystkie twarze były rozradowane. A ponieważ pogoda zapowiadała się piękna, większość uczniów kierowała się nad Prosnę na tzw. wyspę, gdzie zwykle zażywaliśmy kąpieli. Niektórzy nie dowierzali, chcieli na własne oczy przeczytać ogłoszenie; inni natomiast bez wahania maszerowali w stronę parku. Profesorowie idący do szkoły zatrzymywali uczniów i ze zdumieniem dowiadywali się, że lekcji nie będzie. Niektórzy z nich, dając wiarę ogłoszeniu, zawracali do domu. Zanim sprawa wyjaśniła się i woźny Pawlak zerwał kartkę z furtki, większość uczniów była już daleko od szkoły. W niektórych klasach siedzieli tylko pojedynczy chłopcy, brakowało także profesorów. Przez dwie godziny w ogóle nie można było rozpocząć lekcji. Nawet po jakim takim opanowaniu sytuacji absencja w klasach sięgała 50-75 procent uczniów.

      Na drugi dzień strach padł na szkołę. Rozpoczęło się śledztwo. Nikt spośród uczniów i profesorów nie znał autora tego superkawału. Jeden tylko człowiek, wiedziony nieomylnym instynktem pedagogicznym, od razu znalazł sprawcę. Nieomylny mógł być tylko Zeus. Już o godzinie 8 rano zostałem wezwany "na Olimp" przed oblicze Gromowładnego. Dyrektor Pacholski był tego typu pedagogiem, że ukrycie przed nim prawdy było niemożliwe. "Obywatelu, my tego nie tolerujymy..." Usłyszałem znów te sakramentalne słowa, ale zaraz potem zaczęła się niemal przyjacielska rozmowa. "Bój się Boga, coś ty mi narobił! Skąd ci to strzeliło do głowy?..." Sam byłem zdumiony tym, co zrobiłem i sam zadawałem sobie to pytanie. Byłem szczerze skruszony, bo przed obliczem Zeusa nie można było reagować inaczej. Ileż dobroci i zakłopotania było w jego oczach, gdy głośno zastanawiał się: "Co ja mam teraz z tobą zrobić?"

      Niestety sprawą zainteresowało się kuratorium i oprócz tradycyjnego "consilium abeundi" , które po tygodniu odczytano w klasach, zostałem zawieszony w prawach ucznia aż do odwołania. Nie wolno mi było uczęszczać do szkoły i w ten sposób nie miałem okazji usłyszeć na własne uszy tego "konsyla" w przeciwieństwie do kilku poprzednich. (Od tego czasu upłynęło ponad 50 lat, a moje zawieszenie nie zostało dotychczas odwołane. Do dziś jestem więc formalnie zawieszonym w prawach uczniowskich wychowankiem Państwowego Gimnazjum im. A. Asnyka). Po dwóch tygodniach przerwy w nauce sam zdecydowałem, że mimo wszystko będę chodził do szkoły. Nie miałem wprawdzie na to żadnego zezwolenia, ale po prostu potraktowałem sam siebie jako wolnego słuchacza. Gdy po kilku dniach spotkałem na szkolnym korytarzu dyrektora, udał, że mnie nie widzi. Na jego pięknej twarzy igrał jednak tak dobrze nam znany nie kreślony uśmiech, a zza szkieł binokli strzelało bystre spojrzenie, które dostrzegało w każdym młodym tylko to, co dobre. Dyrektor Pacholski nie tylko nie zabronił mi chodzić do szkoły, ale - byłem tego pewien - cieszył się wyraźnie z mojej samowolnej decyzji. W ten sposób wszystko wróciło do normy. I niech mi ktoś teraz powie, czy nie zawdzięczam ukończenia szkoły średniej wyrozumiałości naszego wspaniałego dyrektora?

      Przeniesienie służbowe dyrektora Pacholskiego do Płocka w roku 1931 odczuliśmy jako głęboką krzywdę. Ten wielkiego formatu pedagog i patriota nie przeżył niestety II wojny. Uwięziony przez hitlerowców zginął w 1945 roku śmiercią męczeńską, spalony żywcem w łódzkim Radogoszczu.

Inni mieszkańcy Olimpu

      Moich pierwszych profesorów, z którymi zetknąłem się w pierwszych klasach gimnazjalnych, zachowałem do dziś we wdzięcznej pamięci, choć niektórzy z nich uczyli mnie bardzo krótko, dość szybko wyjeżdżając z Kalisza. Był to m.in. profesor Bronisław Łaba, polonista, drobny i łysy człowieczek z malutkim wąsikiem, który dał nam solidne podstawy języka ojczystego; profesorowie Wojciech Wacowski i Tomasz Łysek, którzy wprowadzali nas w tajniki przyrody; wielka miłość profesora Wacowskiego, pani Maria Tyblewska, młodziutka, smukła nauczycielka o subtelnej urodzie, która uczyła nas geografii. Historii uczył nas także dość krótko profesor Wacław Boczkowski, wysportowany brodacz, entuzjasta kultury fizycznej. Matematyki w pierwszych klasach nauczał profesor Władysław Żarnecki, przystojny i wytworny pan, niezwykle elegancki, posiadający tę rzadko spotykaną cechę obiektywizmu w ocenie ucznia, która pozwala mu zawsze nieomylnie ocenić jego intelekt niezależnie od wybujałego temperamentu. Pierwszym moim prefektem był niezwykły oryginał ksiądz Andrzej Rokosz, który niezbyt chętnie wkładał sutannę, co w owych czasach było zjawiskiem raczej wyjątkowym. Mój prefekt był więc jedynym księdzem w Kaliszu, który chodził w spodniach, zawsze nosił laskę i nieustannie trzymał fajkę w zębach. Zdarzało się też, że z przyjemnością grywał z nami w piłkę na boisku szkolnym.

      Moją wychowawczynią w klasie pierwszej była nauczycielka rysunku, profesor Helena Kindlerówna, jedyna rodowita kaliszanka w gronie pedagogicznym. Pochodziła ze znanej mieszczańskiej rodziny, ojciec jej Jan Kindler prowadził w Kaliszu fabrykę mydła. Z tej samej rodziny wywodziła się także młodziutka profesor Aniela Wendowa, siostrzenica pani Heleny, która zaczęła w naszej szkole staż pedagogiczny w roku szkolnym 1932/33, gdy byłem już w klasie maturalnej - i przez ostatni rok ona właśnie usiłowała uczyć historii. Piszę "usiłowała", gdyż mimo jej niewątpliwych zdolności dydaktycznych i dużej wiedzy, nic z tego nie wychodziło, a to z powodu nieprzeciętnej urody pani profesor. Czy w takiej sytuacji było w ogóle możliwe, abyśmy my - chłopcy pod wąsem - zajęli swe myśli wyłącznie historią? Gdyby chociaż te lekcje były poświęcone Sobieskiemu i jego ukochanej Marysieńce, albo ostatniemu z Jagiellonów i jego Barbarze, ale nic podobnego! Przerabialiśmy najnowszą historię Polski, lekcje więc zupełnie do nas nie trafiały. Dość szybko zrozumieli to wszyscy i profesor Wendowa została przeniesiona do gimnazjum żeńskiego im. Anny Jagiellonki, gdzie już bez przeszkód mogła uprawiać swój piękny zawód.

      Moją pierwszą wychowawczynię, profesor Kindlerównę wspominam szczególnie serdecznie, gdyż ona pierwsza wysoko oceniła moje zdolności i nie ukrywała, że jest ze mnie dumna. W klasie I byłem prymusem, więc na promocyjnym świadectwie własnoręcznie wypisała mi sakramentalną formułę: "Przechodzi chlubnie do klasy drugiej". Niestety zawiodłem jej nadzieje. W dalszych klasach miałem coraz niższe noty ze sprawowania, co pociągało za sobą także dalszą degrengoladę w nauce. Pani profesor do końca nie mogła mi tego darować.

      Jedną z naszych uczniowskich sympatii była pani profesor Bronisława Darewska-Weryho, nauczycielka języka niemieckiego. Była to przystojna i wytworna dama, nosząca na szyi czarną aksamitkę i piękny złoty łańcuch, na którym zwieszało się malowniczo pince-nez. Niezwykle sympatyczna i życzliwa nauczycielka była ogromnie lubiana przez wszystkich uczniów. Zalety te doceniał wyraźnie także jej przełożony, dyrektor Pacholski; stanowili bowiem nierozłączną i niezwykle dobraną parę. Oboje w stanie wolnym, oboje bardzo podobni do siebie charakterami, nic więc dziwnego, że przypadli sobie do gustu. Profesor Darewska jako osoba samotna ostatnie lata swego życia spędziła po wojnie w "Domu spokojnej starości" w Buku koło Nowego Tomyśla, gdzie też dokonała swego żywota.

      Szczególne szczęście mieliśmy do nauczycieli historii. Przez długie lata uczyła nas dr Melania Brokmanowa. Niezapomniane były to lekcje! Profesor Brokmanowa uczyła nas nie tylko biegu politycznych wydarzeń, ale także historii kultury i sztuki. Zaszczepiła w nas miłość do przeszłości naszego narodu, ale również postępowe poglądy, szerokie spojrzenie na świat i szacunek dla twórczej myśli ludzkiej. Prowadziła nas ulicami naszego sędziwego miasta, pokazywała zabytkowe budowle, uczyła stylów architektonicznych, była niezrównanym przewodnikiem po reliktach przeszłości i zabytkach sztuki. Wpajała w nas przekonanie, że nie zjawiliśmy się na polskiej ziemi jak przybysze z kosmosu, że konterfekt nasz tworzyły liczne pokolenia wyrosłe w tym zakątku świata. Słowem - pani dr Brokmanowa uczyła nas poznawać naszą narodową tożsamość. Historia w jej ujęciu była nie tylko próbą samookreślenia narodu polskiego wśród innych narodów, ale także samookreślenia nas jako kaliszan. Była, parafrazując tytuł słynnej wystawy krakowskiej, "Polaków i kaliszan portretem własnym".

      Strach padał na klasę dopiero wówczas, gdy zbliżały się te straszliwe repetycje przedokresowe. Nawet największe łobuzy siedziały wówczas cicho jak trusie obawiając się "wyrwania" do odpowiedzi. W klasie słychać było każdą muchę. A profesor Brokmanowa pytała - jak się to mówiło - "z kursu" bezlitośnie "biegając" po historii w tę i z powrotem, chwytając nasze rozbiegane myśli w swoje niezawodne cugle. Takie lekcje nieprędko się zapomina!

      Profesor Brokmanowa przeżyła wojnę i w Polsce Ludowej przez szereg lat była dyrektorem departamentu w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego. Zginęła tragicznie w roku 1956, potrącona przez samochód na ulicach Warszawy.

      Najdłużej z naszego grona pedagogicznego żył profesor Stanisław Krzysik, mieszkający po wojnie w Poznaniu. Tam także zmarł w roku 1986, przeżywszy aż 99 lat! Jemu to zawdzięczam moje szczere zachwyty nad literaturą piękną, a także niezłą znajomość łaciny, która dziś tak mi się przydaje. Nieraz jeszcze przychodzi mi pełnić rolę konsulatora wśród kolegów lekarzy, układających tasiemcowe łacińskie rozpoznania. Kiedy przed laty odczytywałem moim nieletnim wówczas dzieciom najpiękniejsze fragmenty Mickiewicza czy Słowackiego zawsze przed oczyma widziałem kochanego profesora, jak młodzieńczym krokiem chodzi z książką w ręce między rzędami szkolnych ławek i z niewiarygodnym przejęciem zachwyca się pięknem kunsztownych strof. "Kto chce innych zapalać, sam musi płonąć" mawiał mój późniejszy nauczyciel, prof. Ludwik Hirszfeld. Istotnie pod wpływem zachwytów profesora Krzysika nawet najbardziej tępa głowa w klasie dostrzegała nagle niewysłowione piękno dzieł wieszczów. Chwilami czuło się nawet, jak po klasie przebiega dreszcz zachwytu nad niepojętymi dotąd strofami i zaklęta w ciszę ekstaza trwała... aż do dzwonka.

Z profesorem Krzysikiem utrzymywałem serdeczną korespondencję aż do jego ostatnich dni, zawsze jednakowo wzruszając się jego listami pełnymi piękna, radości życia i mądrości. Żona profesora Krzysika, pani Irena była również przez szereg lat naszą nauczycielką, uczyła łaciny.

     Osobliwą postacią w naszym gimnazjum był matematyk, profesor Karol Kuczewski, następca profesora Zarneckiego. Krępy, niskiego wzrostu w czasie wykładu potrafił cały umazać się kredą na biało, zapisując tablicę niekończącymi się wzorami, ścierając je szmatką i znów da capo... Z profesorem Kuczewskim wdawałem się w długie dyskusje, przekonując go, że bez matematyki też można żyć, a nawet sporo w życiu osiągnąć. Za przykład stawiałem Żeromskiego, który - jak wiadomo - przez matematykę nie zdał matury. Ostatecznym argumentem profesora było zwykle wyrzucenie mnie za drzwi ("Zabierz książeczki, idź do domu!") albo też natchnione proroctwo w stylu: "Jak Boga kocham, toż to z ciebie nic dobrego nie wyrośnie!"

      Los chciał, że po drugiej wojnie, wróciwszy jako lekarz do rodzinnego miasta, spotkałem na ulicy Śródmiejskiej profesora Kuczewskiego. Ucieszyłem się bardzo, że mimo podeszłego wieku jest jeszcze "na chodzie". Dla uczczenia tego spotkania, znając gusta profesora, zaprosiłem go na drinka. Przy koniaku wspomniałem tamte nasze szkolne dyskusje i z udaną powagą przestrzegałem go przed pochopnymi proroctwami. Szczerze mnie wówczas bawił jego niepewny wyraz twarzy.

      W całym gronie pedagogicznym nie było jednak nikogo, kto mógłby pod względem fantazji równać się z naszym profesorem geografii, Antonim Pstrokońskim. Wysoki, tęgi, z grubą złotą dewizką na wydatnym brzuchu, z sarmackim wąsem, nigdy nie wylewał za kołnierz napojów, które pija się zwykle z kieliszków. Stąd też czasami na lekcji mogliśmy obserwować skutki działania tych pobudzających eliksirów, a zdarzało się i tak, że po interwencji dyrektora Pacholskiego pokonany pedagog musiał zejść z katedry. Nasz geograf, choć nigdy nosa nie wytknął poza granice kraju, potrafił z taką swadą opowiadać o dalekich egzotycznych krajach, jakby zjeździł glob ziemski setki razy we wszystkich możliwych kierunkach. Opowiadania te były bardzo sugestywne, poparte żywą gestykulacją i mimiką, w czym ogromną rolę odgrywały jego krzaczaste brwi i wiechy wąsów. Czasami wydawało nam się, że na katedrze siedzi jakieś egzotyczne zwierzę lub inny stwór, o którym właśnie profesor opowiadał - i że tylko od niego zależy, czy owo monstrum nie skoczy nagle między ławki.

      Rozbudzona przez profesora żyłka podróżnicza wkrótce dała o sobie znać w głośnej ucieczce na Grenlandię dwóch uczniów z naszej klasy (byli oni stryjecznymi braćmi i nosili to samo nazwisko Banaszkiewicz). Niestety policja ujęła zbiegów już w Cekowie, 20 kilometrów od Kalisza. Profesor pochwalił ich jednak podczas lekcji, że kierunek wzięli dobry, bo Ceków leży na północ od Kalisza. Pewnie również z lekcji profesora Pstrokońskiego czerpał natchnienie mój przyjaciel Janusz Zieleniewski, kapitan żeglugi wielkiej, który opłynął świat na "Darze Pomorza" i wrócił szczęśliwie z rejsu, by oddać życie Polsce we wrześniu 1939 roku pod Bydgoszczą.

      W pamiętnej kampanii wrześniowej padła ponad połowa mego rocznika maturalnego. W tych ciężkich chwilach wojny przypomniałem sobie słowa profesora Pstrokońskiego, które ten wielki patriota wpisał do mego sztambucha: "Pamiętaj zawsze, żeś się urodził Polakiem! Życie dla Boga i praca dla Ojczyzny są twoim obowiązkiem!" I widzę go jeszcze dziś, jak stoi nad przedwrześniową mapą Polski, zakrywa zaciśniętą pięścią Prusy Wschodnie i groźnie poruszając wiechami wąsów woła do nas: "Dopóki nie przetniemy tego wrzodu przy polskim gardle, dopóty nie będziemy mogli oddychać pełną piersią!". Spełniły się proroctwa profesora. Gdy po powrocie z wojennej tułaczki, spotkałem go w rodzinnym mieście, przypomniałem mu, jak uczył nas polskiej racji stanu. I za ten powrót Warmii i Mazur do macierzy spełniliśmy razem nie jeden toast. W kilka lat później profesor Pstrokoński zakończył życie w Kaliszu - w tym mieście, w które tak mocno wrósł i które tak mocno ukochał.

      Wspomnienia o gronie pedagogicznym byłyby niepełne, gdybym pominął arcyciekawą postać drugiego naszego prefekta, księdza Bolesława Osadnika. Niestety nie grzeszył on zbyt głębokim intelektem, czego najlepszym dowodem był jego ulubiony wywód filozoficzny na istnienie Boga. Wykład ten w skrócie wyglądał mniej więcej w ten sposób: "Patrzę na ten stołek (tu ksiądz wskazywał stołek pod piecem) i myślę, czy on sam się zrobił? - Nie, na pewno sam się nie zrobił! Zrobił go Zawartka (był to znany w Kaliszu stolarz). Gdy więc rozglądam się wkoło i patrzę na ten świat, to myślę, że sam się nie zrobił, ktoś go musiał stworzyć, a więc Pan Bóg..." Naiwność tego rozumowania wywoływała ironiczne uśmieszki na twarzach nawet najsłabszych w klasie "intelektualistów". Lekcje religii były zresztą w minimalnym stopniu poświęcone problemom wiary. Ksiądz prefekt wśród nieustannych tików (strzepywanie nieistniejących pyłków z rękawów sutanny, ugniatanie szczęki kciukiem) zasiadał na katedrze, otwierał znany nam dobrze gruby brulion w czarnej okładce i zaczynał zbierać składki, stawiając płacącym krzyżyk w odpowiedniej rubryce. A zbierał m.in. na Stowarzyszenie Anioła Stróża, Krucjatę Eucharystyczną, Sodalicję Mariańską, także na misje w Afryce (kolportował też znane pismo "Murzynek"), na sztandar i na orkiestrę szkolną dętą, która - trzeba przyznać - była jego dziełem i niemało splendoru przynosiła naszemu gimnazjum. Zachętom do płacenia składek towarzyszyło ulubione powiedzonko księdza: "Pewnie, pewnie, rozumie się, że też trzeba..."

      Ksiądz prefekt prowadził w swoim mieszkaniu (róg ulicy Kanonickiej i Garbarskiej) internat dla uczniów zamiejscowych, którym zajmowała się jego gospodyni, pani Piórkiewiczowa. Uczniowie mieszkający tam na stancji, a także płacący regularnie składki na wszystkie cele, mieli gwarantowane piątki z religii. Na podobne oceny mogli liczyć także ci uczniowie, którzy słuchali filozoficznych wywodów prefekta bez dyskusji. Gdy kiedyś wespół z kolegą Zieleniewskim pod wpływem lektury Flammariona i Maeterlincka rozpętaliśmy w maturalnej klasie dyskusję na temat budowy wszechświata i psychologii zwierząt (czy zwierzęta mają duszę?) - rezultat nie dał na siebie czekać. Otrzymaliśmy trójki z religii na koniec roku, co w myśl przepisów oznaczało zdawanie tego przedmiotu na maturze. Wywołało to w mieście olbrzymią sensację, gdyż w historii szkoły nie zdarzyło się jeszcze, aby ktokolwiek zdawał religię na maturze, wszyscy bowiem z reguły otrzymywali piątki na koniec roku.

      Ciepłe wspomnienie należy się za to niezwykłemu oryginałowi, jakim był profesor Włodzimierz Kłossowski. Był on w zasadzie romanistą, ale często w zastępstwie prowadził również lekcje języka niemieckiego i geografii. Pogodnego usposobienia i wielkiej dobroci starszy pan miał potężny czerwony nos, który zjednał mu przydomek "Pomidora". Nad tym wspaniałym organem powonienia, dominującym akcentem całej twarzy, świeciły wesołe i dobre maleńkie mysie oczka, szukające nieustannie w twarzach młodych tej samej radości życia, jaką cieszył się profesor.

      Cała szkoła wiedziała, że codziennie po południu nasz Pomidor kroczy ulicą Wiejską (dziś Pułaskiego), aby w "Cafe George" w gronie znajomków wypić czarną kawę. Ponieważ tuż obok, na tej samej ulicy było tajne wejście do bilardowni Szulakowskiego, gdzie nielegalnie spędzaliśmy długie godziny na grze w bilard w potwornych kłębach dymu tytoniowego, wchodząc do zakazanej bramy zawsze oglądaliśmy się instynktownie, czy profesor przypadkiem nas nie widzi. Przypuszczam, że Pomidor nie raz dostrzegł któregoś z nas w tej fatalnej bramie, podobnie jak wielokrotnie łapał nas na paleniu papierosów, ale jego wrodzona dobroć nie pozwoliła zrobić mu z tego użytku.

      Profesor Kłossowski słynął także z tego, że miał swój własny niezawodny sposób na uciszenie kręcących się i rozmawiających w czasie lekcji uczniów. Najpierw zwracał uwagę delikwentowi w swoim niezrównanym żargonie: "Nie trajluj, sztrabanclu jeden!" A gdy to nie pomagało, dawał porozumiewawcze znaki siedzącemu z tyłu uczniowi, który wówczas wstawał, brał w obie ręce książkę lub atlas i walił w głowę siedzącego przed nim rozgadanego sztrabancla. Profesor był w siódmym niebie, trząsł się ze śmiechu; jego małych oczek w ogóle nie było już widać, a na brzuchu zabawnie podskakiwała gruba złota dewizka, którą nosił podobnie jak profesor Pstrokoński. Klasa poczuwała się do solidarności z profesorem i także trzęsła się ze śmiechu razem zresztą z ukaranym uczniem. Był to oczywiście śmiech "fortissimo". Stado wariatów ryczało przez co najmniej pięć minut, korzystając z okazji, że może się wykrzyczeć. A te pięć minut bliżej dzwonka też się liczyło.

      Miłości do teatru uczył nas profesor Zygmunt Dzierżyński (brat rewolucjonisty Feliksa), który był reżyserem naszego szkolnego przedstawienia "Fantazego". Lubiliśmy profesora Dzierżyńskiego i darowaliśmy mu nawet epitet "draba", którym tak często szafował w stosunku do nas ("Drabie jeden!"), że w końcu stał się jego przydomkiem. W gruncie rzeczy był to bardzo miły człowiek, przyjacielski dla uczniów, a nade wszystko potrafił rozpalić w nas płomień miłości do teatru. I ta pasja już w nas nie wygasła, mimo że śmierć zabrała nam naszego profesora-reżysera w roku 1932, a więc rok przed moją maturą. Na własnych barkach ponieśliśmy go na miejsce wiecznego spoczynku na starym cmentarzu przy rogatce. W szkole zastąpił go inny polonista, profesor Stanisław Nowosielski, który także bawił się z nami w teatr. Do tych naszych scenicznych imprez powrócę jeszcze w dalszej części wspomnień. Profesor Nowosielski przeżył wojenną zawieruchę i zjawił się - ku naszej radości - wraz z profesorem Krzysikiem na pierwszym powojennym zjeździe wychowanków szkoły.

      Nie przeżył natomiast wojny profesor Teodor Botner, który zmarł w Krakowie podczas wojennej tułaczki. Był on znakomitym fizykiem i matematykiem. Spośród całej rady pedagogicznej wyróżniał się tym, że zawsze ubierał się na czarno. Przez 10 lat mego pobytu w szkole nigdy nie widziałem profesora Botnera w innym garniturze. Nikt z nas nie wiedział, czy był to taki szczególny gust profesora, czy też nad jego życiem zaciążyła jakaś tajemnica żałobna. W mojej pamięci pozostał jako krępy brunet w czarnym garniturze, w binoklach, z krótkim przystrzyżonym wąsikiem. Kiedy ogarniały go emocje, zaczynał się jąkać. Po tym nieomylnym symptomie rozpoznawaliśmy zawsze zdenerwowanie naszego profesora, które zresztą zdarzało mu się nierzadko. Fizykę bardzo lubił i zapewne dlatego uczył z wielką pasją i potrafił przekazać nam arkana tek niełatwej dyscypliny. Jego zamiłowanie do tego przedmiotu objawiało się w całej pełni w czasie różnych doświadczeń i eksperymentów przeprowadzanych w gabinecie fizycznym. Profesor cieszył się jak dziecko, gdy zaprogramowany eksperyment udał się. Jeśli jednak coś się nie powiodło, powtarzał próby tak długo, aż - jak sam zwykł mawiać w takich sytuacjach "królik wyskoczył z cylindra".

      Nie sposób zapomnieć również ciekawej postaci profesora Stefana Adamczewskiego. Nie wiem, ile prawdy zawierały pogłoski, że był on eks-księdzem czy eks-pastorem. W każdym razie jego powierzchowność i sposób bycia trochę na to wskazywały. Był krępym mężczyzną o nalanej twarzy, na jego małym sterczącym nosie tkwiły rogowe okulary, łysiejącą czaszkę częściowo pokrywały starannie przylizane szpakowate włosy. Zawsze był bardzo schludny i elegancki. Uczył nas łaciny, czasem w zastępstwie także języka niemieckiego. Uchodził za postrach uczniów, gdyż bywał surowy i stawiał dużo dwójek. Profesor miał także swoje dwie słabości, dwa charakterystyczne nawyki, od których pewnie nigdy się nie wyzwolił. Pierwszy polegał na jego zamiłowaniu do superpoprawnej polszczyzny, której wymagał od uczniów przy tłumaczeniu tekstów łacińskich. Po przekładzie dosłownym, który był przecież wystarczającym kryterium znajomości łaciny, profesor żądał jeszcze drugiego tłumaczenia - na język literacki. A że był wielkim purystą językowym, niełatwo było go zadowolić. I tak po wielu przeróbkach i poprawkach powstawał zupełnie dowolny przekład, nierzadko niewiele mający wspólnego z tekstem pierwotnym. Najgorsze było jednak to, że profesor potrafił postawić dwóję uczniowi, który bez problemu przetłumaczył dosłownie nawet najtrudniejszy tekst łaciński, a nie będąc dobrym stylistą i nie mając wielkiego polotu, nie potrafił zadowolić go literacką wersją przekładu.

      Drugim ulubionym zajęciem profesora Adamczewskiego było prowadzenie śledztw, dochodzeń, ustalanie sprawców szkolnych przestępstw. Gdy zdałem już do klasy siódmej, profesor został wychowawcą naszej klasy - i szybko zorientowaliśmy się w jego maniactwie. Zaczęliśmy je nawet wykorzystywać, kiedy baliśmy się lekcji. Nasz system był banalnie prosty i niezawodny. Po uchwaleniu składki po 10 groszy od każdego ucznia, jeden z nas wybijał łokciem szybę w oknie. Gdy tylko wychowawca wchodził do klasy, dyżurny natychmiast meldował mu o tej szkodzie. W szkole obowiązywała zasada, że koszt wprawienia szyby (4 złote) pokrywa winowajca. Profesor Adamczewski niesłychanie zadowolony natychmiast rozpoczynał śledztwo, aby ustalić winnego. Osiągnęliśmy prawdziwe mistrzostwo w przedłużeniu tego dochodzenia. Po prostu każdy z nas wskazywał na następnego kolegę i zapewniał, że "on mnie popchnął". Łańcuch winowajców formował się więc długi, a każdy z nich musiał być osobno przez profesora przesłuchany. Zanim udało się ustalić rozmiary odpowiedzialności, odzywał się zwykle zbawczy dzwonek. Zapadała więc decyzja, że szyba ma być zapłacona wspólnie. Godziliśmy się z tym chętnie, tym bardziej, że składka była już zrobiona. A lekcja przepadła bezpowrotnie.

      Małe wspomnienie należy się tu również naszym lekcjom śpiewu, gimnastyki i prac ręcznych. Śpiewu uczył nas profesor Kazimierz Makowski, który wyróżniał się tym, że chodził zawsze w muszce. Niestety nasz nauczyciel śpiewu zupełnie nie panował nad klasą, dzięki czemu lekcje śpiewu zyskały sobie w naszym uczniowskim żargonie nazwę "lekcji zgrywów". Zwykle odbywały się one raz lub dwa razy w tygodniu jako tzw. szósta lekcja (w godzinach 13-14). Gdy wszyscy byliśmy już dostatecznie zmęczeni lub znudzeni pięcioma poprzednimi. Nic więc dziwnego, że na lekcjach śpiewu klasa zwykle szalała jak tabun dzikich koni. Profesor, trzymając w ręku lśniącą czarną pałeczkę dyrygencką, usiłował uspokoić nas, stukając nią w pulpit pierwszej ławki. Niestety wielokrotnie drewniana pałeczka pękała, a myśmy dalej szaleli. Pamiętam, jak w drugiej klasie profesor próbował nauczyć nas ludowej piosenki "Chciało się Zosi jagódek..." Cóż z tego, że rząd ławek przy oknie, którym bezpośrednio dyrygował profesor, śpiewał grzecznie o Zosi, gdy rząd środkowy ryczał w niebogłosy pierwszy powojenny przebój "Titinę", a rząd przy drzwiach "Bajadero, księżyc zgasł..." Można sobie wyobrazić tę kakofonię. Gdy dziś wspominam lekcje zgrywów, szczerze mi żal profesora Makowskiego, który był rozmiłowanym muzykologiem i stanowczo za dobrym człowiekiem, aby umiał sobie poradzić z rozhukaną młodzieżą.

      Gimnastyki uczył nas początkowo profesor Jan Tyma, zdemobilizowany oficer piechoty w stopniu porucznika. Sali gimnastycznej jeszcze nie było w naszym gimnazjum, odbywaliśmy więc ćwiczenia na boisku szkolnym, a w czasie niepogody w auli lub na korytarzu. Latem często maszerowaliśmy czwórkami do parku śpiewając: “Myśmy przyszłością narodu...” lub “Stokrotka rosła polna...”. W roku 1927 ze składek społeczeństwa dobudowano do gmachu wspaniałą i pięknie wyposażoną salę gimnastyczną, mogliśmy więc wreszcie ćwiczyć zgodnie z ustalonym programem. Gdy byłem w wyższych klasach nauczycielem gimnastyki został profesor Michał Baworowski. Pochodził on z kresów i mówił z charakterystycznym wschodnim akcentem. Ulubioną grą ruchową, jaką uprawialiśmy na naszym boisku szkolnym, były tzw. "dwa ognie", a szczytem naszych osiągnięć w dziedzinie kultury fizycznej były, rozgrywane co roku na stadionie miejskim, zawody międzyszkolne. Najwięcej emocji podczas tych zawodów dostarczała nam rywalizacja dwóch największych gimnazjów kaliskich: Asnyka i Kościuszki.

      Prace ręczne nazywano wówczas "slójdem". Słowo to, pochodzenia skandynawskiego, oznaczało kształcenie zręczności rąk za pomocą ćwiczeń z zastosowaniem różnych narzędzi rzemieślniczych. Na lekcjach lepiliśmy np. figurki z plasteliny, kleiliśmy z tektury i papieru różne drobiazgi, próbowaliśmy rzeźbić w drewnie, a przede wszystkim wycinaliśmy laubzegą z dykty różne użyteczne przedmioty. Nie mieliśmy nigdy nauczyciela, fachowca w tej dziedzinie. Zajmowali się więc nami różni przypadkowi ludzie; czasem nauczyciele rysunku, czasem angażowano jakiegoś rzemieślnika. Śpiew i prace ręczne obowiązywały tylko w klasach niższych (do VI włącznie), gimnastykowaliśmy się natomiast do samej matury.

      Ale nie tylko moi kochani - czasem zabawni, czasem wzruszający, ale zawsze bliscy sercu - profesorowie utrwalili się w mej pamięci. Były w naszej szkole także inne ważne osoby, których nie sposób zapomnieć. Postacią zrośniętą ze szkołą nierozłącznie była sekretarka, pani Kujawińska. Ta niesłychanej dobroci kobieta była zawsze dla nas żywym symbolem naszego gimnazjum.

      Osobne wspomnienie należy się także woźnym, bez których w ogóle trudno sobie wyobrazić szkołę. W latach 1923-1933 było ich czterech. Najstarszy, uwielbiany przez nas, pan Władysław Graczyk był to wychudzony dziadek z łysą głową i siwymi wiechami wąsów. Spod siwych krzaczastych brwi patrzyły przygasłe ale zawsze uśmiechnięte i pełne dobroci oczy. Gdy przyszły jesienne chłody i szarugi, pan Graczyk cierpiący na astmę oddychał ciężko i przez pewien czas przestawał palić papierosy. Przechodził wówczas na zażywanie tabaki, w którą zresztą bezinteresownie go zaopatrywaliśmy. Bywało, że dla towarzystwa sami zażywaliśmy ją również, nauczeni przez pana woźnego "niuchania" z kciukowego dołka lewej dłoni. Nieraz i na lekcjach rozlegało się nasze głośne kichanie.

      Dziś jeszcze widzę bliską nam postać starego woźnego, jak trzymając oburącz wielki dzwonek, wydzwania na lekcję. Później - w miarę postępu technicznego - zainstalowano w szkole dzwonek elektryczny, który woźny uruchamiał włącznikiem zainstalowanym w drewnianej skrzynce w ścianie korytarza na pierwszym piętrze, tuż przy auli. Przed zakończeniem roku szkolnego - 27 czerwca - pan Graczyk obchodził imieniny i pojawiał się w szkole w odświętnym uniformie. Dzień ten był i dla nas świętem. Urządzaliśmy składkę w każdej klasie, kupowaliśmy solenizantowi prezenty, a w czasie dużej przerwy podrzucaliśmy w górę na korytarzu tak lubianego przez nas dziadka.

      Zupełnie inny typ przedstawiał drugi nasz woźny, pan Pawlak. Najbardziej charakterystyczną cechą tego, małego, bezbarwnego człowieczka z dużym szpiczastym i zawsze w górę podniesionym nosem - była pewna urzędowość, jaką potrafił nadać swojej osobie. Gdy wchodził w czasie lekcji do klasy z brulionem, który podawał profesorowi do odczytania kurendy, z całej jego osoby - a w szczególności z podniesionej głowy - emanowała władza całej rady pedagogicznej. Czasami wzywano pana Pawlaka jako świadka w sprawie jakiegoś przewinienia, którego sprawcę próbował ustalić wychowawca, słowa woźnego brzmiały wówczas nieodmiennie dostojnie a zarazem karcąco: "Panie profesorze, ja im mówię, żeby się uspokoili, pan dyrektor im mówi, a oni nic..." To stawianie swojej osoby zawsze na pierwszym miejscu, nawet przed dyrektorem szkoły było u pana Pawlaka tak nagminne, że nadaliśmy mu przydomek "ja i pan dyrektor".

      Trzecim woźnym był sympatyczny i zawsze zalękniony pan Kwinta, człowiek o złotych rękach, co na każdym rzemiośle się znał i wszystko w szkole naprawić potrafił - prawdziwie opatrznościowy człowiek naszej szkoły.

      Czwartym woźnym był pan Adamiak, którego pamiętaliśmy jeszcze jako osobistego stangreta znanego w Kaliszu chirurga, doktora Cegłowskiego. Dawne to były czasy, gdy niektórzy kaliscy lekarze jeździli własnymi powozami, zaprzężonymi w jednego "kłusaka"... Gdy chlebodawca zmienił powóz na samochód, pan Adamiak znalazł pracę jako woźny w naszej szkole.

      Po powrocie z wojennej tułaczki ze starej kadry woźnych spotkałem jeszcze pana Kwintę i pana Adamiaka. Ten pierwszy zresztą w niedługim czasie zmarł, drugi pełnił swą funkcję aż do emerytury.

W uczniowskich mundurkach

      Już w pierwszych latach mojej nauki w gimnazjum im. Adama Asnyka dały się zauważyć pewne podziały wśród kolegów. Początkowo jeszcze nie skrystalizowane, sugerujące pewne związki przyjacielskie, z roku na rok polaryzowały się jednak według zupełnie odmiennego i wyraźnego kryterium, jakim był stan majątkowy rodziców. Pewną rolę odgrywało tutaj także pochodzenie. Po kilku latach istniała już w szkole izolowana grupa high life'u składająca się z synalków okolicznych ziemian, ludzi uprawiających tzw. wolne zawody i miejscowych kamieniczników. Ta śmietanka towarzyska wyróżniała się nie tylko eleganckimi strojami ale także zamkniętym życiem towarzyskim. Oprócz zabaw szkolnych owa elita urządzała w swych salonach lub okolicznych dworach ekskluzywne prywatki, w których uczestniczyło ściśle dobrane towarzystwo.

      Zarysowała się też w tych latach wyodrębniona grupa kolegów pochodzących z okolicznych wsi lub małych miasteczek, dość dobrze sytuowanych, zamieszkujących tzw. stancje uczniowskie. Oprócz wspomnianej już stancji u ks. Osadnika najbardziej znana była stancja pani Słoneckiej przy ulicy Stawiszyńskiej (dziś 23 Stycznia) i stancja pani Denel przy zbiegu ulicy Grodzkiej i Szklarskiej. Tutaj właśnie mieszkali moi bliscy przyjaciele, bracia Jaś i Staś Piątkowscy z Dembska koło Koźminka. Pani Denel ostro pilnowała braciszków, czuła się odpowiedzialna za ich "prowadzenie się". Przy okazji każdej wizyty u kolegów trzeba było się dokładnie opowiadać, a kto, a po co, a czy do Stasia, czy do Jasia... Toteż w starszych klasach chłopcy mieli już dość tych rygorów i wymusili na rodzicach przeprowadzkę do stancji pani Kryńskiej na rogu Warszawskiej i Starego Rynku. Na stancji u pani Słoneckiej także rygor był mniejszy, zbierały się więc tam liczne grupy kolegów na grę w preferansa, oko lub "sechziga".

      Trzeba jednak przyznać, że te koleżeńskie podziały zacierały się w wyższych klasach z kilku powodów. Przede wszystkim w roku 1928 wprowadzono obowiązkowe umundurowanie uczniowskie. Były to granatowe mundurki o kroju wojskowym - w niższych klasach z krótkimi spodenkami, a w wyższych z długimi. Na kołnierzu zapiętym pod szyją naszyte były z obu stron aksamitne prostokąty koloru bordo (takie były barwy naszej szkoły!), a na nich naszywki oznaczające klasę. Pierwsza klasa nosiła jedną srebrną naszywkę, druga dwie srebrne, trzecia - trzy, czwarta - cztery, piąta - jedną naszywkę złotą, szósta - dwie złote, siódma - trzy złote, a ostatnia ósma klasa miała złotem haftowane słońce. Stąd też maturzystów nazywano "słonecznymi ludźmi". Kołnierze obszywane były białą lamówką, a co elegantsi koledzy nosili oficerskie białe halsztuki. Niektórych uczniów stać było na dwa mundury, nosili więc na zabawach karnawałowych i uroczystościach szkolnych mundury galowe. Różniły się one od zwykłych spodniami zdobionymi na wzór oficerski lampasami bordo ("szasery") i podwójnymi sprzączkami, na które zapinało się gumki opasujące buciki pod podeszwami (oczywiście były to lakierki).

