DIES IRAE

Rozdział V

Przed burzą

      W roku 1933 zostałem studentem Uniwersytetu Poznańskiego, rozpoczynając naukę na wydziale lekarskim. Niestety mojemu ojcu właśnie wtedy zaczęło się coraz gorzej powodzić materialnie - były to lata kryzysu gospodarczego - a ponieważ studia sporo kosztowały, trzeba było pomyśleć o zarobkowaniu. Prawdę mówiąc, studenci medycyny nie mieli zbyt dużych możliwości podejmowania pracy zarobkowej. Codzienne wykłady i ćwiczenia (i to zarówno przed południem jak i po południu), których nie wolno było opuszczać, a każdą nieobecność trzeba było odpracować i zaliczyć umożliwiały jedynie pracę dorywczą lub też w godzinach nocnych. Ponieważ jednak już w gimnazjum zarabiałem trochę korepetycjami, miałem w tej dziedzinie pewną rutynę - i od tego zacząłem także w Poznaniu. Później podejmowałem się każdej możliwej pracy, którą zresztą wcale niełatwo było znaleźć. Statystowałem więc w teatrach, a nawet grywałem mniejsze role; pisałem reportaże do poznańskich gazet i do prasy studenckiej ("Życie medyczne"), byłem nawet fotoreporterem; a każde wakacje spędzałem zwykle w podpoznańskich majątkach w charakterze guwernera. W latach 1933-1939 mój kontakt z rodzinnym miastem był więc raczej luźny.

      Tymczasem nad naszą ojczyzną i nad całą Europą zbierały się już czarne chmury. Najpierw zaskoczyły nas zaborcze dążenia włoskich faszystów, potem wstrząsnęła nami hiszpańska wojna domowa. Co bardziej zorientowani w polityce ludzie mawiali już wtedy, że piękna Hiszpania jest ćwiczebnym poligonem hitlerowców. Tak utrzymywał i mój ojciec, którego doświadczenie i mądrość zawsze podziwiałem.

      W czerwcu 1939 roku, gdy dyplomatyczne zabiegi ostatecznie poniosły fiasko, gdy było już po anszlusie Austrii i zajęciu Sudetów, wiedziałem jasno, że nic już nie powstrzyma Hitlera przed dalszymi żądaniami terytorialnymi. Stało się nawet dla mnie oczywiste, że trzeba raz na zawsze skończyć z polityką ustępstw i przeciwstawiać się zbrojnie dalszym grabieżom. W tym czasie - jak co roku - przebywałem na posadzie guwernera w jednym z wielkopolskich majątków. Ponaglony zaostrzającą się sytuacją, przeprowadziłem szczerą rozmowę z moją chlebodawczynią i zwolniłem się, aby wrócić do domu. W tych ciężkich chwilach, których nadejście już przeczuwałem, moje miejsce było w rodzinnym mieście, w rodzinnym domu Miałem wtedy 25 lat i z podwójnym niepokojem oczekiwałem ogłoszenia powszechnej mobilizacji. Obawiałem się wtedy nie tyle samego wybuchu wojny, co odmowy przyjęcia do armii. Komisja poborowa, przed którą stawałem w Kaliszu w roku 1935, przyznała mi niestety tylko kategorię "C" ("pospolite ruszenie z bronią"). Tak więc oprócz szkolnego przysposobienia wojskowego i studenckiej Legii Akademickiej nie miałem innego przygotowania do służby w wojsku.

      Gdy z początkiem sierpnia wróciłem do Kalisza, napięcie i niepokoje w całym kraju były już ogromne. Zaraz też udałem się do Powiatowej Komendy Uzupełnień zgłosić swą gotowość do służby. Porucznik, który mnie przyjął, obejrzał moją książeczkę wojskową z tą nieszczęsną kategorią "C" i orzekł, że nawet gdyby wojna wybuchła, na powołanie do czynnej służby wojskowej musiałbym czekać jeszcze "parę ładnych miesięcy". Byłem załamany, co dostrzegłszy porucznik skierował mnie do ratusza, gdzie na pierwszym piętrze urzędował sztab obrony cywilnej miasta ("opl-gaz" czyli obrona przeciwlotnicza i przeciwgazowa). Udałem się tam natychmiast i z radością usłyszałem, że nazajutrz mam się ponownie stawić, aby odebrać przydzieloną mi funkcję i zadania. Jeszcze tego samego dnia zgłosiłem się do szpitala miejskiego, aby nie tracąc czasu odbyć praktykę wakacyjną. Było to moje pierwsze spotkanie z kaliskim szpitalem, w którym w przyszłości miałem przepracować aż 16 lat. Ówczesny dyrektor, doktor Stanisław Radwan zatrudnił mnie w swoim oddziale chirurgicznym. Ponieważ wojna mogła wybuchnąć w każdej chwili, uważałem, że przeszkolenie chirurgiczne może mi się bardzo przydać. I nie myliłem się, w czasie okupacji z konieczności sporo parałem się chirurgią urazową.

      Sztab obrony cywilnej miasta, w którym zgłosiłem się następnego dnia, powierzył mi dowództwo punktu sanitarnego w mojej dzielnicy. Placówka ta mieściła się w szkole handlowej przy ulicy Handlowej i trzeba przyznać - była doskonale wyposażona. Mieliśmy duże zapasy leków i materiałów opatrunkowych, maski przeciwgazowe, kombinezony ochronne. Miałem też do dyspozycji 36 ludzi, tworzących trzy drużyny obrony cywilnej. Natychmiast rozpoczęły się intensywne szkolenia tych drużyn, które prowadzili zawodowi wojskowi i lekarze. Moi podopieczni rekrutowali się spośród obywateli miasta, którzy nie podlegali pierwszemu rzutowi mobilizacji. Ale byli wśród nich także i tacy, którzy posiadali kategorię "D", oznaczającą zupełną niezdolność do służby wojskowej. Znalazło się nawet trzech starozakonnych, którzy wykazywali tak daleko idącą nieudolność w najprostszych sprawach, że zupełnie nie wiedziałem co z nimi robić. Byłem tak przejęty moją funkcją, że ani przez chwilę nie wątpiłem w przydatność mej placówki. Jako komendant punktu ponosiłem także odpowiedzialność za obsługę sanitarną całej dzielnicy. Mimo iż byłem bardzo zajęty, cierpiałem ogromnie, że nie, jestem w prawdziwym wojsku. Mobilizacja trwała już od tygodnia. Coraz to innych kolegów spotykałem umundurowanych na ulicach miasta i krew zalewała mnie z zazdrości. Wszyscy byliśmy wtedy pewni, że wstępujemy do wojska aby walczyć o zwycięstwo. Złożyłem jeszcze trzykrotnie wizytę komendantowi P.K.U. prosząc o przyjęcie do wojska. W końcu komendant miał mnie dosyć, porozumiał się ze sztabem obrony cywilnej miasta i otrzymałem stamtąd polecenie nie opuszczania punktu sanitarnego.

Pierwsze dni wojny

      Napięcie w mieście rosło z dnia na dzień. Przerażeni, ogarnięci panicznym strachem ludzie nieustannie gromadzili się przy radioodbiornikach. Właściciele tych nielicznych w mieście aparatów (a były to wielkie graty, niemal meble z głośnikami jak tuby starych gramofonów) wystawiali je w oknach, aby wszyscy mogli słyszeć najnowsze wiadomości. I tak nadszedł ten pamiętny dzień: piątek 1 września 1939 roku, który tak mocno zapisał się w mej pamięci, że mogę go dziś odtworzyć godzina po godzinie, minuta po minucie.

