Z DYMEM POŻARÓW

 W cieniu fabryki fortepianów

      Dzieciństwo moje zaczęło się w małej izdebce na pierwszym piętrze w prawej oficynie domu przy ulicy Kopernika 7. Tam ujrzałem światło dnia.

Dom rodzinny autora przy ul. Kopernika 7 we wrześniu 1999 r.      W sierpniu 1914 roku, gdy pierwsze oddziały pruskie majora Preuskera przekroczyły granicę rosyjską, która przebiegała wówczas kilka kilometrów od Kalisza i weszły do miasta od strony Szczypiorna miałem zaledwie pół roku. Mój ojciec, robotnik hafciarski w Fabryce Koronek Klockowych B-ci Nagórskich, w tym czasie walczył pod Modlinem w szeregach armii carskiej.

      Gdy ustawione na Kamiennym Moście kulomioty - jak wtedy nazywano karabiny maszynowe - siały śmierć na (nie istniejącym już dziś) drewnianym moście łączącym ulice Towarową i Ciasną, moja prawie 80-letnia prababka biegła właśnie tamtędy, niosąc mnie na ręku. Wielokrotnie potem opowiadała mi, jak to pociski sypały się jak groch na deski mostu. Przerażona wybuchem wojny, pozostawiona sama z trojgiem dzieci, matka moja zamknęła izdebkę przy ulicy Kopernika na kłódkę i uciekała pod opiekuńcze skrzydła swoich rodziców. Mieszkali oni wówczas w małym domku na terenie Fabryki Fortepianów i Pianin -Arnold Fibiger przy ulicy Szopena 9. Musieliśmy więc przedostać się przez ten drewniany most, nie było innej drogi.

      Dziadek był majstrem stolarskim w fabryce Fibigera. Cudowny był to człowiek, nosił srebrną patriarchalną brodę i przepięknie pachniał smolnym drewnem. A że kochał swoje wnuczęta bardzo, w wolnych chwilach wyczarowywał im z drewna a to żołnierzyków, a to wóz drabiniasty, a to domek z kominem, a to prawdziwe sanki, na których zimą zjeżdżało się z górki. Gdy już po wojnie w domu dziadka odbywały się niezapomniane wieczerze wigilijne całej rodziny, a groźny święty Mikołaj wymierzał rózgą całoroczny rachunek sumienia, wszystkie dziesięcioro wnucząt garnęło się do dziadka, próbując wdrapać mu się na kolana i przytulić do pachnącej żywicą srebrnej brody. Niestety udawało się to tylko dwójce najsprytniejszych, które w porę rezerwowały sobie miejsce na dziadziowych kolanach najbezpieczniejszym miejscu na świecie.

      Gdy tylko Niemcy przekroczyli granicę w Szczypiornie, Arnold Fibiger uciekł z rodziną do Warszawy. Choć z pochodzenia był Niemcem, czuł się jednak Polakiem i bał się represji za swe przekonania. Zamknął więc fabrykę, a klucz wręczył dziadkowi. Musiał darzyć swego majstra niemałym zaufaniem, skoro powierzył mu opiekę nad całym majątkiem. Trzeba przyznać, że syn i zarazem następca Arnolda, Gustaw Fibiger po powrocie do Kalisza w 1918 roku docenił rzetelność i uczciwość dziadka. Całe życie okazywał mu wdzięczność i szacunek, a po jego śmierci w roku 1925 ofiarował mojej babce bezpłatnie "w dożywocie" mieszkanie w swym domu przy alei Józefiny 21 (dziś al. Wolności).

Ponad stuletnia fabryka fortepianów, dziś nosząca nazwę "Calisia" dziś - we wrześniu 1999 r.      W sierpniu 1914 roku znalazłem się więc w domu dziadków na terenie fabryki Fibigera. Uroczy był to domek. Do wnętrza wchodziło się przez drewniani sionkę, prowadzącą najpierw do kuchni, a stamtąd do obszernego pokoju. Przed samym wejściem rosła stara grusza, nachylona przez czas i mniej więcej co drugi rok rodząca twarde, cierpkie owoce. Za domkiem był. mały ogródek przydzielony dziadkom, cały miłośnie nakryty konarami starej rozłożystej jabłoni, która rodziła smaczne papierówki. Pod jabłonią babcia uprawiała kilka grządek marchwi, pietruszki i kopru, a dziadek zrobił z desek stół i ławeczki, na których w pogodne dni starsi siadali na pogawędkę, a dzieci jadały podwieczorek. Dziadkowy ogródek otoczony był siatkowym parkanem. Dalej rozciągał się wielki, starannie wypielęgnowany sad należący do Fibigerów.

      Naprzeciwko naszego domu stał obszerny parterowy budynek, który nazywaliśmy "parówką". W jego wnętrzu pracowała bowiem maszyna parowa, która za pomocą pasa transmisyjnego przekazywała napęd na piły i inne maszyny, znajdujące się w gmachu fabryki. Z tej to przyczyny firma pyszniła się w szyldzie dumną nazwą "Parowa Fabryka Fortepianów i Pianin...", co w tych czasach stanowiło wielką reklamę. Z kolei z gmachu fabryki, z wszystkich jego pięter wychodziły na zewnątrz blaszane rury o znacznej średnicy, które odprowadzały zbędne trociny do wielkiego zbiornika w kształcie rotundy, wysokiego na dwa piętra. Gdy urządzenia te pracowały, z upodobaniem - podobnie jak i inne dzieci - przykładałem ucho do ściany zbiornika. słuchając odgłosów uderzeń trocin o blachę. Przypominało to do złudzenia szum kropel deszczu, tętniących po blaszanych rynnach.

Pałacyk Fibigerów dziś - we wrześniu 1999 r.      Przy samej ulicy Szopena usytuowany był mieszkalny pałacyk Fibigerów również z starannie wypielęgnowanym ogródkiem od frontu, fontanną i werandą. Budynek ten istnieje do dziś i chyba nadal mieszka sam Gustaw Fibiger, przedstawiciel trzeciego już pokolenia tej dynastii - mój towarzysz dziecięcych zabaw. W czasie pierwszej wojny w pałacyku zakwaterował się oficerski sztab niemiecki, a na pierwszym piętrze fabryki rozlokowano kompanię Reichswehry. Ponieważ u dziadka było za ciasno na tak liczną rodzinę, wkrótce i moja mama została zmuszona do czasowego ulokowania się z dziećmi w suterenie pałacyku, gdzie mieszkał dozorca Jan Wzgarda. Było tam zimno i wilgotno, najgorsze były jednak myszy i szczury, biegające po izbie w nocy, a czasem także we dnie. Bałem się ich okropnie. Patologiczny lęk szczególnie przed szczurami pozostał mi już na całe życie.

 rynek zniszczony w 1914 r. przez Prusaków.     Ta część dzielnicy żydowskiej, w której znajdowała się fabryka Fibigera, uniknęła tragicznego losu, jaki spotkał całe śródmieście zbombardowane i spalone przez żołdaków Preuskera.  Po barbarzyńskim zniszczeniu najpiękniejszej części miasta, po rozstrzelaniu ponad 50 zakładników, wybranych spośród znanych obywateli, co miało zapewne zastraszyć i sterroryzować wszystkich mieszkańców nastąpił pozorny spokój. Za to warunki bytowe ludności były wręcz tragiczne. Pierwsza wojna światowa tym właśnie różniła się od drugiej. Nie było wprawdzie łapanek, masowych aresztowań, obozów koncentracyjnych; nie funkcjonował najpotworniejszy mechanizm systemu faszystowskiego, gestapo i SS - ale panował przeraźliwy głód.

