POWRÓT I UCIECZKA

 ROZDZIAŁ VI

Pierwszy spacer po latach

      Nie pamiętam dokładnej daty, ale było to około 20 czerwca 1946 roku, gdy już zwolniony z wojska, ale jeszcze w żołnierskim mundurze, wysiadałem na kaliskim dworcu z pociągu po ponad sześcioletniej nieobecności w rodzinnym mieście. Wzruszenie moje było ogromne. Byłem świadomy lat, które upłynęły; świadomy tego, jak bardzo zmieniło się miasto i jak bardzo mnie zmieniły przeżycia tych straszliwych sześciu lat. A jednak poczułem się znów młodym chłopcem, gdy tak w długich butach i wojskowym mundurze maszerowałem ulicą Górnośląską. Rozglądałem się wokoło szukając znajomych miejsc i z radością odnajdując ślady mego dzieciństwa i młodości. Zatrzymałem się przed secesyjnym jednopiętrowym budynkiem, na którego szczytowej ścianie wyzierał spod tynku jakże mi znajomy napis: International Hotel i Restauracja. Tu w tym hoteliku urządzaliśmy sobie w roku 1933 potajemną składkową "studniówkę", zakrapianą trochę (o zgrozo!), alkoholem.

      Idąc w stronę śródmieścia, ze wzruszeniem obserwowałem, jak z każdym krokiem przybliża się do mnie zamglona panorama miasta zamknięta w charakterystycznej niecce. Rozpoznawałem znajome wieże kościołów i ratusza. Zaraz też zauważyłem brak wieży kolegiackiej, trafionej - jak się później dowiedziałem - pociskiem artyleryjskim w czasie walk o miasto. Zdumiałem się na widok jadącego ulicą Górnośląską autobusu - piętrusa. W życiu nie widziałem takiego "gaziaka", jakiego tutaj w spuściźnie zostawili nam Niemcy. Uporczywie wpatrywałem się w każdego spotkanego przechodnia, usiłując rozpoznać w nim znajomego z dawnych lat. Każda twarz, którą choć trochę znałem z widzenia, wzbudzała we mnie radość ogromną. Zbliżałem się wówczas, przedstawiałem lub przypominałem temu człowiekowi, podając mu rękę. Byłem bardzo zdziwiony, gdy zatrzymany nie podzielał mego entuzjazmu z tego spotkania.

      Ulicą Legionów (dziś Mariana Buczka) doszedłem do Lipowej i za chwilę byłem już w objęciach rodziców. Tu przebrałem się w cywilne ubranie, które czekało na mnie jeszcze sprzed wojny, a potem gnany ciekawością wybiegłem znów na ulice. Pierwsze kroki skierowałem oczywiście do mojej szkoły, w której przeżyłem dziesięć najszczęśliwszych lat mego życia. Stąd przecież wyniosłem najwięcej tego tworzywa, z którego lepi się ludzka osobowość, a także najwięcej wspomnień, do których warto powracać. Niestety gmach gimnazjum Adama Asnyka, w czasie okupacji zajęty przez gestapo, nadal odstraszał znienawidzonym zakazem "Eintritt verboten" (wstęp wzbroniony). Obszedłem więc z daleka moją szkołę. Spostrzegłem z żalem, że Niemcy rozebrali salę gimnastyczną, w której składałem egzamin maturalny i wycięli wiekowe kasztany, których bujne konary zaglądały do klas na piętrze. Najbardziej osłaniały one zawsze okna narożnej klasy lewego skrzydła, w której spędziłem moje ostatnie szkolne lata. Bardzo lubiliśmy te kasztanowce, choć zasłaniały nam widok wieży kolegiackiej i jej zegara. A tam przecież kierowaliśmy zawsze nasze pytające spojrzenia: "za ile minut dzwonek?", gdy niezbyt dobrze przygotowani do lekcji, trzęśliśmy się ze strachu przed wyrwaniem do odpowiedzi.

      Od znajomych dowiedziałem się, że moje gimnazjum mieści się na razie gościnnie w gmachu Gimnazjum im. Anny Jagiellonki i – co gorsza - jest szkołą koedukacyjną! Ta koedukacja wydała mi się wtedy - nie wiem dlaczego - największym grzechem przeciwko tradycji. Trudno mi było wyobrazić sobie dziewczęta w mojej szkole. Uważałem i nadal uważam, że ich obecność na lekcjach musi przeszkadzać chłopcom w nauce, a i nawzajem obecność chłopców chyba także nie pomaga dziewczętom w skupieniu się na lekcjach. Koedukacja, którą wprowadzono. w mojej szkole na stałe ostatecznie w latach siedemdziesiątych, miała jeszcze inne wstrząsające konsekwencje: obecność kobiet na zjazdach wychowanków. Dla nas, starszych roczników, był to prawdziwy szok!

      Chodząc po mieście, zaglądałem we wszystkie kąty i rejestrowałem wszystkie zmiany, które wprowadzili Niemcy. Z niektórych byłem nawet zadowolony, innych nie mogłem im darować. Na pewno słuszne było zasypanie cuchnącego kanału Babinki, co zresztą już wcześniej planowały zrobić polskie władze. Niemieccy "kulturtragerzy" razem z rozbiórkowym gruzem wsypali jednak do kanału cały księgozbiór Biblioteki Publicznej im. Adama Mickiewicza. Z tej biblioteki, która przed wojną mieściła się na parterze gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego przy ulicy św. Stanisława (dziś W. Broniewskiego), wypożyczałem książki przez wszystkie szkolne lata. Czerpałem pełną garścią z tej największej wówczas w Kaliszu skarbnicy wiedzy i kultury. Więc choć tak pięknie wyglądały planty na miejscu dawnego brudnego kanału, całą przyjemność spaceru zakłócała myśl, że oto stawiam stopy na zasypanych książkach.

      Z zadowoleniem stwierdziłem, że Niemcy rozebrali rząd ruder przy ulicy Parkowej, odsłaniając jedyną ocalałą basztę staromiejską "Dorotkę" wraz z fragmentem muru obronnego, a także zlikwidowali jatki przy kościele św. Mikołaja, ukazując w ten sposób drugi spory fragment średniowiecznego muru. Z żalem natomiast odnotowałem rozebranie sztucznych ruin i usunięcie wielu posągów, stanowiących ozdobę naszego starego parku, a także zniknięcie przepięknej barokowej statuy Madonny Bolesnej, stającej niegdyś przed zabytkową kaplicą żołnierską klasztoru Reformatów przy ulicy Wrocławskiej.

      Największe zmiany zauważyłem jednak w dzielnicy żydowskiej, która właściwie przestała istnieć. Nie tylko cała społeczność żydowska Kalisza uległa zagładzie, ale i cała ta część miasta zmieniła zupełnie swe oblicze. Zniknęła monumentalna bóżnica, a szkoła wyznaniowa została przebudowana tak dokładnie, że trudno ją było rozpoznać. Zburzono również zabytkowy budynek mykwy, a także bardzo wiele starych domów, w których niegdyś gnieździła się biedota żydowska. Nowa synagoga przy ulicy Krótkiej została także rozebrana. Z dziwnymi uczuciami chodziłem po tych opustoszałych i wymarłych uliczkach, słuchając odgłosu własnych kroków. Myślałem o ludzkim przemijaniu, o nieubłaganych prawach historii, które nieraz skazywały już na zagładę całe miasta wraz z ich mieszkańcami lub też zachowując substancję materialną przekreślały tętniące w nich życie. Dzielnica żydowska - taka, jaką ją widziałem - była tylko nikłym śladem po tamtej społeczności, która przez tyle wieków trwała w moim mieście, a teraz odeszła bezpowrotnie.

      Tak błądząc po mieście, niemal na każdym kroku napotykałem ślady pozostawione przez okupantów, nie pozwalające ani na chwilę zapomnieć, że jeszcze parę miesięcy temu była tu Wielka Rzesza Niemiecka. Nad sklepami tu i ówdzie pozostały jeszcze niemieckie napisy, piwniczne okna były nadal w większości zamurowane i oznaczone trzema literami LSR (Luftschutzraum), co wskazywało, że mieściły się tutaj schrony przeciwlotnicze. Ordnung muss sein! (Porządek musi być).

      Bardzo smutny widok przedstawiał plac św. Józefa a przede wszystkim sama kolegiata. Wieża zegarowa i sygnaturka - jak już wspomniałem - zniszczone zostały ogniem artyleryjskim. Zniknął też, ukryty niegdyś wśród zieleni drzew, posąg Świętej Rodziny, pod którym tradycyjnie witano pielgrzymki. Zburzony został również pomnik ku czci poległych żołnierzy 29 Pułku Strzelców Kaniowskich. Stojąc na placu św. Józefa uświadomiłem sobie w całej pełni, że hitlerowcy nie tylko wymordowali bardzo wiecu mieszkańców mego miasta, ale także pozbawili je licznych pamiątek, świadczących o jego wielkiej historii.

      W czasie tego pierwszego spaceru po odzyskanym rodzinnym mieście podjąłem też nieodwołalną decyzję. Pozostanę tu, w Kaliszu, jemu poświęcę wszystkie siły i umiejętności. Tu się urodziłem i wychowałem, kocham to miasto - tu jest moje miejsce.

W kaliskim szpitalu

      Na drugi dzień rano byłem już w szpitalu miejskim i rozmawiałem o ewentualnej pracy z doktorem Zygmuntem Mąką, pełniącym obowiązki dyrektora w oczekiwaniu na powrót doktora Stanisława Radwana. Doktor Mąka przyjął mnie z radością, gdyż w mieście odczuwano dotkliwy brak lekarzy. Niestety nie mogłem podjąć pracy natychmiast, ponieważ nie miałem jeszcze dyplomu lekarskiego. Choć przez całą okupację zajmowałem się pracą lekarską, a także w II Armii Wojska Polskiego pełniłem funkcję lekarza, do otrzymania dyplomu brakowało mi jeszcze sześciu klinicznych egzaminów. Umówiłem się więc z doktorem, że pojadę zdać egzaminy, a potem zgłoszę się na jego oddział wewnętrzny. Po powrocie do domu ułożyłem plan działania, korzystając - jak zawsze - z cennych rad rodziców.

