SZKOŁO, SZKOŁO, HEJ...

 Rozdział III

W dostojnym gmachu

      Szczęśliwe szkolne lata, lata radości i beztroski, były dla nas uczniów gimnazjalnych - również ważnym okresem intelektualnego dojrzewania. Coraz głębiej poznawaliśmy świat, coraz lepiej rozumieliśmy rozgrywające się wokół nas wydarzenia. Poznawaliśmy też przeszłość, zgłębialiśmy historię, która nie raz skłaniała nas do refleksji i zadumy.

      Wincenty Rzymowski, znakomity pisarz, eseista i krytyk literacki, a w Polsce Ludowej minister spraw zagranicznych, w swej książce "Polskie, arcypolskie" tak pięknie wyraził szacunek do historii: "Po wielkich pożarach dziejowych ognie dziedziczą poeci, popioły uczeni." Szkoła nasza uczyła nas poznawać popioły historii i zapalała w nas jej ognie. Mądra dewiza Asnyka, naszego patrona: "Przyszłości podnoście gmach! Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy...", wykuta w piaskowcu na murach gimnazjum, przypominała nam, że obowiązkiem naszym jest dźwiganie postępu, ale także szacunek i miłość dla historii narodowej, która zawsze była dla nas "magistra vitae".

      W czerwcu 1923 roku mama pozbierała nieliczne jeszcze dokumenty mego krótkiego życiorysu, zaprowadziła mnie na ulicę Grodzką do Miejskiego Gimnazjum Filologicznego i wpisała na listę kandydatów. Za kilka dni odbył się egzamin wstępny. Pierwszy w życiu egzamin (ileż to ich było później!) poszedł mi nadspodziewanie dobrze i zostałem przyjęty do pierwszej klasy wraz z trzema kolegami, których nazwiska do dziś doskonale pamiętam. Byli to Tadeusz Malanowski, Ludomir Rydzewski i Feliks Murzynowski. Warto dodać, że w tym czasie istniały w gimnazjum jeszcze klasy niższe (wstępna i podwstępne), a w pierwszej klasie - oprócz nas - znaleźli się w większości uczniowie promowani z klasy wstępnej.

      Tak więc zostałem uczniem tej dostojnej szkoły, niewiele mającej sobie równych w Polsce; szkoły - pomnika historii edukacji narodowej; szkoły, która wydała poetę Adama Asnyka, Stefana Gillera, także działającego na niwie literackiej, Agatona Gillera zajmującego się zarówno historią jak i polityką, Stanisława Wojciechowskiego podówczas prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, ministra oświaty Sławomira Czerwińskiego i wielu innych wybitnych ludzi.

      Rok 1923, w którym zostałem przyjęty w poczet uczniów gimnazjum, był momentem przełomowym w historii tej najstarszej w Kaliszu, a zarazem jednej z najstarszych w kraju, tak bardzo zasłużonej szkoły. W tym bowiem roku Miejskie Gimnazjum Filologiczne zostało upaństwowione i otrzymało nową nazwę: Państwowe Gimnazjum Humanistyczne im. Adama Asnyka. Gimnazjum było odtąd tylko 8-klasowe, klasy wstępna i podwstępne zostały zlikwidowane. Współistniejące pod jednym dachem z naszym gimnazjum Studium Nauczycielskie przeniesiono do Liskowa. Wszystko to stało się za sprawą wspomnianego już wychowanka szkoły, prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego.

      Wielka to była uroczystość. Przybyłego ze stolicy prezydenta entuzjastycznie witali mieszkańcy miasta i okolic. Pan Jałowiecki, właściciel majątku Kamień, oddał do dyspozycji swój reprezentacyjny powóz, zaprzężony w czwórkę karych koni. Powóz oczekiwał przed dworcem kolejowym. Kiedy jednak zasiadł w nim dostojny gość, rozentuzjazmowana młodzież z naszej szkoły wyprzęgła konie i własnymi siłami zaciągnęła powóz z dworca aż na ulicę Grodzką pod gmach szkoły.

      Na pamiątkę tej doniosłej uroczystości na honorowym miejscu w auli gimnazjalnej wmurowano marmurową tablicę, którą wdzięczni kaliszanie chcieli upamiętnić piękny gest prezydenta Wojciechowskiego. Nad tą tablicą zawieszono wielkich rozmiarów portret prezydenta pędzla profesora Ruszkowskiego, kaliskiego artysty i nauczyciela rysunków w Gimnazjum Realnym im. Tadeusza Kościuszki. Zarówno portret jak i tablica zostały zlikwidowane przez hitlerowców i nigdy już nie wróciły na swoje miejsce.

      Pierwszą pamiątką historyczną w naszym gimnazjum, na którą zwróciłem uwagę jako świeżo upieczony uczeń, był pokaźnych rozmiarów dzwon, zawieszony na ścianie pod pięknie wygiętym daszkiem. Stary woźny, Władysław Graczyk opowiedział mi, że ten dzwon dał sygnał do rozpoczęcia strajku szkolnego w roku 1905, kiedy to wrzenie rewolucyjne ogarnęło całe Królestwo Polskie. Gdy robotnicy łódzcy krwawili na barykadach, a robotnicy warszawscy i żyrardowscy wyszli na ulice pod czerwonymi sztandarami, uczniowie mojej szkoły przy poparciu swych rodziców i całego społeczeństwa manifestacyjnie zażądali od władz rosyjskich wprowadzenia do szkoły języka polskiego jako wykładowego. Sformułowane na piśmie żądania komitetu strajkowego wręczył wówczas dyrektorowi jeden z uczniów, Sławomir Czerwiński, późniejszy minister oświaty RP. W odpowiedzi na strajk uczniowski władze carskie szkołę zamknęły, by otworzyć ją po przeszło roku z jeszcze większym naciskiem rusyfikatorskim. Historyczny dzwon strajkowy z roku 1905 na szczęście ocalał, wisi jak dawniej na gmachu szkoły i odzywa się uroczyście na każdym zjeździe wychowanków.

      Niewiele zmienił się też sam gmach szkolny, zaprojektowany w stylu klasycystycznym przez znanego architekta Sylwestra Szpilowskiego. Budynek ten wzniesiono w roku 1819 z przeznaczeniem na siedzibę Szkoły Wojewódzkiej, mieszczącej się uprzednio w zespole gmachów jezuickich, która była poprzedniczką naszego gimnazjum. Wybudowany na podwórcu dawnego zamku starościńskiego, szkolny gmach jest dziś szacownym zabytkiem Kalisza. Ale o wielkości mojej szkoły decydowały nie historyczne mury lecz wspaniali ludzie - i im przede wszystkim pragnę poświęcić te serdeczne wspomnienia.

Zeus - pobłażliwy i nieomylny

Stanisław Pacholski, "Cojs"      W latach 1923-1931 dyrektorem naszego gimnazjum był wspaniały człowiek i świetny pedagog Stanisław Pacholski, nazywany przez nas z powodu swego olbrzymiego autorytetu Zeusem. Boskie to imię brzmiało jednak z naszym języku "Cojs", gdyż taką wymowę lansował sam dyrektor. Był to wytworny starszy pan z charakterystycznymi dla tamtych czasów binoklami na wydatnym nosie, z krótko przystrzyżonym "po angielsku" wąsem. Zza połyskujących szkieł patrzyły zmrużone, pełne dobroci oczy, w których przez osiem lat dyrektorskiego urzędowania nigdy nie zdarzyło się nam dostrzec nawet przelotnej błyskawicy gniewu. Wielki przyjaciel młodzieży był zawsze pełen życzliwości i zrozumienia dla słabości naszych chłopięcych lat, mimo swego ulubionego powiedzenia, które zwykł powtarzać w charakterystycznym poznańskim dialekcie: "No, przyjacielu, my tego nie tolerujymy, to u nos nie egzystuje..." Patrzyliśmy na naszego dyrektora zawsze z olbrzymim szacunkiem i kochaliśmy go za jego nieskończoną wyrozumiałość. A ja mam pewne podstawy, aby przypuszczać, że ukończyłem szkołę przede wszystkim dzięki tej właśnie wyrozumiałości.

      Gdy dotarłem już do piątej klasy, wkroczyłem w wiek, o którym kiedyś pisał Wierzyński: "Zielono w mej głowie i fiołki w niej kwitną..." Wdałem się wtedy w prawdziwe "igraszki z diabłem", który kusił mnie nieustannie do coraz to nowych figli i kawałów. W ten sposób rzetelnie zarabiałem na to, aby moją skromną osobą stale zajmowała się rada pedagogiczna. Te moje szkolne igraszki mogłyby pewnie stać się tematem oddzielnego tomu wspomnień, wolę jednak przemilczeć w obawie, aby nie stały się "instrumentem demoralizacji" młodzieży. Dla zilustrowania ogromnej dobroci i wyrozumiałości dyrektora Pacholskiego opowiem tylko jedną historię, która o włos nie stała się przyczyną mego pożegnania ze szkołą. Najpierw jednak przedstawić muszę ówczesny system wymierzania kar za uczniowskie przewinienia.

      Otóż w naszej szkole był taki zwyczaj, że za wszystkie większe sprawki - oprócz obniżonej noty ze sprawowania - rada pedagogiczna podejmowała uchwałę o udzieleniu "publicznej nagany" lub znacznie groźniejszego "consilium abeundi" (zagrożenie wydalenia). Zwykle na drugi dzień po podjęciu takiej uchwały, podczas jednej z lekcji woźny obchodził wszystkie klasy - jak się to mówiło - "z kurendą", tzn. z grubym czarnym brulionem, w którym zapisane były wszystkie ogłoszenia i komunikaty dla uczniów, w tym również nagany i "consilia". Profesor prowadzący lekcję odczytywał uchwały, a następnie własnym podpisem potwierdzał podanie ich do wiadomości całej klasy. W czasie przerwy wszyscy komentowali "kurendę", na korytarzach wrzało jak w ulu. Delikwent, który otrzymał naganę lub "konsyla" (tak się mówiło w naszej gwarze uczniowskiej), zyskiwał na popularności i chodził dumnie "w sławie jak w słońcu". Co większe łobuziaki zbliżały się do niego, by uściskiem dłoni ("Daj grabę!") pogratulować sukcesu. Ci zaś, którzy nie znali jeszcze skazańca, zbiegali się ze wszystkich klas na parterze i na piętrze, aby zobaczyć na własne oczy tak uhonorowanego kolegę.