      Handel w mieście praktycznie nie istniał. Nie można było kupić takich podstawowych produktów żywnościowych, jak chleb, mąka, kasza, ziemniaki, a o mięsie nawet nie było co marzyć. Trzej bracia mojej mamy, wówczas młodzi chłopcy, urządzali kilkudniowe wyprawy do okolicznych wsi, aby zdobyć cokolwiek co nadawałoby się do jedzenia. Babunia wypiekała potem z kaszy, otrąb, kukurydzy czy ziemniaków przedziwne placki, które zastępowały nam chleb. Od czasu do czasu chłopcy przywozili też niewielkie ilości wykrystalizowanej melasy, żółtego cukru powszechnie zwanego "faryną". Myliśmy się mydłem produkowanym z gliny przez różnych kombinatorów, w rezultacie czego ciała mieliśmy podrapane do krwi ziarenkami piasku.

      Nie było też oczywiście zapałek i nafty, a Kalisz w tym czasie nie posiadał jeszcze oświetlenia elektrycznego. Tylko na ulicach i w nielicznych mieszkaniach było oświetlenie gazowe, ale gazownię Niemcy uruchomili dopiero w roku 1916. Zrekonstruowane dziś wokół starego rynku latarnie są dokładną kopią latarń gazowych. Jeszcze w latach dwudziestych obchodził śródmieście o zmierzchu brodaty latarnik. Nosił niewielką drabinkę, kijek z haczykiem do otwierania kurków gazowych i skórzaną torbę zawieszoną na ramieniu, w której nosił azbestowe "koszulki" do wymiany. W każdej latarni tlił się przez cały dzień maleńki płomyk, który dopiero po otwarciu kurka rozpalał lampę do białości. O świcie brodacz znów obchodził ulice i gasił latarnie. W parku latarnie gazowe przetrwały bodaj jeszcze do drugiej wojny.

      Nasze mieszkanie oświetlały tylko czasami topiące się w rękach łojówki, które chłopcy zdobywali sobie tylko znanymi sposobami. Migotliwe ich światełko rozjaśniało na krótko piwniczną izbę. Obowiązywała więc zasada, że życie toczy się tylko przy świetle dziennym. Od zmierzchu do świtu należało po prostu spać w wilgotnej pościeli przy niesamowitym koncercie goniących się szczurów i myszy. Nad nami mieszkali w komforcie pruscy oficerowie. Dwie kucharki gotowały im w kuchni wymyślne dania z prowiantów, które codziennie przywoził wojskowy wóz z płócienną plandeką, zaprzężony w parę ciężkich perszeronów. Dla kwaterującej w hali fabrycznej kompanii żołnierzy posiłki gotowano w kuchni polowej, ustawionej na podwórzu. Niektórzy oficerowie, spacerując po podwórzu, zagadywali nas, a nawet z przymilnym uśmiechem częstowali cukierkami. Była to straszliwa pokusa dla dziecka w tych latach głodu, ale nigdy jej nie ulegliśmy. Po prostu nasza mama, wychowana w ogromnej dumie narodowej, powiedziała nam, że niemieckie cukierki są zatrute i nie wolno ich spożywać. Więc choć "język uciekał nam do pięt" na widok tych kolorowych cudów, nigdy nie zdarzyło się, abyśmy przyjęli poczęstunek, co nieraz doprowadzało oficerów do wściekłości.

      W mej pamięci kilkuletniego dziecka ostały się niemieckie mundury "feldgrau", okrągłe polówki z trójkolorowymi okrągłymi znaczkami, charakterystyczne hełmy z wieżyczkami tzw. "pikielhauby" i taki obrazek z fabrycznego podwórka. Kompania żołnierzy w dwuszeregu, a przed nią wrzeszczący feldfebel. Żołnierze zdejmują mundury i bieliznę, składają "w kostkę" przed sobą i nakładają czyste, które podaje im z wozu jakiś gefrajter. Kiedy wraz z innymi dziećmi podchodzimy bliżej, aby pogapić się na żołnierzy, spostrzegamy nagle, że "kostki" bielizny poruszają się... Fenomen ten wyjaśnił nam spryciarz Franek, dziesięcioletni syn dozorcy, śmiejąc się przy tym ogromnie. Bielizna po prostu roiła się od wszy. Niemcy urządzali "odwszalnię" w łaźni publicznej przy ulicy Wodnej i tam właśnie wymaszerowała cała kompania, aby poddać się dezynsekcji.

      Jesienią 1916 roku mama otrzymała list od ojca. Ranny pod Modlinem dostał się do niewoli niemieckiej i przebywał w obozie gdzieś pod Gdańskiem. Wiadomość, że ojciec żyje była dla nas wielką radością. Wkrótce los okazał się jeszcze łaskawszy dla naszej rodziny. Nieoczekiwanie ojciec znalazł się w obozie jenieckim w Szczypiornie pod Kaliszem. Pewnego dnia mama biegała po pokoju jak szalona, wymachując niebieską kartką. Był to gryps od ojca. Niewiele myśląc, wzięła całą trójkę dzieci i pieszo pomaszerowała do Szczypiorna. Dla mnie była to wyprawa ponad siły, większość drogi mama niosła mnie na ręce lub na plecach. We wczesnych godzinach popołudniowych stanęliśmy pod drutami kolczastymi. Nie byliśmy sami. Zebrało się tam sporo ludzi, którzy pod okiem uzbrojonych żołnierzy niemieckich rozmawiali z jeńcami, podawali im żywność lub papierosy. Wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem ojca i to na dodatek w mundurze rosyjskiego artylerzysty. Przyznam się, że wówczas był to dla mnie zupełnie obcy człowiek.

      Rodzice dowiedzieli się, że istnieje szansa na zwolnienie ojca. W takich sytuacjach, gdy rodzina zamieszkiwała w najbliższym sąsiedztwie obozu, władze mogły zwolnić jeńca do domu, zobowiązując go tylko do codziennego meldowania się u komendanta wojennego. Mama natychmiast złożyła w Ortskommandantur odpowiednio umotywowane podanie i po miesiącu ojciec zjawił się w domu, odprowadzony przez uzbrojonego żołnierza niemieckiego. Powrót ojca szczególnie utrwalił się w mojej pamięci wówczas niespełna czteroletniego dziecka. Miał na sobie mundur o dziwnym kroju, z żółtymi wypustkami i pagonami, z dystynkcjami podoficerskimi. Na lewej piersi brzęczało kilka odznaczeń bojowych - rekwizyt późniejszych dziecięcych zabaw. Bawiliśmy się nimi przez kilka lat, przydawały się przede wszystkim do tzw. gry w trojaki. Natomiast mundur, który ojciec natychmiast zdjął, wisiał w szafie wiele lat, by później służyć jako kostium do amatorskich przedstawień lub tzw. żywych obrazów, przygotowywanych przez różne organizacje z okazji świąt narodowych.

      Wielka była radość z powrotu ojca do domu. Od razu poczuliśmy się rodziną, podczas gdy przedtem byliśmy "u dziadków". Ojciec otrzymał specjalną książeczkę, w której codziennie rano służbowy feldfebel w komendanturze odbijał w odpowiedniej rubryce wielką okrągłą pieczęć z pruskim orłem. Komendantura mieściła się w byłym pałacu gubernatorskim przy pl. św. Józefa. Wiele razy ojciec meldując się tam zabierał mnie ze sobą. Fabryka B-ci Nagórskich była niestety nieczynna, podobnie jak inne fabryki haftów i koronek, których było w Kaliszu wiele. Ojciec musiał więc szukać innych sposobów zarobkowania. Chwytał się każdej pracy, między innymi zakładał pierwsze instalacje elektryczne na drewnianych słupach w Kaliszu, Opatówku i Błaszkach.

