IV. POD OBCYM PANOWANIEM
3. MĘSKIE GIMNAZJUM KLASYCZNE (1866-1914)

      W roku szkolnym 1866/1867 Gimnazjum Filologiczne przemianowano na Męskie Gimnazjum Klasyczne z siedmioma klasami. W 1874 r. dodano ósmą i w tym kształcie szkoła utrzymała się do 1914 r. Miała ona charakter ogólnokształcący z rozbudowanym programem nauki języków obcych, w szczególności starożytnych i przygotowywała uczniów do studiów uniwersyteckich.
      Przemianowanie szkoły na gimnazjum klasyczne zbiegło się ze znaczącą reformą administracyjną, w wyniku której na miejsce dawnych czterech powstało w Królestwie dziesięć guberni, w tym odnowiona kaliska, w skład której wchodziły powiaty: kaliski, koniński, turecki, sieradzki, łęczycki, wieluński i słupecki. Pierwszym gubernatorem kaliskim został generał - major ks. Aleksander Szczerbatow. Kalisz liczył wówczas ok. 13 tyś. ludności i stopniowo rozwijał się, by w przeddzień wybuchu I wojny światowej osiągnąć ponad 65 tyś. mieszkańców.
      Od 1867 r. na miejsce krótko działającej Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego utworzono na powrót Okręg Naukowy Warszawski podległy bezpośrednio władzom centralnym w Petersburgu. Pierwszym kuratorem okręgu został Teodor Witte. Funkcję tę pełnił do 1879 r. On to zapoczątkował w Królestwie proces rusyfikacji, jednak do "perfekcji" doprowadził go jego następca Aleksander Apuchtin (1879-1897), który wydalał nauczycieli i uczniów podejrzanych o nieprawomyślność, zastosował nadzór policyjny w szkołach, wprowadził rewizje domowe, tępił do tego stopnia kulturę polską, że okres ten nazwano "nocą apuchtinowską". Wprowadzając totalną rusyfikację miał się wyrazić, że doprowadzi do tego, iż "piastunki będą usypiać polskie dzieci rosyjskimi piosenkami".
      W omawianym okresie prócz pensji żeńskich i czteroklasowych szkół męskich o profilu podstawowym funkcjonowały w Kaliszu następujące placówki oświatowe średnie: Gimnazjum Żeńskie (1866), Szkoła Realna E. Pawłowicza (później K. Jerzykiewicza 1873-1893), rządowa Szkoła Realna (1883), Szkoła Handlowa (1906). Bardzo wielu nauczycieli uczyło jednocześnie w dwóch a nawet trzech z powyżej wymienionych zakładów.
      Tworzenie gimnazjów klasycznych było w znacznej mierze wynikiem tendencji, jakie zaznaczyły się w szkolnictwie zachodnim, zwłaszcza niemieckim, austriackim i francuskim. Rozwój badań filologicznych, wyrosły na gruncie zainteresowania kulturą klasyczną, wpłynął w zasadniczym stopniu na kształt szkolnictwa, głównie - średniego.
      Tak więc czołowe miejsca zajmowały dwa języki starożytne: greka i łacina, zwłaszcza ta ostatnia była obecna w programach nauczania we wszystkich klasach. Do przedmiotów obowiązkowych należała nauka języka niemieckiego, język francuski miał charakter fakultatywny, podobnie jak lekcje śpiewu i gimnastyki. W skład przedmiotów obowiązkowych wchodził początkowo język polski, który od 1869 r. uczyniono nadobowiązkowym. W tym czasie zaprzestano również nauczania historii Polski jako przedmiotu oddzielnego. Uprzywilejowaną pozycję miała nauka języka rosyjskiego, na którą stopniowo zwiększano liczbę godzin nauczania. W początkowym okresie wykładano w języku polskim, z wyjątkiem lekcji rosyjskiego, historii Rosji i Polski oraz geografii Cesarstwa Rosyjskiego i Królestwa Polskiego.
      Na mocy zarządzenia Aleksandra II z 1869 r. wprowadzono nauczanie wszystkich przedmiotów tylko w języku rosyjskim.
      W obowiązującym programie wyznaczono też miejsce dla przedmiotów ścisłych, do których zaliczano matematykę, fizykę oraz historię naturalną obejmującą wykłady z mineralogii, botaniki i zoologii. Do obowiązkowych należały lekcje rysunku z kaligrafią.
      Nauka religii uwidoczniona cenzurą na świadectwie należała do obowiązkowych przedmiotów nauczania, choć w warunkach gimnazjum kaliskiego wymagało to szczególnych zabiegów organizacyjnych, jako że uczniowie stanowili niejednorodną grupę wyznaniową. Przy zdecydowanej przewadze j katolików, naukę pobierali również ewangelicy i prawosławni, a w późniejszym okresie, co prawda nieliczni, Żydzi. Tak więc lekcje religii odbywały się oddzielnie, jak również osobno poszczególne grupy uczniów uczestniczyły w nabożeństwach: katolicy w kościele św. Mikołaja, ewangelicy w oddanej do ich dyspozycji w 1796 roku świątyni pojezuickiej, prawosławni w cerkwi zbudowanej na dawnym pl. Zamkowym w 1877 r.
      Szkoła mieściła się, podobnie jak dziś, w budynku przy ul. Grodzkiej. Jej majątek wynosił w 1867 r. 12 140 rubli i obejmował wyposażenie gabinetu fizycznego, meble szkolne i kancelaryjne oraz bibliotekę liczącą wówczas 3332 woluminy, 39 atlasów, mapy, wzory do rysowania oraz czasopisma93. W 1914 roku księgozbiór szkolny liczył 12 tyś. tomów. Nie dysponujemy dokładnymi informacjami na temat zawartości księgozbioru. Literaturę dobierano stosownie do wykładanych przedmiotów kładąc głównie nacisk na zakup encyklopedii i słowników, książek z zakresu geografii i językoznawstwa. Niektóre książki, zwłaszcza podręczniki dostarczały władze szkolne.