      Kary obowiązywały przez pół roku. Jeżeli w ciągu tego czasu ukarany naganą znów coś przeskrobał, otrzymywał niezawodnie "consilium"; a jeśli już miał wymierzoną tę karę, wylatywał z hukiem ze szkoły. Wszyscy orientowali się dobrze w tych przepisach, toteż nawet najbardziej wybujałe temperamenty twardo trzymały się na wodzy przez owe nieszczęsne pół roku, by potem natychmiast wybuchnąć ze zdwojoną energią. W ten sposób delikwent z miejsca zarabiał na następne wyróżnienie.

      Moja przygoda zdarzyła mi się, gdy byłem uczniem klasy piątej. Był koniec maja, śpiewały słowiki, pachniały bzy. Nad zalaną słońcem Prosną - wtedy jeszcze zupełnie czystą rzeką - brzęczały ważki... I jakaś fatalna siła, miast do szkoły, ciągnęła nas na ścieżki biegnące nad rzeką w kierunku lasu winiarskiego. W mojej niespokojnej głowie zrodziła się myśl szatańska. Dlaczego nie puścić na wagary całej szkoły łącznie z radą pedagogiczną?

      Dzięki temu, że lubiłem dla żartów ćwiczyć podpisy dyrektora i profesorów, doszedłem w tej dziedzinie do sporej perfekcji. Na ćwiartce papieru wypisałem więc na maszynie ogłoszenie tej treści: "Podaje się do wiadomości, że w dniu dzisiejszym z powodu przyjazdu Komisji z Kuratorem Okręgu Szkolnego Łódzkiego lekcje nie odbędą się." (Tu należy wyjaśnić, że w tym czasie Kalisz należał do województwa łódzkiego). Znakomicie podrobiony podpis dyrektora Pacholskiego oraz pieczątka; którą uzyskałem odbijając za pomocą ołówka kopiowego polskiego orła z dziesięciozłotówki, nadawały ogłoszeniu moc urzędową. Podpis dyrektora był szczególnie łatwy do podrobienia, ponieważ składał się tylko z trzech liter St. P, a dalej następował rządek równiutko ułożonych kreseczek, zakończony ostrym gotyckim zakrętasem.

      Ogłoszenie przykleiłem wieczorem na furtce boiska szkolnego, z której korzystali przede wszystkim uczniowie. Profesorowie wchodzili bowiem do szkoły wejściem frontowym. Rano już o godzinie 7.30 stałem w pobliżu gimnazjum, aby na własne oczy zobaczyć, co się będzie działo. Istotnie, zgodnie z moimi przewidywaniami, zamieszanie powstało ogromne. Na ulicy Warszawskiej zderzały się fale kolegów idących do szkoły z tymi, którzy już wracali po przeczytaniu ogłoszenia. Wszystkie twarze były rozradowane. A ponieważ pogoda zapowiadała się piękna, większość uczniów kierowała się nad Prosnę na tzw. wyspę, gdzie zwykle zażywaliśmy kąpieli. Niektórzy nie dowierzali, chcieli na własne oczy przeczytać ogłoszenie; inni natomiast bez wahania maszerowali w stronę parku. Profesorowie idący do szkoły zatrzymywali uczniów i ze zdumieniem dowiadywali się, że lekcji nie będzie. Niektórzy z nich, dając wiarę ogłoszeniu, zawracali do domu. Zanim sprawa wyjaśniła się i woźny Pawlak zerwał kartkę z furtki, większość uczniów była już daleko od szkoły. W niektórych klasach siedzieli tylko pojedynczy chłopcy, brakowało także profesorów. Przez dwie godziny w ogóle nie można było rozpocząć lekcji. Nawet po jakim takim opanowaniu sytuacji absencja w klasach sięgała 50-75 procent uczniów.

      Na drugi dzień strach padł na szkołę. Rozpoczęło się śledztwo. Nikt spośród uczniów i profesorów nie znał autora tego superkawału. Jeden tylko człowiek, wiedziony nieomylnym instynktem pedagogicznym, od razu znalazł sprawcę. Nieomylny mógł być tylko Zeus. Już o godzinie 8 rano zostałem wezwany "na Olimp" przed oblicze Gromowładnego. Dyrektor Pacholski był tego typu pedagogiem, że ukrycie przed nim prawdy było niemożliwe. "Obywatelu, my tego nie tolerujymy..." Usłyszałem znów te sakramentalne słowa, ale zaraz potem zaczęła się niemal przyjacielska rozmowa. "Bój się Boga, coś ty mi narobił! Skąd ci to strzeliło do głowy?..." Sam byłem zdumiony tym, co zrobiłem i sam zadawałem sobie to pytanie. Byłem szczerze skruszony, bo przed obliczem Zeusa nie można było reagować inaczej. Ileż dobroci i zakłopotania było w jego oczach, gdy głośno zastanawiał się: "Co ja mam teraz z tobą zrobić?"

      Niestety sprawą zainteresowało się kuratorium i oprócz tradycyjnego "consilium abeundi" , które po tygodniu odczytano w klasach, zostałem zawieszony w prawach ucznia aż do odwołania. Nie wolno mi było uczęszczać do szkoły i w ten sposób nie miałem okazji usłyszeć na własne uszy tego "konsyla" w przeciwieństwie do kilku poprzednich. (Od tego czasu upłynęło ponad 50 lat, a moje zawieszenie nie zostało dotychczas odwołane. Do dziś jestem więc formalnie zawieszonym w prawach uczniowskich wychowankiem Państwowego Gimnazjum im. A. Asnyka). Po dwóch tygodniach przerwy w nauce sam zdecydowałem, że mimo wszystko będę chodził do szkoły. Nie miałem wprawdzie na to żadnego zezwolenia, ale po prostu potraktowałem sam siebie jako wolnego słuchacza. Gdy po kilku dniach spotkałem na szkolnym korytarzu dyrektora, udał, że mnie nie widzi. Na jego pięknej twarzy igrał jednak tak dobrze nam znany nie kreślony uśmiech, a zza szkieł binokli strzelało bystre spojrzenie, które dostrzegało w każdym młodym tylko to, co dobre. Dyrektor Pacholski nie tylko nie zabronił mi chodzić do szkoły, ale - byłem tego pewien - cieszył się wyraźnie z mojej samowolnej decyzji. W ten sposób wszystko wróciło do normy. I niech mi ktoś teraz powie, czy nie zawdzięczam ukończenia szkoły średniej wyrozumiałości naszego wspaniałego dyrektora?

      Przeniesienie służbowe dyrektora Pacholskiego do Płocka w roku 1931 odczuliśmy jako głęboką krzywdę. Ten wielkiego formatu pedagog i patriota nie przeżył niestety II wojny. Uwięziony przez hitlerowców zginął w 1945 roku śmiercią męczeńską, spalony żywcem w łódzkim Radogoszczu.

Inni mieszkańcy Olimpu

      Moich pierwszych profesorów, z którymi zetknąłem się w pierwszych klasach gimnazjalnych, zachowałem do dziś we wdzięcznej pamięci, choć niektórzy z nich uczyli mnie bardzo krótko, dość szybko wyjeżdżając z Kalisza. Był to m.in. profesor Bronisław Łaba, polonista, drobny i łysy człowieczek z malutkim wąsikiem, który dał nam solidne podstawy języka ojczystego; profesorowie Wojciech Wacowski i Tomasz Łysek, którzy wprowadzali nas w tajniki przyrody; wielka miłość profesora Wacowskiego, pani Maria Tyblewska, młodziutka, smukła nauczycielka o subtelnej urodzie, która uczyła nas geografii. Historii uczył nas także dość krótko profesor Wacław Boczkowski, wysportowany brodacz, entuzjasta kultury fizycznej. Matematyki w pierwszych klasach nauczał profesor Władysław Żarnecki, przystojny i wytworny pan, niezwykle elegancki, posiadający tę rzadko spotykaną cechę obiektywizmu w ocenie ucznia, która pozwala mu zawsze nieomylnie ocenić jego intelekt niezależnie od wybujałego temperamentu. Pierwszym moim prefektem był niezwykły oryginał ksiądz Andrzej Rokosz, który niezbyt chętnie wkładał sutannę, co w owych czasach było zjawiskiem raczej wyjątkowym. Mój prefekt był więc jedynym księdzem w Kaliszu, który chodził w spodniach, zawsze nosił laskę i nieustannie trzymał fajkę w zębach. Zdarzało się też, że z przyjemnością grywał z nami w piłkę na boisku szkolnym.

      Moją wychowawczynią w klasie pierwszej była nauczycielka rysunku, profesor Helena Kindlerówna, jedyna rodowita kaliszanka w gronie pedagogicznym. Pochodziła ze znanej mieszczańskiej rodziny, ojciec jej Jan Kindler prowadził w Kaliszu fabrykę mydła. Z tej samej rodziny wywodziła się także młodziutka profesor Aniela Wendowa, siostrzenica pani Heleny, która zaczęła w naszej szkole staż pedagogiczny w roku szkolnym 1932/33, gdy byłem już w klasie maturalnej - i przez ostatni rok ona właśnie usiłowała uczyć historii. Piszę "usiłowała", gdyż mimo jej niewątpliwych zdolności dydaktycznych i dużej wiedzy, nic z tego nie wychodziło, a to z powodu nieprzeciętnej urody pani profesor. Czy w takiej sytuacji było w ogóle możliwe, abyśmy my - chłopcy pod wąsem - zajęli swe myśli wyłącznie historią? Gdyby chociaż te lekcje były poświęcone Sobieskiemu i jego ukochanej Marysieńce, albo ostatniemu z Jagiellonów i jego Barbarze, ale nic podobnego! Przerabialiśmy najnowszą historię Polski, lekcje więc zupełnie do nas nie trafiały. Dość szybko zrozumieli to wszyscy i profesor Wendowa została przeniesiona do gimnazjum żeńskiego im. Anny Jagiellonki, gdzie już bez przeszkód mogła uprawiać swój piękny zawód.