      Mundur uzupełniała czapka-rogatywka z otokiem bordo i skrzyżowanymi na denku także bordowymi wszywkami, ze sztywnym daszkiem, złotym sznurkiem i metalowym znaczkiem w kształcie tarczy, na której znajdowały się trzy duże litery GHA (Gimnazjum Humanistyczne Asnyka), orzeł polski i dwie gałązki laurowe na bokach. Fason uczniowski nakazywał, aby czapka nigdy nie wyglądała jak nowa. Nowa czapka zdradzała bowiem nowicjusza, a każdy chciał być starym wygą szkolnym. Mieliśmy więc swoje wypróbowane sposoby na to, aby nawet nowo kupiona czapka natychmiast wyglądała jak stara. Przede wszystkim mięło się ją w rękach na wszystkie możliwe sposoby, uprzednio zamoczywszy w wodzie, a następnie kilka razy czyściło się nią buty - efekty tych zabiegów były znakomite.

       Z czapkami maturzystów wiązała się pewna szkolna tradycja. Gdy do matury pozostało jeszcze już tylko sto dni, urządzało się oczywiście studniówkę, ale nie tylko... W tym samym dniu klasa siódma zakradała się do szatni z żyletkami i przecinała na cztery części denka czapek maturzystów - równiutko pomiędzy bordowymi wszywkami. W domu mamy uczniów zszywały te nacięcia wielkimi ściegami białą nitką, aby z daleka było widać, że oto idzie maturzysta, któremu już niedługo czapka szkolna nie będzie potrzebna. Później w latach trzydziestych tradycja ta nieco wykoślawiła się, zwłaszcza w żeńskich gimnazjach. Dziewczęta, zamiast przecinać swe kapelusiki, zaczęły na nich haftować złotą nitką przeróżne symbole. Szczególnie modne były słońca, sowy, pająki, pszczółki, monogramy szkoły itp.

      Muszę tu koniecznie dodać, że z powodu bordowego koloru otoków i wszywek na naszych czapkach nazywano nas w mieście "burakami". Natomiast uczniów Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki, którzy nosili otoki zielone, nazywano "żabami". Niepisane współzawodnictwo "buraków" z "żabami" trwało na wszystkich możliwych polach. Wyniki tej rywalizacji były różne, częściej jednak - muszę się pochwalić - biliśmy na głowę "kościuszkowców".

      Mundurki przyczyniły się niewątpliwie do pewnego zrównania uczniów w mojej szkole. Drugim powodem rozsypania się grup uczniów wywodzących się z majętnych rodzin, było wykształcenie się w starszych klasach zupełnie nowych kryteriów wartościowania. Tymi nowymi probierzami były wartości intelektualne. Coraz silniej tętniące życie umysłowe - w miarę naszego dojrzewania i nabywania coraz to nowych wiadomości o świecie - zespalało tych, którzy dużo czytali, pisali, dyskutowali, organizowali życie kulturalne młodzieży. Łączył nas już nie tyle status rodziców, co potrzeba rozmawiania, dzielenia się wrażeniami i własnymi przemyśleniami. I dlatego w wyższych klasach, jeśli w ogóle można było mówić o podziałach uczniowskiej społeczności, to tylko w kontekście licznej w naszym gimnazjum elity umysłowej, która nadawała ton całej młodzieży kaliskiej i z której wyszli w późniejszych latach ludzie wybitni, zasłużeni dla nauki i kultury narodowej. Do tych spraw powrócę jeszcze w dalszej - dla mnie najpiękniejszej - części mych szkolnych wspomnień.

      Życie uczniowskie było w ogóle bogate, obfitujące w szereg atrakcji właściwych tylko temu wiekowi, a najciekawiej było zawsze w karnawale. Karnawał obchodzony był tradycyjnie we wszystkich kaliskich szkołach średnich, których w latach dwudziestych i trzydziestych było w mieście już osiem. Dla młodszych klas (I-IV) organizowano tzw. kiermasze, podczas których owszem grała orkiestra, ale tańców było mało, bo maluchy jeszcze słabo znały tę sztukę. Panie z komitetu rodzicielskiego przy pomocy nauczyciela gimnastyki urządzały natomiast barwne korowody, wędrujące po auli i po szkolnych korytarzach. "Wyznaniem miłości" było wówczas wysypanie na głowę sympatii całej torebki confetti lub trafienie w nią serpentyną. Największą jednak atrakcją kiermaszów szkolnych była loteria fantowa i bufet. Na loterii można było wygrać atrakcyjne fanty choć nieraz dość kłopotliwe, jak np. baran lub gęś. W bufecie można było prawie za darmo "nawcinać się" do woli tortów, napoleonek, bezów i innych rozkosznych łakoci.

      Dla starszych klas (V-VIII) urządzano zabawy taneczne po kolei we wszystkich szkołach, co oznaczało dla bywalca osiem zabaw w karnawale. Organizatorem naszej zabawy była zwykle "Samopomoc Uczniowska". Uzdolnieni plastycznie koledzy (w mojej klasie był to Mieczysław Kościelniak, dzisiaj znany warszawski plastyk, laureat wielu nagród) malowali osiem plakatów zapraszających na zabawę, które rozwieszało się we wszystkich szkołach. Szczególnie zależało nam na ściągnięciu dziewcząt z Gimnazjum im. Anny Jagiellonki, SS. Nazaretanek i Gimnazjum Związkowego. Dlatego też najpiękniejsze afisze posyłaliśmy właśnie tam. Zabawa nie mogła obejść się bez wodzirejów, których było zwykle dwóch lub trzech. Zdarzało się i mnie pełnić tę funkcję. Najlepszym jednak tancerzem i wodzirejem naszego gimnazjum był Stefan Otwinowski, późniejszy znany pisarz.

      Punktem kulminacyjnym naszych zabaw był zawsze dostojny mazur o godzinie 22. Tańczyły go zwykle cztery pary, czasem osiem par, a pozostała młodzież ustawiona przy ścianach przyglądała się temu pięknemu staropolskiemu tańcowi.

      Tradycją naszej szkoły były także w każdym karnawale wyjazdy VII i VIII klasy na zabawę do Szkoły Ochroniarskiej w Opatówku. Była to szkoła żeńska i dziewczęta po prostu nie miały się z kim bawić. Zapraszały więc tradycyjnie dwie najstarsze klasy naszego gimnazjum. Ponieważ czerwone autobusy jeszcze wówczas do Opatówka nie kursowały, korzystaliśmy z różnych środków lokomocji. Najczęściej były to wypożyczone z fabryk, ciężko charczące ciężarówki, w których instalowano prowizoryczne ławki, a czasem nawet drabiniaste wozy, wynajęte od pana Schlóssera, właściciela majątku Opatówek. Zabawy te były bardzo przyjemne, powodzenie mieliśmy zapewnione. Dziewczęta w Opatówku były miłe, spragnione męskiego towarzystwa, ale przesadnie skromne.

      Nieomylną oznaką naszej "dorosłości" były jednak nie zabawy lecz palenie papierosów, zresztą surowo zabronione w regulaminie szkolnym. W klasie siódmej czy ósmej zwykle już co najmniej kilku kolegów paliło nałogowo. Nie przypominam sobie jednak ani jednego przypadku, aby paliła któraś z naszych koleżanek z żeńskich szkół. Dziewczęta wiedziały dobrze, że papierosy odebrałyby im w naszych oczach cały wdzięk i urodę. Żadna paląca dziewczyna nie mogła liczyć na powodzenie u chłopców. W szkole palacze ukrywali się ze swym nawykiem. W czasie przerw rolę palarni spełniały ustępy szkolne, gdzie też było zawsze prawie czarno od dymu, a dyżurni profesorowie nie często zapuszczali się w tamtą stronę. Za palenie papierosów groziła publiczna nagana. Przyznać jednak trzeba, że profesorowie na ogół odnosili się do palaczy wyrozumiale, zwłaszcza do tych z najstarszych klas, a panie profesorki z reguły nie zauważały palących sztubaków.

       Wielką dumą naszego gimnazjum - tym, co w oczach całego miasta wyróżniało je spośród innych szkół - była nasza orkiestra dęta. Jak już pisałem, była ona dziełem księdza prefekta Osadnika. Prowadził ją pan Koźmiński, muzykalnie uzdolniony urzędnik magistracki, a poza tym ojciec dwóch naszych kolegów: Jerzego, o którym jeszcze sporo będę dalej pisał oraz młodszego Włodzimierza, który jako świeżo upieczony lotnik walczył w kampanii wrześniowej, a potem znalazł się za granicą. Orkiestra co niedzielę prowadziła nas w karnym ordynku na mszę do kościoła św. Mikołaja, bez jej udziału nie mogło się też odbyć żadne ważniejsze wydarzenie w szkole. Na wszystkich akademiach szkolnych, organizowanych tradycyjnie chociażby z okazji świąt narodowych (11 listopada i 3 maja), umieszczona na balkonie auli grała hymn państwowy, aż drżały mury tego starego historycznego gmachu.

      Orkiestra miała kilku kolejnych tamburmajorów, ale bezkonkurencyjny był i tutaj Stefan Otwinowski. Miał on bardzo smukłą zgrabną sylwetkę, wspaniałą głowę z pięknym orlim nosem i obfitą czarną czupryną, a ponadto był bardzo muzykalny. Ze strojną buławą-batutą w ręku wyglądał imponująco, a umiał się nią posługiwać jak nikt inny. Dziś jeszcze widzę w pierwszej czwórce dwóch świetnych kornecistów, Stasia Szyndlera, naszego czołowego sprintera i Bolka Zarembę, obecnie emerytowanego majora Wojska Polskiego. W dalszych szeregach idą: grający na barytonie Janek Zuchowski, jeden z czołowych aktorów naszego koła dramatycznego, który zginął w roku 1939 nad Bzurą; tęgi jak jego bas, Staś Binkowski, późniejszy lekarz, który w czasie okupacji padł ofiarą epidemii tyfusu plamistego na Kielecczyźnie; grający na waltorni Kazio Urbański, dziś kolejowy emeryt, towarzysz naszych comiesięcznych spotkań w kawiarni "Agawa" osiadłych w Łodzi "asnykowców".

      Wspaniała była nasza orkiestra. Nic więc dziwnego, że "żaby" pozazdrościły nam jej i wkrótce potem ukazały się na ulicach miasta z własnym zespołem. Oprócz orkiestry dętej nasza szkoła posiadała także smyczkowy zespół kameralny, prowadzony również przez pana Koźmińskiego. Według mojej oceny, zespół ten reprezentował jeszcze wyższy poziom niż orkiestra, a koncertując na różnych akademiach szkolnych (i nie tylko), sięgał po pozycje z repertuaru wielkiej muzyki klasycznej.

      W gimnazjum działało wiele organizacji uczniowskich, jak wspomniana już "Samopomoc Uczniowska", III drużyna harcerska im. H. Sienkiewicza, koła zainteresowań (literacko-naukowe ;,Kalina", dramatyczne, historyczne, astronomiczne, fizyczne), sanacyjna organizacja młodzieżowa "Straż Przednia" (od roku 1930) czy tez organizowane przez księdza prefekta kółka religijne. Każda z tych organizacji miała oczywiście swojego opiekuna, wybranego spośród rady pedagogicznej. Reprezentacyjną organizacją samorządu uczniowskiego była "Samopomoc", która prowadziła bibliotekę szkolną, sklep z materiałami piśmiennymi, a nawet - przy pomocy pań z komitetu rodzicielskiego - kuchnię szkolną, wydającą śniadania na wielkiej pauzie. Kuchnia jednak funkcjonowała kulawo, więc szybko wyparła ją "prywatna inicjatywa". Była to sympatyczna babcia Stankiewiczowa, która - za zezwoleniem dyrekcji - podczas dużej pauzy rozkładała na dolnym korytarzu swoje koszyczki i sprzedawała uczniom cukierki, czekoladki, owoce, herbatniki.

      Mieliśmy w szkole także "Przysposobienie Wojskowe", zwane w skrócie P.W. Wszyscy uczniowie starszych klas przechodzili regularne szkolenie wojskowe, prowadzone przez fachową kadrę oficerską i podoficerską. Planowe ćwiczenia odbywały się nie tylko na boisku szkolnym lecz także na poligonie w Kościelnej Wsi (tam, gdzie dziś znajduje się cmentarz komunalny), gdzie koncentrowano uczniów wszystkich kaliskich szkół średnich. Ćwiczenia za miastem połączone były z ostrym strzelaniem z karabinów. W defiladach na 3 maja i 11 listopada występowaliśmy w mundurach wojskowych i z bronią. W czasie wakacji braliśmy udział w specjalnych obozach szkoleniowych. Zakres ćwiczeń obejmował jednak wyłącznie szkolenie piechoty, innych rodzajów broni nie uwzględniano.

      Wspomnieć trzeba także, że kształcono nas również w dziedzinie savoir-vivre'u. Raz w miesiącu przyjeżdżał z Warszawy elegancki dystyngowany pan, zbierano w auli gimnazjalnej wszystkie klasy i odbywał się dwugodzinny wykład wraz z pokazem zachowania się w różnych sytuacjach.

      Gdy zbliżał się koniec roku szkolnego, następował okres wycieczek. Za niewielką opłatą można było zapisać się na jedną z tradycyjnych tras wycieczkowych historycznymi szlakami: Poznań - Gniezno - Kruszwica, Kraków - Ojców - Wieliczka lub też wybrać się na zwiedzanie Warszawy, Wilna czy Lwowa. Nasz niezrównany opisany już w tej książce - profesor Pstrokoński zagrzmiał kiedyś do nas ex cathedra: "Jeździcie gdzieś tam na dalekie trasy, a nie znacie swojej rodzinnej Ziemi Kaliskiej! Tylko piesza turystyka pozwala naprawdę poznać ziemię ojczystą!".  I wkrótce urządził nam taką wycieczkę po najbliższej okolicy oczywiście pod swoim przewodnictwem, którą wspominam do dziś, choć upłynęło już ponad pół wieku!

      Wędrowaliśmy po wsiach i miasteczkach w cudownym gronie zżytych ze sobą kolegów, nocowaliśmy przeważnie na sianie, a nasz wspaniały profesor nieodmiennie kwaterował w karczmie. Czasami nawiedzał nas o północy na kwaterze, budził i gromkim głosem rozwijał "państwowotwórcze" przemówienia. Za to na drugi dzień spał jak zabity, a nasza pobudka odbywała się czasem dopiero "na Anioł Pański" czyli w południe, czego zresztą wcale nie mieliśmy mu za złe.

Gdy tak wędrowaliśmy w słońcu z plecakami, a nasz kochany profesor pokazywał nam zabytkowe kościoły i pałace, i ze znawstwem omawiał ich walory lub też snuł pełne fantazji opowiadania, zapewne często niewiele mające wspólnego z historią - dech zapierało nam w piersiach. Za tę fantazję kochaliśmy naszego profesora, a jego wspaniała sarmacka postać jawiła nam się w wyobraźni w kontuszu z karabelą albo i nawet w hetmańskiej delii z buławą w ręku. Takie wycieczki zapowiadały zwykle zbliżające się i tak oczekiwane wakacje.

Najpiękniejsze szkolne chwile

      Wszystkie moje szkolne przeżycia dziś --- z perspektywy tylu lat wydają mi się piękne, barwne, niezwykłe, wzruszające... Ale są w tych wspomnieniach takie rozdziały, do których wracam najczęściej. Niezapomniane chwile, które potem przez całe życie płoną najjaśniejszym blaskiem jak latarnia morska żeglarzom miotanym przez żywioły. I te właśnie wspomnienia najpiękniejsze zostawiłem na koniec mej opowieści o latach szkolnych.

      Gdy na szumiące młodością i kipiące życiem nasze młodzieńcze głowy spływało czasem opamiętanie, spostrzegaliśmy wówczas, że wszystko, czego nauczyła nas szkoła, to tylko małe okienko, przez które przyszło nam podglądać "wielki, wspaniały świat". Zaczęło nam czegoś brakować, zbieraliśmy się gdziekolwiek i gadaliśmy, gadaliśmy... A gdy okazało się, że każdy z nas ma co innego do powiedzenia, rosła w nas radość ogromna. Uwielbiany przez nas Adam Asnyk wyraźnie do nas adresował swe słowa: "Szukajcie prawdy jasnego płomienia, szukajcie nowych, nieodkrytych dróg!" Czuliśmy potrzebę połączenia swych sił, zespolenia naszego entuzjazmu, stworzenia wspólnego dzieła. "Razem młodzi przyjaciele! W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele!" - wołał do nas wieszcz. A profesor Krzysik sprowadzał do nas ze Lwowa numery "Filomaty", które wydzieraliśmy sobie z rąk. Profesorowie Dzierżyński i Nowosielski otwierali przed nami karty narodowego dramatu. Były to dla nas lata olimpijskie. Dewizę olimpijską "Citius, altius, fortius" (Szybciej, wyżej, śmielej) uważaliśmy za obowiązującą nie tylko na stadionie podczas międzyszkolnych zawodów sportowych, ale także w dziedzinie ducha i intelektu.

      I tak powstało w naszej szkole najpierw koło dramatyczne a potem koło literacko-naukowe "Kalina". Koła te stały się kuźnią wszystkiego, co było w nas najlepsze. Wszystko, co narosło w nas przez te lata, niespokojnie szukało ujścia w mniej lub bardziej udanych próbach literackich i kreacjach aktorskich. Zabraliśmy się więc za inscenizację naszej wielkiej klasyki narodowej. Najpierw w roku 1931 powstał "Fantazy", wyreżyserowany przez profesora Dzierżyńskiego. W tym przedstawieniu wyżyny talentu aktorskiego osiągnął znów Stefan Otwinowski w roli majora i Jan Werner w roli Rzecznickiego. Później, gdy śmierć zabrała nam profesora Dzierżyńskiego, zastąpił go profesor Nowosielski, który w roku 1932 wyreżyserował nam "Mazepę". Niebywały sukces w tytułowej roli odniósł wówczas Janek Żuchowski, wielki samorodny talent aktorski. Równie sugestywnie odtworzył postać Zbigniewa Włodek Anezykowski. Według recenzentów te dwie role w "Mazepie" sięgały poziomu profesjonalnego aktorstwa.

      W klasie maturalnej (1933) wystawiliśmy jeszcze "Wesele", wybór tego dramatu podyktowany był 25 rocznicą śmierci Stanisława Wyspiańskiego, która przypadała właśnie w tym roku. Czuliśmy się już wtedy niemal zawodowymi aktorami, prawdziwie artystyczną cyganerią. Każde nasze spotkanie, każda robocza próba była dla nas wielkim przeżyciem. A wspaniałe teksty wielkich twórców, które do dziś umiem na pamięć, w dziwny sposób uszlachetniały nas i chroniły przed zalewem pospolitości i prostactwa, wciskającym się zewsząd w nasze dopiero rozpoczynające się świadome życie.

      Wszystkie nasze inscenizacje wystawialiśmy w sali Stowarzyszenia Rzemieślników Chrześcijan przy ulicy Piekarskiej. W tym czasie gmach teatru był już odbudowany, ale jego wnętrze jeszcze nie urządzone. Teatr otworzył uroczyście swoje podwoje dopiero w roku 1936. Kostiumy do naszych przedstawień pochodziły z prywatnej wypożyczalni Rozentrauba przy ulicy Wrocławskiej, a charakteryzację wykonywał nam fryzjer pan Jakubowicz.

      Drugim chlubnym rozdziałem tamtych lat była nasza działalność w kole literacko-naukowym "Kalina", z której z czasem wyrosło nasze czasopismo szkolne "Sztubak". Podobnie jak zabawa w teatr, także i zabawa w redagowanie pisma wciągnęła mnie od razu. Niezapomniane były te nasze redakcyjne zebrania i dyskusje nad kształtem pisma, odbywające się często przy udziale opiekuna z ramienia rady pedagogicznej profesora Nowosielskiego. Postanowiliśmy więc, że pismo będzie naszą trybuną, na łamach której będziemy wypowiadać wszystko co nas nurtuje, a także zamieszczać próby własnej twórczości literackiej. Pismo było miesięcznikiem i drukowało się na pięknym papierze w Drukarni Ziemi Kaliskiej, której właścicielem był bardzo nam życzliwy pan Antoni Krawczyk.

      A oto zespół redakcyjny "Sztubaka". Duszą naszego zespołu był Jurek Koźmiński, pierwszy redaktor naczelny pisma. Uzdolniony poeta a zarazem praktycznie myślący organizator potrafił załatwić fundusze na wydawanie pisma, pochodzące w większości z opłat za druk ogłoszeń reklamowych różnych prywatnych firm. Oczywiście firmy te traktowały ogłoszenie w szkolnej gazetce bardziej jako filantropię niż reklamę, ale chętnie korzystały z naszych łamów zwłaszcza wówczas, gdy syn właściciela firmy był uczniem naszego gimnazjum. Niewielką część wpływów stanowiły także opłaty za pojedyncze egzemplarze "Sztubaka", gdyż prenumeraty nie prowadziliśmy. Nakład pisma wynosił tysiąc egzemplarzy. Jurek Koźmiński aż do matury był szefem redakcji, potem ukończył studia medyczne i jako lekarz wojskowy poległ w kampanii wrześniowej 1939 roku.

redakcja.jpg (29693 bytes)      Byłem drugim z kolei redaktorem naczelnym "Sztubaka", a po mnie stanowisko to objął Józef Garliński, dziś znany pisarz emigracyjny, autor wielu książek na temat II wojny światowej. Blisko związany z redakcją był również Oleś Braude, nasz prymus klasowy i zarazem uzdolniony poeta, który - tak samo jak Koźmiński - po maturze służbę muzom zamienił na służbę Eskulapowi. Po wojnie pracował jako lekarz wojskowy, a potem słuch o nim zaginął. W jego mieszkaniu przy alei Józefiny 19 odbywaliśmy często posiedzenia redakcyjne, podczas których nasz gospodarz potrafił stworzyć niezwykle miłą i niezapomnianą atmosferę. Największym choć nie spełnionym do końca talentem poetyckim był wśród nas mój klasowy kolega Manas Kott, którego rewolucyjne wiersze przyprawiały czytelnika o dreszcze ("Wiadomo w kazarmach przechowuje się mięso dla armat..." albo "Pan prezes w szezlongu hawańskie pali i pyta, jak idzie praca..."). Po wojnie wszelki ślad po nim zaginął, przypuszczam więc, że nie przeżył tych tragicznych lat (był z pochodzenia Żydem).

      Do czołówki prozaików "Sztubaka" należał oczywiście Stefan Otwinowski, który już wtedy zdradzał niepospolity talent pisarski i jak wiadomo - jeszcze przed wojną został laureatem Nagrody Literackiej m. Kalisza za swój debiut powieściowy "Życie trwa cztery dni". Po wojnie osiadł w Krakowie, gdzie aż do śmierci w roku 1976 pełnił funkcję prezesa krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich, był także aktywnym członkiem zespołu redakcyjnego "Życia Literackiego".

      W prozie na łamach naszego czasopisma wyżywali się też Józef Garliński, Janusz Zieleniewski i Stanisław Piątkowski, dzisiejszy profesor ortopedii lubelskiej Akademii Medycznej. Wspaniałe, dowcipne, pełne wdzięku i finezji felietony, zatytułowane "Przez czarne okulary" pisywał regularnie Janek Werner, późniejszy dziennikarz i publicysta do dziś działający w Warszawie. Chodził on istotnie w czarnych okularach, a jego felietony ozdabiała piękna winieta przedstawiająca takie właśnie okulary, w których przeglądały się litery tytułu felietonu. Autorem tej winiety był Maryś Sulikowski, uczeń Gimnazjum T. Kościuszki, a później znany architekt warszawski. Pięknymi wierszami debiutował również na łamach "Sztubaka" pod pseudonimem "Ewar" Edward Fiszer, nieżyjący już poeta, autor wielu popularnych piosenek i słuchowisk radiowych. W skład redakcji wchodzili takie Tomasz Brudnicki i Andrzej Winczakiewicz, późniejszy profesor chemii Politechniki Łódzkiej.

      Jako próbę naszej ówczesnej twórczości literackiej pozwolę sobie zacytować jeden z moich wierszyków, drukowanych w "Sztubaku":

Lubię romańskich łuków mroczne półksiężyce
i bizantyjskich kopuł ociężałość dumną.
Lubię oczyma ścigać gotyckie wieżyce
I renesansowym urok kraść kolumnom...
Lubię też barokowe aniołki pobożne
I chimer marmurowych mistrzowskie grymasy,
Lecz nade wszystko lubię krzyżyki przydrożne,
Wpatrzone w zachód słońca, kiedy płoną lasy...

      Dużo miejsca w "Sztubaku" zajmowały polemiki z konkurencyjnym pismem szkolnym Gimnazjum Kościuszki "Świt". Przyznać muszę, że poziom "Świtu" był wysoki. Jego piękną winietową okładkę wykonał Tadeusz Kulisiewicz, wówczas uczeń tej szkoły. Na łamach "Switu" pisywał wówczas (pod pseudonimem Juliusz Wolden) Włodzimierz Pietrzak, późniejszy znakomity pisarz, eseista i krytyk, który zginął w powstaniu warszawskim. Jego imię nosi dziś nagroda literacka przyznawana przez stowarzyszenie "PAX". "Świt" był poza tym pismem dużo starszym z tradycjami, podczas gdy "Sztubak" był tworem zupełnie młodym; choć kontynuował tradycje "Pochodni", w latach dwudziestych wydawanej przez "asnykowców".

      Gdy byłem już na studiach, w roku 1933 nastąpiło połączenie obu pism i powstało jedno wspólne o zwiększonej objętości, formacie i nakładzie międzyszkolne czasopismo "Czyn i Słowo". Było to mądre posunięcie. Kiedy ta wiadomość dotarła do mnie do Poznania, sprawiła mi prawdziwą radość.

      Maturę zdawałem w roku 1933. Na egzaminie z języka polskiego pisałem wypracowanie na temat: Mój stosunek do "Wesela" Wyspiańskiego. Opisałem w nim nasze próby i przedstawienie "Wesela". Próbowałem określić, jak pojmuję tę naszą narodową wadę "wiecznej niemożności", usymbolizowanej w tańcu chochoła, którego właśnie grałem w naszym szkolnym spektaklu. Otrzymałem notę celującą. I to był mój "glejt" na dalszą życiową drogę po opuszczeniu mego kochanego gimnazjum w Kaliszu.

MIASTO MEJ MŁODOŚCI

Rozdział IV

W starym i nowym parku

      Całe moje dzieciństwo i młodość upłynęły w Kaliszu. Patrzyłem na to miasto najpierw oczyma dziecka, potem dorastającego młodzieńca i wreszcie dojrzałego już człowieka. Poznawałem je coraz lepiej, kochałem coraz bardziej. Jaki był naprawdę ten Kalisz lat dwudziestych i trzydziestych, którym mnie tak fascynował i zachwycał?

      Jego największą ozdobą był stary park, rozciągający się ciemną, chłodną gęstwą zieleni w ramionach Prosny. Założony w roku 1789 obok Ogrodu Saskiego, Ogrodu Krasińskich i Parku Łazienkowskiego w Warszawie - uchodził za najstarszy park miejski w Polsce i był prawdziwą dumą kaliszan. Urządzony na wzór ogrodów angielskich, niemal każdym swym zakątkiem przypominał stare wiktoriańskie ryciny. Bujny starodrzew, tworzący tu zwarte skupiska zieleni, raz po raz rozstępował się, ukazując rozległe dywany trawników, zdobione bogatymi klombami, a w perspektywie romantyczne ruiny, wśród których na tle ciemnej zieleni połyskiwały białym marmurem posągi nimf i satyrów. Po trawnikach biegały stadka bajecznie kolorowych pawi i złocistych bażantów, a na ciemnych lustrach wody kołysały się śnieżnobiałe łabędzie.

      Stał tu także - jakby żywcem przeniesiony znad Lemanu "domek szwajcarski", w którym zamieszkiwała służba parkowa. Naczelny ogrodnik, pan Skubiszewski, który nie miał wprawdzie tytułów naukowych i na pewno nie kończył studiów ogrodniczych, był jednak prawdziwym czarodziejem. Potrafił tworzyć w kaliskim parku kwietniki nie gorsze od słynnych ciechocińskich dywanów kwiatowych. Oprócz niego personel parkowy składał się z czterech umundurowanych dozorców. Dwóch z nich mieszkało także w “domku szwajcarskim”, a pozostali dwaj w ślicznych małych dom kadr pokrytych czerwoną dachówką. Jeden domek stał na jednym końcu parku przy Czerwonym Moście, gdzie ślepo kończyła się ulica Niecała (dziś Walki Młodych): drugi domek - na drugim krańcu, już za Prosną w pobliżu przystani promu. Celowo opisuję tak dokładnie ich miejsca zamieszkania, gdyż miało to ogromne znaczenie dla utrzymania porządku. Każdy z dozorców miał wyznaczony swój rejon i w ten sposób cały park był dobrze pilnowany. Myślę, że brak takiej właśnie opieki to jedna z głównych przyczyn obecnego upadku i zaniedbania kaliskiego parku.

      Przecież ja i moi koledzy byliśmy kiedyś tak samo rozhukaną i niesforną młodzieżą. Tak samo korciło nas, aby zerwać kwiatek z klombu, ułamać giętki pręt do zabawy lub - co gorsza - wyrwać z ogona pawia wspaniałe pióro. Zdarzało się nawet, że goniliśmy pawia lub bażanta po trawniku. Ale baliśmy się jak ognia parkowego, który w urzędowym mundurze, z nieodłączną "lagą" w ręku pojawiał się najbardziej niespodziewanie, chwytał za kark łobuziaka, spisywał personalia i informował o jego zachowaniu dyrekcję szkoły. Z tego też powodu woleliśmy unikać spotkania z przedstawicielami parkowej władzy. Pawie i bażanty, zapewne czując tę urzędową opiekę, spokojnie spacerowały sobie po trawnikach, a łabędzie wychodziły z wody i z ufnością zbliżały się do ludzi, nawet dzieci mogły je karmić.

      Kwiatów było w parku mnóstwo, najwięcej w pobliżu "domku szwajcarskiego" i ślicznej oranżerii, którą niestety rozebrano już po II wojnie. Była tu również cieplarnia do hodowli kwiatowych rozsad, a przed nią urocza pergola, cała pokryta różami. Pod wspaniałymi okazami tui i cyprysów ustawiano latem urocze porcelanowe posążki rodem z baśni: zalęknioną sarenkę, zajączka stojącego słupka, czerwonego muchomora lub czekoladowego borowika, pod którym kryły się krasnoludki. Między oranżerią a "domkiem szwajcarskim" obok zegara słonecznego - królował unikatowy okaz dębu krótkoszypułkowego, który swoje niebywale rozłożyste konary opierał na trawniku, jakby obejmując go we władanie. Zegar i dąb szczęśliwie przetrwały do dziś. Przed kilku laty przyglądając się uważnie zegarowi, odkryłem na nim ze wzruszeniem imię mojej sympatii, w której kochałem się "aż do grobu" mając IS lat. Imię to wyryłem wówczas mozolnie scyzorykiem w marmurze. chcąc upamiętnić je "na wieki".

      Wspaniałą ozdobą parku były wzniesione nad kanałem Babinką sztuczne ruiny zamku. Cóż to było za urocze miejsce! Tam zawsze umawialiśmy się na spotkania. Ukryci w cudownych zakątkach, wśród płaskorzeźb, posągów i kolumn oplecionych bluszczem, trawiliśmy długie godziny na rozmowach. Pamiętam, że wśród tych imitacji starych murów i posągów stylizowanych na antyczne rzeźby, były również umieszczone cenne historyczne zabytki. Była tam na przykład duża granitowa płyta z herbem arcybiskupa gnieźnieńskiego Stanisława Karnkowskiego, który zapisał się w dziejach Kalisza jako fundator zespołu gmachów kolegium jezuickiego. Herb "Junosza" przedstawiał baranka, a wokół niego wykuty był łaciński napis: BURSA KARNKOVIANA ET SEMINARIUM 1595. Data ta według historyków - oznacza rok ukończenia budowy kompleksu jezuickiego. Płyta herbowa najprawdopodobniej pierwotnie zdobiła jeden z budynków należących do jezuitów i jak najprędzej powinna tam powrócić - tym bardziej, że cały zespół pojezuicki jest od paru lat systematycznie rewaloryzowany. W ruinach wmurowany był również kartusz herbowy arcybiskupa Jarosława Bogorii Skotnickiego, fundatora pałacu arcybiskupiego w Kaliszu - także i ten zabytek powinien powrócić do gmachu, który zajmuje dziś Urząd Wojewódzki. Lapidarium przed Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej, gdzie umieszczono obecnie obie płyty herbowe wraz z kilkoma innymi zabytkami, nie jest najszczęśliwszym miejscem.

      Nie opodal ruin znajdowała się piękna półkolista altana, usytuowana niezwykle malowniczo na tle zieleni. Tutaj chroniliśmy się zwykle podczas deszczu. Po drugiej stronie placyku stał drewniany nieduży domek, harmonizujący swym stylem z altaną, w którym funkcjonował kiosk. Latem można tu było kupić lody, lemoniadę, ciastka, no i przede wszystkim niezwykle popularne w Kaliszu w latach dwudziestych "muchówki". Były to cukierki podobne trochę do dzisiejszych "krówek" lub "irysów", a ich ówczesna nazwa pochodziła od nazwiska Raucha, właściciela wytwórni tych smakołyków przy ulicy Babinej.

      Naprzeciwko ruin, po drugiej stronie kanału Babinka jaśniał wśród gęstej zieleni ładny piętrowy budynek Hydropatii. Tak nazywano Kaliski Zakład Przyrodoleczniczy. Do budynku przylegał spory teren, ogrodzony parkanem, na którym olbrzymimi literami wymalowano napis: Kąpiele słoneczne. Za tym parkanem znajdowało się solarium, gdzie pod opieką lekarzy pacjenci wygrzewali w słońcu swoje chore stawy, lecząc je działaniem promieni słonecznych. Była to raczej ekskluzywna oaza ciszy i spokoju, w której ludzie bardziej zamożni mogli leczyć swe dolegliwości, ukoić stargane nerwy lub też odbyć rekonwalescencję po cięższych chorobach. Obok Hydropatii (od strony ulicy Łaziennej) były dwa place zabaw dla dzieci, ogrodzone drucianą siatką. Między nimi prowadziła alejka, na której zawsze panował ożywiony ruch. Tędy bowiem skracali sobie drogę przechodnie, spieszący od ulicy Częstochowskiej czy Bankowej w kierunku placu św. Józefa. Budynek Hydropatii stoi do dziś i pełni obecnie funkcję przedszkola. Jest on nawet dość zadbany, ale jakże na niekorzyść zmieniło się jego otoczenie. Nie ma już neogotyckiej bramy z czerwonej cegły, zamykanej kutą w żelazie kratą, która stała wówczas przy ulicy Łaziennej na linii dawnych murów obronnych i była pamiątką czasów, gdy park zamykano na noc. Bramę tę niestety rozebrali Niemcy podczas okupacji.

      Główne trasy spacerowe po parku prowadziły w kierunku ulic Niecałej i Parkowej. Porastał je szczególnie piękny starodrzew, cudem ocalały do dziś. Przy ulicy Niecałej tuż obok parku znajdował się znany zakład fotograficzny Engla z charakterystyczną dużą oszkloną werandą. W tych czasach nie było jeszcze reflektorów, fotograf wykonywał więc zdjęcia w atelier, zapewniającym duży dopływ dziennego światła. Podobne atelier posiadał także drugi kaliski zakład fotograficzny Jackowskiego przy ulicy Wrocławskiej 41 (dziś Śródmiejska). Tuż za zakładem Engla, nieco w głębi stała piękna kamienica, pokryta dzikim winem, w której zamieszkiwał pastor ewangelicki, ks. Edward Wende, gorący patriota i wielce zasłużony dla Kalisza obywatel. Był on też przez długie lata nauczycielem religii w naszym gimnazjum. Dalej wybudował sobie wspaniałą siedzibę znany kaliski lekarz, dentysta Szmigielski, którego syn Jerzy uczęszczał do naszego gimnazjum. Bodajże w roku 1933 Jurek wyjechał na wakacje na dalmatyńskie plaże i tam zmarł na udar słoneczny. Jeszcze dalej w kierunku placu Kilińskiego znajdowała się znana fabryka lalek Szrajera, po wojnie rozbudowana i przemianowana na Kaliskie Zakłady Tworzyw Sztucznych, a obecnie Zakłady Elementów Wyposażenia Budownictwa "Metalplast". Niestety wielki komin, jaki tu wzniesiono, zepsuł skutecznie panoramę starego Kalisza. W latach dwudziestych żadnego komina tu oczywiście nie było, a i sam budynek swą architekturą nie przypominał gmachów fabrycznych.

      Skoro zawędrowałem w ten zakątek, chciałem jeszcze wspomnieć Pałac Puławskich, który jest najszacowniejszym zabytkiem przy placu Kilińskiego. Pałac w stylu klasycystycznym wzniesiony został na początku XIX wieku przez sławnego architekta Sylwestra Szpilowskiego. Był on synem i uczniem równie cenionego architekta Hilarego Szpilowskiego, który jeszcze w czasach stanisławowskich ozdobił Warszawę wieloma pięknymi budowlami, a na Mazowszu pozostawił liczne pałace, z których najbardziej znany pałac w Walewicach był siedzibą pani Marii Walewskiej, "polskiej żony" Napoleona I. Sylwester Szpilowski jako budowniczy wojewódzki pozostawił w Kaliszu bogatą spuściznę architektoniczną. Jego dziełem jest m. in. gmach Trybunału (dziś mieści sądy kaliskie), i budynek Szkoły Wojewódzkiej (dziś Liceum im. A. Asnyka); według jego projektów przebudowano siedzibę Komisji Wojewódzkiej (dziś Urząd Wojewódzki), wzniesiono Most Kamienny i budynek Rogatki Wrocławskiej; był on najprawdopodobniej także autorem dzwonnicy i domu parafialnego przy Kościele św. Józefa oraz tzw. domu Przechadzkich przy ulicy Babinej 1 i wielu innych budowli, przysparzających miastu urody.

      W pałacu Puławskich w latach 1849-1862 mieszkała i tworzyła Maria Konopnicka. W roku 1975 na fali "radosnej twórczości modernizacyjnej" zaplanowano przebudowę parteru tego budynku z przeznaczeniem go na sieć handlową, a przez północne skrzydło gmachu miały być przebite podcienia służące jako przejścia dla pieszych. Na wieść o tych zamiarach podniosłem alarm na łamach "Życia Warszawy" w rubryce "Zabytkom na odsiecz". W Kaliszu zawrzało jak w ulu: Od nierozsądnych planów przebudowy wprawdzie odstąpiono, ale wszystkich - bardziej niż losy tego zabytku interesowało co innego: Kto napuścił Pniewskiego? W parę lat później w pałacu urządzono izbę pamięci Marii Konopnickiej, ale stan techniczny całego gmachu jest nadal opłakany.

       Naprzeciwko pałacu Puławskich stoi do dziś inny historyczny gmach, w którym mieszczą się obecnie jakieś instytucje wojewódzkie. Z początkiem XIX wieku wybudował go niemiecki fabrykant Repphan na miejscu zburzonego przez Prusaków kościoła i klasztoru sióstr Bernardynek. W okresie międzywojennym mieściło się tutaj Żeńskie Gimnazjum Żydowskie, które choć posiadało prawa państwowe, nie cieszyło się zbytnią popularnością wśród społeczności gminy żydowskiej Kalisza. Chętniej posyłano dziewczęta do Gimnazjum im. Anny Jagiellonki lub do tzw. gimnazjum związkowego prowadzonego przez Związek Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych, które mieściło się w pięknej kamienicy Szrajera u zbiegu ulic Kościuszki i Kopernika.