      Z myślą o skuteczniejszym wpływie na uczniów utworzono na I i II piętrze budynku szkolnego internat, poszerzony później o filię w kamienicy Fuldego naprzeciw gimnazjum. Władze szkolne roztoczyły ścisłą "opiekę" nad życiem uczniów w internacie wprowadzając niespodziewane kontrole. Nadzór ten wychowankowie odczuwali bardzo dotkliwie, skoro podczas jednej z niespodziewanych inspekcji, zgasiwszy uprzednio światło, rzucili się na inspektora Laszuka tak energicznie, że ten obronił się jedynie przy pomocy kastetu salwując się ucieczką. W śledztwie nie wykryto jednak winowajców. Dla zamiejscowych uczniów pobyt w internacie był obowiązkowy, tolerowano jedynie zakwaterowanie u bliskiej rodziny bądź na stancjach u nauczycieli gimnazjum.
      Dominującym elementem w pracy szkół państwowych w epoce postyczniowej były działania rusyfikacyjne tak doskonale zobrazowane w Syzyfowych pracach Stefana Żeromskiego. Nie wynikały one jedynie z gorliwości poszczególnych urzędników reprezentujących różne stopnie władzy, ale były wykładnikiem programu, realizowanego w stosunku do Polaków przez cara i jego centralną administrację. Program ten z gorliwością wypełniali urzędnicy, szczególnie ci, którzy pełnili odpowiedzialne funkcje. W szkolnictwie oznaczało to konsekwentne obsadzanie stanowisk dyrektorskich przez Rosjan.
      W 1864 roku na miejsce rektora wprowadzono tytuł inspektora jako zwierzchnika szkoły. Od 1873 r. inspektora zmieniono na dyrektora, prefekta na pomocnika inspektora, podobny tytuł nosił zastępca dyrektora94. Ostatnimi Polakami, którzy kierowali szkołą byli rektor Piotr Żebrowski (jednocześnie nauczyciel geografii) i jego zastępca inspektor Jan Kluczewicz. Późniejsi dyrektorzy to wyłącznie Rosjanie. Funkcje te pełnili w kolejności: Danił Ponomariew (od 1867 r.), Mitrofan Stepanowicz, Aleksander Sawicki (do 1881 r.), Antoni Siemienowicz (1881-1900), Teodor Władymirow (od 1902 r.), Siemion Anisimow, Aleksandrowski (od 1906 r.), M. Modin i Iwan Płaksin. Spośród wymienionych jedynie dwóch zapisało się trwałej w historii kaliskiego gimnazjum: Sawicki i Siemienowicz. Sawicki rozpoczął proces rusyfikacji, pełniąc funkcję dyrektora w okresie wprowadzania w życie wszystkich najważniejszych ustaw o charakterze antypolskim. Śladem jego zainteresowań historycznych jest publikacja zamieszczona w "Kaliszaninie" pt. Gimnazjum męskie w Kaliszu. Streszczenie rysu historycznego, odczytanego na uroczystym akcie w d. 16/28 czerwca 1874 roku przez Dyrektora tegoż Gimnazjum95. Szkic ten nie wnosi istotnych elementów do ówczesnej wiedzy o dziejach szkolnictwa kaliskiego, świadczy jednak o ambicjach pedagoga, który starał się poznać dzieje kierowanej przez siebie placówki.
      Znacznie trwałej zapisała się postać Antoniego Siemienowicza, który ze wszystkich dyrektorów rosyjskich najdłużej bo aż osiemnaście lat kierował kaliską szkołą. Siemienowicz urodzony w 1843 r. był zrusyfikowanym Rusinem. W Wiedniu ukończył studia filologiczne i zachęcony przez znanego slawistę Franciszka Miklosicha zajął się językiem staropolskim. Ukończył również wydział filologiczny w Petersburgu, zaś stopień doktora filozofii uzyskał w Lipsku. Poczynając od 1867 roku pracował jako nauczyciel gimnazjum siedleckiego, po siedmiu latach został mianowany inspektorem moskiewskiego okręgu naukowego, a w 1874 r. dyrektorem VI moskiewskiego gimnazjum. Funkcję dyrektora placówki kaliskiej objął w 1882 r. i pełnił ją aż do śmierci, to jest do marca 1900 r. Publikował po niemiecku, m.in. wydał w Lipsku Uber die Yermeitliche Quantitdt der Vocale im altpolnischen (O rzekomym iloczasie samogłosek w języku staropolskim) i Kritische Bemerkungen in altpolnischen Texten (Krytyczne uwagi o tekstach staropolskich). Miał poważny udział w tworzeniu Słownika języka polskiego Karłowicza, Kryńskiego, Niedźwieckiego. Najpoważniejszym osiągnięciem naukowym Siemienowicza jest Słownik języka staropolskiego, którego rękopis został przekazany Akademii Umiejętności w Krakowie. W podzięce za dar sekretarz Akademii Stanisław Smółka pisał, że "benedyktyńska ta praca, bogata w rozliczne szczegóły języka naszego, wprowadziła w zdumienie nasz świat naukowy"96. Siemienowicz wydał również broszurę w języku rosyjskim pt. O właściwościach języka węgiersko-ruskiego. Został pochowany na cmentarzu prawosławnym w Kaliszu.