      Wszystko, co wiązało się z ojcem było interesujące. Najbardziej jednak nadstawiałem uszu, gdy zbierali się u niego jacyś mężczyźni, rozmawiali przyciszonym głosem, wychodzili pojedynczo, penetrowali fabryczne podwórze, gromadzili się wśród sągów desek na placu i przynosili jakieś dziwne pakunki. Słyszeliśmy od czasu do czasu niezrozumiałe dla nas słowo "peowu" i zazwyczaj sforowano nas: "Idźcie bawić się na podwórze". Później, gdy w mieście zaczęły się mnożyć przeróżne incydenty - napady na patrole i samotnych żołnierzy niemieckich, napisy na murach itp. - moje starsze rodzeństwo wyjaśniło mi znaczenie tego dziwnego słowa. Był to skrót trzech liter P.O.W. oznaczających Polską Organizację Wojskową, której komórka działała w Kaliszu. Będąc dzieckiem nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, co się wokół mnie działo. Dostrzegałem jednak dziwne podniecenie dorosłych, bieganinę, szepty i krzykliwe kłótnie, no i raz po raz znikanie mego ojca na długie dni.

Ulica Lipowa i okolice

      Z początkiem 1918 roku ojciec, nadal gorączkowo poszukujący jakiejkolwiek pracy, podjął rozpaczliwą decyzję otwarcia sklepiku spożywczego. Okazja nadarzyła się wkrótce. Na ulicy Lipowej pod numerem 38 był do wynajęcia lokal sklepowy z niewielkim mieszkaniem na zapleczu. Rodzice zebrali wszystkie grosze, zapożyczyli się w całej rodzinie i zrealizowali swój plan. Ten dom czynszowy bez żadnych wygód stał się odtąd moim domem rodzinnym na długie lata. Rodzice bowiem zlikwidowali sklep i wyprowadzili się z tego domu dopiero po II wojnie.

      Tak więc ów dom, którego numerację zmieniono potem na 16 i ta typowo proletariacka dzielnica stały się kolebką mego dzieciństwa i młodości. Do dziś wspominam z rozrzewnieniem gromadę świergocących jaskółek-oknówek, mozolnie lepiących gniazda nad oknami tej kamienicy. Właśnie z tego powodu mieszkańcy nigdy nie otwierali "oberluftów", nie chcąc zniszczyć jaskółczych gniazd, co miało ponoć sprowadzać nieszczęścia na całą rodzinę.

      Wszystkie sutereny w tym domu były zamieszkałe. Ponieważ grunt, na którym stała kamienica, nie był idealnie równy, piwniczne mieszkania znajdowały się na różnym poziomie i otrzymywały różną dawkę dziennego światła - w zależności od tego, na ile górna krawędź okna wystawała ponad powierzchnię ziemi. Niektóre okna wychylały się aż na 20- 30 centymetrów, ale były też takie, które kryły się całe pod ziemią. Mieszkańcy tych piwnic widzieli więc w swych oknach tylko odrapany i brudny murek piwnicznej studzienki. Aby przekonać się np. jaka jest pogoda, musieli zawsze wychodzić na zewnątrz, ponieważ przez swoje okna nie mogli dostrzec nawet kawałka nieba. Sutereny od strony podwórza były bardziej uprzywilejowane, gdyż studzienki okienne były tam większe i łączyły się ze sobą tworząc jakby fosę wzdłuż domu, otoczoną żelazną barierką. Tę fosę, my - dzieci z tej kamienicy - nazywaliśmy po prostu "dołem". Mówiliśmy więc: - Pałka mieszka "w dole". Studnie okienne były ciemnymi oczodołami bez jakichkolwiek śladów życia. Mieszkańcom suteren nie udawały się żadne zabiegi, aby wyhodować na oknie chociażby tradycyjną pelargonię, roślinę tak przecież odporną. Oczywiście żadna z suteren nie miała elektrycznego światła, a smrodliwe naftowe kaganki, którymi je oświetlano, zmniejszały jeszcze i tak już skąpą ilość tlenu w zatłoczonych lochach tej proletariackiej dzielnicy.

      Słowo "proletariat" wywodzi się od łacińskiego "proles", co znaczy "potomstwo". Słowo "proletariusz" można by więc od biedy przetłumaczyć jako "mający liczne potomstwo" - i to odpowiadałoby stanowi, jaki istniał w suterenach mego domu. Jedyne piwniczne mieszkanie, składające się z pokoju i kuchni, znajdowało się "w dole", tuż pod naszym mieszkaniem i było zajmowane przez wspomnianą już rodzinę Pałków. Wszystkie inne były jednoizbowe, a niektóre rodziny liczyły około 10 osób. Rodzina Pałków była przez jakiś czas wyjątkiem, gdyż miała tylko jednego syna Janka. Gdy chłopak dorósł, raz po raz wybuchały piekielne awantury między ojcem i synem, gdyż obaj lubili zaglądać do kieliszka. Gdy zabrakło argumentów słownych, zaczynała się bijatyka; a gdy zabrakło przestrzeni, zapaśnicy wyskakiwali przez okno "do dołu", gdzie było dość miejsca do wodzenia się za łby. Próżno Pałkowa usiłowała rozdzielić walczących. Prawie zawsze awantura kończyła się w pobliskim Szpitalu św. Trójcy przy rogatce, gdzie chirurdzy jak mogli łatali głowy lub inne części ciała krewkich i tak dziwnie kochających się, ojca i syna. Gdy Janek ożenił się, wnet suterena zaludniła się gromadą dzieci, a bójkom towarzyszył teraz wrzask dzieci i interwencje dwóch kobiet, matki i synowej.

      W tym czasie całą tę dzielnicę, obejmującą ulicę Lipową, Nowy Świat (dziś Zubrzyckiego), Łączną, Asnyka, Legionów (dziś Buczka) - zwano Wydory. Nie cieszyła się ona w Kaliszu zbyt dobrą opinią. Była licznie zamieszkana przez półświatek i niebezpiecznie było zapuszczać się tu wieczorami lub w godzinach nocnych. Wiele postaci z tego półświatka zapamiętałem na zawsze; pamiętam ich imiona i nazwiska, i - rzecz osobliwa - wspominam je z rozrzewnieniem. A przecież wielu z tych ludzi widziałem na własne oczy podczas straszliwych rozpraw nożowych lub potem prowadzonych w kajdanach przez policjantów, albo też odwożonych do niezawodnego Szpitala św. Trójcy, który miał sporo roboty z mieszkańcami tej dzielnicy szczególnie w soboty i inne dni przedświąteczne. Nie było tygodnia, aby choć jedna osoba nie była tu opatrywana. Do przewożenia rannych używano często dorożek, które miały swój postój także przy rogatce obok cmentarza ewangelickiego.