      Od godziny piątek rano jestem - jak zawsze - na służbie w moim punkcie sanitarnym. Przychodzą kolejno moi podkomendni. Każdy z nich przynosi nowe wiadomości z miasta. Opowiadają o coraz to nowych kolumnach wojska maszerujących na zachód. To kaliska 25 Dywizja Piechoty opuszcza miasto, udając się na front. O godzinie 5,1 S ktoś wpada jak granat na szkolny korytarz, krzycząc: - Wojna! Wojna! Przed półgodziną wojska niemieckie przekroczyły nasze granice... Ktoś inny biegnie do woźnego, przynosi aparat radiowy. I za chwilę słyszymy przez głośnik przejmujące słowa: - Polacy! Dziś o godzinie 4.40 oddziały niemieckie przekroczyły granice Polski! Odwieczny wróg napadł na nasz kraj... Potem słuchamy też w ciszy naszego hymnu "Jeszcze Polska nie zginęła" i nieśmiertelnej "Etiudy rewolucyjnej". I nagle robi się niebywały rwetes. Pytania i odpowiedzi krzyżują się jak pociski. Następuje jakieś wielkie odprężenie, ogarnia nas niemal radość. A więc nareszcie! Po tylu dniach napięcia i oczekiwania, nareszcie będziemy bić Niemców!

      Wpadam na chwilę do domu. Mogę sobie na to pozwolić, ponieważ mój punkt jest oddalony zaledwie o pięć minut drogi. Chcę zobaczyć moich bliskich, chcę się z nimi podzielić tą straszną nowiną. Ale ona już tam dotarła. Na twarzach rodziców niepokój i przygnębienie. Oni dobrze wiedzą, co to wojna. Wpada podniecony mój najmłodszy brat Henryk, 18-letni uczeń gimnazjum. Był w mieście, już wie wszystko. Chce koniecznie coś robić, chce też się przydać. Nie musi mnie długo prosić, abym go zabrał ze sobą do mego punktu. Dziś uświadamiam sobie, że od tej chwili byliśmy właściwie nierozłączni. Od pierwszego dnia wojny aż do czasu, gdy zostaliśmy towarzyszami broni pod murami stolicy, ten młodziutki chłopak nie odstąpił mnie ani na krok. Był właściwie jeszcze dzieckiem, choć zawsze pełnym szalonej odwagi (należał do grupy tych, którzy zgłosili się na "żywe torpedy"), ale przecież w ogniu walki potrzebował mojej opieki i psychicznego wsparcia. Potem już w latach okupacji, gdy przerósł mnie o głowę, jego mięśnie zmężniały a dusza zahartowała się w podziemnej walce - wtedy nie raz uczyłem się od niego autentycznego bohaterstwa. Mój najmłodszy brat zginął śmiercią bohatera z okrzykiem "Jeszcze Polska nie zginęła", przeszyty 32 pociskami hitlerowskiego plutonu egzekucyjnego 14 stycznia 1944 roku na placu Krakowskim we Lwowie.

      Tego pierwszego dnia wojny, biegnąc z Henrykiem do punktu sanitarnego, usłyszeliśmy nagle wycie syren. To pierwszy alarm lotniczy. W tym momencie uświadamiam sobie, że Kalisz dzieli od niemieckiej granicy zaledwie 40 kilometrów. Przyśpieszamy kroku, wpadamy biegiem do gmachu, przebieramy się w mundury sanitarne. Nerwowo przygotowuję nasz naprawdę wspaniały ekwipunek Czerwonego Krzyża. Za chwilę ukazują się nad miastem pierwsze samoloty niemieckie. Na olbrzymiej wysokości na tle bezchmurnego nieba wrześniowego wyglądają jak srebrne małe muszki. Lecą w eskadrach po trzy, a towarzyszy im jednostajny groźny warkot silników. I zaraz odzywa się nasza bateria przeciwlotnicza. Białe obłoczki pękających szrapneli otaczają każdy samolot ciasnym pierścieniem. Nie możemy wytrzymać i - wbrew przepisom - wybiegamy na ulicę. Wśród głośnych okrzyków zachwytu podziwiamy wspaniałe widowisko, które kończy się sromotną ucieczką rozproszonych bombowców. Ogarnia nas radość bez granic. Kilka dni wcześniej spacerując po okolicy, natrafiliśmy na zamaskowaną baterię przeciwlotniczą w jednym z ogrodów na Nowym Świecie. Rozmawialiśmy z żołnierzami, potem zanieśliśmy im prowiant i smakołyki od naszej mamy. Teraz słyszeliśmy tę baterię w akcji i podziwialiśmy jej sprawność. Przez pierwsze dni wojny, które spędziliśmy w Kaliszu, takie rozgrywki powietrzne były niemal na porządku dziennym. Kilka razy widzieliśmy zestrzelone samoloty, spadające ku ziemi z szaloną prędkością i wlokące za sobą białe pióropusze dymu.

     Po południu tego pierwszego dnia wojny wpadamy jeszcze z Henrykiem do małej kawiarenki "Ziemianki" przy ulicy Piłsudskiego (taką nazwę nosiła w tych latach ulica Wrocławska, dzisiejsza Śródmiejska), gdzie zwykle słuchaliśmy komunikatów radiowych, nadawanych co pół godziny. Umówiliśmy się z rodzicami, że na razie miasta nie opuścimy. Dopiero gdyby wkroczyli Niemcy, ulotnimy się aby wstąpić do wojska. Na razie jednak o wkroczeniu Niemców do Kalisza nikt z nas serio nie myśli. Za to spora część naszych znajomych już spakowała manatki, a niektórzy nawet opuścili miasto, kierując się w stronę Warszawy. Ten exodus trwa już zresztą co najmniej od tygodnia. Rozpoczęli go bogaci Żydzi. Starozakonny Żyd Dawid Perle, właściciel największej w Kaliszu hurtowni spożywczej, umknął samolotem do Palestyny już 25 sierpnia.

      Pod wieczór tego pierwszego dnia wojny, będąc służbowo w ratuszu, usłyszałem po raz pierwszy rozmowę o ewakuacji miasta. Przyniosłem tę wiadomość do domu, ale rodzice przyjęli ją z niedowierzaniem. W domu jak zwykle spokój. Tylko mama spogląda na nas coś za często czułym niespokojnym wzrokiem, a ojciec ma jakąś dziwnie żołnierską minę: zmarszczona brew, twarde spojrzenie, zaciśnięte usta. Już drugi raz przypomina nam, że jesteśmy młodzi, więc musimy być gotowi, a on sam jest także gotów i nie zapomniał, jak się obsługuje działo... Mama w takich chwilach uśmiecha się pobłażliwie i przypomina ojcu jego 62 lata.

      Ciągle słuchamy komunikatów radiowych. Dziwimy się i cieszymy, że samoloty niemieckie tylko przelatują nad Kaliszem, oszczędzając miasto. W komunikatach padają jednak nazwy miast okrutnie bombardowanych: Warszawa, Bydgoszcz, Radom, Wieluń, Siedlce, Białystok, Częstochowa... Robi się coraz smutniej, groza wisi w powietrzu. Tłum zgromadzony przed głośnikami w oczekiwaniu na wiadomości milczy, a po każdym komunikacie wybuchają okrzyki przerażenia. Rozmawiam ze wszystkimi. To są bliscy mi ludzie, sąsiedzi z mojej ulicy. Ludzie prości, usmoleni, o zmęczonych ogorzałych twarzach. Jak tylko mogę i potrafię pocieszam ich, dodaję otuchy. Tak upływa ten pierwszy dzień...

      Noc minęła względnie spokojnie, spędziliśmy ją razem z bratem w punkcie sanitarnym. Ranek przyniósł złe wieści. Zaczął się dopiero drugi dzień wojny, a w moim mieście cała dotychczasowa egzystencja runęła jak domek z kart. Na ulicach nie widziało się już ani jednego munduru żołnierskiego, nie było też nigdzie żadnego policjanta. Przyzwyczailiśmy się traktować mundur jako symbol państwa, władzy państwowej. Czyżby nie istniało już Państwo Polskie?