      Janusz Smogorzewski w Rysie historycznym szkół kaliskich tak charakteryzuje Siemienowicza: "Pomimo swej surowej, poważnej twarzy, był to człowiek łagodny i dobry, jednakże brak należytej energii spowodował, że z biegiem czasu jednostki więcej energiczne spośród nauczycieli w rodzaju Kozłowskiego, Sławickiego, Laszuka, Dymitriewskiego i innych uzyskały decydujący wpływ na bieg spraw szkolnych, spychając dyr. Siemienowicza do roli biernego reprezentanta"97.
      W pamięci młodzieży jego postać jawiła się jeszcze w innym świetle. Tadeusz Miłobędzki w publikowanym wspomnieniu Pod władzą Krupy tak pisze o dyrektorze, którego osobiście poznał jako uczeń w latach 1883-1892:
      "Był to człowiek, w którym dziwnie były pomieszane wady i zalety. Zmoskwiczony Rusin, jeden z najbezwzlędniejszych wykonawców planów Apuchtina w rusyfikowaniu młodzieży polskiej i w zamykaniu jej dostępu do szkół, był osobiście człowiekiem sprawiedliwym: zawsze można było polegać na tym, co obiecał, i wierzyć w to, co powiedział, i zawsze można było znaleźć u niego opiekę w razie prześladowania ze strony któregoś z "gorliwszych" profesorów.
      Ten, który paru tysiącom młodzieży polskiej utrudnił zdobycie wykształcenia średniego, a w konsekwencji i wyższego sam był człowiekiem głębokiej wiedzy, którą zdobył wraz z doktoratem filozofii na uniwersytetach zagranicznych i sam oddawał się źródłowym badaniom, o ironio! języka polskiego...
      Jakiż to znakomity przykład, że przedmiot badań może być obiektem intelektu, nie będąc obiektem serca!
"98
      Ten dłuższy wywód poświęcony dyrektorowi Siemienowiczowi ma zaświadczyć, jak złożone były oceny niektórych przedstawicieli administracji carskiej, którzy przy wielu zaletach charakteru i umysłu realizowali w stosunku do Polaków wyrafinowaną często politykę rusyfikacji.
      Utrudnianie ukończenia szkoły średniej przybierało niejednokrotnie formy prawie sadyzmu i dotkliwej złośliwości. Tak na przykład z uczniów, którzy zostali przyjęci do zakładu w roku 1882/1883 nikt nie ukończył gimnazjum we właściwym terminie, a z rocznym opóźnieniem dotarło do ósmej klasy zaledwie dwóch.
      O charakterze szkoły i kierunku polityki wychowawczej decydowała, prócz dyrektora, kadra nauczycielska. W początkowym okresie w gimnazjum pracowali głównie Polacy, a na poufne zapytanie władz szkolnych w 1866 r., ilu nauczycieli włada językiem rosyjskim przyszła odpowiedź, że zaledwie czterech. W późniejszych latach, a głównie w epoce apuchtinowskiej, gwałtownie wzrastała liczba rosyjskich pedagogów. Tylko nieliczni z nich pochodzili z Królestwa Polskiego lub z dawnych ziem Rzeczypospolitej. Większość wywodziła się z odległych guberni Cesarstwa Rosyjskiego: charkowskiej, czernihowskiej, astrachańskiej, kijowskiej, orłowskiej, połtawskiej, riazańskiej, smoleńskiej, tambowskiej i włodzimierskiej99. Wielu spośród nauczycieli Rosjan legitymowało się uniwersyteckim statusem, ale nie brakowało też ludzi słabo wykształconych, o wątpliwym poziomie moralnym i niskiej kulturze osobistej, którzy często zajmowali eksponowane stanowiska, a przez to nadawali ton wychowaniu w szkole. Ludzie ci otrzymywali pracę w Królestwie w wyniku dyscyplinarnych decyzji władz oświatowych za niewłaściwe postępowanie, bądź też sami wybierali tu pracę z chęci zrobienia kariery i widoku lepszych zarobków (jako że Rosjanie w stosunku do Polaków byli wyraźnie faworyzowani pod względem finansowym). Nauczyciele Rosjanie w pojedynczych przypadkach wywodzili się ze stanu szlacheckiego, kilkunastu miało rodowód mieszczański, zaś zdecydowana większość to synowie popów, diakonów i zakrystianów100. Wielu z nich ukończyło wyższe uczelnie duchowne w Dorpacie, Kijowie i Moskwie. Oni to wyłącznie uczyli takich przedmiotów, jak: historia, geografia i język rosyjski, by wyrobić w wychowankach, jeśli nawet nie pogardę, to obojętność do wszystkiego, co polskie.
      Korzystniej prezentowała się grupa nauczycieli polskich; prawie wszyscy z nich, poza nielicznymi wyjątkami, ukończyli studia uniwersyteckie, wykazywali się gruntownym opanowaniem przedmiotu i gorliwością w wykonywaniu swych obowiązków. To oni zostawili najtrwalszy i konstruktywny duchowo ślad w pamięci wielu roczników wychowanków, co ci poświadczają w swoich wspomnieniach.
      Sytuacja materialna i prestiżowa nauczycieli była bardzo zróżnicowana: Rosjanie otrzymywali nagrody i specjalne dodatki do pensji, szybciej byli awansowani i częściej odznaczani. W grupie pedagogów nie-Rosjan ponad połowa zarabiała do 800 rubli rocznie. Tylko nieliczni pobierali więcej, jednakże nikt z Polaków nie przekroczył granicy 1500 rubli. Tak np. Władysław Rosicki (język polski, łacina) otrzymywał 800 rubli rocznie, Ksawery Balczewski (przedmioty historyczno-filologiczna) 1000 rubli.