      Moją pierwszą wychowawczynię, profesor Kindlerównę wspominam szczególnie serdecznie, gdyż ona pierwsza wysoko oceniła moje zdolności i nie ukrywała, że jest ze mnie dumna. W klasie I byłem prymusem, więc na promocyjnym świadectwie własnoręcznie wypisała mi sakramentalną formułę: "Przechodzi chlubnie do klasy drugiej". Niestety zawiodłem jej nadzieje. W dalszych klasach miałem coraz niższe noty ze sprawowania, co pociągało za sobą także dalszą degrengoladę w nauce. Pani profesor do końca nie mogła mi tego darować.

      Jedną z naszych uczniowskich sympatii była pani profesor Bronisława Darewska-Weryho, nauczycielka języka niemieckiego. Była to przystojna i wytworna dama, nosząca na szyi czarną aksamitkę i piękny złoty łańcuch, na którym zwieszało się malowniczo pince-nez. Niezwykle sympatyczna i życzliwa nauczycielka była ogromnie lubiana przez wszystkich uczniów. Zalety te doceniał wyraźnie także jej przełożony, dyrektor Pacholski; stanowili bowiem nierozłączną i niezwykle dobraną parę. Oboje w stanie wolnym, oboje bardzo podobni do siebie charakterami, nic więc dziwnego, że przypadli sobie do gustu. Profesor Darewska jako osoba samotna ostatnie lata swego życia spędziła po wojnie w "Domu spokojnej starości" w Buku koło Nowego Tomyśla, gdzie też dokonała swego żywota.

      Szczególne szczęście mieliśmy do nauczycieli historii. Przez długie lata uczyła nas dr Melania Brokmanowa. Niezapomniane były to lekcje! Profesor Brokmanowa uczyła nas nie tylko biegu politycznych wydarzeń, ale także historii kultury i sztuki. Zaszczepiła w nas miłość do przeszłości naszego narodu, ale również postępowe poglądy, szerokie spojrzenie na świat i szacunek dla twórczej myśli ludzkiej. Prowadziła nas ulicami naszego sędziwego miasta, pokazywała zabytkowe budowle, uczyła stylów architektonicznych, była niezrównanym przewodnikiem po reliktach przeszłości i zabytkach sztuki. Wpajała w nas przekonanie, że nie zjawiliśmy się na polskiej ziemi jak przybysze z kosmosu, że konterfekt nasz tworzyły liczne pokolenia wyrosłe w tym zakątku świata. Słowem - pani dr Brokmanowa uczyła nas poznawać naszą narodową tożsamość. Historia w jej ujęciu była nie tylko próbą samookreślenia narodu polskiego wśród innych narodów, ale także samookreślenia nas jako kaliszan. Była, parafrazując tytuł słynnej wystawy krakowskiej, "Polaków i kaliszan portretem własnym".

      Strach padał na klasę dopiero wówczas, gdy zbliżały się te straszliwe repetycje przedokresowe. Nawet największe łobuzy siedziały wówczas cicho jak trusie obawiając się "wyrwania" do odpowiedzi. W klasie słychać było każdą muchę. A profesor Brokmanowa pytała - jak się to mówiło - "z kursu" bezlitośnie "biegając" po historii w tę i z powrotem, chwytając nasze rozbiegane myśli w swoje niezawodne cugle. Takie lekcje nieprędko się zapomina!

      Profesor Brokmanowa przeżyła wojnę i w Polsce Ludowej przez szereg lat była dyrektorem departamentu w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego. Zginęła tragicznie w roku 1956, potrącona przez samochód na ulicach Warszawy.

      Najdłużej z naszego grona pedagogicznego żył profesor Stanisław Krzysik, mieszkający po wojnie w Poznaniu. Tam także zmarł w roku 1986, przeżywszy aż 99 lat! Jemu to zawdzięczam moje szczere zachwyty nad literaturą piękną, a także niezłą znajomość łaciny, która dziś tak mi się przydaje. Nieraz jeszcze przychodzi mi pełnić rolę konsulatora wśród kolegów lekarzy, układających tasiemcowe łacińskie rozpoznania. Kiedy przed laty odczytywałem moim nieletnim wówczas dzieciom najpiękniejsze fragmenty Mickiewicza czy Słowackiego zawsze przed oczyma widziałem kochanego profesora, jak młodzieńczym krokiem chodzi z książką w ręce między rzędami szkolnych ławek i z niewiarygodnym przejęciem zachwyca się pięknem kunsztownych strof. "Kto chce innych zapalać, sam musi płonąć" mawiał mój późniejszy nauczyciel, prof. Ludwik Hirszfeld. Istotnie pod wpływem zachwytów profesora Krzysika nawet najbardziej tępa głowa w klasie dostrzegała nagle niewysłowione piękno dzieł wieszczów. Chwilami czuło się nawet, jak po klasie przebiega dreszcz zachwytu nad niepojętymi dotąd strofami i zaklęta w ciszę ekstaza trwała... aż do dzwonka.

Z profesorem Krzysikiem utrzymywałem serdeczną korespondencję aż do jego ostatnich dni, zawsze jednakowo wzruszając się jego listami pełnymi piękna, radości życia i mądrości. Żona profesora Krzysika, pani Irena była również przez szereg lat naszą nauczycielką, uczyła łaciny.

     Osobliwą postacią w naszym gimnazjum był matematyk, profesor Karol Kuczewski, następca profesora Zarneckiego. Krępy, niskiego wzrostu w czasie wykładu potrafił cały umazać się kredą na biało, zapisując tablicę niekończącymi się wzorami, ścierając je szmatką i znów da capo... Z profesorem Kuczewskim wdawałem się w długie dyskusje, przekonując go, że bez matematyki też można żyć, a nawet sporo w życiu osiągnąć. Za przykład stawiałem Żeromskiego, który - jak wiadomo - przez matematykę nie zdał matury. Ostatecznym argumentem profesora było zwykle wyrzucenie mnie za drzwi ("Zabierz książeczki, idź do domu!") albo też natchnione proroctwo w stylu: "Jak Boga kocham, toż to z ciebie nic dobrego nie wyrośnie!"

      Los chciał, że po drugiej wojnie, wróciwszy jako lekarz do rodzinnego miasta, spotkałem na ulicy Śródmiejskiej profesora Kuczewskiego. Ucieszyłem się bardzo, że mimo podeszłego wieku jest jeszcze "na chodzie". Dla uczczenia tego spotkania, znając gusta profesora, zaprosiłem go na drinka. Przy koniaku wspomniałem tamte nasze szkolne dyskusje i z udaną powagą przestrzegałem go przed pochopnymi proroctwami. Szczerze mnie wówczas bawił jego niepewny wyraz twarzy.

      W całym gronie pedagogicznym nie było jednak nikogo, kto mógłby pod względem fantazji równać się z naszym profesorem geografii, Antonim Pstrokońskim. Wysoki, tęgi, z grubą złotą dewizką na wydatnym brzuchu, z sarmackim wąsem, nigdy nie wylewał za kołnierz napojów, które pija się zwykle z kieliszków. Stąd też czasami na lekcji mogliśmy obserwować skutki działania tych pobudzających eliksirów, a zdarzało się i tak, że po interwencji dyrektora Pacholskiego pokonany pedagog musiał zejść z katedry. Nasz geograf, choć nigdy nosa nie wytknął poza granice kraju, potrafił z taką swadą opowiadać o dalekich egzotycznych krajach, jakby zjeździł glob ziemski setki razy we wszystkich możliwych kierunkach. Opowiadania te były bardzo sugestywne, poparte żywą gestykulacją i mimiką, w czym ogromną rolę odgrywały jego krzaczaste brwi i wiechy wąsów. Czasami wydawało nam się, że na katedrze siedzi jakieś egzotyczne zwierzę lub inny stwór, o którym właśnie profesor opowiadał - i że tylko od niego zależy, czy owo monstrum nie skoczy nagle między ławki.

      Rozbudzona przez profesora żyłka podróżnicza wkrótce dała o sobie znać w głośnej ucieczce na Grenlandię dwóch uczniów z naszej klasy (byli oni stryjecznymi braćmi i nosili to samo nazwisko Banaszkiewicz). Niestety policja ujęła zbiegów już w Cekowie, 20 kilometrów od Kalisza. Profesor pochwalił ich jednak podczas lekcji, że kierunek wzięli dobry, bo Ceków leży na północ od Kalisza. Pewnie również z lekcji profesora Pstrokońskiego czerpał natchnienie mój przyjaciel Janusz Zieleniewski, kapitan żeglugi wielkiej, który opłynął świat na "Darze Pomorza" i wrócił szczęśliwie z rejsu, by oddać życie Polsce we wrześniu 1939 roku pod Bydgoszczą.

      W pamiętnej kampanii wrześniowej padła ponad połowa mego rocznika maturalnego. W tych ciężkich chwilach wojny przypomniałem sobie słowa profesora Pstrokońskiego, które ten wielki patriota wpisał do mego sztambucha: "Pamiętaj zawsze, żeś się urodził Polakiem! Życie dla Boga i praca dla Ojczyzny są twoim obowiązkiem!" I widzę go jeszcze dziś, jak stoi nad przedwrześniową mapą Polski, zakrywa zaciśniętą pięścią Prusy Wschodnie i groźnie poruszając wiechami wąsów woła do nas: "Dopóki nie przetniemy tego wrzodu przy polskim gardle, dopóty nie będziemy mogli oddychać pełną piersią!". Spełniły się proroctwa profesora. Gdy po powrocie z wojennej tułaczki, spotkałem go w rodzinnym mieście, przypomniałem mu, jak uczył nas polskiej racji stanu. I za ten powrót Warmii i Mazur do macierzy spełniliśmy razem nie jeden toast. W kilka lat później profesor Pstrokoński zakończył życie w Kaliszu - w tym mieście, w które tak mocno wrósł i które tak mocno ukochał.