      Nie próżnował też szpital zakaźny mieszczący się w domu Weyganda (nie istniejący dziś budynek przy ul. Granicznej), bowiem choroby zakaźne szerzyły się w tych latach zastraszająco, do czego walnie przyczyniały się niezwykle prymitywne warunki życia, brak kanalizacji, niski poziom oświaty sanitarnej. Raz po raz któryś z towarzyszy mych zabaw z ulicy Lipowej trafiał do Weyganda i jeśli w ogóle stamtąd wracał, to najczęściej z ogoloną głową. Całkowite wypadanie włosów było w tym czasie niemal nieodłącznym objawem tyfusu, którego przebieg był zwykle bardzo ciężki i nieraz kończył się zgonem. Drugą chorobą, która dziesiątkowała ludność Kalisza, była "hiszpanka", zwana później influenzą czyli dzisiejsza grypa. Rodzice moi, wychowujący czworo dzieci, też mieli sporo zmartwień z powodu naszych ciągłych chorób. Nasz lekarz domowy, dr Alfred Dreszer bywał częstym gościem u nas, a i my odwiedzaliśmy raz po raz jego gabinet przy ulicy Wodnej.

      Na plus Kaliszowi trzeba zapisać, że zaraz po I wojnie powstało tu Kaliskie Towarzystwo Higieniczne i Kaliskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Ojciec, prowadzący sklep spożywczy, otrzymał od tegoż KTP pięknie wykonaną tabliczkę z napisem: "Pluj tylko do spluwaczki! Plwocina jest rozsadnikiem suchot!" Zarząd Miejski nakazał mu kupić spluwaczkę i umieścić w kącie sklepu pod tą właśnie tabliczką. Okresowo pojawiał się nawet inspektor i sprawdzał, czy w spluwaczce znajduje się płyn dezynfekcyjny (kwas karbolowy).

      Tuż obok sklepu ojca był zakład fryzjerski czyli - jak się dawniej mawiało - "rezura". Właściciel zakładu pan Remiszewski był fryzjerem i jednocześnie felczerem, o czym zawiadamiały klientów trzy mosiężne talerze wywieszone nad wejściem. Z racji tych uprawnień robił on zastrzyki, puszczał krew, przystawiał pijawki. Co tu dużo mówić, po prostu zajmował się leczeniem. Nieraz golił lub strzygł klienta, a na krzesłach siedzieli pacjenci i czekali, kiedy skończy i zajmie się ich dolegliwościami. Pan Remiszewski szczepił również mnie i moje rodzeństwo przeciwko ospie i wydawał nam zaświadczenia, bez których nie przyjmowano do szkół. Gdy dziś sobie przypominam te praktyki medyczne, pojąć nie mogę, jak to się stało, że nie ulegaliśmy zakażeniom. Widocznie stały kontakt z drobnoustrojami wytworzył u naszego pokolenia potężne rezerwy obronne.

      Gdy więc zdrowie dopisywało, zwoływaliśmy się - wszystkie dzieciaki z kamienicy - i biegaliśmy po ulicy z piłką "szmacianką". Do naszych ulubionych zabaw należało też brodzenie boso i puszczanie małych papierowych okręcików w rynsztokach, które po deszczu zamieniały się w rwące potoki. Trzeba było jednak szybko korzystać z okazji, gdyż z każdą godziną woda uciekała i strumyki zamieniały się znów w cuchnące rynsztoki. W tych prymitywnych warunkach, w jakich żyła ta dzielnica, takie deszczowe ablucje z pewnością przyczyniały się do poprawy jej stanu sanitarnego.

      Ulica Lipowa w tamtych czasach wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Gdy skręcało się tutaj od strony rogatki, po lewej stronie za sporym murem znajdował się posterunek policji konnej wraz ze stajniami. Sąsiadował on z przytułkiem dla starców, na którego frontonie widniały trzy sakramentalne słowa: "Res sacra miser" (Ubogi rzecz święta). Idąc dalej po prawej stronie mijało się dwa domy, a później uroczą starą kuźnię, gdzie kuto konie. Dalej ciągnęła się tzw. grecka górka tj. wysoki wał, na szczycie którego znajdował się okolony parkanem prawosławny cmentarz grecki. Pamiątka po kupieckiej kolonii Greków, którzy przybyli do Kalisza w połowie XVIII wieku i szybko spolonizowali się. Grecka górka była także ulubionym miejscem zabaw dziecięcych. Zimą zjeżdżało się z niej na sankach prosto na jezdnię, ale ruch kołowy był w tym czasie minimalny, sporadycznie widywało się tu wyłącznie zaprzęgi konne. Latem zjeżdżało się po piasku na zelówkach lub wprost na portkach. Gdy matka zobaczyła u chłopaka podarte spodnie, już wszystko wiedziała: "Znów zjeżdżałeś z greckiej górki!" Wzgórze zamykała wspaniała bizantyjska kaplica grobowa, zachowana zresztą do dziś, podobnie jak cały ten zabytkowy cmentarz. Za kaplicą w głębi stało kilka domków parterowych i jednopiętrowych, z których jeden zbudowany z czerwonej cegły i oznaczony nr I powinien dziś znajdować się pod szczególną pieczą. W tym domu miała swą siedzibę Polska Partia Socjalistyczna. Stąd zawsze wyruszał w miasto 1-majowy pochód, szumiący czerwienią sztandarów i transparentów. Dlatego też w ostatnich latach przed wybuchem II wojny, gdy w radzie miejskiej m. Kalisza uzyskały większość siły lewicy, ulica Lipowa otrzymała imię jednego z wielkich działaczy socjalistycznych - Bolesława Limanowskiego.

Kaplica cmentarna na "greckiej górce" we wrześniu 1999 r.       Wzdłuż greckiej górki - zamiast chodnika - biegła piaszczysta ścieżka tuż obok jezdni, wybrukowanej kocimi łbami i obrzeżonej rynsztokami. Na zakręcie ulicy droga rozszerzała się, tworząc mały placyk z ręczną studnią po środku, służącą okolicznym mieszkańcom. Placyk ten, zwany popularnie "dołkiem", służył jako mini-targowisko. Przekupki ustawiały się tu z koszykami wzdłuż płotu ogrodu Reimana, siadały na drewnianych "ryczkach" i handlowały włoszczyzną, owocami, jajkami, białym serem i ciasteczkami - kulkami nanizanymi na nitce. W sezonie kupowało się tu za S groszy garść czereśni zrośniętych łodyżkami, co umożliwiało noszenie ich na uszach w charakterze kolczyków. Wiadomo było, że "na dołku" była dobra woda na herbatę, zawsze świeże jajka i dobry wiejski twaróg.

      Na wysokości "dołka" skręcała w lewo ku Nowemu Światu ulica Łączna. Była to zwykła polna droga z głębokimi, cuchnącymi rowami, zarośniętymi perzem. Dopiero w roku 1922 magistrat wybrukował ją kocimi łbami, a także sąsiednią ulicę Handlową, prowadzącą na wielki plac zwany "maneżem". Tutaj żołnierze z pobliskich koszar ćwiczyli się w jeździe konnej. Na tym boisku zdarłem niejedną parę butów. Tuż przy maneżu stała od strony Nowego Światu fabryka Nagórskich, w której kiedyś pracował mój ojciec. Gmach fabryki stoi zresztą do dziś, a obok dwupiętrowa kamienica, należąca w tamtych czasach do Józefa Karczewskiego, prowadzącego zakład ślusarski. Z tego zakładu, podobnie jak i z warsztatu Walentego Kulisiewicza przy ulicy Niecałej (dziś Walki Młodych), pochodziły piękne kute w żelazie kraty, balustrady balkonów czy poręcze schodów, zdobiące do dziś kamienice na kaliskiej starówce. Jak wiadomo, syn Kulisiewicza - Tadeusz został światowej sławy artystą-grafikiem; a córka Karczewskiego - Wanda, która wychowała się w tej właśnie kamienicy, jest wybitną pisarką, mieszkającą obecnie w Łodzi. Tak to "artystyczne geny" obu rzemieślników-artystów zaowocowały w drugim jakże utalentowanym pokoleniu.