      Wróćmy jednak do parku, który w tamtych czasach dostarczał nam nie tylko zachwytów i romantycznych przeżyć, ale także był tradycyjnym miejscem czynnej rekreacji, zabaw i gier sportowych. Nie było jeszcze wówczas boisk i stadionów po drugiej stronie Bernardynki. W widłach Prosny i Swędrni, gdzie parę lat później ulokowano nieckę pierwszego kaliskiego stadionu, kłębiły się dzikie chaszcze pośród pagórków porosłych trawą. Tam można się było schronić z sympatią przed oczyma ciekawskich. Natomiast tereny typowo rekreacyjne rozciągały się wówczas na drugim krańcu starego parku za Kanałem Rypinowskim. Nazywano je nowym parkiem. Było tam boisko do gry w piłkę z bramkami, a także dwa dobrze urządzone korty tenisowe. Tenis w latach dwudziestych i trzydziestych był bardzo ekskluzywnym i bardzo drogim sportem. Drogie były i rakiety, i piłki, i obowiązkowe białe kostiumy - dla panów długie białe spodnie, dla pań krótkie plisowane spódniczki, no i koniecznie białe pantofle, które dziś jeszcze starsi ludzie nazywają "tenisówkami". Za każdą godzinę gry trzeba było słono płacić w zarządzie klubu, a dodatkowo jeszcze wynagradzać chłopców zbierających piłki. Tylko więc zamożnych kaliszan widywało się w mieście pięknie biało ubranych, wędrujących z rakietą w ręku w kierunku nowego parku. Choć byli i tacy, którzy snobując się na tenisistów, spacerowali po deptaku w białych strojach, ale jakoś nigdy do kortów dojść nie mogli.

      Nowy park! Ileż wspomnień przywodzi na myśl! Tu, gdy miałem 10 lat, ojciec uczył mnie jeździć na rowerze. Tutaj, będąc uczniami i zapalonymi kibicami sportowymi, przybiegaliśmy na każdy mecz piłki nożnej. Naszym idolem była oczywiście drużyna kaliskiej "Promy". Na boisko przedostawaliśmy się przez niezliczone dziury w płocie od strony ulicy Nowoparkowej i z zapałem dopingowaliśmy w bramce Werbińskiego, "na beku" Golińskiego i grającego na prawym skrzydle, małego lecz niezwykle szybkiego Gajdę. Do dziś pamiętam mecz "Promy" z łódzkim "Widzewem", podczas którego Goliński złamał nogę. Tak, tak, wtedy przyjeżdżały do Kalisza najlepsze krajowe drużyny, których nikt wówczas nie dzielił na I, II czy III ligę.

      Niedawno miałem okazję - i niewątpliwą przyjemność - nawiązać kontakt z jednym z naszych dawnych idoli z "Promy", dziś już 90-letnim Witoldem Jarnutowskim. Jakiż to był wspaniały chłopak, świetnie zbudowany, wysportowany, szybki... A i dziś trzyma się znakomicie. Niejeden nastolatek może pozazdrościć mu nie tylko kondycji fizycznej, ale także jasności umysłu, trzeźwych sądów o świecie i ludziach.

      W tamtych latach zapatrzeni w "Prosnę" postanowiliśmy stworzyć własny klub sportowy. Zebrała się nas cała gromadka, złożona głównie z uczniów gimnazjalnych z ulicy Lipowej. Skompletowaliśmy drużynę, ze składek kupiliśmy piłkę, wykombinowaliśmy sobie piękną nazwę "Iskra". Na pierwszy pojedynek wezwaliśmy gromadę chłopców z naszej ulicy, uczęszczających do szkół powszechnych. Za naszą namową zawiązali oni klub sportowy "Lew". Wielki mecz "Iskra" kontra "Lew" odbył się przy tłumnym udziale chłopców z Lipowej na sporym placu przy ulicy Zgodnej (dziś stoją tam bloki mieszkalne). Przegraliśmy niestety ten mecz, ale po części tłumaczy nas to, że graliśmy mniej brutalnie niż zawodnicy drapieżnego "Lwa". Występowałem wówczas na pozycji pierwszego "beka" czyli obrońcy i wróciłem do domu mocno poturbowany. Skarpety miałem podarte, a przyszyty przez mamę do białej koszulki krążek z napisem "Iskra" zupełnie oderwany. Z czasem okazało się, że nie wszyscy zawodnicy "Lwa" wyrośli na tzw. porządnych ludzi. Mimo to wspominam ich dzisiaj z łezką w oku, podobnie jak nie czuję urazy do tych kolegów, którzy ochrzcili mnie w szkole przydomkiem "knajaka z Lipowej", towarzyszącym mi aż do matury. Muszę przyznać ze skruchą, że obecnie ostygł we mnie nieco zapał kibicowania piłkarzom. Ale jeszcze czasami, gdy telewizja pokazuje jakiś ważny mecz międzypaństwowy, budzi się we mnie tamta "Iskra" i dopinguję naszych zawodników niczym "Lew".

      Tuż obok boiska w nowym parku nad samą Prosną była piękna przystań, należąca do Kaliskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Uroczy stylowy budynek ze strzelistym dachem, krytym czerwoną dachówką po wojnie niestety "zmodernizowano", tym samym odbierając mu wszelkie cechy indywidualności. Ten sam los spotkał także naszą szkolną przystań wioślarską, położoną nieco dalej nad Prosną. Dziś, zamiast stylowych domków wdzięcznie przeglądających się w wodzie, stoi nad rzeką smutny rząd "pudełkowych" zabudowań bez wdzięku, bez stylu, bez sensu.

      Po drugiej stronie Prosny w tzw. borku-lasku, na cyplu vis-a-vis przystani KTW znajdowała się przystań spacerowa. Był to drewniany domek kryty gontem o pięknie i bogato zdobionej elewacji, utrzymany w tym samym stylu, co "domek szwajcarski" w głębi parku. Nie pamiętam, kto i kiedy zlikwidował tę przystań, ale bardzo jej żałuję.

      Mijając granice nowego parku, który ogrodzony był siatkowym parkanem, wychodziło się furtką na wał nad Prosną - ulubiony szlak spacerowy kaliszan, prowadzący w kierunku Zawodzia. Zaraz za furtką po lewej stronie stał drewniany domek pana Machowicza, właściciela promu, który za 10 groszy przewoził spacerowiczów na drugi brzeg i wysadzał w starym parku. Wypożyczał on także chętnym łódki i kajaki do przejażdżek po Prośnie. Idąc wałem w stronę Zawodzia, mijało się po drodze - po prawej stronie w dolince letnią restaurację pana Miłka. Był to ceglany domek z dużym ogrodem, w którym stały stoliki i ławeczki. Można było tam napić się cudownie zimnego mleka, zjeść kromkę wspaniałego razowca ze świeżym masłem. W letnie niedziele w restauracji przygrywał mały trzyosobowy zespół. Na skrzypcach grała kobieta, przypominająca żywcem przeniesioną z Paryża midinetkę. Na harmonii i flecie dwóch panów z śmiesznymi wywoskowanymi wąsami a la Salvadore Dali. Byli to bardzo popularni w Kaliszu, choć słabo mówiący po polsku, Czesi. Restaurację tę, nie wiadomo dlaczego, nazywano "Zakopanem".

      Nad Prosną obok "Zakopanego" zbudowany był spory pomost, który służył jako przystań dla łódek i kajaków. Zatrzymywał się tutaj także mały spacerowy stateczek-motorówka, kursujący po rzece. Stateczek rozpoczynał swój kurs z wyspy przy teatrze, zabierał z borkulasku około 50 pasażerów i płynął w górę rzeki. Pierwszym jego przystankiem było właśnie "Zakopane". Drugim przystankiem i kolejną atrakcją na trasie była duża podmiejska restauracja, prowadzona z dużym rozmachem przez pana Kowalskiego. Nazywano ją "Strzelnicą", gdyż w sporym restauracyjnym ogrodzie znajdowała się rzeczywiście sportowa strzelnica, gdzie z wiatrówki można było celować do jelenia na rykowisku, dzika lub zająca z blachy. Trafione zwierzę z hukiem spadało na cztery łapy...

      Tuż za ,,Strzelnicą" po prawej stronie leżało Zawodzie ze swym pięknym modrzewiowym kościółkiem św. Wojciecha, upamiętnionym w historii krwawymi zajściami 1 maja 1905 roku. Uroczysta kościelna procesja przekształciła się tu wówczas w manifestację robotniczą, krwawo stłumioną przez carską policję i dragonów. Podczas tych rozruchów kilka osób zostało rannych, śmiertelnie postrzelono w kościele młodą kobietę, Józefę Hadryś, której imię i nazwisko wielokrotnie potem wspominano w naszym domu w rozmowach prowadzonych przez rodziców.

      Nie tylko Kraków ale i Kalisz miał swój Emaus. W drugie święto Wielkiej Nocy kaliszanie tradycyjnie wybierali się na wycieczkę na Zawodzie. Ta pierwsza wiosenna "majówka" nosiła właśnie nazwę biblijnego miasteczka Emaus. W kościółku odbywało się w ten dzień uroczyste nabożeństwo. A ponieważ niewielka świątynia nie mogła pomieścić zbyt wielu ludzi, całe tłumy rozkładały się wkoło niej na trawie. Po mszy ludzie wyjmowali z koszyków prowianty, przynosili ze "Strzelnicy" lemoniadę - i majówka trwała aż do zachodu słońca.

      Kolejnym przystankiem pasażerskiej motorówki była jeszcze jedna restauracja, prowadzona przez pana Walczaka w Piwonicach - tuż obok mostu kolejowego. Miała ona jednak całkowicie miejski charakter, a majówki zakrapiano tutaj wysokoprocentowymi trunkami. We wszystkich restauracjach - warto przypomnieć - nawet w największe upały napoje podawano cudownie zimne ("z lodu"), choć przecież żadnych urządzeń chłodniczych jeszcze wówczas nie było. Lód do restauracji dostarczali przedsiębiorczy handlowcy, której za zezwoleniem władzy miejskiej i stosowną opłatą - wyrąbywali go zimą na Prośnie, magazynowali w dużych dołach, zasypywanych trocinami. Ten zmyślny sposób pozwalał na przechowanie lodu przez całą wiosnę, lato i jesień, aż do następnej zimy i gwarantował niezły dochód ze sprzedaży. Takie przedsiębiorstwo istniało m.in. na Nowym Świecie przy rozlewni piwa.

      Kto nie wysiadł z motorówki w Piwonicach, mógł jechać jeszcze dalej aż na piaszczystą plażę w Żydowie. Tutaj można było do woli opalać się, kąpać, pływać... Ulubionym miejscem wypoczynku kaliszan była jednak inna okolica - tzw. "wyspa", położona niedaleko "Strzelnicy" lecz po przeciwnej stronie rzeki. Tę "wyspę" oddzielał od pozostałej części lądu mały lecz czysty strumyczek. Dobrzy pływacy szli zwykle kąpać się nieco dalej, aż do zakrętu rzeki, gdzie prąd wody mocno wypłukał dno. Tutaj było najgłębsze miejsce na Prośnie zwane popularnie "diabelskim dołkiem". Skakało się na głowę do tego "dołka" z bardzo wysokiej, ponad 10-metrowej skarpy. Niestety każdego roku Prosna pochłaniała wiele ofiar. Nie było wówczas miejsc wyznaczonych do kąpieli, a ratownik na ciężkiej krypie nie zawsze zdążył na czas, gdy wzywano pomocy.

      "Wyspa" i druga strona rzeki były też tradycyjnym miejscem wagarowiczów. Rozciągały się tutaj cudowne łęgi rajskowskie i winiarskie. W maju trawy kołysały się tu na wietrze jak zielone morze, a horyzont zamykała ciemna ściana lasu. Przez łęgi - jak białe wstążki - wiły się wśród ciemnej murawy ścieżki, prowadzące na Tyniec. Nad głową dzwoniły skowronki... Dziś okolice te są już mocno zabudowane. Miast ożywczych zapachów ukwieconych łąk, wiatr przynosi nieznośne zapachy z winiarskiej fabryki. Prosna jest tak płytka, że nawet kajakiem nie da się popływać, a woda w rzece przypomina jeden wielki ściek. Dziś trudno sobie nawet wyobrazić, jak pięknie było tu przed laty.

Podzwonne dzielnicy żydowskiej

      Tym, którzy nie znali przedwojennego Kalisza, a przede wszystkim ludziom młodym, urodzonym już po wyzwoleniu, chyba także niełatwo wyobrazić sobie, jak wyglądała dzielnica żydowska. A była ona jednym z najcharakterystyczniejszych i najciekawszych fragmentów miasta.

      Kaliska społeczność żydowska była wyjątkowo liczna i odgrywała niemałą rolę w życiu miasta. Nie znamy dokładnych liczb, ale na ogół przyjmuje się, że w chwili wybuchu II wojny w prawie 80-tysięcznym Kaliszu mieszkało blisko 30 tysięcy Żydów. Stanowili oni około jednej trzeciej mieszkańców miasta. Tę statystykę a także powszechną opinię, iż jest to naród wybitnie uzdolniony i dlatego wydał tylu znakomitych uczonych, artystów, myślicieli czy pisarzy - potwierdzała też nasza szkolna społeczność. W moim gimnazjum, podobnie jak i w innych szkołach kaliskich, odsetek uczniów pochodzenia żydowskiego był wysoki a nawet stosunkowo wyższy niż rdzennych Polaków: W mojej klasie maturalnej prawie połowa uczniów pochodziła z rodzin żydowskich. Muszę również przyznać, że uczyli się oni bardzo dobrze. Religii mojżeszowej uczył w kaliskich szkołach znany żydowski teolog, pan Abram Buki. Nie był on duchownym, ale studiował teologię i zdobył głęboką wiedzę religijną, a prywatnie zajmował się handlem jako właściciel dużego sklepu winno-kolonialnego przy ulicy Wrocławskiej, vis-a-vis znanej apteki Chlebińskiego i cukierni Mayera. Tego typu zainteresowania i niemała wiedza u ludzi uprawiających zupełnie prozaiczne zawody, w społeczeństwie żydowskim nie były zjawiskiem wyjątkowym.

      Dzielnica żydowska, w której zamieszkiwali prawie wyłącznie starozakonni - tj. Żydzi, którzy zachowywali odwieczne praktyki religijne i tradycyjny styl życia - rozciągała się w północno-zachodniej części miasta. Jej granice wyznaczała dzisiejsza ulica Dzierżyńskiego (zwana najpierw Żydowską, potem Złotą, a następnie P.O.W.), Nowy Rynek oraz ulice Kanonicka i Szopena. Centrum stanowiło skrzyżowanie ulicy Złotej i Ciasnej oraz nie istniejący dziś już plac zwany Rozmarkiem. Oczywiście dzielnica ta nie była zamkniętym gettem, starozakonnych widywało się w całym mieście przez wszystkie dni w tygodniu z wyjątkiem sobót, gdyż w szabat nie wolno im było oddalać się od domów.

      Przeludniona dzielnica, pełna stłoczonych ruder, ciasnych podwórek, cuchnących rynsztoków, małych brudnych sklepików, a nade wszystko nieustającego wrzaskliwego tłumu, kotłującego się na chodnikach i jezdniach, krytych kocimi łbami - miała prawdziwie wschodni charakter. Ulice pustoszały tylko w czasie deszczu. Ów obyczaj załatwiania wszystkich spraw na ulicy, tak charakterystyczny dla miast Wschodu, można tu było obserwować w całej pełni. Ulicami wprost nie dało się przejść. Na chodnikach i jezdniach rajcowały grupy ludzi, ubranych w długie czarne chałaty. Wokół widziało się twarze okolone zwisającymi pejsami, głowy nakryte czarnymi jarmułkami. Czasem pod chałatem można było dostrzec cycełes czyli długie białe frędzle stroju modlitewnego. Po bramach kobiety w perukach sprzedawały na szklaneczki ziarna słonecznika, pestki dyni, gotowany groch i bób, a nade wszystko cebulę, czosnek i śledzie, śledzie, śledzie... Oferowano je zresztą pod najróżniejszymi postaciami, a więc "z beczki" w kilku gatunkach (zwyczajne, królewskie, uliki), poza tym wędzone, smażone, marynowane itp. Nad całą tą dzielnicą unosił się specyficzny zapach, na który składała się woń niemytych ciał, cebuli i czosnku, śledzi i cuchnących rynsztoków. Niesamowity i egzotyczny był dla nas także ów harmider rozmów i kłótni, prowadzonych w niezrozumiałym języku jidisz.

      Najważniejszym punktem w dzielnicy żydowskiej był Rozmarek. Stała tutaj stara zabytkowa bóżnica z kopułą zwieńczoną gwiazdą Syjonu. Przy bóżnicy funkcjonowała wyznaniowa szkoła żydowska - cheder; starozakonni bowiem nie posyłali swych dzieci do szkół powszechnych, ani państwowych ani prywatnych. Żydowscy chłopcy od małego nosili pejsy, byli ubierani w chałaty i jarmułki, a w chederze uczono ich przede wszystkim religii mojżeszowej i języka hebrajskiego, aby mogli czytać Talmud. Starą synagogę niestety rozebrali Niemcy w czasie okupacji (na jej miejscu wzniesiono po wyzwoleniu Dom Partii), a budynek szkoły został mocno przebudowany (dziś jest także siedzibą różnych wojewódzkich instytucji i organizacji).

      Oprócz bóżnicy przy Rozmarku była w Kaliszu jeszcze jedna synagoga, wybudowana już po I wojnie przy ulicy Krótkiej, a więc już poza granicami getta. Tu uczęszczali na modlitwy Żydzi, nie zachowujący tak rygorystycznie praw talmudycznych, ubierający się po europejsku. W Kaliszu była liczna grupa tych Żydów, mocno zasymilowanych ze społecznością polską, czasem nawet nie przyznających się do swego pochodzenia. Z niej wywodzili się głównie moi koledzy gimnazjalni.

      Niedaleko Rozmarku, na rogu ulicy Złotej i Nadwodnej stały jatki koszerne, tzn. sprzedające mięso przeznaczone do spożycia przez wiernych starozakonnych. Prawo mojżeszowe zabraniało w ogóle spożywania świniny, a inne zwierzęta przeznaczone na żydowskie stoły musiały być poddane rytualnemu ubojowi. Do tych czynności uprawnieni byli tylko rzezacy, pobłogosławieni przez nadrabinów. Na rogu ulicy Nadwodnej i Kanonickiej stała mykwa czyli łaźnia rytualna, z której korzystali starozakonni. Był to budynek bardzo stary i pierwotnie bardzo piękny. W moich domowych zbiorach przetrwała stara litografia, wykonana w zakładzie M. Fajansa w Warszawie, z rysunkiem Napoleona Ordy z roku 1873, przedstawiającym kościół św. Mikołaja w Kaliszu, widziany od strony południowo-zachodniej. Na tej litografii na pierwszym planie po prawej stronie stoi tajemniczy budynek z wysokim kominem, wydłużonymi stylowymi oknami, pięknie obramowanymi i okrągłymi okienkami strychowymi. Widać też bogato zdobioną elewację. Tak wyglądała mykwa w XIX wieku. Za moich czasów budynek ten był już przebudowany, a ostatecznie rozebrali go Niemcy, likwidując dzielnicę żydowską. Warto wspomnieć, że w dzielnicy tej był także Szpital Starozakonnych, który mieścił się przy ulicy Piskorzewskiej (dziś Waryńskiego).

      Żydowskie getto zamieszkałe było przede wszystkim przez proletariat. Nic więc dziwnego, że właśnie tutaj miała sporo swych zwolenników socjalistyczna partia żydowska "Bund". Ale znacznie silniejsza - głównie z motywów religijnych - była tu nacjonalistyczna organizacja "Poalej-Syjon", propagująca ideę powrotu Żydów do Palestyny i odbudowy państwa żydowskiego na tamtych ziemiach.

      Powszechną opinię, iż Żydzi to naród o wybitnych talentach handlowych i szczególnej żyłce do zdobywania pieniędzy, potwierdzała także sytuacja w Kaliszu. Tutejsi Żydzi uwielbiali i na ogół także potrafili "robić pieniądze". Magiczne słowo "mues", oznaczające pieniądze, było przez nich tak często używane, że znaliśmy je dobrze nawet my - "goje". Niemal cały handel w mieście był opanowany przez kupców żydowskich. Dość wspomnieć w samym śródmieściu takie duże i znane firmy, jak sklep z tkaninami Muhlsteina przy Starym Rynku, "Złoty róg" Herszkowicza przy zbiegu alei Józefiny i ulicy Wrocławskiej (nazwa ta, określająca dziś narożnik tych dwóch ulic, pochodzi właśnie od tamtego sklepu), bardzo ekskluzywny sklep z galanterią męską Grossowej przy alei Józefiny, odzieżowe sklepy Knastera przy ulicy Kanonickiej czy Gruna przy ulicy Warszawskiej (dziś Świerczewskiego), firma "A. Rauch-Synowie" znana ze swych słodyczy przy ulicy Babinej, skład z materiałami piśmiennymi i "drukarnia pośpieszna" Szczecińskiego przy ulicy Kanonickiej.

      Sklepy w dzielnicy żydowskiej były na ogół małe, ale też dobrze zaopatrzone. Wiele z nich miało klientelę z całego miasta. Sławny był np. sklep galanteryjny pani Szafir przy Nowym Rynku. Panowała wówczas w Kaliszu opinia, że gdy nie dostało się jakiegoś poszukiwanego towaru "u Szafirki", to nie warto było szukać go gdzie indziej... Niezwykle popularna wśród młodzieży szkolnej była księgarnia Kapłana na rogu Nadwodnej i Piskorzewskiej. Biegli tam regularnie uczniowie, którzy przeżywali nieunikniony w pewnym wieku szał filatelistyczny, bo księgarnia prowadziła także sprzedaż znaczków. Najhardziej jednak poszukiwane przez młodzież były "bryki szkolne", wydawane przez współplemieńca księgarza Zukerkandla w Złoczowie, które kupić można było tylko u Kapłana. Prawdziwym rekinem handlowym był jednak Dawid Perle, prowadzący wielką hurtownię spożywczą przy ulicy Fabrycznej obok Towarzystwa Cyklistów.

      Żydowskie sklepy odzieżowe utrzymywały tzw. "naganiaczy" którzy pracowali głównie w dni targowe, a ich zadaniem było zwabienie wiejskich klientów. Jeśli klient już wszedł do sklepu, kupiec tak potrafił zareklamować swój towar, że nie wypuścił go bez zakupów. Kupując w żydowskim sklepiku, należało koniecznie "targować się", gdyż kupcy specjalnie podawali najpierw wyższe ceny ("cenili" - jak się dawniej mawiało), aby je potem pomału opuszczać. Klient wychodził więc zawsze ze sklepu zadowolony, że udało mu się tak tanio kupić.

      Obraz kaliskiej społeczności żydowskiej byłby niepełny, gdybym nie wspomniał o resorkach. Były to bryczki na resorach, zaprzężone w jednego konia, a powożone wyłącznie przez Żydów. Miały one swój postój przy ulicy Nadwodnej róg Złotej. Bryczki były bardzo pojemne, miały ławeczkę dla pasażerów, ale można było nimi przewieźć wszystko bez względu na gabaryty. Korzystali więc z nich najczęściej żydowscy handlarze do przewożenia swych towarów. Czasem jednak zdarzało się i tak, że wszystkie resorki (a było ich około 30) wynajmowane były przez rabinów z bóżnicy. Oznaczało to, że gmina spodziewa się wizyty jakiegoś bardzo ważnego cadyka-cudotwórcy. Wszystkie bryczki ustawiały się wówczas przed dworcem kolejowym.

      Po powitaniu cadyka, który wystrojony był zazwyczaj w lisią tołubę, wielki czarny kapelusz i białe pończochy, zapraszano go w asyście do pierwszej resorki. W pozostałych zasiadała starszyzna z rady. I ruszał z dworca w ulicę Górnośląską długi ciąg resorek. Defilada sunęła głównymi ulicami miasta, wszyscy więc wiedzieli, że gmina żydowska ma znamienitego gościa.

      Z Kaliszem związanych było kilka niezwykłych postaci żydowskich, które koniecznie muszę tu opisać. Należał do nich na przykład Bronisław Zylber, zwany popularnie "Gzymsem". Był to elegancki pan, przesiadujący całymi dniami w ekskluzywnej kawiarni "Europa", a wyróżniający się wieżową czaszką, którą zdobił na czubku zawsze rozwichrzony osełedec. Zajmował się on zawodowo kontraktowaniem i sprowadzaniem do Kalisza zespołów teatralnych, artystów estradowych, muzyków, śpiewaków etc. Zapotrzebowanie na tego typu występy było w mieście duże szczególnie w latach trzydziestych, kiedy to kina kaliskie - ze względu na wysokie ceny biletów straciły mocno na popularności i zaczęły plajtować. Aby przyciągnąć publiczność i poprawić budżet, sprowadzano jakieś pseudorewie, pośledniego gatunku tancerki czy piosenkarki, magików lub atletów - i to wszystko pokazywano jako dodatek do filmów. Był to zresztą dość skuteczny sposób na pozyskanie widzów. Niezastąpionym menagerem, ściągającym do Kalisza tego typu atrakcje, był właśnie Gzyms. Poza tym organizował on także poważne występy znanych aktorów, śpiewaków operowych i operetkowych, wirtuozów fortepianu czy skrzypiec, nierzadko światowej sławy. Z biegiem czasu zaczął organizować imprezy artystyczne w całej Polsce i z tego powodu bywał często w podróżach.

      Gzyms był rodowitym kaliszaninem. Pochodził z zamożnej rodziny żydowskiej. Miał braci, z których jeden był lekarzem, drugi - adwokatem, trzeci - inżynierem. Wszyscy oni odżegnywali się jednak od Gzymsa i uważali go za wyrodka. Choć jako impresario estradowy Gzyms nieźle zarabiał, najczęściej bywał bez grosza. Wszystkie zarobione pieniądze natychmiast wydawał w restauracjach i kawiarniach, gdzie przesiadywał z artystami, którzy przepadali za nim z powodu jego błyskotliwej inteligencji i wielkiego uroku osobistego. Była to rzeczywiście niezwykle barwna postać, przypominająca trochę słynnego warszawskiego Franca Fiszera. Podobnie jak i Fiszer, był on również bohaterem wielu anegdot, z których jedną warto tu przytoczyć.

      Otóż pewnego razu Gzyms, który wiele podróżował i przeważnie mieszkał w hotelach, postanowił rozpocząć nowe życie osiadłe i wynająć sobie pokój. Przeczytał w "Gazecie Kaliskiej" ogłoszenie, iź jest do wynajęcia elegancki umeblowany pokój, ale z zastrzeżeniem "tylko chrześcijanowi". Mimo to udał się pod wskazany adres. Drzwi otworzyła starsza pani, która natychmiast poznała Gzymsa i na propozycję obejrzenia pokoju powtórzyła swe zastrzeżenia. Gzyms na to, że wie, że czytał, ale bardzo prosi, aby szanowna pani pokazała mu pokój, aby mógł ocenić, czy warto się dla niego wychrzcić.

      W 1939 roku Gzyms przebywał w Warszawie i wkrótce znalazł się w getcie. Dzięki pomocy warszawskich aktorów, którzy go bardzo lubili, udało mu się stamtąd zbiec i znaleźć schronienie na ulicy Hożej. Niestety w bliżej nie znanych okolicznościach żandarmeria niemiecka odkryła jego kryjówkę i zabrała Gzymsa, po którym od tej chwili przepadł wszelki ślad. Zapewne zginął, podobnie jak miliony innych ofiar tej wojny.

      Drugą postacią żydowską, bez której trudno było wyobrazić sobie kaliską ulicę lat dwudziestych, był Moryc Lubelski. Dziś zastanawiam się, z czego ten człowiek żył. Nie pracował nigdzie na stałe, ale zawsze był modnie ubrany, zawsze w dobrym humorze. Przyjaźnił się z całą młodzieżą szkolną - wszyscy byliśmy z nim "na ty", choć był od nas starszy o jakieś 10 lat. Czym się zajmował? Raz widziało się go jako biletera u pana Reina w kinie "Oaza", innym razem rozdawał na ulicy reklamowe ulotki różnych firm, to znów rozklejał plakaty kin, teatru lub cyrku, który właśnie zawitał do miasta, albo też reklamował zawody sportowe. Zawsze wesoły, dowcipny i - co tu dużo mówić - po prostu miły, był przez wszystkich bardzo lubiany. Czasem widać było, że Moryc przechodzi jakiś "kryzys ekonomiczny". Spodnie miał wystrzępione, buty podarte, ale zawsze uśmiech na twarzy. W kilka dni później spostrzegaliśmy, że już "pozbierał się", już miał nowe ubranie i nowe buty. Osobliwa to była postać i tak mocno związana z krajobrazem kaliskiej ulicy.

      Jeden z moich kolegów szkolnych, który we wrześniu 1939 roku znalazł się za Bugiem, opowiadał mi, że już po wkroczeniu tam armii radzieckiej spotkał w Dubnie Moryca z czerwoną opaską na lewym rękawie, czerwoną gwiazdą na czapce i karabinem na ramieniu. Moryc był wówczas członkiem milicji obywatelskiej i wiele pomógł mojemu koledze, ułatwiając mu powrót do Kalisza.

      Były też wśród Żydów postacie mniej sympatyczne, lecz równie mocno związane z międzywojennym Kaliszem. Jedna z nich to niejaki Gołąbek, wystający całe dnie do późnego wieczora w alei Józefiny i handlujący nielegalnie "z kieszeni" środkami antykoncepcyjnymi. Przy okazji trudnił się on też pokątnym pośrednictwem w nierządzie. Druga postać to, zawsze otoczony męską młodzieżą, tajemniczy pan Klinger. Straszliwie okaleczony po jakimś wypadku, miał potworne blizny na twarzy, tylko jedno oko, a lewą rękę zdeformowaną nieodwracalnym przykurczem - przypominał Quasimoda. Nikt nie wiedział, gdzie pracuje i co robi. Mieszkał na Majkowskiej. Był zawsze dobrze ubrany, zawsze miał pieniądze. Był też wyjątkowo inteligentny, posiadał dużą erudycyjną wiedzę. Młodym chłopcom, których zawsze było pełno koło niego, fundował lody i kino. Nie było dla nikogo tajemnicą, że pan Klinger uprawia znane, popularne i dzisiaj zboczenie. Wspominam te niechlubne postacie, gdyż bez nich obraz kaliskiej ulicy tamtych lat byłby niepełny.

      Trzeba tu otwarcie powiedzieć, że choć w Kaliszu - podobnie jak i w innych miastach drugiej Rzeczypospolitej - odżywały od czasu do czasu nastroje antysemickie, to w gruncie rzeczy żydowska społeczność była głęboko wrośnięta w życie miasta, była jego nieodłącznym elementem, a jej współżycie ze społecznością polską układało się na ogół dobrze. Moich kolegów Żydów wspominam serdecznie, wnosili oni wiele pozytywnych cech do naszego uczniowskiego stylu życia. Gdy po okrutnej wojnie stanąłem - jeszcze w mundurze Ludowego Wojska Polskiego - na kaliskim dworcu i po raz pierwszy przespacerowałem się po ulicach wyzwolonego Kalisza, nie mogłem jakoś odnaleźć atmosfery mego rodzinnego miasta bez tamtej hałaśliwej dzielnicy. Opanowało mnie uczucie utraty czegoś bliskiego, co minęło i już nigdy nie wróci.

Romans Szmula Dunkelmana

      Spośród kaliskich Żydów szczególną znajomość zawarłem z kupcem Szmulem Dunkelmanem. Świetnie prosperująca firma "Hurtowa sprzedaż galanterii męskiej B-cia Sz. i M. Dunkelman" mieściła się na pierwszym piętrze reprezentacyjnej kamienicy przy Starym Rynku na rogu ulicy Warszawskiej. W tym samym domu narożny parterowy sklep był zajęty przez znaną księgarnię, specjalizującą się w handlu nutami, którą prowadził były organista kolegiacki, szanowany obywatel miasta Maksymilian Jasiński. W sąsiednim sklepie urzędował rękawicznik Józef Adamczewski, także obywatel miasta. W tamtych latach tytułem obywatela miasta zwykło się honorować właścicieli kamienic. Wymienieni tu jednak obywatele nie mogli się nawet równać pod względem zamożności z firmą "B-cia Dunkelman". Kilka mieszkań, zajmujących całe pierwsze piętro okazałej kamienicy, było zawalonych towarem, a ruch w interesie był wielki.

      Do Szmula i Moryca Dunkelmanów należało co najmniej sześć kamienic: jedne odrapane i liszajowate w dzielnicy żydowskiej, bez żadnych wygód, zamieszkałe przez proletariat żydowski; inne zaś w centrum miasta, wyposażone w urządzenia wodno-kanalizacyjne, zamieszkałe przez prominentów miejskich, płacących wysokie komorne. W jednej z tych kamienic przy pryncypialnej ulicy Wrocławskiej, tuż przy Starym Rynku (tu gdzie dziś mieści się "Orbis"), znajdowała się herbaciarnia koszerna, o czym informowały - nieczytelne dla mnie - tajemnicze litery hebrajskie, wymalowane na szybie wystawowej oraz zgrabna piramidka z koszernych kiełbasek, misternie ułożona w stosik, przypominający mendel żniwnych snopków.

      Szmula Dunkelmana poznałem w roku 1937, gdy byłem już studentem medycyny Uniwersytetu Poznańskiego i do rodzinnego miasta przyjeżdżałem tylko od czasu do czasu. Tak często, jak tylko pozwalały mi na to zajęcia uniwersyteckie i inne prace, które podejmowałem dla celów zarobkowych. Pewnego razu na szerokim i rojnym deptaku alei Józefiny podszedł do mnie trzydziestoparoletni drobnej budowy mężczyzna o rudawych włosach i zagadnął mnie łamaną polszczyzną z klasycznym żydowskim akcentem: - "Panie Pniewski, nie gniewacz się na mnie, ale ja miecz dla pana dobry interes i chciecz wypicz z panem kawę u Hertza..." Człowieczek ubrany był może niezbyt gustownie, ale porządnie. Wszystko na nim było w dobrym gatunku. Byłem trochę zdziwiony, ale na kawę poszliśmy.

      Najbardziej ekskluzywna kawiarnia w mieście zajmowała parter równie eleganckiego hotelu "Europa" przy alei Józefiny, który stanowił cały kombinat rozrywkowy. Hotel, kawiarnia, restauracja z nocnym kabaretem - każde z tych przedsiębiorstw było samodzielne i każde miało innego właściciela, ale ich symbioza była idealna. Dla nas - sztubaków i studentów - hotel i nocny lokal, otoczone nimbem tajemniczości, stanowiły zamknięty świat zepsucia i wyuzdania bogatych sfer, do którego kluczem były pieniądze. Do kawiarni Hertza również nie chodziliśmy, bywał tam głównie miescowy highlife. Tylko latem, gdy przed kawiarnią ustawiano na chodniku pod kolorową markizą mały ukwiecony ogródek, spacerujący deptakiem tłum młodzieży miał sezonowy wgląd w personalny skład klienteli "Europy". Nasze rozeznanie było i tak niepełne, gdyż o tej porze roku high-life wyjeżdżał do modnych kurortów, wśród których rekordy popularności i snobizmu biły Jurata, Zakopane i Krynica.

      Tak więc na zaproszenie Szmula Dunkelmana po raz pierwszy w życiu przestąpiłem zaklęte progi "Europy" i zasiadłem przy okrągłym marmurowym stoliku. Zachęcony przez fundatora pałaszowałem lody "cassate", piłem kawę po turecku i zaintrygowany słuchałem wywodów małego rudego człowieczka. A Dunkelman miał do mnie niebylejaką sprawę. Otóż zakochał się on w pewnej "najszliczniejszej" pannie z pobliskiego miasteczka Koła. Zakochać się - ludzka rzecz - i nie w tym leżał problem. Problem tkwił w tym, że obiekt miłości pochodził z żydowskiej rodziny całkowicie zasymilowanej. Panna Zosia ukończyła polskie liceum humanistyczne, mówiła ładnie po polsku bez cienia akcentu jidisz, miała spolszczone nazwisko, nie uprawiała praktyk religijnych i - co tu ukrywać - raczej krępowała się swego żydowskiego pochodzenia. Natomiast Szmul Dunkelman uczył się w szkole wyznaniowej, mówił fatalnie po polsku z okropnym akcentem i dopiero trzy lata temu zrzucił czarny chałat, jarmułkę i zgolił pejsy. No i jeszcze to fatalne imię i nazwisko. Pan Szmul w każdy piątek o zmierzchu zapalał rytualne świeczniki, wkładał w aksamitną torbę egzemplarz Talmudu i czarno-białe szaty liturgiczne i szedł odprawiać modły do synagogi na ulicy Krótkiej.

      I oto zadrżało serce Szmula, gdy ujrzał Zosię. Zadrżały w posadach wszystkie talmudyczne przykazania, wpojone przez rodziców. O niczym już nie potrafił myśleć, tylko o tym, by jak najprędzej zasymilować się, zatrzeć wszystkie żydowskie cechy, którymi tak bardzo brzydziła się ukochana i z których szydziła przy lada okazji. Postanowił jak najszybciej dorównać swej wybrance, aby zdobyć jej serce. Pannie Zosi bardzo przypadła do gustu zamożność Szmula - o ile dobrze zrozumiałem - postawiła warunek: "Jeśli zrzucisz z siebie żydowski nalot, będę twoja..." W planach Szmula Dunkelmana właśnie ja miałem być tym, który - przy zachowaniu pełnej dyskrecji - nauczy go języka polskiego. Na początek zaproponował mi 5 złotych za każdą godzinę lekcyjną. Lekcje jednak miały odbywać się w moim domu, bo całą akcję asymilacyjną Szmul skrzętnie ukrywał przed swym bratem Morycem i jego żoną, z którymi razem zamieszkiwał. Rodzina wyklęłaby go i jego dzieci do n-tego pokolenia, gdyby dowiedziała się, że wyparł się on wiary i obyczajów przodków.

      Byłem bardzo zaskoczony tą propozycją, ale zgodziłem się natychmiast, bo honorarium było wysokie, a ja potrzebowałem pieniędzy na studia. W przeprowadzeniu transakcji była jednak pewna drobna przeszkoda: ja przecież studiowałem w Poznaniu, a do Kalisza wpadałem tylko w wolnych chwilach. Dunkelman był tym bardzo zakłopotany, ale zgodził się na naukę z przerwami. Umówił się jednak ze mną, że jeżeli byłbym pilnie potrzebny, to on do mnie zadepeszuje i pokryje koszta podróży. Nie bardzo rozumiałem te pilne potrzeby, ale już po dwóch tygodniach od mego wyjazdu do Poznania - otrzymałem depeszę następującej treści: "Proszę dojechacz, pilnie poczebuję - Dunkelman". Po przyjeździe dowiedziałem się, że panna Zosia napisała piękną polszczyzną list do mego kontrahenta i trzeba napisać odpowiedź. Od tej pory sprawa wyjaśniła się zupełnie. Lekcji już nie było, natomiast ja prowadziłem regularną miłosną korespondencję z panną Zosią, której nigdy na oczy nie widziałem. Każdy list był dokładnie przepisywany przez Szmula, a honorarium uzależnione od temperatury uczuciowej. List o charakterze informacyjnym kosztował 5 złotych, list zdecydowanie miłosny 10 złotych, a list pełen najwyższych uniesień miłosnych 15 złotych. Ja nigdy nie stawiałem warunków. Szmul sam taksował listy i sam proponował stawkę. Niektórymi listami tak się zachwycał, że wznosił oczy do góry i płakał (15 złotych).