      Wspomnienia o gronie pedagogicznym byłyby niepełne, gdybym pominął arcyciekawą postać drugiego naszego prefekta, księdza Bolesława Osadnika. Niestety nie grzeszył on zbyt głębokim intelektem, czego najlepszym dowodem był jego ulubiony wywód filozoficzny na istnienie Boga. Wykład ten w skrócie wyglądał mniej więcej w ten sposób: "Patrzę na ten stołek (tu ksiądz wskazywał stołek pod piecem) i myślę, czy on sam się zrobił? - Nie, na pewno sam się nie zrobił! Zrobił go Zawartka (był to znany w Kaliszu stolarz). Gdy więc rozglądam się wkoło i patrzę na ten świat, to myślę, że sam się nie zrobił, ktoś go musiał stworzyć, a więc Pan Bóg..." Naiwność tego rozumowania wywoływała ironiczne uśmieszki na twarzach nawet najsłabszych w klasie "intelektualistów". Lekcje religii były zresztą w minimalnym stopniu poświęcone problemom wiary. Ksiądz prefekt wśród nieustannych tików (strzepywanie nieistniejących pyłków z rękawów sutanny, ugniatanie szczęki kciukiem) zasiadał na katedrze, otwierał znany nam dobrze gruby brulion w czarnej okładce i zaczynał zbierać składki, stawiając płacącym krzyżyk w odpowiedniej rubryce. A zbierał m.in. na Stowarzyszenie Anioła Stróża, Krucjatę Eucharystyczną, Sodalicję Mariańską, także na misje w Afryce (kolportował też znane pismo "Murzynek"), na sztandar i na orkiestrę szkolną dętą, która - trzeba przyznać - była jego dziełem i niemało splendoru przynosiła naszemu gimnazjum. Zachętom do płacenia składek towarzyszyło ulubione powiedzonko księdza: "Pewnie, pewnie, rozumie się, że też trzeba..."

      Ksiądz prefekt prowadził w swoim mieszkaniu (róg ulicy Kanonickiej i Garbarskiej) internat dla uczniów zamiejscowych, którym zajmowała się jego gospodyni, pani Piórkiewiczowa. Uczniowie mieszkający tam na stancji, a także płacący regularnie składki na wszystkie cele, mieli gwarantowane piątki z religii. Na podobne oceny mogli liczyć także ci uczniowie, którzy słuchali filozoficznych wywodów prefekta bez dyskusji. Gdy kiedyś wespół z kolegą Zieleniewskim pod wpływem lektury Flammariona i Maeterlincka rozpętaliśmy w maturalnej klasie dyskusję na temat budowy wszechświata i psychologii zwierząt (czy zwierzęta mają duszę?) - rezultat nie dał na siebie czekać. Otrzymaliśmy trójki z religii na koniec roku, co w myśl przepisów oznaczało zdawanie tego przedmiotu na maturze. Wywołało to w mieście olbrzymią sensację, gdyż w historii szkoły nie zdarzyło się jeszcze, aby ktokolwiek zdawał religię na maturze, wszyscy bowiem z reguły otrzymywali piątki na koniec roku.

      Ciepłe wspomnienie należy się za to niezwykłemu oryginałowi, jakim był profesor Włodzimierz Kłossowski. Był on w zasadzie romanistą, ale często w zastępstwie prowadził również lekcje języka niemieckiego i geografii. Pogodnego usposobienia i wielkiej dobroci starszy pan miał potężny czerwony nos, który zjednał mu przydomek "Pomidora". Nad tym wspaniałym organem powonienia, dominującym akcentem całej twarzy, świeciły wesołe i dobre maleńkie mysie oczka, szukające nieustannie w twarzach młodych tej samej radości życia, jaką cieszył się profesor.

      Cała szkoła wiedziała, że codziennie po południu nasz Pomidor kroczy ulicą Wiejską (dziś Pułaskiego), aby w "Cafe George" w gronie znajomków wypić czarną kawę. Ponieważ tuż obok, na tej samej ulicy było tajne wejście do bilardowni Szulakowskiego, gdzie nielegalnie spędzaliśmy długie godziny na grze w bilard w potwornych kłębach dymu tytoniowego, wchodząc do zakazanej bramy zawsze oglądaliśmy się instynktownie, czy profesor przypadkiem nas nie widzi. Przypuszczam, że Pomidor nie raz dostrzegł któregoś z nas w tej fatalnej bramie, podobnie jak wielokrotnie łapał nas na paleniu papierosów, ale jego wrodzona dobroć nie pozwoliła zrobić mu z tego użytku.

      Profesor Kłossowski słynął także z tego, że miał swój własny niezawodny sposób na uciszenie kręcących się i rozmawiających w czasie lekcji uczniów. Najpierw zwracał uwagę delikwentowi w swoim niezrównanym żargonie: "Nie trajluj, sztrabanclu jeden!" A gdy to nie pomagało, dawał porozumiewawcze znaki siedzącemu z tyłu uczniowi, który wówczas wstawał, brał w obie ręce książkę lub atlas i walił w głowę siedzącego przed nim rozgadanego sztrabancla. Profesor był w siódmym niebie, trząsł się ze śmiechu; jego małych oczek w ogóle nie było już widać, a na brzuchu zabawnie podskakiwała gruba złota dewizka, którą nosił podobnie jak profesor Pstrokoński. Klasa poczuwała się do solidarności z profesorem i także trzęsła się ze śmiechu razem zresztą z ukaranym uczniem. Był to oczywiście śmiech "fortissimo". Stado wariatów ryczało przez co najmniej pięć minut, korzystając z okazji, że może się wykrzyczeć. A te pięć minut bliżej dzwonka też się liczyło.

Prof. Zygmunt Dzierżyński      Miłości do teatru uczył nas profesor Zygmunt Dzierżyński (brat rewolucjonisty Feliksa), który był reżyserem naszego szkolnego przedstawienia "Fantazego". Lubiliśmy profesora Dzierżyńskiego i darowaliśmy mu nawet epitet "draba", którym tak często szafował w stosunku do nas ("Drabie jeden!"), że w końcu stał się jego przydomkiem. W gruncie rzeczy był to bardzo miły człowiek, przyjacielski dla uczniów, a nade wszystko potrafił rozpalić w nas płomień miłości do teatru. I ta pasja już w nas nie wygasła, mimo że śmierć zabrała nam naszego profesora-reżysera w roku 1932, a więc rok przed moją maturą. Na własnych barkach ponieśliśmy go na miejsce wiecznego spoczynku na starym cmentarzu przy rogatce. W szkole zastąpił go inny polonista, profesor Stanisław Nowosielski, który także bawił się z nami w teatr. Do tych naszych scenicznych imprez powrócę jeszcze w dalszej części wspomnień. Profesor Nowosielski przeżył wojenną zawieruchę i zjawił się - ku naszej radości - wraz z profesorem Krzysikiem na pierwszym powojennym zjeździe wychowanków szkoły.

      Nie przeżył natomiast wojny profesor Teodor Botner, który zmarł w Krakowie podczas wojennej tułaczki. Był on znakomitym fizykiem i matematykiem. Spośród całej rady pedagogicznej wyróżniał się tym, że zawsze ubierał się na czarno. Przez 10 lat mego pobytu w szkole nigdy nie widziałem profesora Botnera w innym garniturze. Nikt z nas nie wiedział, czy był to taki szczególny gust profesora, czy też nad jego życiem zaciążyła jakaś tajemnica żałobna. W mojej pamięci pozostał jako krępy brunet w czarnym garniturze, w binoklach, z krótkim przystrzyżonym wąsikiem. Kiedy ogarniały go emocje, zaczynał się jąkać. Po tym nieomylnym symptomie rozpoznawaliśmy zawsze zdenerwowanie naszego profesora, które zresztą zdarzało mu się nierzadko. Fizykę bardzo lubił i zapewne dlatego uczył z wielką pasją i potrafił przekazać nam arkana tek niełatwej dyscypliny. Jego zamiłowanie do tego przedmiotu objawiało się w całej pełni w czasie różnych doświadczeń i eksperymentów przeprowadzanych w gabinecie fizycznym. Profesor cieszył się jak dziecko, gdy zaprogramowany eksperyment udał się. Jeśli jednak coś się nie powiodło, powtarzał próby tak długo, aż - jak sam zwykł mawiać w takich sytuacjach "królik wyskoczył z cylindra".

      Nie sposób zapomnieć również ciekawej postaci profesora Stefana Adamczewskiego. Nie wiem, ile prawdy zawierały pogłoski, że był on eks-księdzem czy eks-pastorem. W każdym razie jego powierzchowność i sposób bycia trochę na to wskazywały. Był krępym mężczyzną o nalanej twarzy, na jego małym sterczącym nosie tkwiły rogowe okulary, łysiejącą czaszkę częściowo pokrywały starannie przylizane szpakowate włosy. Zawsze był bardzo schludny i elegancki. Uczył nas łaciny, czasem w zastępstwie także języka niemieckiego. Uchodził za postrach uczniów, gdyż bywał surowy i stawiał dużo dwójek. Profesor miał także swoje dwie słabości, dwa charakterystyczne nawyki, od których pewnie nigdy się nie wyzwolił. Pierwszy polegał na jego zamiłowaniu do superpoprawnej polszczyzny, której wymagał od uczniów przy tłumaczeniu tekstów łacińskich. Po przekładzie dosłownym, który był przecież wystarczającym kryterium znajomości łaciny, profesor żądał jeszcze drugiego tłumaczenia - na język literacki. A że był wielkim purystą językowym, niełatwo było go zadowolić. I tak po wielu przeróbkach i poprawkach powstawał zupełnie dowolny przekład, nierzadko niewiele mający wspólnego z tekstem pierwotnym. Najgorsze było jednak to, że profesor potrafił postawić dwóję uczniowi, który bez problemu przetłumaczył dosłownie nawet najtrudniejszy tekst łaciński, a nie będąc dobrym stylistą i nie mając wielkiego polotu, nie potrafił zadowolić go literacką wersją przekładu.