      Nieco dalej, w miejscu gdzie dziś stoi budynek pogotowia ratunkowego, znajdował się kirkut czyli stary żydowski cmentarz. Nie wiadomo dlaczego nazywano go "kirholem". Etymologia tego dziwnego słowa pochodzi prawdopodobnie z niemieckiego “Kirchof” który w dawnych czasach oznaczał cmentarz ewangelicki. Kirkut był dla nas niedostępny, bramę otwierano tylko podczas pogrzebów, ale i wtedy wejście tam było niemożliwe. Ciekawość naszą mogliśmy zaspokoić, wdrapując się na wysoką skarpę za cmentarzem, skąd oglądaliśmy las charakterystycznych nagrobków, jakie widzi się tylko na Bliskim Wschodzie. Wśród tych pomników z napisami przeważnie w języku hebrajskim lub aramejskim niektóre były bardzo stare, podobno z XV i XVI wieku. Te cenne zabytki potraktowali odpowiednio hitlerowscy "kulturtragerzy" w czasie II wojny, umacniając nimi nabrzeża kanału Rypinkowskiego, gdzie zresztą leżą one do dziś. Skarpa, z której podglądaliśmy kirkut, była ulubionym miejscem naszych zabaw. Właściwie był to teren żwirowni eksploatowanej do celów budowlanych. Wysoka ściana była więc stale podkopywana przez furmanów, którzy przyjeżdżali tu wozami po piasek. Znakomitą rozrywką było skakanie na bosaka z góry w ten czysty biały piasek na dnie wysypiska. Zabawy te skończyły się niestety tragicznie. Pewnego dnia ściana pod ciężarem stojących na górze chłopców obsunęła się i olbrzymie masy piasku zasypały jednego z naszych kolegów, który właśnie znajdował się w dole. Po odkopaniu niestety nie dawał on już znaków życia. Od tego czasu wyrobisko ogrodzono drutem kolczastym i nasze wspaniałe zabawy skończyły się na zawsze.

      Moja ulica Lipowa, jak już wspomniałem, nie cieszyła się dobrą opinią, ale biła ją na głowę pod tym względem ulica Czaszkowska. Po lewej stronie tej, również w tym czasie niewybrukowanej ulicy ciągnął się na przestrzeni około połowy kilometra (aż do ulicy Fabrycznej) zwarty rząd parterowych chałup, pokrytych gontem. Dachy tych chałup porastały malownicze zielono-złote mchy i porosty, na skutek czego nazwano te rudery "złotymi dachami". Zamykał ten ciąg chałup piękny murowany dworek, relikt majątku-wsi Czaszki. Chałupy, dawne dworskie czworaki, zamieszkałe kiedyś przez służbę folwarczną, za moich czasów były siedliskiem wyłącznie oprychów i kobiet "niezbyt ciężkiego prowadzenia się". Mieszkał tam też tajemniczy człowiek - hycel, trudniący się potajemnie ubojem psów, z których wytapiał psi smalec i sprzedawał za "ciężkie pieniądze" gruźlikom. Panowała wówczas powszechnie opinia, że ten smalec leczy gruźlicę. A że profesja tego tajemniczego hycla była powszechnie znana, właściciele psów w czasie spacerów ze swymi pupilami starannie omijali "złote dachy". Ponieważ chałup nikt nie remontował, z roku na rok zapadały się one coraz bardziej, a ich lokatorzy pomału wynosili. Rzecz dziwna - chałwy rozsypywały się z zachowaniem pewnego porządku, od Nowego Światu do ulicy Fabrycznej. Pamiętam, że gdy zdawałem maturę, połowy "złotych dachów" już nie było, a druga połowa od strony dworku już także ledwo się trzymała.

      Na prawo od "złotych dachów" na przedłużeniu ulicy Wiejskiej (dziś Pułaskiego) stało wielkie choć niewysokie gmaszysko z czerwonej cegły. Środek gmachu był piętrowy, a skrzydła parterowe. Była to ujeżdżalnia, o czym informowały dwa skrzyżowane łby końskie na szczycie tympanonu, wieńczącego budynek. Gdy opuszczałem Kalisz w 1962 roku, budynek ten po przebudowie spełniał rolę oddziału Kaliskich Zakładów Przemysłu Dziewiarskiego "Polo". Głowy końskie zostały zdjęte, a wnętrze dostosowane do potrzeb produkcyjnych. Nieraz myślałem sobie, że gdyby Kalisz miał swego poetę na miarę Tuwima, który opisałby w pięknych strofach te konie, może pozostawiono by je spokojnie na tym gmachu - tak, jak to się stało w Łodzi ze sławnym tuwimowskim koniem na ulicy Kopernika.

      Pamiętam doskonale tę ujeżdżalnię, kiedy jeszcze spełniała swą właściwą rolę. Wewnątrz gmachu cała powierzchnia była wysypana grubą warstwą trocin, a na przestrzeni chyba jakichś 100 metrów ustawione były przeszkody. Tutaj odbywały się zawody hippiczne. Patronował im początkowo pułk kawaleryjski, kwaterujący w koszarach na Nowym Świecie, a później 25 Pułk Artylerii Lekkiej, stacjonujący częściowo na Nowym Świecie, a częściowo na Piskorzewiu. W latach trzydziestych urządzono tor hippiczny przy koszarach piskorzewskich i tam odbywały się zawody jeździeckie. Ujeżdżalnię wynajmowano natomiast na różne inne imprezy. Pamiętam np. przy końcu lat dwudziestych rozgrywaną tam "corridę". Jakiś przyjezdny krajowego chowu Ursus odbył tam prawdziwą walkę z bykiem. Za jedyne 2 złote można było zobaczyć poczciwego Fernanda, któremu Ursus ukręcił łeb, chwyciwszy go za rogi.

      Cała ta przedziwna dzielnica, pełna wówczas dla nas tylu uroków, mocno utrwaliła się w mej pamięci. Ale najmocniej, najwyraziściej zapamiętałem ulicę Lipową mego dzieciństwa - jej każdy dom, każdy zakątek i jej mieszkańców. I choć po tych ludziach niewiele pozostało już śladów, ich nazwiska ciągle noszę w pamięci. Mieszkały tu z reguły rodziny specjalizujące się w pewnych wybranych zawodach. I tak pan Blewoński w swoim domu na wprost ulicy Zgodnej handlował naftą, obok pan Serafin prowadził znany warsztat zduński. Nieco bliżej nas pani Markiewiczowa, akuszerka przyjmowała wszystkie porody na Lipowej, które wówczas w 95 procentach odbywały się w domu. Naprzeciwko pan Walczak, felczer weterynarii leczył nasze pieski, a obok pan Czajczyński wypiekał wspaniałe bułeczki. Tuż obok prowadził warsztat szewski pan Kolinko, u którego wszyscy robili buty na obstalunek. Dynastią "obraźników" była rodzina Andrzejewskich i Mikorzewskich. Jeździli oni po odpustach i handlowali świętymi obrazami.

