MIASTO MEJ MŁODOŚCI

Rozdział IV

W starym i nowym parku

      Całe moje dzieciństwo i młodość upłynęły w Kaliszu. Patrzyłem na to miasto najpierw oczyma dziecka, potem dorastającego młodzieńca i wreszcie dojrzałego już człowieka. Poznawałem je coraz lepiej, kochałem coraz bardziej. Jaki był naprawdę ten Kalisz lat dwudziestych i trzydziestych, którym mnie tak fascynował i zachwycał?

      Jego największą ozdobą był stary park, rozciągający się ciemną, chłodną gęstwą zieleni w ramionach Prosny. Założony w roku 1789 obok Ogrodu Saskiego, Ogrodu Krasińskich i Parku Łazienkowskiego w Warszawie - uchodził za najstarszy park miejski w Polsce i był prawdziwą dumą kaliszan. Urządzony na wzór ogrodów angielskich, niemal każdym swym zakątkiem przypominał stare wiktoriańskie ryciny. Bujny starodrzew, tworzący tu zwarte skupiska zieleni, raz po raz rozstępował się, ukazując rozległe dywany trawników, zdobione bogatymi klombami, a w perspektywie romantyczne ruiny, wśród których na tle ciemnej zieleni połyskiwały białym marmurem posągi nimf i satyrów. Po trawnikach biegały stadka bajecznie kolorowych pawi i złocistych bażantów, a na ciemnych lustrach wody kołysały się śnieżnobiałe łabędzie.

      Stał tu także - jakby żywcem przeniesiony znad Lemanu "domek szwajcarski", w którym zamieszkiwała służba parkowa. Naczelny ogrodnik, pan Skubiszewski, który nie miał wprawdzie tytułów naukowych i na pewno nie kończył studiów ogrodniczych, był jednak prawdziwym czarodziejem. Potrafił tworzyć w kaliskim parku kwietniki nie gorsze od słynnych ciechocińskich dywanów kwiatowych. Oprócz niego personel parkowy składał się z czterech umundurowanych dozorców. Dwóch z nich mieszkało także w “domku szwajcarskim”, a pozostali dwaj w ślicznych małych dom kadr pokrytych czerwoną dachówką. Jeden domek stał na jednym końcu parku przy Czerwonym Moście, gdzie ślepo kończyła się ulica Niecała (dziś Walki Młodych): drugi domek - na drugim krańcu, już za Prosną w pobliżu przystani promu. Celowo opisuję tak dokładnie ich miejsca zamieszkania, gdyż miało to ogromne znaczenie dla utrzymania porządku. Każdy z dozorców miał wyznaczony swój rejon i w ten sposób cały park był dobrze pilnowany. Myślę, że brak takiej właśnie opieki to jedna z głównych przyczyn obecnego upadku i zaniedbania kaliskiego parku.

      Przecież ja i moi koledzy byliśmy kiedyś tak samo rozhukaną i niesforną młodzieżą. Tak samo korciło nas, aby zerwać kwiatek z klombu, ułamać giętki pręt do zabawy lub - co gorsza - wyrwać z ogona pawia wspaniałe pióro. Zdarzało się nawet, że goniliśmy pawia lub bażanta po trawniku. Ale baliśmy się jak ognia parkowego, który w urzędowym mundurze, z nieodłączną "lagą" w ręku pojawiał się najbardziej niespodziewanie, chwytał za kark łobuziaka, spisywał personalia i informował o jego zachowaniu dyrekcję szkoły. Z tego też powodu woleliśmy unikać spotkania z przedstawicielami parkowej władzy. Pawie i bażanty, zapewne czując tę urzędową opiekę, spokojnie spacerowały sobie po trawnikach, a łabędzie wychodziły z wody i z ufnością zbliżały się do ludzi, nawet dzieci mogły je karmić.

      Kwiatów było w parku mnóstwo, najwięcej w pobliżu "domku szwajcarskiego" i ślicznej oranżerii, którą niestety rozebrano już po II wojnie. Była tu również cieplarnia do hodowli kwiatowych rozsad, a przed nią urocza pergola, cała pokryta różami. Pod wspaniałymi okazami tui i cyprysów ustawiano latem urocze porcelanowe posążki rodem z baśni: zalęknioną sarenkę, zajączka stojącego słupka, czerwonego muchomora lub czekoladowego borowika, pod którym kryły się krasnoludki. Między oranżerią a "domkiem szwajcarskim" obok zegara słonecznego - królował unikatowy okaz dębu krótkoszypułkowego, który swoje niebywale rozłożyste konary opierał na trawniku, jakby obejmując go we władanie. Zegar i dąb szczęśliwie przetrwały do dziś. Przed kilku laty przyglądając się uważnie zegarowi, odkryłem na nim ze wzruszeniem imię mojej sympatii, w której kochałem się "aż do grobu" mając IS lat. Imię to wyryłem wówczas mozolnie scyzorykiem w marmurze. chcąc upamiętnić je "na wieki".

      Wspaniałą ozdobą parku były wzniesione nad kanałem Babinką sztuczne ruiny zamku. Cóż to było za urocze miejsce! Tam zawsze umawialiśmy się na spotkania. Ukryci w cudownych zakątkach, wśród płaskorzeźb, posągów i kolumn oplecionych bluszczem, trawiliśmy długie godziny na rozmowach. Pamiętam, że wśród tych imitacji starych murów i posągów stylizowanych na antyczne rzeźby, były również umieszczone cenne historyczne zabytki. Była tam na przykład duża granitowa płyta z herbem arcybiskupa gnieźnieńskiego Stanisława Karnkowskiego, który zapisał się w dziejach Kalisza jako fundator zespołu gmachów kolegium jezuickiego. Herb "Junosza" przedstawiał baranka, a wokół niego wykuty był łaciński napis: BURSA KARNKOVIANA ET SEMINARIUM 1595. Data ta według historyków - oznacza rok ukończenia budowy kompleksu jezuickiego. Płyta herbowa najprawdopodobniej pierwotnie zdobiła jeden z budynków należących do jezuitów i jak najprędzej powinna tam powrócić - tym bardziej, że cały zespół pojezuicki jest od paru lat systematycznie rewaloryzowany. W ruinach wmurowany był również kartusz herbowy arcybiskupa Jarosława Bogorii Skotnickiego, fundatora pałacu arcybiskupiego w Kaliszu - także i ten zabytek powinien powrócić do gmachu, który zajmuje dziś Urząd Wojewódzki. Lapidarium przed Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej, gdzie umieszczono obecnie obie płyty herbowe wraz z kilkoma innymi zabytkami, nie jest najszczęśliwszym miejscem.

      Nie opodal ruin znajdowała się piękna półkolista altana, usytuowana niezwykle malowniczo na tle zieleni. Tutaj chroniliśmy się zwykle podczas deszczu. Po drugiej stronie placyku stał drewniany nieduży domek, harmonizujący swym stylem z altaną, w którym funkcjonował kiosk. Latem można tu było kupić lody, lemoniadę, ciastka, no i przede wszystkim niezwykle popularne w Kaliszu w latach dwudziestych "muchówki". Były to cukierki podobne trochę do dzisiejszych "krówek" lub "irysów", a ich ówczesna nazwa pochodziła od nazwiska Raucha, właściciela wytwórni tych smakołyków przy ulicy Babinej.

      Naprzeciwko ruin, po drugiej stronie kanału Babinka jaśniał wśród gęstej zieleni ładny piętrowy budynek Hydropatii. Tak nazywano Kaliski Zakład Przyrodoleczniczy. Do budynku przylegał spory teren, ogrodzony parkanem, na którym olbrzymimi literami wymalowano napis: Kąpiele słoneczne. Za tym parkanem znajdowało się solarium, gdzie pod opieką lekarzy pacjenci wygrzewali w słońcu swoje chore stawy, lecząc je działaniem promieni słonecznych. Była to raczej ekskluzywna oaza ciszy i spokoju, w której ludzie bardziej zamożni mogli leczyć swe dolegliwości, ukoić stargane nerwy lub też odbyć rekonwalescencję po cięższych chorobach. Obok Hydropatii (od strony ulicy Łaziennej) były dwa place zabaw dla dzieci, ogrodzone drucianą siatką. Między nimi prowadziła alejka, na której zawsze panował ożywiony ruch. Tędy bowiem skracali sobie drogę przechodnie, spieszący od ulicy Częstochowskiej czy Bankowej w kierunku placu św. Józefa. Budynek Hydropatii stoi do dziś i pełni obecnie funkcję przedszkola. Jest on nawet dość zadbany, ale jakże na niekorzyść zmieniło się jego otoczenie. Nie ma już neogotyckiej bramy z czerwonej cegły, zamykanej kutą w żelazie kratą, która stała wówczas przy ulicy Łaziennej na linii dawnych murów obronnych i była pamiątką czasów, gdy park zamykano na noc. Bramę tę niestety rozebrali Niemcy podczas okupacji.

      Główne trasy spacerowe po parku prowadziły w kierunku ulic Niecałej i Parkowej. Porastał je szczególnie piękny starodrzew, cudem ocalały do dziś. Przy ulicy Niecałej tuż obok parku znajdował się znany zakład fotograficzny Engla z charakterystyczną dużą oszkloną werandą. W tych czasach nie było jeszcze reflektorów, fotograf wykonywał więc zdjęcia w atelier, zapewniającym duży dopływ dziennego światła. Podobne atelier posiadał także drugi kaliski zakład fotograficzny Jackowskiego przy ulicy Wrocławskiej 41 (dziś Śródmiejska). Tuż za zakładem Engla, nieco w głębi stała piękna kamienica, pokryta dzikim winem, w której zamieszkiwał pastor ewangelicki, ks. Edward Wende, gorący patriota i wielce zasłużony dla Kalisza obywatel. Był on też przez długie lata nauczycielem religii w naszym gimnazjum. Dalej wybudował sobie wspaniałą siedzibę znany kaliski lekarz, dentysta Szmigielski, którego syn Jerzy uczęszczał do naszego gimnazjum. Bodajże w roku 1933 Jurek wyjechał na wakacje na dalmatyńskie plaże i tam zmarł na udar słoneczny. Jeszcze dalej w kierunku placu Kilińskiego znajdowała się znana fabryka lalek Szrajera, po wojnie rozbudowana i przemianowana na Kaliskie Zakłady Tworzyw Sztucznych, a obecnie Zakłady Elementów Wyposażenia Budownictwa "Metalplast". Niestety wielki komin, jaki tu wzniesiono, zepsuł skutecznie panoramę starego Kalisza. W latach dwudziestych żadnego komina tu oczywiście nie było, a i sam budynek swą architekturą nie przypominał gmachów fabrycznych.

      Skoro zawędrowałem w ten zakątek, chciałem jeszcze wspomnieć Pałac Puławskich, który jest najszacowniejszym zabytkiem przy placu Kilińskiego. Pałac w stylu klasycystycznym wzniesiony został na początku XIX wieku przez sławnego architekta Sylwestra Szpilowskiego. Był on synem i uczniem równie cenionego architekta Hilarego Szpilowskiego, który jeszcze w czasach stanisławowskich ozdobił Warszawę wieloma pięknymi budowlami, a na Mazowszu pozostawił liczne pałace, z których najbardziej znany pałac w Walewicach był siedzibą pani Marii Walewskiej, "polskiej żony" Napoleona I. Sylwester Szpilowski jako budowniczy wojewódzki pozostawił w Kaliszu bogatą spuściznę architektoniczną. Jego dziełem jest m. in. gmach Trybunału (dziś mieści sądy kaliskie), i budynek Szkoły Wojewódzkiej (dziś Liceum im. A. Asnyka); według jego projektów przebudowano siedzibę Komisji Wojewódzkiej (dziś Urząd Wojewódzki), wzniesiono Most Kamienny i budynek Rogatki Wrocławskiej; był on najprawdopodobniej także autorem dzwonnicy i domu parafialnego przy Kościele św. Józefa oraz tzw. domu Przechadzkich przy ulicy Babinej 1 i wielu innych budowli, przysparzających miastu urody.

      W pałacu Puławskich w latach 1849-1862 mieszkała i tworzyła Maria Konopnicka. W roku 1975 na fali "radosnej twórczości modernizacyjnej" zaplanowano przebudowę parteru tego budynku z przeznaczeniem go na sieć handlową, a przez północne skrzydło gmachu miały być przebite podcienia służące jako przejścia dla pieszych. Na wieść o tych zamiarach podniosłem alarm na łamach "Życia Warszawy" w rubryce "Zabytkom na odsiecz". W Kaliszu zawrzało jak w ulu: Od nierozsądnych planów przebudowy wprawdzie odstąpiono, ale wszystkich - bardziej niż losy tego zabytku interesowało co innego: Kto napuścił Pniewskiego? W parę lat później w pałacu urządzono izbę pamięci Marii Konopnickiej, ale stan techniczny całego gmachu jest nadal opłakany.

       Naprzeciwko pałacu Puławskich stoi do dziś inny historyczny gmach, w którym mieszczą się obecnie jakieś instytucje wojewódzkie. Z początkiem XIX wieku wybudował go niemiecki fabrykant Repphan na miejscu zburzonego przez Prusaków kościoła i klasztoru sióstr Bernardynek. W okresie międzywojennym mieściło się tutaj Żeńskie Gimnazjum Żydowskie, które choć posiadało prawa państwowe, nie cieszyło się zbytnią popularnością wśród społeczności gminy żydowskiej Kalisza. Chętniej posyłano dziewczęta do Gimnazjum im. Anny Jagiellonki lub do tzw. gimnazjum związkowego prowadzonego przez Związek Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych, które mieściło się w pięknej kamienicy Szrajera u zbiegu ulic Kościuszki i Kopernika.