      Drugim ulubionym zajęciem profesora Adamczewskiego było prowadzenie śledztw, dochodzeń, ustalanie sprawców szkolnych przestępstw. Gdy zdałem już do klasy siódmej, profesor został wychowawcą naszej klasy - i szybko zorientowaliśmy się w jego maniactwie. Zaczęliśmy je nawet wykorzystywać, kiedy baliśmy się lekcji. Nasz system był banalnie prosty i niezawodny. Po uchwaleniu składki po 10 groszy od każdego ucznia, jeden z nas wybijał łokciem szybę w oknie. Gdy tylko wychowawca wchodził do klasy, dyżurny natychmiast meldował mu o tej szkodzie. W szkole obowiązywała zasada, że koszt wprawienia szyby (4 złote) pokrywa winowajca. Profesor Adamczewski niesłychanie zadowolony natychmiast rozpoczynał śledztwo, aby ustalić winnego. Osiągnęliśmy prawdziwe mistrzostwo w przedłużeniu tego dochodzenia. Po prostu każdy z nas wskazywał na następnego kolegę i zapewniał, że "on mnie popchnął". Łańcuch winowajców formował się więc długi, a każdy z nich musiał być osobno przez profesora przesłuchany. Zanim udało się ustalić rozmiary odpowiedzialności, odzywał się zwykle zbawczy dzwonek. Zapadała więc decyzja, że szyba ma być zapłacona wspólnie. Godziliśmy się z tym chętnie, tym bardziej, że składka była już zrobiona. A lekcja przepadła bezpowrotnie.

      Małe wspomnienie należy się tu również naszym lekcjom śpiewu, gimnastyki i prac ręcznych. Śpiewu uczył nas profesor Kazimierz Makowski, który wyróżniał się tym, że chodził zawsze w muszce. Niestety nasz nauczyciel śpiewu zupełnie nie panował nad klasą, dzięki czemu lekcje śpiewu zyskały sobie w naszym uczniowskim żargonie nazwę "lekcji zgrywów". Zwykle odbywały się one raz lub dwa razy w tygodniu jako tzw. szósta lekcja (w godzinach 13-14). Gdy wszyscy byliśmy już dostatecznie zmęczeni lub znudzeni pięcioma poprzednimi. Nic więc dziwnego, że na lekcjach śpiewu klasa zwykle szalała jak tabun dzikich koni. Profesor, trzymając w ręku lśniącą czarną pałeczkę dyrygencką, usiłował uspokoić nas, stukając nią w pulpit pierwszej ławki. Niestety wielokrotnie drewniana pałeczka pękała, a myśmy dalej szaleli. Pamiętam, jak w drugiej klasie profesor próbował nauczyć nas ludowej piosenki "Chciało się Zosi jagódek..." Cóż z tego, że rząd ławek przy oknie, którym bezpośrednio dyrygował profesor, śpiewał grzecznie o Zosi, gdy rząd środkowy ryczał w niebogłosy pierwszy powojenny przebój "Titinę", a rząd przy drzwiach "Bajadero, księżyc zgasł..." Można sobie wyobrazić tę kakofonię. Gdy dziś wspominam lekcje zgrywów, szczerze mi żal profesora Makowskiego, który był rozmiłowanym muzykologiem i stanowczo za dobrym człowiekiem, aby umiał sobie poradzić z rozhukaną młodzieżą.

      Gimnastyki uczył nas początkowo profesor Jan Tyma, zdemobilizowany oficer piechoty w stopniu porucznika. Sali gimnastycznej jeszcze nie było w naszym gimnazjum, odbywaliśmy więc ćwiczenia na boisku szkolnym, a w czasie niepogody w auli lub na korytarzu. Latem często maszerowaliśmy czwórkami do parku śpiewając: “Myśmy przyszłością narodu...” lub “Stokrotka rosła polna...”. W roku 1927 ze składek społeczeństwa dobudowano do gmachu wspaniałą i pięknie wyposażoną salę gimnastyczną, mogliśmy więc wreszcie ćwiczyć zgodnie z ustalonym programem. Gdy byłem w wyższych klasach nauczycielem gimnastyki został profesor Michał Baworowski. Pochodził on z kresów i mówił z charakterystycznym wschodnim akcentem. Ulubioną grą ruchową, jaką uprawialiśmy na naszym boisku szkolnym, były tzw. "dwa ognie", a szczytem naszych osiągnięć w dziedzinie kultury fizycznej były, rozgrywane co roku na stadionie miejskim, zawody międzyszkolne. Najwięcej emocji podczas tych zawodów dostarczała nam rywalizacja dwóch największych gimnazjów kaliskich: Asnyka i Kościuszki.

      Prace ręczne nazywano wówczas "slójdem". Słowo to, pochodzenia skandynawskiego, oznaczało kształcenie zręczności rąk za pomocą ćwiczeń z zastosowaniem różnych narzędzi rzemieślniczych. Na lekcjach lepiliśmy np. figurki z plasteliny, kleiliśmy z tektury i papieru różne drobiazgi, próbowaliśmy rzeźbić w drewnie, a przede wszystkim wycinaliśmy laubzegą z dykty różne użyteczne przedmioty. Nie mieliśmy nigdy nauczyciela, fachowca w tej dziedzinie. Zajmowali się więc nami różni przypadkowi ludzie; czasem nauczyciele rysunku, czasem angażowano jakiegoś rzemieślnika. Śpiew i prace ręczne obowiązywały tylko w klasach niższych (do VI włącznie), gimnastykowaliśmy się natomiast do samej matury.

      Ale nie tylko moi kochani - czasem zabawni, czasem wzruszający, ale zawsze bliscy sercu - profesorowie utrwalili się w mej pamięci. Były w naszej szkole także inne ważne osoby, których nie sposób zapomnieć. Postacią zrośniętą ze szkołą nierozłącznie była sekretarka, pani Kujawińska. Ta niesłychanej dobroci kobieta była zawsze dla nas żywym symbolem naszego gimnazjum.

      Osobne wspomnienie należy się także woźnym, bez których w ogóle trudno sobie wyobrazić szkołę. W latach 1923-1933 było ich czterech. Najstarszy, uwielbiany przez nas, pan Władysław Graczyk był to wychudzony dziadek z łysą głową i siwymi wiechami wąsów. Spod siwych krzaczastych brwi patrzyły przygasłe ale zawsze uśmiechnięte i pełne dobroci oczy. Gdy przyszły jesienne chłody i szarugi, pan Graczyk cierpiący na astmę oddychał ciężko i przez pewien czas przestawał palić papierosy. Przechodził wówczas na zażywanie tabaki, w którą zresztą bezinteresownie go zaopatrywaliśmy. Bywało, że dla towarzystwa sami zażywaliśmy ją również, nauczeni przez pana woźnego "niuchania" z kciukowego dołka lewej dłoni. Nieraz i na lekcjach rozlegało się nasze głośne kichanie.

      Dziś jeszcze widzę bliską nam postać starego woźnego, jak trzymając oburącz wielki dzwonek, wydzwania na lekcję. Później - w miarę postępu technicznego - zainstalowano w szkole dzwonek elektryczny, który woźny uruchamiał włącznikiem zainstalowanym w drewnianej skrzynce w ścianie korytarza na pierwszym piętrze, tuż przy auli. Przed zakończeniem roku szkolnego - 27 czerwca - pan Graczyk obchodził imieniny i pojawiał się w szkole w odświętnym uniformie. Dzień ten był i dla nas świętem. Urządzaliśmy składkę w każdej klasie, kupowaliśmy solenizantowi prezenty, a w czasie dużej przerwy podrzucaliśmy w górę na korytarzu tak lubianego przez nas dziadka.

      Zupełnie inny typ przedstawiał drugi nasz woźny, pan Pawlak. Najbardziej charakterystyczną cechą tego, małego, bezbarwnego człowieczka z dużym szpiczastym i zawsze w górę podniesionym nosem - była pewna urzędowość, jaką potrafił nadać swojej osobie. Gdy wchodził w czasie lekcji do klasy z brulionem, który podawał profesorowi do odczytania kurendy, z całej jego osoby - a w szczególności z podniesionej głowy - emanowała władza całej rady pedagogicznej. Czasami wzywano pana Pawlaka jako świadka w sprawie jakiegoś przewinienia, którego sprawcę próbował ustalić wychowawca, słowa woźnego brzmiały wówczas nieodmiennie dostojnie a zarazem karcąco: "Panie profesorze, ja im mówię, żeby się uspokoili, pan dyrektor im mówi, a oni nic..." To stawianie swojej osoby zawsze na pierwszym miejscu, nawet przed dyrektorem szkoły było u pana Pawlaka tak nagminne, że nadaliśmy mu przydomek "ja i pan dyrektor".

      Trzecim woźnym był sympatyczny i zawsze zalękniony pan Kwinta, człowiek o złotych rękach, co na każdym rzemiośle się znał i wszystko w szkole naprawić potrafił - prawdziwie opatrznościowy człowiek naszej szkoły.

      Czwartym woźnym był pan Adamiak, którego pamiętaliśmy jeszcze jako osobistego stangreta znanego w Kaliszu chirurga, doktora Cegłowskiego. Dawne to były czasy, gdy niektórzy kaliscy lekarze jeździli własnymi powozami, zaprzężonymi w jednego "kłusaka"... Gdy chlebodawca zmienił powóz na samochód, pan Adamiak znalazł pracę jako woźny w naszej szkole.

      Po powrocie z wojennej tułaczki ze starej kadry woźnych spotkałem jeszcze pana Kwintę i pana Adamiaka. Ten pierwszy zresztą w niedługim czasie zmarł, drugi pełnił swą funkcję aż do emerytury.