      W znacznie korzystniejszej sytuacji znajdowali się Rosjanie, którym po każdych pięciu latach służby w Królestwie przysługiwało 25 procent dodatku do pensji, tak że po dwudziestu latach stażu pensja ulegała podwojeniu. Największa grupa Rosjan otrzymywała wynagrodzenie w granicach 1200 do 2000 rubli, ale wielu tę granicę przekraczało. Do "rekordzistów" należał inspektor szkół państwowych guberni kaliskiej Mikołaj Gliczenko, który zarabiał 4350 rubli, w czym zawierały się wydatki za przejazdy, rozchody kancelaryjne, mieszkanie i wysługę służby w Królestwie Polskim. Warto dla porównania dodać, że w latach osiemdziesiątych XIX wieku większość nauczycieli szkół początkowych podległych Dyrekcji Naukowej Kaliskiej zarabiała w granicach 100-200 rubli101. Łatwo zrozumieć, skąd brała się taka gorliwość pedagogów rosyjskich w realizowaniu polityki carskiej, skoro motywacje materialne miały tu jednoznaczną wymowę.
      We wspomnieniach wychowanków gimnazjum na plan pierwszy wysuwają się sprawy związane z szeroko zakrojoną akcją rusyfikacyjną. "Na ścianie - pisze jeden z nich - wprost wejścia do lewego skrzydła gimnazjum była zawieszona tablica z widocznym z dala napisem: "w murach gimnazjum mówić po polsku wzbronione". Przepis ten był przez nauczycieli Rosjan przestrzegany, komentowano go szeroko, gdyż nawet uczniowie, idąc parami do kościoła, po drodze również musieli mówić wyłącznie po rosyjsku. Czytanie polskich książek lub nawet ich posiadanie było najsurowiej karane. Kontrola dokonywana była drogą doraźnej rewizji, znienacka urządzanej w klasie, lub też przez szczegółowe przeglądanie niebogatych ruchomości uczniowskich, schowanych w szafie na stancji. Kodeks karny gimnazjalny był znany tylko nauczycielom, a zwłaszcza tym, którzy chcieli uczniom dokuczyć. Co zaś do strony formalnej, [...] to panowała jedna zasada, gdzie nauczyciel ma zawsze rację, uczeń zaś nigdy. Taki stan rzeczy powodował częste ze strony nauczycieli nadużycia i szykany, skierowane przeciwko tym lub innym uczniom. Zdarzały się wypadki, że prześladowany uczeń zmuszony był wystąpić z gimnazjum i szukać innej szkoły"102.
      Napis zabraniający rozmowy po polsku w murach szkoły nie był jedynie mało znaczącym ostrzeżeniem. Jeden z wychowanków Gimnazjum, Adolf Beatus, po latach wspominał, jak to będąc w roku szkolnym 1885/1886 uczniem ósmej klasy zaczął rozmowę po polsku z rosyjskim kolegę Tichonem Sokołowem, gdy ten powtarzał sobie przed zajęciami jakąś lekcję. Jeden z polskich pedli doniósł dyrektorowi Siemienowiczowi o tej rozmowie. Żadne zaprzeczenia nie okazały się skuteczne, ponieważ dyrektor przytoczył obwinionemu treść rozmowy. Nawiasem mówiąc uczniowie między sobą, wbrew zakazom, rozmawiali po polsku, a wspomniany Rosjanin Sokołów lepiej mówił po polsku niż po rosyjsku. Beatus został ponadto oskarżony, że chciał rosyjskiego kolegę "opoliaczit". Dowiedział się też, że decyzją rady pedagogicznej został skazany na dwanaście godzin "kozy", czyli aresztu szkolnego, z natychmiastową wykonalnością. Egzekutorem kary był stróż Kostia, który za pieniądze aresztanta zaopatrzył go w serdelki i bułki, a ponadto powiadomił ciotkę o zatrzymaniu w areszcie krewniaka, który o trzeciej nad ranem został przez stróża doprowadzony do domu. Autor wspomnień dla ścisłości podaje, że o piątej po południu dyrektor przysłał mu szklankę herbaty z chlebem. Ten niby błahy incydent miał jednak dla Beatusa bardzo poważne następstwa, bo otrzymał dwójkę ze sprawowania, w wyniku czego nie został dopuszczony do matury, a tym samym pozbawiony możliwości podjęcia studiów wyższych.
      Skoro już mowa o areszcie szkolnym jako pospolicie stosowanej karze za różnego rodzaju przewinienia, to warto dodać, że stopień represyjności za niedozwolone używanie języka polskiego był zróżnicowany i tak np. prawosławny odsiadywał 12 godzin "kozy", Żyd i ewangelik - 8 godzin, a katolik 4 godziny.
      W pamięci uczniów zapisało się niechlubnie kilku nauczycieli Rosjan, którzy ze szczególną złośliwością posuniętą do granic sadyzmu znęcali się nad młodzieżą, szczególnie polską. Najgłośniejszym z nich był Michał Kozłowski, człowiek o niskiej kulturze umysłowej i prymitywnym sposobie bycia, wrogo usposobiony do wszystkiego co polskie, obrażający w sposób prostacki poczucie narodowe i godność Polaków. Prześladowani uczniowie w swej bezsilności wypisywali w różnych miejscach wyrazy "kozioł" z wszystkimi możliwymi epitetami Co jakiś czas służba szkolna usuwała te napisy, które wkrótce pojawiały się z tym większą intensywnością rysowane i wydrapywane przez poniżanych wychowanków. Tradycja ta przenosiła się z pokolenia na pokolenie.