      W ten sposób zawładnąłem najskrytszymi tajemnicami serc tych dwojga ludzi. A Dunkelman był tak wzruszony moją solidnością, dyskrecją i przyjaźnią, jaką mu okazywałem, że oprócz honorariów coraz częściej przynosił mi prezenty pochodzące z jego galanteryjnej hurtowni. Były to szelki, rękawiczki, koszule, krawaty itp. Dzięki poetyckim listom miłosnym Szmula panna Zosia miękła jak wosk i wreszcie - po jednej z licznych podróży Szmula do Koła - zacząłem na jego życzenie pytać w listach, czy odwiedził ją "czerwony gość". Dunkelman wyjaśnił mi, że Zosia spodziewa się ciotki z Odessy. Oczywiście obaj rozumieliśmy doskonale. że chodzi tu o fizjologiczny dowód, iż panna nie jest w ciąży. Tak więc, trochę udając naiwnego, wchodziłem coraz głębiej w życie tych dwojga. Polubiłem ogromnie Szmula Dunkelmana. Wzruszało mnie to jego wielkie uczucie, ale za to z niesmakiem myślałem o Zosi, która tak się wstydziła swego pochodzenia, że aż zmusiła ukochanego mężczyznę do wyrzeczenia się wiary i obyczajów ojców.

      I gdy tak kwitła miłość małego rudego Szmula, a ja w listach nadawałem jej coraz gorętszy wyraz - nad światem wisiał już cień największego w historii szaleńca. Hitler przygotowywał swoje kohorty na Polskę, na całą Europę. Docierały do nas wieści o dyskryminacji Żydów w Niemczech. Także i o tym prowadziliśmy ze Szmulem długie rozmowy podczas naszych spotkań. Rozmowy coraz częstsze, coraz bardziej tragiczne. Ja jakoś nie mogłem uwierzyć, że Hitler uderzy na Polskę, a Szmul wpadał w coraz większą rozpacz. Już nie potrafiłem go pocieszyć. Myślał tylko o jednym, jak ratować Zosię, która była już w ciąży. Cóż byłaby za radość dla Szmula, gdyby nie te straszne czasy!

      Ostatnie moje spotkanie z Dukelmanem odbyło się pod koniec sierpnia 1939 roku. W liście, który pisałem, zawiadamiał Zosię, że przyjedzie po nią taksówką do Koła, żeby była gotowa z jedną tylko walizką. W Kole mieli wziąć ślub i natychmiast wyjechać przez Rumunię do Palestyny. Pożegnaliśmy się ze Szmulem jak z najlepszym przyjacielem. Padliśmy sobie w ramiona, płakaliśmy. Żegnał mnie ciągle tym samym żargonem, na który składała się mieszanina słów polskich i jidisz. Pomyślałem, że przez dwa lata niczego go nie nauczyłem. Byłem pełen nadziei, że tych dwoje i ich dziecko uratują się.

      Potem była już tylko śmierć, zniszczenia, zgliszcza. W czasie okupacji, ścigany przez gestapo, znalazłem się w Otwocku pod Warszawą. Tam pracowałem, ożeniłem się, zostałem szczęśliwym ojcem. Kiedyś - a było to w roku 1942 - szedłem uliczką w Świdrze, taką charakterystyczną dla Otwocka, Świdra, Józefowa i innych letniskowych miejscowości podwarszawskich. Długi, wąski, prosty jak strzelił dukt leśny, obramowany drewnianymi sztachetami, za którymi kryły się wśród sosen domki z werandami. Nagle osłupiałem... Naprzeciwko mnie szedł swoim charakterystycznym drobnym kroczkiem Szmul Dunkelman. Był nędznie ubrany i bardzo zabiedzony. Krzyknąłem z radości i rzuciłem się ku niemu. Szmul spojrzał na mnie wzrokiem ściganego zwierzęcia, błyskawicznie odwrócił się i co sił w nogach zaczął uciekać. Nie mogłem wtedy zrozumieć takiej reakcji. Upłynęła chwila, zanim rzuciłem się w pogoń. Ale daremnie wyciągałem nogi choć byłem młody i wysportowany. Uciekinier, klucząc w wąskich uliczkach, wpadł w gęsty las i straciłem go z oczu. Daremnie wołałem niemal z płaczem na wszystkie strony. Mimo ponad dwugodzinnych poszukiwań, nie odnalazłem Szmula... I nie spotkałem go już nigdy więcej.

Targi, jarmarki, zabawy ludowe. Letnie i zimowe rozrywki kaliszan

      Nierozłączną częścią dzielnicy żydowskiej był Nowy Rynek (dziś plac 1 Maja), ale - przynajmniej dwa razy w tygodniu- ten fragment miasta nabierał odmiennego charakteru, królował tu wówczas zupełnie inny folklor.

Nowy Rynek był wielkim pustym placem, na którym w zwykłe dni wysiadywało pod remizą strażacką kilkanaście przekupek ze swymi koszami oraz kilku szlifierzy ostrzących noże i nożyczki. We wtorki i piątki - były to dni targowe - plac przeobrażał się zupełnie. Zjeżdżała się tu cała okolica po to, aby sprzedać płody ziemi i kupić wszystko, co potrzebne do domu. Wielki plac był wówczas tak zatłoczony, że handlowano także z furmanek na placyku przed gazownią, na całej ulicy Majkowskiej i wszystkich przyległych. Również sąsiadujące z Nowym Rynkiem podwórka były zarezerwowane na postój chłopskich wozów. Cóż to był za rodzajowy obrazek!

      W latach dwudziestych widywało się jeszcze na rynku sporo autentycznego folkloru kaliskiego, po którym dziś śladów szukać można chyba tylko w muzeach. Odświętnie ubrane kobiety wiejskie pyszniły się wspaniałymi koronkowymi czepcami, na białych bluzkach czerwieniło się po 5-10 sznurów prawdziwych korali. Strój uzupełniały ciemnoniebieskie nastroszone spódnice i białe pończochy. Mężczyźni chodzili w długich butach oraz pięknych granatowych kurtkach z małym kołnierzykiem i czerwonymi guzikami. Spod rozpiętych kurtek bieliły się śnieżne koszule z pysznymi koronkami. Na głowie każdy musiał mieć czarny okrągły kapelusz z szerokim rondem i czerwoną wstążeczką. Największą ostoją folkloru w tych czasach była wieś Dobrzec. Gdy spotkało się w mieście tak ubrane kobiety i mężczyzn, było niemal pewne, że przyjechali z Dobrzeca.

      Wtorkowe i piątkowe targi były wspaniałym, wielce malowniczym widowiskiem. Te nieprzebrane tłumy kupujących i sprzedających. Te rzędy straganów, w których można było dostać dosłownie wszystko. Te długie szeregi bab z koszykami, w których pyszniły się niezrównane smakołyki, płody polskiej ziemi. Ten charakterystyczny szum i gwar, powstały z ludzkich głosów, gdakania kur, kwiku prosiąt, beczenia kóz i owiec, brzęku łańcuchów... Ta cała symfonia, która już umilkła bezpowrotnie i przeminęła wraz z latami mego dzieciństwa.

      W kamienicach okalających Nowy Rynek było kilka znanych sklepów, w których w dni targowe ruch był nie do opisania. Wspomniałem już wcześniej o słynnej "Szafirce". Nie mniejszą popularnością cieszył się sklep delikatesowy pani Bromirskiej na rogu ulicy Babinej, tuż przy remizie. Obok znajdowała się popularna szczególnie wśród młodzieży księgarnia pani Gałczyńskiej - jak mi się wydaje - krewnej Marii Dąbrowskiej. Na rogu ulicy Majkowskiej był wielki skład maszyn rolniczych pana Janaszewskiego. Były tu też dwie restauracje: u wylotu ulicy Szopena - pana Wodzyńskiego, u wylotu ulicy Majkowskiej - pana Lesienia, bardzo popularne wśród przybywających na targi. Każda dobra transakcja, każdy udany zakup musiał być "oblany" w jednym z tych dwóch lokali.

      Te "noworynkowe" targi miały swoje piękne i długie tradycje. Zapisały się w dziejach miasta już w początkach XIX wieku sławne w całym kraju jarmarki świętojańskie. Ustanowił je dla Kalisza namiestnik Królestwa Polskiego, generał Józef Zajączek podówczas rezydujący w Opatówku, który tu majątek otrzymał w darze od Napoleona. Jarmarki rozpoczynały się zawsze 24 czerwca czyli w dzień św. Jana, stąd też wzięły swą nazwę. Zainteresowanych bliższymi szczegółami odsyłam do uroczej książki Edwarda Polanowskiego "W dawnym Kaliszu", w której pięknie opisano te dawne zwyczaje. Jeden szczegół wszelako wydaje mi się dość istotny i wart podkreślenia. Otóż tradycyjnym miejscem targów i jarmarków w Kaliszu był najpierw Stary Rynek, tutaj wokół ratusza handlowano w najlepsze przez całe wieki. Dopiero pod koniec XIX wieku ze względów reprezentacyjnych targowisko pod ratuszem zlikwidowano, po II wojnie w miarę upływu lat usunięto także przekupki z Nowego Rynku, umieszczając targowisko jeszcze dalej na obrzeżach miasta. Oba te reprezentacyjne place stały się odtąd nieco puste i martwe. Na szczęście kilka lat temu władze miasta wpuściły z powrotem na Stary Rynek kwiaciarki. Ich kolorowe bukiety i barwne parasole dodają dziś trochę wdzięku tej części miasta. Od czasu do czasu kaliscy handlowcy organizują tu także swoje jarmarki. Może więc warto byłoby przywrócić tradycję jarmarków świętojańskich w Kaliszu. Zrobił to już Poznań, a także Gdańsk słynący dziś ze swych jarmarków dominikańskich. Tym bardziej winno kultywować swoje piękne tradycje najstarsze miasto Polski.

      Równie barwnym widowiskiem, a może jeszcze barwniejszym niż targowiska, był doroczny odpust w "Opiekę św. Józefa". Rozpoczynał się on, jeśli się nie mylę, 27 sierpnia i trwał całą oktawę. Przez te osiem dni cały plac św. Józefa i przyległy plac Konstytucji (dziś część placu Kilińskiego) zastawione były straganami, w których można było kupić rozmaite cuda i cudeńka. Koniki bujane, zegarki blaszane, baloniki na druciku, cukrową watę... - słowem: wszystko, o czym z takim sentymentem śpiewa Janusz Laskowski w swej piosence o "Kolorowych jarmarkach". Nie da się opisać, jak bardzo ten odpustowy jarmark przyciągał kaliskie dzieci. Całymi godzinami nudziliśmy rodziców, aby poszli z nami na odpust, a potem przed każdym straganem męczyliśmy o kupienie zabawki. Ta barwna odpustowa tandeta wydawała się nam wtedy najbardziej upragnionymi skarbami, o jakich śniliśmy po nocach.

      Na tych odpustach można było także zobaczyć ów autentyczny folklor kaliski. Przychodziły na piechotę lub też przyjeżdżały do Kolegiaty św. Józefa całe pielgrzymki ze wsi - z bliższych i dalszych stron - w pięknych ludowych strojach. I dzięki nim odpustowy jarmark stawał się jeszcze bardziej kolorowy. Folklor, który z czasem zniknął zupełnie z wtorkowych i piątkowych targowisk, najdłużej utrzymał się właśnie na 'tych odpustach, a także na procesjach w święto Bożego Ciała.

      Pojawiali się na odpustowych jarmarkach także różnej maści kuglarze, kataryniarze, sztukmistrze, którzy zresztą przez cały rok chodzili po kaliskich podwórkach, stanowiąc niemałą atrakcję w monotonii codziennego życia. Kataryniarze chodzili najczęściej w pojedynkę, nosząc na katarynce tresowaną papugę lub świnkę morską, która za stosowną opłatą jako "ślepe narzędzie losu" wyciągała z szufladki fant, z reguły w postaci odpustowego pierścionka "na szczęście" z kolorowym oczkiem, udającym szlachetny kamień. Inni muzykanci pojawiali się często w małych grupkach, nierzadko były to całe rodziny, w których występowały także małe dzieci odpowiednio przyuczone przez rodziców. Podczas koncertów w podwórkach studniach ludzie rzucali im z okien monety zawinięte w papierek. Podwórkowi muzykanci prowadzili staranny rejestr imienin co bardziej znanych mieszkańców miasta. W dzień patrona budzili więc solenizanta i jego najbliższe sąsiedztwo wczesnym rankiem, grając pod jego drzwiami dziarskiego marsza lub wiedeńskiego walca, a jednocześnie oczekując na napiwek lub poczęstunek. Pamiętam taką muzykę pod drzwiami naszego mieszkania co roku zawsze 19 marca w dzień świętego Józefa, patrona mego ojca.

      Oprócz muzykantów chodzili po podwórkach również akrobaci, prezentujący swe umiejętności na kawałku dywanika. Był wśród nich człowiek-wąż, człowiek-guma, połykacz ognia... Chodzili po domach także niektórzy rzemieślnicy, uprawiający zawody, jakich dziś już nie ma. A więc druciarze, drutujący na poczekaniu pęknięte garnki (Garnki drutuję, garnki!) lub lutownicy lutujący blaszane naczynia, szlifierze ostrzący noże i nożyczki. Nieodłączną postacią kaliskiej ulicy był też żydowski handlarz z workiem na plecach, skupujący starzyznę. Wchodził on na podwórze i wołał: - Handele, handele, handele! Szmaty kupuję, stare garnki, handele! Na ulicy Lipowej przez całe lato dwa razy w tygodniu przechodził środkiem jezdni człowiek z drewnianym cebrzykiem pełnym pijawek, który donośnym głosem wołał: - Pijawki do pojawu! Pijawki do pojawu! Nim przeszedł od Nowolipowej do Łącznej sprzedał ich zawsze cały cebrzyk. Stałym jego klientem był nasz sąsiad, pan Remiszewski, fryzjer i felczer w jednej osobie, który większość chorób leczył puszczaniem krwi lub przystawieniem pijawek.

      Oprócz tych podwórkowo-ulicznych rozrywek bawiły kaliszan także inne atrakcje. Przyjeżdżały tu różne cyrki (także sławny cyrk Staniewskich), które z reguły rozbijały swe namioty na Wale Staromiejskim przed ujeżdżalnią. Karuzele i "górskie kolejki" ustawiały się na tym samym placu lub w nowym parku. Największą jednak sensację wzbudził w mieście, dwukrotnie odwiedzający Kalisz, człowiek mucha, który rzeczywiście chodził po ścianach domów jak mucha. Podczas pokazu wspinał się on po gzymsach czteropiętrowej kamienicy aż na dach, skąd skakał w dół na płachtę, trzymaną przez strażaków. Człowiek-mucha popisywał się swymi umiejętnościami, wspinając się na szczyt kamienicy Szmytów przy ulicy Kopernika 5, a widownią był usytuowany vis-a-vis skwer. Wszystkie okoliczne ulice były wówczas zamknięte przez strażaków, aby obserwować popis trzeby było wykupić bilet.

      Jeśli w porze letniej przypadały jakieś święta państwowe lub szczególnie uroczyste rocznice, urządzano tzw. zabawy ludowe w nowym parku. Nastrojem przypomniały one trochę odpustowe jarmarki, bo i tu były kolorowe stragany, a także przekupnie sprzedający obwarzanki, andruty i cukrową watę - ale było weselej i radośniej. ponieważ zawsze grała tu orkiestra. W latach dwudziestych były w Kaliszu aż trzy renomowane orkiestry dęte, które prezentowały się publicznie (orkiestry uczniowskie brały udział tylko w szkolnych imprezach). Najliczniejsza i najbardziej reprezentacyjna była orkiestra wojskowa 29 Pułku Strzelców Kaniowskich. Niewiele ustępowały jej orkiestry Ochotniczej Straży Pożarnej i "Pluszowni" (tak popularnie zwano wówczas Fabrykę Pluszu i Aksamitu czyli dzisiejszą Fabrykę Wyrobów Runowych "Runotex"). Jeden z tych trzech zespołów grał zawsze na zabawie ludowej. Największą atrakcją tych zabaw było wspinanie się po namydlonym maszcie po cenny fant, umieszczony w "bocianim gnieździe" na wierzchołku. Zawodnicy zdejmowali buty, nakładali specjalnie przyniesione ubrania robocze i mozolnie pięli się na maszt. Najczęściej jednak, będąc już w połowie drogi lub nawet dalej, zjeżdżali po namydlonym słupie na sam dół. Oczywiście wygrywali zawsze ci, którzy podejmowali próbę już na końcu, gdy maszt był mocno wytarty przez poprzedników. Stąd też zabawa trwała zwykle aż do wieczora, bo nikt nie chciał startować pierwszy.

     Innego typu rozrywką masową były popularne "majówki". Wybierano się na nie przeważnie w gronie rodzinnym lub też w kilka zaprzyjaźnionych rodzin. Wynajmowano wóz drabiniasty umajony gałęziami brzeziny, zabierano koszyki z prowiantem jajka na twardo, herbata lub kawa zbożowa, a także różne napoje j i ruszano do lasu winiarskiego lub nad rzekę do Piwonie. W maju wybierano się także często do Gołuchowa, na tamtejsze pola konwaliowe. Pewne miejsca i terminy majówek były uświęcone tradycją, którą zachowywano z dziada pradziada. I tak majówki w Gołuchowie urządzało się w Zielone Święta, a na Zawodziu - w drugie święto Wielkanocy. Ileż to razy wydeptywałem tam dziecięcymi stopami "Szwedzkie góry", ani domyślając się, że chodzę po fundamentach kolegiaty św. Pawła i grodu książęcego, które po wiekach odkrył dla potomności podczas badań archeologicznych nieoceniony niezapomniany doc. Krzysztof Dąbrowski.

     Niewiele dalej jeździło się też na wakacje czy urlopy. Oczywiście żadnych zorganizowanych form wypoczynku wówczas nie było. Nie istniało w ogóle słowo "wczasy", które pojawiło się - nie wiadomo skąd - dopiero po II wojnie. Muszę przyznać, że do tej pory tak do końca go nie zaakceptowałem, istnieje bowiem od wieków w polszczyźnie inne słowo, oznaczające wypoczynek - "wywczasy". W latach dwudziestych wypoczywało się więc indywidualnie lub też w gronie rodziny czy przyjaciół. Na urlopy do znanych miejscowości uzdrowiskowych czy wypoczynkowych, jak Orłowo i Jurata nad morzem lub też Zakopane i Krynica w górach, mogli wybrać się tylko ludzie bardzo zamożni. Nawet na kurację w Ciechocinku niewielu było stać. Najliczniejsza średnia warstwa spędzała więc wakacje w podmiejskich wsiach, których klimat oceniano jako zdrowy. Do takich miejscowości należały m, in. Krzyżówki, Słoneczna (Rożdżały), Zbiersk, Winiary, Szałe, Piwonice, Wolica, Brzeziny, Pieczyska. Zamożniejsi kaliszanie stawiali sobie nawet wille lub domki letniskowe na Krzyżówkach lub w Słonecznej. Mniej zamożni wynajmowali chłopskie chaty lub też tylko jedną izbę w takiej chałupie - i tam spędzali wakacje.

      Moi rodzice przez kilka lat z rzędu wynajmowali taką chałupkę w pięknym lesie na granicy Wolicy i Lisa. Tam właśnie spędzałem z rodzeństwem najpiękniejsze w życiu wakacje. Chałupa, kryta słomą, stała na skraju wolickich lasów, na górce ponad bagnami i torfowiskami, ciągnącymi się od Lisa aż do winiarskich lasów. Całe dnie wraz z bandą umorusanych wiejskich dzieciaków albo biegałem po pięknym suchym lesie, albo brodziłem boso po bagnistych łąkach, podpatrując bociany i czajki lub też łowiąc karasie, liny i szczupaki w małych wodnych "oczkach", powstałych po wybranym torfie. Niedawno byłem znów w tamtych stronach. Łąki, na których plażowaliśmy, kąpiąc się w rzeczce Trojanówce, dziś zalane wodą tworzą wielki sztuczny zbiornik, zasilany przez rzeczkę Pokrzywnicę. Po bagnach nie pozostało ani śladu. A bociana i czajki podobno nie widziano tam już od lat.

      Wtedy - przed laty - buszując po lasach i łąkach, słyszeliśmy czasem czarodziejski głos dzwonu św. Mikołaja, który odzywał się z rzadka, tylko przy wyjątkowych okazjach. Jego spiżowy dźwięk niósł się szeroko po trawach i chaszczach. I robiło nam się wtedy błogo na duszy. Ten głęboki, tak bardzo znajomy dźwięk działał na nas przedziwnie kojąco.

      Pogoda dopisywała zawsze. Nie przypominam sobie w tamtych czasach nieudanych wakacji. Całymi tygodniami świeciło słońce, a upał był nie do zniesienia. Nasz klimat miał wtedy charakter zdecydowanie kontynentalny. Lata były pogodne i upalne, a zimy siarczyste i śnieżne.

      Urocze były te kaliskie zimy. Mróz trzymał ostro przez 4-5 miesięcy, a śnieg sypał obficie. Dozorcy mieli obowiązek odgarniać go z chodników na jezdnię - tak, aby sanie mogły kursować po mieście. Dorożkarze zostawiali więc dorożki w domu, a konie zaprzęgali do sań, konkurując między sobą o najpiękniejszy pojazd. Nierzadko widziało się sunące dumnie po śniegu łabędzie lub niedźwiedzie. Grzbiet konia zdobiły dzwonki i kolorowe pióropusze z włosia. Barwna siatka chroniła pasażerów przed śniegiem sypiącym się spod kopyt końskich. Na koźle siedział "jamszczyk" w granatowym uniformie, a z tyłu spod kołnierza zwieszał się na rzemyku numer. Na koźle umieszczona była także blaszana skrzyneczka z napisem "taksa". Urocze były te zimowe wieczory, gdy sypał gęsty śnieg, a na ulicach rozlegało się wesoło: Dzyń! dzyń!

      Prosna zamarzająca na kilka miesięcy była wspaniałym lodowiskiem, toteż spędzaliśmy tam na łyżwach całe popołudnia. Ślizgawkę urządzano zawsze przed teatrem. Prywatny przedsiębiorca wydzierżawiał od magistratu cały teren i ogradzał go drutem; ustawiał ławki, szatnię i bufet; organizował wypożyczalnię sprzętu, zakładał elektryczne oświetlenie i codziennie oczyszczał lodowisko. Do nauki jazdy na łyżwach wypożyczano specjalne krzesełka na płozach z poręczami z tyłu. Trzymając się tej poręczy, można było dość bezpiecznie posuwać się na łyżwach i w ten sposób nauczyć, się jeździć. Ileż to miesięcy spędziłem na lodowisku! Ileż to szkolnych sympatii holendrowało ze mną na lodzie! W niedzielę pod kolumnadą teatru usadawiała się orkiestra i grała walca ("Łyżwiarze") - było uroczyście i pięknie. Na ślizgawce królowała młodzież, ale niektórzy starsi panowie również uprawiali ten zdrowy sport na świeżym powietrzu. Należał do nich m.in. kaliski adwokat, pan mecenas Zygmunt Jaźwiński, który z wielkim wdziękiem i niezwykle dostojnie poruszał się na lodzie oraz ceniony ginekolog, doktor Tadeusz Pawłowski, który z kolei traktował łyżwiarstwo bardziej sportowo.

      W latach trzydziestych ślizgawkę przeniesiono na stadion miejski, który specjalnie w tym celu polewano wodą. Nie był to udany pomysł. Miejsce to wówczas znajdowało się niemal w szczerym polu, hulał tam wiatr, było nieprzytulnie i obco. Ślizgawka kaliska nigdy już nie powróciła na dawne miejsce i do dawnej świetności. Nie mając wyboru ślizgaliśmy się na stadionie, ale zawsze tęskniliśmy do uroczej, zacisznej, położonej prawie w centrum miasta, ślizgawki przed teatrem.

      Bez względu na porę roku niemal codzienną rozrywką kaliszan chwilą odprężenia od pracy czy nauki - były przechadzki, a przede wszystkim ulubione spacery po deptaku. Zwyczaj ten był w Kaliszu mocno zakorzeniony. Rodzice opowiadali mi, że już przed I wojną istniał w mieście tradycyjny deptak, obejmujący północną pierzeję Starego Rynku zwaną "czynklówką" (od nazwiska Czynkla, właściciela sklepu, znajdującego się po tej stronie rynku), ulicę Mariańską, plac św. Józefa i ulicę Warszawską. Spacerowało się więc od rynku do cerkwi i z powrotem. W latach dwudziestych ta część miasta była w ruinie, więc deptak przeniósł się na ulicę Wrocławską i aleję Józefiny (nieco później ulicę Wrocławską nazwano imieniem Marszałka Piłsudskiego, a aleję - Aleksandry Piłsudskiej, ale dla nas pozostała ona nadal "Józefiną"). Deptak biegł więc szerokim chodnikiem alei od teatru do "Złotego rogu", skręcał w ulicę Wrocławską do rogatki. W pogodne dni całymi godzinami spacerowaliśmy właśnie tą trasą, w tę i z powrotem, z podziwu godną wytrwałością. Tu można było spotkać wszystkich kolegów, no a przede wszystkim koleżanki, a zwłaszcza tę jedną, którą najbardziej pragnęło się zobaczyć, dla której wracało się i dziesięć razy, aby tylko popatrzeć na nią raz jeszcze.

      Bardzo dużo uroków miał wówczas Kalisz. Res sacra miser.

      Opisując życie miasta z tamtych czasów nie sposób pominąć dziś już zupełnie nieznanych - tak charakterystycznych zjawisk, jak ubóstwo czy żebractwo, a także pojawiająca się jako swoiste lekarstwo na te społeczne choroby, filantropia.

      W latach dwudziestych istniały więc w mieście dwa przytułki; jeden na Nowym Świecie przeznaczony dla starców, drugi na ulicy Skarszewskięj dla dzieci. Oprócz nich działały też, powstałe ze społecznej inicjatywy, dwie organizacje charytatywne. Było to Stowarzyszenie Kobiet "Ognisko" oraz Stowarzyszenie św. Zyty. Obie instytucje, mające swą siedzibę w jednopiętrowym domu przy ulicy Górnośląskiej na przeciwko kina "Polonia" (obecnie noszącego nazwę "Syrena"), zajmowały się przede wszystkim bardzo liczną wówczas w Kaliszu grupą zawodową służących. To właśnie Święta Zyta uchodziła wówczas za patronkę służących - i stąd też nazwa stowarzyszenia. Pracodawcy, zatrudniający służących, jakoś nie kwapili się do opłacania im "kasy chorych", toteż każda poważniejsza choroba czy też nieuchronna starość nierzadko oznaczały osobistą tragedię szczególnie dla niezdolnych już do pracy kobiet. Oba stowarzyszenia miały więc spieszyć im z pomocą, najczęściej jednak pełniły po prostu funkcję "kas pogrzebowych", pokrywając koszta pochówku swych członkiń.

      Nieliczne przytułki i stowarzyszenia opiekuńcze były oczywiście kroplą w morzu potrzeb społecznych. Toteż zalewała miasto plaga żebractwa i włóczęgostwa, która w tym okresie pleniła się w całym kraju.

      Kaliscy żebracy gnieździli się w suterenach i na poddaszu starych domów w raczej mało reprezentacyjnych dzielnicach (opisałem już wcześniej "złote dachy" przy ulicy Czaszkowskiej). Byli to w większości ludzie starzy, analfabeci, alkoholicy, żyjący w skrajnej nędzy, choć zdarzali się i tacy, co "na żebrach" dorobili się sporych pieniędzy. Żebraków nazywano popularnie "dziadami", zapewne nie tylko ze względu na ich wiek. Nawet jeśli któryś z nich był młodszy, charakteryzował się "na dziada" - tzn. zapuszczał włosy, wąsy i brodę, a przede wszystkim rezygnował z mycia się, osiągając w ten sposób wymagany "odor sanctitatis" (zapach świętości). Ubranie dziada musiało być obowiązkowo brudne i poszarpane.

      Opoką, na której wspierała się cała egzystencja żebraków, były kościoły. Tutaj właśnie pobożni parafianie, spieszący na niedzielną mszę, wspierali ich - w myśl głoszonych przez kościół przykazań miłosierdzia - jałmużną. Każdy kościół miał więc swoje stałe baby i dziadów, okupujących główne wejście. A każda próba wkroczenia kogoś obcego na ten zastrzeżony teren przed furtą kościelną budziła gwałtowny sprzeciw zasiedziałych, nierzadko kończący się głośną awanturą, połączoną często z rękoczynami. W kościele 00. Reformatów, do którego najczęściej uczęszczaliśmy, dziady ustawiały się przy wejściu po prawej stronie - obok kamienia z napisem "hic facet peccator" (tu leży grzesznik) i wspaniałej pomnikowej lipy z tabliczką "anno 1715 plantata" (zasadzona w roku 1715). W niedzielę szereg bab i dziadów sięgał aż do bramy murowanego parkanu, otaczającego kościelny ogrójec. Każdy dziad klęczący przed kościołem obowiązkowo trzymał w ręku różaniec, a przed nim leżała czapka lub kapelusz, do którego wierni wrzucali jałmużnę. Bezmyślnie klepane "Zdrowaśki" przerywane były więc raz po raz odzywką "Panie Boże zapłać!" po każdym brzęku wrzucanych groszaków. Niektórzy z dziadów, chcąc zamanifestować swą pobożność i "świętość", kładli się na środku kościoła na posadzce i leżeli tak nieraz całą godzinę z wyciągniętymi w bok ramionami - było to tzw. "leżenie krzyżem".

      Największym "awansem zawodowym" dla kaliskiego żebraka była funkcja dziada kolegiackiego. Kolegiata św. Józefa uchodziła zawsze za najważniejszy kościół w mieście, uważano ją niemal za miejscową katedrę. Dlatego też i dziady kolegiackie były najważniejsze, spoglądały z góry na dziadów kanonickich, bernardyńskich, franciszkańskich, reformackich, nie wspominając nawet o dziadach rypinkowskich. Najbardziej znanym dziadem kolegiackim był Łuka. Ten debilowaty łachmaniarz strojem przypominający trochę pastuszka z obrazu Chełmońskiego, był na wpół niemową i kompletnym analfabetą, ale na pieniądzach znał się świetnie. Często zdarzało się, że ktoś nie mając drobnych, wrzucał do kapelusza większą monetę, mówiąc do dwóch lub trzech dziadów: - Podzielcie się! Przy takim podziale wybuchały nieraz głośne awantury, a najgłośniejszy był wówczas, wydający nieartykułowane dźwięki Łuka. Przed kolegiatą miała też swoje stałe miejsce znana żebraczka, wystawiająca na widok publiczny brudny kikut amputowanej ręki. Charakterystyczne sino-szare zabarwienie jej twarzy, zaropiałe oczy, a nade wszystko specyficzna woń denaturatu, jaką roztaczała wokoło, nie pozostawiały ani cienia wątpliwości, na jaki cel jest przeznaczony jej codzienny "utarg". Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że bezręka pijaczka nazywała się Landowska.

      Żebractwo kaliskie osiągało swoje apogeum na cmentarzach w okresie Wszystkich Świętych. Za bramą cmentarza, wzdłuż głównej alei stały, siedziały lub klęczały długie szeregi bab i dziadów, głośno odmawiających pacierze i natarczywie domagających się datków. Zabierało się więc na cmentarz w tych dniach pełną kieszeń groszaków, którymi obdzielało się szeregi cmentarnych żebraków.

      Znanym "jałmużnikiem" był dowódca 25 Dywizji Piechoty, generał Michał Karaszewicz-Tokarzewski, późniejszy - w październiku 1939 roku - pierwszy komendant konspiracyjnej "Służby Zwycięstwa Polski". Mieszkał on w gmachu byłego kolegium jezuickiego, gdzie wówczas mieściły się koszary 29 Pułku Strzelców Kaniowskich. Tokarzewski, który był zresztą niezwykle uroczą postacią i w ogóle najmłodszym polskim generałem. zwykle około godziny dziesiątej wychodził z domu, o czym doskonale wiedziały dziady, które już od dziewiątej ustawiały się przed głównym wejściem do koszar. Gdy tylko generał ukazał się, dziady obstępowały go wkoło, a on wyciągał portmonetkę i rozdzielał hojnie jałmużnę wśród dziadowskich okrzyków "Panie Boże zapłać!" Ceremoniał ten powtarzał się niemal codziennie.

      Kaliska społeczność żebracza, będąca jakby żywym reliktem średniowiecza zachowanym do naszych czasów, rządząca się własnymi prawami w swym własnym świecie, a c2ęsto balansująca na granicy kolizji z prawem ogólnie obowiązującym - nie miała swojego "króla", który sprawowałby nad nią władzę, ani swojego Villona, który utrwaliłby ją na zawsze w swych pieśniach. Niech więc pozostanie po niej chociaż ten mały ślad na stronicach mych wspomnień.

      Nie należał wprawdzie do świata żebraków, ale także egzystował trochę na społecznym marginesie popularny Kajzer. Był to gazeciarz uliczny, sprzedający dzienniki i czasopisma z wielkiej poszarpanej tekturowej teczki, którą nosił zawsze pod pachą. Teczka wydawała się tym większa, że jej właściciel był lilipuciego wzrostu, nosił za dużą mocno wyświechtaną kapotę i także za duże pantofle zawsze bez sznurowadeł. Całość stroju uzupełniały szerokie spodnie bez śladu kantów a na głowie fantazyjnie naciśnięta czapeczka a la paryski gawroche. Twarz miał zawsze czerwoną, a szczególnie nys, wciśnięty niczym marchewka pomiędzy małe wiecznie zaropiałe oczka i sumiaste wąsy. Nazywał się nasz gazeciarz Franciszek Parczyński, ale ulica ochrzciła go Kajzerem - co było zapewne aluzją do cesarza niemieckiego - i tak już pozostało.

      Od rana dreptał Kajzer drobnym kroczkiem od kawiarni do kawiarni, od restauracji do restauracji. Każdemu z gości wykładał na stolik swoje gazety. Klienci, znający go dobrze płacili mu zawsze nieco więcej niż się należało, bo przecież musiał coś zarobić. A ponieważ Kajzer był nieco "trunkowy", nierzadko fundowali mu ,setkę", bo gazeciarz potrafił także sam się o nią przymówić. Głowę miał mocną. Zdarzało się, że obchodząc miasto z gazetami, wypił kolejno kilka szklaneczek wódki, a jednak dreptał nadal prosto. Tylko twarz robiła mu się coraz bardziej czerwona, a mowa nieco bełkotliwa. Mimo swych skłonności do alkoholu, Kajzer był zawsze spokojny, nigdy nie awanturował się. Po codziennym "obchodzie" miasta szedł do domu i kładł się spać. I tak toczył mu się dzień za dniem. Gazety, dreptanie po mieście, wódka i sen. Zdaje się, że kaliszanie bardzo go lubili.

      Najciekawszą jednak postacią kaliskiej ulicy był niewątpliwie Józio Puj - człowiek najbardziej godny pięknych słów "res sacra miser" (ubogi rzecz święta). I on nie był żebrakiem, lecz po prostu człowiekiem chorym, nieszczęśliwym i zgubionym w świecie. Skąd wziął się ów dziwny pseudonim? Józio to było rzeczywiście jego imię, nazwiska natomiast nikt naprawdę nie znał, choć niektórzy utrzymywali, że nazywa się on Nowacki. Przydomek Puj nadały mu dzieci. Słowo to w języku dziecięcym imituje bowiem wystrzał. A za tym nieszczęśnikiem przez cały dzień biegały gromady dzieciaków, szarpały bezradnego za poły płaszcza i wołały: Puj, puj, puj! I w ten sposób wszyscy zaczęli nazywać do Józio Puj.

      Była to arcyciekawa postać. Średniego wzrostu mężczyzna w nieokreślonym wieku, o czerwonej twarzy i jasnoblond zaroście, mocno wyłysiały. Latem i zimą chodził w wyszarzałej mocno podniszczonej jesionce-dyplomatce zawsze z podniesionym kołnierzem. Nosił równie zniszczone czarne spodnie o wiele za długie, a więc zwijające się "w harmonijkę"; równie za duże dziurawe buty, z których czasem wyglądały gołe pięty; a na głowie wysłużony melonik. Miał małe świńskie oczka, trochę zezował, a przy czytaniu wodził dużym czerwonym nosem po książce. Bez wątpienia powinien był nosić okulary, ale nigdy nie było go na to stać. Mieszkał podobno kątem u rodziny na ulicy Franciszkańskiej. Nikt nie wiedział z czego żyje, ale jałmużny stanowczo nie przyjmował. Całe dnie kręcił się koło kolegiaty. Zawsze z książką w ręku, którą czytał nawet idąc ulicą, zatopiwszy w niej swe krótkowzroczne oczy i czerwony nos.

      Gdy po raz pierwszy zobaczyłem Józia Puja, bezskutecznie broniącego się cienką trzcinową laską przed okrutnym tłumem chłopaków, rzucających w niego kasztanami, kamykami i wołających: - Puj, puj, puj! - zrobiło mi się go bardzo żal. Sam byłem w szkole niemałym urwipołciem, przysparzającym ciągle kłopotów rodzicom i profesorom, ale nigdy nie mogłem znieść, gdy tłum znęcał się nad kimś, kto był inny niż wszyscy. Może dlatego miałem zawsze tylu przyjaciół wśród "innych", bo starałem się ich bronić przed okrucieństwem i głupotą. Miałem wtedy 10 lat, gdy po raz pierwszy wyperswadowałem chłopakom to znęcanie się nad Józiem - od tego czasu zawsze broniłem go w podobnych sytuacjach.

      Wkrótce też przekonałem się, jak bardzo nieszczęśliwym był człowiekiem. Przekonałem się, że był starannie wykształcony i biegle władał łaciną. Książki, które ze sobą nosił, to było z reguły Pismo Święte albo dzieła filozoficzne. Plotka głosiła, że Józio był kiedyś alumnem seminarium duchownego, ale potem pomieszało mu się w głowie. Dziś wiem, że był chory na schizofrenię. Wiem też, że ci nieszczęśliwi ludzie odznaczają się wybitną inteligencją, oscylującą na granicy genialności. Józio Puj - pośmiewisko całego Kalisza popychany i obrzucany kamieniami, żył w swoim świecie filozofów, teologów, poetów... I bywało, że zadziwiał wszystkich swoją erudycją. Często widywałem go siedzącego w parku na ławce. Na jednej ręce miał zawieszoną nieodłączną trzcinową laseczkę, a w drugiej trzymał książkę tuż przed niedowidzącymi oczyma. Cały zatopiony w swoim niedostępnym dla innych świecie trwał w niezwykłej ekstazie. Czasem w takich właśnie chwilach siadywałem obok niego i próbowałem nawiązać rozmowę. Nie było to łatwe, gdyż przerastał mnie swą wiedzą i erudycją. Gdy ocknął się i zaczynał mówić, sypał jak z rękawa cytatami starożytnych poetów i filozofów, zdumiewał głębokim znawstwem duszy ludzkiej, a także swą niezwykłą łagodnością, cierpliwością i wyrozumiałością.

      Kontakt z Józiem utraciłem z chwilą wyjazdu na studia do Poznania w roku 1933. Gdy przyjeżdżałem później na krótko do rodzinnego miasta, jakoś go nie spotykałem - i sam nie wiem, co się potem z nim stało. Nigdy jednak nie zapomnę mojej ostatniej z nim rozmowy. Było wczesne czerwcowe popołudnie 1933 roku - mojego roku maturalnego. Wspaniała pogoda. Szedłem właśnie do kolegi, który mieszkał na ulicy Łódzkiej, skracając sobie drogę przez park i Czerwony Most. Przy moście na Babince zauważyłem Józia. Jak zawsze na ręce miał zawieszoną trzcinową laseczkę i trzymał otwartą książkę. Stał nieruchomo, głowę miał tak zadartą do góry, że ledwo trzymał się na niej melonik. Patrzył w górę, gdzieś bardzo wysoko. Przystanąłem i zagadnąłem go: A cóż tam, Józiu, wysoko wypatrujesz? Spojrzał na mnie szparkami swych zawsze zmrużonych zezowatych oczu i zaczął mówić najpierw wolno, jakby dobierając słowa, a później coraz szybciej, potoczyściej, piękną polszczyzną, wskazując przy tem laską na kolegiacką wieżę: - Widzisz, jaka piękna jest farna wieża? Jaka dostojna, jakby wielki anioł przyfrunął i stanął na placu! Patrz, jaka wysoka, można by po niej wdrapać się do nieba... A jednak przewróci się, bo wszystko w życiu musi się przewrócić. Co żyje, umrze, co martwe, przewróci się... Widzisz, co mówił Horacy - tu wskazał na otwartą książkę, którą trzymał w ręku:

"Pallida Mors aequo pulsat pede pauperum tebernes regumque turris. O beate Sesti,

witać summa brevis spem vetat inchoare longam; iam te premet nox fabulaeque Manes..."

