PIERWSZE KROKI

 Rozdział II

Szkółka pani Kaupowicz

      W latach dwudziestych naszego wieku powszechnie panował pogląd, że naukę należy rozpoczynać w wieku 7 lat. Nie przypominam sobie ani jednego przypadku, aby jakieś dziecko szło do szkoły wcześniej - tak, jak to się zdarza obecnie. W Kaliszu było wówczas kilka 7-klasowych szkół podstawowych, które nazywano szkołami powszechnymi lub po prostu "powszechniakami". Większość młodzieży poprzestawała na ukończeniu - jak się wtedy mówiło "siedmiu oddziałów", a potem wybierała sobie jakiś konkretny zawód, idąc "w termin" do majstra lub też do fabryki. Ci nieliczni, którzy pragnęli kształcić się dalej, opuszczali zwykle szkołę powszechną już po trzech latach i zdawali egzamin do pierwszej klasy gimnazjum. Choć zdarzało się również, że zdolny uczeń po ukończeniu szkoły powszechnej zdawał egzamin od razu do czwartej klasy gimnazjum. Jakkolwiek obowiązywał przymus szkolny, nie był on rygorystycznie przestrzegany. Analfabetyzm był więc zjawiskiem dość rozpowszechnionym, a na mojej ulicy Lipowej chyba z połowa mieszkańców nie umiała czytać i pisać.

      Nauka w "powszechniakach" była bezpłatna, ale poziom jej nie był najwyższy, a uczniowie rekrutowali się z najgorszych środowisk. Wielu nawet prostych ludzi, którzy z góry zakładali dalsze kształcenie swych dzieci w szkole średniej, obawiało się posyłać je do szkół powszechnych. Stąd też istniała dobra koniunktura dla szkół prywatnych, gdzie jednak za naukę trzeba było płacić. Wszystkie prywatne szkółki miały charakter mniej lub bardziej ekskluzywny. Do najdroższych należały szkoła Otrembskiej, Szoltzowej i Kolabińskiej. Stosunkowo najtańsza była szkółka Kaupowiczówny, która nie miała opinii aż tak bardzo ekskluzywnej. Do tej szkoły zapisali moi rodzice najpierw mego starszego brata, a później mnie. Natomiast siostra uczyła się najpierw w szkole przeznaczonej wyłącznie dla dziewcząt, którą założyły SS. Nazaretanki w klasztorze opuszczonym przez 00. Reformatów; po dwóch latach rodzice przenieśli ją do pierwszej klasy Gimnazjum im. Anny Jagiellonki.

      Po raz pierwszy poszedłem do szkoły, gdy miałem dokładnie 6 lat i 8 miesięcy - a było to w roku 1920. Szkoła pani Kaupowicz mieściła się w jej prywatnym mieszkaniu przy placu Konstytucji (dziś część placu Kilińskiego), na rogu ulicy Parkowej, tuż obok gmachu Kaliskiego Towarzystwa Muzycznego (obecnie Państwowej Szkoły Muzycznej). Dom ten stoi do dziś, ale został nadbudowany. Wówczas był to tylko budynek jednopiętrowy i właśnie na piętrze mieściła się moja szkoła. Pani Julia Kaupowicz prowadziła szkółkę wespół ze swą siostrą Anielą. Obie panie żyły niezamężne, ale ze względu na ich zaawansowany wiek i dostojną postawę nikt nie śmiał mówić o nich Kaupowiczówny. Mówiło się więc po prostu: szkoła pani Kaupowicz.

      Pani Julia, która rządziła całą szkołą, była wspaniałą kobietą, jakie dziś można oglądać tylko na starych fotografiach. Twarz miała jakby wyrzeźbioną, z orlim nosem i surowymi stalowymi oczami. Bardzo obfite włosy zaczesywała pod górę, a na wierzchołku głowy upinała duży kok. Zwykle ubrana była w haftowaną bluzkę i długą do ziemi spódnicę, spod której wystawały jedynie czubki wyglansowanych pantofelków. Spódnica miała kilka zakładek, zawsze starannie przyprasowanych. Na szyi pani Julia nosiła czarną lub ciemnobrązową aksamitkę, ozdobioną piękną broszką z pereł, a na piersi wspaniały koronkowy żabot. Z szyi spływał też dekoracyjnie długi złoty łańcuszek, na końcu którego umocowany był zegarek, ukryty gdzieś za paskiem spódnicy, ściągniętej w pasie do granic możliwości. Pani Julia prowadząc lekcję od czasu do czasu wydobywała zegarek, aby sprawdzić, czy już czas zrobić przerwę. Gdy w latach późniejszych rozczytywałem się w Prusie, tak właśnie wyobrażałem sobie panią Latter.