      Wróćmy jednak do parku, który w tamtych czasach dostarczał nam nie tylko zachwytów i romantycznych przeżyć, ale także był tradycyjnym miejscem czynnej rekreacji, zabaw i gier sportowych. Nie było jeszcze wówczas boisk i stadionów po drugiej stronie Bernardynki. W widłach Prosny i Swędrni, gdzie parę lat później ulokowano nieckę pierwszego kaliskiego stadionu, kłębiły się dzikie chaszcze pośród pagórków porosłych trawą. Tam można się było schronić z sympatią przed oczyma ciekawskich. Natomiast tereny typowo rekreacyjne rozciągały się wówczas na drugim krańcu starego parku za Kanałem Rypinowskim. Nazywano je nowym parkiem. Było tam boisko do gry w piłkę z bramkami, a także dwa dobrze urządzone korty tenisowe. Tenis w latach dwudziestych i trzydziestych był bardzo ekskluzywnym i bardzo drogim sportem. Drogie były i rakiety, i piłki, i obowiązkowe białe kostiumy - dla panów długie białe spodnie, dla pań krótkie plisowane spódniczki, no i koniecznie białe pantofle, które dziś jeszcze starsi ludzie nazywają "tenisówkami". Za każdą godzinę gry trzeba było słono płacić w zarządzie klubu, a dodatkowo jeszcze wynagradzać chłopców zbierających piłki. Tylko więc zamożnych kaliszan widywało się w mieście pięknie biało ubranych, wędrujących z rakietą w ręku w kierunku nowego parku. Choć byli i tacy, którzy snobując się na tenisistów, spacerowali po deptaku w białych strojach, ale jakoś nigdy do kortów dojść nie mogli.

      Nowy park! Ileż wspomnień przywodzi na myśl! Tu, gdy miałem 10 lat, ojciec uczył mnie jeździć na rowerze. Tutaj, będąc uczniami i zapalonymi kibicami sportowymi, przybiegaliśmy na każdy mecz piłki nożnej. Naszym idolem była oczywiście drużyna kaliskiej "Promy". Na boisko przedostawaliśmy się przez niezliczone dziury w płocie od strony ulicy Nowoparkowej i z zapałem dopingowaliśmy w bramce Werbińskiego, "na beku" Golińskiego i grającego na prawym skrzydle, małego lecz niezwykle szybkiego Gajdę. Do dziś pamiętam mecz "Promy" z łódzkim "Widzewem", podczas którego Goliński złamał nogę. Tak, tak, wtedy przyjeżdżały do Kalisza najlepsze krajowe drużyny, których nikt wówczas nie dzielił na I, II czy III ligę.

      Niedawno miałem okazję - i niewątpliwą przyjemność - nawiązać kontakt z jednym z naszych dawnych idoli z "Promy", dziś już 90-letnim Witoldem Jarnutowskim. Jakiż to był wspaniały chłopak, świetnie zbudowany, wysportowany, szybki... A i dziś trzyma się znakomicie. Niejeden nastolatek może pozazdrościć mu nie tylko kondycji fizycznej, ale także jasności umysłu, trzeźwych sądów o świecie i ludziach.

      W tamtych latach zapatrzeni w "Prosnę" postanowiliśmy stworzyć własny klub sportowy. Zebrała się nas cała gromadka, złożona głównie z uczniów gimnazjalnych z ulicy Lipowej. Skompletowaliśmy drużynę, ze składek kupiliśmy piłkę, wykombinowaliśmy sobie piękną nazwę "Iskra". Na pierwszy pojedynek wezwaliśmy gromadę chłopców z naszej ulicy, uczęszczających do szkół powszechnych. Za naszą namową zawiązali oni klub sportowy "Lew". Wielki mecz "Iskra" kontra "Lew" odbył się przy tłumnym udziale chłopców z Lipowej na sporym placu przy ulicy Zgodnej (dziś stoją tam bloki mieszkalne). Przegraliśmy niestety ten mecz, ale po części tłumaczy nas to, że graliśmy mniej brutalnie niż zawodnicy drapieżnego "Lwa". Występowałem wówczas na pozycji pierwszego "beka" czyli obrońcy i wróciłem do domu mocno poturbowany. Skarpety miałem podarte, a przyszyty przez mamę do białej koszulki krążek z napisem "Iskra" zupełnie oderwany. Z czasem okazało się, że nie wszyscy zawodnicy "Lwa" wyrośli na tzw. porządnych ludzi. Mimo to wspominam ich dzisiaj z łezką w oku, podobnie jak nie czuję urazy do tych kolegów, którzy ochrzcili mnie w szkole przydomkiem "knajaka z Lipowej", towarzyszącym mi aż do matury. Muszę przyznać ze skruchą, że obecnie ostygł we mnie nieco zapał kibicowania piłkarzom. Ale jeszcze czasami, gdy telewizja pokazuje jakiś ważny mecz międzypaństwowy, budzi się we mnie tamta "Iskra" i dopinguję naszych zawodników niczym "Lew".

      Tuż obok boiska w nowym parku nad samą Prosną była piękna przystań, należąca do Kaliskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Uroczy stylowy budynek ze strzelistym dachem, krytym czerwoną dachówką po wojnie niestety "zmodernizowano", tym samym odbierając mu wszelkie cechy indywidualności. Ten sam los spotkał także naszą szkolną przystań wioślarską, położoną nieco dalej nad Prosną. Dziś, zamiast stylowych domków wdzięcznie przeglądających się w wodzie, stoi nad rzeką smutny rząd "pudełkowych" zabudowań bez wdzięku, bez stylu, bez sensu.

      Po drugiej stronie Prosny w tzw. borku-lasku, na cyplu vis-a-vis przystani KTW znajdowała się przystań spacerowa. Był to drewniany domek kryty gontem o pięknie i bogato zdobionej elewacji, utrzymany w tym samym stylu, co "domek szwajcarski" w głębi parku. Nie pamiętam, kto i kiedy zlikwidował tę przystań, ale bardzo jej żałuję.

      Mijając granice nowego parku, który ogrodzony był siatkowym parkanem, wychodziło się furtką na wał nad Prosną - ulubiony szlak spacerowy kaliszan, prowadzący w kierunku Zawodzia. Zaraz za furtką po lewej stronie stał drewniany domek pana Machowicza, właściciela promu, który za 10 groszy przewoził spacerowiczów na drugi brzeg i wysadzał w starym parku. Wypożyczał on także chętnym łódki i kajaki do przejażdżek po Prośnie. Idąc wałem w stronę Zawodzia, mijało się po drodze - po prawej stronie w dolince letnią restaurację pana Miłka. Był to ceglany domek z dużym ogrodem, w którym stały stoliki i ławeczki. Można było tam napić się cudownie zimnego mleka, zjeść kromkę wspaniałego razowca ze świeżym masłem. W letnie niedziele w restauracji przygrywał mały trzyosobowy zespół. Na skrzypcach grała kobieta, przypominająca żywcem przeniesioną z Paryża midinetkę. Na harmonii i flecie dwóch panów z śmiesznymi wywoskowanymi wąsami a la Salvadore Dali. Byli to bardzo popularni w Kaliszu, choć słabo mówiący po polsku, Czesi. Restaurację tę, nie wiadomo dlaczego, nazywano "Zakopanem".

      Nad Prosną obok "Zakopanego" zbudowany był spory pomost, który służył jako przystań dla łódek i kajaków. Zatrzymywał się tutaj także mały spacerowy stateczek-motorówka, kursujący po rzece. Stateczek rozpoczynał swój kurs z wyspy przy teatrze, zabierał z borkulasku około 50 pasażerów i płynął w górę rzeki. Pierwszym jego przystankiem było właśnie "Zakopane". Drugim przystankiem i kolejną atrakcją na trasie była duża podmiejska restauracja, prowadzona z dużym rozmachem przez pana Kowalskiego. Nazywano ją "Strzelnicą", gdyż w sporym restauracyjnym ogrodzie znajdowała się rzeczywiście sportowa strzelnica, gdzie z wiatrówki można było celować do jelenia na rykowisku, dzika lub zająca z blachy. Trafione zwierzę z hukiem spadało na cztery łapy...

      Tuż za ,,Strzelnicą" po prawej stronie leżało Zawodzie ze swym pięknym modrzewiowym kościółkiem św. Wojciecha, upamiętnionym w historii krwawymi zajściami 1 maja 1905 roku. Uroczysta kościelna procesja przekształciła się tu wówczas w manifestację robotniczą, krwawo stłumioną przez carską policję i dragonów. Podczas tych rozruchów kilka osób zostało rannych, śmiertelnie postrzelono w kościele młodą kobietę, Józefę Hadryś, której imię i nazwisko wielokrotnie potem wspominano w naszym domu w rozmowach prowadzonych przez rodziców.

      Nie tylko Kraków ale i Kalisz miał swój Emaus. W drugie święto Wielkiej Nocy kaliszanie tradycyjnie wybierali się na wycieczkę na Zawodzie. Ta pierwsza wiosenna "majówka" nosiła właśnie nazwę biblijnego miasteczka Emaus. W kościółku odbywało się w ten dzień uroczyste nabożeństwo. A ponieważ niewielka świątynia nie mogła pomieścić zbyt wielu ludzi, całe tłumy rozkładały się wkoło niej na trawie. Po mszy ludzie wyjmowali z koszyków prowianty, przynosili ze "Strzelnicy" lemoniadę - i majówka trwała aż do zachodu słońca.

      Kolejnym przystankiem pasażerskiej motorówki była jeszcze jedna restauracja, prowadzona przez pana Walczaka w Piwonicach - tuż obok mostu kolejowego. Miała ona jednak całkowicie miejski charakter, a majówki zakrapiano tutaj wysokoprocentowymi trunkami. We wszystkich restauracjach - warto przypomnieć - nawet w największe upały napoje podawano cudownie zimne ("z lodu"), choć przecież żadnych urządzeń chłodniczych jeszcze wówczas nie było. Lód do restauracji dostarczali przedsiębiorczy handlowcy, której za zezwoleniem władzy miejskiej i stosowną opłatą - wyrąbywali go zimą na Prośnie, magazynowali w dużych dołach, zasypywanych trocinami. Ten zmyślny sposób pozwalał na przechowanie lodu przez całą wiosnę, lato i jesień, aż do następnej zimy i gwarantował niezły dochód ze sprzedaży. Takie przedsiębiorstwo istniało m.in. na Nowym Świecie przy rozlewni piwa.

      Kto nie wysiadł z motorówki w Piwonicach, mógł jechać jeszcze dalej aż na piaszczystą plażę w Żydowie. Tutaj można było do woli opalać się, kąpać, pływać... Ulubionym miejscem wypoczynku kaliszan była jednak inna okolica - tzw. "wyspa", położona niedaleko "Strzelnicy" lecz po przeciwnej stronie rzeki. Tę "wyspę" oddzielał od pozostałej części lądu mały lecz czysty strumyczek. Dobrzy pływacy szli zwykle kąpać się nieco dalej, aż do zakrętu rzeki, gdzie prąd wody mocno wypłukał dno. Tutaj było najgłębsze miejsce na Prośnie zwane popularnie "diabelskim dołkiem". Skakało się na głowę do tego "dołka" z bardzo wysokiej, ponad 10-metrowej skarpy. Niestety każdego roku Prosna pochłaniała wiele ofiar. Nie było wówczas miejsc wyznaczonych do kąpieli, a ratownik na ciężkiej krypie nie zawsze zdążył na czas, gdy wzywano pomocy.

      "Wyspa" i druga strona rzeki były też tradycyjnym miejscem wagarowiczów. Rozciągały się tutaj cudowne łęgi rajskowskie i winiarskie. W maju trawy kołysały się tu na wietrze jak zielone morze, a horyzont zamykała ciemna ściana lasu. Przez łęgi - jak białe wstążki - wiły się wśród ciemnej murawy ścieżki, prowadzące na Tyniec. Nad głową dzwoniły skowronki... Dziś okolice te są już mocno zabudowane. Miast ożywczych zapachów ukwieconych łąk, wiatr przynosi nieznośne zapachy z winiarskiej fabryki. Prosna jest tak płytka, że nawet kajakiem nie da się popływać, a woda w rzece przypomina jeden wielki ściek. Dziś trudno sobie nawet wyobrazić, jak pięknie było tu przed laty.

Podzwonne dzielnicy żydowskiej

      Tym, którzy nie znali przedwojennego Kalisza, a przede wszystkim ludziom młodym, urodzonym już po wyzwoleniu, chyba także niełatwo wyobrazić sobie, jak wyglądała dzielnica żydowska. A była ona jednym z najcharakterystyczniejszych i najciekawszych fragmentów miasta.

      Kaliska społeczność żydowska była wyjątkowo liczna i odgrywała niemałą rolę w życiu miasta. Nie znamy dokładnych liczb, ale na ogół przyjmuje się, że w chwili wybuchu II wojny w prawie 80-tysięcznym Kaliszu mieszkało blisko 30 tysięcy Żydów. Stanowili oni około jednej trzeciej mieszkańców miasta. Tę statystykę a także powszechną opinię, iż jest to naród wybitnie uzdolniony i dlatego wydał tylu znakomitych uczonych, artystów, myślicieli czy pisarzy - potwierdzała też nasza szkolna społeczność. W moim gimnazjum, podobnie jak i w innych szkołach kaliskich, odsetek uczniów pochodzenia żydowskiego był wysoki a nawet stosunkowo wyższy niż rdzennych Polaków: W mojej klasie maturalnej prawie połowa uczniów pochodziła z rodzin żydowskich. Muszę również przyznać, że uczyli się oni bardzo dobrze. Religii mojżeszowej uczył w kaliskich szkołach znany żydowski teolog, pan Abram Buki. Nie był on duchownym, ale studiował teologię i zdobył głęboką wiedzę religijną, a prywatnie zajmował się handlem jako właściciel dużego sklepu winno-kolonialnego przy ulicy Wrocławskiej, vis-a-vis znanej apteki Chlebińskiego i cukierni Mayera. Tego typu zainteresowania i niemała wiedza u ludzi uprawiających zupełnie prozaiczne zawody, w społeczeństwie żydowskim nie były zjawiskiem wyjątkowym.