      Bardzo znanym i szanowanym obywatelem był pan Łapiński, kowal prowadzący kuźnię u zbiegu ulic Lipowej i Legionów. Był on także dowódcą tzw. "Turków" - tak nazywano straż, trzymającą wartę przy grobie Chrystusa w okresie wielkanocnym w kościele św. Mikołaja. Strażnicy nosili kostiumy wzorowane na strojach żołnierzy rzymskich. Mieli mosiężne zbroje i hełmy z czerwonymi pióropuszami, tylko dowódca miał biały pióropusz. Trzymali w rękach srebrne halabardy, a dowódca zabytkową szablę, o której wieść niosła, że pochodzi z wykopalisk przy Starym Rynku, z podziemi budynku, w którym miała mieścić się "Bursa Karnkoviana". W tych strojach występowali oni także in gremio na rezurekcji, idąc za baldachimem ze skrzyżowanymi halabardami. Do dziś nie wiem, dlaczego cały Kalisz nazywał ich Turkami, choć wiadomo było, że w Jeruzalem grobu Chrystusa strzegli żołnierze rzymscy. Turcy urzędowali jeszcze wiele lat po II wojnie. A może i dziś nadal strzegą grobu Chrystusa?

Dzieje pewnej rodziny

      Najciekawsza rodzina z ulicy Lipowej zamieszkiwała izbę piwniczną w naszym domu, znajdującą się dokładnie pod sklepem mego ojca. Była to najgłębsza suterena w kamienicy. Górne krawędzie okien nie sięgały nawet poziomu ulicy, a studzienki okienne były zakryte gęstą kratą. W najpogodniejsze dni lata do izby wpadała w samo południe tylko słaba poświata, a ponieważ mieszkańcy oszczędzali na nafcie, życie spędzali w mroku. Suterenę zajmowała rodzina Baczków. Głowa rodziny, Józef Baczek pełnił funkcję stróża domu. Był to pogodny niewysoki człowieczek z sumiastymi wąsami i małymi, niedowidzącymi oczkami. Chodził zawsze w trepach na drewnianych spodach, słychać go więc było z daleka. Pan Józef rzadko był trzeźwy. najczęściej zdarzało się to w niedzielę, gdy wystrojony w swój jedyny czarny garnitur od ślubu, biały sztywny kołnierzyk i czarny krawat szedł na sumę do kościoła Reformatów na godzinę 11. Wzbudzał wówczas pewną sensację, a to z powodu przenikliwej woni denaturatu, jaką wokoło rozsiewał. Pan Józef z oszczędności pił bowiem spirytus skażony, który powszechnie w tych sferach zwano "bryndą", a ponieważ popijał stale, był na wskroś przesiąknięty jej charakterystycznym zapachem. Natychmiast po powrocie z sumy rozbierał się ze swego ślubnego garnituru i rozpoczynał swe ulubione zajęcie.

      Pod jednym względem był on pozytywnym wyjątkiem wśród lokatorów suteren. Lubił spokój, unikał awantur, nie wadził nikomu i nigdy nie brał udziału w bijatykach, jakie w suterenach nieustannie wybuchały i przenosiły się na podwórko, gdzie obok studni znajdowały zwykle swój krwawy finał. Baczek, zawsze chwiejący się na nogach, wstawał wczesnym rankiem z barłogu, brał miotłę i szuflę, którą nazywał "sipą", wychodził na ulicę i wymiatał cuchnące, pobielane wapnem rynsztoki. Z kocich łbów jezdni zmiatał na swą sipę końskie łajno, którego w tych czasach nie brakowało, przerzucał na taczkę i chwiejąc się odwoził na podwórko, gdzie w kącie obok śmietnika składał ten cenny skarb. Raz w miesiącu przyjeżdżał furmanką chłop ze wsi i zabierał uskładany nawóz, płacąc jedną lub dwoma butelkami "bryndy". Gdy pan Józef, całkowicie rozłożony denaturatem, nie mógł podnieść się z wyrka, zastępowała go w służbowych czynnościach pani Józefowa. Petronela Baczek była suchą, kościstą kobietą, wyższą o głowę od męża i tak samo, jeśli nie więcej, lubiła "bryndę". Zapach denaturatu wypełniał więc me tylko ciemną izbę Baczków ale także korytarz, wydobywał się nawet z czeluści klatki schodowej i rozchodził aż do bramy.

      Jedyną rozrywką państwa Baczków było płodzenie dzieci, czemu poświęcali się bez reszty. U Baczków - jak mówiły nasze babki "co rok, to prorok". Dzieci przychodziły jednak na świat i wychowywały się w warunkach urągających wszelkim zasadom higieny. Spośród dwanaściorga tylko czworo oparło się atakom chorób i głodu w suterenie, ale też natura wyselekcjonowała najsilniejsze biologicznie typy. Były to trzy córki - Staśka, Władka i Janka - oraz najmłodszy syn Stefan, którego nie wiedzieć dlaczego cała ulica ochrzciła przydomkiem "Kubeł". Chociaż w tych czasach formalnie istniał już przymus szkolny, Baczkowie nie posyłali dzieci do szkoły. Żadne z nich nie poszło też do pierwszej komunii, co było wówczas wyjątkowo rażącym zjawiskiem. Cała czwórka była, podobnie jak i rodzice, analfabetami. Życie jednak nauczyło ich dobrze rozpoznawać pieniądze, zarówno banknoty jak i monety - były to jedyne umowne znaki cywilizacji, które Baczkowie znali i stosowali. Starsze dziewczyny rosły więc w atmosferze wspólnoty pierwotnej, a gdy poczuły wolę bożą, natychmiast zaczęły zachodzić w ciążę - nie wiadomo kiedy i z kim - i piwniczna izba znów ożywiała się krzykiem niemowląt, krzykiem z czasem coraz słabszym, a nieustający pochód małych białych trumienek znów wędrował z piwnicy na cmentarz.

      W latach dwudziestych głównym źródłem utrzymania proletariatu z ulicy Lipowej był przemyt spirytusu i sacharyny z Niemiec. Kalisz leżał wówczas około 40 kilometrów od granicy, która przebiegała wzdłuż górnego biegu Prosny. Głównym centrum przemytniczego handlu było miasteczko Praszka nad Prosną, leżące nad samą granicą. Tam więc jeździło się kupować od tamtejszej ludności przemycane z Niemiec towary. Alkohol przewożono zazwyczaj w bydlęcych pęcherzach, ukrytych pod ubraniem, które u kobiet znakomicie imitowały biust. Wyrabiano też z blachy cynkowej zmyślne bańki, które zawieszone na szyi opasywały brzuch, ukryte pod odzieżą. W ten sposób dostarczano do Kalisza setki litrów spirytusu i kilogramy sacharyny, a powszechny brak cukru czynił ten handel szczególnie opłacalnym. Wszystkie panny Baczkówny włączyły się w ten proceder i dzięki temu rodzina egzystowała we względnym dobrobycie.

      Najmłodszy Stefan miał inne ciągoty. On wolał obrobić obywatela na targu we wtorek lub piątek, albo ograć naiwniaka "w trzy karty". Był też w odróżnieniu od całej rodziny czupurny i skory do bitki. Im więc był starszy, tym częściej gościł w areszcie. W każdym razie podobnie jak siostry "nie siał, nie orał, a żył" - i pił. Już w wieku 15 lat widywało się go pijanego i awanturującego się na ulicy. Gdy dobiegł do 20 lat, więcej przebywał w kryminale niż na wolności.