      Już o świcie ukazali się na ulicach pierwsi uciekinierzy z terenów nadgranicznych, przeważnie ludność wiejska. Około godziny 10 ulicami płynęła już cała rzeka ludzi i zwierząt domowych. Przerażający był to widok. Ludzie nieprzytomni ze strachu; niejednokrotnie tylko w bieliźnie, boso, z przypadkowymi tobołkami w rękach. Obok nich krowy, kozy, prosięta... W pewnym momencie rzeka uciekinierów, płynąca ulicą Górnośląską od strony Szczypiorna, nie mieszcząc się już w tej głównej arterii, rozlała się także na boczne ulice. Płynie teraz również Lipową, Czaszkowską, Łączną. Wychodzimy z bratem do miasta. Nigdzie znajomej twarzy. Większość kaliszan opuściła już swoje domy. Wszędzie tylko tłumy uciekinierów. Płynie wezbrana fala - wydaje się, że wszystko co żyje opuszcza swe domostwa i szuka nowych siedzib, że to nowa wędrówka ludów.

      Aleja Józefiny wygląda jak jarmark w Koziej Wólce. Na stopniach wytwornej fasady kaliskiego teatru pod kolumnadą doi się krowy. Piękny park kaliski wygląda jak jedno wielkie pastwisko. Wszędzie pełno śmieci i zwierzęcych odchodów. Uciekinierzy opowiadają potworne historie o okrucieństwie Wehrmachtu, o znęcaniu się nad ludnością cywilną, o niszczeniu domów, paleniu wsi, mordowaniu dzieci... W tłumie rośnie przerażenie. Co pewien czas syreny ogłaszają alarm przeciwlotniczy, odzywa się nasza artyleria, a tłum ogarnia panika. W większości są to ludzie, którzy już dużo wycierpieli od dywersyjnych band niemieckich. Nic więc dziwnego, że są owładnięci nie tylko strachem lecz także psychozą szpiegowską. Raz po raz podnoszą się wrzaski: - Szpieg! Szpieg! Rozszalały tłum chwyta często Bogu ducha winnego człowieka i publicznie go kamieniuje. Ta "szpiegofobia" to bardzo charakterystyczne zjawisko kampanii wrześniowej, które zresztą narodziło się nie bez powodu. W tych dniach na wielu domach, stodołach i innych budynkach pojawiły się wielkie czerwone płachty z napisami, zaczynającymi się od słów: "Der Fuhrer hat uns frei gemacht..." ("Niemcy! Wódz nas oswobodził..."). Od tych Niemców oczekujących od Hitlera wyzwolenia nie był wolny i Kalisz.

      Drugiego dnia wojny pod wieczór goniec przyniósł mi ze sztabu obrony cywilnej rozkaz ewakuacji miasta. Dokumenty i wyposażenie wojskowe miało być przewiezione do Warszawy, a ludności polecono rozproszyć się po okolicy, aby uniknąć ofiar w razie bombardowania miasta. Nie uwierzyłem ulotce, którą mi doręczono. Późnym wieczorem przeciskając się przez tłumy uciekinierów, sam udałem się do ratusza. Pod arkadami oniemiałem z przerażenia. Ratusz był zamknięty na cztery spusty, a na drzwiach wisiała ta sama powielaczowa ulotka. A więc w Kaliszu nie było już polskiej władzy!

      Przez opuszczone brudne, zaśmiecone miasto w dalszym ciągu płynęła rzeka uchodźców w kurzu, znoju, przerażeniu - wśród porykiwań bydła i raz po raz wybuchających wrzasków. Sklepik mego ojca był już zupełnie ogołocony. Ciągnące tłumy wykupiły wszystko, a gdy ktoś nie miał pieniędzy, otrzymywał towar za darmo. W punkcie sanitarnym naradzaliśmy się z Henrykiem, co dalej robić. Z załogi pozostawały nam tylko cztery osoby. Kazałem im więc zabrać wyposażenie sanitarne, aby mogło być wykorzystane w razie potrzeby - i rozwiązałem moją placówkę. Wróciliśmy do domu z torbami pełnymi materiałów opatrunkowych.

      Noc była pełna grozy. Na niebie ciągle słychać było potężny pomruk samolotów, nasze baterie przeciwlotnicze już milczały. Natomiast gdzieś z daleka dochodził stłumiony odgłos ognia artyleryjskiego, a horyzont rozświetlały rozpalające się i gasnące łuny. Rodzice spakowali trochę potrzebnych rzeczy, aby przenieść się do Rajska, wsi położonej kilka kilometrów od Kalisza, gdzie mieszkał ich znajomy. Postanowiliśmy z Henrykiem, że odprowadzimy ich, a następnie wyruszymy szukać jednostek wojskowych, by prosić o przyjęcie w szeregi walczących.

Wrześniowa tułaczka

      Następnego dnia, a była to niedziela - trzeci dzień wojny wczesnym rankiem zamknęliśmy mieszkanie i sklep, i opuściliśmy miasto. Trochę pieszo, trochę przygodnymi furmankami wraz z tłumem uciekinierów dotarliśmy do Rajska. Tu po raz pierwszy zetknęliśmy się z bliska z wojną. Tuż obok wsi rozegrała się potyczka zmotoryzowanego patrolu Wehrmachtu z plutonem naszych żołnierzy, ubezpieczającym ruchy wojsk. Piekielna strzelanina trwała ponad dwie godziny. Niemcy zostali odparci i pośpiesznie wycofali się w kierunku Godziesz. Mieliśmy pełne ręce roboty z opatrywaniem naszych rannych żołnierzy. Swoich rannych Niemcy zabrali ze sobą. Obaj z bratem natychmiast zameldowaliśmy się u kapitana dowodzącego polskim patrolem, prosząc o przyjęcie do wojska. Stanowczo odmówił, osłaniając się brakiem pełnomocnictw i umundurowania. Poinformował nas za to, że dowództwo 25 Dywizji Piechoty znajduje się w okolicy Turka i tylko ono może nas wcielić do wojska.

      Po południu pożegnaliśmy więc rodziców. Nigdy nie zapomnę tych chwil rozstania. Zawsze taka pogodna mama tym razem nie wytrzymała i rozpłakała się. Przygarnęła nas do siebie, przeżegnała znakiem krzyża, do kieszeni wcisnęła medaliki, szepcąc: - Niech Bóg was prowadzi do zwycięstwa! Ojciec zawiesił mi na szyi bardzo stary krzyżyk i powiedział: - Ten krzyżyk był ze mną pod Mukdenem i pod Modlinem. Nie rozstawałem się z nim nigdy i doprowadził mnie do wolnej Polski. Niechaj teraz z wami obroni naszą wolność! - I uściskał nas prawdziwie po męsku, wcisnąwszy nam w dłonie po sto złotych.

      Nie mogę w tym miejscu powstrzymać się od złożenia hołdu moim rodzicom, których pamięć będę czcił do końca mych dni. Ojciec całe życie czuł się żołnierzem. Jeszcze zanim założył swą rodzinę w Kaliszu, walczył w szeregach armii carskiej podczas wojny rosyjsko-japońskiej (1905). Ranny w bitwie pod Mukdenem dostał się do niewoli japońskiej. Po zawarciu pokoju zaokrętowany we Władywostoku powrócił drogą morską do Odessy, opłynąwszy całą wschodnią półkulę. A potem znów walczył na frontach I wojny światowej, o czym już pisałem. Wiele widział, wiele przecierpiał, ale jego twarde i żylaste ręce nie znały klęski. Był dla mnie zawsze ostoją i oparciem, symbolem siły. Nauczył nas uczciwości, odwagi przekonań i patriotyzmu. Mama natomiast była prawdziwą kapłanką domowego ogniska, jakich chyba dziś już nie ma. Promieniowała niezmierzoną dobrocią. Była płomieniem ofiarnym nie tylko dla naszego domu i czworga dzieci ale także dla wielu biednych ludzi z ulicy Lipowej. Dla każdego miała dobre słowo, wsparcie moralne i materialne. W czasie okupacji kiedy to w mieszkaniu moich rodziców był punkt kontaktowy ZWZ, a później AK, była ona prawdziwą matką dla tych młodych bohaterów podziemia, którzy kwaterowali u niej. Opiekowała się jak synem Andrzejem Kałużniakiem, oficerem wywiadu AK, który ciągle przerzucany z Warszawy do Berlina i z powrotem, zatrzymywał się po drodze u moich rodziców. Aresztowany w roku 1942 został rozstrzelany przez Niemców, a mama opłakała go jak rodzone dziecko.