      Dzielnica żydowska, w której zamieszkiwali prawie wyłącznie starozakonni - tj. Żydzi, którzy zachowywali odwieczne praktyki religijne i tradycyjny styl życia - rozciągała się w północno-zachodniej części miasta. Jej granice wyznaczała dzisiejsza ulica Dzierżyńskiego (zwana najpierw Żydowską, potem Złotą, a następnie P.O.W.), Nowy Rynek oraz ulice Kanonicka i Szopena. Centrum stanowiło skrzyżowanie ulicy Złotej i Ciasnej oraz nie istniejący dziś już plac zwany Rozmarkiem. Oczywiście dzielnica ta nie była zamkniętym gettem, starozakonnych widywało się w całym mieście przez wszystkie dni w tygodniu z wyjątkiem sobót, gdyż w szabat nie wolno im było oddalać się od domów.

      Przeludniona dzielnica, pełna stłoczonych ruder, ciasnych podwórek, cuchnących rynsztoków, małych brudnych sklepików, a nade wszystko nieustającego wrzaskliwego tłumu, kotłującego się na chodnikach i jezdniach, krytych kocimi łbami - miała prawdziwie wschodni charakter. Ulice pustoszały tylko w czasie deszczu. Ów obyczaj załatwiania wszystkich spraw na ulicy, tak charakterystyczny dla miast Wschodu, można tu było obserwować w całej pełni. Ulicami wprost nie dało się przejść. Na chodnikach i jezdniach rajcowały grupy ludzi, ubranych w długie czarne chałaty. Wokół widziało się twarze okolone zwisającymi pejsami, głowy nakryte czarnymi jarmułkami. Czasem pod chałatem można było dostrzec cycełes czyli długie białe frędzle stroju modlitewnego. Po bramach kobiety w perukach sprzedawały na szklaneczki ziarna słonecznika, pestki dyni, gotowany groch i bób, a nade wszystko cebulę, czosnek i śledzie, śledzie, śledzie... Oferowano je zresztą pod najróżniejszymi postaciami, a więc "z beczki" w kilku gatunkach (zwyczajne, królewskie, uliki), poza tym wędzone, smażone, marynowane itp. Nad całą tą dzielnicą unosił się specyficzny zapach, na który składała się woń niemytych ciał, cebuli i czosnku, śledzi i cuchnących rynsztoków. Niesamowity i egzotyczny był dla nas także ów harmider rozmów i kłótni, prowadzonych w niezrozumiałym języku jidisz.

      Najważniejszym punktem w dzielnicy żydowskiej był Rozmarek. Stała tutaj stara zabytkowa bóżnica z kopułą zwieńczoną gwiazdą Syjonu. Przy bóżnicy funkcjonowała wyznaniowa szkoła żydowska - cheder; starozakonni bowiem nie posyłali swych dzieci do szkół powszechnych, ani państwowych ani prywatnych. Żydowscy chłopcy od małego nosili pejsy, byli ubierani w chałaty i jarmułki, a w chederze uczono ich przede wszystkim religii mojżeszowej i języka hebrajskiego, aby mogli czytać Talmud. Starą synagogę niestety rozebrali Niemcy w czasie okupacji (na jej miejscu wzniesiono po wyzwoleniu Dom Partii), a budynek szkoły został mocno przebudowany (dziś jest także siedzibą różnych wojewódzkich instytucji i organizacji).

      Oprócz bóżnicy przy Rozmarku była w Kaliszu jeszcze jedna synagoga, wybudowana już po I wojnie przy ulicy Krótkiej, a więc już poza granicami getta. Tu uczęszczali na modlitwy Żydzi, nie zachowujący tak rygorystycznie praw talmudycznych, ubierający się po europejsku. W Kaliszu była liczna grupa tych Żydów, mocno zasymilowanych ze społecznością polską, czasem nawet nie przyznających się do swego pochodzenia. Z niej wywodzili się głównie moi koledzy gimnazjalni.

      Niedaleko Rozmarku, na rogu ulicy Złotej i Nadwodnej stały jatki koszerne, tzn. sprzedające mięso przeznaczone do spożycia przez wiernych starozakonnych. Prawo mojżeszowe zabraniało w ogóle spożywania świniny, a inne zwierzęta przeznaczone na żydowskie stoły musiały być poddane rytualnemu ubojowi. Do tych czynności uprawnieni byli tylko rzezacy, pobłogosławieni przez nadrabinów. Na rogu ulicy Nadwodnej i Kanonickiej stała mykwa czyli łaźnia rytualna, z której korzystali starozakonni. Był to budynek bardzo stary i pierwotnie bardzo piękny. W moich domowych zbiorach przetrwała stara litografia, wykonana w zakładzie M. Fajansa w Warszawie, z rysunkiem Napoleona Ordy z roku 1873, przedstawiającym kościół św. Mikołaja w Kaliszu, widziany od strony południowo-zachodniej. Na tej litografii na pierwszym planie po prawej stronie stoi tajemniczy budynek z wysokim kominem, wydłużonymi stylowymi oknami, pięknie obramowanymi i okrągłymi okienkami strychowymi. Widać też bogato zdobioną elewację. Tak wyglądała mykwa w XIX wieku. Za moich czasów budynek ten był już przebudowany, a ostatecznie rozebrali go Niemcy, likwidując dzielnicę żydowską. Warto wspomnieć, że w dzielnicy tej był także Szpital Starozakonnych, który mieścił się przy ulicy Piskorzewskiej (dziś Waryńskiego).

      Żydowskie getto zamieszkałe było przede wszystkim przez proletariat. Nic więc dziwnego, że właśnie tutaj miała sporo swych zwolenników socjalistyczna partia żydowska "Bund". Ale znacznie silniejsza - głównie z motywów religijnych - była tu nacjonalistyczna organizacja "Poalej-Syjon", propagująca ideę powrotu Żydów do Palestyny i odbudowy państwa żydowskiego na tamtych ziemiach.

      Powszechną opinię, iż Żydzi to naród o wybitnych talentach handlowych i szczególnej żyłce do zdobywania pieniędzy, potwierdzała także sytuacja w Kaliszu. Tutejsi Żydzi uwielbiali i na ogół także potrafili "robić pieniądze". Magiczne słowo "mues", oznaczające pieniądze, było przez nich tak często używane, że znaliśmy je dobrze nawet my - "goje". Niemal cały handel w mieście był opanowany przez kupców żydowskich. Dość wspomnieć w samym śródmieściu takie duże i znane firmy, jak sklep z tkaninami Muhlsteina przy Starym Rynku, "Złoty róg" Herszkowicza przy zbiegu alei Józefiny i ulicy Wrocławskiej (nazwa ta, określająca dziś narożnik tych dwóch ulic, pochodzi właśnie od tamtego sklepu), bardzo ekskluzywny sklep z galanterią męską Grossowej przy alei Józefiny, odzieżowe sklepy Knastera przy ulicy Kanonickiej czy Gruna przy ulicy Warszawskiej (dziś Świerczewskiego), firma "A. Rauch-Synowie" znana ze swych słodyczy przy ulicy Babinej, skład z materiałami piśmiennymi i "drukarnia pośpieszna" Szczecińskiego przy ulicy Kanonickiej.

      Sklepy w dzielnicy żydowskiej były na ogół małe, ale też dobrze zaopatrzone. Wiele z nich miało klientelę z całego miasta. Sławny był np. sklep galanteryjny pani Szafir przy Nowym Rynku. Panowała wówczas w Kaliszu opinia, że gdy nie dostało się jakiegoś poszukiwanego towaru "u Szafirki", to nie warto było szukać go gdzie indziej... Niezwykle popularna wśród młodzieży szkolnej była księgarnia Kapłana na rogu Nadwodnej i Piskorzewskiej. Biegli tam regularnie uczniowie, którzy przeżywali nieunikniony w pewnym wieku szał filatelistyczny, bo księgarnia prowadziła także sprzedaż znaczków. Najhardziej jednak poszukiwane przez młodzież były "bryki szkolne", wydawane przez współplemieńca księgarza Zukerkandla w Złoczowie, które kupić można było tylko u Kapłana. Prawdziwym rekinem handlowym był jednak Dawid Perle, prowadzący wielką hurtownię spożywczą przy ulicy Fabrycznej obok Towarzystwa Cyklistów.

      Żydowskie sklepy odzieżowe utrzymywały tzw. "naganiaczy" którzy pracowali głównie w dni targowe, a ich zadaniem było zwabienie wiejskich klientów. Jeśli klient już wszedł do sklepu, kupiec tak potrafił zareklamować swój towar, że nie wypuścił go bez zakupów. Kupując w żydowskim sklepiku, należało koniecznie "targować się", gdyż kupcy specjalnie podawali najpierw wyższe ceny ("cenili" - jak się dawniej mawiało), aby je potem pomału opuszczać. Klient wychodził więc zawsze ze sklepu zadowolony, że udało mu się tak tanio kupić.

      Obraz kaliskiej społeczności żydowskiej byłby niepełny, gdybym nie wspomniał o resorkach. Były to bryczki na resorach, zaprzężone w jednego konia, a powożone wyłącznie przez Żydów. Miały one swój postój przy ulicy Nadwodnej róg Złotej. Bryczki były bardzo pojemne, miały ławeczkę dla pasażerów, ale można było nimi przewieźć wszystko bez względu na gabaryty. Korzystali więc z nich najczęściej żydowscy handlarze do przewożenia swych towarów. Czasem jednak zdarzało się i tak, że wszystkie resorki (a było ich około 30) wynajmowane były przez rabinów z bóżnicy. Oznaczało to, że gmina spodziewa się wizyty jakiegoś bardzo ważnego cadyka-cudotwórcy. Wszystkie bryczki ustawiały się wówczas przed dworcem kolejowym.

      Po powitaniu cadyka, który wystrojony był zazwyczaj w lisią tołubę, wielki czarny kapelusz i białe pończochy, zapraszano go w asyście do pierwszej resorki. W pozostałych zasiadała starszyzna z rady. I ruszał z dworca w ulicę Górnośląską długi ciąg resorek. Defilada sunęła głównymi ulicami miasta, wszyscy więc wiedzieli, że gmina żydowska ma znamienitego gościa.

      Z Kaliszem związanych było kilka niezwykłych postaci żydowskich, które koniecznie muszę tu opisać. Należał do nich na przykład Bronisław Zylber, zwany popularnie "Gzymsem". Był to elegancki pan, przesiadujący całymi dniami w ekskluzywnej kawiarni "Europa", a wyróżniający się wieżową czaszką, którą zdobił na czubku zawsze rozwichrzony osełedec. Zajmował się on zawodowo kontraktowaniem i sprowadzaniem do Kalisza zespołów teatralnych, artystów estradowych, muzyków, śpiewaków etc. Zapotrzebowanie na tego typu występy było w mieście duże szczególnie w latach trzydziestych, kiedy to kina kaliskie - ze względu na wysokie ceny biletów straciły mocno na popularności i zaczęły plajtować. Aby przyciągnąć publiczność i poprawić budżet, sprowadzano jakieś pseudorewie, pośledniego gatunku tancerki czy piosenkarki, magików lub atletów - i to wszystko pokazywano jako dodatek do filmów. Był to zresztą dość skuteczny sposób na pozyskanie widzów. Niezastąpionym menagerem, ściągającym do Kalisza tego typu atrakcje, był właśnie Gzyms. Poza tym organizował on także poważne występy znanych aktorów, śpiewaków operowych i operetkowych, wirtuozów fortepianu czy skrzypiec, nierzadko światowej sławy. Z biegiem czasu zaczął organizować imprezy artystyczne w całej Polsce i z tego powodu bywał często w podróżach.

      Gzyms był rodowitym kaliszaninem. Pochodził z zamożnej rodziny żydowskiej. Miał braci, z których jeden był lekarzem, drugi - adwokatem, trzeci - inżynierem. Wszyscy oni odżegnywali się jednak od Gzymsa i uważali go za wyrodka. Choć jako impresario estradowy Gzyms nieźle zarabiał, najczęściej bywał bez grosza. Wszystkie zarobione pieniądze natychmiast wydawał w restauracjach i kawiarniach, gdzie przesiadywał z artystami, którzy przepadali za nim z powodu jego błyskotliwej inteligencji i wielkiego uroku osobistego. Była to rzeczywiście niezwykle barwna postać, przypominająca trochę słynnego warszawskiego Franca Fiszera. Podobnie jak i Fiszer, był on również bohaterem wielu anegdot, z których jedną warto tu przytoczyć.

      Otóż pewnego razu Gzyms, który wiele podróżował i przeważnie mieszkał w hotelach, postanowił rozpocząć nowe życie osiadłe i wynająć sobie pokój. Przeczytał w "Gazecie Kaliskiej" ogłoszenie, iź jest do wynajęcia elegancki umeblowany pokój, ale z zastrzeżeniem "tylko chrześcijanowi". Mimo to udał się pod wskazany adres. Drzwi otworzyła starsza pani, która natychmiast poznała Gzymsa i na propozycję obejrzenia pokoju powtórzyła swe zastrzeżenia. Gzyms na to, że wie, że czytał, ale bardzo prosi, aby szanowna pani pokazała mu pokój, aby mógł ocenić, czy warto się dla niego wychrzcić.

      W 1939 roku Gzyms przebywał w Warszawie i wkrótce znalazł się w getcie. Dzięki pomocy warszawskich aktorów, którzy go bardzo lubili, udało mu się stamtąd zbiec i znaleźć schronienie na ulicy Hożej. Niestety w bliżej nie znanych okolicznościach żandarmeria niemiecka odkryła jego kryjówkę i zabrała Gzymsa, po którym od tej chwili przepadł wszelki ślad. Zapewne zginął, podobnie jak miliony innych ofiar tej wojny.