      Młodsza siostra Aniela różniła się od bardzo surowej i dostojnej Julii. Była niższa, drobniejsza, miała znacznie mniej obfite włosy, ale również upinała je w maleńki koczek. Różniła się od swej siostry także charakterem; była cicha, łagodna i skromna. Zajmowała się raczej gospodarstwem domowym, ale bardzo często spełniała pomocnicze funkcje w nauczaniu. W latach późniejszych, gdy szkółka rozwinęła się i przybyło więcej uczniów, pani Aniela objęła prowadzenie drugiej równoległej klasy. Władzę sprawowała jednak zawsze pani Julia.

      Do mieszkania pań Kaupowicz wchodziło się przez mały przedpokój, gdzie zwykle zostawialiśmy swoje palta i czapki. Dalej był obszerny jasny salon, w którym uczyła pani Julia. Z tego pokoju długi ciemny korytarz prowadził do drugiego pomieszczenia, w którym obie panie mieszkały. Za nim była już tylko kuchnia, z której drzwi wychodziły na kuchenną klatkę schodową. Gdy pani Aniela rozpoczęła naukę z drugą grupą dzieci, prowadziła zajęcia właśnie w tym drugim pokoju na końcu korytarza.

      Nauka odbywała się koedukacyjnie., co zresztą miało dostarczyć mi sporo głębokich przeżyć, ale o tym nieco później. W roku szkolnym 1920/21 cała szkoła składała się zaledwie z 10 dziewczynek i chłopców, którzy zasiadali razem przy wielkim owalnym stole. Na honorowym miejscu siedziała oczywiście pani Julia. Pisać uczyliśmy się przy pomocy rysików na poliniowanych węglowych tabliczkach, oprawionych w drewniane ramki. Do zmazywania pisma z tabliczek używało się zwilżonej łapki zajęczej lub króliczej. Książki (słynny elementarz Falskiego) i inne przybory szkolne nosiło się obowiązkowo w tornistrze, który wówczas jeszcze z rosyjska nazywało się "rańcem".

Moja codzienna wędrówka przez miasto

      Moja droga do szkoły była dość daleka. Aby dostać się z ulicy Lipowej na plac Kilińskiego, musiałem przemierzyć prawie całe miasto, które wówczas leżało w gruzach. Te gruzy dla nas - młodzieży szkolnej - były wspaniałym miejscem do zabaw (najczęściej w "strażników i złodziei") i świetną kryjówką przed dorosłymi, gdy popełniało się jakieś drobne przestępstwa. Ileż razy idąc na przykład ulicą Warszawską, słyszałem od któregoś z kolegów: "Choć w gruzy na papierosa!" Palenie papierosów było bowiem w tych czasach ostro zabronione i ścigane przez wychowawców. W gruzy też chodzili prawie wszyscy dla załatwienia swych potrzeb fizjologicznych, gdyż w mieście nie było ani jednego publicznego szaletu. Z czasem gruzy powoli porastały trawą i krzakami, a także pokrywały się coraz większą warstwą fekaliów. Chodziło się więc tylko po wydeptanych ścieżkach.

      W tym czasie nie zdawałem sobie zupełnie sprawy, że chodzę po zabytkowych murach, pamiętających wieki średnie. Gdy dziś sięgnę pamięcią, przypominam sobie jeszcze gdzieniegdzie zachowane piękne sklepione sienie i noszące ślady niezwykłej urody podwórkowe krużganki. Burząc miasto w sierpniu 1914 roku, Niemcy najbardziej systematycznie palili i niszczyli właśnie starą część miasta - rynek z przyległymi ulicami. W gruzach legły więc bezcenne zabytki.

      Przyznać jednak trzeba, że odbudowa miasta ruszyła bardzo szybko i przybrała tempo, jakie porównać można chyba tylko z odbudową warszawskiej Starówki po II wojnie. Już w roku 1920 wzdłuż głównej arterii komunikacyjnej miasta - od ulicy Warszawskiej do Rogatki Wrocławskiej, a nawet dalej - ułożono przy krawężniku szyny kolejki wąskotorowej, po której kursowały wagoniki (zwane przez nas "lorkami"), popychane ręcznie przez robotników. Wagonikami tymi wywożono gruz z centrum miasta. Pamiętam, że robotnicy obsługujący te wagoniki używali w charakterze hamulców kłód drewnianych, które rzucali pod koła, gdy wagoniki toczyły się zbyt szybko z górki. Sami też wskakiwali często na podwozia i urządzali sobie przejażdżki, korzystając z naturalnego napędu.