("Blada śmierć puka jednakowo do chat nędzarzy i bram królewskich. Krótkie życie wzbrania

żywić dalekie nadzieje, o Sestiuszu szczęśliwy, każdego czeka kres i dom zesłania.")

      Była to Horacego pieśń IV, którą znałem z niezapomnianych lekcji profesora Krzysika w naszym gimnazjum. Pomyślałem sobie, że Józio jest jakiś smutny tego dnia i zapewniłem go z całą stanowczością, że wieża trzyma się krzepko i przetrwa nie tylko nasze pokolenie. A Józio na to: - Kościół będzie trwał, bo on jest Boży, ale Domy Boże, zbudowane ludzką ręką, ulegną zniszczeniu... A im wyższa wieża, tym szybciej przewróci się...

      Słowa tego nędzarza przypomniały mi się w czasie okupacji, gdy daleko od Kalisza - ręką prowadzoną przez nostalgię kreśliłem nieudolne strofy o rodzinnym mieście. Myślałem wówczas także o wieży kolegiackiej, tak dobrze mi znanej z okien mojej szkoły i zawsze życzliwie odpowiadającej na trwożne pytanie: - Za ile minut dzwonek? I pisałem wówczas te słowa:

"O! Wieżo rozdzwoniona! Biała, farna wieżo,
W którą niejedne jeszcze wichury uderzą!
I nieraz jeszcze zmilkną twe hejnały rzewne,
I zdziwią się na gzymsach twych gołębie gniewne
Że nie płoszy ich klangor zegarowych dzwonów..."

      Można sobie wyobrazić, jakie było moje zdumienie, gdy w roku 1946 wkraczając do miasta od strony dworca kolejowego - po raz pierwszy po prawie siedmiu latach - od razu spostrzegłem jakąś zmianę w zamglonej panoramie miasta. Brakowało farnej wieży, strąconej pociskiem artyleryjskim w czasie walk o miasto. Natychmiast stanął mi w oczach Józio Puj z otwartą księgą Horacego i przypomniały mi się jego prorocze słowa: - Co żyje, umrze, co martwe, przewróci się... W kilka dni później przechodząc Nowym Światem, spojrzałem na gmach przytułku dla starców, na ten tak dobrze mi znany i spowszedniały napis. Teraz jednak miał on dla mnie już inny, głębszy sens. Od tego czasu pojąłem prawdziwe znaczenie słów: RES SACRA MISER.

Wypadki kaliskie

      Wielkim wstrząsem dla nas, nastolatków, były głośne w całym kraju "wypadki kaliskie", które oglądałem na własne oczy. Było to w lutym 1926 roku. Miałem wtedy ukończone 12 lat i byłem już uczniem czwartej klasy, ale nie umiałem pojąć sensu tych wydarzeń. Byłem nimi po prostu przerażony. Dziś z perspektywy lat widzę je jako jeden z wielu fragmentów ofiarnej walki robotników o wielki awans społeczny, którego świadkami jesteśmy w naszych czasach.

      Wracając myślą do czasów mego dzieciństwa, przypominam sobie teraz, że właściwie na moich oczach narastało w Kaliszu bezrobocie, że dotknęło ono także moją rodzinę. Do wybuchu I wojny Kalisz był największym centrum hafciarsko-koronkarskim w Królestwie Kongresowym. Także mój ojciec pracował w tym przemyśle. Znaczną produkcję kaliskich fabryk włókienniczych pochłaniał nienasycony rynek rosyjski. Z chwilą jednak odcięcia tego rynku zbytu kaliski przemysł hafciarski stanął. Po odzyskaniu niepodległości większość fabryk hafciarskich, a także innych fabryk włókienniczych nie została w ogóle uruchomiona. Dlatego też ojciec po powrocie z obozu jenieckiego długo szukał pracy, aż w końcu wziął się do handlu.

      Odbudowujący się ze zniszczeń Kalisz zatrudnił wielu ludzi w budownictwie, ale mimo rozwoju rzemiosł budowlanych, wciąż jeszcze bez pracy pozostawały masy dawnych robotników fabrycznych. Przypominam sobie, że gazety kaliskie oceniały liczbę bezrobotnych w mieście na około 7 tysięcy ludzi. Początkowo sytuację ratowały roboty publiczne, które na szeroką skalę podejmowano w mieście. Wymagały one jednak znacznych nakładów finansowych, a tych - w związku z niepomyślnym stanem gospodarki całego państwa - było coraz mniej. Z tych samych powodów zasiłki dla bezrobotnych wypłacano coraz rzadziej i w coraz mniejszych kwotach. W końcu doszło do tego, że tylko niewielka liczba bezrobotnych (ci, którzy pracowali przynajmniej 20 tygodni w roku) otrzymywała zasiłki w wysokości 8-13 złotych tygodniowo. Dla porównania przypomnę, że bułka kosztowała wówczas 5 groszy, a bochenek chleba 35 groszy. Doprowadzone do rozpaczy masy ludzi stały się zapalną beczką prochu. Beczka wybuchła w lutym 1926 roku. Nie pamiętam dokładnej daty, ale było to chyba 9 lutego.

      Już od samego rana, gdy szedłem do szkoły, wyczuwało się w mieście stan napięcia. Ruch na ulicach był dziwnie mały, nie widać było żadnych pojazdów, chodnikami przemykali nieliczni przechodnie. Napotkałem za to kilka patroli policji. W szkole lekcje zaczęły się normalnie, ale już po trzeciej godzinie wszedł do klasy nasz wychowawca i oświadczył nam, że dalszej nauki nie będzie w tym dniu. Kazał nam wracać do domów, ale omijając po drodze Stary Rynek i ulicę Wrocławską, gdzie podobno rozpoczęły się rozruchy. Uprzedził nas także, że jeśli którykolwiek z uczniów zostanie przyłapany na ulicy podczas zamieszek, będzie wydalony ze szkoły. To, co powiedział nasz profesor, wystarczyło, abym natychmiast wraz z kilku kolegami pobiegł... na rynek.

      To, co zobaczyłem na placu pod ratuszem, zapamiętałem na zawsze. Ratusz stał już od dwóch lat odbudowany, ale jeszcze nie otynkowany, a jego wieży z surowych czerwonych cegieł nie wieńczył jeszcze miedziany hełm, który dziś tak pięknie zieleni się patyną. Pod ratuszem kłębił się szary tłum, który szumiał niczym wezbrana rzeka. Z otwartych okien pierwszego piętra wyrzucano jakieś przedmioty. Potem w oknie ukazała się postać mężczyzny, który wyszedł okrakiem przez okno, stanął na gzymsie i czepiając się ceglanej ściany, usiłował przejść do drugiego okna. Było ono jednak zamknięte, więc mężczyzna zaczął cofać się z powrotem. W tym czasie posypały się w jego kierunku kamienie wyrwane z bruku, które jednak były za ciężkie, aby sięgnąć celu. Z otwartego okna ktoś podał rękę uciekinierowi i wciągnął go do środka. Tłum wrzeszczał: - Bić kuternogę! To on wezwał policję! Dopiero na drugi dzień dowiedziałem się, że był to wicestarosta Henryk Ostaszewski, inwalida mocno utykający na nogę, który uciekał przez okno z gabinetu prezydenta miasta Mieczysława Szarrasa. Gabinet okupowany był przez robotników i robotnice, które wymierzyły sprawiedliwość władzy, policzkując prezydenta.

      Widzieliśmy to wszystko jak na scenie, stojąc na pierwszym piętrze budowanego właśnie na przeciwko ratusza domu na rusztowaniu z desek zawalonych czerwonymi cegłami. Potem zobaczyliśmy jadących truchtem od ulicy Mariańskiej kilkunastu konnych policjantów. Trzymali obnażone szable, a jadący na czele przodownik (tak wówczas nazywał się sierżant policji) wymachiwał błyszczącą w słońcu bronią i nawoływał swoich podkomendnych. Ludzie rozstąpili się przed końmi i wkrótce policjanci znaleźli się w środku kipiącego gniewem i kłębiącego się tłumu. Wymachujący szablą przodownik został szybko ściągnięty z konia i zniknął w tłumie. Pozostali policjanci z przerażeniem w oczach, osłaniając się rękami przed gradem kamieni, usiłowali wydostać się z oblężenia. Spłoszone konie rżały i stawały dęba, tłum w obawie przed stratowaniem zaczął się cofać. Konie uratowały swych jeźdźców, ponosząc i w galopie przebijając się przez tłumy. Policjanci skierowali się w stronę ulicy Wrocławskiej, aby schronić się w swych stajniach przy rogatce, tuż obok przytułku dla starców. Ale tłum nie dawał za wygraną. Gromada mężczyzn dopadła do platformy stojącej na rogu ulicy Złotej, ściągnęła furmana z kozła, wdrapała się na nią i waląc batem parę koni, rozpoczęła pościg. Za platformą ruszył biegiem cały tłum.

      Opuściliśmy i my nasze stanowisko obserwacyjne na budowie. Zbiegliśmy po deskach i puściliśmy się za tłumem, aby zobaczyć, co będzie się działo dalej. Nie mogliśmy jednak nadążyć za biegnącymi i wkrótce pozostaliśmy sami na opustoszałej nagle ulicy Wrocławskiej tuż przy Moście Bankowym. Dalej szliśmy już normalnym krokiem. Uświadomiłem sobie wtedy, że wszystkie drzwi i okna były zamknięte, ostatnie sklepy pospiesznie ryglowano, a zza firanek wyglądały przestraszone twarze. Gdy byliśmy na wysokości ulicy Kościuszki, usłyszeliśmy strzelaninę. Zawahaliśmy się, czy iść dalej. Przestraszeni ukryliśmy się w bramie domu przed Szpitalem św. Trójcy. Wtem usłyszeliśmy krzyki i ujrzeliśmy biegnącego środkiem ulicy od rogatki policjanta w mundurze oficerskim z podniesionymi w górę rękami i twarzą zalaną krwią. Za nim biegł cały tłum ludzi. W chwilę później policjant wpadł już do szpitala. Gdy drzwi się za nim zamknęły, tłum zatrzymał się jak wryty w ziemię - jakby nie śmiał wtargnąć do tego miejsca, gdzie się ratuje życie ludzkie.

      Wtedy pragnąłem już tylko jednego - jak najprędzej znaleźć się w domu. Czułem jednak, że na rogatce, za gmachem szpitalnym, zakrywającym stajnie policji konnej, czekają mnie jeszcze gorsze przeżycia. Nie omyliłem się. Pod naporem tłumu runął murowany parkan otaczający teren stajni. Z cegłami i kamieniami w rękach tłum zaatakował policjantów ukrywających się w stajniach. I wtedy nastąpiło to najgorsze. Policja oddała salwę do tłumu. Gdy zdecydowaliśmy się wyjść poza budynek rogatki, tłumu już nie było. Służba szpitalna zbierała zabitych i rannych. Trzęsąc się ze strachu, dopadłem wreszcie domu, gdzie z jeszcze większym strachem czekali na mnie rodzice. Z całej rodziny tylko ja jeden zawieruszyłem się gdzieś w mieście w tych tragicznych chwilach.

      Nieprędko jednak wrócił spokój do miasta. Już na drugi dzień zwołano wiec pod kinem "Stylowy" przy ulicy Ciasnej (dziś nazwę "Stylowe" nosi zupełnie inne kino przy ulicy Śródmiejskiej). I znów na zebrany tłum natarły oddziały policji, sprowadzone ze szkoły policyjnej w Mostach Wielkich. Było sporo rannych. W tych dniach rodzice zabronili nam wychodzić do miasta. Szkoły były nieczynne. W ogóle życie w mieście zamarło, sklepy były pozamykane. Ulicami posuwały się uzbrojone tyraliery policji i wojska, które rozprawiały się z każdą napotkaną grupą ludzi. Przerażeni siedzieliśmy w domu i nawet nie graliśmy w piłkę na "maneżu". W ciągu tygodnia przeprowadzono pacyfikację miasta.

      W kilka miesięcy później w sądzie okręgowym w Kaliszu odbył się proces, w wyniku którego 32 osoby skazano na kary ciężkiego więzienia. Wszyscy mówili, że tym zorganizowanym protestem głodujących bezrobotnych kierowali komuniści. Na rozprawie sądowej wymieniono oficjalnie nazwę Komunistycznej Partii Polski.

      W trzy miesiące po "wypadkach kaliskich" ojczyzną naszą wstrząsnął majowy zamach stanu Piłsudskiego. My, uczniowie Gimnazjum im. A. Asnyka, byliśmy solidarnie przeciw temu przewrotowi. Zapewne w dużej mierze dlatego, że w jego wyniku złożono z urzędu legalnie wybranego przez Sejm RP prezydenta Stanisława Wojciechowskiego - kaliszanina, wychowanka i życzliwego patrona naszej szkoły, dzięki któremu została ona trzy lata wcześniej upaństwowiona. Wyczuwało się również, że i rada pedagogiczna była przeciw Piłsudskiemu. Wypowiedzi naszych profesorów były jednak dość ostrożne. Odważnie wypowiadał się jedynie dyrektor Pacholski. Władze sanacyjne, znając jego wysoki autorytet, usiłowały go pozyskać. Otrzymał więc zaszczytną propozycję objęcia stanowiska kuratora okręgu szkolnego łódzkiego. Odrzucił ją bez wahania, czego mu nigdy nie zapomniano i zapewne dlatego musiał w końcu pożegnać się z naszą szkołą.

      W roku 1927 Piłsudski przyjechał do Kalisza, aby wziąć udział w uroczystości odsłonięcia pomnika w Szczypiornie, gdzie w czasie I wojny Niemcy internowali legionistów w specjalnym obozie. Pomnik ten powstał z materiałów uzyskanych z rozbiórki - opisanego już przeze mnie - obelisku cesarskiego na placu św. Józefa. W przeddzień uroczystości na murach kamienic przy rynku pojawiły się antysanacyjne napisy, a przed wejściem do ratusza rozlano wiadro czerwonej farby. Policja próbowała na wszelkie sposoby zmywać tę krwawą plamę lub też zasypywać ją piaskiem, ale i tak była ona widoczna. W dniu uroczystości, w jej kulminacyjnym punkcie, gdy plac przed ratuszem był już wypełniony reprezentacjami różnych instytucji, organizacji i grup społecznych oraz młodzieżą szkolną z pocztami sztandarowymi, a miejscowy garnizon szykował się do defilady - na wiszących ponad placem przewodach elektrycznych pojawił się czerwony sztandar z napisem: "Precz z rządem kata Piłsudskiego - Komitet Kaliski KPP". Piłsudski, który przebywał wówczas w ratuszu, nie ukazał się już publicznie. Wyjechał nagle, a defilada nie odbyła się. Sprawcę zawieszenia sztandaru przychwycono. Był to kaliski komunista Józefowicz, który został później skazany na długoterminowe więzienie.

      Tak zapisywał Kalisz swoją kartę w historii ruchu rewolucyjnego.

DIES IRAE

Rozdział V

Przed burzą

      W roku 1933 zostałem studentem Uniwersytetu Poznańskiego, rozpoczynając naukę na wydziale lekarskim. Niestety mojemu ojcu właśnie wtedy zaczęło się coraz gorzej powodzić materialnie - były to lata kryzysu gospodarczego - a ponieważ studia sporo kosztowały, trzeba było pomyśleć o zarobkowaniu. Prawdę mówiąc, studenci medycyny nie mieli zbyt dużych możliwości podejmowania pracy zarobkowej. Codzienne wykłady i ćwiczenia (i to zarówno przed południem jak i po południu), których nie wolno było opuszczać, a każdą nieobecność trzeba było odpracować i zaliczyć umożliwiały jedynie pracę dorywczą lub też w godzinach nocnych. Ponieważ jednak już w gimnazjum zarabiałem trochę korepetycjami, miałem w tej dziedzinie pewną rutynę - i od tego zacząłem także w Poznaniu. Później podejmowałem się każdej możliwej pracy, którą zresztą wcale niełatwo było znaleźć. Statystowałem więc w teatrach, a nawet grywałem mniejsze role; pisałem reportaże do poznańskich gazet i do prasy studenckiej ("Życie medyczne"), byłem nawet fotoreporterem; a każde wakacje spędzałem zwykle w podpoznańskich majątkach w charakterze guwernera. W latach 1933-1939 mój kontakt z rodzinnym miastem był więc raczej luźny.

      Tymczasem nad naszą ojczyzną i nad całą Europą zbierały się już czarne chmury. Najpierw zaskoczyły nas zaborcze dążenia włoskich faszystów, potem wstrząsnęła nami hiszpańska wojna domowa. Co bardziej zorientowani w polityce ludzie mawiali już wtedy, że piękna Hiszpania jest ćwiczebnym poligonem hitlerowców. Tak utrzymywał i mój ojciec, którego doświadczenie i mądrość zawsze podziwiałem.

      W czerwcu 1939 roku, gdy dyplomatyczne zabiegi ostatecznie poniosły fiasko, gdy było już po anszlusie Austrii i zajęciu Sudetów, wiedziałem jasno, że nic już nie powstrzyma Hitlera przed dalszymi żądaniami terytorialnymi. Stało się nawet dla mnie oczywiste, że trzeba raz na zawsze skończyć z polityką ustępstw i przeciwstawiać się zbrojnie dalszym grabieżom. W tym czasie - jak co roku - przebywałem na posadzie guwernera w jednym z wielkopolskich majątków. Ponaglony zaostrzającą się sytuacją, przeprowadziłem szczerą rozmowę z moją chlebodawczynią i zwolniłem się, aby wrócić do domu. W tych ciężkich chwilach, których nadejście już przeczuwałem, moje miejsce było w rodzinnym mieście, w rodzinnym domu Miałem wtedy 25 lat i z podwójnym niepokojem oczekiwałem ogłoszenia powszechnej mobilizacji. Obawiałem się wtedy nie tyle samego wybuchu wojny, co odmowy przyjęcia do armii. Komisja poborowa, przed którą stawałem w Kaliszu w roku 1935, przyznała mi niestety tylko kategorię "C" ("pospolite ruszenie z bronią"). Tak więc oprócz szkolnego przysposobienia wojskowego i studenckiej Legii Akademickiej nie miałem innego przygotowania do służby w wojsku.

      Gdy z początkiem sierpnia wróciłem do Kalisza, napięcie i niepokoje w całym kraju były już ogromne. Zaraz też udałem się do Powiatowej Komendy Uzupełnień zgłosić swą gotowość do służby. Porucznik, który mnie przyjął, obejrzał moją książeczkę wojskową z tą nieszczęsną kategorią "C" i orzekł, że nawet gdyby wojna wybuchła, na powołanie do czynnej służby wojskowej musiałbym czekać jeszcze "parę ładnych miesięcy". Byłem załamany, co dostrzegłszy porucznik skierował mnie do ratusza, gdzie na pierwszym piętrze urzędował sztab obrony cywilnej miasta ("opl-gaz" czyli obrona przeciwlotnicza i przeciwgazowa). Udałem się tam natychmiast i z radością usłyszałem, że nazajutrz mam się ponownie stawić, aby odebrać przydzieloną mi funkcję i zadania. Jeszcze tego samego dnia zgłosiłem się do szpitala miejskiego, aby nie tracąc czasu odbyć praktykę wakacyjną. Było to moje pierwsze spotkanie z kaliskim szpitalem, w którym w przyszłości miałem przepracować aż 16 lat. Ówczesny dyrektor, doktor Stanisław Radwan zatrudnił mnie w swoim oddziale chirurgicznym. Ponieważ wojna mogła wybuchnąć w każdej chwili, uważałem, że przeszkolenie chirurgiczne może mi się bardzo przydać. I nie myliłem się, w czasie okupacji z konieczności sporo parałem się chirurgią urazową.

      Sztab obrony cywilnej miasta, w którym zgłosiłem się następnego dnia, powierzył mi dowództwo punktu sanitarnego w mojej dzielnicy. Placówka ta mieściła się w szkole handlowej przy ulicy Handlowej i trzeba przyznać - była doskonale wyposażona. Mieliśmy duże zapasy leków i materiałów opatrunkowych, maski przeciwgazowe, kombinezony ochronne. Miałem też do dyspozycji 36 ludzi, tworzących trzy drużyny obrony cywilnej. Natychmiast rozpoczęły się intensywne szkolenia tych drużyn, które prowadzili zawodowi wojskowi i lekarze. Moi podopieczni rekrutowali się spośród obywateli miasta, którzy nie podlegali pierwszemu rzutowi mobilizacji. Ale byli wśród nich także i tacy, którzy posiadali kategorię "D", oznaczającą zupełną niezdolność do służby wojskowej. Znalazło się nawet trzech starozakonnych, którzy wykazywali tak daleko idącą nieudolność w najprostszych sprawach, że zupełnie nie wiedziałem co z nimi robić. Byłem tak przejęty moją funkcją, że ani przez chwilę nie wątpiłem w przydatność mej placówki. Jako komendant punktu ponosiłem także odpowiedzialność za obsługę sanitarną całej dzielnicy. Mimo iż byłem bardzo zajęty, cierpiałem ogromnie, że nie, jestem w prawdziwym wojsku. Mobilizacja trwała już od tygodnia. Coraz to innych kolegów spotykałem umundurowanych na ulicach miasta i krew zalewała mnie z zazdrości. Wszyscy byliśmy wtedy pewni, że wstępujemy do wojska aby walczyć o zwycięstwo. Złożyłem jeszcze trzykrotnie wizytę komendantowi P.K.U. prosząc o przyjęcie do wojska. W końcu komendant miał mnie dosyć, porozumiał się ze sztabem obrony cywilnej miasta i otrzymałem stamtąd polecenie nie opuszczania punktu sanitarnego.

Pierwsze dni wojny

      Napięcie w mieście rosło z dnia na dzień. Przerażeni, ogarnięci panicznym strachem ludzie nieustannie gromadzili się przy radioodbiornikach. Właściciele tych nielicznych w mieście aparatów (a były to wielkie graty, niemal meble z głośnikami jak tuby starych gramofonów) wystawiali je w oknach, aby wszyscy mogli słyszeć najnowsze wiadomości. I tak nadszedł ten pamiętny dzień: piątek 1 września 1939 roku, który tak mocno zapisał się w mej pamięci, że mogę go dziś odtworzyć godzina po godzinie, minuta po minucie.

      Od godziny piątek rano jestem - jak zawsze - na służbie w moim punkcie sanitarnym. Przychodzą kolejno moi podkomendni. Każdy z nich przynosi nowe wiadomości z miasta. Opowiadają o coraz to nowych kolumnach wojska maszerujących na zachód. To kaliska 25 Dywizja Piechoty opuszcza miasto, udając się na front. O godzinie 5,1 S ktoś wpada jak granat na szkolny korytarz, krzycząc: - Wojna! Wojna! Przed półgodziną wojska niemieckie przekroczyły nasze granice... Ktoś inny biegnie do woźnego, przynosi aparat radiowy. I za chwilę słyszymy przez głośnik przejmujące słowa: - Polacy! Dziś o godzinie 4.40 oddziały niemieckie przekroczyły granice Polski! Odwieczny wróg napadł na nasz kraj... Potem słuchamy też w ciszy naszego hymnu "Jeszcze Polska nie zginęła" i nieśmiertelnej "Etiudy rewolucyjnej". I nagle robi się niebywały rwetes. Pytania i odpowiedzi krzyżują się jak pociski. Następuje jakieś wielkie odprężenie, ogarnia nas niemal radość. A więc nareszcie! Po tylu dniach napięcia i oczekiwania, nareszcie będziemy bić Niemców!

      Wpadam na chwilę do domu. Mogę sobie na to pozwolić, ponieważ mój punkt jest oddalony zaledwie o pięć minut drogi. Chcę zobaczyć moich bliskich, chcę się z nimi podzielić tą straszną nowiną. Ale ona już tam dotarła. Na twarzach rodziców niepokój i przygnębienie. Oni dobrze wiedzą, co to wojna. Wpada podniecony mój najmłodszy brat Henryk, 18-letni uczeń gimnazjum. Był w mieście, już wie wszystko. Chce koniecznie coś robić, chce też się przydać. Nie musi mnie długo prosić, abym go zabrał ze sobą do mego punktu. Dziś uświadamiam sobie, że od tej chwili byliśmy właściwie nierozłączni. Od pierwszego dnia wojny aż do czasu, gdy zostaliśmy towarzyszami broni pod murami stolicy, ten młodziutki chłopak nie odstąpił mnie ani na krok. Był właściwie jeszcze dzieckiem, choć zawsze pełnym szalonej odwagi (należał do grupy tych, którzy zgłosili się na "żywe torpedy"), ale przecież w ogniu walki potrzebował mojej opieki i psychicznego wsparcia. Potem już w latach okupacji, gdy przerósł mnie o głowę, jego mięśnie zmężniały a dusza zahartowała się w podziemnej walce - wtedy nie raz uczyłem się od niego autentycznego bohaterstwa. Mój najmłodszy brat zginął śmiercią bohatera z okrzykiem "Jeszcze Polska nie zginęła", przeszyty 32 pociskami hitlerowskiego plutonu egzekucyjnego 14 stycznia 1944 roku na placu Krakowskim we Lwowie.

      Tego pierwszego dnia wojny, biegnąc z Henrykiem do punktu sanitarnego, usłyszeliśmy nagle wycie syren. To pierwszy alarm lotniczy. W tym momencie uświadamiam sobie, że Kalisz dzieli od niemieckiej granicy zaledwie 40 kilometrów. Przyśpieszamy kroku, wpadamy biegiem do gmachu, przebieramy się w mundury sanitarne. Nerwowo przygotowuję nasz naprawdę wspaniały ekwipunek Czerwonego Krzyża. Za chwilę ukazują się nad miastem pierwsze samoloty niemieckie. Na olbrzymiej wysokości na tle bezchmurnego nieba wrześniowego wyglądają jak srebrne małe muszki. Lecą w eskadrach po trzy, a towarzyszy im jednostajny groźny warkot silników. I zaraz odzywa się nasza bateria przeciwlotnicza. Białe obłoczki pękających szrapneli otaczają każdy samolot ciasnym pierścieniem. Nie możemy wytrzymać i - wbrew przepisom - wybiegamy na ulicę. Wśród głośnych okrzyków zachwytu podziwiamy wspaniałe widowisko, które kończy się sromotną ucieczką rozproszonych bombowców. Ogarnia nas radość bez granic. Kilka dni wcześniej spacerując po okolicy, natrafiliśmy na zamaskowaną baterię przeciwlotniczą w jednym z ogrodów na Nowym Świecie. Rozmawialiśmy z żołnierzami, potem zanieśliśmy im prowiant i smakołyki od naszej mamy. Teraz słyszeliśmy tę baterię w akcji i podziwialiśmy jej sprawność. Przez pierwsze dni wojny, które spędziliśmy w Kaliszu, takie rozgrywki powietrzne były niemal na porządku dziennym. Kilka razy widzieliśmy zestrzelone samoloty, spadające ku ziemi z szaloną prędkością i wlokące za sobą białe pióropusze dymu.

     Po południu tego pierwszego dnia wojny wpadamy jeszcze z Henrykiem do małej kawiarenki "Ziemianki" przy ulicy Piłsudskiego (taką nazwę nosiła w tych latach ulica Wrocławska, dzisiejsza Śródmiejska), gdzie zwykle słuchaliśmy komunikatów radiowych, nadawanych co pół godziny. Umówiliśmy się z rodzicami, że na razie miasta nie opuścimy. Dopiero gdyby wkroczyli Niemcy, ulotnimy się aby wstąpić do wojska. Na razie jednak o wkroczeniu Niemców do Kalisza nikt z nas serio nie myśli. Za to spora część naszych znajomych już spakowała manatki, a niektórzy nawet opuścili miasto, kierując się w stronę Warszawy. Ten exodus trwa już zresztą co najmniej od tygodnia. Rozpoczęli go bogaci Żydzi. Starozakonny Żyd Dawid Perle, właściciel największej w Kaliszu hurtowni spożywczej, umknął samolotem do Palestyny już 25 sierpnia.

      Pod wieczór tego pierwszego dnia wojny, będąc służbowo w ratuszu, usłyszałem po raz pierwszy rozmowę o ewakuacji miasta. Przyniosłem tę wiadomość do domu, ale rodzice przyjęli ją z niedowierzaniem. W domu jak zwykle spokój. Tylko mama spogląda na nas coś za często czułym niespokojnym wzrokiem, a ojciec ma jakąś dziwnie żołnierską minę: zmarszczona brew, twarde spojrzenie, zaciśnięte usta. Już drugi raz przypomina nam, że jesteśmy młodzi, więc musimy być gotowi, a on sam jest także gotów i nie zapomniał, jak się obsługuje działo... Mama w takich chwilach uśmiecha się pobłażliwie i przypomina ojcu jego 62 lata.

      Ciągle słuchamy komunikatów radiowych. Dziwimy się i cieszymy, że samoloty niemieckie tylko przelatują nad Kaliszem, oszczędzając miasto. W komunikatach padają jednak nazwy miast okrutnie bombardowanych: Warszawa, Bydgoszcz, Radom, Wieluń, Siedlce, Białystok, Częstochowa... Robi się coraz smutniej, groza wisi w powietrzu. Tłum zgromadzony przed głośnikami w oczekiwaniu na wiadomości milczy, a po każdym komunikacie wybuchają okrzyki przerażenia. Rozmawiam ze wszystkimi. To są bliscy mi ludzie, sąsiedzi z mojej ulicy. Ludzie prości, usmoleni, o zmęczonych ogorzałych twarzach. Jak tylko mogę i potrafię pocieszam ich, dodaję otuchy. Tak upływa ten pierwszy dzień...

      Noc minęła względnie spokojnie, spędziliśmy ją razem z bratem w punkcie sanitarnym. Ranek przyniósł złe wieści. Zaczął się dopiero drugi dzień wojny, a w moim mieście cała dotychczasowa egzystencja runęła jak domek z kart. Na ulicach nie widziało się już ani jednego munduru żołnierskiego, nie było też nigdzie żadnego policjanta. Przyzwyczailiśmy się traktować mundur jako symbol państwa, władzy państwowej. Czyżby nie istniało już Państwo Polskie?

      Już o świcie ukazali się na ulicach pierwsi uciekinierzy z terenów nadgranicznych, przeważnie ludność wiejska. Około godziny 10 ulicami płynęła już cała rzeka ludzi i zwierząt domowych. Przerażający był to widok. Ludzie nieprzytomni ze strachu; niejednokrotnie tylko w bieliźnie, boso, z przypadkowymi tobołkami w rękach. Obok nich krowy, kozy, prosięta... W pewnym momencie rzeka uciekinierów, płynąca ulicą Górnośląską od strony Szczypiorna, nie mieszcząc się już w tej głównej arterii, rozlała się także na boczne ulice. Płynie teraz również Lipową, Czaszkowską, Łączną. Wychodzimy z bratem do miasta. Nigdzie znajomej twarzy. Większość kaliszan opuściła już swoje domy. Wszędzie tylko tłumy uciekinierów. Płynie wezbrana fala - wydaje się, że wszystko co żyje opuszcza swe domostwa i szuka nowych siedzib, że to nowa wędrówka ludów.

      Aleja Józefiny wygląda jak jarmark w Koziej Wólce. Na stopniach wytwornej fasady kaliskiego teatru pod kolumnadą doi się krowy. Piękny park kaliski wygląda jak jedno wielkie pastwisko. Wszędzie pełno śmieci i zwierzęcych odchodów. Uciekinierzy opowiadają potworne historie o okrucieństwie Wehrmachtu, o znęcaniu się nad ludnością cywilną, o niszczeniu domów, paleniu wsi, mordowaniu dzieci... W tłumie rośnie przerażenie. Co pewien czas syreny ogłaszają alarm przeciwlotniczy, odzywa się nasza artyleria, a tłum ogarnia panika. W większości są to ludzie, którzy już dużo wycierpieli od dywersyjnych band niemieckich. Nic więc dziwnego, że są owładnięci nie tylko strachem lecz także psychozą szpiegowską. Raz po raz podnoszą się wrzaski: - Szpieg! Szpieg! Rozszalały tłum chwyta często Bogu ducha winnego człowieka i publicznie go kamieniuje. Ta "szpiegofobia" to bardzo charakterystyczne zjawisko kampanii wrześniowej, które zresztą narodziło się nie bez powodu. W tych dniach na wielu domach, stodołach i innych budynkach pojawiły się wielkie czerwone płachty z napisami, zaczynającymi się od słów: "Der Fuhrer hat uns frei gemacht..." ("Niemcy! Wódz nas oswobodził..."). Od tych Niemców oczekujących od Hitlera wyzwolenia nie był wolny i Kalisz.

      Drugiego dnia wojny pod wieczór goniec przyniósł mi ze sztabu obrony cywilnej rozkaz ewakuacji miasta. Dokumenty i wyposażenie wojskowe miało być przewiezione do Warszawy, a ludności polecono rozproszyć się po okolicy, aby uniknąć ofiar w razie bombardowania miasta. Nie uwierzyłem ulotce, którą mi doręczono. Późnym wieczorem przeciskając się przez tłumy uciekinierów, sam udałem się do ratusza. Pod arkadami oniemiałem z przerażenia. Ratusz był zamknięty na cztery spusty, a na drzwiach wisiała ta sama powielaczowa ulotka. A więc w Kaliszu nie było już polskiej władzy!

      Przez opuszczone brudne, zaśmiecone miasto w dalszym ciągu płynęła rzeka uchodźców w kurzu, znoju, przerażeniu - wśród porykiwań bydła i raz po raz wybuchających wrzasków. Sklepik mego ojca był już zupełnie ogołocony. Ciągnące tłumy wykupiły wszystko, a gdy ktoś nie miał pieniędzy, otrzymywał towar za darmo. W punkcie sanitarnym naradzaliśmy się z Henrykiem, co dalej robić. Z załogi pozostawały nam tylko cztery osoby. Kazałem im więc zabrać wyposażenie sanitarne, aby mogło być wykorzystane w razie potrzeby - i rozwiązałem moją placówkę. Wróciliśmy do domu z torbami pełnymi materiałów opatrunkowych.

      Noc była pełna grozy. Na niebie ciągle słychać było potężny pomruk samolotów, nasze baterie przeciwlotnicze już milczały. Natomiast gdzieś z daleka dochodził stłumiony odgłos ognia artyleryjskiego, a horyzont rozświetlały rozpalające się i gasnące łuny. Rodzice spakowali trochę potrzebnych rzeczy, aby przenieść się do Rajska, wsi położonej kilka kilometrów od Kalisza, gdzie mieszkał ich znajomy. Postanowiliśmy z Henrykiem, że odprowadzimy ich, a następnie wyruszymy szukać jednostek wojskowych, by prosić o przyjęcie w szeregi walczących.

Wrześniowa tułaczka

      Następnego dnia, a była to niedziela - trzeci dzień wojny wczesnym rankiem zamknęliśmy mieszkanie i sklep, i opuściliśmy miasto. Trochę pieszo, trochę przygodnymi furmankami wraz z tłumem uciekinierów dotarliśmy do Rajska. Tu po raz pierwszy zetknęliśmy się z bliska z wojną. Tuż obok wsi rozegrała się potyczka zmotoryzowanego patrolu Wehrmachtu z plutonem naszych żołnierzy, ubezpieczającym ruchy wojsk. Piekielna strzelanina trwała ponad dwie godziny. Niemcy zostali odparci i pośpiesznie wycofali się w kierunku Godziesz. Mieliśmy pełne ręce roboty z opatrywaniem naszych rannych żołnierzy. Swoich rannych Niemcy zabrali ze sobą. Obaj z bratem natychmiast zameldowaliśmy się u kapitana dowodzącego polskim patrolem, prosząc o przyjęcie do wojska. Stanowczo odmówił, osłaniając się brakiem pełnomocnictw i umundurowania. Poinformował nas za to, że dowództwo 25 Dywizji Piechoty znajduje się w okolicy Turka i tylko ono może nas wcielić do wojska.

      Po południu pożegnaliśmy więc rodziców. Nigdy nie zapomnę tych chwil rozstania. Zawsze taka pogodna mama tym razem nie wytrzymała i rozpłakała się. Przygarnęła nas do siebie, przeżegnała znakiem krzyża, do kieszeni wcisnęła medaliki, szepcąc: - Niech Bóg was prowadzi do zwycięstwa! Ojciec zawiesił mi na szyi bardzo stary krzyżyk i powiedział: - Ten krzyżyk był ze mną pod Mukdenem i pod Modlinem. Nie rozstawałem się z nim nigdy i doprowadził mnie do wolnej Polski. Niechaj teraz z wami obroni naszą wolność! - I uściskał nas prawdziwie po męsku, wcisnąwszy nam w dłonie po sto złotych.

      Nie mogę w tym miejscu powstrzymać się od złożenia hołdu moim rodzicom, których pamięć będę czcił do końca mych dni. Ojciec całe życie czuł się żołnierzem. Jeszcze zanim założył swą rodzinę w Kaliszu, walczył w szeregach armii carskiej podczas wojny rosyjsko-japońskiej (1905). Ranny w bitwie pod Mukdenem dostał się do niewoli japońskiej. Po zawarciu pokoju zaokrętowany we Władywostoku powrócił drogą morską do Odessy, opłynąwszy całą wschodnią półkulę. A potem znów walczył na frontach I wojny światowej, o czym już pisałem. Wiele widział, wiele przecierpiał, ale jego twarde i żylaste ręce nie znały klęski. Był dla mnie zawsze ostoją i oparciem, symbolem siły. Nauczył nas uczciwości, odwagi przekonań i patriotyzmu. Mama natomiast była prawdziwą kapłanką domowego ogniska, jakich chyba dziś już nie ma. Promieniowała niezmierzoną dobrocią. Była płomieniem ofiarnym nie tylko dla naszego domu i czworga dzieci ale także dla wielu biednych ludzi z ulicy Lipowej. Dla każdego miała dobre słowo, wsparcie moralne i materialne. W czasie okupacji kiedy to w mieszkaniu moich rodziców był punkt kontaktowy ZWZ, a później AK, była ona prawdziwą matką dla tych młodych bohaterów podziemia, którzy kwaterowali u niej. Opiekowała się jak synem Andrzejem Kałużniakiem, oficerem wywiadu AK, który ciągle przerzucany z Warszawy do Berlina i z powrotem, zatrzymywał się po drodze u moich rodziców. Aresztowany w roku 1942 został rozstrzelany przez Niemców, a mama opłakała go jak rodzone dziecko.

      Rodzice moi byli zawsze dla mnie niedościgłym wzorem polskiej rodziny - i takimi pozostali w moich wspomnieniach. Także i dla nich Kalisz był miastem rodzinnym, z którym czuli się mocno i serdecznie związani. Do śmierci mieli do mnie żal, że skłoniłem ich, aby wyjechali ze mną do Łodzi. Niestety byli już starzy i chorzy, i bałem się pozostawić ich w Kaliszu bez opieki. Z dala od swego miasta szybko zakończyli życie. Ojciec po roku, mama po trzech latach pobytu w Łodzi. Leżą dziś w grobowcu na najstarszym łódzkim cmentarzu, choć tak bardzo chcieli spocząć na wieki w Kaliszu.