      Rodzice moi byli zawsze dla mnie niedościgłym wzorem polskiej rodziny - i takimi pozostali w moich wspomnieniach. Także i dla nich Kalisz był miastem rodzinnym, z którym czuli się mocno i serdecznie związani. Do śmierci mieli do mnie żal, że skłoniłem ich, aby wyjechali ze mną do Łodzi. Niestety byli już starzy i chorzy, i bałem się pozostawić ich w Kaliszu bez opieki. Z dala od swego miasta szybko zakończyli życie. Ojciec po roku, mama po trzech latach pobytu w Łodzi. Leżą dziś w grobowcu na najstarszym łódzkim cmentarzu, choć tak bardzo chcieli spocząć na wieki w Kaliszu.

      Tamtego pamiętnego wrześniowego popołudnia po pożegnaniu z rodzicami wyruszyliśmy więc z bratem na poszukiwanie wojska, które chciałoby nas przyjąć w swoje szeregi. W tej nieprawdopodobnej pieszej wędrówce dniami i nocami, pełnej przygód i niebezpieczeństw, kierowaliśmy się ciągle w stronę Warszawy - w naiwnej wierze, że nawet w najgorszej sytuacji przydamy się do obrony stolicy. Wędrowaliśmy więc bez żywności i wody, wśród wypalonych wsi i wyschniętych studzien. Kryliśmy się w kartofliskach przed siejącymi śmierć karabinami maszynowymi hitlerowskich stukasów nurkujących nad szosami i przed bombami zrzucanymi z nadlatujących messerschmittów. Czepialiśmy się jak natrętne muchy każdego polskiego munduru, błagając o przyjęcie do wojska. Takich młodych ludzi chodzących za wojskiem i proszących o broń, było wielu. Każdy oddział ciągnął za sobą takie gromady cywilów. Spotykaliśmy ciągle -głównie nocą-polskie oddziały. Jedne jeszcze w karnym ordynku z bronią i taborami; inne - rozbite, zdemoralizowane, goniące na oślep przed siebie. Oficerowie tych karnych jednostek tłumaczyli nam, że nie mają prawa przyjąć w szeregi nieznanych cywilów; żołnierze z tych drugich nie chcieli w ogóle z nami rozmawiać. Jedne i drugie oddziały należały do trzech armii: "Pomorze", "Poznań", "Łódź", koncentrujących się na linii Bzury do działań zaczepnych. Pogoda była ciągle wspaniała, niebo bez jednej chmurki, ciepło nawet w nocy - co niestety sprzyjało ofensywie niemieckiej.

      Gdzieś między Kutnem a Sochaczewem, w jakiejś wiosczynie, składającej się z kilku chałup - w mroku nocy rozświetlonej łunami pożarów - otoczył nas tłum ludzi, opętanych tą "dywersyjną psychozą", o której już wspomniałem. Rozgorączkowani, rozjuszeni ludzie zaczęli nas szarpać i wrzeszczeć: - Dywersanci! Dywersanci! - Nie pomagały nasze tłumaczenia, pokazywanie mojej legitymacji studenckiej i brata uczniowskiej. Wśród bicia i poszturchiwania zaciągnięto nas przed oblicze jakiegoś polskiego sierżanta, który kwaterował z żołnierzami w jednej z chałup. - Rozstrzelać ich rozstrzelać! - Dawali znaki niemieckim samolotom! - krzyczał tłum. Można sobie wyobrazić naszą rozpacz. Zginąć z rąk polskich żołnierzy w takiej chwili! Nie było dla nas ratunku. Sierżant w ogóle nie chciał z nami rozmawiać, nie zwracał uwagi na nasze tłumaczenia. Wśród obelg, które więcej nas bolały niż razy rozwścieczonego tłumu, żołnierze na rozkaz sierżanta wyprowadzili nas pod ścianę stodoły. Póki żyć będę, nie zapomnę tej straszliwej fali goryczy, która zalewała mi serce. Mój młodziutki brat po prostu płakał jak dziecko. I właśnie wtedy, gdy żołnierze już byli ustawieni do salwy egzekucyjnej, pojawił się nagle jakiś porucznik. Natychmiast rozkazał sierżantowi zabrać nas do chałupy, w której kwaterował i rozpoczął przesłuchanie. Wylegitymował nas, spokojnie wysłuchał i kazał żołnierzom rozpędzić rozjuszony tłum.

      Z wdzięcznością przyglądałem się porucznikowi. Sądząc po umundurowaniu, pochodził z rezerwy. Twarz miał niezwykle przystojną, oczy stalowe i bujną blond czuprynę. Uprzejmie nam się przedstawił: - Jestem porucznik Pokrywka, Jan Pokrywka w cywilu inżynier geodeta... Poczęstował herbatą i zarządził, aby sanitariusz opatrzył nasze poranione głowy. Oczywiście natychmiast poprosiliśmy porucznika o przyjęcie do kompanii, którą dowodził. Odmówił, nie miał bowiem dla nas ani umundurowania ani broni. W chałupie pozostaliśmy prawie do rana. Robiło się szaro, gdy dziękując za wszystko porucznikowi, kontynuowaliśmy nasz marsz ku stolicy.

      Następnym etapem naszej tułaczki był Sochaczew. Ósmego września po południu, przekraczając most na Bzurze, ujrzeliśmy z daleka ruiny zamku i wkrótce znaleźliśmy się na rynku zatłoczonym żołnierzami i cywilną ludnością. Nad wieczorem natknęliśmy się w tłumie na porucznika Pokrywkę. Przywitaliśmy się z obopólną radością. Porucznik oznajmił nam triumfalnie: - Zrzućcie zaraz te łachy, dostaniecie broń i umundurowanie! - Byliśmy zachwyceni. Nareszcie! Po sześciu dniach męczeńskiej wędrówki, podczas której cudem uniknęliśmy śmierci! Porucznik poprowadził nas w kierunku stłoczonych konnych furmanek. Były one zupełnie nowe ze świeżego jasnego drewna, a konie - także w nowych uprzężach - solidnie i dobrze odżywione. Każda z furmanek była starannie załadowana i przykryta wodoodporną plandeką. Każda miała też obsadę, złożoną z trzech żołnierzy w nowiutkich mundurach. Zbliżyliśmy się do jednego z wozów, porucznik podniósł plandekę i rzucił: - Dobierzcie sobie mundury! - Wóz był pełen nowych mundurów, powiązanych sznurkiem po 10 sztuk. Wybraliśmy sobie odpowiednie rozmiary. Porucznik prowadził nas kolejno do następnych wozów i wybieraliśmy pasy, ładownice, buty i wreszcie cudowne nowiutkie polskie karabiny - model kawaleryjski z Radomia. Na końcu otworzył szaro malowaną skrzynkę, skąd zaczerpnęliśmy pełną garścią amunicji. Otrzymaliśmy też po 5 ręcznych granatów. I tak oto 8 września staliśmy się żołnierzami. Byliśmy ogromnie przejęci, a nasza wdzięczność dla porucznika Pokrywki nie miała granic.