      Dziś z perspektywy lat oceniam odbudowę miasta bardzo pozytywnie. Przede wszystkim dlatego, że nowe domy wznoszono na starych fundamentach, wykorzystując przy tym także fragmenty zachowanych starych murów. Dzięki temu miasto nie straciło swej najcenniejszej wartości- średniowiecznego układu urbanistycznego. Tempo budowy - jak już wspomniałem - było bardzo szybkie. Z dnia na dzień wzrastała liczba przedsiębiorstw budowlanych, a wśród nich dwa były na miarę rekinów przemysłowych: Tworka i Kicala. W tym czasie ponad połowa ludności Kalisza zajmowała się rzemiosłami budowlanymi. Rosły zastępy prawdziwych mistrzów murarskich, ciesielskich, blacharskich... Bardzo poszukiwani byli strycharze, ponieważ dachy kryto wyłącznie czerwoną dachówką. Dzięki temu ta część Kalisza ma dziś dla nas tyle uroku. Myślę że właśnie w tamtych latach należy szukać korzeni późniejszych sukcesów Kaliskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego, prowadzonego przez mego rówieśnika, sąsiada z ulicy Lipowej i klasowego kolegę, inż. Henryka Kinastowskiego. To przecież kaliszanie odbudowali po II wojnie Starówkę warszawską, Zamek Królewski, a także zbudowali całe Nowe Tychy na Śląsku.

      Wychodząc z domu codziennie rano do szkoły, miałem do wyboru dwie trasy: albo głównym traktem przez rogatkę i śródmieście, albo przez ulicę Łączną i Czaszkowską obok "złotych dachów", dalej Most Rypinkowski (mostu przy ul. Bankowej jeszcze nie było), przez tzw. "borek-lasek" (dziś cmentarz żołnierzy radzieckich) i stary park obok baszty "Dorotki" - i już byłem w szkole. Którą drogę wybierałem? Przeważnie było tak, że do szkoły chodziłem przez miasto, a wracałem ze szkoły przez park lub też inną jeszcze bardziej okrężną trasą zwykle razem z moim kolegą Jurkiem Rędziejowskim, który mieszkał na ulicy Częstochowskiej.

      Przechodząc przez plac św. Józefa obok pomnika (obelisk wzniesiony dla uczczenia spotkań cesarza Wszechrosji z królem pruskim), zatrzymywaliśmy się zwykle przy wylocie ulicy Mariańskiej (dziś Rapackiego) przed domem Sztarka, gdzie znajdowała się studnia, słynąca z najlepszej wody w mieście. Piliśmy tę wodę, nabierając ją w czapki. Po latach, kiedy czytałem "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej, dowiedziałem się, że wodę tę także bardzo ceniła sobie do parzenia herbaty pani Barbara Niechcicowa ("...jak już kupić dom w Kalińcu, to tylko przy pomniku...").

      Często też wracając ze szkoły przystawaliśmy przy cerkwi. Ten monumentalny sobór prawosławny wybudowały władze carskie aby nadać miastu bardziej rosyjski charakter. Wzniesiono go więc w najbardziej reprezentacyjnym punkcie miasta, tuż obok pałacu gubernatora (mniej więcej w tym miejscu, gdzie dziś stoi dom towarowy). Tędy wjeżdżało się do miasta od strony Warszawy drogą bitą w czasach, gdy Kalisz jeszcze nie posiadał kolei żelaznej. Sobór zwieńczony był pięcioma bizantyjskimi kopułami, z których najwyższa wznosiła się nad głównym wejściem do świątyni. Do wejścia prowadziły monumentalne kamienne schody. Przy schodach rosły piękne jałowce i drzewka dzikiego bzu. Siadaliśmy sobie tutaj często i graliśmy w kamyki, w trojaki lub w noża. Cerkiew była już wtedy nieczynna, drzwi były stale zamknięte, więc na wielkich schodach było sporo miejsca do zabawy. Niewysoko nad ziemią - akurat na wysokości naszych dziecięcych oczu - znajdowały się okna do podziemi, chronione pięknymi kutymi w żelazie kratami. W roku 1923 rozeszła się wieść po mieście, że w lochach cerkwi straszy "biała dama". Przez całe dnie gromadziły się pod oknami grupy ludzi i zaglądały do piwnic, a niektóre kobiety obdarzone zbyt bujną wyobraźnią przysięgały, że widzą jakąś wysoką białą postać. O zmroku jednak nikt nie śmiał zbliżyć się do okien, aby nie narazić się - jak mówiono - na wciągnięcie do lochów. W roku 1925 cerkiew rozebrano i "biała dama" została zmuszona do poszukania sobie innego locum. Z materiałów rozbiórkowych wybudowano małą cerkiewkę przy ulicy Niecałej naprzeciwko baszty "Dorotki".