W uczniowskich mundurkach

      Już w pierwszych latach mojej nauki w gimnazjum im. Adama Asnyka dały się zauważyć pewne podziały wśród kolegów. Początkowo jeszcze nie skrystalizowane, sugerujące pewne związki przyjacielskie, z roku na rok polaryzowały się jednak według zupełnie odmiennego i wyraźnego kryterium, jakim był stan majątkowy rodziców. Pewną rolę odgrywało tutaj także pochodzenie. Po kilku latach istniała już w szkole izolowana grupa high life'u składająca się z synalków okolicznych ziemian, ludzi uprawiających tzw. wolne zawody i miejscowych kamieniczników. Ta śmietanka towarzyska wyróżniała się nie tylko eleganckimi strojami ale także zamkniętym życiem towarzyskim. Oprócz zabaw szkolnych owa elita urządzała w swych salonach lub okolicznych dworach ekskluzywne prywatki, w których uczestniczyło ściśle dobrane towarzystwo.

      Zarysowała się też w tych latach wyodrębniona grupa kolegów pochodzących z okolicznych wsi lub małych miasteczek, dość dobrze sytuowanych, zamieszkujących tzw. stancje uczniowskie. Oprócz wspomnianej już stancji u ks. Osadnika najbardziej znana była stancja pani Słoneckiej przy ulicy Stawiszyńskiej (dziś 23 Stycznia) i stancja pani Denel przy zbiegu ulicy Grodzkiej i Szklarskiej. Tutaj właśnie mieszkali moi bliscy przyjaciele, bracia Jaś i Staś Piątkowscy z Dembska koło Koźminka. Pani Denel ostro pilnowała braciszków, czuła się odpowiedzialna za ich "prowadzenie się". Przy okazji każdej wizyty u kolegów trzeba było się dokładnie opowiadać, a kto, a po co, a czy do Stasia, czy do Jasia... Toteż w starszych klasach chłopcy mieli już dość tych rygorów i wymusili na rodzicach przeprowadzkę do stancji pani Kryńskiej na rogu Warszawskiej i Starego Rynku. Na stancji u pani Słoneckiej także rygor był mniejszy, zbierały się więc tam liczne grupy kolegów na grę w preferansa, oko lub "sechziga".

      Trzeba jednak przyznać, że te koleżeńskie podziały zacierały się w wyższych klasach z kilku powodów. Przede wszystkim w roku 1928 wprowadzono obowiązkowe umundurowanie uczniowskie. Były to granatowe mundurki o kroju wojskowym - w niższych klasach z krótkimi spodenkami, a w wyższych z długimi. Na kołnierzu zapiętym pod szyją naszyte były z obu stron aksamitne prostokąty koloru bordo (takie były barwy naszej szkoły!), a na nich naszywki oznaczające klasę. Pierwsza klasa nosiła jedną srebrną naszywkę, druga dwie srebrne, trzecia - trzy, czwarta - cztery, piąta - jedną naszywkę złotą, szósta - dwie złote, siódma - trzy złote, a ostatnia ósma klasa miała złotem haftowane słońce. Stąd też maturzystów nazywano "słonecznymi ludźmi". Kołnierze obszywane były białą lamówką, a co elegantsi koledzy nosili oficerskie białe halsztuki. Niektórych uczniów stać było na dwa mundury, nosili więc na zabawach karnawałowych i uroczystościach szkolnych mundury galowe. Różniły się one od zwykłych spodniami zdobionymi na wzór oficerski lampasami bordo ("szasery") i podwójnymi sprzączkami, na które zapinało się gumki opasujące buciki pod podeszwami (oczywiście były to lakierki).

      Mundur uzupełniała czapka-rogatywka z otokiem bordo i skrzyżowanymi na denku także bordowymi wszywkami, ze sztywnym daszkiem, złotym sznurkiem i metalowym znaczkiem w kształcie tarczy, na której znajdowały się trzy duże litery GHA (Gimnazjum Humanistyczne Asnyka), orzeł polski i dwie gałązki laurowe na bokach. Fason uczniowski nakazywał, aby czapka nigdy nie wyglądała jak nowa. Nowa czapka zdradzała bowiem nowicjusza, a każdy chciał być starym wygą szkolnym. Mieliśmy więc swoje wypróbowane sposoby na to, aby nawet nowo kupiona czapka natychmiast wyglądała jak stara. Przede wszystkim mięło się ją w rękach na wszystkie możliwe sposoby, uprzednio zamoczywszy w wodzie, a następnie kilka razy czyściło się nią buty - efekty tych zabiegów były znakomite.

       Z czapkami maturzystów wiązała się pewna szkolna tradycja. Gdy do matury pozostało jeszcze już tylko sto dni, urządzało się oczywiście studniówkę, ale nie tylko... W tym samym dniu klasa siódma zakradała się do szatni z żyletkami i przecinała na cztery części denka czapek maturzystów - równiutko pomiędzy bordowymi wszywkami. W domu mamy uczniów zszywały te nacięcia wielkimi ściegami białą nitką, aby z daleka było widać, że oto idzie maturzysta, któremu już niedługo czapka szkolna nie będzie potrzebna. Później w latach trzydziestych tradycja ta nieco wykoślawiła się, zwłaszcza w żeńskich gimnazjach. Dziewczęta, zamiast przecinać swe kapelusiki, zaczęły na nich haftować złotą nitką przeróżne symbole. Szczególnie modne były słońca, sowy, pająki, pszczółki, monogramy szkoły itp.

      Muszę tu koniecznie dodać, że z powodu bordowego koloru otoków i wszywek na naszych czapkach nazywano nas w mieście "burakami". Natomiast uczniów Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki, którzy nosili otoki zielone, nazywano "żabami". Niepisane współzawodnictwo "buraków" z "żabami" trwało na wszystkich możliwych polach. Wyniki tej rywalizacji były różne, częściej jednak - muszę się pochwalić - biliśmy na głowę "kościuszkowców".

      Mundurki przyczyniły się niewątpliwie do pewnego zrównania uczniów w mojej szkole. Drugim powodem rozsypania się grup uczniów wywodzących się z majętnych rodzin, było wykształcenie się w starszych klasach zupełnie nowych kryteriów wartościowania. Tymi nowymi probierzami były wartości intelektualne. Coraz silniej tętniące życie umysłowe - w miarę naszego dojrzewania i nabywania coraz to nowych wiadomości o świecie - zespalało tych, którzy dużo czytali, pisali, dyskutowali, organizowali życie kulturalne młodzieży. Łączył nas już nie tyle status rodziców, co potrzeba rozmawiania, dzielenia się wrażeniami i własnymi przemyśleniami. I dlatego w wyższych klasach, jeśli w ogóle można było mówić o podziałach uczniowskiej społeczności, to tylko w kontekście licznej w naszym gimnazjum elity umysłowej, która nadawała ton całej młodzieży kaliskiej i z której wyszli w późniejszych latach ludzie wybitni, zasłużeni dla nauki i kultury narodowej. Do tych spraw powrócę jeszcze w dalszej - dla mnie najpiękniejszej - części mych szkolnych wspomnień.

      Życie uczniowskie było w ogóle bogate, obfitujące w szereg atrakcji właściwych tylko temu wiekowi, a najciekawiej było zawsze w karnawale. Karnawał obchodzony był tradycyjnie we wszystkich kaliskich szkołach średnich, których w latach dwudziestych i trzydziestych było w mieście już osiem. Dla młodszych klas (I-IV) organizowano tzw. kiermasze, podczas których owszem grała orkiestra, ale tańców było mało, bo maluchy jeszcze słabo znały tę sztukę. Panie z komitetu rodzicielskiego przy pomocy nauczyciela gimnastyki urządzały natomiast barwne korowody, wędrujące po auli i po szkolnych korytarzach. "Wyznaniem miłości" było wówczas wysypanie na głowę sympatii całej torebki confetti lub trafienie w nią serpentyną. Największą jednak atrakcją kiermaszów szkolnych była loteria fantowa i bufet. Na loterii można było wygrać atrakcyjne fanty choć nieraz dość kłopotliwe, jak np. baran lub gęś. W bufecie można było prawie za darmo "nawcinać się" do woli tortów, napoleonek, bezów i innych rozkosznych łakoci.

      Dla starszych klas (V-VIII) urządzano zabawy taneczne po kolei we wszystkich szkołach, co oznaczało dla bywalca osiem zabaw w karnawale. Organizatorem naszej zabawy była zwykle "Samopomoc Uczniowska". Uzdolnieni plastycznie koledzy (w mojej klasie był to Mieczysław Kościelniak, dzisiaj znany warszawski plastyk, laureat wielu nagród) malowali osiem plakatów zapraszających na zabawę, które rozwieszało się we wszystkich szkołach. Szczególnie zależało nam na ściągnięciu dziewcząt z Gimnazjum im. Anny Jagiellonki, SS. Nazaretanek i Gimnazjum Związkowego. Dlatego też najpiękniejsze afisze posyłaliśmy właśnie tam. Zabawa nie mogła obejść się bez wodzirejów, których było zwykle dwóch lub trzech. Zdarzało się i mnie pełnić tę funkcję. Najlepszym jednak tancerzem i wodzirejem naszego gimnazjum był Stefan Otwinowski, późniejszy znany pisarz.

      Punktem kulminacyjnym naszych zabaw był zawsze dostojny mazur o godzinie 22. Tańczyły go zwykle cztery pary, czasem osiem par, a pozostała młodzież ustawiona przy ścianach przyglądała się temu pięknemu staropolskiemu tańcowi.

      Tradycją naszej szkoły były także w każdym karnawale wyjazdy VII i VIII klasy na zabawę do Szkoły Ochroniarskiej w Opatówku. Była to szkoła żeńska i dziewczęta po prostu nie miały się z kim bawić. Zapraszały więc tradycyjnie dwie najstarsze klasy naszego gimnazjum. Ponieważ czerwone autobusy jeszcze wówczas do Opatówka nie kursowały, korzystaliśmy z różnych środków lokomocji. Najczęściej były to wypożyczone z fabryk, ciężko charczące ciężarówki, w których instalowano prowizoryczne ławki, a czasem nawet drabiniaste wozy, wynajęte od pana Schlóssera, właściciela majątku Opatówek. Zabawy te były bardzo przyjemne, powodzenie mieliśmy zapewnione. Dziewczęta w Opatówku były miłe, spragnione męskiego towarzystwa, ale przesadnie skromne.