      Tamtego pamiętnego wrześniowego popołudnia po pożegnaniu z rodzicami wyruszyliśmy więc z bratem na poszukiwanie wojska, które chciałoby nas przyjąć w swoje szeregi. W tej nieprawdopodobnej pieszej wędrówce dniami i nocami, pełnej przygód i niebezpieczeństw, kierowaliśmy się ciągle w stronę Warszawy - w naiwnej wierze, że nawet w najgorszej sytuacji przydamy się do obrony stolicy. Wędrowaliśmy więc bez żywności i wody, wśród wypalonych wsi i wyschniętych studzien. Kryliśmy się w kartofliskach przed siejącymi śmierć karabinami maszynowymi hitlerowskich stukasów nurkujących nad szosami i przed bombami zrzucanymi z nadlatujących messerschmittów. Czepialiśmy się jak natrętne muchy każdego polskiego munduru, błagając o przyjęcie do wojska. Takich młodych ludzi chodzących za wojskiem i proszących o broń, było wielu. Każdy oddział ciągnął za sobą takie gromady cywilów. Spotykaliśmy ciągle -głównie nocą-polskie oddziały. Jedne jeszcze w karnym ordynku z bronią i taborami; inne - rozbite, zdemoralizowane, goniące na oślep przed siebie. Oficerowie tych karnych jednostek tłumaczyli nam, że nie mają prawa przyjąć w szeregi nieznanych cywilów; żołnierze z tych drugich nie chcieli w ogóle z nami rozmawiać. Jedne i drugie oddziały należały do trzech armii: "Pomorze", "Poznań", "Łódź", koncentrujących się na linii Bzury do działań zaczepnych. Pogoda była ciągle wspaniała, niebo bez jednej chmurki, ciepło nawet w nocy - co niestety sprzyjało ofensywie niemieckiej.

      Gdzieś między Kutnem a Sochaczewem, w jakiejś wiosczynie, składającej się z kilku chałup - w mroku nocy rozświetlonej łunami pożarów - otoczył nas tłum ludzi, opętanych tą "dywersyjną psychozą", o której już wspomniałem. Rozgorączkowani, rozjuszeni ludzie zaczęli nas szarpać i wrzeszczeć: - Dywersanci! Dywersanci! - Nie pomagały nasze tłumaczenia, pokazywanie mojej legitymacji studenckiej i brata uczniowskiej. Wśród bicia i poszturchiwania zaciągnięto nas przed oblicze jakiegoś polskiego sierżanta, który kwaterował z żołnierzami w jednej z chałup. - Rozstrzelać ich rozstrzelać! - Dawali znaki niemieckim samolotom! - krzyczał tłum. Można sobie wyobrazić naszą rozpacz. Zginąć z rąk polskich żołnierzy w takiej chwili! Nie było dla nas ratunku. Sierżant w ogóle nie chciał z nami rozmawiać, nie zwracał uwagi na nasze tłumaczenia. Wśród obelg, które więcej nas bolały niż razy rozwścieczonego tłumu, żołnierze na rozkaz sierżanta wyprowadzili nas pod ścianę stodoły. Póki żyć będę, nie zapomnę tej straszliwej fali goryczy, która zalewała mi serce. Mój młodziutki brat po prostu płakał jak dziecko. I właśnie wtedy, gdy żołnierze już byli ustawieni do salwy egzekucyjnej, pojawił się nagle jakiś porucznik. Natychmiast rozkazał sierżantowi zabrać nas do chałupy, w której kwaterował i rozpoczął przesłuchanie. Wylegitymował nas, spokojnie wysłuchał i kazał żołnierzom rozpędzić rozjuszony tłum.

      Z wdzięcznością przyglądałem się porucznikowi. Sądząc po umundurowaniu, pochodził z rezerwy. Twarz miał niezwykle przystojną, oczy stalowe i bujną blond czuprynę. Uprzejmie nam się przedstawił: - Jestem porucznik Pokrywka, Jan Pokrywka w cywilu inżynier geodeta... Poczęstował herbatą i zarządził, aby sanitariusz opatrzył nasze poranione głowy. Oczywiście natychmiast poprosiliśmy porucznika o przyjęcie do kompanii, którą dowodził. Odmówił, nie miał bowiem dla nas ani umundurowania ani broni. W chałupie pozostaliśmy prawie do rana. Robiło się szaro, gdy dziękując za wszystko porucznikowi, kontynuowaliśmy nasz marsz ku stolicy.

      Następnym etapem naszej tułaczki był Sochaczew. Ósmego września po południu, przekraczając most na Bzurze, ujrzeliśmy z daleka ruiny zamku i wkrótce znaleźliśmy się na rynku zatłoczonym żołnierzami i cywilną ludnością. Nad wieczorem natknęliśmy się w tłumie na porucznika Pokrywkę. Przywitaliśmy się z obopólną radością. Porucznik oznajmił nam triumfalnie: - Zrzućcie zaraz te łachy, dostaniecie broń i umundurowanie! - Byliśmy zachwyceni. Nareszcie! Po sześciu dniach męczeńskiej wędrówki, podczas której cudem uniknęliśmy śmierci! Porucznik poprowadził nas w kierunku stłoczonych konnych furmanek. Były one zupełnie nowe ze świeżego jasnego drewna, a konie - także w nowych uprzężach - solidnie i dobrze odżywione. Każda z furmanek była starannie załadowana i przykryta wodoodporną plandeką. Każda miała też obsadę, złożoną z trzech żołnierzy w nowiutkich mundurach. Zbliżyliśmy się do jednego z wozów, porucznik podniósł plandekę i rzucił: - Dobierzcie sobie mundury! - Wóz był pełen nowych mundurów, powiązanych sznurkiem po 10 sztuk. Wybraliśmy sobie odpowiednie rozmiary. Porucznik prowadził nas kolejno do następnych wozów i wybieraliśmy pasy, ładownice, buty i wreszcie cudowne nowiutkie polskie karabiny - model kawaleryjski z Radomia. Na końcu otworzył szaro malowaną skrzynkę, skąd zaczerpnęliśmy pełną garścią amunicji. Otrzymaliśmy też po 5 ręcznych granatów. I tak oto 8 września staliśmy się żołnierzami. Byliśmy ogromnie przejęci, a nasza wdzięczność dla porucznika Pokrywki nie miała granic.

      Wszystkie te furmanki, załadowane sprzętem wojskowym, których w Sochaczewie zebrała się ogromna ilość, miał pod swoją komendą porucznik Pokrywka i chciał je doprowadzić do Warszawy. Jakże cieszyliśmy się, że dowieziemy do walczącej stolicy tak wspaniałe zaopatrzenie. Noc spędziliśmy w Sochaczewie. Rano porucznik rozesłał patrole dla rozpoznania terenu, gdyż sytuacja była mocno niepewna. Wciąż było słychać odgłosy artylerii, wciąż padała komenda: - Lotnik, kryj się! Około godziny 10 wyruszyliśmy w kierunku Warszawy. Szosa była przepełniona uciekinierami, nasze tabory z trudem sformowały kolumnę. Rozciągała się ona co najmniej na długość trzech kilometrów, a na końcu jechało ponad 20 ciężkich karabinów maszynowych i 4 działka przeciwpancerne. Dopiero teraz można było w pełni ocenić, jakie skarby wieziemy obrońcom stolicy.

Bój pod Ożarowem

      Około godziny 15 byliśmy w Błoniu. Niemcy zrzucili na miasteczko kilka bomb, były więc znów zniszczenia, znów przerażone tłumy ludzkie. Nie zwlekając ruszyliśmy dalej na Ołtarzew marszem ubezpieczonym, mając na przedzie szpicę i straże boczne, gdyż niemieckie myśliwce ciągle krążyły nad nami. W każdej chwili spodziewaliśmy się niebezpiecznego starcia.

      Wchodziliśmy właśnie na wąski most na Utracie, most o niezwykłej konstrukcji z wysokimi przęsłami, gdy od strony Warszawy rozległy się strzały - najpierw pojedyncze, potem coraz liczniejsze. Nadciągał zmrok. Porucznik zatrzymał kolumnę i czekał na patrol ubezpieczający nas z przodu. Strzelanina nie ustawała. Wreszcie pojawił się żołnierz straży przedniej. Zameldował, że od strony Warszawy natknęli się na silne formacje niemieckie: Porucznik wysłał dodatkowe patrole we wszystkich kierunkach. Zaraz potem wybuchła strzelanina również na północy - od strony Puszczy Kampinoskiej, a w chwilę później na południu - od strony Pruszkowa. Uciekinierzy, którzy towarzyszyli nam stale, mówili, że także w Błoniu, które opuściliśmy przed paroma godzinami, widzieli już czołgi niemieckie. Nie ulegało wątpliwości, że byliśmy okrążeni. Po naradzie z kadrą porucznik zadecydował: - Nie mam innego wyjścia, musimy przebijać się na Warszawę! Tymczasem zrobiło się już ciemno. Nasza kilkukilometrowa kolumna ciągle stała w miejscu, a konie spłoszone nasilającą się strzelaniną coraz trudniej było utrzymać w dyszlach. Na rozkaz porucznika ściągnięto na czoło karabiny maszynowe i działka przeciwpancerne. Jedno było pocieszające - amunicji mieliśmy w bród.

      I tak zaczęła się ta najstraszliwsza noc w moim życiu, noc z 9 na 10 września 1939 roku. Od wspomnianego mostu na Utracie poprzez Ołtarzew aż do Ożarowa, gnani szaleńczą odwagą porucznika Pokrywki, posuwaliśmy się w nieustającym natarciu w stronę stolicy. Nie widzieliśmy w ogóle Niemców, ale niemal ze wszystkich stron dosięgał nas ich ogień ze wszystkich rodzajów broni. Zapewne Niemcy wiedzieli, że prowadzimy tabory konne, używali bowiem pocisków świetlnych, co jeszcze bardziej płoszyło konie. Zwierzęta szalały, stawały dęba, wywracały wozy, ginęły razem z ludźmi. Sytuację pogarszały jeszcze tłumy ludności cywilnej, które raz po raz wpadały w panikę, udzielającą się także żołnierzom. W tym piekielnym ogniu widziałem ludzi, którzy obłąkani z przerażenia próbowali kryć się w betonowych drenach, jakie umieszcza się w rowach przydrożnych pod przejazdami do obejść gospodarskich. Zapewne mógłby się tam schronić z trudem jeden człowiek. Tymczasem przepychając się i kalecząc, wciskało się tam na siłę po dwóch, trzech ludzi, którzy tracili życie dusząc się i katując wzajemnie.

      Porucznik Pokrywka z pistoletem w ręku był wszędzie. Załamanych przywoływał do porządku, buntującym się groził pistoletem. Nieustannie prowadził natarcie. I tak posuwaliśmy się tą koszmarną szosą, a wkoło nas piętrzyły się coraz większe stosy poległych. Nie tylko rowy były nimi szczelnie wypełnione, ale już ponad szosę układały się zwały ludzkich ciał. W tej masie byli także ranni, wołający rozpaczliwie o ratunek. Bez przerwy słyszało się wołania: - Sanitariusz! Sanitariusz! Ale sanitariusze też już dawno polegli i nie miał już kto opatrywać rannych. Umówiliśmy się z bratem, że będziemy się wzywać po imieniu i gdy któryś nie odpowie, będzie to znak, że nie żyje. Była to nasza siódma z kolei nie przespana noc. Zdarzało się, że w natarciu padłszy na ziemię po skoku, zasypialiśmy choć na sekundę, mimo ogłuszającego huku. Nasze karabiny maszynowe były nieustannie "w ogniu". Gdy ktoś z obsługi ginął, natychmiast jego miejsce zajmował inny żołnierz - i karabin terkotał dalej.

      Gdy niebo zaczęło szarzeć, zorientowaliśmy się, że mamy za sobą już wiele kilometrów i zapewne jesteśmy blisko Warszawy. Niestety niemiecki pierścień zacisnął się wokół nas do ostatecznych granic. Widzieliśmy teraz wyraźnie stanowiska niemieckich karabinów maszynowych na dachach ocalałych jeszcze chałup, ciągnących się wzdłuż szosy. Gdy kryjąc się padliśmy pod drucianym parkanem, słyszeliśmy przeraźliwą muzykę pocisków bijących po drutach jakby gigantyczna orkiestra grała na stu mandolinach. Równo ze świtem nadleciały stukasy i nurkując nad nami - fala za falą zasypały nas ogniem maszynowym. Słońce oświetlało już blado straszliwy obraz pobojowiska, gdy trafiony odłamkiem szrapnela z moździerza padł nasz bohaterski dowódca, porucznik Pokrywka. Był to największy cios, jaki mógł nas spotkać. Poczuliśmy się nagle osieroceni: Wiedzieliśmy, że to już koniec.

      Jeden z podchorążych (na imię miał Jacek, nazwiska nie pamiętam) samozwańczo objął dowództwo. Pozostało nas przy życiu chyba nie więcej niż pięćdziesięciu żołnierzy. Po krótkiej naradzie podchorąży wydał rozkaz, abyśmy pojedynczo przeskakiwali na lewą stronę szosy, gdzie stała jedyna jeszcze nie spalona chałupa. Tam postanowiliśmy bronić się do ostatka. Jeszcze tylko trzy nasze karabiny maszynowe raziły ogniem, ale i niemiecki ogień wyraźnie osłabł. Widocznie Niemcy uważali nas już za pokonanych. Przeskakiwanie szosy jeszcze kilku naszych żołnierzy przypłaciło życiem. Wreszcie znaleźliśmy się wszyscy w opuszczonej chałupie.

      Wszystkie zabudowania wokół naszej chaty były spalone, po dymiących zgliszczach biegało kilka osmolonych prosiaków, kwicząc w niebogłosy. Ogień prawie ucichł. Zaryglowaliśmy drzwi. Zaczęliśmy szukać czegoś do picia. Jacek wyciągnął z chlebaka butelkę wódki. Poczuliśmy się gotowi na wszystko. W kuchennej szafce znaleźliśmy jeszcze kilka butelek soków owocowych. Były bardzo słodkie, ale wypiliśmy je do dna, co jeszcze bardziej zwiększyło nasze pragnienie. Jacek rozstawił nas przy wszystkich oknach. W sieni umieścił otwartą ostatnią skrzynkę amunicji i kazał strzelać. Mnie i bratu wypadły stanowiska na strychu przy mansardowych okienkach, wychodzących na ogród. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Niemców. Nacierali ze wszystkich stron na chałupę. Widziałem hełmy żołnierzy przykucniętych za krzakami porzeczek. Po raz pierwszy mierzyliśmy z karabinów do widocznych celów - do ludzi. Zdarzało się, że hełm znikał, a ogień na chwilę ustawał. Nie wiem, jak długo to trwało, ale w pewnej chwili nie miałem już siły dłużej strzelać. Całe prawe ramię piekielnie mnie bolało i było pokryte jednym wielkim granatowym sińcem. Przy świetle dnia wyjąłem z kieszeni małe lusterko i przyjrzałem się sobie. To nie była moja twarz, to była twarz upiora.

      Była godzina 6 rano (mój zegarek ciągle chodził), gdy Jacek postanowił poddać naszą chałupę. Nie mieliśmy już amunicji, a na podłodze jęczało w potwornych bólach czterech ciężko rannych naszych kolegów, błagających o pomoc lekarską. Jacek wyciągnął z łóżka prześcieradło, rozdarł je na pół i zawiesił na dwóch bagnetach. Wywiesiliśmy te dwie białe flagi kapitulacyjne z dwóch stron chałupy przez okienka na strychu. Nastała straszliwa, dudniąca w uszach cisza. Po tylu dniach piekielnego hałasu ta cisza była nie do zniesienia. Siedzieliśmy w milczeniu i czekaliśmy na śmierć, powszechna była bowiem opinia, że Niemcy nie oszczędzają jeńców. Upłynął dobry kwadrans, gdy nagle z wszystkich stron rozległa się głośna natrętna niemiecka mowa. Dominowały dwa słowa, które dobrze rozumieliśmy: "Raus!" i "Hande hoch!" Jacek wyszedł pierwszy, za nim my wszyscy po kolei z podniesionymi rękami. Po raz pierwszy w tej wojnie stanęliśmy oko w oko z żołnierzami niemieckimi. Byli młodzi, dobrze odżywieni, wspaniale wyekwipowani. Po raz pierwszy też przeczytałem z bliska ten bluźnierczy napis na klamrach pasów: "Gott mit uns" (Bóg z nami).

      Wypędzono nas na szosę. W pełnym blasku pogodnego dnia ujrzeliśmy wstrząsający widok. Niezliczone stosy trupów - żołnierze i cywile, makabryczne twarze z otwartymi oczami i ustami. Poprzewracane furmanki, między nimi zabite konie. Ścisnęło mi się serce. Nie dowieźliśmy tego sprzętu do Warszawy. Po rozbrojeniu Niemcy pędzili nas nahajkami w stronę bocznej drogi, wzdłuż której zobaczyliśmy naszych butnych zwycięzców, rozpartych w samochodach pancernych i motocyklach z przyczepami. Niemcy przyglądali nam się drwiąco jedząc czekoladę. Niektórzy ironicznie wołali: "Marsch nach Berlin, nicht wahr?" (Marsz na Berlin prawda?). Było nas dokładnie 39 żołnierzy ocalałych z tej zażartej bitwy i teraz wędrujących pod eskortą. Dopiero po wojnie dowiedziałem się, że walczył także z nami i zginął w Ożarowie niezłomny komunista, Marian Buczek, który 16 lat spędził w polskich więzieniach i bohaterską śmiercią potwierdził swą gorącą miłość do ojczyzny.

      Przy drodze zauważyłem mały drogowskaz: Pruszków 4 km. Nasza eskorta wsiadła na motocykle i popędziła nas biegiem owe cztery kilometry. W pewnej chwili zabrakło mi już siły, nie mogłem biec dalej. Wlokłem się ostatni na końcu, a na moje plecy spadały gazy nahajki. Ręce, które cały czas musieliśmy trzymać na karku, mdlały. Mój wysportowany brat Henryk radził sobie lepiej i podciągał mnie jak mógł. Byłem już prawie pewny, że nie wytrzymam tego maratonu i padnę bez życia. Na dodatek cały czas biegliśmy wzdłuż długiej kolumny Niemców, rozpartych w samochodach i drwiących z nas. Na końcu tej kolumny zobaczyłem jednak coś, co dodało mi sił. Kilkadziesiąt karetek sanitarnych stało wielkim półkolem a w środku ogromny namiot opatrzony znakiem czerwonego krzyża. Wokół namiotu niezliczona ilość noszy, a na każdych człowiek. Między noszami kręcili się sanitariusze i ustawiali je w kolejce. A więc nie na próżno strzelaliśmy...

      W Pruszkowie zapędzono nas na wielki plac, otoczony drutem i przylegający do rampy kolejowej. Zostaliśmy włączeni do olbrzymiej rzeszy jeńców. Byli tu żołnierze w mundurach wszystkich rodzajów broni, a także policjanci, strażnicy więzienni, a nawet pocztowcy. Jeńcy czekali na transport do Rzeszy, biwakując na gołej ziemi, wydeptanej jak klepisko. Wystające z ziemi kikuty drzew świadczyły o tym, że był tu jeszcze niedawno sad owocowy. Nie będę jednak opisywał trzydniowego pobytu na tym klepisku w tłumie jeńców. Był to jeszcze okres chaosu, toteż jeńcy masowo uciekali z takich obozów, korzystając z pomocy miejscowej ludności. Tak też stało się z nami. Kilkunastu młodych podchorążych - a wśród nich i my – uciekło czwartego dnia przez druty.

      Po ucieczce padliśmy z bratem w jakiejś opuszczonej stodole pełnej zboża i spaliśmy kamiennym snem około 10 godzin. Obudził nas straszliwy huk gdzieś bardzo blisko. Na głowy spadło poszycie dachu. Wyjrzeliśmy przez szparę w deskach. Obok nas znajdowało się stanowisko najcięższej artylerii niemieckiej. Działo było skierowane w stronę Warszawy. Ogarnął nas strach, mieliśmy bowiem jeszcze na sobie polskie mundury. Wśród ogłuszającego huku przesiedzieliśmy w stodole do wieczora. W nocy opuściliśmy ją z duszą na ramieniu. Nie znając okolicy, kierując się raczej "nosem", zaczęliśmy posuwać się polami na zachód.

      Rano - a był to już 15 września - znaleźliśmy się znów "w Polsce". Po prostu trafiliśmy do Milanówka, który nie był jeszcze zajęty przez Niemców, choć byli oni już wszędzie wkoło. Tu słuchało się jeszcze komunikatów radiowych ze stolicy i dramatycznych apeli prezydenta Starzyńskiego. Tu urzędował Obywatelski Komitet Pomocy Żołnierzom, który natychmiast troskliwie zajął się nami. Przydzielono nam kwaterę u prawdziwego "anioła", pani inżynierowej Krubskiej, której mąż i syn bronili Warszawy. Po tylu nie przespanych nocach spaliśmy wreszcie w prawdziwych łóżkach, w czystej białej pościeli. A rano podjęliśmy - już w cywilnych ubraniach jeszcze jedną próbę przedostania się do stolicy, jedyną dostępną drogą od strony Pragi. Dotarliśmy aż do Jeziornej i usiłowaliśmy przeprawić się na drugi brzeg Wisły, przy czym o mało nie postradaliśmy życia. Łódź była dziurawa, a w dodatku poczęstowano nas ogniem z drugiego brzegu, gdzieś od Świdra. Z ciężkim sercem zrezygnowaliśmy z dalszych prób. Tak więc w kampanii wrześniowej tylko przez sześć dni walczyliśmy w polskich mundurach.

      Na drugi dzień zatrzymał nas patrol niemiecki pytając, co tu robimy. Wyjaśniliśmy, że jesteśmy uciekinierami z ziem zachodnich i chcemy wrócić do domu. Otrzymaliśmy wówczas "Passierschein" (przepustkę), w której napisano, że jako "Fluchtligen" (uciekinierzy) wracamy "nach Kalisch" (do Kalisza). Ten papierek wiele razy był nam pomocny w naszej długiej i pełnej przygód powrotnej drodze do rodzinnego miasta. Nosiłem go zawsze w kieszeni, a gdy zatrzymywali nas żołnierze, udawałem że nie rozumiem po niemiecku i pokazywałem przepustkę. Machali ręką i puszczali nas wolno. I tak częściowo pieszo, częściowo pociągami dotarliśmy do Sieradza. Tutaj wsiedliśmy do ostatniego pociągu i upłynęło jeszcze 10 godzin, nim w nocy 23 września znaleźliśmy się w Kaliszu.

Na dworcu urzędowali jeszcze polscy kolejarze, ale wysiadających legitymowali już niemieccy policjanci. Znów pokazałem zbawczy papierek. Nie zważając na policyjną godzinę, bocznymi ulicami dotarliśmy do domu. Zapukaliśmy do okna, mieszkaliśmy przecież na parterze. 1 za chwilę w mroku dojrzeliśmy twarz ojca, a właściwie domyśliliśmy się, że to może być tylko on. Wewnątrz dał się słyszeć ten radosny rwetes i hałas potrącanych sprzętów. Za moment już byliśmy w rodzicielskich ramionach. Rodzice przyznali, że mieli słabą nadzieję nas jeszcze ujrzeć, bowiem wracający z ucieczki sąsiedzi opowiadali, że widzieli po nalocie nasze zwłoki przy szosie pod Kołem. Radość więc była ogromna. Przez trzy dni nie opuszczaliśmy domu, śpiąc i jedząc na przemian. Mama wyciągała jakieś zakonspirowane zapasy i karmiła nimi nas, bo aprowizacja w mieście była fatalna. Właściwie na rynku był tylko chleb, potem zaczęły pojawiać się pojedynczo jakieś niemieckie erzatze, zaczął też funkcjonować czarny rynek. Ojcu polecono początkowo otworzyć sklep, ale - jak się wkrótce okazało - nie na długo. Po kilku tygodniach objął go w posiadanie niemiecki "Treuhander" (powiernik).

Okupacja - życie codzienne i ruch oporu

      Po kilku dniach zaczęliśmy z bratem ostrożnie wychodzić do miasta, aby rozejrzeć się w sytuacji. Sporo ludzi powróciło już z wojennej tułaczki do Kalisza. Każdy przynosił jakieś prawdziwe lub nieprawdziwe wiadomości. Opowiadano przede wszystkim o bohaterskiej obronie Westerplatte i Modlina. Ciągle jeszcze podtrzymywała nas na duchu walcząca stolica. Z optymizmem dyskutowaliśmy o przystąpieniu do wojny Anglii i Francji. Wierzyliśmy, że nienawistne mundury hitlerowskie wkrótce znikną z ulic naszego miasta. Tymczasem 28 września uderzyła nas jak grom wieść o kapitulacji Warszawy. Ogromne przygnębienie ogarnęło nas wszystkich. Mama płakała i mówiła, że Pan Bóg odwrócił się od narodu polskiego. Tylko ojciec nie tracił ducha, twardo wierzył w klęskę Niemiec - i taki zresztą pozostał do końca.

      Tymczasem oblicze mego miasta zmieniało się z dnia na dzień. Hitlerowska flaga z swastyką powiewała na wieży ratusza, a dwie inne również z tym znienawidzonym znakiem umieszczono przed wejściem. Wszędzie, gdzie tylko było można, wywieszano takie flagi. Pierwsze mundury niemieckie, jakie zobaczyliśmy w mieście, to oddziały "Selbstschutz" (organizacja samoobrony miejscowych Niemców - folksdojczów). Później pojawiły się granatowe mundury "Hilfspolizei" (policji pomocniczej, zwanej w skrócie "hipo") i zielone "Schutzpolizei" (policji ochronnej - "szupo"), wreszcie żółte mundury SA i jako ostatnie czarne, złowieszcze mundury SS. Później oczywiście były jeszcze inne (Arbeitsdienst, Hitlerjugend, BDM itd.), bo Hitler umundurował cały naród niemiecki, poddając go w ten sposób twardej dyscyplinie wojskowej. Zaczęły też znikać polskie szyldy i tabliczki z nazwami ulic. Stary Rynek stał się Rathausplatz, plac św. Józefa - Adolf-Hitler Platz, ulica Wrocławska - Hindenburgstrasse, aleja Józefiny - Herman-Góring-Strasse. Moja ulica Lipowa nie została jeszcze tak bardzo spostponowana, gdyż otrzymała nazwę Humboldt-strasse. Imienia patronującego mej ulicy Humboldta nie podano, ale sądzę, że obaj wielcy uczeni niemieccy Aleksander i Wilhelm, gdyby dożyli tamtych czasów, na pewno odżegnaliby się od hitleryzmu.

      W tych dniach opadały maski z ludzkich twarzy. Józef Szatkowski, właściciel domu i sklepu spożywczego naprzeciwko Kościoła Nazaretanek - ku zdziwieniu wszystkich kaliszan - poczuł się nagle Niemcem. Na szyldzie sklepowym pojawił się nowy napis: "Lebensmittelwarengeschaft - Joseph von Schatkowski". Mego kolegę z gimnazjum Jórchla z ulicy Majkowskiej ujrzałem na ulicy w czarnym mundurze SS z trupią główką. Pan Walczyński, przedwojenny przodownik Policji Państwowej, stał się nagle ważnym i butnym niemieckim urzędnikiem magistratu. Zmieniło się także bardzo dwóch braci Reimannów, moich kolegów z ulicy Lipowej, mieszkających w długim parterowym domu z ogrodem dokładnie naprzeciwko nas. Starszy Ryszard chodził do Gimnazjum im. T. Kościuszki, a młodszy Edek był ze mną w jednej klasie w Gimnazjum im. A. Asnyka. Często chodziliśmy razem do szkoły i ze szkoły, często grywaliśmy razem w piłkę; a - bywało zaproszony do ich ogrodu, łaziłem całymi godzinami z Edkiem po drzewach. Gdy po kampanii wrześniowej wróciłem do domu, Ryszard był już w Wehrmachcie, a Edek paradował w mundurze niemieckiego policjanta. Pierwszy raz zobaczyłem go w tym stroju w październiku 1939 roku, kiedy to zaskoczyła miasto powódź. Po niezwykle pogodnym wrześniu zaczęły się ulewne deszcze i Prosna wystąpiła z brzegów. Niemcy, podobno tak sprawni organizacyjnie, zupełnie potracili głowy. W mieście panował nieopisany bałagan. Woda płynęła ulicą Wiejską i aleją Józefiny, sięgając już po Wrocławską. Przechodziłem wtedy wraz z jednym z kolegów przez drewniany Most Bernardyński. Woda przelewała się prawie przez jego nawierzchnię, a cały most chwiał się niebezpiecznie pod jej naporem. I wtedy zobaczyłem po raz pierwszy Edka w mundurze "hipo" jak pilnował porządku na moście, na którym obowiązywał jeden kierunek ruchu. Spojrzałem na niego z wyrzutem, a on odwzajemnił mi się drwiącym spojrzeniem, pełnym niepohamowanej buty i odepchnął mnie tak brutalnie, że aż zatoczyłem się na mego kolegę, i ryknął na nas tak dobrze nam już znanym hitlerowskim słówkiem: - Los! Los!

      Dla sprawiedliwości muszę jednak zaznaczyć, że większość obywateli kaliskich pochodzenia niemieckiego w tych ciężkich dniach próby nie tylko okazała patriotyczne przywiązanie do polskości, ale także przypłaciła ten wybór więzieniem, prześladowaniami, a nawet życiem. Dość wspomnieć takie nazwiska, jak Fibiger, Fulde, Wende i inni.

      Z biegiem dni robiło się w mieście coraz straszniej. Ukazywały się coraz to nowe "Bekantmachtungen" (obwieszczenia), wymierzone przeciwko Polakom. Przede wszystkim nakazano ludności polskiej kłaniać się każdemu umundurowanemu Niemcowi. Było to bardzo upokarzające zarządzenie, toteż Polacy uciekali z daleka na widok munduru, aby tylko nie "czapkować" okupantom. Oficerowie Wehrmachtu na ogół nie zwracali uwagi na to zarządzenie. Spotkani na ulicy nie reagowali na brak ukłonu, a gdy ktoś uchylił czapki, wytwornie salutowali. Zupełnie inaczej zachowywali się SA-, SS- mani i policjanci. Oczywiście nie ukłoniłem im się w Kaliszu ani razu, ale raz za to solidnie oberwałem. Kiedy mijając na ulicy dwóch SS- manów nie zdjąłem kapelusza, jeden z nich uderzył mnie mocno w głowę, aż kapelusz spadł mi na ziemię. W tych też dniach hitlerowcy dokonali w Kaliszu pierwszej publicznej egzekucji. Pod pozorem nielegalnego posiadania broni rozstrzelano na placu św. Józefa księdza Romana Pawłowskiego z Chocza.

      Ulica Lipowa żyła w tym czasie jeszcze swoim dawnym polskim życiem, gdyż na razie Niemcy się tu rzadko zapuszczali. Ciężka sytuacja złączyła ludzi jeszcze bardziej. Czuliśmy się jedną rodziną. Nieco później, gdy Niemcy zaczęli już wywozić Polaków na przymusowe roboty do Rzeszy, a następnie wysiedlać całe rodziny i przygotowywać kwatery dla baltendojczów, u moich rodziców powstał samorzutnie rodzaj komitetu pomocy społecznej. Każdy mógł się tu wypłakać, każdy znalazł dobrą radę, a gdy trzeba było, także i pomoc materialną. Ponieważ znałem język niemiecki, prowadziłem na Lipowej prawdziwe biuro pisania podań. Wszystkim bezinteresownie wypełniałem różne niemieckie druki, pisałem prośby i podania do władz w najróżnorodniejszych sprawach.

      W połowie października dotarła do nas wieść z Łodzi o powstaniu podziemnego ruchu oporu pod nazwą Służba Zwycięstwu Polski (SZP). Mój starszy brat, ksiądz Stanisław Pniewski, kapelan września, już działał w tej organizacji. W tym też czasie Niemcy rozpoczęli swoje "polowania na czarownice". Prawie każdego dnia dowiadywaliśmy się o aresztowaniach Polaków przez gestapo. Zginęło już wtedy wielu wspaniałych ludzi, między innymi Jan Stankiewicz - znany rzemieślnik i społecznik. Zarówno mnie jak i Henrykowi paliła się ziemia pod nogami. Poprzez brata Stanisława nawiązaliśmy kontakt z łódzką SZP. Henryk już w końcu października wyjechał do Łodzi, a stamtąd do Warszawy. Ja miałem być zaangażowany przy organizacji komórki w Kaliszu. Los zadecydował inaczej. Kiedy 10 listopada około godziny 10 wychodziłem z domu przez podwórze, w bramie zobaczyłem idących naprzeciw mnie Niemców, jednego "szupo" i dwóch "hipo". Już ich minąłem, gdy zawołali mnie i zapytali: Gdzie tu mieszka Tadeusz Pniewski? Pokazałem im wejście od kuchni. Od tego czasu nie pojawiłem się już w tym domu aż do 1946 roku. Jeszcze tego samego dnia znalazłem się w Łodzi i chwilowo zakwaterowałem u brata Stanisława. Niemcy poszukiwali mnie w domu jeszcze kilka razy, a ojciec był stale wzywany do gestapo na ulicy Jasną 3 i męczony o miejsce mego pobytu.

      Dopiero jednak po wojnie dowiedziałem się, dlaczego mnie poszukiwano. Otóż studiując w Poznaniu, byłem członkiem Korporacji Akademickiej "Masovia" o nastawieniu zdecydowanie antyniemieckim. Byliśmy połączeni licznymi więzami z ludnością mazurską w Prusach Wschodnich, zaopatrywaliśmy tamtejsze polskie biblioteki, wspieraliśmy młodych Mazurów z polskich rodzin, studiujących w Poznaniu. Lokalem korporacyjnym przy ulicy Libelta opiekowało się kilku kolegów mieszkających w Poznaniu. We wrześniu 1939 roku zaskoczeni szybkim rozwojem sytuacji, nie zdążyli oni zlikwidować archiwum korporacji. I w ten sposób w ręce Niemców wpadła cała ewidencja członków wraz z ich adresami domowymi. Ta nieostrożność kosztowała męki i śmierć w kazamatach gestapo lub obozach koncentracyjnych kilkudziesięciu wspaniałych chłopców, studentów Uniwersytetu Poznańskiego. Zupełnie w ten sam sposób rozprawili się Niemcy także ze Związkiem Zachodnim w Poznaniu, gdyż i w tym przypadku nieostrożność i zaskoczenie członków Związku kosztowały wiele ofiar.

      Wiele przygód przeżyłem także w Łodzi, gdyż gestapo - po nitce do kłębka - dotarło do mego brata. I znów miałem trochę szczęścia, gdyż nie było mnie w tym momencie w domu. Przez trzy tygodnie ukrywałem się w Sokolnikach, podłódzkiej miejscowości. Ruch oporu przeorganizował się w tym czasie w Związek Walki Zbrojnej (ZWZ). Przerzucony do Warszawy, zostałem schwytany przy nielegalnym przekraczaniu granicy Generalnej Guberni przez Grenzschutz (straż graniczną). Przy pomocy ZWZ wydostałem się jednak z aresztu. Z fałszywymi niemieckimi dokumentami przekroczyłem ponownie granicę GG. Zamieszkałem u siostry w Otwocku, gdzie doczekałem wolności w sierpniu 1944 roku. We wrześniu tego roku znalazłem się w Ludowym Wojsku Polskim w Lublinie.

      A więc od końca 1939 roku do połowy 1946 roku przebywałem przymusowo poza moim rodzinnym miastem. Stały kontakt z Kaliszem miałem jednak przez rodziców, którzy przetrwali tu całą okupację.

      W roku 1960, gdy syn mój miał już 17 lat, a trzy córki - 16, 12 i 6 lat, postanowiliśmy z żoną dać im "lekcję patriotyzmu". W rocznicę bitwy pod Ożarowem, 10 września wybraliśmy się całą rodziną do Ołtarzewa, gdzie znajduje się cmentarz poległych w tych walkach, aby złożyć hołd bohaterom września i pozostawić kwiaty na grobie wspaniałego porucznika Jana Pokrywki. Załadowałem całą rodzinę do samochodu; zabraliśmy dużo, dużo kwiatów - i ruszyliśmy w drogę.

      Po raz pierwszy od roku 1939 stanąłem wówczas na tym tragicznym cmentarzu. Jak okiem sięgnąć las jednakowych krzyży - na wielu z nich nazwiska żołnierzy, na wielu tylko napis "żołnierz nieznany". Na honorowym miejscu wysoki monumentalny pomnik ku czci Mariana Buczka. Rozpoczęliśmy całą rodziną poszukiwania grobu porucznika Pokrywki. Niestety dwugodzinny trud nie dał rezultatów, grobu takiego nie znaleźliśmy. Złożyliśmy więc kwiaty na kilku mogiłach żołnierzy nieznanych.

POWRÓT I UCIECZKA

 ROZDZIAŁ VI

Pierwszy spacer po latach

      Nie pamiętam dokładnej daty, ale było to około 20 czerwca 1946 roku, gdy już zwolniony z wojska, ale jeszcze w żołnierskim mundurze, wysiadałem na kaliskim dworcu z pociągu po ponad sześcioletniej nieobecności w rodzinnym mieście. Wzruszenie moje było ogromne. Byłem świadomy lat, które upłynęły; świadomy tego, jak bardzo zmieniło się miasto i jak bardzo mnie zmieniły przeżycia tych straszliwych sześciu lat. A jednak poczułem się znów młodym chłopcem, gdy tak w długich butach i wojskowym mundurze maszerowałem ulicą Górnośląską. Rozglądałem się wokoło szukając znajomych miejsc i z radością odnajdując ślady mego dzieciństwa i młodości. Zatrzymałem się przed secesyjnym jednopiętrowym budynkiem, na którego szczytowej ścianie wyzierał spod tynku jakże mi znajomy napis: International Hotel i Restauracja. Tu w tym hoteliku urządzaliśmy sobie w roku 1933 potajemną składkową "studniówkę", zakrapianą trochę (o zgrozo!), alkoholem.

      Idąc w stronę śródmieścia, ze wzruszeniem obserwowałem, jak z każdym krokiem przybliża się do mnie zamglona panorama miasta zamknięta w charakterystycznej niecce. Rozpoznawałem znajome wieże kościołów i ratusza. Zaraz też zauważyłem brak wieży kolegiackiej, trafionej - jak się później dowiedziałem - pociskiem artyleryjskim w czasie walk o miasto. Zdumiałem się na widok jadącego ulicą Górnośląską autobusu - piętrusa. W życiu nie widziałem takiego "gaziaka", jakiego tutaj w spuściźnie zostawili nam Niemcy. Uporczywie wpatrywałem się w każdego spotkanego przechodnia, usiłując rozpoznać w nim znajomego z dawnych lat. Każda twarz, którą choć trochę znałem z widzenia, wzbudzała we mnie radość ogromną. Zbliżałem się wówczas, przedstawiałem lub przypominałem temu człowiekowi, podając mu rękę. Byłem bardzo zdziwiony, gdy zatrzymany nie podzielał mego entuzjazmu z tego spotkania.