      Baszta ta, owiana legendą o pięknej starościance i ubogim szewczyku, jedyna ocalała z kilku średniowiecznych budowli obronnych miasta - w tamtych czasach była otoczona parterowymi i piętrowymi domami, ponad które wystawał tylko jej szczyt. W takim stanie rysował ją po raz pierwszy Tadeusz Kulisiewicz. W całej okazałości można było oglądać ją tylko od strony dzwonnicy kościoła św. Józefa. Dopiero Niemcy w czasie okupacji rozebrali te wszystkie domki i odsłonili basztę wraz z murem obronnym. Zasypali też kanał "Babinkę", który zaczynał się w pobliżu teatru, przecinał park obok ruin parkowych, budynku Hydropatii i baszty "Dorotki" plac Kilińskiego; dalej płynął wzdłuż ulicy Babinej i Nadwodnej (dziś Nowotki), obok jatek miejskich i wpadał do głównego koryta Prosny na wprost tzw. "domu pod aniołami" (dziś w tym miejscu znajdują się planty). W moich czasach "Babinka" była właściwie cuchnącym bajorem, w którym szczególnie przy jatkach miejskich roiło się od szczurów. Dawniej kanał ów musiał pełnić funkcje obronne, biegł bowiem dokładnie wzdłuż linii murów miejskich, których szczątki zachowały się do dziś. Mury obronne - jak wiadomo - zaczęli rozbierać w Kaliszu Prusacy na początku XIX wieku. W czasie gdy chodziłem do szkoły, było jednak jeszcze sporo tych szczątków. Władze miejskie nie miały jakoś wówczas sentymentu do takich zabytków, starały się przede wszystkim odbudować i odgruzować miasto, w ferworze porządków usuwając także szczątki średniowiecznych murów. I tak rozebrano po I wojnie m. in. 50-metrowy fragment muru przy zbiegu ulic Nadwodnej i Narutowicza (dziś jest tam mały trawnik). Mógłbym jeszcze dziś wskazać wiele takich miejsc, gdzie pod ziemią tkwią nadal całe nienaruszone fundamenty dawnych fortyfikacji o kazimierzowskim rodowodzie.

      Wracając do domu ulicą Kolegialną i Sukienniczą, zatrzymywaliśmy się czasem przy Moście Trybunalskim i zdjąwszy buty urządzaliśmy wyścigi na bosaka po przęsłach mostu. Żeliwne nity na przęsłach były od tych zawodów wyglansowane do białości. Pewnego razu te nasze zabawy zakończyły się dla mnie fatalnie. Gdy przebiegnąwszy na drugą stronę mostu wróciłem po buty, już ich nie znalazłem. Zostały skradzione przez jakiegoś łobuziaka. Do domu wróciłem boso, a to co usłyszałem od rodziców, pozwolę sobie tutaj przemilczeć.

Teatr im W. Bogusławskiego dziś.      Wracając ze szkoły aleją Józefiny, mijaliśmy po drodze piękny lecz pusty budynek teatru. Został on bardzo szybko wybudowany w pierwszych latach po wojnie na miejscu spalonego przez Prusaków w 1914 roku secesyjnego gmachu, ale niestety zabrakło środków na wykończenie wnętrz. Przez wiele lat teatr stał pusty i martwy, okna i drzwi miał zabite deskami. Dopiero w latach trzydziestych wnętrza zostały wykończone. Teatr otwarto uroczyście w roku 1936, nadając mu jednocześnie imię Wojciecha Bogusławskiego.