      Nieomylną oznaką naszej "dorosłości" były jednak nie zabawy lecz palenie papierosów, zresztą surowo zabronione w regulaminie szkolnym. W klasie siódmej czy ósmej zwykle już co najmniej kilku kolegów paliło nałogowo. Nie przypominam sobie jednak ani jednego przypadku, aby paliła któraś z naszych koleżanek z żeńskich szkół. Dziewczęta wiedziały dobrze, że papierosy odebrałyby im w naszych oczach cały wdzięk i urodę. Żadna paląca dziewczyna nie mogła liczyć na powodzenie u chłopców. W szkole palacze ukrywali się ze swym nawykiem. W czasie przerw rolę palarni spełniały ustępy szkolne, gdzie też było zawsze prawie czarno od dymu, a dyżurni profesorowie nie często zapuszczali się w tamtą stronę. Za palenie papierosów groziła publiczna nagana. Przyznać jednak trzeba, że profesorowie na ogół odnosili się do palaczy wyrozumiale, zwłaszcza do tych z najstarszych klas, a panie profesorki z reguły nie zauważały palących sztubaków.

       Wielką dumą naszego gimnazjum - tym, co w oczach całego miasta wyróżniało je spośród innych szkół - była nasza orkiestra dęta. Jak już pisałem, była ona dziełem księdza prefekta Osadnika. Prowadził ją pan Koźmiński, muzykalnie uzdolniony urzędnik magistracki, a poza tym ojciec dwóch naszych kolegów: Jerzego, o którym jeszcze sporo będę dalej pisał oraz młodszego Włodzimierza, który jako świeżo upieczony lotnik walczył w kampanii wrześniowej, a potem znalazł się za granicą. Orkiestra co niedzielę prowadziła nas w karnym ordynku na mszę do kościoła św. Mikołaja, bez jej udziału nie mogło się też odbyć żadne ważniejsze wydarzenie w szkole. Na wszystkich akademiach szkolnych, organizowanych tradycyjnie chociażby z okazji świąt narodowych (11 listopada i 3 maja), umieszczona na balkonie auli grała hymn państwowy, aż drżały mury tego starego historycznego gmachu.

      Orkiestra miała kilku kolejnych tamburmajorów, ale bezkonkurencyjny był i tutaj Stefan Otwinowski. Miał on bardzo smukłą zgrabną sylwetkę, wspaniałą głowę z pięknym orlim nosem i obfitą czarną czupryną, a ponadto był bardzo muzykalny. Ze strojną buławą-batutą w ręku wyglądał imponująco, a umiał się nią posługiwać jak nikt inny. Dziś jeszcze widzę w pierwszej czwórce dwóch świetnych kornecistów, Stasia Szyndlera, naszego czołowego sprintera i Bolka Zarembę, obecnie emerytowanego majora Wojska Polskiego. W dalszych szeregach idą: grający na barytonie Janek Zuchowski, jeden z czołowych aktorów naszego koła dramatycznego, który zginął w roku 1939 nad Bzurą; tęgi jak jego bas, Staś Binkowski, późniejszy lekarz, który w czasie okupacji padł ofiarą epidemii tyfusu plamistego na Kielecczyźnie; grający na waltorni Kazio Urbański, dziś kolejowy emeryt, towarzysz naszych comiesięcznych spotkań w kawiarni "Agawa" osiadłych w Łodzi "asnykowców".

      Wspaniała była nasza orkiestra. Nic więc dziwnego, że "żaby" pozazdrościły nam jej i wkrótce potem ukazały się na ulicach miasta z własnym zespołem. Oprócz orkiestry dętej nasza szkoła posiadała także smyczkowy zespół kameralny, prowadzony również przez pana Koźmińskiego. Według mojej oceny, zespół ten reprezentował jeszcze wyższy poziom niż orkiestra, a koncertując na różnych akademiach szkolnych (i nie tylko), sięgał po pozycje z repertuaru wielkiej muzyki klasycznej.

      W gimnazjum działało wiele organizacji uczniowskich, jak wspomniana już "Samopomoc Uczniowska", III drużyna harcerska im. H. Sienkiewicza, koła zainteresowań (literacko-naukowe ;,Kalina", dramatyczne, historyczne, astronomiczne, fizyczne), sanacyjna organizacja młodzieżowa "Straż Przednia" (od roku 1930) czy tez organizowane przez księdza prefekta kółka religijne. Każda z tych organizacji miała oczywiście swojego opiekuna, wybranego spośród rady pedagogicznej. Reprezentacyjną organizacją samorządu uczniowskiego była "Samopomoc", która prowadziła bibliotekę szkolną, sklep z materiałami piśmiennymi, a nawet - przy pomocy pań z komitetu rodzicielskiego - kuchnię szkolną, wydającą śniadania na wielkiej pauzie. Kuchnia jednak funkcjonowała kulawo, więc szybko wyparła ją "prywatna inicjatywa". Była to sympatyczna babcia Stankiewiczowa, która - za zezwoleniem dyrekcji - podczas dużej pauzy rozkładała na dolnym korytarzu swoje koszyczki i sprzedawała uczniom cukierki, czekoladki, owoce, herbatniki.

      Mieliśmy w szkole także "Przysposobienie Wojskowe", zwane w skrócie P.W. Wszyscy uczniowie starszych klas przechodzili regularne szkolenie wojskowe, prowadzone przez fachową kadrę oficerską i podoficerską. Planowe ćwiczenia odbywały się nie tylko na boisku szkolnym lecz także na poligonie w Kościelnej Wsi (tam, gdzie dziś znajduje się cmentarz komunalny), gdzie koncentrowano uczniów wszystkich kaliskich szkół średnich. Ćwiczenia za miastem połączone były z ostrym strzelaniem z karabinów. W defiladach na 3 maja i 11 listopada występowaliśmy w mundurach wojskowych i z bronią. W czasie wakacji braliśmy udział w specjalnych obozach szkoleniowych. Zakres ćwiczeń obejmował jednak wyłącznie szkolenie piechoty, innych rodzajów broni nie uwzględniano.

      Wspomnieć trzeba także, że kształcono nas również w dziedzinie savoir-vivre'u. Raz w miesiącu przyjeżdżał z Warszawy elegancki dystyngowany pan, zbierano w auli gimnazjalnej wszystkie klasy i odbywał się dwugodzinny wykład wraz z pokazem zachowania się w różnych sytuacjach.

      Gdy zbliżał się koniec roku szkolnego, następował okres wycieczek. Za niewielką opłatą można było zapisać się na jedną z tradycyjnych tras wycieczkowych historycznymi szlakami: Poznań - Gniezno - Kruszwica, Kraków - Ojców - Wieliczka lub też wybrać się na zwiedzanie Warszawy, Wilna czy Lwowa. Nasz niezrównany opisany już w tej książce - profesor Pstrokoński zagrzmiał kiedyś do nas ex cathedra: "Jeździcie gdzieś tam na dalekie trasy, a nie znacie swojej rodzinnej Ziemi Kaliskiej! Tylko piesza turystyka pozwala naprawdę poznać ziemię ojczystą!".  I wkrótce urządził nam taką wycieczkę po najbliższej okolicy oczywiście pod swoim przewodnictwem, którą wspominam do dziś, choć upłynęło już ponad pół wieku!

      Wędrowaliśmy po wsiach i miasteczkach w cudownym gronie zżytych ze sobą kolegów, nocowaliśmy przeważnie na sianie, a nasz wspaniały profesor nieodmiennie kwaterował w karczmie. Czasami nawiedzał nas o północy na kwaterze, budził i gromkim głosem rozwijał "państwowotwórcze" przemówienia. Za to na drugi dzień spał jak zabity, a nasza pobudka odbywała się czasem dopiero "na Anioł Pański" czyli w południe, czego zresztą wcale nie mieliśmy mu za złe.

Gdy tak wędrowaliśmy w słońcu z plecakami, a nasz kochany profesor pokazywał nam zabytkowe kościoły i pałace, i ze znawstwem omawiał ich walory lub też snuł pełne fantazji opowiadania, zapewne często niewiele mające wspólnego z historią - dech zapierało nam w piersiach. Za tę fantazję kochaliśmy naszego profesora, a jego wspaniała sarmacka postać jawiła nam się w wyobraźni w kontuszu z karabelą albo i nawet w hetmańskiej delii z buławą w ręku. Takie wycieczki zapowiadały zwykle zbliżające się i tak oczekiwane wakacje.

Najpiękniejsze szkolne chwile

      Wszystkie moje szkolne przeżycia dziś --- z perspektywy tylu lat wydają mi się piękne, barwne, niezwykłe, wzruszające... Ale są w tych wspomnieniach takie rozdziały, do których wracam najczęściej. Niezapomniane chwile, które potem przez całe życie płoną najjaśniejszym blaskiem jak latarnia morska żeglarzom miotanym przez żywioły. I te właśnie wspomnienia najpiękniejsze zostawiłem na koniec mej opowieści o latach szkolnych.

      Gdy na szumiące młodością i kipiące życiem nasze młodzieńcze głowy spływało czasem opamiętanie, spostrzegaliśmy wówczas, że wszystko, czego nauczyła nas szkoła, to tylko małe okienko, przez które przyszło nam podglądać "wielki, wspaniały świat". Zaczęło nam czegoś brakować, zbieraliśmy się gdziekolwiek i gadaliśmy, gadaliśmy... A gdy okazało się, że każdy z nas ma co innego do powiedzenia, rosła w nas radość ogromna. Uwielbiany przez nas Adam Asnyk wyraźnie do nas adresował swe słowa: "Szukajcie prawdy jasnego płomienia, szukajcie nowych, nieodkrytych dróg!" Czuliśmy potrzebę połączenia swych sił, zespolenia naszego entuzjazmu, stworzenia wspólnego dzieła. "Razem młodzi przyjaciele! W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele!" - wołał do nas wieszcz. A profesor Krzysik sprowadzał do nas ze Lwowa numery "Filomaty", które wydzieraliśmy sobie z rąk. Profesorowie Dzierżyński i Nowosielski otwierali przed nami karty narodowego dramatu. Były to dla nas lata olimpijskie. Dewizę olimpijską "Citius, altius, fortius" (Szybciej, wyżej, śmielej) uważaliśmy za obowiązującą nie tylko na stadionie podczas międzyszkolnych zawodów sportowych, ale także w dziedzinie ducha i intelektu.