      Najpierw więc pojechałem do Otwocka, gdzie przebywała wówczas moja żona i dwoje dzieci. Dzieci przywieźliśmy do Kalisza pod opiekuńcze skrzydła dziadków, a oboje z żoną wyruszyliśmy do Łodzi, gdzie właśnie powstał uniwersytet z wydziałem lekarskim. Żona została przyjęta na III rok studiów, a ja - wraz z 13 innymi kandydatami na lekarzy - dopuszczony do zdawania brakujących egzaminów końcowych. Otrzymałem zapluskwiony pokoik w jednym z domów akademickich (dawnym hoteliku), w którym mieszkali pracownicy naukowi. Raz na miesiąc dostawaliśmy paczkę z organizacji UNRRA, czasem coś z odzieży z "Caritasu", poza tym nie mieliśmy żadnych stałych źródeł utrzymania. "Ciocia UNRRA" - jak pieszczotliwie nazywaliśmy tę organizację, powołaną przy ONZ aby wspierać kraje zniszczone przez wojnę - była nam naprawdę wielką pomocą. Później, gdy już pracowałem w kaliskim szpitalu, również miałem kontakt z tą organizacją, która dostarczała nam sprzęt medyczny i laboratoryjny.

      W ostatnich dniach września miałem już w garści dyplom lekarski i zaraz też zgłosiłem się do kaliskiego szpitala, gdzie przyjął mnie już dyrektor Stanisław Radwan. Gdy usłyszał, że w czasie okupacji prowadziłem szpitalną pracownię diagnostyczną w Otwocku i dojeżdżając do Warszawy uczyłem się bakteriologii u prof. Włodzimierza Ławrynowicza, a później jeszcze w Lublinie byłem asystentem prof. Ludwika Hirszfelda - tonem nie znoszącym sprzeciwu oświadczył: - Z nieba mi kolega spadł! Toć u nas leży pracownia analityczna! Ponieważ jednak już wcześniej zawarłem umowę z doktorem Mąką, "krakowskim targiem" zgodziłem się na pełny etat w pracowni i pół etatu na internie.

      Pracę w kaliskim szpitalu rozpocząłem dokładnie 1 października 1946 roku. Praktykę na oddziale wewnętrznym ceniłem sobie wysoko również i z tego względu, że zdawałem sobie sprawę, jakie znaczenie ma dla analityka znajomość kliniki chorób wewnętrznych. Niestety w szpitalnej pracowni analitycznej było tyle do zrobienia i tak bardzo mnie ta praca wciągnęła, że po roku stażu coraz rzadziej bywałem w oddziale wewnętrznym, aż wreszcie zrezygnowałem w ogóle z pracy klinicznej. I w ten sposób - trochę wbrew mej woli i moim planom zaczęła się moja kariera laboratoryjna, trwająca nieprzerwanie do emerytury.

      Pracownia analityczna zajmowała wówczas dwa pokoje na parterze gmachu szpitalnego. Jeden z nich był duży, drugi mały i wąski jak kiszka. Badania wykonywało się w dużym pokoju, a mały służył jako zmywalnia szkła laboratoryjnego, choć i tutaj przy oknie był stół do mikroskopii, a pod ścianą małe biureczko, które stanowiło cały "sekretariat" pracowni. Personel składał się początkowo z dwojga ludzi: przedwojennego technika medycznego, Eugeniusza Kismana oraz Reginy Jarek, która była sprzątaczką i jednocześnie pomocą laboratoryjną. Do chwili mego przybycia pan Kisman stanowił wyrocznię we wszystkich sprawach związanych z praktyką laboratoryjną. Powoływał się stale na zdanie swego przedwojennego szefa, doktora Wasilczenki, który - jak mi się wydaje - prowadził na owe czasy pracownię na wysokim poziomie i dobrze wyszkolił swego współpracownika.

      Lata, w których rozpoczynałem moją karierę lekarską, sprzyjały rozwojowi wiedzy medycznej. Materiału do poznania wszystkich dyscyplin medycyny i wszystkich działów analityki lekarskiej nie brakowało. W okolicy grasowały jeszcze różne bandy, zmieniające co kilka dni swą skórę polityczną. Nie brakowało w tych niespokojnych czasach i zwykłych rzezimieszków. Do szpitala więc niemal codziennie przywożono rannych, a czasem i zabitych, których kładziono od razu do szpitalnej kostnicy. Wojenna i powojenna wędrówka ludów, która trwała jeszcze wiele lat, była przyczyną wielkiego nasilenia i przemieszczania różnych chorób. Spotykało się nawet rzadkie w naszej strefie klimatycznej choroby tropikalne. Mieliśmy też mnóstwo naszych rodzimych chorób zakaźnych, których już potem nie oglądałem. Masowo występował dur brzuszny, paradury i brucelloza sporo było przypadków duru plamistego oraz malarii (rodzimej i tropikalnej). Chlebem powszednim była błonica i płonica, a także krztusiec i cała reszta "dziecięcego garnituru zakaźnego", jak włośnica, gruźlica, zapalenie opon mózgowych (menigokokowe i gruźlicze). Masowo występowały choroby weneryczne.

      Warto uświadomić sobie w tym miejscu, że nie było wówczas w Kaliszu ani stacji sanitarno-epidemiologicznej, ani zespołu przychodni specjalistycznych z własnym zapleczem laboratoryjnym. Pracownia szpitalna była jedyną tego typu wyspecjalizowaną placówką w mieście i powiecie, i sama musiała zaspokoić wszystkie potrzeby diagnostyczne. Ponieważ nie było jeszcze wówczas gotowych preparatów diagnostycznych, byliśmy zmuszeni sami je produkować.

      Można sobie wyobrazić, ile mieliśmy w naszym laboratorium różnych pożywek bakteriologicznych. Do oznaczania grup krwi także trzeba było samemu zdobywać surowice wzorcowe. Wszystkim więc wokoło oznaczałem grupy krwi i spośród nich wyłaniałem te, które mogły mi służyć jako surowice testowe. Oczywiście posługiwałem się wówczas tylko układem ABO. Układ Rh był już wprawdzie znany, ale jego znaczenia immunologicznego nikt - poza prof. Hirszfeldem jeszcze nie podejrzewał.

      Zaraz w pierwszym roku mej pracy w Kaliszu otrzymałem "list gończy" od profesora Hirszfelda z Wrocławia, który jako pełnomocnik rządu do spraw organizacji wydziału lekarskiego w tym mieście wzywał mnie do "natychmiastowego powrotu i podjęcia pracy w Zakładzie Immunologii". Mam do dziś ten list wielkiego uczonego i przechowuję go - wraz z innymi jego listami - jako cenną pamiątkę. Wtedy w roku 1946 list ten był dla mnie gromem z jasnego nieba. Zdawałem sobie sprawę z możliwości kariery naukowej u boku tak sławnego uczonego, który notabene obejmował placówkę z niemałymi tradycjami po tak wielkich odkrywcach, jak Neisser czy Pfeiffer. Z drugiej strony przyrzekłem przecież sobie i dyrektorowi Radwanowi, że będę pracował dla rodzinnego miasta. Byłem jedynym specjalistą w promieniu prawie 100 kilometrów. Ze wstydem muszę też wyznać moje ówczesne obawy, że mieszkając i pracując we Wrocławiu nie utrzymam żony, która jeszcze studiowała i dwojga dzieci. Tu w Kaliszu miałem zapewnioną bezcenną pomoc moich rodziców. Choć materialnie niewiele mogli mi pomóc, to przecież opiekowali się troskliwie wnuczętami.

      Ze strachem pojechałem do Wrocławia i po półrocznej nieobecności stanąłem przed obliczem profesora, który przez cały rok w Lublinie był mi prawie ojcem. Z profesorem trudno było dyskutować. Na wszystko miał nieodparte argumenty, a przy tym jeszcze ten niezwykle uroczy sposób bycia, któremu nie można się było oprzeć. Profesor nie mógł w ogóle zrozumieć, jak mogę się wahać, mając przed sobą szansę pracy w ośrodku naukowym znanym na całym świecie. Po pierwszej wstępnej rozmowie zaprosił mnie na wieczór do swego domu. Hirszfeldowie mieszkali w pięknej poniemieckiej willi tonącej w zieleni. Tu w sukurs mężowi przyszła pani profesorowa, która prowadziła klinikę pediatryczną, gwarantując pracę mojej żonie, gdy tylko ukończy studia. Niezwykle trudno było oprzeć się takim propozycjom.

      Wróciłem do Kalisza zupełnie rozbity, niezdecydowany, niepewny swego postępowania. Obiecałem profesorowi szybką odpowiedź listowną. W Kaliszu nikt jednak o moim odejściu nie chciał słyszeć ani moi rodzice, ani dyrekcja szpitala. Najważniejszym argumentem, który przechylił szalę na rzecz Kalisza, był ogrom zadań i pracy, która wtedy dla młodego, pełnego sił człowieka (miałem wówczas 32 lata) była prawdziwym magnesem. I wciągnęła mnie bez reszty ta fala entuzjazmu, z jakim po wojnie odbudowywaliśmy kraj. Czułem się wtedy ogromnie potrzebny memu miastu, co zresztą potwierdziły następne trudne lata ciężkiej pracy. Odpisałem prof. Hirszfeldowi, że pozostaję w Kaliszu. Opisałem mu całą sytuację, aby zrozumiał, że tutaj jest moje miejsce. Prosiłem o pozwolenie utrzymywania kontaktów naukowych i możliwość przyjazdów do Wrocławia. Na ten list nie otrzymałem odpowiedzi. Pojechałem więc znów do Wrocławia i tam dopiero udobruchałem profesora, z którym potem utrzymywałem przyjacielskie stosunki aż do roku 1954, kiedy to śmierć zabrała go przedwcześnie w pełni sił twórczych. Do samej śmierci nie darował mi mojej decyzji pozostania w Kaliszu. Odwiedzałem go często, profesor inspirował moje pierwsze opracowania naukowe, a każda wizyta we Wrocławiu zachęcała mnie do dalszej pracy.