      Wszystkie te furmanki, załadowane sprzętem wojskowym, których w Sochaczewie zebrała się ogromna ilość, miał pod swoją komendą porucznik Pokrywka i chciał je doprowadzić do Warszawy. Jakże cieszyliśmy się, że dowieziemy do walczącej stolicy tak wspaniałe zaopatrzenie. Noc spędziliśmy w Sochaczewie. Rano porucznik rozesłał patrole dla rozpoznania terenu, gdyż sytuacja była mocno niepewna. Wciąż było słychać odgłosy artylerii, wciąż padała komenda: - Lotnik, kryj się! Około godziny 10 wyruszyliśmy w kierunku Warszawy. Szosa była przepełniona uciekinierami, nasze tabory z trudem sformowały kolumnę. Rozciągała się ona co najmniej na długość trzech kilometrów, a na końcu jechało ponad 20 ciężkich karabinów maszynowych i 4 działka przeciwpancerne. Dopiero teraz można było w pełni ocenić, jakie skarby wieziemy obrońcom stolicy.

Bój pod Ożarowem

      Około godziny 15 byliśmy w Błoniu. Niemcy zrzucili na miasteczko kilka bomb, były więc znów zniszczenia, znów przerażone tłumy ludzkie. Nie zwlekając ruszyliśmy dalej na Ołtarzew marszem ubezpieczonym, mając na przedzie szpicę i straże boczne, gdyż niemieckie myśliwce ciągle krążyły nad nami. W każdej chwili spodziewaliśmy się niebezpiecznego starcia.

      Wchodziliśmy właśnie na wąski most na Utracie, most o niezwykłej konstrukcji z wysokimi przęsłami, gdy od strony Warszawy rozległy się strzały - najpierw pojedyncze, potem coraz liczniejsze. Nadciągał zmrok. Porucznik zatrzymał kolumnę i czekał na patrol ubezpieczający nas z przodu. Strzelanina nie ustawała. Wreszcie pojawił się żołnierz straży przedniej. Zameldował, że od strony Warszawy natknęli się na silne formacje niemieckie: Porucznik wysłał dodatkowe patrole we wszystkich kierunkach. Zaraz potem wybuchła strzelanina również na północy - od strony Puszczy Kampinoskiej, a w chwilę później na południu - od strony Pruszkowa. Uciekinierzy, którzy towarzyszyli nam stale, mówili, że także w Błoniu, które opuściliśmy przed paroma godzinami, widzieli już czołgi niemieckie. Nie ulegało wątpliwości, że byliśmy okrążeni. Po naradzie z kadrą porucznik zadecydował: - Nie mam innego wyjścia, musimy przebijać się na Warszawę! Tymczasem zrobiło się już ciemno. Nasza kilkukilometrowa kolumna ciągle stała w miejscu, a konie spłoszone nasilającą się strzelaniną coraz trudniej było utrzymać w dyszlach. Na rozkaz porucznika ściągnięto na czoło karabiny maszynowe i działka przeciwpancerne. Jedno było pocieszające - amunicji mieliśmy w bród.

      I tak zaczęła się ta najstraszliwsza noc w moim życiu, noc z 9 na 10 września 1939 roku. Od wspomnianego mostu na Utracie poprzez Ołtarzew aż do Ożarowa, gnani szaleńczą odwagą porucznika Pokrywki, posuwaliśmy się w nieustającym natarciu w stronę stolicy. Nie widzieliśmy w ogóle Niemców, ale niemal ze wszystkich stron dosięgał nas ich ogień ze wszystkich rodzajów broni. Zapewne Niemcy wiedzieli, że prowadzimy tabory konne, używali bowiem pocisków świetlnych, co jeszcze bardziej płoszyło konie. Zwierzęta szalały, stawały dęba, wywracały wozy, ginęły razem z ludźmi. Sytuację pogarszały jeszcze tłumy ludności cywilnej, które raz po raz wpadały w panikę, udzielającą się także żołnierzom. W tym piekielnym ogniu widziałem ludzi, którzy obłąkani z przerażenia próbowali kryć się w betonowych drenach, jakie umieszcza się w rowach przydrożnych pod przejazdami do obejść gospodarskich. Zapewne mógłby się tam schronić z trudem jeden człowiek. Tymczasem przepychając się i kalecząc, wciskało się tam na siłę po dwóch, trzech ludzi, którzy tracili życie dusząc się i katując wzajemnie.

      Porucznik Pokrywka z pistoletem w ręku był wszędzie. Załamanych przywoływał do porządku, buntującym się groził pistoletem. Nieustannie prowadził natarcie. I tak posuwaliśmy się tą koszmarną szosą, a wkoło nas piętrzyły się coraz większe stosy poległych. Nie tylko rowy były nimi szczelnie wypełnione, ale już ponad szosę układały się zwały ludzkich ciał. W tej masie byli także ranni, wołający rozpaczliwie o ratunek. Bez przerwy słyszało się wołania: - Sanitariusz! Sanitariusz! Ale sanitariusze też już dawno polegli i nie miał już kto opatrywać rannych. Umówiliśmy się z bratem, że będziemy się wzywać po imieniu i gdy któryś nie odpowie, będzie to znak, że nie żyje. Była to nasza siódma z kolei nie przespana noc. Zdarzało się, że w natarciu padłszy na ziemię po skoku, zasypialiśmy choć na sekundę, mimo ogłuszającego huku. Nasze karabiny maszynowe były nieustannie "w ogniu". Gdy ktoś z obsługi ginął, natychmiast jego miejsce zajmował inny żołnierz - i karabin terkotał dalej.

      Gdy niebo zaczęło szarzeć, zorientowaliśmy się, że mamy za sobą już wiele kilometrów i zapewne jesteśmy blisko Warszawy. Niestety niemiecki pierścień zacisnął się wokół nas do ostatecznych granic. Widzieliśmy teraz wyraźnie stanowiska niemieckich karabinów maszynowych na dachach ocalałych jeszcze chałup, ciągnących się wzdłuż szosy. Gdy kryjąc się padliśmy pod drucianym parkanem, słyszeliśmy przeraźliwą muzykę pocisków bijących po drutach jakby gigantyczna orkiestra grała na stu mandolinach. Równo ze świtem nadleciały stukasy i nurkując nad nami - fala za falą zasypały nas ogniem maszynowym. Słońce oświetlało już blado straszliwy obraz pobojowiska, gdy trafiony odłamkiem szrapnela z moździerza padł nasz bohaterski dowódca, porucznik Pokrywka. Był to największy cios, jaki mógł nas spotkać. Poczuliśmy się nagle osieroceni: Wiedzieliśmy, że to już koniec.

      Jeden z podchorążych (na imię miał Jacek, nazwiska nie pamiętam) samozwańczo objął dowództwo. Pozostało nas przy życiu chyba nie więcej niż pięćdziesięciu żołnierzy. Po krótkiej naradzie podchorąży wydał rozkaz, abyśmy pojedynczo przeskakiwali na lewą stronę szosy, gdzie stała jedyna jeszcze nie spalona chałupa. Tam postanowiliśmy bronić się do ostatka. Jeszcze tylko trzy nasze karabiny maszynowe raziły ogniem, ale i niemiecki ogień wyraźnie osłabł. Widocznie Niemcy uważali nas już za pokonanych. Przeskakiwanie szosy jeszcze kilku naszych żołnierzy przypłaciło życiem. Wreszcie znaleźliśmy się wszyscy w opuszczonej chałupie.