      I tak powstało w naszej szkole najpierw koło dramatyczne a potem koło literacko-naukowe "Kalina". Koła te stały się kuźnią wszystkiego, co było w nas najlepsze. Wszystko, co narosło w nas przez te lata, niespokojnie szukało ujścia w mniej lub bardziej udanych próbach literackich i kreacjach aktorskich. Zabraliśmy się więc za inscenizację naszej wielkiej klasyki narodowej. Najpierw w roku 1931 powstał "Fantazy", wyreżyserowany przez profesora Dzierżyńskiego. W tym przedstawieniu wyżyny talentu aktorskiego osiągnął znów Stefan Otwinowski w roli majora i Jan Werner w roli Rzecznickiego. Później, gdy śmierć zabrała nam profesora Dzierżyńskiego, zastąpił go profesor Nowosielski, który w roku 1932 wyreżyserował nam "Mazepę". Niebywały sukces w tytułowej roli odniósł wówczas Janek Żuchowski, wielki samorodny talent aktorski. Równie sugestywnie odtworzył postać Zbigniewa Włodek Anezykowski. Według recenzentów te dwie role w "Mazepie" sięgały poziomu profesjonalnego aktorstwa.

      W klasie maturalnej (1933) wystawiliśmy jeszcze "Wesele", wybór tego dramatu podyktowany był 25 rocznicą śmierci Stanisława Wyspiańskiego, która przypadała właśnie w tym roku. Czuliśmy się już wtedy niemal zawodowymi aktorami, prawdziwie artystyczną cyganerią. Każde nasze spotkanie, każda robocza próba była dla nas wielkim przeżyciem. A wspaniałe teksty wielkich twórców, które do dziś umiem na pamięć, w dziwny sposób uszlachetniały nas i chroniły przed zalewem pospolitości i prostactwa, wciskającym się zewsząd w nasze dopiero rozpoczynające się świadome życie.

      Wszystkie nasze inscenizacje wystawialiśmy w sali Stowarzyszenia Rzemieślników Chrześcijan przy ulicy Piekarskiej. W tym czasie gmach teatru był już odbudowany, ale jego wnętrze jeszcze nie urządzone. Teatr otworzył uroczyście swoje podwoje dopiero w roku 1936. Kostiumy do naszych przedstawień pochodziły z prywatnej wypożyczalni Rozentrauba przy ulicy Wrocławskiej, a charakteryzację wykonywał nam fryzjer pan Jakubowicz.

      Drugim chlubnym rozdziałem tamtych lat była nasza działalność w kole literacko-naukowym "Kalina", z której z czasem wyrosło nasze czasopismo szkolne "Sztubak". Podobnie jak zabawa w teatr, także i zabawa w redagowanie pisma wciągnęła mnie od razu. Niezapomniane były te nasze redakcyjne zebrania i dyskusje nad kształtem pisma, odbywające się często przy udziale opiekuna z ramienia rady pedagogicznej profesora Nowosielskiego. Postanowiliśmy więc, że pismo będzie naszą trybuną, na łamach której będziemy wypowiadać wszystko co nas nurtuje, a także zamieszczać próby własnej twórczości literackiej. Pismo było miesięcznikiem i drukowało się na pięknym papierze w Drukarni Ziemi Kaliskiej, której właścicielem był bardzo nam życzliwy pan Antoni Krawczyk.

      A oto zespół redakcyjny "Sztubaka". Duszą naszego zespołu był Jurek Koźmiński, pierwszy redaktor naczelny pisma. Uzdolniony poeta a zarazem praktycznie myślący organizator potrafił załatwić fundusze na wydawanie pisma, pochodzące w większości z opłat za druk ogłoszeń reklamowych różnych prywatnych firm. Oczywiście firmy te traktowały ogłoszenie w szkolnej gazetce bardziej jako filantropię niż reklamę, ale chętnie korzystały z naszych łamów zwłaszcza wówczas, gdy syn właściciela firmy był uczniem naszego gimnazjum. Niewielką część wpływów stanowiły także opłaty za pojedyncze egzemplarze "Sztubaka", gdyż prenumeraty nie prowadziliśmy. Nakład pisma wynosił tysiąc egzemplarzy. Jurek Koźmiński aż do matury był szefem redakcji, potem ukończył studia medyczne i jako lekarz wojskowy poległ w kampanii wrześniowej 1939 roku.

redakcja.jpg (29693 bytes)      Byłem drugim z kolei redaktorem naczelnym "Sztubaka", a po mnie stanowisko to objął Józef Garliński, dziś znany pisarz emigracyjny, autor wielu książek na temat II wojny światowej. Blisko związany z redakcją był również Oleś Braude, nasz prymus klasowy i zarazem uzdolniony poeta, który - tak samo jak Koźmiński - po maturze służbę muzom zamienił na służbę Eskulapowi. Po wojnie pracował jako lekarz wojskowy, a potem słuch o nim zaginął. W jego mieszkaniu przy alei Józefiny 19 odbywaliśmy często posiedzenia redakcyjne, podczas których nasz gospodarz potrafił stworzyć niezwykle miłą i niezapomnianą atmosferę. Największym choć nie spełnionym do końca talentem poetyckim był wśród nas mój klasowy kolega Manas Kott, którego rewolucyjne wiersze przyprawiały czytelnika o dreszcze ("Wiadomo w kazarmach przechowuje się mięso dla armat..." albo "Pan prezes w szezlongu hawańskie pali i pyta, jak idzie praca..."). Po wojnie wszelki ślad po nim zaginął, przypuszczam więc, że nie przeżył tych tragicznych lat (był z pochodzenia Żydem).

      Do czołówki prozaików "Sztubaka" należał oczywiście Stefan Otwinowski, który już wtedy zdradzał niepospolity talent pisarski i jak wiadomo - jeszcze przed wojną został laureatem Nagrody Literackiej m. Kalisza za swój debiut powieściowy "Życie trwa cztery dni". Po wojnie osiadł w Krakowie, gdzie aż do śmierci w roku 1976 pełnił funkcję prezesa krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich, był także aktywnym członkiem zespołu redakcyjnego "Życia Literackiego".

      W prozie na łamach naszego czasopisma wyżywali się też Józef Garliński, Janusz Zieleniewski i Stanisław Piątkowski, dzisiejszy profesor ortopedii lubelskiej Akademii Medycznej. Wspaniałe, dowcipne, pełne wdzięku i finezji felietony, zatytułowane "Przez czarne okulary" pisywał regularnie Janek Werner, późniejszy dziennikarz i publicysta do dziś działający w Warszawie. Chodził on istotnie w czarnych okularach, a jego felietony ozdabiała piękna winieta przedstawiająca takie właśnie okulary, w których przeglądały się litery tytułu felietonu. Autorem tej winiety był Maryś Sulikowski, uczeń Gimnazjum T. Kościuszki, a później znany architekt warszawski. Pięknymi wierszami debiutował również na łamach "Sztubaka" pod pseudonimem "Ewar" Edward Fiszer, nieżyjący już poeta, autor wielu popularnych piosenek i słuchowisk radiowych. W skład redakcji wchodzili takie Tomasz Brudnicki i Andrzej Winczakiewicz, późniejszy profesor chemii Politechniki Łódzkiej.

      Jako próbę naszej ówczesnej twórczości literackiej pozwolę sobie zacytować jeden z moich wierszyków, drukowanych w "Sztubaku":

Lubię romańskich łuków mroczne półksiężyce
i bizantyjskich kopuł ociężałość dumną.
Lubię oczyma ścigać gotyckie wieżyce
I renesansowym urok kraść kolumnom...
Lubię też barokowe aniołki pobożne
I chimer marmurowych mistrzowskie grymasy,
Lecz nade wszystko lubię krzyżyki przydrożne,
Wpatrzone w zachód słońca, kiedy płoną lasy...

      Dużo miejsca w "Sztubaku" zajmowały polemiki z konkurencyjnym pismem szkolnym Gimnazjum Kościuszki "Świt". Przyznać muszę, że poziom "Świtu" był wysoki. Jego piękną winietową okładkę wykonał Tadeusz Kulisiewicz, wówczas uczeń tej szkoły. Na łamach "Switu" pisywał wówczas (pod pseudonimem Juliusz Wolden) Włodzimierz Pietrzak, późniejszy znakomity pisarz, eseista i krytyk, który zginął w powstaniu warszawskim. Jego imię nosi dziś nagroda literacka przyznawana przez stowarzyszenie "PAX". "Świt" był poza tym pismem dużo starszym z tradycjami, podczas gdy "Sztubak" był tworem zupełnie młodym; choć kontynuował tradycje "Pochodni", w latach dwudziestych wydawanej przez "asnykowców".

      Gdy byłem już na studiach, w roku 1933 nastąpiło połączenie obu pism i powstało jedno wspólne o zwiększonej objętości, formacie i nakładzie międzyszkolne czasopismo "Czyn i Słowo". Było to mądre posunięcie. Kiedy ta wiadomość dotarła do mnie do Poznania, sprawiła mi prawdziwą radość.

      Maturę zdawałem w roku 1933. Na egzaminie z języka polskiego pisałem wypracowanie na temat: Mój stosunek do "Wesela" Wyspiańskiego. Opisałem w nim nasze próby i przedstawienie "Wesela". Próbowałem określić, jak pojmuję tę naszą narodową wadę "wiecznej niemożności", usymbolizowanej w tańcu chochoła, którego właśnie grałem w naszym szkolnym spektaklu. Otrzymałem notę celującą. I to był mój "glejt" na dalszą życiową drogę po opuszczeniu mego kochanego gimnazjum w Kaliszu.