      Tymczasem w kaliskim szpitalu przyszło mi organizować - od początku do końca - właściwie całą diagnostykę laboratoryjną. W tym celu po pierwsze zmuszony byłem założyć zwierzętarnię, bez której nie moglibyśmy wykonywać tak szerokiego wachlarza badań. Wspólnie z panem Kismanem znaleźliśmy jakąś komórkę pod nieczynnymi schodami z tyłu gmachu szpitalnego. Uprzątnęliśmy nagromadzone tam rupiecie, stolarz wykonał regały, na których ustawiliśmy klatki z świnkami morskimi i królikami. Środek komórki wyścielony sianem zajmowały barany. Miała to być prowizorka, ale ogólnie wiadomo, że prowizorki są najtrwalsze. I rzeczywiście, gdy wyjeżdżałem z Kalisza w roku 1962, zwierzętarnia funkcjonowała nadal w tej prowizorycznej komórce.

      Drugim niezwykle kłopotliwym problemem, który przyszło mi rozwiązać, był brak fachowego personelu. Szkół laboranckich jeszcze wówczas nie było. Nie pozostawało więc nic innego, jak samemu wyszkolić kilka zdolnych maturzystek szkół ogólnokształcących. I tak właśnie w pracowni laboratoryjnej szpitala miejskiego w Kaliszu powstał najwspanialszy zespół pracowników, z jakim kiedykolwiek pracowałem. Miałem wtedy chyba po prostu dużo szczęścia, że natrafiłem na takich ludzi, jak - wspomniany już - pan Eugeniusz Kisman oraz panie Eugenia Głowinkowska, Barbara Kuberacka, Stefania Wolmak, Alina Frydrychowicz i Eleonora Stankiewicz pierwsza dyplomowana laborantka w Kaliszu. Później doszła do nas jeszcze magister Anna Opalska i doktor Maria Godlewska, która bardzo szybko uzyskała specjalizację z analityki.

      Dzięki tej ósemce przeze mnie wyszkolonej, a następnie zweryfikowanej przez państwowe komisje, rozwinęła się cała kaliska diagnostyka laboratoryjna. Uczyłem zawsze moich wszystkich współpracowników, że "salus aegroti suprema lex" (dobro chorego jest najwyższym prawem). Rzecz jednak w tym, że ten kaliski zespół- jak żaden inny - przyjął to przykazanie za swoje własne credo. I to w czasach, gdy praca była wyjątkowo nisko wynagradzana, a wymagania rosły wręcz lawinowo. Ludzie ci nie oglądali się na wyznaczone godziny pracy. Przybywali do szpitala na każde wezwanie - po południu, w niedziele i święta, także w nocy, nie otrzymując za to żadnego dodatkowego wynagrodzenia. Wszyscy pomagali sobie wzajemnie. Wszyscy byli zorientowani w każdym z działów analityki, toteż mogli się wzajemnie wyręczać i zastępować. Każdego dnia pracowali tak długo, aż wszystkie badania były wykonane - tak, aby lekarz nazajutrz miał już wyniki na biurku. Przez 15 lat pracy z tymi ludźmi nigdy nie miałem w stosunku do nich żadnych zastrzeżeń. Dopiero jednak po przeniesieniu do Łodzi, gdzie przyszło mi kierować znacznie większymi zespołami, złożonymi z ludzi o znacznie wyższych kwalifikacjach, przekonałem się, ile wart był tamten kaliski zespół w owych pionierskich czasach.

      Zwiększony personel i rozszerzony wachlarz badań sprawiły, że nie mogliśmy się już pomieścić w dwóch szpitalnych pokoikach. Z czasem otrzymaliśmy jeszcze jedno duże pomieszczenie po drugiej stronie głównego wejścia. Nasza aparatura wzbogaciła się o kilka pięknych mikroskopów, cieplarek, suszarek i wirówek "made in USA", które przysłała nam hojna "ciocia UNRRA". Oprócz rutynowych badań laboratoryjnych wykonywaliśmy wówczas także badania bakteriologiczne i serologiczne dla oddziału zakaźnego, skórno-wenerologicznego, a także szereg badań z zakresu reumatologii. Nieco później, gdy już organizowały się w służbie zdrowia określone piony specjalistyczne i przejmowały od nas poszczególne typy badań, odczuliśmy to (o dziwo!) w sposób przykry jako "votum nieufności". Wynikało to zapewne stąd, że nikt nam nie podziękował za tamtą pracę. Dziś nie mam wątpliwości, że była to decyzja słuszna, która w całym kraju przyczyniła się do znacznej poprawy poziomu diagnostyki specjalistycznej. Nasze zwolnione wówczas rezerwy mogliśmy wykorzystać do rozwijania badań w takich dziedzinach, jak hematologia czy immunologia.

      Opisując moją pracę w kaliskim szpitalu nie mogę pominąć ludzi, z którymi pracowałem. Ich życzliwość, pomoc i opieka miały duży wpływ na moje dokonania w tamtych latach. Wspomniałem już o doktorze Zygmuncie Mące. Długoletni adiunkt jednego z największych polskich internistów, prof. Antoniego Gluzińskiego, był znakomitym lekarzem i świetnym specjalistą, a ponadto człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości i bezkompromisowej etyce lekarskiej. Wiele się od niego nauczyłem i na zawsze pozostał on w mojej wdzięcznej pamięci.

       Doktor Stanisław Radwan, przedwojenny jeszcze dyrektor szpitala, był przede wszystkim wysoko cenionym w Kaliszu chirurgiem. W latach powojennych był już dość wiekowy i sterany życiem, toteż przestał operować i zajmował się głównie kierowaniem szpitalem. Nieocenioną pomocą służył mu w tej dziedzinie długoletni kierownik administracyjny dawnego Szpitala św. Trójcy, Mieczysław Zawidzki, który był żywą kroniką kaliskiego szpitalnictwa, a poza tym prawdziwym mistrzem w załatwianiu spraw "nie do załatwienia". Była to niezwykle cenna zaleta, gdyż szpital nieustannie się rozbudowywał, a problemy inwestycyjno-budowlane nigdy nie należały do łatwych.

      W roku 1948 doktor Radwan przeszedł na emeryturę, a dyrekcję szpitala objął ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego, doktor Karol Piotrowski. Cóż za urocza była to postać! Ten wytworny i przystojny starszy pan był znakomitym i doświadczonym ginekologiem, wysoko cenionym w Kaliszu już przed wojną. Studia lekarskie kończył w Kijowie, stąd też lubił wspominać pięknie położony nad Dnieprem Aleksandryjski Szpital Kliniczny, w którym zdobywał lekarskie ostrogi. Doktor Piotrowski chętnie otaczał się młodzieżą i w jej towarzystwie czuł się znakomicie. Toteż wszyscy młodzi lekarze garnęli się do niego, darząc go wielką sympatią. Po przejściu na emeryturę i opuszczeniu szpitala praktykował jeszcze przez wiele lat w Kaliszu. Zmarł w wieku 82 lat w roku 1974 - ku powszechnemu żalowi kaliszan, którzy tłumnie odprowadzili tego zasłużonego lekarza na miejsce wiecznego spoczynku.

      W roku 1953 nastąpiła kolejna zmiana na stanowisku dyrektora szpitala. Został nim mój rówieśnik i przyjaciel, doktor Stanisław Rzadkowski, ordynator jednego z oddziałów chirurgicznych. Rodem z Olkusza, studia kończył na Wszechnicy Jagiellońskiej, ale z Kaliszem związał się na dobre i złe. Tutaj zdobył sobie sławę uczciwego i sumiennego lekarza, jakich nieczęsto się spotyka. Dla nas, jego rówieśników, był niemal wyrocznią. Do niego szliśmy po radę nie tylko w sprawach lekarskich ale także osobistych. Zawsze byłem dumny, że doktor Rzadkowski zaszczyca mnie swą przyjaźnią, która przetrwała niejedną trudną chwilę w jego i moim życiu... Moim zdaniem; lata dyrekcji doktora Rzadkowskiego (a pełnił tę funkcję do 1962 roku) to okres największej powojennej świetności kaliskiego szpitala. Rozbudowano wówczas gmach szpitalny, dzięki czemu zwiększyła się znacznie liczba łóżek. Powstał nowy pawilon zakaźny. Szpital otrzymał w tym okresie dużo nowoczesnej aparatury. Wyszkolił wielu świetnych lekarzy już z powojennych roczników, którzy dziś samodzielnie prowadzą oddziały. Niestety rozgrywki personalne kolejnego "okresu błędów i wypaczeń" zmusiły tego zasłużonego człowieka do rezygnacji ze stanowiska.

      Drugim moim serdecznym przyjacielem z tych czasów był doktor Jerzy Mierosławski, ordynator oddziału gruźliczego i zakaźnego, budowniczy i pierwszy dyrektor Szpitala Przeciwgruźliczego w Wolicy. Był to wyjątkowo uroczy człowiek, znałem go jeszcze z okresu okupacji z Otwocka. W prostej linii był on potomkiem generała Ludwika Mierosławskiego, jednego z przywódców "Wiosny Ludów", Także i doktor Mierosławski, mimo swych wielkich zasług na polu walki z gruźlicą, nie uniknął w Kaliszu "rozróbek personalnych", co w znacznej mierze przyczyniło się w roku 1956 do jego przedwczesnej śmierci w wieku 45 lat.