      Drugą postacią żydowską, bez której trudno było wyobrazić sobie kaliską ulicę lat dwudziestych, był Moryc Lubelski. Dziś zastanawiam się, z czego ten człowiek żył. Nie pracował nigdzie na stałe, ale zawsze był modnie ubrany, zawsze w dobrym humorze. Przyjaźnił się z całą młodzieżą szkolną - wszyscy byliśmy z nim "na ty", choć był od nas starszy o jakieś 10 lat. Czym się zajmował? Raz widziało się go jako biletera u pana Reina w kinie "Oaza", innym razem rozdawał na ulicy reklamowe ulotki różnych firm, to znów rozklejał plakaty kin, teatru lub cyrku, który właśnie zawitał do miasta, albo też reklamował zawody sportowe. Zawsze wesoły, dowcipny i - co tu dużo mówić - po prostu miły, był przez wszystkich bardzo lubiany. Czasem widać było, że Moryc przechodzi jakiś "kryzys ekonomiczny". Spodnie miał wystrzępione, buty podarte, ale zawsze uśmiech na twarzy. W kilka dni później spostrzegaliśmy, że już "pozbierał się", już miał nowe ubranie i nowe buty. Osobliwa to była postać i tak mocno związana z krajobrazem kaliskiej ulicy.

      Jeden z moich kolegów szkolnych, który we wrześniu 1939 roku znalazł się za Bugiem, opowiadał mi, że już po wkroczeniu tam armii radzieckiej spotkał w Dubnie Moryca z czerwoną opaską na lewym rękawie, czerwoną gwiazdą na czapce i karabinem na ramieniu. Moryc był wówczas członkiem milicji obywatelskiej i wiele pomógł mojemu koledze, ułatwiając mu powrót do Kalisza.

      Były też wśród Żydów postacie mniej sympatyczne, lecz równie mocno związane z międzywojennym Kaliszem. Jedna z nich to niejaki Gołąbek, wystający całe dnie do późnego wieczora w alei Józefiny i handlujący nielegalnie "z kieszeni" środkami antykoncepcyjnymi. Przy okazji trudnił się on też pokątnym pośrednictwem w nierządzie. Druga postać to, zawsze otoczony męską młodzieżą, tajemniczy pan Klinger. Straszliwie okaleczony po jakimś wypadku, miał potworne blizny na twarzy, tylko jedno oko, a lewą rękę zdeformowaną nieodwracalnym przykurczem - przypominał Quasimoda. Nikt nie wiedział, gdzie pracuje i co robi. Mieszkał na Majkowskiej. Był zawsze dobrze ubrany, zawsze miał pieniądze. Był też wyjątkowo inteligentny, posiadał dużą erudycyjną wiedzę. Młodym chłopcom, których zawsze było pełno koło niego, fundował lody i kino. Nie było dla nikogo tajemnicą, że pan Klinger uprawia znane, popularne i dzisiaj zboczenie. Wspominam te niechlubne postacie, gdyż bez nich obraz kaliskiej ulicy tamtych lat byłby niepełny.

      Trzeba tu otwarcie powiedzieć, że choć w Kaliszu - podobnie jak i w innych miastach drugiej Rzeczypospolitej - odżywały od czasu do czasu nastroje antysemickie, to w gruncie rzeczy żydowska społeczność była głęboko wrośnięta w życie miasta, była jego nieodłącznym elementem, a jej współżycie ze społecznością polską układało się na ogół dobrze. Moich kolegów Żydów wspominam serdecznie, wnosili oni wiele pozytywnych cech do naszego uczniowskiego stylu życia. Gdy po okrutnej wojnie stanąłem - jeszcze w mundurze Ludowego Wojska Polskiego - na kaliskim dworcu i po raz pierwszy przespacerowałem się po ulicach wyzwolonego Kalisza, nie mogłem jakoś odnaleźć atmosfery mego rodzinnego miasta bez tamtej hałaśliwej dzielnicy. Opanowało mnie uczucie utraty czegoś bliskiego, co minęło i już nigdy nie wróci.

Romans Szmula Dunkelmana

      Spośród kaliskich Żydów szczególną znajomość zawarłem z kupcem Szmulem Dunkelmanem. Świetnie prosperująca firma "Hurtowa sprzedaż galanterii męskiej B-cia Sz. i M. Dunkelman" mieściła się na pierwszym piętrze reprezentacyjnej kamienicy przy Starym Rynku na rogu ulicy Warszawskiej. W tym samym domu narożny parterowy sklep był zajęty przez znaną księgarnię, specjalizującą się w handlu nutami, którą prowadził były organista kolegiacki, szanowany obywatel miasta Maksymilian Jasiński. W sąsiednim sklepie urzędował rękawicznik Józef Adamczewski, także obywatel miasta. W tamtych latach tytułem obywatela miasta zwykło się honorować właścicieli kamienic. Wymienieni tu jednak obywatele nie mogli się nawet równać pod względem zamożności z firmą "B-cia Dunkelman". Kilka mieszkań, zajmujących całe pierwsze piętro okazałej kamienicy, było zawalonych towarem, a ruch w interesie był wielki.

      Do Szmula i Moryca Dunkelmanów należało co najmniej sześć kamienic: jedne odrapane i liszajowate w dzielnicy żydowskiej, bez żadnych wygód, zamieszkałe przez proletariat żydowski; inne zaś w centrum miasta, wyposażone w urządzenia wodno-kanalizacyjne, zamieszkałe przez prominentów miejskich, płacących wysokie komorne. W jednej z tych kamienic przy pryncypialnej ulicy Wrocławskiej, tuż przy Starym Rynku (tu gdzie dziś mieści się "Orbis"), znajdowała się herbaciarnia koszerna, o czym informowały - nieczytelne dla mnie - tajemnicze litery hebrajskie, wymalowane na szybie wystawowej oraz zgrabna piramidka z koszernych kiełbasek, misternie ułożona w stosik, przypominający mendel żniwnych snopków.

      Szmula Dunkelmana poznałem w roku 1937, gdy byłem już studentem medycyny Uniwersytetu Poznańskiego i do rodzinnego miasta przyjeżdżałem tylko od czasu do czasu. Tak często, jak tylko pozwalały mi na to zajęcia uniwersyteckie i inne prace, które podejmowałem dla celów zarobkowych. Pewnego razu na szerokim i rojnym deptaku alei Józefiny podszedł do mnie trzydziestoparoletni drobnej budowy mężczyzna o rudawych włosach i zagadnął mnie łamaną polszczyzną z klasycznym żydowskim akcentem: - "Panie Pniewski, nie gniewacz się na mnie, ale ja miecz dla pana dobry interes i chciecz wypicz z panem kawę u Hertza..." Człowieczek ubrany był może niezbyt gustownie, ale porządnie. Wszystko na nim było w dobrym gatunku. Byłem trochę zdziwiony, ale na kawę poszliśmy.

      Najbardziej ekskluzywna kawiarnia w mieście zajmowała parter równie eleganckiego hotelu "Europa" przy alei Józefiny, który stanowił cały kombinat rozrywkowy. Hotel, kawiarnia, restauracja z nocnym kabaretem - każde z tych przedsiębiorstw było samodzielne i każde miało innego właściciela, ale ich symbioza była idealna. Dla nas - sztubaków i studentów - hotel i nocny lokal, otoczone nimbem tajemniczości, stanowiły zamknięty świat zepsucia i wyuzdania bogatych sfer, do którego kluczem były pieniądze. Do kawiarni Hertza również nie chodziliśmy, bywał tam głównie miescowy highlife. Tylko latem, gdy przed kawiarnią ustawiano na chodniku pod kolorową markizą mały ukwiecony ogródek, spacerujący deptakiem tłum młodzieży miał sezonowy wgląd w personalny skład klienteli "Europy". Nasze rozeznanie było i tak niepełne, gdyż o tej porze roku high-life wyjeżdżał do modnych kurortów, wśród których rekordy popularności i snobizmu biły Jurata, Zakopane i Krynica.

      Tak więc na zaproszenie Szmula Dunkelmana po raz pierwszy w życiu przestąpiłem zaklęte progi "Europy" i zasiadłem przy okrągłym marmurowym stoliku. Zachęcony przez fundatora pałaszowałem lody "cassate", piłem kawę po turecku i zaintrygowany słuchałem wywodów małego rudego człowieczka. A Dunkelman miał do mnie niebylejaką sprawę. Otóż zakochał się on w pewnej "najszliczniejszej" pannie z pobliskiego miasteczka Koła. Zakochać się - ludzka rzecz - i nie w tym leżał problem. Problem tkwił w tym, że obiekt miłości pochodził z żydowskiej rodziny całkowicie zasymilowanej. Panna Zosia ukończyła polskie liceum humanistyczne, mówiła ładnie po polsku bez cienia akcentu jidisz, miała spolszczone nazwisko, nie uprawiała praktyk religijnych i - co tu ukrywać - raczej krępowała się swego żydowskiego pochodzenia. Natomiast Szmul Dunkelman uczył się w szkole wyznaniowej, mówił fatalnie po polsku z okropnym akcentem i dopiero trzy lata temu zrzucił czarny chałat, jarmułkę i zgolił pejsy. No i jeszcze to fatalne imię i nazwisko. Pan Szmul w każdy piątek o zmierzchu zapalał rytualne świeczniki, wkładał w aksamitną torbę egzemplarz Talmudu i czarno-białe szaty liturgiczne i szedł odprawiać modły do synagogi na ulicy Krótkiej.

      I oto zadrżało serce Szmula, gdy ujrzał Zosię. Zadrżały w posadach wszystkie talmudyczne przykazania, wpojone przez rodziców. O niczym już nie potrafił myśleć, tylko o tym, by jak najprędzej zasymilować się, zatrzeć wszystkie żydowskie cechy, którymi tak bardzo brzydziła się ukochana i z których szydziła przy lada okazji. Postanowił jak najszybciej dorównać swej wybrance, aby zdobyć jej serce. Pannie Zosi bardzo przypadła do gustu zamożność Szmula - o ile dobrze zrozumiałem - postawiła warunek: "Jeśli zrzucisz z siebie żydowski nalot, będę twoja..." W planach Szmula Dunkelmana właśnie ja miałem być tym, który - przy zachowaniu pełnej dyskrecji - nauczy go języka polskiego. Na początek zaproponował mi 5 złotych za każdą godzinę lekcyjną. Lekcje jednak miały odbywać się w moim domu, bo całą akcję asymilacyjną Szmul skrzętnie ukrywał przed swym bratem Morycem i jego żoną, z którymi razem zamieszkiwał. Rodzina wyklęłaby go i jego dzieci do n-tego pokolenia, gdyby dowiedziała się, że wyparł się on wiary i obyczajów przodków.

      Byłem bardzo zaskoczony tą propozycją, ale zgodziłem się natychmiast, bo honorarium było wysokie, a ja potrzebowałem pieniędzy na studia. W przeprowadzeniu transakcji była jednak pewna drobna przeszkoda: ja przecież studiowałem w Poznaniu, a do Kalisza wpadałem tylko w wolnych chwilach. Dunkelman był tym bardzo zakłopotany, ale zgodził się na naukę z przerwami. Umówił się jednak ze mną, że jeżeli byłbym pilnie potrzebny, to on do mnie zadepeszuje i pokryje koszta podróży. Nie bardzo rozumiałem te pilne potrzeby, ale już po dwóch tygodniach od mego wyjazdu do Poznania - otrzymałem depeszę następującej treści: "Proszę dojechacz, pilnie poczebuję - Dunkelman". Po przyjeździe dowiedziałem się, że panna Zosia napisała piękną polszczyzną list do mego kontrahenta i trzeba napisać odpowiedź. Od tej pory sprawa wyjaśniła się zupełnie. Lekcji już nie było, natomiast ja prowadziłem regularną miłosną korespondencję z panną Zosią, której nigdy na oczy nie widziałem. Każdy list był dokładnie przepisywany przez Szmula, a honorarium uzależnione od temperatury uczuciowej. List o charakterze informacyjnym kosztował 5 złotych, list zdecydowanie miłosny 10 złotych, a list pełen najwyższych uniesień miłosnych 15 złotych. Ja nigdy nie stawiałem warunków. Szmul sam taksował listy i sam proponował stawkę. Niektórymi listami tak się zachwycał, że wznosił oczy do góry i płakał (15 złotych).

      W ten sposób zawładnąłem najskrytszymi tajemnicami serc tych dwojga ludzi. A Dunkelman był tak wzruszony moją solidnością, dyskrecją i przyjaźnią, jaką mu okazywałem, że oprócz honorariów coraz częściej przynosił mi prezenty pochodzące z jego galanteryjnej hurtowni. Były to szelki, rękawiczki, koszule, krawaty itp. Dzięki poetyckim listom miłosnym Szmula panna Zosia miękła jak wosk i wreszcie - po jednej z licznych podróży Szmula do Koła - zacząłem na jego życzenie pytać w listach, czy odwiedził ją "czerwony gość". Dunkelman wyjaśnił mi, że Zosia spodziewa się ciotki z Odessy. Oczywiście obaj rozumieliśmy doskonale. że chodzi tu o fizjologiczny dowód, iż panna nie jest w ciąży. Tak więc, trochę udając naiwnego, wchodziłem coraz głębiej w życie tych dwojga. Polubiłem ogromnie Szmula Dunkelmana. Wzruszało mnie to jego wielkie uczucie, ale za to z niesmakiem myślałem o Zosi, która tak się wstydziła swego pochodzenia, że aż zmusiła ukochanego mężczyznę do wyrzeczenia się wiary i obyczajów ojców.