      Ulicą Legionów (dziś Mariana Buczka) doszedłem do Lipowej i za chwilę byłem już w objęciach rodziców. Tu przebrałem się w cywilne ubranie, które czekało na mnie jeszcze sprzed wojny, a potem gnany ciekawością wybiegłem znów na ulice. Pierwsze kroki skierowałem oczywiście do mojej szkoły, w której przeżyłem dziesięć najszczęśliwszych lat mego życia. Stąd przecież wyniosłem najwięcej tego tworzywa, z którego lepi się ludzka osobowość, a także najwięcej wspomnień, do których warto powracać. Niestety gmach gimnazjum Adama Asnyka, w czasie okupacji zajęty przez gestapo, nadal odstraszał znienawidzonym zakazem "Eintritt verboten" (wstęp wzbroniony). Obszedłem więc z daleka moją szkołę. Spostrzegłem z żalem, że Niemcy rozebrali salę gimnastyczną, w której składałem egzamin maturalny i wycięli wiekowe kasztany, których bujne konary zaglądały do klas na piętrze. Najbardziej osłaniały one zawsze okna narożnej klasy lewego skrzydła, w której spędziłem moje ostatnie szkolne lata. Bardzo lubiliśmy te kasztanowce, choć zasłaniały nam widok wieży kolegiackiej i jej zegara. A tam przecież kierowaliśmy zawsze nasze pytające spojrzenia: "za ile minut dzwonek?", gdy niezbyt dobrze przygotowani do lekcji, trzęśliśmy się ze strachu przed wyrwaniem do odpowiedzi.

      Od znajomych dowiedziałem się, że moje gimnazjum mieści się na razie gościnnie w gmachu Gimnazjum im. Anny Jagiellonki i – co gorsza - jest szkołą koedukacyjną! Ta koedukacja wydała mi się wtedy - nie wiem dlaczego - największym grzechem przeciwko tradycji. Trudno mi było wyobrazić sobie dziewczęta w mojej szkole. Uważałem i nadal uważam, że ich obecność na lekcjach musi przeszkadzać chłopcom w nauce, a i nawzajem obecność chłopców chyba także nie pomaga dziewczętom w skupieniu się na lekcjach. Koedukacja, którą wprowadzono. w mojej szkole na stałe ostatecznie w latach siedemdziesiątych, miała jeszcze inne wstrząsające konsekwencje: obecność kobiet na zjazdach wychowanków. Dla nas, starszych roczników, był to prawdziwy szok!

      Chodząc po mieście, zaglądałem we wszystkie kąty i rejestrowałem wszystkie zmiany, które wprowadzili Niemcy. Z niektórych byłem nawet zadowolony, innych nie mogłem im darować. Na pewno słuszne było zasypanie cuchnącego kanału Babinki, co zresztą już wcześniej planowały zrobić polskie władze. Niemieccy "kulturtragerzy" razem z rozbiórkowym gruzem wsypali jednak do kanału cały księgozbiór Biblioteki Publicznej im. Adama Mickiewicza. Z tej biblioteki, która przed wojną mieściła się na parterze gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego przy ulicy św. Stanisława (dziś W. Broniewskiego), wypożyczałem książki przez wszystkie szkolne lata. Czerpałem pełną garścią z tej największej wówczas w Kaliszu skarbnicy wiedzy i kultury. Więc choć tak pięknie wyglądały planty na miejscu dawnego brudnego kanału, całą przyjemność spaceru zakłócała myśl, że oto stawiam stopy na zasypanych książkach.

      Z zadowoleniem stwierdziłem, że Niemcy rozebrali rząd ruder przy ulicy Parkowej, odsłaniając jedyną ocalałą basztę staromiejską "Dorotkę" wraz z fragmentem muru obronnego, a także zlikwidowali jatki przy kościele św. Mikołaja, ukazując w ten sposób drugi spory fragment średniowiecznego muru. Z żalem natomiast odnotowałem rozebranie sztucznych ruin i usunięcie wielu posągów, stanowiących ozdobę naszego starego parku, a także zniknięcie przepięknej barokowej statuy Madonny Bolesnej, stającej niegdyś przed zabytkową kaplicą żołnierską klasztoru Reformatów przy ulicy Wrocławskiej.

      Największe zmiany zauważyłem jednak w dzielnicy żydowskiej, która właściwie przestała istnieć. Nie tylko cała społeczność żydowska Kalisza uległa zagładzie, ale i cała ta część miasta zmieniła zupełnie swe oblicze. Zniknęła monumentalna bóżnica, a szkoła wyznaniowa została przebudowana tak dokładnie, że trudno ją było rozpoznać. Zburzono również zabytkowy budynek mykwy, a także bardzo wiele starych domów, w których niegdyś gnieździła się biedota żydowska. Nowa synagoga przy ulicy Krótkiej została także rozebrana. Z dziwnymi uczuciami chodziłem po tych opustoszałych i wymarłych uliczkach, słuchając odgłosu własnych kroków. Myślałem o ludzkim przemijaniu, o nieubłaganych prawach historii, które nieraz skazywały już na zagładę całe miasta wraz z ich mieszkańcami lub też zachowując substancję materialną przekreślały tętniące w nich życie. Dzielnica żydowska - taka, jaką ją widziałem - była tylko nikłym śladem po tamtej społeczności, która przez tyle wieków trwała w moim mieście, a teraz odeszła bezpowrotnie.

      Tak błądząc po mieście, niemal na każdym kroku napotykałem ślady pozostawione przez okupantów, nie pozwalające ani na chwilę zapomnieć, że jeszcze parę miesięcy temu była tu Wielka Rzesza Niemiecka. Nad sklepami tu i ówdzie pozostały jeszcze niemieckie napisy, piwniczne okna były nadal w większości zamurowane i oznaczone trzema literami LSR (Luftschutzraum), co wskazywało, że mieściły się tutaj schrony przeciwlotnicze. Ordnung muss sein! (Porządek musi być).

      Bardzo smutny widok przedstawiał plac św. Józefa a przede wszystkim sama kolegiata. Wieża zegarowa i sygnaturka - jak już wspomniałem - zniszczone zostały ogniem artyleryjskim. Zniknął też, ukryty niegdyś wśród zieleni drzew, posąg Świętej Rodziny, pod którym tradycyjnie witano pielgrzymki. Zburzony został również pomnik ku czci poległych żołnierzy 29 Pułku Strzelców Kaniowskich. Stojąc na placu św. Józefa uświadomiłem sobie w całej pełni, że hitlerowcy nie tylko wymordowali bardzo wiecu mieszkańców mego miasta, ale także pozbawili je licznych pamiątek, świadczących o jego wielkiej historii.

      W czasie tego pierwszego spaceru po odzyskanym rodzinnym mieście podjąłem też nieodwołalną decyzję. Pozostanę tu, w Kaliszu, jemu poświęcę wszystkie siły i umiejętności. Tu się urodziłem i wychowałem, kocham to miasto - tu jest moje miejsce.

W kaliskim szpitalu

      Na drugi dzień rano byłem już w szpitalu miejskim i rozmawiałem o ewentualnej pracy z doktorem Zygmuntem Mąką, pełniącym obowiązki dyrektora w oczekiwaniu na powrót doktora Stanisława Radwana. Doktor Mąka przyjął mnie z radością, gdyż w mieście odczuwano dotkliwy brak lekarzy. Niestety nie mogłem podjąć pracy natychmiast, ponieważ nie miałem jeszcze dyplomu lekarskiego. Choć przez całą okupację zajmowałem się pracą lekarską, a także w II Armii Wojska Polskiego pełniłem funkcję lekarza, do otrzymania dyplomu brakowało mi jeszcze sześciu klinicznych egzaminów. Umówiłem się więc z doktorem, że pojadę zdać egzaminy, a potem zgłoszę się na jego oddział wewnętrzny. Po powrocie do domu ułożyłem plan działania, korzystając - jak zawsze - z cennych rad rodziców.

      Najpierw więc pojechałem do Otwocka, gdzie przebywała wówczas moja żona i dwoje dzieci. Dzieci przywieźliśmy do Kalisza pod opiekuńcze skrzydła dziadków, a oboje z żoną wyruszyliśmy do Łodzi, gdzie właśnie powstał uniwersytet z wydziałem lekarskim. Żona została przyjęta na III rok studiów, a ja - wraz z 13 innymi kandydatami na lekarzy - dopuszczony do zdawania brakujących egzaminów końcowych. Otrzymałem zapluskwiony pokoik w jednym z domów akademickich (dawnym hoteliku), w którym mieszkali pracownicy naukowi. Raz na miesiąc dostawaliśmy paczkę z organizacji UNRRA, czasem coś z odzieży z "Caritasu", poza tym nie mieliśmy żadnych stałych źródeł utrzymania. "Ciocia UNRRA" - jak pieszczotliwie nazywaliśmy tę organizację, powołaną przy ONZ aby wspierać kraje zniszczone przez wojnę - była nam naprawdę wielką pomocą. Później, gdy już pracowałem w kaliskim szpitalu, również miałem kontakt z tą organizacją, która dostarczała nam sprzęt medyczny i laboratoryjny.

      W ostatnich dniach września miałem już w garści dyplom lekarski i zaraz też zgłosiłem się do kaliskiego szpitala, gdzie przyjął mnie już dyrektor Stanisław Radwan. Gdy usłyszał, że w czasie okupacji prowadziłem szpitalną pracownię diagnostyczną w Otwocku i dojeżdżając do Warszawy uczyłem się bakteriologii u prof. Włodzimierza Ławrynowicza, a później jeszcze w Lublinie byłem asystentem prof. Ludwika Hirszfelda - tonem nie znoszącym sprzeciwu oświadczył: - Z nieba mi kolega spadł! Toć u nas leży pracownia analityczna! Ponieważ jednak już wcześniej zawarłem umowę z doktorem Mąką, "krakowskim targiem" zgodziłem się na pełny etat w pracowni i pół etatu na internie.

      Pracę w kaliskim szpitalu rozpocząłem dokładnie 1 października 1946 roku. Praktykę na oddziale wewnętrznym ceniłem sobie wysoko również i z tego względu, że zdawałem sobie sprawę, jakie znaczenie ma dla analityka znajomość kliniki chorób wewnętrznych. Niestety w szpitalnej pracowni analitycznej było tyle do zrobienia i tak bardzo mnie ta praca wciągnęła, że po roku stażu coraz rzadziej bywałem w oddziale wewnętrznym, aż wreszcie zrezygnowałem w ogóle z pracy klinicznej. I w ten sposób - trochę wbrew mej woli i moim planom zaczęła się moja kariera laboratoryjna, trwająca nieprzerwanie do emerytury.

      Pracownia analityczna zajmowała wówczas dwa pokoje na parterze gmachu szpitalnego. Jeden z nich był duży, drugi mały i wąski jak kiszka. Badania wykonywało się w dużym pokoju, a mały służył jako zmywalnia szkła laboratoryjnego, choć i tutaj przy oknie był stół do mikroskopii, a pod ścianą małe biureczko, które stanowiło cały "sekretariat" pracowni. Personel składał się początkowo z dwojga ludzi: przedwojennego technika medycznego, Eugeniusza Kismana oraz Reginy Jarek, która była sprzątaczką i jednocześnie pomocą laboratoryjną. Do chwili mego przybycia pan Kisman stanowił wyrocznię we wszystkich sprawach związanych z praktyką laboratoryjną. Powoływał się stale na zdanie swego przedwojennego szefa, doktora Wasilczenki, który - jak mi się wydaje - prowadził na owe czasy pracownię na wysokim poziomie i dobrze wyszkolił swego współpracownika.

      Lata, w których rozpoczynałem moją karierę lekarską, sprzyjały rozwojowi wiedzy medycznej. Materiału do poznania wszystkich dyscyplin medycyny i wszystkich działów analityki lekarskiej nie brakowało. W okolicy grasowały jeszcze różne bandy, zmieniające co kilka dni swą skórę polityczną. Nie brakowało w tych niespokojnych czasach i zwykłych rzezimieszków. Do szpitala więc niemal codziennie przywożono rannych, a czasem i zabitych, których kładziono od razu do szpitalnej kostnicy. Wojenna i powojenna wędrówka ludów, która trwała jeszcze wiele lat, była przyczyną wielkiego nasilenia i przemieszczania różnych chorób. Spotykało się nawet rzadkie w naszej strefie klimatycznej choroby tropikalne. Mieliśmy też mnóstwo naszych rodzimych chorób zakaźnych, których już potem nie oglądałem. Masowo występował dur brzuszny, paradury i brucelloza sporo było przypadków duru plamistego oraz malarii (rodzimej i tropikalnej). Chlebem powszednim była błonica i płonica, a także krztusiec i cała reszta "dziecięcego garnituru zakaźnego", jak włośnica, gruźlica, zapalenie opon mózgowych (menigokokowe i gruźlicze). Masowo występowały choroby weneryczne.

      Warto uświadomić sobie w tym miejscu, że nie było wówczas w Kaliszu ani stacji sanitarno-epidemiologicznej, ani zespołu przychodni specjalistycznych z własnym zapleczem laboratoryjnym. Pracownia szpitalna była jedyną tego typu wyspecjalizowaną placówką w mieście i powiecie, i sama musiała zaspokoić wszystkie potrzeby diagnostyczne. Ponieważ nie było jeszcze wówczas gotowych preparatów diagnostycznych, byliśmy zmuszeni sami je produkować.

      Można sobie wyobrazić, ile mieliśmy w naszym laboratorium różnych pożywek bakteriologicznych. Do oznaczania grup krwi także trzeba było samemu zdobywać surowice wzorcowe. Wszystkim więc wokoło oznaczałem grupy krwi i spośród nich wyłaniałem te, które mogły mi służyć jako surowice testowe. Oczywiście posługiwałem się wówczas tylko układem ABO. Układ Rh był już wprawdzie znany, ale jego znaczenia immunologicznego nikt - poza prof. Hirszfeldem jeszcze nie podejrzewał.

      Zaraz w pierwszym roku mej pracy w Kaliszu otrzymałem "list gończy" od profesora Hirszfelda z Wrocławia, który jako pełnomocnik rządu do spraw organizacji wydziału lekarskiego w tym mieście wzywał mnie do "natychmiastowego powrotu i podjęcia pracy w Zakładzie Immunologii". Mam do dziś ten list wielkiego uczonego i przechowuję go - wraz z innymi jego listami - jako cenną pamiątkę. Wtedy w roku 1946 list ten był dla mnie gromem z jasnego nieba. Zdawałem sobie sprawę z możliwości kariery naukowej u boku tak sławnego uczonego, który notabene obejmował placówkę z niemałymi tradycjami po tak wielkich odkrywcach, jak Neisser czy Pfeiffer. Z drugiej strony przyrzekłem przecież sobie i dyrektorowi Radwanowi, że będę pracował dla rodzinnego miasta. Byłem jedynym specjalistą w promieniu prawie 100 kilometrów. Ze wstydem muszę też wyznać moje ówczesne obawy, że mieszkając i pracując we Wrocławiu nie utrzymam żony, która jeszcze studiowała i dwojga dzieci. Tu w Kaliszu miałem zapewnioną bezcenną pomoc moich rodziców. Choć materialnie niewiele mogli mi pomóc, to przecież opiekowali się troskliwie wnuczętami.

      Ze strachem pojechałem do Wrocławia i po półrocznej nieobecności stanąłem przed obliczem profesora, który przez cały rok w Lublinie był mi prawie ojcem. Z profesorem trudno było dyskutować. Na wszystko miał nieodparte argumenty, a przy tym jeszcze ten niezwykle uroczy sposób bycia, któremu nie można się było oprzeć. Profesor nie mógł w ogóle zrozumieć, jak mogę się wahać, mając przed sobą szansę pracy w ośrodku naukowym znanym na całym świecie. Po pierwszej wstępnej rozmowie zaprosił mnie na wieczór do swego domu. Hirszfeldowie mieszkali w pięknej poniemieckiej willi tonącej w zieleni. Tu w sukurs mężowi przyszła pani profesorowa, która prowadziła klinikę pediatryczną, gwarantując pracę mojej żonie, gdy tylko ukończy studia. Niezwykle trudno było oprzeć się takim propozycjom.

      Wróciłem do Kalisza zupełnie rozbity, niezdecydowany, niepewny swego postępowania. Obiecałem profesorowi szybką odpowiedź listowną. W Kaliszu nikt jednak o moim odejściu nie chciał słyszeć ani moi rodzice, ani dyrekcja szpitala. Najważniejszym argumentem, który przechylił szalę na rzecz Kalisza, był ogrom zadań i pracy, która wtedy dla młodego, pełnego sił człowieka (miałem wówczas 32 lata) była prawdziwym magnesem. I wciągnęła mnie bez reszty ta fala entuzjazmu, z jakim po wojnie odbudowywaliśmy kraj. Czułem się wtedy ogromnie potrzebny memu miastu, co zresztą potwierdziły następne trudne lata ciężkiej pracy. Odpisałem prof. Hirszfeldowi, że pozostaję w Kaliszu. Opisałem mu całą sytuację, aby zrozumiał, że tutaj jest moje miejsce. Prosiłem o pozwolenie utrzymywania kontaktów naukowych i możliwość przyjazdów do Wrocławia. Na ten list nie otrzymałem odpowiedzi. Pojechałem więc znów do Wrocławia i tam dopiero udobruchałem profesora, z którym potem utrzymywałem przyjacielskie stosunki aż do roku 1954, kiedy to śmierć zabrała go przedwcześnie w pełni sił twórczych. Do samej śmierci nie darował mi mojej decyzji pozostania w Kaliszu. Odwiedzałem go często, profesor inspirował moje pierwsze opracowania naukowe, a każda wizyta we Wrocławiu zachęcała mnie do dalszej pracy.

      Tymczasem w kaliskim szpitalu przyszło mi organizować - od początku do końca - właściwie całą diagnostykę laboratoryjną. W tym celu po pierwsze zmuszony byłem założyć zwierzętarnię, bez której nie moglibyśmy wykonywać tak szerokiego wachlarza badań. Wspólnie z panem Kismanem znaleźliśmy jakąś komórkę pod nieczynnymi schodami z tyłu gmachu szpitalnego. Uprzątnęliśmy nagromadzone tam rupiecie, stolarz wykonał regały, na których ustawiliśmy klatki z świnkami morskimi i królikami. Środek komórki wyścielony sianem zajmowały barany. Miała to być prowizorka, ale ogólnie wiadomo, że prowizorki są najtrwalsze. I rzeczywiście, gdy wyjeżdżałem z Kalisza w roku 1962, zwierzętarnia funkcjonowała nadal w tej prowizorycznej komórce.

      Drugim niezwykle kłopotliwym problemem, który przyszło mi rozwiązać, był brak fachowego personelu. Szkół laboranckich jeszcze wówczas nie było. Nie pozostawało więc nic innego, jak samemu wyszkolić kilka zdolnych maturzystek szkół ogólnokształcących. I tak właśnie w pracowni laboratoryjnej szpitala miejskiego w Kaliszu powstał najwspanialszy zespół pracowników, z jakim kiedykolwiek pracowałem. Miałem wtedy chyba po prostu dużo szczęścia, że natrafiłem na takich ludzi, jak - wspomniany już - pan Eugeniusz Kisman oraz panie Eugenia Głowinkowska, Barbara Kuberacka, Stefania Wolmak, Alina Frydrychowicz i Eleonora Stankiewicz pierwsza dyplomowana laborantka w Kaliszu. Później doszła do nas jeszcze magister Anna Opalska i doktor Maria Godlewska, która bardzo szybko uzyskała specjalizację z analityki.

      Dzięki tej ósemce przeze mnie wyszkolonej, a następnie zweryfikowanej przez państwowe komisje, rozwinęła się cała kaliska diagnostyka laboratoryjna. Uczyłem zawsze moich wszystkich współpracowników, że "salus aegroti suprema lex" (dobro chorego jest najwyższym prawem). Rzecz jednak w tym, że ten kaliski zespół- jak żaden inny - przyjął to przykazanie za swoje własne credo. I to w czasach, gdy praca była wyjątkowo nisko wynagradzana, a wymagania rosły wręcz lawinowo. Ludzie ci nie oglądali się na wyznaczone godziny pracy. Przybywali do szpitala na każde wezwanie - po południu, w niedziele i święta, także w nocy, nie otrzymując za to żadnego dodatkowego wynagrodzenia. Wszyscy pomagali sobie wzajemnie. Wszyscy byli zorientowani w każdym z działów analityki, toteż mogli się wzajemnie wyręczać i zastępować. Każdego dnia pracowali tak długo, aż wszystkie badania były wykonane - tak, aby lekarz nazajutrz miał już wyniki na biurku. Przez 15 lat pracy z tymi ludźmi nigdy nie miałem w stosunku do nich żadnych zastrzeżeń. Dopiero jednak po przeniesieniu do Łodzi, gdzie przyszło mi kierować znacznie większymi zespołami, złożonymi z ludzi o znacznie wyższych kwalifikacjach, przekonałem się, ile wart był tamten kaliski zespół w owych pionierskich czasach.

      Zwiększony personel i rozszerzony wachlarz badań sprawiły, że nie mogliśmy się już pomieścić w dwóch szpitalnych pokoikach. Z czasem otrzymaliśmy jeszcze jedno duże pomieszczenie po drugiej stronie głównego wejścia. Nasza aparatura wzbogaciła się o kilka pięknych mikroskopów, cieplarek, suszarek i wirówek "made in USA", które przysłała nam hojna "ciocia UNRRA". Oprócz rutynowych badań laboratoryjnych wykonywaliśmy wówczas także badania bakteriologiczne i serologiczne dla oddziału zakaźnego, skórno-wenerologicznego, a także szereg badań z zakresu reumatologii. Nieco później, gdy już organizowały się w służbie zdrowia określone piony specjalistyczne i przejmowały od nas poszczególne typy badań, odczuliśmy to (o dziwo!) w sposób przykry jako "votum nieufności". Wynikało to zapewne stąd, że nikt nam nie podziękował za tamtą pracę. Dziś nie mam wątpliwości, że była to decyzja słuszna, która w całym kraju przyczyniła się do znacznej poprawy poziomu diagnostyki specjalistycznej. Nasze zwolnione wówczas rezerwy mogliśmy wykorzystać do rozwijania badań w takich dziedzinach, jak hematologia czy immunologia.

      Opisując moją pracę w kaliskim szpitalu nie mogę pominąć ludzi, z którymi pracowałem. Ich życzliwość, pomoc i opieka miały duży wpływ na moje dokonania w tamtych latach. Wspomniałem już o doktorze Zygmuncie Mące. Długoletni adiunkt jednego z największych polskich internistów, prof. Antoniego Gluzińskiego, był znakomitym lekarzem i świetnym specjalistą, a ponadto człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości i bezkompromisowej etyce lekarskiej. Wiele się od niego nauczyłem i na zawsze pozostał on w mojej wdzięcznej pamięci.

       Doktor Stanisław Radwan, przedwojenny jeszcze dyrektor szpitala, był przede wszystkim wysoko cenionym w Kaliszu chirurgiem. W latach powojennych był już dość wiekowy i sterany życiem, toteż przestał operować i zajmował się głównie kierowaniem szpitalem. Nieocenioną pomocą służył mu w tej dziedzinie długoletni kierownik administracyjny dawnego Szpitala św. Trójcy, Mieczysław Zawidzki, który był żywą kroniką kaliskiego szpitalnictwa, a poza tym prawdziwym mistrzem w załatwianiu spraw "nie do załatwienia". Była to niezwykle cenna zaleta, gdyż szpital nieustannie się rozbudowywał, a problemy inwestycyjno-budowlane nigdy nie należały do łatwych.

      W roku 1948 doktor Radwan przeszedł na emeryturę, a dyrekcję szpitala objął ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego, doktor Karol Piotrowski. Cóż za urocza była to postać! Ten wytworny i przystojny starszy pan był znakomitym i doświadczonym ginekologiem, wysoko cenionym w Kaliszu już przed wojną. Studia lekarskie kończył w Kijowie, stąd też lubił wspominać pięknie położony nad Dnieprem Aleksandryjski Szpital Kliniczny, w którym zdobywał lekarskie ostrogi. Doktor Piotrowski chętnie otaczał się młodzieżą i w jej towarzystwie czuł się znakomicie. Toteż wszyscy młodzi lekarze garnęli się do niego, darząc go wielką sympatią. Po przejściu na emeryturę i opuszczeniu szpitala praktykował jeszcze przez wiele lat w Kaliszu. Zmarł w wieku 82 lat w roku 1974 - ku powszechnemu żalowi kaliszan, którzy tłumnie odprowadzili tego zasłużonego lekarza na miejsce wiecznego spoczynku.

      W roku 1953 nastąpiła kolejna zmiana na stanowisku dyrektora szpitala. Został nim mój rówieśnik i przyjaciel, doktor Stanisław Rzadkowski, ordynator jednego z oddziałów chirurgicznych. Rodem z Olkusza, studia kończył na Wszechnicy Jagiellońskiej, ale z Kaliszem związał się na dobre i złe. Tutaj zdobył sobie sławę uczciwego i sumiennego lekarza, jakich nieczęsto się spotyka. Dla nas, jego rówieśników, był niemal wyrocznią. Do niego szliśmy po radę nie tylko w sprawach lekarskich ale także osobistych. Zawsze byłem dumny, że doktor Rzadkowski zaszczyca mnie swą przyjaźnią, która przetrwała niejedną trudną chwilę w jego i moim życiu... Moim zdaniem; lata dyrekcji doktora Rzadkowskiego (a pełnił tę funkcję do 1962 roku) to okres największej powojennej świetności kaliskiego szpitala. Rozbudowano wówczas gmach szpitalny, dzięki czemu zwiększyła się znacznie liczba łóżek. Powstał nowy pawilon zakaźny. Szpital otrzymał w tym okresie dużo nowoczesnej aparatury. Wyszkolił wielu świetnych lekarzy już z powojennych roczników, którzy dziś samodzielnie prowadzą oddziały. Niestety rozgrywki personalne kolejnego "okresu błędów i wypaczeń" zmusiły tego zasłużonego człowieka do rezygnacji ze stanowiska.

      Drugim moim serdecznym przyjacielem z tych czasów był doktor Jerzy Mierosławski, ordynator oddziału gruźliczego i zakaźnego, budowniczy i pierwszy dyrektor Szpitala Przeciwgruźliczego w Wolicy. Był to wyjątkowo uroczy człowiek, znałem go jeszcze z okresu okupacji z Otwocka. W prostej linii był on potomkiem generała Ludwika Mierosławskiego, jednego z przywódców "Wiosny Ludów", Także i doktor Mierosławski, mimo swych wielkich zasług na polu walki z gruźlicą, nie uniknął w Kaliszu "rozróbek personalnych", co w znacznej mierze przyczyniło się w roku 1956 do jego przedwczesnej śmierci w wieku 45 lat.

      O tym, że mocne były więzy tej przyjaźni z doktorem Rzadkowskim i Mierosławskim, świadczy chyba najwymowniej fakt, iż spłynęła ona także na młodsze pokolenia. Nasze dzieci przyjaźniły się w latach szkolnych, a i dziś utrzymują ze sobą bliskie kontakty.

Lekarz do wszystkiego

       Terenem mojej działalności lekarskiej w tamtych pierwszych latach po wojnie była jednak nie tylko pracownia szpitalna. Jako jedyny specjalista w dziedzinie analityki medycznej w Kaliszu musiałem zatroszczyć się także o uruchomienie laboratorium, które obsługiwałoby przychodnie miejskie i całe lecznictwo otwarte. Oczywiście pracownia szpitalna nie odmawiała nikomu pomocy, ale była przeciążona pracą i dość oddalona od centrum miasta. Po długich staraniach w sierpniu 1949 roku Ubezpieczalnia Społeczna uzyskała od władz miasta lokal sklepowy z zapleczem przy ulicy Śródmiejskiej 41, który został prowizorycznie zaadoptowany do potrzeb laboratorium analitycznego. Przez wiele lat - aż do chwili uruchomienia zespołu przychodni specjalistycznych w dawnym Szpitalu św. Trójcy przy Rogatce Wrocławskiej - w tym ciasnym i ciemnym sklepiku pracowałem wespół z panem Kismanem i jego żoną Haliną, która także zdobyła kwalifikacje laboratoryjne. Tutaj wykonywaliśmy większość badań diagnostycznych dla mieszkańców miasta.

      Mimo mojej wąskiej specjalności, wcale nie byłem zwolniony z dyżurów lekarskich w szpitalu i pogotowiu ratunkowym, a były to obowiązki nader ciężkie. Szpital liczył około 400 łóżek i posiadał wszystkie oddziały z wyjątkiem neurologii i psychiatrii. Lekarz dyżurny (jedyny na cały szpital) nie miał chwili wytchnienia, tylko cały czas biegał po piętrach, bo winda była najczęściej zepsuta. Tu musiał być internistą, tam pediatrą, gdzie indziej laryngologiem czy okulistą. Załatwiał całą "małą chirurgię", często musiał interweniować na sali porodowej. Bardzo męczące były ówczesne dyżury lekarskie w szpitalu, ale chyba jeszcze gorsze były te w pogotowiu. W tamtych czasach pogotowie ratunkowe, którym kierował doktor Józef Makowiec, zajmowało trzy izby na parterze dawnego pałacyku inżyniera Wardęskiego przy ulicy Kościuszki. Pogotowie dysponowało jedną karetką, starą wysłużoną "skodą". Dyżury - poza dyspozytorem - pełnił jeden lekarz, sanitariusz i kierowca. A obsłużyć trzeba było całe miasto i powiat. Była to nerwowa i wyczerpująca praca.

      Nigdy nie zapomnę pewnej sierpniowej nocy 1948 roku, którą spędziłem na takim właśnie dyżurze. Noc zaczęła się nawet spokojnie. Leżałem sobie na kocu lekarskiego łóżka, przeglądając jakieś czasopismo. W sąsiednim pokoju urzędował jako dyspozytor pan Dorocinkowski - felczer, który swoje kwalifikacje zdobywał jeszcze na frontach I wojny. Cisza trwała raptem kilka minut. Potem rozdzwonił się telefon. Usłyszałem przez uchylone drzwi ostry głos pana Dorocinkowskiego, który usiłował wyperswadować swemu rozmówcy, iż przyjazd karetki nie jest konieczny. Tłumaczył że to może tylko niegroźna dolegliwość kobieca, że wystarczy jutro wezwać ginekologa. Perswazje jednak pozostały bez skutku. Wezwanie zostało przyjęte. Otrzymałem adres chorej: Szczypiorno - wieś odległa kilka kilometrów od Kalisza. Byłem już gotów do wyjazdu, gdy znów odezwał się telefon. Dzwonił sołtys ze wsi Wolica, odległej o jakieś 10 kilometrów od miasta, ale w innym kierunku. Informował, że 15-letni chłopiec jest ciężko chory, ma ogromne duszności. Nic więcej nie potrafił powiedzieć.

      Krótka narada sztabowa z dyspozytorem. Dokąd jechać najpierw? Do Szczypiorna czy do Wolicy? Kobieta w Szczypiornie ma podobno ciężki krwotok ginekologiczny. Mąż naglił, żeby szybko przyjechać, bo może się wykrwawić... Ale w Wolicy dusi się chłopiec. Może to napad dychawicy oskrzelowej? A może błonica? Żadnych szczegółów niestety nie znamy... Ustalamy więc z panem Dorocinkowskim, że oba wezwania są równie ważne. Trzeba więc jechać w kolejności zgłoszeń. Kierowca dorzuca, że ze Szczypiorna można boczną drogą dojechać do Wolicy, nie wracając do miasta. Siadam więc z sanitariuszem do karetki i ruszamy do Szczypiorna.

      Wkrótce wjeżdżamy w opłotki jakiejś poobszarniczej resztówki. Wchodzę do pokoju chorej. Widzę rozhisteryzowaną młodą kobietę leżącą w łóżku. Jeden rzut oka , krótki wywiad i badanie brzucha - i już wiem, że to po prostu nieprawidłowo przebiegająca miesiączka. Szybko wypisuję skierowanie do ginekologa, nie szczędząc mężowi chorej kilku gorzkich słów prawdy.

      Przerażony tym co mogę zastać w Wolicy, wsiadam do karetki. Boczna droga, o której wspominał kierowca, okazała się niemal nie do przebycia dla naszej staruszki "skody". Jedynym naszym sprzymierzeńcem było jasne, pełne gwiazd niebo. Po prawie godzinnej piekielnej jeździe trafiliśmy wreszcie na gładką szosę i zanurzyliśmy się w cień wolickich lasów. Jeszcze parę minut jazdy długą i prostą jak strzelił "ulicówką". To Wolica. Patrzę na zegarek. Upłynęły już niemal dwie godziny od wezwania. Pędzimy w świetle księżyca przez wieś, wreszcie dostrzegamy czarny tłum na środku drogi. To na pewno tutaj. Zatrzymujemy się. Wysiadam z karetki. Tłum podbiega do mnie. Truchleję z przerażenia. Na twarzach ludzi widzę nienawiść. Wszyscy wymachują w moją stronę pięściami. Groźne słowa krzyżują się w powietrzu: - Mogliśta jutro przyjechać! Czemuśta karawanem nie przyjechali? Jak byśma tak zboża albo mlika nie odstawili albo podatku gruntowego nie płacili, to byśta od razu byli... Zobaczyłem przed sobą groźne twarze i zaciśnięte pięści, zaleciało alkoholem. Mimo to wyciągnąłem z karetki sanitariusza i zdecydowałem się wejść do chałupy. Po drodze oberwałem w głowę od jakiegoś krewkiego sąsiada. W końcu dotarłem do izby, oświetlonej migotliwą lampą naftową. Na sienniku leżał chłopiec, a nad nim zawodziły przeraźliwie baby i dzieci. Nie było wątpliwości, chłopiec nie żył... Dowiedziałem się, że chorował na gruźlicę i był leczony obustronną odmą sztuczną. Tego dnia był w mieście w poradni, gdzie lekarz dopełnił odmę i kazał wracać do domu autobusem. Chłopiec poszedł pieszo. Przypuszczalnie nadmierny wysiłek spowodował pęknięcie uciśniętego płuca i tzw. odmę wentylową. I pomyśleć, gdybym najpierw przyjechał do Wolicy, chłopiec byłby uratowany jednym ukłuciem igły...

      Trzymałem zimną już dłoń chłopca, w której na próżno doszukiwałem się tętna i nie mogłem sobie darować tamtej jazdy do Szczypiorna. Tymczasem sytuacja nasza stawała się z minuty na minutę groźniejsza. Tłum szumiał coraz groźniej. Do sanitariusza ani do kierowcy nikt nie miał pretensji, cała nienawiść kierowała się przeciwko "doktorowi". Wśród klątw i obelg, popychań i poszturchiwań z trudem przedarłem się do karetki. Wiedziałem, że tłumaczenia nic tu nie pomogą. Byłem w tej chwili dla tych ludzi przedstawicielem władzy, która - w ich pojęciu - powinna była im pomóc, a niestety nie pomogła. Gdy ruszyliśmy, na dach karetki spadło kilka kamieni. Były to kamienie, o których się mówi, że długo "leżą na sercu". Te leżą mi na sercu do dziś, choć upłynęło już przeszło 40 lat od owej sierpniowej nocy.

      Dużo satysfakcji dawała mi natomiast praca w Szkole Felczerskiej. Przedziwna była to szkoła, a uczyła się w niej wspaniała młodzież. Wobec masowego napływu młodych ludzi na wydziały lekarskie, które nie były w stanie przyjąć wszystkich chętnych i zasługujących na to, Ministerstwo Zdrowia powołało wówczas w kraju jednorazowo 50 takich szkół, do których przyjmowano wszystkich, nie zakwalifikowanych na studia medyczne. Absolwentom tych szkół gwarantowano po kilkuletniej pracy w służbie zdrowia przyjęcie do akademii medycznych bez egzaminów. Tak więc słuchaczami tych szkół byli młodzi ludzie z nieprawdopodobnym zapałem do nauk lekarskich. Wykładałem w szkole felczerskiej bakteriologię, serologię i immunologię. Wykłady te były dla mnie prawdziwą przyjemnością, gdyż cieszyły się dużym zainteresowaniem młodzieży. Traktowałem mych uczniów jak studentów medycyny, a dziś są oni niemal wszyscy lekarzami.

      Lata pięćdziesiąte były - dla naszego pokolenia - okresem najintensywniejszej, nieomal szaleńczej pracy. Społeczna służba zdrowia, zgodnie z zapowiedziami Manifestu PKWN, a także zgodnie ze społecznym zapotrzebowaniem, rozwijała się dynamicznie, ale lekarzy ciągle brakowało. Gdy tuż po wojnie stanęliśmy do pracy, było nas w Polsce około 7 tysięcy (dla porównania - dziś mamy w kraju około 100 tysięcy lekarzy). Nic więc dziwnego, że w tych latach nie przestrzegano zupełnie godzin pracy. Liczyło się tylko to, aby praca była wykonana. Każdy z nas miał więc po kilka etatów i biegał jak szalony, aby tylko zdążyć wykonać przyjęte na siebie obowiązki. Nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam wszystkie moje funkcje z tamtych czasów, ale byłem wówczas na pewno - o czym już pisałem - kierownikiem pracowni analitycznej i asystentem oddziału wewnętrznego w szpitalu, kierownikiem pracowni analitycznej Ubezpieczalni Społecznej, wykładowcą w szkole felczerskiej a także w szkole pielęgniarskiej, poza tym kierownikiem punktu krwiodawstwa, lekarzem szkolnym w Liceum im. Adama Asnyka, biegłym sądowym, no i oczywiście pełniłem także dyżury w szpitalu i pogotowiu ratunkowym. Gdy z biegiem lat lekarzy przybywało, trzeba było pomyśleć o miejscach pracy dla nich. Dopiero wówczas wydziały zdrowia a także wydziały finansowe zaczęły rozliczać nas z godzin pracy. Pamiętam, że w roku 1955 zostałem wezwany do ratusza, gdzie kierownik wydziału finansowego zapytał mnie dobrodusznie, jak to jest możliwe, że pracuję 26 godzin na dobę. Okazało się bowiem, że tyle godzin winny przepisowo obejmować wszystkie moje etaty. Niewiele myśląc odpowiedziałem, że wstaję dwie godziny wcześniej... Uśmialiśmy się obaj serdecznie. Z czasem jednak zacząłem powoli wyzbywać się niektórych moich obowiązków, tym bardziej, że otrzymałem nowe, jeszcze bardziej absorbujące.

Krew - dar życia

      Jak już wcześniej wspomniałem, do moich rozlicznych obowiązków należało także prowadzenie punktu krwiodawstwa, który powstał w kaliskim szpitalu w roku 1949 jako ekspozytura Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa w Poznaniu. Ponieważ w zatłoczonym i pękającym w szwach gmachu szpitalnym nie udało się znaleźć choćby "kącika" dla punktu, umieszczono go po prostu w mojej pracowni analitycznej.

Dyr Pniewski      W kwietniu 1951 roku zostałem wezwany do wojewódzkiego Wydziału Zdrowia w Poznaniu, gdzie zaproponowano mi stanowisko pełnomocnika do spraw budowy i organizacji Stacji Krwiodawstwa w Kaliszu. Budowa ta była logiczną konsekwencją nieprawdopodobnie szybkiego rozwoju naszego punktu krwiodawstwa, który po dwóch latach osiągnął produkcję krwi konserwowanej równą mniejszym stacjom krwiodawstwa. Kaliskie Przedsiębiorstwo Budowlane, które podjęło się tej inwestycji kierowane przez mego szkolnego kolegę inżyniera Henryka Kinastowskiego - spisało się na medal. W ciągu roku stacja była gotowa, a w grudniu 1952 roku została uroczyście oddana do użytku przy udziale przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia, władz wojewódzkich z Poznania oraz Instytutu Hematologii w Warszawie. W tym czasie otrzymałem nominacji: na stanowisku dyrektora stacji i odtąd przyszło mi kierować nie tylko całą diagnostyką laboratoryjną, ale także służbą krwi, która swym zasięgiem obejmowała - poza Kaliszem - także 9 południowo-wschodnich powiatów województwa poznańskiego. I znów trzeba było zaczynać wszystko od początku. Ponieważ w Kaliszu była to zupełnie nowa gałąź medycyny, zacząłem oczywiście od szkolenia personelu, ale i sam musiałem się jeszcze wiele nauczyć.