      O tym, że mocne były więzy tej przyjaźni z doktorem Rzadkowskim i Mierosławskim, świadczy chyba najwymowniej fakt, iż spłynęła ona także na młodsze pokolenia. Nasze dzieci przyjaźniły się w latach szkolnych, a i dziś utrzymują ze sobą bliskie kontakty.

Lekarz do wszystkiego

       Terenem mojej działalności lekarskiej w tamtych pierwszych latach po wojnie była jednak nie tylko pracownia szpitalna. Jako jedyny specjalista w dziedzinie analityki medycznej w Kaliszu musiałem zatroszczyć się także o uruchomienie laboratorium, które obsługiwałoby przychodnie miejskie i całe lecznictwo otwarte. Oczywiście pracownia szpitalna nie odmawiała nikomu pomocy, ale była przeciążona pracą i dość oddalona od centrum miasta. Po długich staraniach w sierpniu 1949 roku Ubezpieczalnia Społeczna uzyskała od władz miasta lokal sklepowy z zapleczem przy ulicy Śródmiejskiej 41, który został prowizorycznie zaadoptowany do potrzeb laboratorium analitycznego. Przez wiele lat - aż do chwili uruchomienia zespołu przychodni specjalistycznych w dawnym Szpitalu św. Trójcy przy Rogatce Wrocławskiej - w tym ciasnym i ciemnym sklepiku pracowałem wespół z panem Kismanem i jego żoną Haliną, która także zdobyła kwalifikacje laboratoryjne. Tutaj wykonywaliśmy większość badań diagnostycznych dla mieszkańców miasta.

      Mimo mojej wąskiej specjalności, wcale nie byłem zwolniony z dyżurów lekarskich w szpitalu i pogotowiu ratunkowym, a były to obowiązki nader ciężkie. Szpital liczył około 400 łóżek i posiadał wszystkie oddziały z wyjątkiem neurologii i psychiatrii. Lekarz dyżurny (jedyny na cały szpital) nie miał chwili wytchnienia, tylko cały czas biegał po piętrach, bo winda była najczęściej zepsuta. Tu musiał być internistą, tam pediatrą, gdzie indziej laryngologiem czy okulistą. Załatwiał całą "małą chirurgię", często musiał interweniować na sali porodowej. Bardzo męczące były ówczesne dyżury lekarskie w szpitalu, ale chyba jeszcze gorsze były te w pogotowiu. W tamtych czasach pogotowie ratunkowe, którym kierował doktor Józef Makowiec, zajmowało trzy izby na parterze dawnego pałacyku inżyniera Wardęskiego przy ulicy Kościuszki. Pogotowie dysponowało jedną karetką, starą wysłużoną "skodą". Dyżury - poza dyspozytorem - pełnił jeden lekarz, sanitariusz i kierowca. A obsłużyć trzeba było całe miasto i powiat. Była to nerwowa i wyczerpująca praca.

      Nigdy nie zapomnę pewnej sierpniowej nocy 1948 roku, którą spędziłem na takim właśnie dyżurze. Noc zaczęła się nawet spokojnie. Leżałem sobie na kocu lekarskiego łóżka, przeglądając jakieś czasopismo. W sąsiednim pokoju urzędował jako dyspozytor pan Dorocinkowski - felczer, który swoje kwalifikacje zdobywał jeszcze na frontach I wojny. Cisza trwała raptem kilka minut. Potem rozdzwonił się telefon. Usłyszałem przez uchylone drzwi ostry głos pana Dorocinkowskiego, który usiłował wyperswadować swemu rozmówcy, iż przyjazd karetki nie jest konieczny. Tłumaczył że to może tylko niegroźna dolegliwość kobieca, że wystarczy jutro wezwać ginekologa. Perswazje jednak pozostały bez skutku. Wezwanie zostało przyjęte. Otrzymałem adres chorej: Szczypiorno - wieś odległa kilka kilometrów od Kalisza. Byłem już gotów do wyjazdu, gdy znów odezwał się telefon. Dzwonił sołtys ze wsi Wolica, odległej o jakieś 10 kilometrów od miasta, ale w innym kierunku. Informował, że 15-letni chłopiec jest ciężko chory, ma ogromne duszności. Nic więcej nie potrafił powiedzieć.

      Krótka narada sztabowa z dyspozytorem. Dokąd jechać najpierw? Do Szczypiorna czy do Wolicy? Kobieta w Szczypiornie ma podobno ciężki krwotok ginekologiczny. Mąż naglił, żeby szybko przyjechać, bo może się wykrwawić... Ale w Wolicy dusi się chłopiec. Może to napad dychawicy oskrzelowej? A może błonica? Żadnych szczegółów niestety nie znamy... Ustalamy więc z panem Dorocinkowskim, że oba wezwania są równie ważne. Trzeba więc jechać w kolejności zgłoszeń. Kierowca dorzuca, że ze Szczypiorna można boczną drogą dojechać do Wolicy, nie wracając do miasta. Siadam więc z sanitariuszem do karetki i ruszamy do Szczypiorna.

      Wkrótce wjeżdżamy w opłotki jakiejś poobszarniczej resztówki. Wchodzę do pokoju chorej. Widzę rozhisteryzowaną młodą kobietę leżącą w łóżku. Jeden rzut oka , krótki wywiad i badanie brzucha - i już wiem, że to po prostu nieprawidłowo przebiegająca miesiączka. Szybko wypisuję skierowanie do ginekologa, nie szczędząc mężowi chorej kilku gorzkich słów prawdy.

      Przerażony tym co mogę zastać w Wolicy, wsiadam do karetki. Boczna droga, o której wspominał kierowca, okazała się niemal nie do przebycia dla naszej staruszki "skody". Jedynym naszym sprzymierzeńcem było jasne, pełne gwiazd niebo. Po prawie godzinnej piekielnej jeździe trafiliśmy wreszcie na gładką szosę i zanurzyliśmy się w cień wolickich lasów. Jeszcze parę minut jazdy długą i prostą jak strzelił "ulicówką". To Wolica. Patrzę na zegarek. Upłynęły już niemal dwie godziny od wezwania. Pędzimy w świetle księżyca przez wieś, wreszcie dostrzegamy czarny tłum na środku drogi. To na pewno tutaj. Zatrzymujemy się. Wysiadam z karetki. Tłum podbiega do mnie. Truchleję z przerażenia. Na twarzach ludzi widzę nienawiść. Wszyscy wymachują w moją stronę pięściami. Groźne słowa krzyżują się w powietrzu: - Mogliśta jutro przyjechać! Czemuśta karawanem nie przyjechali? Jak byśma tak zboża albo mlika nie odstawili albo podatku gruntowego nie płacili, to byśta od razu byli... Zobaczyłem przed sobą groźne twarze i zaciśnięte pięści, zaleciało alkoholem. Mimo to wyciągnąłem z karetki sanitariusza i zdecydowałem się wejść do chałupy. Po drodze oberwałem w głowę od jakiegoś krewkiego sąsiada. W końcu dotarłem do izby, oświetlonej migotliwą lampą naftową. Na sienniku leżał chłopiec, a nad nim zawodziły przeraźliwie baby i dzieci. Nie było wątpliwości, chłopiec nie żył... Dowiedziałem się, że chorował na gruźlicę i był leczony obustronną odmą sztuczną. Tego dnia był w mieście w poradni, gdzie lekarz dopełnił odmę i kazał wracać do domu autobusem. Chłopiec poszedł pieszo. Przypuszczalnie nadmierny wysiłek spowodował pęknięcie uciśniętego płuca i tzw. odmę wentylową. I pomyśleć, gdybym najpierw przyjechał do Wolicy, chłopiec byłby uratowany jednym ukłuciem igły...

      Trzymałem zimną już dłoń chłopca, w której na próżno doszukiwałem się tętna i nie mogłem sobie darować tamtej jazdy do Szczypiorna. Tymczasem sytuacja nasza stawała się z minuty na minutę groźniejsza. Tłum szumiał coraz groźniej. Do sanitariusza ani do kierowcy nikt nie miał pretensji, cała nienawiść kierowała się przeciwko "doktorowi". Wśród klątw i obelg, popychań i poszturchiwań z trudem przedarłem się do karetki. Wiedziałem, że tłumaczenia nic tu nie pomogą. Byłem w tej chwili dla tych ludzi przedstawicielem władzy, która - w ich pojęciu - powinna była im pomóc, a niestety nie pomogła. Gdy ruszyliśmy, na dach karetki spadło kilka kamieni. Były to kamienie, o których się mówi, że długo "leżą na sercu". Te leżą mi na sercu do dziś, choć upłynęło już przeszło 40 lat od owej sierpniowej nocy.

      Dużo satysfakcji dawała mi natomiast praca w Szkole Felczerskiej. Przedziwna była to szkoła, a uczyła się w niej wspaniała młodzież. Wobec masowego napływu młodych ludzi na wydziały lekarskie, które nie były w stanie przyjąć wszystkich chętnych i zasługujących na to, Ministerstwo Zdrowia powołało wówczas w kraju jednorazowo 50 takich szkół, do których przyjmowano wszystkich, nie zakwalifikowanych na studia medyczne. Absolwentom tych szkół gwarantowano po kilkuletniej pracy w służbie zdrowia przyjęcie do akademii medycznych bez egzaminów. Tak więc słuchaczami tych szkół byli młodzi ludzie z nieprawdopodobnym zapałem do nauk lekarskich. Wykładałem w szkole felczerskiej bakteriologię, serologię i immunologię. Wykłady te były dla mnie prawdziwą przyjemnością, gdyż cieszyły się dużym zainteresowaniem młodzieży. Traktowałem mych uczniów jak studentów medycyny, a dziś są oni niemal wszyscy lekarzami.