      I gdy tak kwitła miłość małego rudego Szmula, a ja w listach nadawałem jej coraz gorętszy wyraz - nad światem wisiał już cień największego w historii szaleńca. Hitler przygotowywał swoje kohorty na Polskę, na całą Europę. Docierały do nas wieści o dyskryminacji Żydów w Niemczech. Także i o tym prowadziliśmy ze Szmulem długie rozmowy podczas naszych spotkań. Rozmowy coraz częstsze, coraz bardziej tragiczne. Ja jakoś nie mogłem uwierzyć, że Hitler uderzy na Polskę, a Szmul wpadał w coraz większą rozpacz. Już nie potrafiłem go pocieszyć. Myślał tylko o jednym, jak ratować Zosię, która była już w ciąży. Cóż byłaby za radość dla Szmula, gdyby nie te straszne czasy!

      Ostatnie moje spotkanie z Dukelmanem odbyło się pod koniec sierpnia 1939 roku. W liście, który pisałem, zawiadamiał Zosię, że przyjedzie po nią taksówką do Koła, żeby była gotowa z jedną tylko walizką. W Kole mieli wziąć ślub i natychmiast wyjechać przez Rumunię do Palestyny. Pożegnaliśmy się ze Szmulem jak z najlepszym przyjacielem. Padliśmy sobie w ramiona, płakaliśmy. Żegnał mnie ciągle tym samym żargonem, na który składała się mieszanina słów polskich i jidisz. Pomyślałem, że przez dwa lata niczego go nie nauczyłem. Byłem pełen nadziei, że tych dwoje i ich dziecko uratują się.

      Potem była już tylko śmierć, zniszczenia, zgliszcza. W czasie okupacji, ścigany przez gestapo, znalazłem się w Otwocku pod Warszawą. Tam pracowałem, ożeniłem się, zostałem szczęśliwym ojcem. Kiedyś - a było to w roku 1942 - szedłem uliczką w Świdrze, taką charakterystyczną dla Otwocka, Świdra, Józefowa i innych letniskowych miejscowości podwarszawskich. Długi, wąski, prosty jak strzelił dukt leśny, obramowany drewnianymi sztachetami, za którymi kryły się wśród sosen domki z werandami. Nagle osłupiałem... Naprzeciwko mnie szedł swoim charakterystycznym drobnym kroczkiem Szmul Dunkelman. Był nędznie ubrany i bardzo zabiedzony. Krzyknąłem z radości i rzuciłem się ku niemu. Szmul spojrzał na mnie wzrokiem ściganego zwierzęcia, błyskawicznie odwrócił się i co sił w nogach zaczął uciekać. Nie mogłem wtedy zrozumieć takiej reakcji. Upłynęła chwila, zanim rzuciłem się w pogoń. Ale daremnie wyciągałem nogi choć byłem młody i wysportowany. Uciekinier, klucząc w wąskich uliczkach, wpadł w gęsty las i straciłem go z oczu. Daremnie wołałem niemal z płaczem na wszystkie strony. Mimo ponad dwugodzinnych poszukiwań, nie odnalazłem Szmula... I nie spotkałem go już nigdy więcej.

Targi, jarmarki, zabawy ludowe. Letnie i zimowe rozrywki kaliszan

      Nierozłączną częścią dzielnicy żydowskiej był Nowy Rynek (dziś plac 1 Maja), ale - przynajmniej dwa razy w tygodniu- ten fragment miasta nabierał odmiennego charakteru, królował tu wówczas zupełnie inny folklor.

Nowy Rynek był wielkim pustym placem, na którym w zwykłe dni wysiadywało pod remizą strażacką kilkanaście przekupek ze swymi koszami oraz kilku szlifierzy ostrzących noże i nożyczki. We wtorki i piątki - były to dni targowe - plac przeobrażał się zupełnie. Zjeżdżała się tu cała okolica po to, aby sprzedać płody ziemi i kupić wszystko, co potrzebne do domu. Wielki plac był wówczas tak zatłoczony, że handlowano także z furmanek na placyku przed gazownią, na całej ulicy Majkowskiej i wszystkich przyległych. Również sąsiadujące z Nowym Rynkiem podwórka były zarezerwowane na postój chłopskich wozów. Cóż to był za rodzajowy obrazek!

      W latach dwudziestych widywało się jeszcze na rynku sporo autentycznego folkloru kaliskiego, po którym dziś śladów szukać można chyba tylko w muzeach. Odświętnie ubrane kobiety wiejskie pyszniły się wspaniałymi koronkowymi czepcami, na białych bluzkach czerwieniło się po 5-10 sznurów prawdziwych korali. Strój uzupełniały ciemnoniebieskie nastroszone spódnice i białe pończochy. Mężczyźni chodzili w długich butach oraz pięknych granatowych kurtkach z małym kołnierzykiem i czerwonymi guzikami. Spod rozpiętych kurtek bieliły się śnieżne koszule z pysznymi koronkami. Na głowie każdy musiał mieć czarny okrągły kapelusz z szerokim rondem i czerwoną wstążeczką. Największą ostoją folkloru w tych czasach była wieś Dobrzec. Gdy spotkało się w mieście tak ubrane kobiety i mężczyzn, było niemal pewne, że przyjechali z Dobrzeca.

      Wtorkowe i piątkowe targi były wspaniałym, wielce malowniczym widowiskiem. Te nieprzebrane tłumy kupujących i sprzedających. Te rzędy straganów, w których można było dostać dosłownie wszystko. Te długie szeregi bab z koszykami, w których pyszniły się niezrównane smakołyki, płody polskiej ziemi. Ten charakterystyczny szum i gwar, powstały z ludzkich głosów, gdakania kur, kwiku prosiąt, beczenia kóz i owiec, brzęku łańcuchów... Ta cała symfonia, która już umilkła bezpowrotnie i przeminęła wraz z latami mego dzieciństwa.

      W kamienicach okalających Nowy Rynek było kilka znanych sklepów, w których w dni targowe ruch był nie do opisania. Wspomniałem już wcześniej o słynnej "Szafirce". Nie mniejszą popularnością cieszył się sklep delikatesowy pani Bromirskiej na rogu ulicy Babinej, tuż przy remizie. Obok znajdowała się popularna szczególnie wśród młodzieży księgarnia pani Gałczyńskiej - jak mi się wydaje - krewnej Marii Dąbrowskiej. Na rogu ulicy Majkowskiej był wielki skład maszyn rolniczych pana Janaszewskiego. Były tu też dwie restauracje: u wylotu ulicy Szopena - pana Wodzyńskiego, u wylotu ulicy Majkowskiej - pana Lesienia, bardzo popularne wśród przybywających na targi. Każda dobra transakcja, każdy udany zakup musiał być "oblany" w jednym z tych dwóch lokali.

      Te "noworynkowe" targi miały swoje piękne i długie tradycje. Zapisały się w dziejach miasta już w początkach XIX wieku sławne w całym kraju jarmarki świętojańskie. Ustanowił je dla Kalisza namiestnik Królestwa Polskiego, generał Józef Zajączek podówczas rezydujący w Opatówku, który tu majątek otrzymał w darze od Napoleona. Jarmarki rozpoczynały się zawsze 24 czerwca czyli w dzień św. Jana, stąd też wzięły swą nazwę. Zainteresowanych bliższymi szczegółami odsyłam do uroczej książki Edwarda Polanowskiego "W dawnym Kaliszu", w której pięknie opisano te dawne zwyczaje. Jeden szczegół wszelako wydaje mi się dość istotny i wart podkreślenia. Otóż tradycyjnym miejscem targów i jarmarków w Kaliszu był najpierw Stary Rynek, tutaj wokół ratusza handlowano w najlepsze przez całe wieki. Dopiero pod koniec XIX wieku ze względów reprezentacyjnych targowisko pod ratuszem zlikwidowano, po II wojnie w miarę upływu lat usunięto także przekupki z Nowego Rynku, umieszczając targowisko jeszcze dalej na obrzeżach miasta. Oba te reprezentacyjne place stały się odtąd nieco puste i martwe. Na szczęście kilka lat temu władze miasta wpuściły z powrotem na Stary Rynek kwiaciarki. Ich kolorowe bukiety i barwne parasole dodają dziś trochę wdzięku tej części miasta. Od czasu do czasu kaliscy handlowcy organizują tu także swoje jarmarki. Może więc warto byłoby przywrócić tradycję jarmarków świętojańskich w Kaliszu. Zrobił to już Poznań, a także Gdańsk słynący dziś ze swych jarmarków dominikańskich. Tym bardziej winno kultywować swoje piękne tradycje najstarsze miasto Polski.

      Równie barwnym widowiskiem, a może jeszcze barwniejszym niż targowiska, był doroczny odpust w "Opiekę św. Józefa". Rozpoczynał się on, jeśli się nie mylę, 27 sierpnia i trwał całą oktawę. Przez te osiem dni cały plac św. Józefa i przyległy plac Konstytucji (dziś część placu Kilińskiego) zastawione były straganami, w których można było kupić rozmaite cuda i cudeńka. Koniki bujane, zegarki blaszane, baloniki na druciku, cukrową watę... - słowem: wszystko, o czym z takim sentymentem śpiewa Janusz Laskowski w swej piosence o "Kolorowych jarmarkach". Nie da się opisać, jak bardzo ten odpustowy jarmark przyciągał kaliskie dzieci. Całymi godzinami nudziliśmy rodziców, aby poszli z nami na odpust, a potem przed każdym straganem męczyliśmy o kupienie zabawki. Ta barwna odpustowa tandeta wydawała się nam wtedy najbardziej upragnionymi skarbami, o jakich śniliśmy po nocach.

      Na tych odpustach można było także zobaczyć ów autentyczny folklor kaliski. Przychodziły na piechotę lub też przyjeżdżały do Kolegiaty św. Józefa całe pielgrzymki ze wsi - z bliższych i dalszych stron - w pięknych ludowych strojach. I dzięki nim odpustowy jarmark stawał się jeszcze bardziej kolorowy. Folklor, który z czasem zniknął zupełnie z wtorkowych i piątkowych targowisk, najdłużej utrzymał się właśnie na 'tych odpustach, a także na procesjach w święto Bożego Ciała.

      Pojawiali się na odpustowych jarmarkach także różnej maści kuglarze, kataryniarze, sztukmistrze, którzy zresztą przez cały rok chodzili po kaliskich podwórkach, stanowiąc niemałą atrakcję w monotonii codziennego życia. Kataryniarze chodzili najczęściej w pojedynkę, nosząc na katarynce tresowaną papugę lub świnkę morską, która za stosowną opłatą jako "ślepe narzędzie losu" wyciągała z szufladki fant, z reguły w postaci odpustowego pierścionka "na szczęście" z kolorowym oczkiem, udającym szlachetny kamień. Inni muzykanci pojawiali się często w małych grupkach, nierzadko były to całe rodziny, w których występowały także małe dzieci odpowiednio przyuczone przez rodziców. Podczas koncertów w podwórkach studniach ludzie rzucali im z okien monety zawinięte w papierek. Podwórkowi muzykanci prowadzili staranny rejestr imienin co bardziej znanych mieszkańców miasta. W dzień patrona budzili więc solenizanta i jego najbliższe sąsiedztwo wczesnym rankiem, grając pod jego drzwiami dziarskiego marsza lub wiedeńskiego walca, a jednocześnie oczekując na napiwek lub poczęstunek. Pamiętam taką muzykę pod drzwiami naszego mieszkania co roku zawsze 19 marca w dzień świętego Józefa, patrona mego ojca.

      Oprócz muzykantów chodzili po podwórkach również akrobaci, prezentujący swe umiejętności na kawałku dywanika. Był wśród nich człowiek-wąż, człowiek-guma, połykacz ognia... Chodzili po domach także niektórzy rzemieślnicy, uprawiający zawody, jakich dziś już nie ma. A więc druciarze, drutujący na poczekaniu pęknięte garnki (Garnki drutuję, garnki!) lub lutownicy lutujący blaszane naczynia, szlifierze ostrzący noże i nożyczki. Nieodłączną postacią kaliskiej ulicy był też żydowski handlarz z workiem na plecach, skupujący starzyznę. Wchodził on na podwórze i wołał: - Handele, handele, handele! Szmaty kupuję, stare garnki, handele! Na ulicy Lipowej przez całe lato dwa razy w tygodniu przechodził środkiem jezdni człowiek z drewnianym cebrzykiem pełnym pijawek, który donośnym głosem wołał: - Pijawki do pojawu! Pijawki do pojawu! Nim przeszedł od Nowolipowej do Łącznej sprzedał ich zawsze cały cebrzyk. Stałym jego klientem był nasz sąsiad, pan Remiszewski, fryzjer i felczer w jednej osobie, który większość chorób leczył puszczaniem krwi lub przystawieniem pijawek.

      Oprócz tych podwórkowo-ulicznych rozrywek bawiły kaliszan także inne atrakcje. Przyjeżdżały tu różne cyrki (także sławny cyrk Staniewskich), które z reguły rozbijały swe namioty na Wale Staromiejskim przed ujeżdżalnią. Karuzele i "górskie kolejki" ustawiały się na tym samym placu lub w nowym parku. Największą jednak sensację wzbudził w mieście, dwukrotnie odwiedzający Kalisz, człowiek mucha, który rzeczywiście chodził po ścianach domów jak mucha. Podczas pokazu wspinał się on po gzymsach czteropiętrowej kamienicy aż na dach, skąd skakał w dół na płachtę, trzymaną przez strażaków. Człowiek-mucha popisywał się swymi umiejętnościami, wspinając się na szczyt kamienicy Szmytów przy ulicy Kopernika 5, a widownią był usytuowany vis-a-vis skwer. Wszystkie okoliczne ulice były wówczas zamknięte przez strażaków, aby obserwować popis trzeby było wykupić bilet.