      Drugim znanym z niechęci do uczniów polskich był Dymitriewski, nauczyciel bardziej wykształcony i inteligentniejszy od Kozłowskiego. Poprzez swoje rozbiory historyczne i literackie miał znaczny wpływ na kształtowanie się rozwoju umysłowego wychowanków. Jednak, jak zauważał po latach jeden z jego uczniów, "był to pijak, nerwowiec i cham w obejściu. Miał czelność dać nam na wypracowanie egzaminacyjne w klasie siódmej temat: "Przyczyny upadku Polski i jej rozbiory" a my musieliśmy uzasadniać jakoby nasze przekonania, że tylko sami sobie Polacy w tym upadku byli winni"103.
       Zdarzało się, że najgorliwsi rusyfikatorzy w swym neofickim zapale ujawniali braki w dobrej znajomości języka rosyjskiego. Tak np. uczniowie sprytnie wykorzystywali fakt, że Kozłowski i Dymitriewski różnie akcentują te same wyrazy rosyjskie i powołując się na zalecenia oponenta doprowadzili do skłócenia swoich prześladowców. Sympatie i antypatie niektórych nauczycieli Rosjan kształtowały się też według brzmień nazwisk do tego stopnia, że na przykład uczeń z polskim nazwiskiem Bielecki otrzymywał gorszy stopień za tak samo napisane wypracowanie niż jego kolega o nazwisku Kolbe.
      Niekiedy dochodziło do rękoczynów między wychowankami a wychowującymi, szczególnie nauczycielami znienawidzonymi przez młodzież. Wspomnieliśmy już o pobiciu inspektora Laszuka podczas jego wizyty w internacie; w 1903 r. uczeń VI klasy Adam Szebeko spoliczkował nauczyciela języka rosyjskiego Aleksandrowskiego. Aleksandrowski należał po Kozłowskim do największych polakożerców, toteż wkrótce awansował na dyrektora gimnazjum.
      Opór uczniowski wobec działań rusyfikatorskich przybierał różnorodny charakter, przy czym ciche bojkotowanie zarządzeń władzy należało do najczęstszych reakcji. Kiedy z okazji świąt państwowych młodzież musiała uczestniczyć w uroczystościach, jakie organizowano w cerkwi, zdarzało się, że w czasie hymnu dało się słyszeć zamiast "Boże caria chrani" "Boże caria ubi", co wywoływało zrozumiałą irytację władz.
      Zasadniczy wpływ na wychowanie mieli jednak pedagodzy Polacy. Ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Kiedy uczeń był karany za rozmowę po polsku "kozą", nauczyciela za to samo wydalano ze służby. Toteż nauczyciele ci byli ustawicznie w sytuacji konfliktu wewnętrznego wynikającego z konieczności zachowania choćby pozornej lojalności wobec pracodawcy i poczucia wspólnoty narodowej z uczniami. Proza codziennego bytowania wymuszała pewne postawy, które z pozycji zewnętrznego obserwatora wydają się moralnie dwuznaczne. Wspomnieliśmy już, że władza nie szczędziła nagród, wyróżnień i odznaczeń dla pedagogów Rosjan. Rzecz charakterystyczna, żaden z nauczycieli rosyjskich nie był uhonorowany medalem za uśmierzenie polskiego buntu, czyli powstania styczniowego. Spotykało to jednak wielu Polaków: S. Barcikowskiego, J. Łosia-Bielickiego, E. Pawłowicza, A. Dąbrowskiego, I. Kowalskiego, K. Potockiego a nawet Stefana Gillera, którego brat Agaton był uczestnikiem powstania i znanym działaczem politycznym. Można przypuszczać, że odznaczeni nie byli zachwyceni takimi honorami. Nie zapominajmy jednak, że podstawowym warunkiem zatrudnienia każdego nauczyciela było podpisanie deklaracji lojalności. Posługując się tego rodzaju perfidnymi metodami władze carskie chciały tych wychowawców politycznie i moralnie zdyskredytować w opinii społeczeństwa i uczniów, sugerując po czyjej stronie się opowiedzieli w konflikcie polsko-rosyjskim.
      Jednak wychowankowie nie dali się zwieść takim zabiegom. Instynktownie odczuwali, kto jest z nimi i tych darzyli szczególną sympatią poświęcając im po latach ciepłe wspomnienia.
      Jednym z nich był Ksawery Balczewski pochodzący z rodziny szlacheckiej, urodzony w guberni kowieńskiej w 1829 r. Po ukończeniu Uniwersytetu w Dorpacie podjął pracę w Kurlandzkim Urzędzie Gubernialnym jako sekretarz kolegialny. Po przerwie spowodowanej chorobą był zatrudniony w Kurlandzkiej Izbie Skarbowej jako jej przewodniczący. W 1862 r. podjął pracę w gimnazjum wileńskim, a dwa lata później w Łódzkiej Powiatowej Szkole Specjalnej. Do Kalisza przeniósł się na stałe w 1866 roku, by uczyć łaciny i historii w gimnazjum męskim. W trzecim roku pobytu w tym mieście został odznaczony orderem Św. Stanisława III klasy. Był utalentowanym pedagogiem i spolegliwym opiekunem młodzieży. Imponował gruntowną i rozległą wiedzą, jego lekcje były zawsze interesujące, potrafił zaciekawić uczniów omawianym przedmiotem. Propagował twórczość Świętochowskiego, zachęcał do czytania "Prawdy", zwracał uwagę na piękno stylu, interesował się muzyką, wysoko cenił Wagnera. Wywierał olbrzymi wpływ na wychowanków, wcześnie dostrzegł talenty literackie u Adama Dobrowolskiego (późniejszego krytyka teatralnego) i Karola Sękowskiego (późniejszego poety) zachęcając ich do pisania. Oto jak plastycznie przedstawił jego sylwetkę jeden z uczniów:
      "Otóż te pedagogiczne talenty w stopniu najwyższym posiadał prof. Ksawery Balczewski (Baltazar). Z wykształcenia dorpatczyk, umiejący swymi lekcjami zaciekawić nas, a potem zagrzać do nauki o starożytności, był on tym wymarzonym wychowawcą i opiekunem młodzieży. Słuchaliśmy wszyscy, choć strachu w nas nie wzbudzał. Nikogo nigdy z nas nie karał, a za największą karę poczytywaliśmy sobie to, jak się Baltazar obraził na jednego z nas lub też na całą klasę, co zresztą zdarzyło się wszystkiego raz czy dwa. Szło się wówczas do niego do mieszkania z przeprosinami i znów zgoda zapanowywała między ukochanym nauczycielem a nami. Pouczał nas zawsze ten Petroniusz w czynie i słowie, że chłopiec nie tylko winien być prawy i pilny, ale również wykwintny w swej obyczajowości i formach zewnętrznych. Był naszym wychowawcą w klasach czwartej i piątej, właśnie wtedy, kiedy byliśmy w tak zwanym wieku oślim, co to ani groźbą, bo to już za późno, ani prośbą, bo to jeszcze za wcześnie; a jednak jakżeż doskonale umiał sobie dawać z nami radę! Niestety, odszedł od nas na zawsze po dłuższej chorobie, kiedym był w piątej klasie [Balczewski zmarł w Kaliszu 12 III 1889 r. - przyp. E. P.]. Na kamieniu grobowym ma wykuty wymowny napis: "Przyjacielowi młodzieży; był nim istotnie"104.