      Latem, gdy pogoda była piękna, zatrzymywaliśmy się także nad rzeką przy Moście Rypinkowskim i brodziliśmy z upodobaniem w przybrzeżnym sitowiu, podglądając niebieskie, granatowe i zielonozłote ważki. Gdzie by kto teraz znalazł w tym miejscu sitowie, albo wypatrzył choć jedną ważkę?

      Tak więc moja droga ze szkoły była zawsze bardzo urozmaicona. Szło się długo i przychodziło do domu nieraz wieczorem narażając się oczywiście na rodzicielskie wymówki. Do szkoły natomiast trzeba było iść szybko bez przystanków, bo nie wolno było się spóźniać. Za każde spóźnienie pani Julia stawiała na 30 minut w kącie z twarzą do ściany, a następnie wpisywała uwagę do dzienniczka, co znów wywoływało w domu dalsze konsekwencje. Czasem można było zarobić w szkole także tzw. "łapę" czyli oberwać od pani Julii kilka uderzeń linijką po wewnętrznej stronie dłoni.

Dziecięce fascynacje i zabawy

      Przy pomocy wspaniałego elementarza Falskiego, tabliczki i rysika pani Julia szybko wprowadziła nas w zaczarowany świat liter. Wielkie to było dla mnie przeżycie, gdy po raz pierwszy przeczytałem samodzielnie jeden wyraz. Szedłem właśnie ze szkoły i przystanąłem w rynku, usiłując odczytać wielkie litery na zielonym szyldzie. I przeczytałem: OPTYK. Nie znałem takiego słowa. Więc pomyślałem, że to pewnie przez pomyłkę namalowano O zamiast A, Y zamiast E, a ostatnia litera A pewnie się starła lub zmył ją deszcz. Jakaż była moja radość, gdy po powrocie do domu ojciec zapewnił mnie, że szyld odczytałem prawidłowo i wyjaśnił mi znaczenie tego dziwnego wyrazu. Od tego czasu stale gapiłem się na szyldy i kolejno odczytywałem je z coraz większą biegłością. Stąd też do dzisiaj pamiętam wszystkie firmy handlowe w Kaliszu w tych czasach, mógłbym też z pamięci odtworzyć niemal pełne listy członków stowarzyszeń kupców i rzemieślników w tamtych czasach.

      Wkrótce potem zagłębiłem się w papierowe stronice pokryte czarnymi znaczkami, dotychczas dla mnie niezrozumiałymi, które teraz odkrywały przede mną nowe nieznane światy. Ukochałem książki i od tamtych lat pozostałem im wierny na całe życie. Zaczął się dla mnie cudowny świat Andersena, Grimmów, Kiplinga, Amicisa, Molnara, Karola Maya... Świat Makuszyńskiego, Sienkiewicza, Żeromskiego... i wreszcie odkrycie wielkich romantyków... I inne wspaniałe objawienia, aż po czarodziejów spod znaku "Skamandra". Wszystko to przeżyłem w moim ukochanym mieście, w cudownym parku kaliskim. Wiosną i latem specjalnie wstawałem godzinę wcześniej, aby przed lekcjami usiąść na chwilę z książką na ławeczce lub pospacerować w cudownej ciszy, zmąconej jedynie śpiewem ptaków i szumem drzew.

      Od Andersena, sakramentalnego prezentu gwiazdkowego chyba wszystkich rodziców dla wszystkich dzieci, zaczęły się także moje fascynacje nieco innej natury. Rozkochany w zaklętej królewnie, rozglądałem się pilnie wokół siebie, szukając jej rzeczywistego odpowiednika czy pierwowzoru. I oczywiście znalazłem natychmiast. Przy wielkim stole, przy którym pani Julia prowadziła lekcje, siedziało dokładnie naprzeciwko mnie złotowłose cudo z wielkimi niebieskimi oczyma. Złote loki wiły się w połyskujących pierścieniach wokół okrągłej rumianej buzi, równiutkie białe ząbki błyskały w uśmiechu obok czarujących dołków na policzkach, a w wielkich oczach odbijało się całe niebo. Wszystko było więc jak trzeba, jakby na zamówienie. I tak mała Miecia K. została moją królewną z bajki. Miałem wtedy niewiele ponad 8 lat i swojej tajemnicy strzegłem jak największego skarbu. W czasie lekcji wpatrywałem się w niebieskie oczy, na przerwie starałem się być jak najbliżej mojej królewny, a gdy tylko miałem okazję, nie omieszkałem pociągnąć ją za złoty warkoczyk albo rozwiązać jej kokardę z tyłu fartuszka. Nie przypuszczałem, że moja skryta sympatia do Mieci K. może zakończyć się epizodem, który w moich dziecięcych odczuciach urósł do rangi prawdziwej tragedii.