      Lata pięćdziesiąte były - dla naszego pokolenia - okresem najintensywniejszej, nieomal szaleńczej pracy. Społeczna służba zdrowia, zgodnie z zapowiedziami Manifestu PKWN, a także zgodnie ze społecznym zapotrzebowaniem, rozwijała się dynamicznie, ale lekarzy ciągle brakowało. Gdy tuż po wojnie stanęliśmy do pracy, było nas w Polsce około 7 tysięcy (dla porównania - dziś mamy w kraju około 100 tysięcy lekarzy). Nic więc dziwnego, że w tych latach nie przestrzegano zupełnie godzin pracy. Liczyło się tylko to, aby praca była wykonana. Każdy z nas miał więc po kilka etatów i biegał jak szalony, aby tylko zdążyć wykonać przyjęte na siebie obowiązki. Nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam wszystkie moje funkcje z tamtych czasów, ale byłem wówczas na pewno - o czym już pisałem - kierownikiem pracowni analitycznej i asystentem oddziału wewnętrznego w szpitalu, kierownikiem pracowni analitycznej Ubezpieczalni Społecznej, wykładowcą w szkole felczerskiej a także w szkole pielęgniarskiej, poza tym kierownikiem punktu krwiodawstwa, lekarzem szkolnym w Liceum im. Adama Asnyka, biegłym sądowym, no i oczywiście pełniłem także dyżury w szpitalu i pogotowiu ratunkowym. Gdy z biegiem lat lekarzy przybywało, trzeba było pomyśleć o miejscach pracy dla nich. Dopiero wówczas wydziały zdrowia a także wydziały finansowe zaczęły rozliczać nas z godzin pracy. Pamiętam, że w roku 1955 zostałem wezwany do ratusza, gdzie kierownik wydziału finansowego zapytał mnie dobrodusznie, jak to jest możliwe, że pracuję 26 godzin na dobę. Okazało się bowiem, że tyle godzin winny przepisowo obejmować wszystkie moje etaty. Niewiele myśląc odpowiedziałem, że wstaję dwie godziny wcześniej... Uśmialiśmy się obaj serdecznie. Z czasem jednak zacząłem powoli wyzbywać się niektórych moich obowiązków, tym bardziej, że otrzymałem nowe, jeszcze bardziej absorbujące.

Krew - dar życia

      Jak już wcześniej wspomniałem, do moich rozlicznych obowiązków należało także prowadzenie punktu krwiodawstwa, który powstał w kaliskim szpitalu w roku 1949 jako ekspozytura Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa w Poznaniu. Ponieważ w zatłoczonym i pękającym w szwach gmachu szpitalnym nie udało się znaleźć choćby "kącika" dla punktu, umieszczono go po prostu w mojej pracowni analitycznej.

Dyr Pniewski      W kwietniu 1951 roku zostałem wezwany do wojewódzkiego Wydziału Zdrowia w Poznaniu, gdzie zaproponowano mi stanowisko pełnomocnika do spraw budowy i organizacji Stacji Krwiodawstwa w Kaliszu. Budowa ta była logiczną konsekwencją nieprawdopodobnie szybkiego rozwoju naszego punktu krwiodawstwa, który po dwóch latach osiągnął produkcję krwi konserwowanej równą mniejszym stacjom krwiodawstwa. Kaliskie Przedsiębiorstwo Budowlane, które podjęło się tej inwestycji kierowane przez mego szkolnego kolegę inżyniera Henryka Kinastowskiego - spisało się na medal. W ciągu roku stacja była gotowa, a w grudniu 1952 roku została uroczyście oddana do użytku przy udziale przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia, władz wojewódzkich z Poznania oraz Instytutu Hematologii w Warszawie. W tym czasie otrzymałem nominacji: na stanowisku dyrektora stacji i odtąd przyszło mi kierować nie tylko całą diagnostyką laboratoryjną, ale także służbą krwi, która swym zasięgiem obejmowała - poza Kaliszem - także 9 południowo-wschodnich powiatów województwa poznańskiego. I znów trzeba było zaczynać wszystko od początku. Ponieważ w Kaliszu była to zupełnie nowa gałąź medycyny, zacząłem oczywiście od szkolenia personelu, ale i sam musiałem się jeszcze wiele nauczyć.

      Były to czasy, gdy transfuzjologia rozwijała się milowymi krokami. Podstawą tego rozwoju były, dokonane w latach wojny, osiągnięcia dwóch zwycięskich mocarstw: ZSRR i USA. Związek Radziecki był pionierem konserwacji krwi, a Stany Zjednoczone - liofilizacji czyli suszenia osocza.

      W roku 1957 zostałem skierowany przez Ministerstwo Zdrowia na sześciotygodniowy pobyt naukowy do Związku Radzieckiego. Przebywałem tam m. in. w Centralnym Instytucie Przetaczania Krwi w Moskwie u prof. Bagdasarowa i w Instytucie Przetaczania Krwi w Leningradzie u prof. Kisielowa. Placówki te należały wówczas do światowej czołówki w dziedzinie transfuzjologii. Szczególnie zainteresowało mnie tam wówczas wykorzystywanie do przetaczania krwi łożyskowej, która u nas była używana jedynie sporadycznie jako surowiec do preparowania gammaglobuliny i albuminy.

      Po powrocie zaproponowałem więc ministerstwu podjęcie próby zorganizowania w Kaliszu doświadczalnego ośrodka krwiodawstwa łożyskowego. Ówczesny minister zdrowia, prof. dr Rajmund Barański, który był pediatrą, ogromnie zainteresował się tym projektem. Przekonałem go właściwie jednym argumentem, że krew ta - ze względu na jej wysoką wartość leczniczą - nadaje się szczególnie dla dzieci chorych. Dzięki akceptacji ministerstwa i przychylności dyrekcji kaliskiego szpitala narodził się w Kaliszu ów doświadczalny ośrodek. Opracowałem metodykę badań i technikę pobierania krwi łożyskowej. Dzięki życzliwej pomocy ordynatora oddziału położniczego, doktora Karola Piotrowskiego i jego asystentów, a przede wszystkim doktor Izabelli Kujawińskiej, mogłem rozpocząć na szerszą skalę pobieranie krwi na sali porodowej. Nasze badania wykazały, że krew łożyskowa nie ustępuje jakościowo krwi uzyskiwanej od innych dawców, a nawet ją przewyższa (hemoglobina, hormony). Udowodniliśmy też, że jej pobieranie nie zagraża noworodkowi, czego szczególnie się u nas obawiano. Ordynatorzy oddziałów dziecięcego i noworodków, doktor Władysław Fisz i doktor Alfred Koszutski stosowali tę krew u chorych dzieci z bardzo dobrymi wynikami. Niestety koszt jej pobierania i konserwowania był znacznie wyższy niż krwi od innych dawców, co stanęło na przeszkodzie szerszemu rozpowszechnieniu tej praktyki. Całokształt naszej wiedzy i doświadczeń, związanych z wykorzystywaniem krwi łożyskowej, zawarłem w naukowym opracowaniu. Pierwsza w polskim piśmiennictwie praca naukowa na ten temat stała się także podstawą do nadania mi w maju 1962 roku stopnia doktorskiego przez Łódzką Akademię Medyczną.

      Drugim tematem, który szczególnie zainteresował mnie w tych latach burzliwego rozwoju transfuzjologii, był konflikt serologiczny między matką i płodem oraz możliwość zastosowania transfuzji wymiennej u "konfliktowych" noworodków. Badania te, kontynuowane potem już w Łodzi, zaowocowały w roku 1969 wydaniem książki na ten temat, znów pionierskiej w naszym piśmiennictwie.

      Praca w stacji krwiodawstwa wciągnęła mnie tak bardzo, że nie mogłem już podołać wszystkim moim obowiązkom. Najpierw zrezygnowałem więc z funkcji lekarza szkolnego w Liceum A. Asnyka, potem z wykładów w szkole felczerskiej. W roku 1959 poprosiłem o zwolnienie ze stanowiska kierownika pracowni analitycznej w szpitalu. Nie bałem się o przyszłość tej pracowni, której poświęciłem tyle moich sił, pozostawiałem tam przecież tak znakomity zespół pracowników. Doktor Maria Godlewska z racji swych wysokich kwalifikacji zawodowych w pełni zasługiwała na to, aby kierować tą placówką. Ale i ona w niedługim czasie odeszła moim tropem. Poświęciła się immunologii w naszej stacji krwiodawstwa, gdzie pracuje do dziś, przynosząc chlubę tej placówce. Decyzja doktor Godlewskiej zapoczątkowała exodus innych osób z szpitalnej pracowni analitycznej. I tak rozsypał się ten nasz wspaniały zespół, z którym tak świetne mi się pracowało.

      Tymczasem zespół pracowników kaliskiej stacji krwiodawstwa rozrastał się. Znalazły się w nim również moje szpitalne laborantki (Eugenia Głowinkowska, Bożena Abkowicz, Stefania Wolniak) a także szpitalne pielęgniarki (Halina Jabłońska, Helena Dudlej, Aleksandra Bednarek). W tych czasach działały już państwowe szkoły laborantek medycznych, do pracy zgłaszały się więc dziewczęta nieźle przygotowane teoretycznie. Także absolwentki wydziałów biologii i farmacji chętnie podejmowały pracę w służbie krwi.