      Po śmierci Balczewskiego "Kaliszanin" zamieścił wiersz jednego z uczniów profesora, będący piękną formą hołdu składanego zasłużonemu pedagogowi:

Długi lat szereg kaganiec
Przed wzrastającym nosił pokoleniem,
A gdy go rzucił czas na śmierci szaniec
Nie zszedł ze świata błędnym, nikłym cieniem.
Niejedno przyszłych wieków zasiał ziarno,
Uczył, jak ludzkość kochać najgoręcej
Wstępując nawet w krainę cmentarną
Wciąż wołał jeszcze: "światła, światła więcej"
I jeśli dziś na pięknej naszej niwie
Niejedno bije szlachetniejsze serce
I myśl niejedna wiedzy pragnie chciwie
On wzniecił blask ten w tlejącej iskierce...
105

      Postacią trwale zapisaną w dziejach kaliskiego Gimnazjum był Stefan Giller, znany również pod literackim pseudonimem Stefana z Opatówka. Przez 35 lat związany z kaliską szkołą jako nauczyciel języka polskiego oraz historii i teorii literatury. Giller urodził się w Opatówku w 1834 r. Wyższą Szkołę Realną w Kaliszu ukończył razem z Asnykiem w 1853 r. Dalej zdobywał wiedzę drogą samokształcenia pracując jednocześnie jako adiunkt, najpierw w warszawskim a później w kaliskim Archiwum Akt Dawnych. Po zdaniu stosownych egzaminów objął w 1862 r. posadę nauczyciela przedmiotów historyczno-filologicznych w Gimnazjum Męskim w Kaliszu, jednocześnie aktywnie uczestnicząc w życiu literackim. Wydał kilka tomów poetyckich, pisał powieści o tematyce narodowo-wyzwoleńczej, rozprawki historyczne i historyczno-literackie. Uprawiał też poezję okolicznościową bardzo często związaną z jubileuszami literackimi Kraszewskiego, Asnyka i Konopnickiej. Publikował utwory w około 40 czasopismach m.in. w "Biesiadzie Literackiej", "Dzienniku Poznańskim", "Kurierze Warszawskim", "Gazecie Kaliskiej", "Nowej Reformie" i "Ruchu Literackim". Opiekował się uczniami podejmującymi próby
literackie.
      Giller uczył w czasach największego nasilenia działań rusyfikacyjnych, kiedy w sposób urzędowy ograniczano liczbę godzin języka polskiego. Poczynając od 1873 roku język polski traktowano jako przedmiot nadobowiązkowy i najczęściej umieszczano go na początku lub na końcu obowiązkowych zajęć. I choć uczniowie rozumieli doniosłość tych lekcji, to nie starczało im pilności do solidnego opanowania całego materiału. Giller dokładał wszelkich starań, by jego podopieczni przyswoili sobie materiał potrzebny dla kształtowania sylwetki duchowej każdego Polaka. Uczył w czasach największego nasilenia działań rusyfikacyjnych, gdy podręczniki do języka polskiego były pisane po rosyjsku, a tylko przykłady podawano po polsku. W klasach początkowych obowiązywała gramatyka Muczkowskiego, zaś od klasy czwartej gramatyka Grubeckiego z licznymi błędami i dziwolągami językowymi. Dla klas wyższych przeznaczono podręcznik literatury polskiej Teodora Wierzbowskiego. Miał on charakter wypisów z ponad stu autorów polskich. Chrestomatię zamykały nazwiska Libelta, Szajnochy, Bartoszewicza, Kraszewskiego i Szujskiego (w wyd. z 1884 roku), w drugim wydaniu z 1888 roku dodano Konopnicką z wierszem "Noc letnia" i Sienkiewicza z nowelą "Janko muzykant". Ponadto znajdowały się tu przykłady z twórczości ludowej. Utwory zamieszczone w przypisach były indyferentne politycznie i ideowo, nie dawały w żadnym wypadku wyobrażenia o rzeczywistym charakterze twórczości określonego pisarza. Informacje o życiu i twórczości każdego z autorów były pisane po rosyjsku.