      Były to czasy, gdy transfuzjologia rozwijała się milowymi krokami. Podstawą tego rozwoju były, dokonane w latach wojny, osiągnięcia dwóch zwycięskich mocarstw: ZSRR i USA. Związek Radziecki był pionierem konserwacji krwi, a Stany Zjednoczone - liofilizacji czyli suszenia osocza.

      W roku 1957 zostałem skierowany przez Ministerstwo Zdrowia na sześciotygodniowy pobyt naukowy do Związku Radzieckiego. Przebywałem tam m. in. w Centralnym Instytucie Przetaczania Krwi w Moskwie u prof. Bagdasarowa i w Instytucie Przetaczania Krwi w Leningradzie u prof. Kisielowa. Placówki te należały wówczas do światowej czołówki w dziedzinie transfuzjologii. Szczególnie zainteresowało mnie tam wówczas wykorzystywanie do przetaczania krwi łożyskowej, która u nas była używana jedynie sporadycznie jako surowiec do preparowania gammaglobuliny i albuminy.

      Po powrocie zaproponowałem więc ministerstwu podjęcie próby zorganizowania w Kaliszu doświadczalnego ośrodka krwiodawstwa łożyskowego. Ówczesny minister zdrowia, prof. dr Rajmund Barański, który był pediatrą, ogromnie zainteresował się tym projektem. Przekonałem go właściwie jednym argumentem, że krew ta - ze względu na jej wysoką wartość leczniczą - nadaje się szczególnie dla dzieci chorych. Dzięki akceptacji ministerstwa i przychylności dyrekcji kaliskiego szpitala narodził się w Kaliszu ów doświadczalny ośrodek. Opracowałem metodykę badań i technikę pobierania krwi łożyskowej. Dzięki życzliwej pomocy ordynatora oddziału położniczego, doktora Karola Piotrowskiego i jego asystentów, a przede wszystkim doktor Izabelli Kujawińskiej, mogłem rozpocząć na szerszą skalę pobieranie krwi na sali porodowej. Nasze badania wykazały, że krew łożyskowa nie ustępuje jakościowo krwi uzyskiwanej od innych dawców, a nawet ją przewyższa (hemoglobina, hormony). Udowodniliśmy też, że jej pobieranie nie zagraża noworodkowi, czego szczególnie się u nas obawiano. Ordynatorzy oddziałów dziecięcego i noworodków, doktor Władysław Fisz i doktor Alfred Koszutski stosowali tę krew u chorych dzieci z bardzo dobrymi wynikami. Niestety koszt jej pobierania i konserwowania był znacznie wyższy niż krwi od innych dawców, co stanęło na przeszkodzie szerszemu rozpowszechnieniu tej praktyki. Całokształt naszej wiedzy i doświadczeń, związanych z wykorzystywaniem krwi łożyskowej, zawarłem w naukowym opracowaniu. Pierwsza w polskim piśmiennictwie praca naukowa na ten temat stała się także podstawą do nadania mi w maju 1962 roku stopnia doktorskiego przez Łódzką Akademię Medyczną.

      Drugim tematem, który szczególnie zainteresował mnie w tych latach burzliwego rozwoju transfuzjologii, był konflikt serologiczny między matką i płodem oraz możliwość zastosowania transfuzji wymiennej u "konfliktowych" noworodków. Badania te, kontynuowane potem już w Łodzi, zaowocowały w roku 1969 wydaniem książki na ten temat, znów pionierskiej w naszym piśmiennictwie.

      Praca w stacji krwiodawstwa wciągnęła mnie tak bardzo, że nie mogłem już podołać wszystkim moim obowiązkom. Najpierw zrezygnowałem więc z funkcji lekarza szkolnego w Liceum A. Asnyka, potem z wykładów w szkole felczerskiej. W roku 1959 poprosiłem o zwolnienie ze stanowiska kierownika pracowni analitycznej w szpitalu. Nie bałem się o przyszłość tej pracowni, której poświęciłem tyle moich sił, pozostawiałem tam przecież tak znakomity zespół pracowników. Doktor Maria Godlewska z racji swych wysokich kwalifikacji zawodowych w pełni zasługiwała na to, aby kierować tą placówką. Ale i ona w niedługim czasie odeszła moim tropem. Poświęciła się immunologii w naszej stacji krwiodawstwa, gdzie pracuje do dziś, przynosząc chlubę tej placówce. Decyzja doktor Godlewskiej zapoczątkowała exodus innych osób z szpitalnej pracowni analitycznej. I tak rozsypał się ten nasz wspaniały zespół, z którym tak świetne mi się pracowało.

      Tymczasem zespół pracowników kaliskiej stacji krwiodawstwa rozrastał się. Znalazły się w nim również moje szpitalne laborantki (Eugenia Głowinkowska, Bożena Abkowicz, Stefania Wolniak) a także szpitalne pielęgniarki (Halina Jabłońska, Helena Dudlej, Aleksandra Bednarek). W tych czasach działały już państwowe szkoły laborantek medycznych, do pracy zgłaszały się więc dziewczęta nieźle przygotowane teoretycznie. Także absolwentki wydziałów biologii i farmacji chętnie podejmowały pracę w służbie krwi.

      Punktem zwrotnym w rozwoju kaliskiej stacji było uruchomienie produkcji płynów konserwujących w czerwcu 1953 roku; następnie utworzenie nowych punktów krwiodawstwa w Turku, Pleszewie i Ostrzeszowie; wreszcie rozpoczęcie w roku 1957 prac nad liofilizacją osocza. Stało się to możliwe dzięki temu, iż kaliska stacja otrzymała -pochodzącą z ekspozycji na Międzynarodowych Targach Poznańskich - francuską aparaturę liofilizacyjną marki "Usifroid", opartą na metodzie Levine'a. W roku 1957 był to ostatni krzyk techniki medycznej i przedmiot zazdrości wszystkich stacji krwiodawstwa w Polsce. Dziś ten wysłużony aparat stoi gdzieś w kącie w charakterze eksponatu muzealnego, co jest najlepszym dowodem, jak wielki postęp nastąpił w tej dziedzinie medycyny.

      Kaliska stacja krwiodawstwa - dzięki wysiłkom doktor Godlewskiej - zasłynęła również wkrótce w dziedzinie produkcji surowic wzorcowych do diagnostyki immuno-serologicznej. Tę sławę zresztą utrzymuje do dziś, a surowice testowe jej produkcji są w Polsce wysoko cenione.

      Bez wątpienia nasza stacja przyczyniła się także do rozwoju na szeroką skalę honorowego dawstwa krwi. Zapoczątkowała tę akcję ofiarność słuchaczy Oficerskiej Szkoły Służby Więzienniczej w Szczypiornie; potem włączyły się jednostki wojskowe, wreszcie kaliskie zakłady pracy, przede wszystkim Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego przy ulicy Częstochowskiej. W roku 1959 w pozyskiwaniu krwi od honorowych dawców wyprzedziliśmy wszystkie stacje w kraju.

      Te sukcesy były także powodem, iż raz po raz odwiedzały naszą stację różne delegacje zagraniczne. W okresie pierwszego dziesięciolecia gościliśmy u nas m. in. delegacje z Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Węgier, Bułgarii i Jugosławii. W roku 1957 Instytut Hematologii zorganizował w naszej stacji ogólnopolską naradą służby krwi.

      Wraz z rozszerzeniem profilu działalności stacji, a przede wszystkim gwałtownym rozwojem produkcji krwi i hemopreparatów, trzeba było pomyśleć o przebudowie i adaptacji budynku do nowych funkcji. W tej dziedzinie nieocenione zasługi położyła Zofia Kosińska-Walczak, kierownik administracyjny stacji. W roku 1957 wzniesiono osobny budynek gospodarczy, który pomieścił m. in. pracownię biologiczną i zwierzętarnię. Cały teren został ogrodzony i uporządkowany. Było to jednak tylko przysłowiowe "łatanie dziur".

      W roku 1961 zostałem wezwany do ministerstwa zdrowia i otrzymałem propozycję przeniesienia służbowego do Łodzi, gdzie właśnie rozpoczęto budowę jednej z największych w Polsce stacji krwiodawstwa. Po krótkich wahaniach i kilku zasadniczych rozmowach przyjąłem tę propozycję i opuściłem Kalisz w roku 1962.

      Po moim wyjeździe z Kalisza dyrekcję stacji objął doktor Andrzej Nowak. Był to w dziejach tej placówki okres raczej konsumpcyjny "panis bene merentium" (chleb dobrze zasłużonych). Później na stanowisku dyrektora znalazł się młody i energiczny doktor Zbigniew Uszycki, pełniący tę funkcję do dziś. Pod jego prężnym kierownictwem kaliska stacja znów stanęła w rzędzie najlepszych w kraju. I dawno już zasłużyła sobie na to, aby otrzymać wreszcie nowy gmach, w którym mogłaby w pełni rozwinąć swą działalność - dla dobra ludzi chorych i ku chwale naszego miasta.

Moje społeczne pasje

Mimo tylu zajęć, tak czasochłonnych i tak absorbujących, przez cały 16-letni okres mego powojennego pobytu w Kaliszu znajdowałem także czas na społeczną pracę. Bez niej moje życie byłoby niepełne, więc i jej chcę poświęcić tu parę słów.

      Stałą płaszczyzną tej działalności było Kaliskie Towarzystwo Lekarskie. Utworzone w roku 1877 (zaraz po warszawskim i częstochowskim), legitymujące się ponad stuletnimi tradycjami, KTL należy do najstarszych stowarzyszeń lekarskich w Polsce. Na jego posiedzeniach wygłosiłem co najmniej kilkadziesiąt doniesień i referatów naukowych. Ogromnie lubiłem te spotkania, przede wszystkim z powodu ich niepowtarzalnej atmosfery, którą stwarzał nasz wieloletni prezes, prof. dr Aleksander Januszkiewicz. Były kierownik kliniki chorób wewnętrznych i rektor Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, po wojnie wybrał sobie Kalisz na miejsce stałego pobytu. Tutaj aż do śmierci sprawował funkcję honorowego konsultanta szpitala miejskiego, jak również przewodniczącego Kaliskiego Towarzystwa Lekarskiego, wciąż jednogłośnie wybierany na kolejne kadencje. Profesor mieszkał w XIX-wiecznej kamienicy Wyganowskiego przy alei Wolności (róg Jasnej), zajmując olbrzymie sześciopokojowe mieszkanie, z którego dwa duże pokoje i hall przeznaczył dla Towarzystwa Lekarskiego. Jeden pokój, pięknie urządzony i wyposażony staraniem profesora w pomoce naukowe, służył jako sala posiedzeń. W drugim mieścił się sekretariat i biblioteka. Trzon księgozbioru stanowiły oczywista darowizny profesora. Posiedzenia naukowe odbywały się dwa razy w miesiącu, zawsze w sobotę wieczorem. Po takim posiedzeniu w gronie zaprzyjaźnionych lekarzy udawaliśmy się zazwyczaj na kolację do restauracji "Europejskiej". Niezapomniane były te beztroskie wieczory wśród przyjaciół, które dawały nam trochę odprężenia, tak potrzebnego po ciężkiej i odpowiedzialnej pracy.

      Innym forum mej społecznej działalności był ruch związkowy, z którym byłem związany od momentu, gdy tylko zaczął się on odradzać po wyzwoleniu. Już w sierpniu 1944 roku przewodniczyłem pierwszemu posiedzeniu organizacyjnemu Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia PRL w Otwocku. Było to chyba pierwsze zebranie tego związku w wyzwolonej Polsce. Front stał na Wiśle, z Góry Kalwarii i Jeziornej nękała nas ogniem artyleria niemiecka, a my przy udziale oficerów I Armii Wojska Polskiego organizowaliśmy nasz związek. W Kaliszu bardzo zaangażowanym związkowcem okazał się Eugeniusz Kisman, moja prawa ręka w szpitalnej pracowni analitycznej. Wspólnie z nim wiele lat pracowałem w ruchu związkowym, pełniąc m. in. funkcję wiceprzewodniczącego rady zakładowej.

      Szerokie pole do popisu otwarło się przede mną w roku 1957, kiedy to z listy Frontu Jedności Narodu wybrany zostałem radnym miejskim. Na inauguracyjnym posiedzeniu Rady Narodowej miasta Kalisza powierzono mi funkcję przewodniczącego komisji zdrowia i opieki społecznej. Kierownikiem wydziału zdrowia był wówczas w Kaliszu doktor Józef Makowiec. Jak wiadomo, stosunki między organami przedstawicielskimi a wykonawczymi układają się czasem dość różnie. Współpracę z doktorem Makowcem wspominam jednak z wielką przyjemnością. Cechowała go zawsze ogromna kultura i takt. I choć opinie nasze często różniły się, to przecież dyskusje były zawsze konstruktywne, bo obaj kierowaliśmy się tą samą troską o poziom lecznictwa i opieki społecznej. Podczas tej kadencji rozwiązaliśmy wspólnie wiele palących problemów kaliskiej służby zdrowia. Zdarzały się jednak i postanowienia rady, które dotychczas nie weszły w życie. I tak np. komisja nasza zaproponowała nadanie nazw kaliskim aptekom, rada projekt zatwierdziła, a apteki do dziś noszą tylko numerki.

      Jako radny miejski przeżyłem w tamtych latach znacznie większą porażkę, o której trudno mi do dziś zapomnieć. W związku ze zbliżającym się wielkim jubileuszem XVIII wieków Kalisza wniosłem interpelację do przewodniczącego prezydium rady, którym był wówczas pan Józef Kuznowicz, aby przywrócić dawne historyczne nazwy ulicom kaliskiej starówki. Przykładów podobnych zmian nie brakowało. Dokonały tego już po październiku 1956 Warszawa, Kraków, Poznań i inne miasta. Uważałem, że tym bardziej należy to uczynić w najstarszym mieście Polski. Proponowałem, aby nazwiskami wielkich działaczy politycznych i bohaterów ostatniej wojny nazwać ulice i place w nowoczesnych dzielnicach, a średniowieczną część miasta pozostawić z jej historycznymi nazwami jako zabytek tamtych czasów. Interpelację moją ponawiałem na kilku kolejnych posiedzeniach rady, ale odpowiedzi nie otrzymałem żadnej. W końcu napisałem list do ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza, prosząc go o zajęcie stanowiska w tej sprawie. Zamiast odpowiedzi zjawił się w Kaliszu sekretarz premiera, pan Henryk Naskręt, który zaprosił mnie do kawiarni na półprywatną rozmowę. Radził mi wówczas poufnie, abym zaniechał dalszej walki, bo co innego stolica, a co innego prowincja... Poczułem się trochę dotknięty tym epitetem, choć po prawdzie był Kalisz wówczas tylko miastem powiatowym. Proszę sobie wyobrazić moją radość, gdy w 20 lat później w "Ziemi Kaliskiej" z kwietnia 1980 roku przeczytałem artykuł, informujący, iż na posiedzeniu Społecznego Komitetu Odnowy Kaliskiej Starówki przy udziale I sekretarza KW PZPR, wojewody kaliskiego i prezydenta miasta - omówiono pozytywnie sprawę przywrócenia historycznych nazw kaliskim ulicom. Jednakże i tym razem skończyło się na obietnicach!

      Jubileusz XVIII wieków Kalisza. Niezapomniane buły to dni! Jeszcze dziś się cieszę, że los pozwolił mi brać czynny udział w tym wielkim wydarzeniu. Kulminacyjnym punktem obchodów tyła uroczysta sesja rad narodowych miejskiej i powiatowej w gmachu teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w dniu rocznicy wyzwolenia miasta, 23 stycznia 1960 roku. Rząd PRL reprezentował na tej uroczystości wicepremier Piotr Jaroszewicz, a stołeczne miasto Warszawę - prezydent Zygmunt Dworakowski, który tak pięknie rozpoczął swe przemówienie: "Stolica kłania się praojcu polskich miast!" Rada Narodowa miasta Kalisza obdarowała swym najwyższym odznaczeniem - tytułem Honorowego Obywatela Miasta - dwoje wielkich twórców polskiej kultury, urodzonych w tych stronach i przez kaliskie szkoły wychowanych: Marię Dąbrowską i Tadeusza Kulisiewicza. Dąbrowską witałem osobiście na dworcu jako przedstawiciel komitetu jubileuszowego 22 stycznia wieczorem. Po uroczystej sesji odbył się wspólny obiad w sali recepcyjnej kaliskiego ratusza.

Obchody jubileuszowe poprzedziła fala dyskusji nad związkami współczesnego Kalisza i starożytnej Kalisii. Wiele trzeba było zabiegów, nim wreszcie Ogólnopolski Komitet Obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego zdecydował się na włączenie kaliskiego jubileuszu do programu uroczystości millenijnych. Ów historyczny awans zawdzięczamy przede wszystkim greckiemu geografowi, Klaudiuszowi Ptolemeuszowi z Aleksandrii, który w II wieku n. e. zapisał na swej mapie nazwę Kalisii, a także archeologicznym badaniom i publikacjom naukowym doc. Krzysztofa Dąbrowskiego, który potwierdził starożytne rodowody Kalisza i rozsławił jego imię w kraju i za granicą.

      Po tych wspaniałych uroczystościach jubileuszowych coś się zaczęło jednak zmieniać w mym rodzinnym mieście. Narastała inna atmosfera. Skończyła się kadencja rady narodowej, a do następnej już nie wystawiono mojej kandydatury. Wokół mej osoby narastał wyraźny chłód. Nie widziałem już żadnej możliwości dalszej twórczej pracy w Kaliszu. Dlatego zainteresowała mnie propozycja przeniesienia do Łodzi. W innych warunkach zapewne nie skorzystałbym z niej. Wszak kiedyś przed laty przyrzekłem sobie pracować póki sił dla mojego miasta. W tamtej sytuacji zdecydowałem się jednak opuścić Kalisz i 1 lutego 1962 roku zostałem dyrektorem Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa w Łodzi.

Klan asnykowców

      Moje kaliskie wspomnienia dobiegają końca, dlatego chcę raz jeszcze wrócić do spraw najbliższych sercu - do mojej szkoły, dzięki której mój kontakt z rodzinnym miastem jest nadal żywy.

      Gdy tylko w roku 1946 gmach szkolny został przywrócony prawowitemu właścicielowi, natychmiast pobiegłem zajrzeć do wnętrza szkoły. Z wielkim nabożeństwem i wzruszeniem wstąpiłem w szacowne mury. Zauważyłem pewne przeróbki wnętrz, przede wszystkim brak balkonu w auli, na którym grzmiała nasza szkolna orkiestra podczas każdej większej uroczystości. Na ten balkon wchodziło się po żelaznych schodkach, a stamtąd można było dostać się jeszcze wyżej - na strych. Czasem ukrywaliśmy się tam, gdy groziła dwója na którejś z lekcji. Błądząc po szkolnym gmachu odnajdowałem kolejno moje klasy. Jak żywe stanęły mi w oczach dawne lekcje - te pasjonujące z dreszczykiem, z których wynosiliśmy najwięcej; te zimne, przepisowe, z których niewiele pozostawało nam w pamięci; i te zupełnie wariackie, podczas których klasa wręcz szalała... Długie 13 lat rozłąki ze szkołą uczyniły mi ten gmach szczególnie drogi. A po przeżyciach wojennych lat, pełnych śmierci i zgliszcz, witałem starą szkołę jak ostatnie sanktuarium pamiątek i wspomnień najbliższych sercu.

      Potem przyszły gorączkowe prace organizacyjne pierwszego powojennego zjazdu wychowanków, który odbył się w dniach 25-26 maja 1947 roku. To spotkanie po latach szczególnie ekscytowało moich rówieśników, nasze roczniki złożyły bowiem najwięcej ofiar w latach wojny. Chcieliśmy dowiedzieć się, kto przeżył, gdzie teraz jest i co robi, ilu nas zostało. Dziś z perspektywy ponad 40 lat muszę przyznać, że choć byłem jednym z aktywniejszych organizatorów zjazdu i nawet naczelnym redaktorem zjazdowej "Jednodniówki" - zawiódł on moje nadzieje. Może dlatego, że wśród uczestników odnalazłem niestety bardzo niewielu moich kolegów. Wielu z nich zginęło na różnych frontach wojny, innych losy rzuciły za granicę, skąd nie mogli do nas przyjechać. Ale i ci, którzy przyjechali, byli jacyś inni, obcy, unikali szczerych rozmów. Były to niestety takie czasy, kiedy jeden człowiek bał się drugiego, jeden drugiemu nie ufał... Najwięcej radości sprawili mi moi profesorowie: Krzysik, Żarnecki, Pstrokoński, Nowosielski, Kuczewski. Gospodarzem zjazdu był ówczesny dyrektor liceum, profesor Ludomir Fabrycy. Ogromnie ucieszyłem się widząc na zjeździe panią Kujawińską, długoletnią sekretarką naszego gimnazjum. Burzę oklasków wywołała depesza od pani profesor Darewskiej-Weryho, naszej przemiłej germanistki, która choć nie mogła przybyć na zjazd, nie zapomniała o swych uczniach.

      Zjazd przeminął, uczestnicy rozjechali się, a ja zostałem w Kaliszu i przez następne 15 lat co najmniej dwa razy dziennie przechodziłem obok mojej szkoły. Przez te lata rozleciała się doszczętnie ta garstka ludzi z mej szkoły, którą jeszcze spotkałem po wojnie. Wstyd przyznać się, ale i uczucia moje wobec tego gmachu nieco ostygły. Już nie ciągnęło mnie, aby wejść do środka, rozejrzeć się i sprawdzić, czy coś się nie zmieniło. Tam byli już nowi ludzie, z których nikt mnie nic znał. "I nawet mury wahają się szkolne rozpoznać we mnie swe dziecko swawolne..." Jedyną osobą, która przetrwała wszystkich pedagogów i którą witałem zawsze z niesłabnącą sympatią, była pani Kujawińska. Często rozmawiając z nią myślałem sobie, że jednak szkoła to przede wszystkim ludzie. To oni tworzą ten twórczy zgiełk wypełniający mury, nadają im prawdziwą treść.

      Na drugi powojenny zjazd w 1957 roku szedłem trochę z lękiem, aby nie okazał się podobny do pierwszego i trochę z nadzieją, że jednak będzie inny. Rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Ten drugi zjazd był najmilszym, najserdeczniejszym spotkaniem z moją szkołą od chwili, gdy po maturze opuściłem jej mury. Sprawił to niezapomniany polski październik 1956, który odmienił życie w całym kraju. Zjazd był bardzo liczny. Prawdziwą niespodzianką był przyjazd naszej długoletniej nauczycielki historii, pani dr Melanii Brokmanowej, która wówczas piastowała stanowisko dyrektora departamentu w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego. Nie zawiódł nas i tym razem profesor Krzysik, który przybył wraz z małżonką, także kiedyś naszą nauczycielką. Zupełnie nieoczekiwanie ujrzałem w tłumie moją nauczycielkę geografii z pierwszej klasy panią Marię Tyblewską, nauczyciela gimnastyki pana Baworowskiego, a nawet naszego komendanta przysposobienia wojskowego porucznika Jabłońskiego. Zjawił się również profesor Kuczewski i na uroczystej akademii zjazdowej wygłosił tak "państwowotwórcze" przemówienie, o jakie nigdy bym go nie posądził.

      Absolwentów i wychowanków szkoły zjechały się całe tłumy, ale z mojego rocznika maturalnego naliczyłem tylko sześciu kolegów. Atmosfera zjazdu była niezwykle serdeczna. Odczytano wiele depesz, także zza granicy. Entuzjazm przeszedł wszelkie oczekiwania i osiągnął punkt kulminacyjny na koleżeńskim obiedzie, podczas którego rej wodził po staremu nasz - znany zawsze z dobrego humoru - kolega, Jurek Pawłowski (nie żyjący już dziś lekarz chirurg). Powróciły znów wspomnienia, ożyły dawne przeżycia, odnowiły się więzy przyjaźni ze szkolnych lat - a to jest przecież najgłębszą treścią i najszlachetniejszą intencją tych szkolnych zjazdów. I znów innymi oczami spoglądałem na gmach szkoły. Jej okna nie były już dla mnie - jak poprzednio - martwymi oczodołami. Były to dobre, kochane oczy, w których płonie wieczna młodość.

      Warto tu również wspomnieć zjazd wychowanków wszystkich kaliskich szkół średnich, który towarzyszył obchodom jubileuszu XVIII wieków Kalisza. Spotkaliśmy się wtedy z dziewczętami, z którymi bawiliśmy się na szkolnych potańcówkach, a także z kolegami, z którymi kruszyliśmy kopie podczas sportowych zawodów międzyszkolnych lub też mierzyliśmy siły na polu literackim czy na deskach scenicznych. Zjawili się nawet ci koledzy, których los rzucił na inne kontynenty. Ten zjazd był zupełnie inny niż spotkanie "asnykowców". W tym tłumie zapominało się o własnej "budzie", a krąg wspomnień rozszerzał się poza jej mury i obejmował wszystkich rówieśników, którzy przed laty wypełniali radosnym zgiełkiem ulice miasta naszej młodości. Było to prawdziwe święto młodości, choć uczestniczyli w nim ludzie w bardzo różnym wieku. I tak obok mnie - przedwojennego "asnykowca" - był także na tym zjeździe mój syn Bartek - powojenny "kościuszkowiec", student Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Jego prace znalazły się na wystawie dorobku plastyków kaliszan, zorganizowanej dla uczczenia jubileuszu miasta.

      Wkrótce potem osiadłem na stałe w Łodzi, a oddalenie od rodzinnego miasta zrodziło nostalgię i potrzebę powrotu do wspomnień. Wyszukałem więc w Łodzi prawie dwudziestu asnykowców. Zaproponowałem im stałe comiesięczne spotkania koleżeńskie. Łódzka kawiarnia "Agawa" stała się odtąd dla nas cząstką Kalisza. Tutaj rozmawiamy wyłącznie na kaliskie tematy. Tu każdy z nas, kto ostatnio odwiedził rodzinne miasto, zobowiązany jest do dokładnego sprawozdania. Zasypujemy go pytaniami: - Jak wygląda szkoła? Jakich znajomych spotkałeś? Co się zmieniło w mieście? Itd... Cieszymy się każdą dobrą wiadomością, martwimy złymi nowinami. Gdy w grudniu 1973 roku podczas pożaru w kościele św. Mikołaja spłonął lub może został skradziony kaliski obraz Rubensa "Zdjęcie z krzyża", żałoba zapanowała w "Agawie". Tak dobrze znaliśmy to arcydzieło. Przez tyle lat co niedzielę na szkolnym nabożeństwie wpatrywaliśmy się w te pełne wyrazu postacie, podziwialiśmy niedościgły koloryt tej sceny, poddając się nastrojowi tej jakże niezwykłej śmierci.

      W tym samym 1973 roku poruszyła nas wszystkich wieść o IX Nadzwyczajnym Zjeździe Wychowanków naszej szkoły z okazji jej 200-lecia i 50-lecia nadania imienia Adama Asnyka. Znów zawrzało w naszym łódzkim klubie jak w ulu. Narobiliśmy tyle szumu w "Agawie", że nawet starzy bywalcy kierowali w naszą stronę zdumione spojrzenia. Odłożyliśmy urlopy i najpilniejsze prace, zrezygnowaliśmy z posiedzeń i zjazdów naukowych, byle tylko wziąć udział w tym koleżeńskim spotkaniu w rodzinnym mieście. Był to mój pierwszy zjazd po opuszczeniu Kalisza.

      Zjazd wyznaczony był na 22-23 września. Zjawiłem się w Kaliszu już w przeddzień rano, aby obejrzeć miasto, odwiedzić stare kąty i wydeptani młodu ścieżki. Miasto wydało mi się najpiękniejsze na świecie! IX Nadzwyczajny zjazd rozpoczął się w sobotę 22 września 1973 roku. Tłum ludzi znów wypełnił zgiełkiem i entuzjazmem szkolne klasy i korytarze, dziedziniec, a nawet całą ulicę Grodzką przed starym gmachem. Tłum ludzi w różnym wieku, ale jednakowo podnieconych, rozbieganych, gestykulujących, otwierających co chwilę ramiona. Szeroko roześmiane twarze, przyjazne gesty, wesołe okrzyki, imiona nagle przywoływane z mroków pamięci, opowiadania rozpoczynające się nieodmiennie od magicznego słowa: - Pamiętasz... Jedna wielka eksplozja radości! Powrót choć na chwilę w szczęśliwe szkolne lata. To właśnie pierwsze spotkanie ze szkołą, te powitania i pierwsze rozmowy - to był najpiękniejszy moment zjazdu. Potem było już tylko drętwe oficjalne posiedzenie w teatrze, beznamiętnie wygłaszane przemówienia z kartki. Mieliśmy żal do organizatorów także o to, że nie zaprosili na zjazd jedynego żyjącego jeszcze naszego nauczyciela, profesora Krzysika, który gorzko odczuł to zapomnienie.

      Zdarzył się jednak w czasie tego zjazdu - podczas odsłaniania tablicy pamiątkowej na gmachu szkoły - pewien epizod, godny chyba zapamiętania. Na budynku szkolnym, o czym już wcześniej pisałem, wisi stary dzwon, którego dźwięk obwieszczał m. in. rozpoczęcie strajku szkolnego w roku 1905. Niegdyś oznajmiał on początek i koniec każdej pauzy lekcyjnej. Odkąd zaś wprowadzono dzwonki elektryczne, historyczny dzwon odzywa się tylko w szczególnie uroczystych momentach. W chwili odsłaniania tablicy upamiętniającej zjazd miał takie zabrzmieć. Kiedy jednak woźna pociągnęła za sznur, ten zerwał się, a serce dzwonu uderzyło tylko raz w spiżowy kielich. Usłyszeliśmy tylko jeden, ale jakże wymowny, jakże bliski sercu i znajomy dźwięk! I choć był to tylko jeden dźwięk - przerwany, niedokończony, szczątkowy - jego spiżowy pogłos obiegł pierzeje starego szkolnego gmachu i długo trwał w powietrzu. Był to chyba drugi moment zjazdu, dla którego warto było tutaj przyjechać.

      Dużym przeżyciem były za to dla nas kulisy zjazdu. Kolega Henryk Kinastowski obwoził nas po mieście i pokazywał - jak dobry gospodarz - co już tu wybudował i co jeszcze chce zrobić. Nieżyjący już kolega Janusz Dymecki, wówczas kierownik restauracji rybnej "Kalmar", podejmował nas gościnnie w swym lokalu. A dania z tołpygi, które osobiście serwował nam szef kuchni Lechosław Pietrzak, były godne królewskiego stołu. Przy dobrych trunkach i zakąskach znów odżyły wspomnienia, w opowiadaniach materializowały się postacie nieobecnych lub nieżyjących już profesorów i kolegów.

      Uroczysty obiad odbył się w historycznym klubie zimowym Kaliskiego Towarzystwa Wioślarskiego w parku miejskim. To gigantyczne przyjęcie, podczas którego prawie tysiąc osób zasiadło przy wspólnym stole, stanowiło chyba apogeum zjazdu. Tu wreszcie zebraliśmy się wszyscy razem, aby - póki sił starczy - wznosić toasty za naszą którąś tam z rzędu młodość, aby przeżywać wzruszenie w tak wielkiej dawce, że aż bałem się o moje "zawałowe" serce. "Chwila dziwnie osobliwa..." - chciałoby się rzec słowami gospodarza z "Wesela". Tym bardziej, że autentyczny gospodarz z wystawionego przez nas przed laty na scenie w Domu Rzemieślników dramatu Wyspiańskiego, kolega Henryk Chenczke siedział między nami zdrów i cały, tylko włosy mu mocno posiwiały. - Ale poruszał się tak samo żywo i zwinnie jak w tamtych czasach, gdy na scenie pod wpływem słów Wernyhory wskakiwał na kanapę, by porwać ze ściany karabelę. Siedział też między nami Stańczyk z "Wesela", kolega Stanisław Piątkowski, profesor Akademii Medycznej w Lublinie, tak samo młody jak dawniej - i cytował: "Puszczyku! zgrałeś się przy zielonym stoliku, czy z kobietami w gorączce opętałeś duszę mdłością..." Mimo wszystko wielkie były te dwusetne urodziny naszej szkoły.

      W roku 1978 odbył się następny zjazd asnykowców. Niestety, gdy już wychodziłem z domu na dworzec, serce odmówiło mi posłuszeństwa. Zmuszony byłem zrezygnować z podróży. Sprawozdania z X Jubileuszowego Zjazdu Wychowanków wysłuchałem na kolejnym spotkaniu w "Agawie".

      Mieszkając i pracując już od tylu lat w Łodzi, czasem przyjeżdżam sobie do mego rodzinnego miasta. Spaceruję jednak tylko po starówce i po parku, starannie omijam nowe dzielnice. Gdy opuszczałem Kalisz, miał on tylko jedną nową dzielnicę mieszkaniową przy ulicy Bankowej. Domy zbudowane z cegły, zwieńczone wysokimi dachami krytymi czerwoną dachówką nieźle harmonizowały z architekturą starej części miasta. Teraz jednak wokół Kalisza wyrosły całe dzielnice smutnych betonowych bloków. Te osiedla zbudowane z brzydkich klocków niczym się nie różnią od podobnych dzielnic w innych miastach. Dlatego nie interesują mnie one zupełnie. To nie jest mój Kalisz! A ponieważ od szkolnych lat nie mogę wyleczyć się z pisania wierszy, po którymś tam powrocie z Kalisza napisałem:

      Gdy przybywam i patrzę na nowe - nie wierzę, że to miasto jest moje i tu byłem dzieckiem. Dopiero w dolinie, gdzie tłok dachów, wieże, poznaję dawne kształty mgliste i niebieskie...

Jeżeli udało mi się wskrzesić na tych stronicach, widziany z oddali czasu i przestrzeni, obraz mojego Kalisza i zaludnić go postaciami z mojego pokolenia - cel tej książki został osiągnięty. Dobrze jest bowiem starszym powspominać, a młodym ożywić wyobraźnię, aby wiedzieli, jak ongiś bywało...

POSŁOWIE

       Rodzicielska mogiła na starym cmentarzu w obcym wielkim mieście. Przychodzę tutaj często w dni powszednie i w każdą niedzielę. To tak, jakbym kontynuował tradycję niedzielnych wizyt u rodziców w czasach, gdy jeszcze mieszkałem w rodzinnym mieście. Przychodziłem wtedy do nich na długie przyjacielskie rozmowy. Mądrość rodzicielska była dla mnie zawsze drogowskazem na krętych ścieżkach życia. Wiem, że rodzice mają do mnie żal o to, że ułożyłem ich do snu wiecznego w tym obcym mieście, z dala od ukochanego Kalisza. Myślę, że Bóg daruje mi ten egoizm. Pragnąłem bowiem mieć ich przy sobie. Mam też nadzieję, że Bóg daruje mi również kłamstwo wyryte na granitowej tablicy. Napis głosi, że spoczywa tu także mój najmłodszy brat Henryk, uśmiercony pociskami hitlerowskiego plutonu egzekucyjnego. W rzeczywistości oprawcy wrzucili jego ciało do ciężarówki i wywieźli w nieznanym kierunku.

      Dziś - po latach - idę wolno aleją cmentarną, rozglądam się i rozmyślam. Jest wczesna wiosna, ale niebo nie zachwyca błękitem nie skrzy promieniami słońca. Cały przesiąknięty mgłą i mżawką omijam kałuże. Gdyby nie świergot wróbli, pokrzykiwania srok i gruchanie turkawek, gdyby nie rude wiewiórki skaczące po drzewach można by sądzić, że to jesień. Ta pora roku, ociekająca strumieniami deszczowych łez, zawsze bardziej harmonizowała mi z tym miejscem, gdzie wiecznym snem śpią ci, którzy kiedyś kochali i nienawidzili, tworzyli lub po prostu pracowali w trudzie dla dobra tej ziemi.

      Stary to cmentarz, najstarszy w tym wielkim mieście. Wiele tu pomników, krzyży, obelisków. Niektóre z nich pełne niezrównanej prostoty i głębokiego wyrazu, inne pretensjonalne, brzydkie i krzykliwe, pełne bogactwa i pychy. To żywi mówią za umarłych... Mijam niebotyczny krzyż ustawiony na chwałę tych, którzy gdzieś tam, zapomniani przez Boga i ludzi - oddali życie ojczyźnie. Idę do rodziców jak dawniej, gdy żyli. Wiem, że mnie tam oczekują świadomi, jak bardzo potrzebna jest mi rozmowa z nimi. Tylko im mogę zawsze wszystko opowiedzieć, tylko oni zawsze wszystko zrozumieją, wybaczą, za nic nie potępią... Zdążyłem już przyzwyczaić się do milczenia mogiły i do własnego milczenia. Nauczyłem się tu - wśród tej ciszy cmentarnej - tak właśnie z nimi rozmawiać.

      Idę więc w ten kwietniowy niedzielny poranek do nich. Minąwszy wielki krzyż, przyspieszam kroku, bo to już bliziutko. Patrzę w kierunku mogiły i nagle staję zdumiony. Przy grobie stoi wysoka postać w czerni, na płycie obok świeżych kwiatów płonie znicz. Podchodzę bliżej i widzę staruszkę o siwych włosach, zmęczonych i jasnych oczach, ostrych rysach twarzy. Wargi jej szepczą: "Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie..." Zatrzymuję się obok tej kobiety, a ona widząc w mych rękach kwiaty, wskazuje na mogiłę i pyta:

- Pańscy bliscy?
- Rodzice... - odpowiadam.
- Mój Boże! Już trzeci raz tu jestem i wreszcie kogoś spotykam! Dziwi się pan zapewne, co tu robię, dlaczego składam kwiaty na grobie pańskich rodziców... Jestem matką Andrzeja Kałużniaka. Na pewno rodzice panu o nim opowiadali...

      Tak, nagle wszystko stało się jasne. To matka tego bohaterskiego chłopca, który jako kurier podejmował się najbardziej niebezpiecznych misji, a przedzierając się do Berlina po drodze kwaterował u moich rodziców w Kaliszu. Oni pokochali go jak syna i ciężko opłakali jego śmierć. Opowiadali mi wiele o nim. Jego matka była nauczycielką w Warszawie, ojciec zginął we wrześniu 1939 roku. W roku 1942 podporucznik AK Andrzej Kałużniak (pseudonim konspiracyjny "Jacek") został ujęty przez gestapo w łodzi, a następnie rozstrzelany w głośnej egzekucji stu więźniów w Zgierzu.

- Jak to się stało, że trafiła pani na ten grób?
- Gdyby pan słyszał, jak mój Andrzej opowiadał o pańskich rodzicach. Z jaką miłością! Tam w Kaliszu był jego drugi dom... Po powstaniu warszawskim musiałam - jak inni - opuścić miasto, nie miałam gdzie się podziać. Wtedy przypomniałam sobie pańskich rodziców i postanowiłam dotrzeć do Kalisza. Nie udało mi się jednak przekroczyć granicy guberni, zatrzymałam się w Głownie u jakichś dobrych ludzi. Po wyzwoleniu wróciłam do Warszawy, ale mój dom był jednym wielkim rumowiskiem. Przyjechałam więc do Łodzi, zaczęłam tu pracować - i tak już zostało... W czasie jednej z corocznych uroczystości przed pomnikiem stu straconych w Zgierzu przypadkowo poznałam byłego oficera AK, który znał dobrze losy całej pańskiej rodziny... Jestem już trzeci raz przy tym grobie!

      Długo jeszcze gawędziłem z matką bohatera na tym starym cmentarzu. Spotkanie to było dla mnie wielkim przeżyciem. Przypomniałem sobie, że gdy budowałem nagrobek moim rodzicom, kamieniarz upierał się, aby wykuć na nim znany cytat z Horacego. Nie zgodziłem się, wydawało mi się wtedy, że słowa starożytnego poety mocno się zdewaluowały. Czas jednak sam umieścił na tym grobie ogromną, złotem pisaną, inskrypcję: NON OMNIS MORIAR.

 

   Ten link przeniesie Cię na górę strony