      Wszystkie zabudowania wokół naszej chaty były spalone, po dymiących zgliszczach biegało kilka osmolonych prosiaków, kwicząc w niebogłosy. Ogień prawie ucichł. Zaryglowaliśmy drzwi. Zaczęliśmy szukać czegoś do picia. Jacek wyciągnął z chlebaka butelkę wódki. Poczuliśmy się gotowi na wszystko. W kuchennej szafce znaleźliśmy jeszcze kilka butelek soków owocowych. Były bardzo słodkie, ale wypiliśmy je do dna, co jeszcze bardziej zwiększyło nasze pragnienie. Jacek rozstawił nas przy wszystkich oknach. W sieni umieścił otwartą ostatnią skrzynkę amunicji i kazał strzelać. Mnie i bratu wypadły stanowiska na strychu przy mansardowych okienkach, wychodzących na ogród. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Niemców. Nacierali ze wszystkich stron na chałupę. Widziałem hełmy żołnierzy przykucniętych za krzakami porzeczek. Po raz pierwszy mierzyliśmy z karabinów do widocznych celów - do ludzi. Zdarzało się, że hełm znikał, a ogień na chwilę ustawał. Nie wiem, jak długo to trwało, ale w pewnej chwili nie miałem już siły dłużej strzelać. Całe prawe ramię piekielnie mnie bolało i było pokryte jednym wielkim granatowym sińcem. Przy świetle dnia wyjąłem z kieszeni małe lusterko i przyjrzałem się sobie. To nie była moja twarz, to była twarz upiora.

      Była godzina 6 rano (mój zegarek ciągle chodził), gdy Jacek postanowił poddać naszą chałupę. Nie mieliśmy już amunicji, a na podłodze jęczało w potwornych bólach czterech ciężko rannych naszych kolegów, błagających o pomoc lekarską. Jacek wyciągnął z łóżka prześcieradło, rozdarł je na pół i zawiesił na dwóch bagnetach. Wywiesiliśmy te dwie białe flagi kapitulacyjne z dwóch stron chałupy przez okienka na strychu. Nastała straszliwa, dudniąca w uszach cisza. Po tylu dniach piekielnego hałasu ta cisza była nie do zniesienia. Siedzieliśmy w milczeniu i czekaliśmy na śmierć, powszechna była bowiem opinia, że Niemcy nie oszczędzają jeńców. Upłynął dobry kwadrans, gdy nagle z wszystkich stron rozległa się głośna natrętna niemiecka mowa. Dominowały dwa słowa, które dobrze rozumieliśmy: "Raus!" i "Hande hoch!" Jacek wyszedł pierwszy, za nim my wszyscy po kolei z podniesionymi rękami. Po raz pierwszy w tej wojnie stanęliśmy oko w oko z żołnierzami niemieckimi. Byli młodzi, dobrze odżywieni, wspaniale wyekwipowani. Po raz pierwszy też przeczytałem z bliska ten bluźnierczy napis na klamrach pasów: "Gott mit uns" (Bóg z nami).

      Wypędzono nas na szosę. W pełnym blasku pogodnego dnia ujrzeliśmy wstrząsający widok. Niezliczone stosy trupów - żołnierze i cywile, makabryczne twarze z otwartymi oczami i ustami. Poprzewracane furmanki, między nimi zabite konie. Ścisnęło mi się serce. Nie dowieźliśmy tego sprzętu do Warszawy. Po rozbrojeniu Niemcy pędzili nas nahajkami w stronę bocznej drogi, wzdłuż której zobaczyliśmy naszych butnych zwycięzców, rozpartych w samochodach pancernych i motocyklach z przyczepami. Niemcy przyglądali nam się drwiąco jedząc czekoladę. Niektórzy ironicznie wołali: "Marsch nach Berlin, nicht wahr?" (Marsz na Berlin prawda?). Było nas dokładnie 39 żołnierzy ocalałych z tej zażartej bitwy i teraz wędrujących pod eskortą. Dopiero po wojnie dowiedziałem się, że walczył także z nami i zginął w Ożarowie niezłomny komunista, Marian Buczek, który 16 lat spędził w polskich więzieniach i bohaterską śmiercią potwierdził swą gorącą miłość do ojczyzny.

      Przy drodze zauważyłem mały drogowskaz: Pruszków 4 km. Nasza eskorta wsiadła na motocykle i popędziła nas biegiem owe cztery kilometry. W pewnej chwili zabrakło mi już siły, nie mogłem biec dalej. Wlokłem się ostatni na końcu, a na moje plecy spadały gazy nahajki. Ręce, które cały czas musieliśmy trzymać na karku, mdlały. Mój wysportowany brat Henryk radził sobie lepiej i podciągał mnie jak mógł. Byłem już prawie pewny, że nie wytrzymam tego maratonu i padnę bez życia. Na dodatek cały czas biegliśmy wzdłuż długiej kolumny Niemców, rozpartych w samochodach i drwiących z nas. Na końcu tej kolumny zobaczyłem jednak coś, co dodało mi sił. Kilkadziesiąt karetek sanitarnych stało wielkim półkolem a w środku ogromny namiot opatrzony znakiem czerwonego krzyża. Wokół namiotu niezliczona ilość noszy, a na każdych człowiek. Między noszami kręcili się sanitariusze i ustawiali je w kolejce. A więc nie na próżno strzelaliśmy...

      W Pruszkowie zapędzono nas na wielki plac, otoczony drutem i przylegający do rampy kolejowej. Zostaliśmy włączeni do olbrzymiej rzeszy jeńców. Byli tu żołnierze w mundurach wszystkich rodzajów broni, a także policjanci, strażnicy więzienni, a nawet pocztowcy. Jeńcy czekali na transport do Rzeszy, biwakując na gołej ziemi, wydeptanej jak klepisko. Wystające z ziemi kikuty drzew świadczyły o tym, że był tu jeszcze niedawno sad owocowy. Nie będę jednak opisywał trzydniowego pobytu na tym klepisku w tłumie jeńców. Był to jeszcze okres chaosu, toteż jeńcy masowo uciekali z takich obozów, korzystając z pomocy miejscowej ludności. Tak też stało się z nami. Kilkunastu młodych podchorążych - a wśród nich i my – uciekło czwartego dnia przez druty.

      Po ucieczce padliśmy z bratem w jakiejś opuszczonej stodole pełnej zboża i spaliśmy kamiennym snem około 10 godzin. Obudził nas straszliwy huk gdzieś bardzo blisko. Na głowy spadło poszycie dachu. Wyjrzeliśmy przez szparę w deskach. Obok nas znajdowało się stanowisko najcięższej artylerii niemieckiej. Działo było skierowane w stronę Warszawy. Ogarnął nas strach, mieliśmy bowiem jeszcze na sobie polskie mundury. Wśród ogłuszającego huku przesiedzieliśmy w stodole do wieczora. W nocy opuściliśmy ją z duszą na ramieniu. Nie znając okolicy, kierując się raczej "nosem", zaczęliśmy posuwać się polami na zachód.

      Rano - a był to już 15 września - znaleźliśmy się znów "w Polsce". Po prostu trafiliśmy do Milanówka, który nie był jeszcze zajęty przez Niemców, choć byli oni już wszędzie wkoło. Tu słuchało się jeszcze komunikatów radiowych ze stolicy i dramatycznych apeli prezydenta Starzyńskiego. Tu urzędował Obywatelski Komitet Pomocy Żołnierzom, który natychmiast troskliwie zajął się nami. Przydzielono nam kwaterę u prawdziwego "anioła", pani inżynierowej Krubskiej, której mąż i syn bronili Warszawy. Po tylu nie przespanych nocach spaliśmy wreszcie w prawdziwych łóżkach, w czystej białej pościeli. A rano podjęliśmy - już w cywilnych ubraniach jeszcze jedną próbę przedostania się do stolicy, jedyną dostępną drogą od strony Pragi. Dotarliśmy aż do Jeziornej i usiłowaliśmy przeprawić się na drugi brzeg Wisły, przy czym o mało nie postradaliśmy życia. Łódź była dziurawa, a w dodatku poczęstowano nas ogniem z drugiego brzegu, gdzieś od Świdra. Z ciężkim sercem zrezygnowaliśmy z dalszych prób. Tak więc w kampanii wrześniowej tylko przez sześć dni walczyliśmy w polskich mundurach.

