POSŁOWIE

       Rodzicielska mogiła na starym cmentarzu w obcym wielkim mieście. Przychodzę tutaj często w dni powszednie i w każdą niedzielę. To tak, jakbym kontynuował tradycję niedzielnych wizyt u rodziców w czasach, gdy jeszcze mieszkałem w rodzinnym mieście. Przychodziłem wtedy do nich na długie przyjacielskie rozmowy. Mądrość rodzicielska była dla mnie zawsze drogowskazem na krętych ścieżkach życia. Wiem, że rodzice mają do mnie żal o to, że ułożyłem ich do snu wiecznego w tym obcym mieście, z dala od ukochanego Kalisza. Myślę, że Bóg daruje mi ten egoizm. Pragnąłem bowiem mieć ich przy sobie. Mam też nadzieję, że Bóg daruje mi również kłamstwo wyryte na granitowej tablicy. Napis głosi, że spoczywa tu także mój najmłodszy brat Henryk, uśmiercony pociskami hitlerowskiego plutonu egzekucyjnego. W rzeczywistości oprawcy wrzucili jego ciało do ciężarówki i wywieźli w nieznanym kierunku.

      Dziś - po latach - idę wolno aleją cmentarną, rozglądam się i rozmyślam. Jest wczesna wiosna, ale niebo nie zachwyca błękitem nie skrzy promieniami słońca. Cały przesiąknięty mgłą i mżawką omijam kałuże. Gdyby nie świergot wróbli, pokrzykiwania srok i gruchanie turkawek, gdyby nie rude wiewiórki skaczące po drzewach można by sądzić, że to jesień. Ta pora roku, ociekająca strumieniami deszczowych łez, zawsze bardziej harmonizowała mi z tym miejscem, gdzie wiecznym snem śpią ci, którzy kiedyś kochali i nienawidzili, tworzyli lub po prostu pracowali w trudzie dla dobra tej ziemi.

      Stary to cmentarz, najstarszy w tym wielkim mieście. Wiele tu pomników, krzyży, obelisków. Niektóre z nich pełne niezrównanej prostoty i głębokiego wyrazu, inne pretensjonalne, brzydkie i krzykliwe, pełne bogactwa i pychy. To żywi mówią za umarłych... Mijam niebotyczny krzyż ustawiony na chwałę tych, którzy gdzieś tam, zapomniani przez Boga i ludzi - oddali życie ojczyźnie. Idę do rodziców jak dawniej, gdy żyli. Wiem, że mnie tam oczekują świadomi, jak bardzo potrzebna jest mi rozmowa z nimi. Tylko im mogę zawsze wszystko opowiedzieć, tylko oni zawsze wszystko zrozumieją, wybaczą, za nic nie potępią... Zdążyłem już przyzwyczaić się do milczenia mogiły i do własnego milczenia. Nauczyłem się tu - wśród tej ciszy cmentarnej - tak właśnie z nimi rozmawiać.

      Idę więc w ten kwietniowy niedzielny poranek do nich. Minąwszy wielki krzyż, przyspieszam kroku, bo to już bliziutko. Patrzę w kierunku mogiły i nagle staję zdumiony. Przy grobie stoi wysoka postać w czerni, na płycie obok świeżych kwiatów płonie znicz. Podchodzę bliżej i widzę staruszkę o siwych włosach, zmęczonych i jasnych oczach, ostrych rysach twarzy. Wargi jej szepczą: "Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie..." Zatrzymuję się obok tej kobiety, a ona widząc w mych rękach kwiaty, wskazuje na mogiłę i pyta:

- Pańscy bliscy?
- Rodzice... - odpowiadam.
- Mój Boże! Już trzeci raz tu jestem i wreszcie kogoś spotykam! Dziwi się pan zapewne, co tu robię, dlaczego składam kwiaty na grobie pańskich rodziców... Jestem matką Andrzeja Kałużniaka. Na pewno rodzice panu o nim opowiadali...

      Tak, nagle wszystko stało się jasne. To matka tego bohaterskiego chłopca, który jako kurier podejmował się najbardziej niebezpiecznych misji, a przedzierając się do Berlina po drodze kwaterował u moich rodziców w Kaliszu. Oni pokochali go jak syna i ciężko opłakali jego śmierć. Opowiadali mi wiele o nim. Jego matka była nauczycielką w Warszawie, ojciec zginął we wrześniu 1939 roku. W roku 1942 podporucznik AK Andrzej Kałużniak (pseudonim konspiracyjny "Jacek") został ujęty przez gestapo w łodzi, a następnie rozstrzelany w głośnej egzekucji stu więźniów w Zgierzu.

- Jak to się stało, że trafiła pani na ten grób?
- Gdyby pan słyszał, jak mój Andrzej opowiadał o pańskich rodzicach. Z jaką miłością! Tam w Kaliszu był jego drugi dom... Po powstaniu warszawskim musiałam - jak inni - opuścić miasto, nie miałam gdzie się podziać. Wtedy przypomniałam sobie pańskich rodziców i postanowiłam dotrzeć do Kalisza. Nie udało mi się jednak przekroczyć granicy guberni, zatrzymałam się w Głownie u jakichś dobrych ludzi. Po wyzwoleniu wróciłam do Warszawy, ale mój dom był jednym wielkim rumowiskiem. Przyjechałam więc do Łodzi, zaczęłam tu pracować - i tak już zostało... W czasie jednej z corocznych uroczystości przed pomnikiem stu straconych w Zgierzu przypadkowo poznałam byłego oficera AK, który znał dobrze losy całej pańskiej rodziny... Jestem już trzeci raz przy tym grobie!

      Długo jeszcze gawędziłem z matką bohatera na tym starym cmentarzu. Spotkanie to było dla mnie wielkim przeżyciem. Przypomniałem sobie, że gdy budowałem nagrobek moim rodzicom, kamieniarz upierał się, aby wykuć na nim znany cytat z Horacego. Nie zgodziłem się, wydawało mi się wtedy, że słowa starożytnego poety mocno się zdewaluowały. Czas jednak sam umieścił na tym grobie ogromną, złotem pisaną, inskrypcję: NON OMNIS MORIAR.