      Punktem zwrotnym w rozwoju kaliskiej stacji było uruchomienie produkcji płynów konserwujących w czerwcu 1953 roku; następnie utworzenie nowych punktów krwiodawstwa w Turku, Pleszewie i Ostrzeszowie; wreszcie rozpoczęcie w roku 1957 prac nad liofilizacją osocza. Stało się to możliwe dzięki temu, iż kaliska stacja otrzymała -pochodzącą z ekspozycji na Międzynarodowych Targach Poznańskich - francuską aparaturę liofilizacyjną marki "Usifroid", opartą na metodzie Levine'a. W roku 1957 był to ostatni krzyk techniki medycznej i przedmiot zazdrości wszystkich stacji krwiodawstwa w Polsce. Dziś ten wysłużony aparat stoi gdzieś w kącie w charakterze eksponatu muzealnego, co jest najlepszym dowodem, jak wielki postęp nastąpił w tej dziedzinie medycyny.

      Kaliska stacja krwiodawstwa - dzięki wysiłkom doktor Godlewskiej - zasłynęła również wkrótce w dziedzinie produkcji surowic wzorcowych do diagnostyki immuno-serologicznej. Tę sławę zresztą utrzymuje do dziś, a surowice testowe jej produkcji są w Polsce wysoko cenione.

      Bez wątpienia nasza stacja przyczyniła się także do rozwoju na szeroką skalę honorowego dawstwa krwi. Zapoczątkowała tę akcję ofiarność słuchaczy Oficerskiej Szkoły Służby Więzienniczej w Szczypiornie; potem włączyły się jednostki wojskowe, wreszcie kaliskie zakłady pracy, przede wszystkim Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego przy ulicy Częstochowskiej. W roku 1959 w pozyskiwaniu krwi od honorowych dawców wyprzedziliśmy wszystkie stacje w kraju.

      Te sukcesy były także powodem, iż raz po raz odwiedzały naszą stację różne delegacje zagraniczne. W okresie pierwszego dziesięciolecia gościliśmy u nas m. in. delegacje z Czechosłowacji, NRD, Rumunii, Węgier, Bułgarii i Jugosławii. W roku 1957 Instytut Hematologii zorganizował w naszej stacji ogólnopolską naradą służby krwi.

      Wraz z rozszerzeniem profilu działalności stacji, a przede wszystkim gwałtownym rozwojem produkcji krwi i hemopreparatów, trzeba było pomyśleć o przebudowie i adaptacji budynku do nowych funkcji. W tej dziedzinie nieocenione zasługi położyła Zofia Kosińska-Walczak, kierownik administracyjny stacji. W roku 1957 wzniesiono osobny budynek gospodarczy, który pomieścił m. in. pracownię biologiczną i zwierzętarnię. Cały teren został ogrodzony i uporządkowany. Było to jednak tylko przysłowiowe "łatanie dziur".

      W roku 1961 zostałem wezwany do ministerstwa zdrowia i otrzymałem propozycję przeniesienia służbowego do Łodzi, gdzie właśnie rozpoczęto budowę jednej z największych w Polsce stacji krwiodawstwa. Po krótkich wahaniach i kilku zasadniczych rozmowach przyjąłem tę propozycję i opuściłem Kalisz w roku 1962.

      Po moim wyjeździe z Kalisza dyrekcję stacji objął doktor Andrzej Nowak. Był to w dziejach tej placówki okres raczej konsumpcyjny "panis bene merentium" (chleb dobrze zasłużonych). Później na stanowisku dyrektora znalazł się młody i energiczny doktor Zbigniew Uszycki, pełniący tę funkcję do dziś. Pod jego prężnym kierownictwem kaliska stacja znów stanęła w rzędzie najlepszych w kraju. I dawno już zasłużyła sobie na to, aby otrzymać wreszcie nowy gmach, w którym mogłaby w pełni rozwinąć swą działalność - dla dobra ludzi chorych i ku chwale naszego miasta.

Moje społeczne pasje

Mimo tylu zajęć, tak czasochłonnych i tak absorbujących, przez cały 16-letni okres mego powojennego pobytu w Kaliszu znajdowałem także czas na społeczną pracę. Bez niej moje życie byłoby niepełne, więc i jej chcę poświęcić tu parę słów.

      Stałą płaszczyzną tej działalności było Kaliskie Towarzystwo Lekarskie. Utworzone w roku 1877 (zaraz po warszawskim i częstochowskim), legitymujące się ponad stuletnimi tradycjami, KTL należy do najstarszych stowarzyszeń lekarskich w Polsce. Na jego posiedzeniach wygłosiłem co najmniej kilkadziesiąt doniesień i referatów naukowych. Ogromnie lubiłem te spotkania, przede wszystkim z powodu ich niepowtarzalnej atmosfery, którą stwarzał nasz wieloletni prezes, prof. dr Aleksander Januszkiewicz. Były kierownik kliniki chorób wewnętrznych i rektor Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, po wojnie wybrał sobie Kalisz na miejsce stałego pobytu. Tutaj aż do śmierci sprawował funkcję honorowego konsultanta szpitala miejskiego, jak również przewodniczącego Kaliskiego Towarzystwa Lekarskiego, wciąż jednogłośnie wybierany na kolejne kadencje. Profesor mieszkał w XIX-wiecznej kamienicy Wyganowskiego przy alei Wolności (róg Jasnej), zajmując olbrzymie sześciopokojowe mieszkanie, z którego dwa duże pokoje i hall przeznaczył dla Towarzystwa Lekarskiego. Jeden pokój, pięknie urządzony i wyposażony staraniem profesora w pomoce naukowe, służył jako sala posiedzeń. W drugim mieścił się sekretariat i biblioteka. Trzon księgozbioru stanowiły oczywista darowizny profesora. Posiedzenia naukowe odbywały się dwa razy w miesiącu, zawsze w sobotę wieczorem. Po takim posiedzeniu w gronie zaprzyjaźnionych lekarzy udawaliśmy się zazwyczaj na kolację do restauracji "Europejskiej". Niezapomniane były te beztroskie wieczory wśród przyjaciół, które dawały nam trochę odprężenia, tak potrzebnego po ciężkiej i odpowiedzialnej pracy.

      Innym forum mej społecznej działalności był ruch związkowy, z którym byłem związany od momentu, gdy tylko zaczął się on odradzać po wyzwoleniu. Już w sierpniu 1944 roku przewodniczyłem pierwszemu posiedzeniu organizacyjnemu Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia PRL w Otwocku. Było to chyba pierwsze zebranie tego związku w wyzwolonej Polsce. Front stał na Wiśle, z Góry Kalwarii i Jeziornej nękała nas ogniem artyleria niemiecka, a my przy udziale oficerów I Armii Wojska Polskiego organizowaliśmy nasz związek. W Kaliszu bardzo zaangażowanym związkowcem okazał się Eugeniusz Kisman, moja prawa ręka w szpitalnej pracowni analitycznej. Wspólnie z nim wiele lat pracowałem w ruchu związkowym, pełniąc m. in. funkcję wiceprzewodniczącego rady zakładowej.

      Szerokie pole do popisu otwarło się przede mną w roku 1957, kiedy to z listy Frontu Jedności Narodu wybrany zostałem radnym miejskim. Na inauguracyjnym posiedzeniu Rady Narodowej miasta Kalisza powierzono mi funkcję przewodniczącego komisji zdrowia i opieki społecznej. Kierownikiem wydziału zdrowia był wówczas w Kaliszu doktor Józef Makowiec. Jak wiadomo, stosunki między organami przedstawicielskimi a wykonawczymi układają się czasem dość różnie. Współpracę z doktorem Makowcem wspominam jednak z wielką przyjemnością. Cechowała go zawsze ogromna kultura i takt. I choć opinie nasze często różniły się, to przecież dyskusje były zawsze konstruktywne, bo obaj kierowaliśmy się tą samą troską o poziom lecznictwa i opieki społecznej. Podczas tej kadencji rozwiązaliśmy wspólnie wiele palących problemów kaliskiej służby zdrowia. Zdarzały się jednak i postanowienia rady, które dotychczas nie weszły w życie. I tak np. komisja nasza zaproponowała nadanie nazw kaliskim aptekom, rada projekt zatwierdziła, a apteki do dziś noszą tylko numerki.

      Jako radny miejski przeżyłem w tamtych latach znacznie większą porażkę, o której trudno mi do dziś zapomnieć. W związku ze zbliżającym się wielkim jubileuszem XVIII wieków Kalisza wniosłem interpelację do przewodniczącego prezydium rady, którym był wówczas pan Józef Kuznowicz, aby przywrócić dawne historyczne nazwy ulicom kaliskiej starówki. Przykładów podobnych zmian nie brakowało. Dokonały tego już po październiku 1956 Warszawa, Kraków, Poznań i inne miasta. Uważałem, że tym bardziej należy to uczynić w najstarszym mieście Polski. Proponowałem, aby nazwiskami wielkich działaczy politycznych i bohaterów ostatniej wojny nazwać ulice i place w nowoczesnych dzielnicach, a średniowieczną część miasta pozostawić z jej historycznymi nazwami jako zabytek tamtych czasów. Interpelację moją ponawiałem na kilku kolejnych posiedzeniach rady, ale odpowiedzi nie otrzymałem żadnej. W końcu napisałem list do ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza, prosząc go o zajęcie stanowiska w tej sprawie. Zamiast odpowiedzi zjawił się w Kaliszu sekretarz premiera, pan Henryk Naskręt, który zaprosił mnie do kawiarni na półprywatną rozmowę. Radził mi wówczas poufnie, abym zaniechał dalszej walki, bo co innego stolica, a co innego prowincja... Poczułem się trochę dotknięty tym epitetem, choć po prawdzie był Kalisz wówczas tylko miastem powiatowym. Proszę sobie wyobrazić moją radość, gdy w 20 lat później w "Ziemi Kaliskiej" z kwietnia 1980 roku przeczytałem artykuł, informujący, iż na posiedzeniu Społecznego Komitetu Odnowy Kaliskiej Starówki przy udziale I sekretarza KW PZPR, wojewody kaliskiego i prezydenta miasta - omówiono pozytywnie sprawę przywrócenia historycznych nazw kaliskim ulicom. Jednakże i tym razem skończyło się na obietnicach!