      Na drugi dzień zatrzymał nas patrol niemiecki pytając, co tu robimy. Wyjaśniliśmy, że jesteśmy uciekinierami z ziem zachodnich i chcemy wrócić do domu. Otrzymaliśmy wówczas "Passierschein" (przepustkę), w której napisano, że jako "Fluchtligen" (uciekinierzy) wracamy "nach Kalisch" (do Kalisza). Ten papierek wiele razy był nam pomocny w naszej długiej i pełnej przygód powrotnej drodze do rodzinnego miasta. Nosiłem go zawsze w kieszeni, a gdy zatrzymywali nas żołnierze, udawałem że nie rozumiem po niemiecku i pokazywałem przepustkę. Machali ręką i puszczali nas wolno. I tak częściowo pieszo, częściowo pociągami dotarliśmy do Sieradza. Tutaj wsiedliśmy do ostatniego pociągu i upłynęło jeszcze 10 godzin, nim w nocy 23 września znaleźliśmy się w Kaliszu.

Na dworcu urzędowali jeszcze polscy kolejarze, ale wysiadających legitymowali już niemieccy policjanci. Znów pokazałem zbawczy papierek. Nie zważając na policyjną godzinę, bocznymi ulicami dotarliśmy do domu. Zapukaliśmy do okna, mieszkaliśmy przecież na parterze. 1 za chwilę w mroku dojrzeliśmy twarz ojca, a właściwie domyśliliśmy się, że to może być tylko on. Wewnątrz dał się słyszeć ten radosny rwetes i hałas potrącanych sprzętów. Za moment już byliśmy w rodzicielskich ramionach. Rodzice przyznali, że mieli słabą nadzieję nas jeszcze ujrzeć, bowiem wracający z ucieczki sąsiedzi opowiadali, że widzieli po nalocie nasze zwłoki przy szosie pod Kołem. Radość więc była ogromna. Przez trzy dni nie opuszczaliśmy domu, śpiąc i jedząc na przemian. Mama wyciągała jakieś zakonspirowane zapasy i karmiła nimi nas, bo aprowizacja w mieście była fatalna. Właściwie na rynku był tylko chleb, potem zaczęły pojawiać się pojedynczo jakieś niemieckie erzatze, zaczął też funkcjonować czarny rynek. Ojcu polecono początkowo otworzyć sklep, ale - jak się wkrótce okazało - nie na długo. Po kilku tygodniach objął go w posiadanie niemiecki "Treuhander" (powiernik).

Okupacja - życie codzienne i ruch oporu

      Po kilku dniach zaczęliśmy z bratem ostrożnie wychodzić do miasta, aby rozejrzeć się w sytuacji. Sporo ludzi powróciło już z wojennej tułaczki do Kalisza. Każdy przynosił jakieś prawdziwe lub nieprawdziwe wiadomości. Opowiadano przede wszystkim o bohaterskiej obronie Westerplatte i Modlina. Ciągle jeszcze podtrzymywała nas na duchu walcząca stolica. Z optymizmem dyskutowaliśmy o przystąpieniu do wojny Anglii i Francji. Wierzyliśmy, że nienawistne mundury hitlerowskie wkrótce znikną z ulic naszego miasta. Tymczasem 28 września uderzyła nas jak grom wieść o kapitulacji Warszawy. Ogromne przygnębienie ogarnęło nas wszystkich. Mama płakała i mówiła, że Pan Bóg odwrócił się od narodu polskiego. Tylko ojciec nie tracił ducha, twardo wierzył w klęskę Niemiec - i taki zresztą pozostał do końca.

      Tymczasem oblicze mego miasta zmieniało się z dnia na dzień. Hitlerowska flaga z swastyką powiewała na wieży ratusza, a dwie inne również z tym znienawidzonym znakiem umieszczono przed wejściem. Wszędzie, gdzie tylko było można, wywieszano takie flagi. Pierwsze mundury niemieckie, jakie zobaczyliśmy w mieście, to oddziały "Selbstschutz" (organizacja samoobrony miejscowych Niemców - folksdojczów). Później pojawiły się granatowe mundury "Hilfspolizei" (policji pomocniczej, zwanej w skrócie "hipo") i zielone "Schutzpolizei" (policji ochronnej - "szupo"), wreszcie żółte mundury SA i jako ostatnie czarne, złowieszcze mundury SS. Później oczywiście były jeszcze inne (Arbeitsdienst, Hitlerjugend, BDM itd.), bo Hitler umundurował cały naród niemiecki, poddając go w ten sposób twardej dyscyplinie wojskowej. Zaczęły też znikać polskie szyldy i tabliczki z nazwami ulic. Stary Rynek stał się Rathausplatz, plac św. Józefa - Adolf-Hitler Platz, ulica Wrocławska - Hindenburgstrasse, aleja Józefiny - Herman-Góring-Strasse. Moja ulica Lipowa nie została jeszcze tak bardzo spostponowana, gdyż otrzymała nazwę Humboldt-strasse. Imienia patronującego mej ulicy Humboldta nie podano, ale sądzę, że obaj wielcy uczeni niemieccy Aleksander i Wilhelm, gdyby dożyli tamtych czasów, na pewno odżegnaliby się od hitleryzmu.

      W tych dniach opadały maski z ludzkich twarzy. Józef Szatkowski, właściciel domu i sklepu spożywczego naprzeciwko Kościoła Nazaretanek - ku zdziwieniu wszystkich kaliszan - poczuł się nagle Niemcem. Na szyldzie sklepowym pojawił się nowy napis: "Lebensmittelwarengeschaft - Joseph von Schatkowski". Mego kolegę z gimnazjum Jórchla z ulicy Majkowskiej ujrzałem na ulicy w czarnym mundurze SS z trupią główką. Pan Walczyński, przedwojenny przodownik Policji Państwowej, stał się nagle ważnym i butnym niemieckim urzędnikiem magistratu. Zmieniło się także bardzo dwóch braci Reimannów, moich kolegów z ulicy Lipowej, mieszkających w długim parterowym domu z ogrodem dokładnie naprzeciwko nas. Starszy Ryszard chodził do Gimnazjum im. T. Kościuszki, a młodszy Edek był ze mną w jednej klasie w Gimnazjum im. A. Asnyka. Często chodziliśmy razem do szkoły i ze szkoły, często grywaliśmy razem w piłkę; a - bywało zaproszony do ich ogrodu, łaziłem całymi godzinami z Edkiem po drzewach. Gdy po kampanii wrześniowej wróciłem do domu, Ryszard był już w Wehrmachcie, a Edek paradował w mundurze niemieckiego policjanta. Pierwszy raz zobaczyłem go w tym stroju w październiku 1939 roku, kiedy to zaskoczyła miasto powódź. Po niezwykle pogodnym wrześniu zaczęły się ulewne deszcze i Prosna wystąpiła z brzegów. Niemcy, podobno tak sprawni organizacyjnie, zupełnie potracili głowy. W mieście panował nieopisany bałagan. Woda płynęła ulicą Wiejską i aleją Józefiny, sięgając już po Wrocławską. Przechodziłem wtedy wraz z jednym z kolegów przez drewniany Most Bernardyński. Woda przelewała się prawie przez jego nawierzchnię, a cały most chwiał się niebezpiecznie pod jej naporem. I wtedy zobaczyłem po raz pierwszy Edka w mundurze "hipo" jak pilnował porządku na moście, na którym obowiązywał jeden kierunek ruchu. Spojrzałem na niego z wyrzutem, a on odwzajemnił mi się drwiącym spojrzeniem, pełnym niepohamowanej buty i odepchnął mnie tak brutalnie, że aż zatoczyłem się na mego kolegę, i ryknął na nas tak dobrze nam już znanym hitlerowskim słówkiem: - Los! Los!