      Jeśli w porze letniej przypadały jakieś święta państwowe lub szczególnie uroczyste rocznice, urządzano tzw. zabawy ludowe w nowym parku. Nastrojem przypomniały one trochę odpustowe jarmarki, bo i tu były kolorowe stragany, a także przekupnie sprzedający obwarzanki, andruty i cukrową watę - ale było weselej i radośniej. ponieważ zawsze grała tu orkiestra. W latach dwudziestych były w Kaliszu aż trzy renomowane orkiestry dęte, które prezentowały się publicznie (orkiestry uczniowskie brały udział tylko w szkolnych imprezach). Najliczniejsza i najbardziej reprezentacyjna była orkiestra wojskowa 29 Pułku Strzelców Kaniowskich. Niewiele ustępowały jej orkiestry Ochotniczej Straży Pożarnej i "Pluszowni" (tak popularnie zwano wówczas Fabrykę Pluszu i Aksamitu czyli dzisiejszą Fabrykę Wyrobów Runowych "Runotex"). Jeden z tych trzech zespołów grał zawsze na zabawie ludowej. Największą atrakcją tych zabaw było wspinanie się po namydlonym maszcie po cenny fant, umieszczony w "bocianim gnieździe" na wierzchołku. Zawodnicy zdejmowali buty, nakładali specjalnie przyniesione ubrania robocze i mozolnie pięli się na maszt. Najczęściej jednak, będąc już w połowie drogi lub nawet dalej, zjeżdżali po namydlonym słupie na sam dół. Oczywiście wygrywali zawsze ci, którzy podejmowali próbę już na końcu, gdy maszt był mocno wytarty przez poprzedników. Stąd też zabawa trwała zwykle aż do wieczora, bo nikt nie chciał startować pierwszy.

     Innego typu rozrywką masową były popularne "majówki". Wybierano się na nie przeważnie w gronie rodzinnym lub też w kilka zaprzyjaźnionych rodzin. Wynajmowano wóz drabiniasty umajony gałęziami brzeziny, zabierano koszyki z prowiantem jajka na twardo, herbata lub kawa zbożowa, a także różne napoje j i ruszano do lasu winiarskiego lub nad rzekę do Piwonie. W maju wybierano się także często do Gołuchowa, na tamtejsze pola konwaliowe. Pewne miejsca i terminy majówek były uświęcone tradycją, którą zachowywano z dziada pradziada. I tak majówki w Gołuchowie urządzało się w Zielone Święta, a na Zawodziu - w drugie święto Wielkanocy. Ileż to razy wydeptywałem tam dziecięcymi stopami "Szwedzkie góry", ani domyślając się, że chodzę po fundamentach kolegiaty św. Pawła i grodu książęcego, które po wiekach odkrył dla potomności podczas badań archeologicznych nieoceniony niezapomniany doc. Krzysztof Dąbrowski.

     Niewiele dalej jeździło się też na wakacje czy urlopy. Oczywiście żadnych zorganizowanych form wypoczynku wówczas nie było. Nie istniało w ogóle słowo "wczasy", które pojawiło się - nie wiadomo skąd - dopiero po II wojnie. Muszę przyznać, że do tej pory tak do końca go nie zaakceptowałem, istnieje bowiem od wieków w polszczyźnie inne słowo, oznaczające wypoczynek - "wywczasy". W latach dwudziestych wypoczywało się więc indywidualnie lub też w gronie rodziny czy przyjaciół. Na urlopy do znanych miejscowości uzdrowiskowych czy wypoczynkowych, jak Orłowo i Jurata nad morzem lub też Zakopane i Krynica w górach, mogli wybrać się tylko ludzie bardzo zamożni. Nawet na kurację w Ciechocinku niewielu było stać. Najliczniejsza średnia warstwa spędzała więc wakacje w podmiejskich wsiach, których klimat oceniano jako zdrowy. Do takich miejscowości należały m, in. Krzyżówki, Słoneczna (Rożdżały), Zbiersk, Winiary, Szałe, Piwonice, Wolica, Brzeziny, Pieczyska. Zamożniejsi kaliszanie stawiali sobie nawet wille lub domki letniskowe na Krzyżówkach lub w Słonecznej. Mniej zamożni wynajmowali chłopskie chaty lub też tylko jedną izbę w takiej chałupie - i tam spędzali wakacje.

      Moi rodzice przez kilka lat z rzędu wynajmowali taką chałupkę w pięknym lesie na granicy Wolicy i Lisa. Tam właśnie spędzałem z rodzeństwem najpiękniejsze w życiu wakacje. Chałupa, kryta słomą, stała na skraju wolickich lasów, na górce ponad bagnami i torfowiskami, ciągnącymi się od Lisa aż do winiarskich lasów. Całe dnie wraz z bandą umorusanych wiejskich dzieciaków albo biegałem po pięknym suchym lesie, albo brodziłem boso po bagnistych łąkach, podpatrując bociany i czajki lub też łowiąc karasie, liny i szczupaki w małych wodnych "oczkach", powstałych po wybranym torfie. Niedawno byłem znów w tamtych stronach. Łąki, na których plażowaliśmy, kąpiąc się w rzeczce Trojanówce, dziś zalane wodą tworzą wielki sztuczny zbiornik, zasilany przez rzeczkę Pokrzywnicę. Po bagnach nie pozostało ani śladu. A bociana i czajki podobno nie widziano tam już od lat.

      Wtedy - przed laty - buszując po lasach i łąkach, słyszeliśmy czasem czarodziejski głos dzwonu św. Mikołaja, który odzywał się z rzadka, tylko przy wyjątkowych okazjach. Jego spiżowy dźwięk niósł się szeroko po trawach i chaszczach. I robiło nam się wtedy błogo na duszy. Ten głęboki, tak bardzo znajomy dźwięk działał na nas przedziwnie kojąco.

      Pogoda dopisywała zawsze. Nie przypominam sobie w tamtych czasach nieudanych wakacji. Całymi tygodniami świeciło słońce, a upał był nie do zniesienia. Nasz klimat miał wtedy charakter zdecydowanie kontynentalny. Lata były pogodne i upalne, a zimy siarczyste i śnieżne.

      Urocze były te kaliskie zimy. Mróz trzymał ostro przez 4-5 miesięcy, a śnieg sypał obficie. Dozorcy mieli obowiązek odgarniać go z chodników na jezdnię - tak, aby sanie mogły kursować po mieście. Dorożkarze zostawiali więc dorożki w domu, a konie zaprzęgali do sań, konkurując między sobą o najpiękniejszy pojazd. Nierzadko widziało się sunące dumnie po śniegu łabędzie lub niedźwiedzie. Grzbiet konia zdobiły dzwonki i kolorowe pióropusze z włosia. Barwna siatka chroniła pasażerów przed śniegiem sypiącym się spod kopyt końskich. Na koźle siedział "jamszczyk" w granatowym uniformie, a z tyłu spod kołnierza zwieszał się na rzemyku numer. Na koźle umieszczona była także blaszana skrzyneczka z napisem "taksa". Urocze były te zimowe wieczory, gdy sypał gęsty śnieg, a na ulicach rozlegało się wesoło: Dzyń! dzyń!

      Prosna zamarzająca na kilka miesięcy była wspaniałym lodowiskiem, toteż spędzaliśmy tam na łyżwach całe popołudnia. Ślizgawkę urządzano zawsze przed teatrem. Prywatny przedsiębiorca wydzierżawiał od magistratu cały teren i ogradzał go drutem; ustawiał ławki, szatnię i bufet; organizował wypożyczalnię sprzętu, zakładał elektryczne oświetlenie i codziennie oczyszczał lodowisko. Do nauki jazdy na łyżwach wypożyczano specjalne krzesełka na płozach z poręczami z tyłu. Trzymając się tej poręczy, można było dość bezpiecznie posuwać się na łyżwach i w ten sposób nauczyć, się jeździć. Ileż to miesięcy spędziłem na lodowisku! Ileż to szkolnych sympatii holendrowało ze mną na lodzie! W niedzielę pod kolumnadą teatru usadawiała się orkiestra i grała walca ("Łyżwiarze") - było uroczyście i pięknie. Na ślizgawce królowała młodzież, ale niektórzy starsi panowie również uprawiali ten zdrowy sport na świeżym powietrzu. Należał do nich m.in. kaliski adwokat, pan mecenas Zygmunt Jaźwiński, który z wielkim wdziękiem i niezwykle dostojnie poruszał się na lodzie oraz ceniony ginekolog, doktor Tadeusz Pawłowski, który z kolei traktował łyżwiarstwo bardziej sportowo.

      W latach trzydziestych ślizgawkę przeniesiono na stadion miejski, który specjalnie w tym celu polewano wodą. Nie był to udany pomysł. Miejsce to wówczas znajdowało się niemal w szczerym polu, hulał tam wiatr, było nieprzytulnie i obco. Ślizgawka kaliska nigdy już nie powróciła na dawne miejsce i do dawnej świetności. Nie mając wyboru ślizgaliśmy się na stadionie, ale zawsze tęskniliśmy do uroczej, zacisznej, położonej prawie w centrum miasta, ślizgawki przed teatrem.

      Bez względu na porę roku niemal codzienną rozrywką kaliszan chwilą odprężenia od pracy czy nauki - były przechadzki, a przede wszystkim ulubione spacery po deptaku. Zwyczaj ten był w Kaliszu mocno zakorzeniony. Rodzice opowiadali mi, że już przed I wojną istniał w mieście tradycyjny deptak, obejmujący północną pierzeję Starego Rynku zwaną "czynklówką" (od nazwiska Czynkla, właściciela sklepu, znajdującego się po tej stronie rynku), ulicę Mariańską, plac św. Józefa i ulicę Warszawską. Spacerowało się więc od rynku do cerkwi i z powrotem. W latach dwudziestych ta część miasta była w ruinie, więc deptak przeniósł się na ulicę Wrocławską i aleję Józefiny (nieco później ulicę Wrocławską nazwano imieniem Marszałka Piłsudskiego, a aleję - Aleksandry Piłsudskiej, ale dla nas pozostała ona nadal "Józefiną"). Deptak biegł więc szerokim chodnikiem alei od teatru do "Złotego rogu", skręcał w ulicę Wrocławską do rogatki. W pogodne dni całymi godzinami spacerowaliśmy właśnie tą trasą, w tę i z powrotem, z podziwu godną wytrwałością. Tu można było spotkać wszystkich kolegów, no a przede wszystkim koleżanki, a zwłaszcza tę jedną, którą najbardziej pragnęło się zobaczyć, dla której wracało się i dziesięć razy, aby tylko popatrzeć na nią raz jeszcze.

      Bardzo dużo uroków miał wówczas Kalisz. Res sacra miser.

      Opisując życie miasta z tamtych czasów nie sposób pominąć dziś już zupełnie nieznanych - tak charakterystycznych zjawisk, jak ubóstwo czy żebractwo, a także pojawiająca się jako swoiste lekarstwo na te społeczne choroby, filantropia.

      W latach dwudziestych istniały więc w mieście dwa przytułki; jeden na Nowym Świecie przeznaczony dla starców, drugi na ulicy Skarszewskięj dla dzieci. Oprócz nich działały też, powstałe ze społecznej inicjatywy, dwie organizacje charytatywne. Było to Stowarzyszenie Kobiet "Ognisko" oraz Stowarzyszenie św. Zyty. Obie instytucje, mające swą siedzibę w jednopiętrowym domu przy ulicy Górnośląskiej na przeciwko kina "Polonia" (obecnie noszącego nazwę "Syrena"), zajmowały się przede wszystkim bardzo liczną wówczas w Kaliszu grupą zawodową służących. To właśnie Święta Zyta uchodziła wówczas za patronkę służących - i stąd też nazwa stowarzyszenia. Pracodawcy, zatrudniający służących, jakoś nie kwapili się do opłacania im "kasy chorych", toteż każda poważniejsza choroba czy też nieuchronna starość nierzadko oznaczały osobistą tragedię szczególnie dla niezdolnych już do pracy kobiet. Oba stowarzyszenia miały więc spieszyć im z pomocą, najczęściej jednak pełniły po prostu funkcję "kas pogrzebowych", pokrywając koszta pochówku swych członkiń.

      Nieliczne przytułki i stowarzyszenia opiekuńcze były oczywiście kroplą w morzu potrzeb społecznych. Toteż zalewała miasto plaga żebractwa i włóczęgostwa, która w tym okresie pleniła się w całym kraju.

      Kaliscy żebracy gnieździli się w suterenach i na poddaszu starych domów w raczej mało reprezentacyjnych dzielnicach (opisałem już wcześniej "złote dachy" przy ulicy Czaszkowskiej). Byli to w większości ludzie starzy, analfabeci, alkoholicy, żyjący w skrajnej nędzy, choć zdarzali się i tacy, co "na żebrach" dorobili się sporych pieniędzy. Żebraków nazywano popularnie "dziadami", zapewne nie tylko ze względu na ich wiek. Nawet jeśli któryś z nich był młodszy, charakteryzował się "na dziada" - tzn. zapuszczał włosy, wąsy i brodę, a przede wszystkim rezygnował z mycia się, osiągając w ten sposób wymagany "odor sanctitatis" (zapach świętości). Ubranie dziada musiało być obowiązkowo brudne i poszarpane.