      Otóż kiedyś w czasie przerwy w lekcjach, gdy już wszystkie dzieci wybiegły na podwórko, tylko ja i Miecia pozostaliśmy chwilę dłużej w pokoju. Kiedy wychodziliśmy długim ciemnym korytarzem do kuchni, skąd było najbliżej na podwórko. Miecia idąca przodem potknęła się po ciemku o jakiś tornister. Rozpędzony wpadłem na nią i razem przewróciliśmy się na podłogę. Na ustach poczułem złote kędziory, na chwilę przytuliłem twarz do jej głowy. Wtedy nadeszła pani Julia. Nie umiem opisać jej wściekłości, słów zgorszenia, jakie wyrzucała z siebie. W moim dzienniczku tego dnia wpisała prośbę o przybycie rodziców do szkoły. Naturalnie nie pokazałem w domu tego dzienniczka.

      Epilog tego pamiętnego dla mnie wydarzenia rozegrał się wkrótce podczas procesji Bożego Ciała, która szła - jak zawsze tradycyjną trasą - z kolegiaty ulicą Mariańską, wokół Starego Rynku, ulicą Warszawską i z powrotem do kościoła. Stałem z mamą w tłumie obserwujących procesję. Jak wszystkie dzieci ustawiono mnie na przedzie, abym mógł wszystko dobrze widzieć. I nagle zjawiła się pani Julia. Usłyszałem raptem z tyłu nad głową straszną rozmowę dwóch pań na temat moich "wyczynów erotycznych". Mama zdenerwowała się bardzo, wysłuchując między jedną a drugą ewangelią takich strasznych opinii o swoim dziecku. Wracaliśmy do domu w milczeniu, odkładając rozprawę na później. Na szczęście ojciec okazał się bardziej tolerancyjny. Po wysłuchaniu sprawozdania mamy śmiał się do rozpuku. Wymknęło mu się też kilka uwag pod adresem starych zasuszonych panien. Na koniec stwierdził, że "niedaleko pada jabłko od jabłoni" i ostentacyjnie uściskał i ucałował mamę. Do Mieci wzdychałem jeszcze przez rok - do czasu, gdy nasze szkolne drogi rozeszły się: ja poszedłem do Gimnazjum im. A. Asnyka, ona do Gimnazjum im. A. Jagiellonki. Gdy spotkałem ją po kilku latach na szkolnym kiermaszu, nie mogłem w ogóle zrozumieć mej dziecięcej fascynacji.

      W tych latach, gdy przedpołudnia upływały mi w szkole pani Kaupowicz, popołudnie spędzałem często u dziadków na terenie fabryki fortepianów Fibigera. Można tu było organizować wspaniałe zabawy - takie, jak opisał Ferenc Molnar w swej powieści "Chłopcy z placu broni". Plac za ogrodem, wielkie składowisko drewna, surowca niezbędnego do produkcji, suszącego się pod prowizorycznymi daszkami - jakże przypominał tamten "plac broni". Wnuk założyciela fabryki, Gucio bawił się razem z nami i także należał do naszego wojska, uzbrojonego w karabiny, szable i bagnety, misternie wystrugane z drewna przez mojego dziadka. Wspaniałe były pojedynki pana Michała Wołodyjowskiego z Bohunem czy Kmicicem na drewniane szable.

      W tych nieustannych bojach bywali i ranni. A to w pojedynku przeciwnik skaleczył rękę, a to wystająca z desek drzazga skaleczyła nogę w czasie wspinaczki na kilkupiętrowe nieraz sągi desek. Do dzisiaj noszę blizny-pamiątki tych kampanii. Armia nasza musiała więc mieć swoją służbę zdrowia. Działały w niej nasze dzielne sanitariuszki: mija siostra Marysia, kuzynka Urszula i Ila Fibigerówna (ta sama, która u schyłku II wojny została rozstrzelana przez hitlerowców za działalność w polskim ruchu oporu). Zbudowaliśmy im z desek szałas, w którym przechowywały materiały opatrunkowe i całą aptekę niepotrzebnych w gruncie rzeczy leków, przyniesionych ukradkiem z domów. Dziewczęta były bardzo przejęte swoją rolą i bardzo niezadowolone, gdy nie było powodu do robienia opatrunków.