      U Staśki, najstarszej siostry Stefana, gdy skończyła lat 20, zrodziły się inne ambicje. Była ona wysoką, zgrabną, przystojną dziewczyną i dość wcześnie zaczęła uprawiać zawód o najstarszych w świecie tradycjach. Gdy więc interes się rozkręcił, Staśka zaczęła ubierać się bogato, kolorowo, często bez gustu, ale i tak korzystnie wyróżniała się na tle rodziny. Wtedy to - jak mi się wydaje - zaczęła boleśnie odczuwać swój analfabetyzm i brak wykształcenia. Można ją było czasem zobaczyć, jak siadywała na ławce w parku ze swą jedyną książką, udając, że czyta. Bywało jednak, że złapany na ten haczyk młody człowiek, który dosiadał się do panienki, ze zdumieniem spostrzegał, że trzyma ona książkę "do góry nogami". Tak więc spóźnione aspiracje Staśki kończyły się czasem jeszcze większą kompromitacją. Gdzieś w latach trzydziestych Staśka znikła z kamienicy. Po pewnym czasie zjawiła się bogato wystrojona z wielkimi skórzanymi walizami. Po Lipowej gruchnęła wieść, że Staśka jest w Warszawie kabaretową tancerką. Obdarowała rodzinę prezentami, upiła drogimi trunkami i znikła tak samo nieoczekiwanie, jak się pojawiła. Pozostałe dwie siostry karmiły wówczas któreś tam z rzędu dziecko, skazane - tak jak i poprzednie - na zagładę z niedożywienia, awitaminozy i zupełnego braku odporności.

      W 1938 roku "Kubeł" osiągnął wiek poborowy i stanął przed komisją wojskową. Gdy wyjechał do jednostki cała ulica odetchnęła. W sierpniu tegoż roku pojawił się w rodzinnej suterenie na przepustce - przystojny, elegancki jak nigdy dotąd, w pięknie skrojonym mundurze piechoty z bagnetem w pochwie u pasa. Ten bagnet doprowadził do nieszczęścia. Drugiego dnia pijany do nieprzytomności wszczął awanturę z kumplami i jednego z nich dźgnął bagnetem w klatkę piersiową, przebijając mu płuco. I znów niezastąpiony Szpital św. Trójcy ratował ofiarę z Lipowej, a "Kubła" zabrali żandarmi (tzw. "kanarki"). Fama niosła, że dostał dwa lata odsiadki w wojskowym więzieniu. W następnym roku - jak wiadomo - wybuchła II wojna światowa, którą spędziłem poza Kaliszem. Gdy w roku 1946 powróciłem do rodzinnego miasta, starzy Baczkowie już nie żyli, a z ich potomstwa spotkałem tylko najmłodszą córkę. Zajęty swoimi sprawami zapomniałem wkrótce o całej rodzinie Baczków.

      Dziwne są jednak ludzkie losy. Wiele lat później byłem z wizytą u zaprzyjaźnionego proboszcza na wsi gdzieś między Zgierzem a Łęczycą. W pogodne sierpniowe popołudnie wyszedłem z gospodarzem na spacer polną drogą i nagle zapragnął on pokazać mi położony w pobliżu cmentarzyk polskich żołnierzy września 1939 roku. Przy pomocy swoich parafian ksiądz otaczał go opieką, a jak troskliwą, mogłem się wkrótce przekonać. Między płaczącymi brzozami i krzewami jaśminu ujrzałem najpierw starannie utrzymany parkan, a za nim około 100 mogił z jednakowymi krzyżami. Cmentarzyk był zadbany, alejki wygracowane, na każdej mogile rosły kwiaty. Niemal na wszystkich krzyżach były tablice z dokładnymi informacjami o poległych, tylko na kilku dostrzegłem napis "żołnierz nieznany". Tablice zawierały dokładne dane: imię, nazwisko, wiek, stopień wojskowy, odznaczenia, a nawet - ta informacja mnie zdumiała miejsce pochodzenia żołnierza. Ponieważ wielu pochowanych tu żołnierzy pochodziło z mego rodzinnego miasta, zacząłem kolejno obchodzić groby, szukając znajomych nazwisk. Istotnie znalazłem ich kilkanaście. Już miałem opuścić cmentarz, gdy zaintrygowała mnie mogiła na wpół ukryta w jaśminach. Na jej krzyżu zatknięto strzaskany pociskiem, tak dobrze mi znany, hełm polski z 1939 roku. Zbliżyłem się i... oniemiałem z wrażenia. Tablica głosiła: ś. p. Stefan Baczek, 1. 22, z Kalisza, szeregowiec 29 Pułku Strzelców Kaniowskich, zginął śmiercią bohaterską w obronie Ojczyzny w bitwie nad Bzurą we wrześniu 1939 roku, odznaczony Krzyżem Walecznych.

      Opowiedziałem proboszczowi wszystko, co wiedziałem o Stefanie Baczku i jego rodzinie. Ksiądz zrewanżował mi się opowieścią o tym, jak garstka żołnierzy osłaniała przeprawę przez Bzurę oddziałów armii "Poznań"; jak krwawiąc obficie, wielokrotnie zrywali się oni do boju, aż prawie wszyscy polegli.

      Już po tym odkryciu byłem w Kaliszu na jednej z mych samotnych wypraw. Nieomal po kryjomu obszedłem mój dom na Lipowej. Ostrożność ta okazała się zupełnie zbędna. Nie spotkałem nikogo, kto mógłby mnie rozpoznać. Wszystkie sutereny były od 1945 roku niezamieszkałe. Suterena Baczków także została zamieniona na skład opału. Przeraził mnie tylko brud w bramie i na klatkach schodowych, zaśmiecone podwórko. Nie było już studni na środku, zniknęła drewniana oficyna, w głębi pozostały jedynie piętrowe komórki na węgiel z charakterystycznym gankiem. Umilkł też pisk jaskółek i świergot wróbli. Pomyślałem sobie: - Jakże tu było czysto i porządnie, gdy o dom dbał wiecznie pijany Baczek i jego chuda, koścista połowica...

A obraz tamtej mogiły ukrytej w jaśminach na zawsze pozostał w mej pamięci.

Na rogatce

Dawny kościół Reformatów we wrześniu 1999 r.      Opisywane tu przeze mnie przedmieścia ocalały z pogromu miasta w sierpniu 1914 roku. Domy i chałupy były tu nietknięte, podczas gdy całe centrum miasta leżało w gruzach. Dla nas, dzieci biegających boso po maneżu, dołku i greckiej górce - najważniejszym punktem odniesienia była Rogatka Wrocławska, potocznie nazywana po prostu rogatką. Stał tam (zachowany do dziś) biały budynek z kolumnami, którego piękna wówczas nie byliśmy w stanie ocenić. Przed budynkiem był drewniany pomost, na który wśród krzyków i trzaskań z bata wjeżdżały wozy załadowane węglem lub innym towarem, aby sprawdzić i odnotować ich wagę. Później wozacy przyjeżdżali po raz drugi zważyć pusty wóz i wytarować ważony towar. W ten sposób waga miejska świadczyła płatne usługi prywatnym handlarzom. Waga przy rogatce czynna była przez wiele lat. Nie jestem pewny daty, ale wydaje mi się, że zlikwidowano ją dopiero w roku 1922. Przed budynkiem wagi zawsze urzędował posterunek władzy porządkowej. Z początkiem 1918 roku był to jeszcze żandarm pruski, w latach późniejszych funkcjonariusz Policji Państwowej (zwanej "granatową" z powodu koloru mundurów).

      Zaraz za rogatką stały mury kościoła i klasztoru Reformatów (obecnie ss. Nazaretanek) i - wspomnianego już kilkakrotnie - Szpitala św. Trójcy (dziś przychodnia specjalistyczna). Dalej już rozciągały się ruiny i rumowiska, sięgające aż do ulicy Warszawskiej (obecnie Świerczewskiego). Z całego tego ciągu ocalały tylko dwa domy przy Warszawskiej (istniejące do dziś) oraz jeden dom przy rynku kamienica Herbichów na rogu placu św. Stanisława z piękną renesansową attyką. Kościół Reformatów, jako jedyny z kaliskich kościołów, był poważnie uszkodzony pociskami artyleryjskimi. Zniszczona była wieża, dach, mocno naruszona absyda. Nietknięta pozostała kaplica żołnierska, ocalała także przepiękna barokowa statua Madonny Bolesnej, stojąca na chodniku vis-a-vis Szpitala św. Trójcy. Usunęli ten posążek dopiero hitlerowcy podczas II wojny., dziś stoi on w ogrójcu kościoła ss. Nazaretanek.