      Opoką, na której wspierała się cała egzystencja żebraków, były kościoły. Tutaj właśnie pobożni parafianie, spieszący na niedzielną mszę, wspierali ich - w myśl głoszonych przez kościół przykazań miłosierdzia - jałmużną. Każdy kościół miał więc swoje stałe baby i dziadów, okupujących główne wejście. A każda próba wkroczenia kogoś obcego na ten zastrzeżony teren przed furtą kościelną budziła gwałtowny sprzeciw zasiedziałych, nierzadko kończący się głośną awanturą, połączoną często z rękoczynami. W kościele 00. Reformatów, do którego najczęściej uczęszczaliśmy, dziady ustawiały się przy wejściu po prawej stronie - obok kamienia z napisem "hic facet peccator" (tu leży grzesznik) i wspaniałej pomnikowej lipy z tabliczką "anno 1715 plantata" (zasadzona w roku 1715). W niedzielę szereg bab i dziadów sięgał aż do bramy murowanego parkanu, otaczającego kościelny ogrójec. Każdy dziad klęczący przed kościołem obowiązkowo trzymał w ręku różaniec, a przed nim leżała czapka lub kapelusz, do którego wierni wrzucali jałmużnę. Bezmyślnie klepane "Zdrowaśki" przerywane były więc raz po raz odzywką "Panie Boże zapłać!" po każdym brzęku wrzucanych groszaków. Niektórzy z dziadów, chcąc zamanifestować swą pobożność i "świętość", kładli się na środku kościoła na posadzce i leżeli tak nieraz całą godzinę z wyciągniętymi w bok ramionami - było to tzw. "leżenie krzyżem".

      Największym "awansem zawodowym" dla kaliskiego żebraka była funkcja dziada kolegiackiego. Kolegiata św. Józefa uchodziła zawsze za najważniejszy kościół w mieście, uważano ją niemal za miejscową katedrę. Dlatego też i dziady kolegiackie były najważniejsze, spoglądały z góry na dziadów kanonickich, bernardyńskich, franciszkańskich, reformackich, nie wspominając nawet o dziadach rypinkowskich. Najbardziej znanym dziadem kolegiackim był Łuka. Ten debilowaty łachmaniarz strojem przypominający trochę pastuszka z obrazu Chełmońskiego, był na wpół niemową i kompletnym analfabetą, ale na pieniądzach znał się świetnie. Często zdarzało się, że ktoś nie mając drobnych, wrzucał do kapelusza większą monetę, mówiąc do dwóch lub trzech dziadów: - Podzielcie się! Przy takim podziale wybuchały nieraz głośne awantury, a najgłośniejszy był wówczas, wydający nieartykułowane dźwięki Łuka. Przed kolegiatą miała też swoje stałe miejsce znana żebraczka, wystawiająca na widok publiczny brudny kikut amputowanej ręki. Charakterystyczne sino-szare zabarwienie jej twarzy, zaropiałe oczy, a nade wszystko specyficzna woń denaturatu, jaką roztaczała wokoło, nie pozostawiały ani cienia wątpliwości, na jaki cel jest przeznaczony jej codzienny "utarg". Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że bezręka pijaczka nazywała się Landowska.

      Żebractwo kaliskie osiągało swoje apogeum na cmentarzach w okresie Wszystkich Świętych. Za bramą cmentarza, wzdłuż głównej alei stały, siedziały lub klęczały długie szeregi bab i dziadów, głośno odmawiających pacierze i natarczywie domagających się datków. Zabierało się więc na cmentarz w tych dniach pełną kieszeń groszaków, którymi obdzielało się szeregi cmentarnych żebraków.

      Znanym "jałmużnikiem" był dowódca 25 Dywizji Piechoty, generał Michał Karaszewicz-Tokarzewski, późniejszy - w październiku 1939 roku - pierwszy komendant konspiracyjnej "Służby Zwycięstwa Polski". Mieszkał on w gmachu byłego kolegium jezuickiego, gdzie wówczas mieściły się koszary 29 Pułku Strzelców Kaniowskich. Tokarzewski, który był zresztą niezwykle uroczą postacią i w ogóle najmłodszym polskim generałem. zwykle około godziny dziesiątej wychodził z domu, o czym doskonale wiedziały dziady, które już od dziewiątej ustawiały się przed głównym wejściem do koszar. Gdy tylko generał ukazał się, dziady obstępowały go wkoło, a on wyciągał portmonetkę i rozdzielał hojnie jałmużnę wśród dziadowskich okrzyków "Panie Boże zapłać!" Ceremoniał ten powtarzał się niemal codziennie.

      Kaliska społeczność żebracza, będąca jakby żywym reliktem średniowiecza zachowanym do naszych czasów, rządząca się własnymi prawami w swym własnym świecie, a c2ęsto balansująca na granicy kolizji z prawem ogólnie obowiązującym - nie miała swojego "króla", który sprawowałby nad nią władzę, ani swojego Villona, który utrwaliłby ją na zawsze w swych pieśniach. Niech więc pozostanie po niej chociaż ten mały ślad na stronicach mych wspomnień.

      Nie należał wprawdzie do świata żebraków, ale także egzystował trochę na społecznym marginesie popularny Kajzer. Był to gazeciarz uliczny, sprzedający dzienniki i czasopisma z wielkiej poszarpanej tekturowej teczki, którą nosił zawsze pod pachą. Teczka wydawała się tym większa, że jej właściciel był lilipuciego wzrostu, nosił za dużą mocno wyświechtaną kapotę i także za duże pantofle zawsze bez sznurowadeł. Całość stroju uzupełniały szerokie spodnie bez śladu kantów a na głowie fantazyjnie naciśnięta czapeczka a la paryski gawroche. Twarz miał zawsze czerwoną, a szczególnie nys, wciśnięty niczym marchewka pomiędzy małe wiecznie zaropiałe oczka i sumiaste wąsy. Nazywał się nasz gazeciarz Franciszek Parczyński, ale ulica ochrzciła go Kajzerem - co było zapewne aluzją do cesarza niemieckiego - i tak już pozostało.

      Od rana dreptał Kajzer drobnym kroczkiem od kawiarni do kawiarni, od restauracji do restauracji. Każdemu z gości wykładał na stolik swoje gazety. Klienci, znający go dobrze płacili mu zawsze nieco więcej niż się należało, bo przecież musiał coś zarobić. A ponieważ Kajzer był nieco "trunkowy", nierzadko fundowali mu ,setkę", bo gazeciarz potrafił także sam się o nią przymówić. Głowę miał mocną. Zdarzało się, że obchodząc miasto z gazetami, wypił kolejno kilka szklaneczek wódki, a jednak dreptał nadal prosto. Tylko twarz robiła mu się coraz bardziej czerwona, a mowa nieco bełkotliwa. Mimo swych skłonności do alkoholu, Kajzer był zawsze spokojny, nigdy nie awanturował się. Po codziennym "obchodzie" miasta szedł do domu i kładł się spać. I tak toczył mu się dzień za dniem. Gazety, dreptanie po mieście, wódka i sen. Zdaje się, że kaliszanie bardzo go lubili.

      Najciekawszą jednak postacią kaliskiej ulicy był niewątpliwie Józio Puj - człowiek najbardziej godny pięknych słów "res sacra miser" (ubogi rzecz święta). I on nie był żebrakiem, lecz po prostu człowiekiem chorym, nieszczęśliwym i zgubionym w świecie. Skąd wziął się ów dziwny pseudonim? Józio to było rzeczywiście jego imię, nazwiska natomiast nikt naprawdę nie znał, choć niektórzy utrzymywali, że nazywa się on Nowacki. Przydomek Puj nadały mu dzieci. Słowo to w języku dziecięcym imituje bowiem wystrzał. A za tym nieszczęśnikiem przez cały dzień biegały gromady dzieciaków, szarpały bezradnego za poły płaszcza i wołały: Puj, puj, puj! I w ten sposób wszyscy zaczęli nazywać do Józio Puj.

      Była to arcyciekawa postać. Średniego wzrostu mężczyzna w nieokreślonym wieku, o czerwonej twarzy i jasnoblond zaroście, mocno wyłysiały. Latem i zimą chodził w wyszarzałej mocno podniszczonej jesionce-dyplomatce zawsze z podniesionym kołnierzem. Nosił równie zniszczone czarne spodnie o wiele za długie, a więc zwijające się "w harmonijkę"; równie za duże dziurawe buty, z których czasem wyglądały gołe pięty; a na głowie wysłużony melonik. Miał małe świńskie oczka, trochę zezował, a przy czytaniu wodził dużym czerwonym nosem po książce. Bez wątpienia powinien był nosić okulary, ale nigdy nie było go na to stać. Mieszkał podobno kątem u rodziny na ulicy Franciszkańskiej. Nikt nie wiedział z czego żyje, ale jałmużny stanowczo nie przyjmował. Całe dnie kręcił się koło kolegiaty. Zawsze z książką w ręku, którą czytał nawet idąc ulicą, zatopiwszy w niej swe krótkowzroczne oczy i czerwony nos.

      Gdy po raz pierwszy zobaczyłem Józia Puja, bezskutecznie broniącego się cienką trzcinową laską przed okrutnym tłumem chłopaków, rzucających w niego kasztanami, kamykami i wołających: - Puj, puj, puj! - zrobiło mi się go bardzo żal. Sam byłem w szkole niemałym urwipołciem, przysparzającym ciągle kłopotów rodzicom i profesorom, ale nigdy nie mogłem znieść, gdy tłum znęcał się nad kimś, kto był inny niż wszyscy. Może dlatego miałem zawsze tylu przyjaciół wśród "innych", bo starałem się ich bronić przed okrucieństwem i głupotą. Miałem wtedy 10 lat, gdy po raz pierwszy wyperswadowałem chłopakom to znęcanie się nad Józiem - od tego czasu zawsze broniłem go w podobnych sytuacjach.

      Wkrótce też przekonałem się, jak bardzo nieszczęśliwym był człowiekiem. Przekonałem się, że był starannie wykształcony i biegle władał łaciną. Książki, które ze sobą nosił, to było z reguły Pismo Święte albo dzieła filozoficzne. Plotka głosiła, że Józio był kiedyś alumnem seminarium duchownego, ale potem pomieszało mu się w głowie. Dziś wiem, że był chory na schizofrenię. Wiem też, że ci nieszczęśliwi ludzie odznaczają się wybitną inteligencją, oscylującą na granicy genialności. Józio Puj - pośmiewisko całego Kalisza popychany i obrzucany kamieniami, żył w swoim świecie filozofów, teologów, poetów... I bywało, że zadziwiał wszystkich swoją erudycją. Często widywałem go siedzącego w parku na ławce. Na jednej ręce miał zawieszoną nieodłączną trzcinową laseczkę, a w drugiej trzymał książkę tuż przed niedowidzącymi oczyma. Cały zatopiony w swoim niedostępnym dla innych świecie trwał w niezwykłej ekstazie. Czasem w takich właśnie chwilach siadywałem obok niego i próbowałem nawiązać rozmowę. Nie było to łatwe, gdyż przerastał mnie swą wiedzą i erudycją. Gdy ocknął się i zaczynał mówić, sypał jak z rękawa cytatami starożytnych poetów i filozofów, zdumiewał głębokim znawstwem duszy ludzkiej, a także swą niezwykłą łagodnością, cierpliwością i wyrozumiałością.

      Kontakt z Józiem utraciłem z chwilą wyjazdu na studia do Poznania w roku 1933. Gdy przyjeżdżałem później na krótko do rodzinnego miasta, jakoś go nie spotykałem - i sam nie wiem, co się potem z nim stało. Nigdy jednak nie zapomnę mojej ostatniej z nim rozmowy. Było wczesne czerwcowe popołudnie 1933 roku - mojego roku maturalnego. Wspaniała pogoda. Szedłem właśnie do kolegi, który mieszkał na ulicy Łódzkiej, skracając sobie drogę przez park i Czerwony Most. Przy moście na Babince zauważyłem Józia. Jak zawsze na ręce miał zawieszoną trzcinową laseczkę i trzymał otwartą książkę. Stał nieruchomo, głowę miał tak zadartą do góry, że ledwo trzymał się na niej melonik. Patrzył w górę, gdzieś bardzo wysoko. Przystanąłem i zagadnąłem go: A cóż tam, Józiu, wysoko wypatrujesz? Spojrzał na mnie szparkami swych zawsze zmrużonych zezowatych oczu i zaczął mówić najpierw wolno, jakby dobierając słowa, a później coraz szybciej, potoczyściej, piękną polszczyzną, wskazując przy tem laską na kolegiacką wieżę: - Widzisz, jaka piękna jest farna wieża? Jaka dostojna, jakby wielki anioł przyfrunął i stanął na placu! Patrz, jaka wysoka, można by po niej wdrapać się do nieba... A jednak przewróci się, bo wszystko w życiu musi się przewrócić. Co żyje, umrze, co martwe, przewróci się... Widzisz, co mówił Horacy - tu wskazał na otwartą książkę, którą trzymał w ręku:

"Pallida Mors aequo pulsat pede pauperum tebernes regumque turris. O beate Sesti,

witać summa brevis spem vetat inchoare longam; iam te premet nox fabulaeque Manes..."

("Blada śmierć puka jednakowo do chat nędzarzy i bram królewskich. Krótkie życie wzbrania

żywić dalekie nadzieje, o Sestiuszu szczęśliwy, każdego czeka kres i dom zesłania.")

      Była to Horacego pieśń IV, którą znałem z niezapomnianych lekcji profesora Krzysika w naszym gimnazjum. Pomyślałem sobie, że Józio jest jakiś smutny tego dnia i zapewniłem go z całą stanowczością, że wieża trzyma się krzepko i przetrwa nie tylko nasze pokolenie. A Józio na to: - Kościół będzie trwał, bo on jest Boży, ale Domy Boże, zbudowane ludzką ręką, ulegną zniszczeniu... A im wyższa wieża, tym szybciej przewróci się...

      Słowa tego nędzarza przypomniały mi się w czasie okupacji, gdy daleko od Kalisza - ręką prowadzoną przez nostalgię kreśliłem nieudolne strofy o rodzinnym mieście. Myślałem wówczas także o wieży kolegiackiej, tak dobrze mi znanej z okien mojej szkoły i zawsze życzliwie odpowiadającej na trwożne pytanie: - Za ile minut dzwonek? I pisałem wówczas te słowa:

"O! Wieżo rozdzwoniona! Biała, farna wieżo,
W którą niejedne jeszcze wichury uderzą!
I nieraz jeszcze zmilkną twe hejnały rzewne,
I zdziwią się na gzymsach twych gołębie gniewne
Że nie płoszy ich klangor zegarowych dzwonów..."