      Do naszych ulubionych zabaw na fibigerowym podwórku należało także serso, vocatur (piłka do dołka); a jeśli Gucio przyniósł z domu bramki, drewniane kule i młotki, godzinami graliśmy w krokieta. Te wspaniałe zabawy na "placu broni" trwały aż do roku 1925, kiedy to zmarł mój dziadek, a babcia przeniosła się do zaofiarowanego jej przez Fibigerów mieszkania przy alei Józefiny 21. Otrzymała tam w dzierżawę duży ogród owocowy, położony na tyłach tej kamienicy i sięgający aż do kanału Rypinkowskiego. Od tego czasu zaczął się dla nas okres równie wspaniałych zabaw w tym ogrodzie. Dziś wspominam tamte Lata cudownych zabaw jako jedyny i niepowtarzalny okres życia, w którym radość dominowała zawsze nad malutkimi dziecięcymi smuteczkami.

      Dzieciństwo moje poprzez osobę dziadka było - zupełnie przypadkowo - związane z firmą "Arnold Fibiger". Dla ścisłości muszę dodać, że nie tylko ta fabryka budowała w Kaliszu fortepiany. Przed I wojną światową a także w okresie międzywojennym Kalisz był prawdziwą stolicą fortepianów. Bratankowie Arnolda, Karol i Aleksander (ich ojciec Karol był właścicielem cukierni przy ul. Warszawskiej, którą po I wojnie sprzedał Schaubowi i Kozłowskiemu), mistrzowie budowy fortepianów, wyszkoleni w Austrii i Szwajcarii, już w roku 1899 założyli w Kaliszu przy ulicy Babinej mały warsztat produkujący pianina. Znany był on pod nazwą "Apollo", a obu braci zwano "Apollistami". Z biegiem lat produkcja rozwinęła się i warsztat przeniesiono do budynku u zbiegu ulic Polnej i Górnośląskiej, gdzie rozwinięto już produkcję na skalę przemysłową pod firmą "Parowa Fabryka Fortepianów i Pianin b-ci K. i A. Fibiger". Niewielka ta fabryczka produkowała instrumenty wcale nie gorsze niż "Arnold", czego dowodem nagroda, jaką otrzymała na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w roku 1929. Ponieważ obie kaliskie firmy nosiły to samo nazwisko, dla orientacji przyjezdnych na wielkich szczytowych ścianach domów przy Górnośląskiej wymalowano gigantycznych rozmiarów reklamy obu fabryk (dzieło malarzy Ciesielskiego i Asta), podając także ich odrębne adresy.

      Obok Fibigerów działały także w Kaliszu już pod koniec XIX wieku jeszcze dwie inne znane fabryki tych instrumentów: Sommerfelda i Bettinga. Pierwsza z czasem przeniosła się do Bydgoszczy, druga - do Leszna. Obie egzystowały aż do wybuchu II wojny. Budynek po fabryce Bettinga, dwupiętrowy, zbudowany z czerwonej cegły, stoi do dziś u zbiegu ulic Dobrzeckiej i Granicznej. Z czterech renomowanych fabryk pozostała do dzisiaj tylko jedna "Calisia" (dawny "Arnold Fibiger"), która stała się niemal symbolem miasta. Dziś gdy w telewizji zaczyna się reportaż z Kalisza, bardzo często rozlegają się też dźwięki fortepianu i na ekranie ukazują się hale fabryczne "Calisii". A w moim sercu odzywa się wtedy jakaś głęboko ukryta serdeczna struna, dźwięczy dawno przebrzmiałym, ale ciągle mi bliskim rezonansem. Fortepian, jeden z najwspanialszych instrumentów muzycznych, symbol geniuszu Chopina - dla mnie stał się także nieodłącznym atrybutem mego rodzinnego miasta.

Gmach Liceum im. Adama Asnyka.      W roku 1923 nastąpiło ważne dla mnie wydarzenie, które wycisnęło piętno na całym moim przyszłym życiu, zapoczątkowało moje najbujniejsze lata. Było to pierwsze spotkanie z moją ukochaną szkołą, która ukształtowała mój charakter, zdecydowała o tym, kim jestem dziś. W roku 1923 zostałem uczniem Gimnazjum im. Adama Asnyka - szkoły, z której zawsze byłem dumny i będę do końca mych dni.