      Dla nas, dzieci z przedmieścia, miasto zaczynało się na rogatce. Stamtąd nadsłuchiwaliśmy wszelkich nowinek; tam biegliśmy gromadą pogapić się a to na przemarsz oddziałów wojskowych czasem z hałaśliwą orkiestrą, a to na zbiegowisko ludzkie, którego celu i sensu wówczas jeszcze nie rozumieliśmy. Ta rogatka przez wiele lat była dla nas nieustającą atrakcją, bo nawet w latach późniejszych - już w wolnej Polsce - zawsze działy się tu rzeczy niezwykłe. Tu witano i żegnano wszelkie oddziały wojskowe, tu stawiano przystrojone świerczyną i sztandarami bramy triumfalne na przyjazd dostojników państwowych i kościelnych. Każda wieść, że na rogatce coś się dzieje błyskawicznie obiegała ulicę i wnet gromada dzieciaków biegła w tamtą stronę...

      Były to tata brzemienne w wydarzenia, choć z ich znaczenia nie zdawaliśmy sobie sprawy. W pamięć zapadały tylko nieliczne fakty, które wydawały nam się wówczas sensacyjne. Pamiętam np. jak którejś nocy zostaliśmy wszyscy obudzeni waleniem w okno kolbami karabinów. Gdy ojciec otworzył drzwi, wniesiono do nas rannego żołnierza pruskiego, bardzo krwawiącego, żądając udzielenia mu pierwszej pomocy. Okazało się, że ktoś napadł w ciemności na patrol niemiecki i poturbował żołnierzy nożami. Pamiętam, jak żołnierze wrzeszczeli po niemiecku, a mama przenosiła przez pokój, w którym spaliśmy, miednicę z wodą i pokrwawione szmaty. Rannym był tutejszy Niemiec, kolaborant, którego "zew krwi" ściągnął do służby niemieckiej. Pamiętam do dziś jego nazwisko - Hirsch.

      Gdy losy wojny ważyły się na frontach, tak władza pruska jak i rosyjska zabiegały o przychylność Polaków, którzy mieli opinię dobrych żołnierzy. Ta rywalizacja między dwoma potęgami miała duży wpływ na złagodzenie kursu okupacyjnego. Władze pruskie ogłaszały coraz to nowe projekty wskrzeszenia państwa polskiego i podejmowały coraz to nowe próby pozyskania społeczeństwa. Miasto odzyskiwało swój polski charakter dzięki coraz liczniej reaktywowanym instytucjom polskim. Przewijający się przez miasto legioniści Piłsudskiego, raz pod bronią, to znów internowani i rozbrojeni ściągali często nas, dzieciaków z Lipowej, na rogatkę. Bardzo ciężkie warunki aprowizacyjne, głód, spekulacja i paskarstwo oraz niejasne wieści napływające z Petersburga o ruchach rewolucyjnych powodowały niepokoje również w Kaliszu. Były strajki i pochody, które jak magnes znów przyciągały nas na rogatkę. Patrzyliśmy na tłumy ludzi, słyszeliśmy okrzyki i nic oczywiście z tego nie rozumieliśmy.

      Największe jednak niepokoje zaczęły się w listopadzie 1918 roku, kiedy już wyraźnie powiało wolnością. Nawet ja - niespełna pięcioletni chłopiec - zacząłem już nieco rozumieć z rozmów prowadzonych w domu, z utarczek słownych między mamą i ojcem, który znikał z domu jak nigdy dotąd, a w Komendzie Miasta nie meldował się już od roku. W tym czasie razem z gromadą chłopców robiliśmy wypady w coraz bardziej odległe rejony. Już nam nie wystarczała rogatka, już za mało tu docierało wieści z miasta. Wypuszczaliśmy się więc aż na rynek, a przede wszystkim na plac św. Józefa, gdzie wciąż szumiało przed pałacem gubernatorskim i gdzie kilka razy widzieliśmy polskie sztandary i białego orła. Pozostały mi też w pamięci sceny, gdy dziwnie ubrani mężczyźni - ni to żołnierze, ni to cywile z biało-czerwonymi opaskami na rękawach odbierali karabiny żołnierzom Reichswehry i później prowadzili ich pod eskortą do więzienia na ulicy Łódzkiej. Tłumy śpiewały przed kolegiatą "Boże coś Polskę", "Jeszcze Polska nie zginęła" i "Rotę". Wkrótce potem gapiliśmy się na rogatce na długą kolumnę rozbrojonych żołnierzy niemieckich, eskortowanych na dworzec, gdzie ładowano ich do wagonów towarowych i wysyłano "nach Heimat". Wielkie to było i niezapomniane widowisko.

      Z nieco późniejszego okresu pamiętam przemarsze przez rogatkę w roku 1920 długich kolumn ochotników, które z orkiestrą wśród okrzyków i wiwatów zgromadzonej publiczności maszerowały na dworzec i zajmowały miejsca w pociągach do Warszawy. W tych ochotniczych oddziałach większość stanowili młodzi chłopcy (jeszcze prawie dzieci), którzy po kryjomu uciekali z domów, gdyż rodzice nie pozwalali im na wstąpienie do wojska. Pamiętam też w kilka miesięcy później powrót niektórych z tych chłopców. Najbardziej wbił mi się w pamięć żałobny powrót ulicą Wrocławską z dworca na lawetach armatnich braci Jarnuszkiewiczów, uczniów szkoły realnej (dziś liceum im. T. Kościuszki), poległych pod Warszawą. Pamiętam też w kilka lat później uroczystość żałobną w moim gimnazjum im. A. Asnyka ku czci siedmiu uczniów naszej szkoły, poległych nad Wisłą. Było to poświęcenie marmurowej tablicy z nazwiskami tych uczniów i pięknym mottem, które pamiętam do dziś, choć po tablicy nie ma już śladu: "Z posiewu krwi naszej ojczyzna róść będzie".

      Inne przeżycia z rogatki, które bardzo dobrze pamiętam, to wielka manifestacja na cześć Górnego Śląska, który krwawiąc w trzech kolejnych powstaniach, doczekał się wreszcie w październiku 1921 roku przyłączenia do Polski. Uchwałą rady miejskiej Kalisza ulica Wrocławska - na odcinku od rogatki do szosy prowadzącej w kierunku Szczypiorna - została wówczas przemianowana na Górnośląską. Na klasycystycznym budynku rogatki odsłonięto kamienną tablicę z nową nazwą ulicy i datami trzech powstań śląskich. Odbyła się wielka manifestacja, przemówienie wygłosił prezydent miasta. Wiwatowano na cześć Śląska, orkiestra odegrała hymn państwowy, a tłumnie zebrani mieszkańcy miasta odśpiewali "Rotę". Było to wielkie przeżycie patriotyczne.

      Już wtedy zaczynałem wiele rozumieć, chodziłem do szkoły, umiałem czytać. Rok 1920 był dla mnie progiem do innego życia. Rozpoczęta w tym roku nauka miała trwać - z przerwą wojenną - aż do 1946 roku.