      Również lekcje języka polskiego odbywały się po rosyjsku. Zajęcia z literatury polegały na tłumaczeniu wybranych utworów z języka polskiego i uczeniu się na pamięć życiorysów z podręcznika Wierzbowskiego. Giller, gdy dyrektora nie było w pobliżu, uzupełniał Wierzbowskiego po polsku. Siemienowicz, ówczesny dyrektor przezywany przez uczniów "Krupą", lubił podsłuchiwać pod drzwiami i wpadać znienacka do klasy. Gdy raz zastał Gillera poprawiającego zeszyty w ławce pod oknem a nie przy katedrze - zbeształ go za to przy uczniach.
      Giller znacznie poszerzał program języka polskiego, zalecał młodzieży czytanie poza szkołą podręczników do literatury polskiej Mecherzyńskiego, Bartoszewicza i Spasowicza. Jako opiekun biblioteki szkolnej zachęcał do czytania klasyków: Szekspira, Goethego, Byrona co prawda w języku rosyjskim, bo polskich tłumaczeń nie było w szkolnych zbiorach. Jako poeta, nagrodzony m.in. za poemat Jan Kochanowski z Czarnolesia w 1884 roku, przykładał znaczną wagę do ukazania estetycznych walorów tekstu. Sam mówił donośnym i dźwięcznym głosem, całe partie tekstów recytował z pamięci. Od uczniów żądał dokładnego wyuczenia się życiorysów na pamięć a głośna deklamacja była jego ulubioną formą na lekcjach języka polskiego. Uczniowie nazywali go Chińczykiem i choć język polski był przedmiotem nadobowiązkowym, starali się uzyskać z niego jak najlepsze stopnie.
      W materiałach przechowywanych w zbiorach Biblioteki Kórnickiej znajdują się konspekty i teksty in extenso lekcji prowadzonych przez Gillera, które pozwalają zorientować się, w zakresie i sposobie podawania materiału lekcyjnego z logiki, stylistyki i literatury polskiej. Zajmował się teorią poezji i prozy, dokładnie analizował poszczególne gatunki liryczne i egzemplifikował je utworami, dokonując wartościowania literatury polskiej w układzie gatunkowym. Wiele uwagi poświęcał pieśniom ludowym ubolewając, że nie zostały one dotąd zebrane sklasyfikowane i opublikowane106.
      Spójrzmy dla przykładu na tematy niektórych ćwiczeń zadawanych uczniom przez Gillera, poczynając od oddziałów najmłodszych do najstarszych. I tak w klasie I: Samson (streszczenie opowiadania), Kruk i lis (przekład z wiersza na prozę), w II: Jarmark (opis), Jak przepędza dzień pilny uczeń, a jak łobuz i leniwiec (list do siostry); w III: Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy, Jest to cnota nad cnotami trzymać język za zębami; w IV: Milczek, wielomówny, wymowny - trzy charakterystyki, O potrzebie i pożytku pracy; w V: Bitwa pod Grunwaldem podług Długosza, Życiorys i dzieła Jana Kochanowskiego, Cudze rzeczy wiedzieć ciekawe jest, a swoje potrzeba (A. Fredro); a w VI: Cudze złe na słońcu, swoje w cieniu stawiamy radzi, Wacław Potocki; zaś w VII: Mikołaj Kopernik (życiorys), Rozbiór chóru z III pieśni Odprawy posłów Jana Kochanowskiego; i w VIII: Adam Mickiewicz (życiorys i dzieła), Ogólny pogląd na wiek Stanisławowski107.
      W roku 1900, kiedy Giller przebywał już na emeryturze, weszły w życie nowe przepisy dotyczące nauczania języka polskiego w szkołach średnich. Zalecenia te, zatwierdzone przez ministra oświaty 24 VII 1900 r., określały miejsce i sposób nauczania języka polskiego.
      "Nie wzbrania się nauczycielom języka polskiego w średnich zakładach naukowych warszawskiego okręgu naukowego używać przy wykładzie na równi z mową rosyjską także i mowy polskiej, czy czym nauczyciele powinni dawać jedne i też same objaśnienia i po rosyjsku, i po polsku w tych klasach, w których będzie to uznane za potrzebne na początku roku szkolnego przez radę pedagogiczną i naczelnika szkoły, w zależności od składu klasy i stopnia praktycznej znajomości przez uczniów języka rosyjskiego. Nauczania gramatyki prowadzi się po rosyjsku, czy czym terminy gramatyczne, stylistyczne i retoryczne używają się też same jak i przy nauczaniu języka rosyjskiego oraz teorii literatury.
      Do ustnych i pisemnych tłumaczeń na język polski wykłada się wyłącznie teksty rosyjskie brane z dzieł najlepszych pisarzy rosyjskich. W ogólności język polski wykłada się według możności porównawczo i równolegle z językiem rosyjskim
"108.
      Do wyróżniających się nauczycieli należał Bronisław Gałczyński (1846-1918). Jako młodzieniec brał udział w powstaniu styczniowym. Ukończył fakultet nauk przyrodniczych w Szkole Głównej. Jakiś czas zatrudniony był jako robotnik, a od listopada 1872 r. podjął pracę w wydziale administracyjnym rządu gubernialnego. Po przejściu do gimnazjum, uczył geografii, matematyki i języka polskiego. Przez wiele lat był organizatorem koncertów i przedstawień amatorskich, z których dochód przeznaczono na rzecz niezamożnych uczniów. Wygłaszał prelekcje na tematy geograficzne i biologiczne, publikował artykuły w "Gazecie Kaliskiej". W 1883 r. został mianowany członkiem korespondentem Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, w 1907 r. był współorganizatorem konferencji pedagogicznej. Pozostawił po sobie podręcznik geografii napisany po rosyjsku. Po tym jak wyszło zarządzenie, że geografii mogą uczyć wyłącznie Rosjanie, Gałczyński prowadził zajęcia tylko języka polskiego. Posiadał bardzo rozległą wiedzę przyrodniczo-humanistyczną i całą swoją działalność pedagogiczną, społeczną i popularyzatorską zaświadczył, że był godny pokolenia wychowanków Szkoły Głównej, co jak "posłańcy z pochodniami" podnosili poziom cywilizacyjny naszego społeczeństwa. Posłużył jako pierwowzór powieściowy dla postaci Daniela Ostrzeńskiego z "Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej w wersji nie wolnej od komizmu i karykatury.