      Jubileusz XVIII wieków Kalisza. Niezapomniane buły to dni! Jeszcze dziś się cieszę, że los pozwolił mi brać czynny udział w tym wielkim wydarzeniu. Kulminacyjnym punktem obchodów tyła uroczysta sesja rad narodowych miejskiej i powiatowej w gmachu teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w dniu rocznicy wyzwolenia miasta, 23 stycznia 1960 roku. Rząd PRL reprezentował na tej uroczystości wicepremier Piotr Jaroszewicz, a stołeczne miasto Warszawę - prezydent Zygmunt Dworakowski, który tak pięknie rozpoczął swe przemówienie: "Stolica kłania się praojcu polskich miast!" Rada Narodowa miasta Kalisza obdarowała swym najwyższym odznaczeniem - tytułem Honorowego Obywatela Miasta - dwoje wielkich twórców polskiej kultury, urodzonych w tych stronach i przez kaliskie szkoły wychowanych: Marię Dąbrowską i Tadeusza Kulisiewicza. Dąbrowską witałem osobiście na dworcu jako przedstawiciel komitetu jubileuszowego 22 stycznia wieczorem. Po uroczystej sesji odbył się wspólny obiad w sali recepcyjnej kaliskiego ratusza.

Obchody jubileuszowe poprzedziła fala dyskusji nad związkami współczesnego Kalisza i starożytnej Kalisii. Wiele trzeba było zabiegów, nim wreszcie Ogólnopolski Komitet Obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego zdecydował się na włączenie kaliskiego jubileuszu do programu uroczystości millenijnych. Ów historyczny awans zawdzięczamy przede wszystkim greckiemu geografowi, Klaudiuszowi Ptolemeuszowi z Aleksandrii, który w II wieku n. e. zapisał na swej mapie nazwę Kalisii, a także archeologicznym badaniom i publikacjom naukowym doc. Krzysztofa Dąbrowskiego, który potwierdził starożytne rodowody Kalisza i rozsławił jego imię w kraju i za granicą.

      Po tych wspaniałych uroczystościach jubileuszowych coś się zaczęło jednak zmieniać w mym rodzinnym mieście. Narastała inna atmosfera. Skończyła się kadencja rady narodowej, a do następnej już nie wystawiono mojej kandydatury. Wokół mej osoby narastał wyraźny chłód. Nie widziałem już żadnej możliwości dalszej twórczej pracy w Kaliszu. Dlatego zainteresowała mnie propozycja przeniesienia do Łodzi. W innych warunkach zapewne nie skorzystałbym z niej. Wszak kiedyś przed laty przyrzekłem sobie pracować póki sił dla mojego miasta. W tamtej sytuacji zdecydowałem się jednak opuścić Kalisz i 1 lutego 1962 roku zostałem dyrektorem Wojewódzkiej Stacji Krwiodawstwa w Łodzi.

Klan asnykowców

      Moje kaliskie wspomnienia dobiegają końca, dlatego chcę raz jeszcze wrócić do spraw najbliższych sercu - do mojej szkoły, dzięki której mój kontakt z rodzinnym miastem jest nadal żywy.

      Gdy tylko w roku 1946 gmach szkolny został przywrócony prawowitemu właścicielowi, natychmiast pobiegłem zajrzeć do wnętrza szkoły. Z wielkim nabożeństwem i wzruszeniem wstąpiłem w szacowne mury. Zauważyłem pewne przeróbki wnętrz, przede wszystkim brak balkonu w auli, na którym grzmiała nasza szkolna orkiestra podczas każdej większej uroczystości. Na ten balkon wchodziło się po żelaznych schodkach, a stamtąd można było dostać się jeszcze wyżej - na strych. Czasem ukrywaliśmy się tam, gdy groziła dwója na którejś z lekcji. Błądząc po szkolnym gmachu odnajdowałem kolejno moje klasy. Jak żywe stanęły mi w oczach dawne lekcje - te pasjonujące z dreszczykiem, z których wynosiliśmy najwięcej; te zimne, przepisowe, z których niewiele pozostawało nam w pamięci; i te zupełnie wariackie, podczas których klasa wręcz szalała... Długie 13 lat rozłąki ze szkołą uczyniły mi ten gmach szczególnie drogi. A po przeżyciach wojennych lat, pełnych śmierci i zgliszcz, witałem starą szkołę jak ostatnie sanktuarium pamiątek i wspomnień najbliższych sercu.

      Potem przyszły gorączkowe prace organizacyjne pierwszego powojennego zjazdu wychowanków, który odbył się w dniach 25-26 maja 1947 roku. To spotkanie po latach szczególnie ekscytowało moich rówieśników, nasze roczniki złożyły bowiem najwięcej ofiar w latach wojny. Chcieliśmy dowiedzieć się, kto przeżył, gdzie teraz jest i co robi, ilu nas zostało. Dziś z perspektywy ponad 40 lat muszę przyznać, że choć byłem jednym z aktywniejszych organizatorów zjazdu i nawet naczelnym redaktorem zjazdowej "Jednodniówki" - zawiódł on moje nadzieje. Może dlatego, że wśród uczestników odnalazłem niestety bardzo niewielu moich kolegów. Wielu z nich zginęło na różnych frontach wojny, innych losy rzuciły za granicę, skąd nie mogli do nas przyjechać. Ale i ci, którzy przyjechali, byli jacyś inni, obcy, unikali szczerych rozmów. Były to niestety takie czasy, kiedy jeden człowiek bał się drugiego, jeden drugiemu nie ufał... Najwięcej radości sprawili mi moi profesorowie: Krzysik, Żarnecki, Pstrokoński, Nowosielski, Kuczewski. Gospodarzem zjazdu był ówczesny dyrektor liceum, profesor Ludomir Fabrycy. Ogromnie ucieszyłem się widząc na zjeździe panią Kujawińską, długoletnią sekretarką naszego gimnazjum. Burzę oklasków wywołała depesza od pani profesor Darewskiej-Weryho, naszej przemiłej germanistki, która choć nie mogła przybyć na zjazd, nie zapomniała o swych uczniach.

      Zjazd przeminął, uczestnicy rozjechali się, a ja zostałem w Kaliszu i przez następne 15 lat co najmniej dwa razy dziennie przechodziłem obok mojej szkoły. Przez te lata rozleciała się doszczętnie ta garstka ludzi z mej szkoły, którą jeszcze spotkałem po wojnie. Wstyd przyznać się, ale i uczucia moje wobec tego gmachu nieco ostygły. Już nie ciągnęło mnie, aby wejść do środka, rozejrzeć się i sprawdzić, czy coś się nie zmieniło. Tam byli już nowi ludzie, z których nikt mnie nic znał. "I nawet mury wahają się szkolne rozpoznać we mnie swe dziecko swawolne..." Jedyną osobą, która przetrwała wszystkich pedagogów i którą witałem zawsze z niesłabnącą sympatią, była pani Kujawińska. Często rozmawiając z nią myślałem sobie, że jednak szkoła to przede wszystkim ludzie. To oni tworzą ten twórczy zgiełk wypełniający mury, nadają im prawdziwą treść.

      Na drugi powojenny zjazd w 1957 roku szedłem trochę z lękiem, aby nie okazał się podobny do pierwszego i trochę z nadzieją, że jednak będzie inny. Rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Ten drugi zjazd był najmilszym, najserdeczniejszym spotkaniem z moją szkołą od chwili, gdy po maturze opuściłem jej mury. Sprawił to niezapomniany polski październik 1956, który odmienił życie w całym kraju. Zjazd był bardzo liczny. Prawdziwą niespodzianką był przyjazd naszej długoletniej nauczycielki historii, pani dr Melanii Brokmanowej, która wówczas piastowała stanowisko dyrektora departamentu w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego. Nie zawiódł nas i tym razem profesor Krzysik, który przybył wraz z małżonką, także kiedyś naszą nauczycielką. Zupełnie nieoczekiwanie ujrzałem w tłumie moją nauczycielkę geografii z pierwszej klasy panią Marię Tyblewską, nauczyciela gimnastyki pana Baworowskiego, a nawet naszego komendanta przysposobienia wojskowego porucznika Jabłońskiego. Zjawił się również profesor Kuczewski i na uroczystej akademii zjazdowej wygłosił tak "państwowotwórcze" przemówienie, o jakie nigdy bym go nie posądził.

      Absolwentów i wychowanków szkoły zjechały się całe tłumy, ale z mojego rocznika maturalnego naliczyłem tylko sześciu kolegów. Atmosfera zjazdu była niezwykle serdeczna. Odczytano wiele depesz, także zza granicy. Entuzjazm przeszedł wszelkie oczekiwania i osiągnął punkt kulminacyjny na koleżeńskim obiedzie, podczas którego rej wodził po staremu nasz - znany zawsze z dobrego humoru - kolega, Jurek Pawłowski (nie żyjący już dziś lekarz chirurg). Powróciły znów wspomnienia, ożyły dawne przeżycia, odnowiły się więzy przyjaźni ze szkolnych lat - a to jest przecież najgłębszą treścią i najszlachetniejszą intencją tych szkolnych zjazdów. I znów innymi oczami spoglądałem na gmach szkoły. Jej okna nie były już dla mnie - jak poprzednio - martwymi oczodołami. Były to dobre, kochane oczy, w których płonie wieczna młodość.