      Można sobie wyobrazić, jakie było moje zdumienie, gdy w roku 1946 wkraczając do miasta od strony dworca kolejowego - po raz pierwszy po prawie siedmiu latach - od razu spostrzegłem jakąś zmianę w zamglonej panoramie miasta. Brakowało farnej wieży, strąconej pociskiem artyleryjskim w czasie walk o miasto. Natychmiast stanął mi w oczach Józio Puj z otwartą księgą Horacego i przypomniały mi się jego prorocze słowa: - Co żyje, umrze, co martwe, przewróci się... W kilka dni później przechodząc Nowym Światem, spojrzałem na gmach przytułku dla starców, na ten tak dobrze mi znany i spowszedniały napis. Teraz jednak miał on dla mnie już inny, głębszy sens. Od tego czasu pojąłem prawdziwe znaczenie słów: RES SACRA MISER.

Wypadki kaliskie

      Wielkim wstrząsem dla nas, nastolatków, były głośne w całym kraju "wypadki kaliskie", które oglądałem na własne oczy. Było to w lutym 1926 roku. Miałem wtedy ukończone 12 lat i byłem już uczniem czwartej klasy, ale nie umiałem pojąć sensu tych wydarzeń. Byłem nimi po prostu przerażony. Dziś z perspektywy lat widzę je jako jeden z wielu fragmentów ofiarnej walki robotników o wielki awans społeczny, którego świadkami jesteśmy w naszych czasach.

      Wracając myślą do czasów mego dzieciństwa, przypominam sobie teraz, że właściwie na moich oczach narastało w Kaliszu bezrobocie, że dotknęło ono także moją rodzinę. Do wybuchu I wojny Kalisz był największym centrum hafciarsko-koronkarskim w Królestwie Kongresowym. Także mój ojciec pracował w tym przemyśle. Znaczną produkcję kaliskich fabryk włókienniczych pochłaniał nienasycony rynek rosyjski. Z chwilą jednak odcięcia tego rynku zbytu kaliski przemysł hafciarski stanął. Po odzyskaniu niepodległości większość fabryk hafciarskich, a także innych fabryk włókienniczych nie została w ogóle uruchomiona. Dlatego też ojciec po powrocie z obozu jenieckiego długo szukał pracy, aż w końcu wziął się do handlu.

      Odbudowujący się ze zniszczeń Kalisz zatrudnił wielu ludzi w budownictwie, ale mimo rozwoju rzemiosł budowlanych, wciąż jeszcze bez pracy pozostawały masy dawnych robotników fabrycznych. Przypominam sobie, że gazety kaliskie oceniały liczbę bezrobotnych w mieście na około 7 tysięcy ludzi. Początkowo sytuację ratowały roboty publiczne, które na szeroką skalę podejmowano w mieście. Wymagały one jednak znacznych nakładów finansowych, a tych - w związku z niepomyślnym stanem gospodarki całego państwa - było coraz mniej. Z tych samych powodów zasiłki dla bezrobotnych wypłacano coraz rzadziej i w coraz mniejszych kwotach. W końcu doszło do tego, że tylko niewielka liczba bezrobotnych (ci, którzy pracowali przynajmniej 20 tygodni w roku) otrzymywała zasiłki w wysokości 8-13 złotych tygodniowo. Dla porównania przypomnę, że bułka kosztowała wówczas 5 groszy, a bochenek chleba 35 groszy. Doprowadzone do rozpaczy masy ludzi stały się zapalną beczką prochu. Beczka wybuchła w lutym 1926 roku. Nie pamiętam dokładnej daty, ale było to chyba 9 lutego.

      Już od samego rana, gdy szedłem do szkoły, wyczuwało się w mieście stan napięcia. Ruch na ulicach był dziwnie mały, nie widać było żadnych pojazdów, chodnikami przemykali nieliczni przechodnie. Napotkałem za to kilka patroli policji. W szkole lekcje zaczęły się normalnie, ale już po trzeciej godzinie wszedł do klasy nasz wychowawca i oświadczył nam, że dalszej nauki nie będzie w tym dniu. Kazał nam wracać do domów, ale omijając po drodze Stary Rynek i ulicę Wrocławską, gdzie podobno rozpoczęły się rozruchy. Uprzedził nas także, że jeśli którykolwiek z uczniów zostanie przyłapany na ulicy podczas zamieszek, będzie wydalony ze szkoły. To, co powiedział nasz profesor, wystarczyło, abym natychmiast wraz z kilku kolegami pobiegł... na rynek.

      To, co zobaczyłem na placu pod ratuszem, zapamiętałem na zawsze. Ratusz stał już od dwóch lat odbudowany, ale jeszcze nie otynkowany, a jego wieży z surowych czerwonych cegieł nie wieńczył jeszcze miedziany hełm, który dziś tak pięknie zieleni się patyną. Pod ratuszem kłębił się szary tłum, który szumiał niczym wezbrana rzeka. Z otwartych okien pierwszego piętra wyrzucano jakieś przedmioty. Potem w oknie ukazała się postać mężczyzny, który wyszedł okrakiem przez okno, stanął na gzymsie i czepiając się ceglanej ściany, usiłował przejść do drugiego okna. Było ono jednak zamknięte, więc mężczyzna zaczął cofać się z powrotem. W tym czasie posypały się w jego kierunku kamienie wyrwane z bruku, które jednak były za ciężkie, aby sięgnąć celu. Z otwartego okna ktoś podał rękę uciekinierowi i wciągnął go do środka. Tłum wrzeszczał: - Bić kuternogę! To on wezwał policję! Dopiero na drugi dzień dowiedziałem się, że był to wicestarosta Henryk Ostaszewski, inwalida mocno utykający na nogę, który uciekał przez okno z gabinetu prezydenta miasta Mieczysława Szarrasa. Gabinet okupowany był przez robotników i robotnice, które wymierzyły sprawiedliwość władzy, policzkując prezydenta.

      Widzieliśmy to wszystko jak na scenie, stojąc na pierwszym piętrze budowanego właśnie na przeciwko ratusza domu na rusztowaniu z desek zawalonych czerwonymi cegłami. Potem zobaczyliśmy jadących truchtem od ulicy Mariańskiej kilkunastu konnych policjantów. Trzymali obnażone szable, a jadący na czele przodownik (tak wówczas nazywał się sierżant policji) wymachiwał błyszczącą w słońcu bronią i nawoływał swoich podkomendnych. Ludzie rozstąpili się przed końmi i wkrótce policjanci znaleźli się w środku kipiącego gniewem i kłębiącego się tłumu. Wymachujący szablą przodownik został szybko ściągnięty z konia i zniknął w tłumie. Pozostali policjanci z przerażeniem w oczach, osłaniając się rękami przed gradem kamieni, usiłowali wydostać się z oblężenia. Spłoszone konie rżały i stawały dęba, tłum w obawie przed stratowaniem zaczął się cofać. Konie uratowały swych jeźdźców, ponosząc i w galopie przebijając się przez tłumy. Policjanci skierowali się w stronę ulicy Wrocławskiej, aby schronić się w swych stajniach przy rogatce, tuż obok przytułku dla starców. Ale tłum nie dawał za wygraną. Gromada mężczyzn dopadła do platformy stojącej na rogu ulicy Złotej, ściągnęła furmana z kozła, wdrapała się na nią i waląc batem parę koni, rozpoczęła pościg. Za platformą ruszył biegiem cały tłum.

      Opuściliśmy i my nasze stanowisko obserwacyjne na budowie. Zbiegliśmy po deskach i puściliśmy się za tłumem, aby zobaczyć, co będzie się działo dalej. Nie mogliśmy jednak nadążyć za biegnącymi i wkrótce pozostaliśmy sami na opustoszałej nagle ulicy Wrocławskiej tuż przy Moście Bankowym. Dalej szliśmy już normalnym krokiem. Uświadomiłem sobie wtedy, że wszystkie drzwi i okna były zamknięte, ostatnie sklepy pospiesznie ryglowano, a zza firanek wyglądały przestraszone twarze. Gdy byliśmy na wysokości ulicy Kościuszki, usłyszeliśmy strzelaninę. Zawahaliśmy się, czy iść dalej. Przestraszeni ukryliśmy się w bramie domu przed Szpitalem św. Trójcy. Wtem usłyszeliśmy krzyki i ujrzeliśmy biegnącego środkiem ulicy od rogatki policjanta w mundurze oficerskim z podniesionymi w górę rękami i twarzą zalaną krwią. Za nim biegł cały tłum ludzi. W chwilę później policjant wpadł już do szpitala. Gdy drzwi się za nim zamknęły, tłum zatrzymał się jak wryty w ziemię - jakby nie śmiał wtargnąć do tego miejsca, gdzie się ratuje życie ludzkie.

      Wtedy pragnąłem już tylko jednego - jak najprędzej znaleźć się w domu. Czułem jednak, że na rogatce, za gmachem szpitalnym, zakrywającym stajnie policji konnej, czekają mnie jeszcze gorsze przeżycia. Nie omyliłem się. Pod naporem tłumu runął murowany parkan otaczający teren stajni. Z cegłami i kamieniami w rękach tłum zaatakował policjantów ukrywających się w stajniach. I wtedy nastąpiło to najgorsze. Policja oddała salwę do tłumu. Gdy zdecydowaliśmy się wyjść poza budynek rogatki, tłumu już nie było. Służba szpitalna zbierała zabitych i rannych. Trzęsąc się ze strachu, dopadłem wreszcie domu, gdzie z jeszcze większym strachem czekali na mnie rodzice. Z całej rodziny tylko ja jeden zawieruszyłem się gdzieś w mieście w tych tragicznych chwilach.

      Nieprędko jednak wrócił spokój do miasta. Już na drugi dzień zwołano wiec pod kinem "Stylowy" przy ulicy Ciasnej (dziś nazwę "Stylowe" nosi zupełnie inne kino przy ulicy Śródmiejskiej). I znów na zebrany tłum natarły oddziały policji, sprowadzone ze szkoły policyjnej w Mostach Wielkich. Było sporo rannych. W tych dniach rodzice zabronili nam wychodzić do miasta. Szkoły były nieczynne. W ogóle życie w mieście zamarło, sklepy były pozamykane. Ulicami posuwały się uzbrojone tyraliery policji i wojska, które rozprawiały się z każdą napotkaną grupą ludzi. Przerażeni siedzieliśmy w domu i nawet nie graliśmy w piłkę na "maneżu". W ciągu tygodnia przeprowadzono pacyfikację miasta.

      W kilka miesięcy później w sądzie okręgowym w Kaliszu odbył się proces, w wyniku którego 32 osoby skazano na kary ciężkiego więzienia. Wszyscy mówili, że tym zorganizowanym protestem głodujących bezrobotnych kierowali komuniści. Na rozprawie sądowej wymieniono oficjalnie nazwę Komunistycznej Partii Polski.

      W trzy miesiące po "wypadkach kaliskich" ojczyzną naszą wstrząsnął majowy zamach stanu Piłsudskiego. My, uczniowie Gimnazjum im. A. Asnyka, byliśmy solidarnie przeciw temu przewrotowi. Zapewne w dużej mierze dlatego, że w jego wyniku złożono z urzędu legalnie wybranego przez Sejm RP prezydenta Stanisława Wojciechowskiego - kaliszanina, wychowanka i życzliwego patrona naszej szkoły, dzięki któremu została ona trzy lata wcześniej upaństwowiona. Wyczuwało się również, że i rada pedagogiczna była przeciw Piłsudskiemu. Wypowiedzi naszych profesorów były jednak dość ostrożne. Odważnie wypowiadał się jedynie dyrektor Pacholski. Władze sanacyjne, znając jego wysoki autorytet, usiłowały go pozyskać. Otrzymał więc zaszczytną propozycję objęcia stanowiska kuratora okręgu szkolnego łódzkiego. Odrzucił ją bez wahania, czego mu nigdy nie zapomniano i zapewne dlatego musiał w końcu pożegnać się z naszą szkołą.

      W roku 1927 Piłsudski przyjechał do Kalisza, aby wziąć udział w uroczystości odsłonięcia pomnika w Szczypiornie, gdzie w czasie I wojny Niemcy internowali legionistów w specjalnym obozie. Pomnik ten powstał z materiałów uzyskanych z rozbiórki - opisanego już przeze mnie - obelisku cesarskiego na placu św. Józefa. W przeddzień uroczystości na murach kamienic przy rynku pojawiły się antysanacyjne napisy, a przed wejściem do ratusza rozlano wiadro czerwonej farby. Policja próbowała na wszelkie sposoby zmywać tę krwawą plamę lub też zasypywać ją piaskiem, ale i tak była ona widoczna. W dniu uroczystości, w jej kulminacyjnym punkcie, gdy plac przed ratuszem był już wypełniony reprezentacjami różnych instytucji, organizacji i grup społecznych oraz młodzieżą szkolną z pocztami sztandarowymi, a miejscowy garnizon szykował się do defilady - na wiszących ponad placem przewodach elektrycznych pojawił się czerwony sztandar z napisem: "Precz z rządem kata Piłsudskiego - Komitet Kaliski KPP". Piłsudski, który przebywał wówczas w ratuszu, nie ukazał się już publicznie. Wyjechał nagle, a defilada nie odbyła się. Sprawcę zawieszenia sztandaru przychwycono. Był to kaliski komunista Józefowicz, który został później skazany na długoterminowe więzienie.

      Tak zapisywał Kalisz swoją kartę w historii ruchu rewolucyjnego.