      Dla sprawiedliwości muszę jednak zaznaczyć, że większość obywateli kaliskich pochodzenia niemieckiego w tych ciężkich dniach próby nie tylko okazała patriotyczne przywiązanie do polskości, ale także przypłaciła ten wybór więzieniem, prześladowaniami, a nawet życiem. Dość wspomnieć takie nazwiska, jak Fibiger, Fulde, Wende i inni.

      Z biegiem dni robiło się w mieście coraz straszniej. Ukazywały się coraz to nowe "Bekantmachtungen" (obwieszczenia), wymierzone przeciwko Polakom. Przede wszystkim nakazano ludności polskiej kłaniać się każdemu umundurowanemu Niemcowi. Było to bardzo upokarzające zarządzenie, toteż Polacy uciekali z daleka na widok munduru, aby tylko nie "czapkować" okupantom. Oficerowie Wehrmachtu na ogół nie zwracali uwagi na to zarządzenie. Spotkani na ulicy nie reagowali na brak ukłonu, a gdy ktoś uchylił czapki, wytwornie salutowali. Zupełnie inaczej zachowywali się SA-, SS- mani i policjanci. Oczywiście nie ukłoniłem im się w Kaliszu ani razu, ale raz za to solidnie oberwałem. Kiedy mijając na ulicy dwóch SS- manów nie zdjąłem kapelusza, jeden z nich uderzył mnie mocno w głowę, aż kapelusz spadł mi na ziemię. W tych też dniach hitlerowcy dokonali w Kaliszu pierwszej publicznej egzekucji. Pod pozorem nielegalnego posiadania broni rozstrzelano na placu św. Józefa księdza Romana Pawłowskiego z Chocza.

      Ulica Lipowa żyła w tym czasie jeszcze swoim dawnym polskim życiem, gdyż na razie Niemcy się tu rzadko zapuszczali. Ciężka sytuacja złączyła ludzi jeszcze bardziej. Czuliśmy się jedną rodziną. Nieco później, gdy Niemcy zaczęli już wywozić Polaków na przymusowe roboty do Rzeszy, a następnie wysiedlać całe rodziny i przygotowywać kwatery dla baltendojczów, u moich rodziców powstał samorzutnie rodzaj komitetu pomocy społecznej. Każdy mógł się tu wypłakać, każdy znalazł dobrą radę, a gdy trzeba było, także i pomoc materialną. Ponieważ znałem język niemiecki, prowadziłem na Lipowej prawdziwe biuro pisania podań. Wszystkim bezinteresownie wypełniałem różne niemieckie druki, pisałem prośby i podania do władz w najróżnorodniejszych sprawach.

      W połowie października dotarła do nas wieść z Łodzi o powstaniu podziemnego ruchu oporu pod nazwą Służba Zwycięstwu Polski (SZP). Mój starszy brat, ksiądz Stanisław Pniewski, kapelan września, już działał w tej organizacji. W tym też czasie Niemcy rozpoczęli swoje "polowania na czarownice". Prawie każdego dnia dowiadywaliśmy się o aresztowaniach Polaków przez gestapo. Zginęło już wtedy wielu wspaniałych ludzi, między innymi Jan Stankiewicz - znany rzemieślnik i społecznik. Zarówno mnie jak i Henrykowi paliła się ziemia pod nogami. Poprzez brata Stanisława nawiązaliśmy kontakt z łódzką SZP. Henryk już w końcu października wyjechał do Łodzi, a stamtąd do Warszawy. Ja miałem być zaangażowany przy organizacji komórki w Kaliszu. Los zadecydował inaczej. Kiedy 10 listopada około godziny 10 wychodziłem z domu przez podwórze, w bramie zobaczyłem idących naprzeciw mnie Niemców, jednego "szupo" i dwóch "hipo". Już ich minąłem, gdy zawołali mnie i zapytali: Gdzie tu mieszka Tadeusz Pniewski? Pokazałem im wejście od kuchni. Od tego czasu nie pojawiłem się już w tym domu aż do 1946 roku. Jeszcze tego samego dnia znalazłem się w Łodzi i chwilowo zakwaterowałem u brata Stanisława. Niemcy poszukiwali mnie w domu jeszcze kilka razy, a ojciec był stale wzywany do gestapo na ulicy Jasną 3 i męczony o miejsce mego pobytu.

      Dopiero jednak po wojnie dowiedziałem się, dlaczego mnie poszukiwano. Otóż studiując w Poznaniu, byłem członkiem Korporacji Akademickiej "Masovia" o nastawieniu zdecydowanie antyniemieckim. Byliśmy połączeni licznymi więzami z ludnością mazurską w Prusach Wschodnich, zaopatrywaliśmy tamtejsze polskie biblioteki, wspieraliśmy młodych Mazurów z polskich rodzin, studiujących w Poznaniu. Lokalem korporacyjnym przy ulicy Libelta opiekowało się kilku kolegów mieszkających w Poznaniu. We wrześniu 1939 roku zaskoczeni szybkim rozwojem sytuacji, nie zdążyli oni zlikwidować archiwum korporacji. I w ten sposób w ręce Niemców wpadła cała ewidencja członków wraz z ich adresami domowymi. Ta nieostrożność kosztowała męki i śmierć w kazamatach gestapo lub obozach koncentracyjnych kilkudziesięciu wspaniałych chłopców, studentów Uniwersytetu Poznańskiego. Zupełnie w ten sam sposób rozprawili się Niemcy także ze Związkiem Zachodnim w Poznaniu, gdyż i w tym przypadku nieostrożność i zaskoczenie członków Związku kosztowały wiele ofiar.

      Wiele przygód przeżyłem także w Łodzi, gdyż gestapo - po nitce do kłębka - dotarło do mego brata. I znów miałem trochę szczęścia, gdyż nie było mnie w tym momencie w domu. Przez trzy tygodnie ukrywałem się w Sokolnikach, podłódzkiej miejscowości. Ruch oporu przeorganizował się w tym czasie w Związek Walki Zbrojnej (ZWZ). Przerzucony do Warszawy, zostałem schwytany przy nielegalnym przekraczaniu granicy Generalnej Guberni przez Grenzschutz (straż graniczną). Przy pomocy ZWZ wydostałem się jednak z aresztu. Z fałszywymi niemieckimi dokumentami przekroczyłem ponownie granicę GG. Zamieszkałem u siostry w Otwocku, gdzie doczekałem wolności w sierpniu 1944 roku. We wrześniu tego roku znalazłem się w Ludowym Wojsku Polskim w Lublinie.

      A więc od końca 1939 roku do połowy 1946 roku przebywałem przymusowo poza moim rodzinnym miastem. Stały kontakt z Kaliszem miałem jednak przez rodziców, którzy przetrwali tu całą okupację.

      W roku 1960, gdy syn mój miał już 17 lat, a trzy córki - 16, 12 i 6 lat, postanowiliśmy z żoną dać im "lekcję patriotyzmu". W rocznicę bitwy pod Ożarowem, 10 września wybraliśmy się całą rodziną do Ołtarzewa, gdzie znajduje się cmentarz poległych w tych walkach, aby złożyć hołd bohaterom września i pozostawić kwiaty na grobie wspaniałego porucznika Jana Pokrywki. Załadowałem całą rodzinę do samochodu; zabraliśmy dużo, dużo kwiatów - i ruszyliśmy w drogę.

      Po raz pierwszy od roku 1939 stanąłem wówczas na tym tragicznym cmentarzu. Jak okiem sięgnąć las jednakowych krzyży - na wielu z nich nazwiska żołnierzy, na wielu tylko napis "żołnierz nieznany". Na honorowym miejscu wysoki monumentalny pomnik ku czci Mariana Buczka. Rozpoczęliśmy całą rodziną poszukiwania grobu porucznika Pokrywki. Niestety dwugodzinny trud nie dał rezultatów, grobu takiego nie znaleźliśmy. Złożyliśmy więc kwiaty na kilku mogiłach żołnierzy nieznanych.