      Warto tu również wspomnieć zjazd wychowanków wszystkich kaliskich szkół średnich, który towarzyszył obchodom jubileuszu XVIII wieków Kalisza. Spotkaliśmy się wtedy z dziewczętami, z którymi bawiliśmy się na szkolnych potańcówkach, a także z kolegami, z którymi kruszyliśmy kopie podczas sportowych zawodów międzyszkolnych lub też mierzyliśmy siły na polu literackim czy na deskach scenicznych. Zjawili się nawet ci koledzy, których los rzucił na inne kontynenty. Ten zjazd był zupełnie inny niż spotkanie "asnykowców". W tym tłumie zapominało się o własnej "budzie", a krąg wspomnień rozszerzał się poza jej mury i obejmował wszystkich rówieśników, którzy przed laty wypełniali radosnym zgiełkiem ulice miasta naszej młodości. Było to prawdziwe święto młodości, choć uczestniczyli w nim ludzie w bardzo różnym wieku. I tak obok mnie - przedwojennego "asnykowca" - był także na tym zjeździe mój syn Bartek - powojenny "kościuszkowiec", student Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Jego prace znalazły się na wystawie dorobku plastyków kaliszan, zorganizowanej dla uczczenia jubileuszu miasta.

      Wkrótce potem osiadłem na stałe w Łodzi, a oddalenie od rodzinnego miasta zrodziło nostalgię i potrzebę powrotu do wspomnień. Wyszukałem więc w Łodzi prawie dwudziestu asnykowców. Zaproponowałem im stałe comiesięczne spotkania koleżeńskie. Łódzka kawiarnia "Agawa" stała się odtąd dla nas cząstką Kalisza. Tutaj rozmawiamy wyłącznie na kaliskie tematy. Tu każdy z nas, kto ostatnio odwiedził rodzinne miasto, zobowiązany jest do dokładnego sprawozdania. Zasypujemy go pytaniami: - Jak wygląda szkoła? Jakich znajomych spotkałeś? Co się zmieniło w mieście? Itd... Cieszymy się każdą dobrą wiadomością, martwimy złymi nowinami. Gdy w grudniu 1973 roku podczas pożaru w kościele św. Mikołaja spłonął lub może został skradziony kaliski obraz Rubensa "Zdjęcie z krzyża", żałoba zapanowała w "Agawie". Tak dobrze znaliśmy to arcydzieło. Przez tyle lat co niedzielę na szkolnym nabożeństwie wpatrywaliśmy się w te pełne wyrazu postacie, podziwialiśmy niedościgły koloryt tej sceny, poddając się nastrojowi tej jakże niezwykłej śmierci.

      W tym samym 1973 roku poruszyła nas wszystkich wieść o IX Nadzwyczajnym Zjeździe Wychowanków naszej szkoły z okazji jej 200-lecia i 50-lecia nadania imienia Adama Asnyka. Znów zawrzało w naszym łódzkim klubie jak w ulu. Narobiliśmy tyle szumu w "Agawie", że nawet starzy bywalcy kierowali w naszą stronę zdumione spojrzenia. Odłożyliśmy urlopy i najpilniejsze prace, zrezygnowaliśmy z posiedzeń i zjazdów naukowych, byle tylko wziąć udział w tym koleżeńskim spotkaniu w rodzinnym mieście. Był to mój pierwszy zjazd po opuszczeniu Kalisza.

      Zjazd wyznaczony był na 22-23 września. Zjawiłem się w Kaliszu już w przeddzień rano, aby obejrzeć miasto, odwiedzić stare kąty i wydeptani młodu ścieżki. Miasto wydało mi się najpiękniejsze na świecie! IX Nadzwyczajny zjazd rozpoczął się w sobotę 22 września 1973 roku. Tłum ludzi znów wypełnił zgiełkiem i entuzjazmem szkolne klasy i korytarze, dziedziniec, a nawet całą ulicę Grodzką przed starym gmachem. Tłum ludzi w różnym wieku, ale jednakowo podnieconych, rozbieganych, gestykulujących, otwierających co chwilę ramiona. Szeroko roześmiane twarze, przyjazne gesty, wesołe okrzyki, imiona nagle przywoływane z mroków pamięci, opowiadania rozpoczynające się nieodmiennie od magicznego słowa: - Pamiętasz... Jedna wielka eksplozja radości! Powrót choć na chwilę w szczęśliwe szkolne lata. To właśnie pierwsze spotkanie ze szkołą, te powitania i pierwsze rozmowy - to był najpiękniejszy moment zjazdu. Potem było już tylko drętwe oficjalne posiedzenie w teatrze, beznamiętnie wygłaszane przemówienia z kartki. Mieliśmy żal do organizatorów także o to, że nie zaprosili na zjazd jedynego żyjącego jeszcze naszego nauczyciela, profesora Krzysika, który gorzko odczuł to zapomnienie.

      Zdarzył się jednak w czasie tego zjazdu - podczas odsłaniania tablicy pamiątkowej na gmachu szkoły - pewien epizod, godny chyba zapamiętania. Na budynku szkolnym, o czym już wcześniej pisałem, wisi stary dzwon, którego dźwięk obwieszczał m. in. rozpoczęcie strajku szkolnego w roku 1905. Niegdyś oznajmiał on początek i koniec każdej pauzy lekcyjnej. Odkąd zaś wprowadzono dzwonki elektryczne, historyczny dzwon odzywa się tylko w szczególnie uroczystych momentach. W chwili odsłaniania tablicy upamiętniającej zjazd miał takie zabrzmieć. Kiedy jednak woźna pociągnęła za sznur, ten zerwał się, a serce dzwonu uderzyło tylko raz w spiżowy kielich. Usłyszeliśmy tylko jeden, ale jakże wymowny, jakże bliski sercu i znajomy dźwięk! I choć był to tylko jeden dźwięk - przerwany, niedokończony, szczątkowy - jego spiżowy pogłos obiegł pierzeje starego szkolnego gmachu i długo trwał w powietrzu. Był to chyba drugi moment zjazdu, dla którego warto było tutaj przyjechać.

      Dużym przeżyciem były za to dla nas kulisy zjazdu. Kolega Henryk Kinastowski obwoził nas po mieście i pokazywał - jak dobry gospodarz - co już tu wybudował i co jeszcze chce zrobić. Nieżyjący już kolega Janusz Dymecki, wówczas kierownik restauracji rybnej "Kalmar", podejmował nas gościnnie w swym lokalu. A dania z tołpygi, które osobiście serwował nam szef kuchni Lechosław Pietrzak, były godne królewskiego stołu. Przy dobrych trunkach i zakąskach znów odżyły wspomnienia, w opowiadaniach materializowały się postacie nieobecnych lub nieżyjących już profesorów i kolegów.

      Uroczysty obiad odbył się w historycznym klubie zimowym Kaliskiego Towarzystwa Wioślarskiego w parku miejskim. To gigantyczne przyjęcie, podczas którego prawie tysiąc osób zasiadło przy wspólnym stole, stanowiło chyba apogeum zjazdu. Tu wreszcie zebraliśmy się wszyscy razem, aby - póki sił starczy - wznosić toasty za naszą którąś tam z rzędu młodość, aby przeżywać wzruszenie w tak wielkiej dawce, że aż bałem się o moje "zawałowe" serce. "Chwila dziwnie osobliwa..." - chciałoby się rzec słowami gospodarza z "Wesela". Tym bardziej, że autentyczny gospodarz z wystawionego przez nas przed laty na scenie w Domu Rzemieślników dramatu Wyspiańskiego, kolega Henryk Chenczke siedział między nami zdrów i cały, tylko włosy mu mocno posiwiały. - Ale poruszał się tak samo żywo i zwinnie jak w tamtych czasach, gdy na scenie pod wpływem słów Wernyhory wskakiwał na kanapę, by porwać ze ściany karabelę. Siedział też między nami Stańczyk z "Wesela", kolega Stanisław Piątkowski, profesor Akademii Medycznej w Lublinie, tak samo młody jak dawniej - i cytował: "Puszczyku! zgrałeś się przy zielonym stoliku, czy z kobietami w gorączce opętałeś duszę mdłością..." Mimo wszystko wielkie były te dwusetne urodziny naszej szkoły.

      W roku 1978 odbył się następny zjazd asnykowców. Niestety, gdy już wychodziłem z domu na dworzec, serce odmówiło mi posłuszeństwa. Zmuszony byłem zrezygnować z podróży. Sprawozdania z X Jubileuszowego Zjazdu Wychowanków wysłuchałem na kolejnym spotkaniu w "Agawie".

      Mieszkając i pracując już od tylu lat w Łodzi, czasem przyjeżdżam sobie do mego rodzinnego miasta. Spaceruję jednak tylko po starówce i po parku, starannie omijam nowe dzielnice. Gdy opuszczałem Kalisz, miał on tylko jedną nową dzielnicę mieszkaniową przy ulicy Bankowej. Domy zbudowane z cegły, zwieńczone wysokimi dachami krytymi czerwoną dachówką nieźle harmonizowały z architekturą starej części miasta. Teraz jednak wokół Kalisza wyrosły całe dzielnice smutnych betonowych bloków. Te osiedla zbudowane z brzydkich klocków niczym się nie różnią od podobnych dzielnic w innych miastach. Dlatego nie interesują mnie one zupełnie. To nie jest mój Kalisz! A ponieważ od szkolnych lat nie mogę wyleczyć się z pisania wierszy, po którymś tam powrocie z Kalisza napisałem:

      Gdy przybywam i patrzę na nowe - nie wierzę, że to miasto jest moje i tu byłem dzieckiem. Dopiero w dolinie, gdzie tłok dachów, wieże, poznaję dawne kształty mgliste i niebieskie...

Jeżeli udało mi się wskrzesić na tych stronicach, widziany z oddali czasu i przestrzeni, obraz mojego Kalisza i zaludnić go postaciami z mojego pokolenia - cel tej książki został osiągnięty. Dobrze jest bowiem starszym powspominać, a młodym ożywić wyobraźnię, aby wiedzieli, jak ongiś bywało...