      Wielkim uznaniem wśród uczniów cieszył się Ludwik Smogorzewski zwany powszechnie Wajterem. Urodził się w 1836 roku w guberni kowieńskiej. Wywodził się z rodziny szlacheckiej. Studiował w Dorpacie, ale tytuł nauczyciela języka niemieckiego otrzymał w Wileńskim Instytucie Szlacheckim. Pracę w Gimnazjum Męskim w Kaliszu podjął w 1866 r. choć prowadził również zajęcia w Gimnazjum Żeńskim i w Prywatnej Szkole Realnej E. Pawłowicza. Smogorzewski uczył również języka francuskiego. Uczniów kochał i była to miłość z pełną wzajemnością. Darzył ich często epitetem "szlafmyca". Nie bał się rozmawiać z nimi w gimnazjum po polsku, toteż darzono go ogromnym zaufaniem i jedno jego słowo więcej znaczyło dla wychowanków niż najbardziej dotkliwa reprymenda109.
      Wiele sympatycznych wspomnień poświęcono znakomitemu matematykowi Apolinaremu Klonowskiemu. (Był on) "przykładem pobożności - wspomina jeden z uczniów. Codziennie raniutko można go było spotkać w otoczeniu swych synów, a naszych kolegów, w kolegiacie przed obrazem św. Józefa, słuchającego na klęczkach Mszy Św. Nie lubił patrzeć w czasie nabożeństw szkolnych na uczni, klęczących na jednym kolanie, toteż nieraz podchodził z tyłu i pociągnął swoją zakrzywioną laską za drugą nogę, więc trzeba się było piklować. W stawianiu stopni był chodzącą sprawiedliwością i nie zważał, czy uczeń był synem jakiejś figury urzędowej, czy też zwykłego śmiertelnika. Nic tu nie pomogły nawet pogróżki wysoko postawionych osób przeniesienia go na inne miejsce. Zdaje mi się, że prof. Klonowski miał specjalną satysfakcję w dokonaniu [!] niektórym zarozumiałym Moskalom, mówiąc: "Wojennym człowiekom możesz był, no uczonym nikogda"110.
      Największym zaufaniem cieszył się wśród wychowanków ksiądz Józef Szafnicki, prefekt Gimnazjum Męskiego i Gimnazjum Żeńskiego, Absolwent Akademii Duchownej w Petersburgu. Uczniowie znajdowali w nim niezawodnego powiernika, u niego też spowiadała się większość młodzieży. Był "najłagodniejszym z łagodnych", nie ukrywano przed swoich poglądów, wciągając poczciwego prefekta w kłopotliwe dyskusje. Wśród starszych uczniów budziły zaciekawienie nowinki pozytywistyczne, w domach czytano "Przegląd Tygodniowy", "Prawdę" i "Wszechświat", zainteresowanie budziły też książki podejmujące kwestie religijne, jak na przykład "Dzieje stosunku wiary do rozumu" Drapera czy "Przewrót umysłowy w Polsce w XVIII w." Smoleńskiego. Ks. Szafnicki z taktem i dobrocią odnosił się do wychowanków przeżywających światopoglądowe burze. Bronił ich też przed surowymi represjami władzy szkolnej, a w podniosłych kazaniach wpajał zasady moralne dobra i miłości. Przy całym maksymalizmie etycznym posiadał poczucie humoru, co również przysparzało mu popularności wśród młodzieży111.
      Można by mnożyć nazwiska tych nauczycieli Polaków, którzy z zapałem i poświęceniem kształtowali świadomość młodych w przekonaniu, że będą oni budować wolną ojczyznę. Pokolenie to na pierwszym Zjeździe wychowanków w 1923 r. już w wolnej Polsce potrafiło docenić wysiłek pedagogów. Fakt, że już w latach siedemdziesiątych XIX w. absolwenci ufundowali stypendium dla niezamożnych uczniów imienia ulubionych profesorów Ignacego Kowalskiego i Albina Dąbrowskiego świadczy, jak silne więzy łączyły w kaliskim Gimnazjum wychowanków z wychowawcami.
      Alfons Parczewski w swoich wspomnieniach podkreśla, że młodzież gimnazjalna zachowywała się godnie i nie było przypadków "łobuzerki" lut awantur na mieście. Do ulubionych zabaw należała gra w piłkę na łęgi majkowskim lub na szwedzkich górach na Zawodziu, które wówczas przypominały swym wyglądem średniowieczne grodzisko. Urządzano także wycieczkę nad Swędrnię pod Rajsków. Nie oznaczało to, że ówcześni uczniowie byli gromadą potulnych baranków. Jak w każdej zbiorowości szkolnej, tak i tu zdarzały się próby łamania surowego regulaminu. Latem kąpano się w Prośnie zimą wyprawiano się na łyżwach aż do Piwonie. W okresie zimowym szczególną popularnością cieszył się Kogutek w parku, gdzie można było n; iluminowanym lodowisku przy dźwiękach orkiestry wojskowej "holendrować w pojedynkę bądź w towarzystwie uroczych pensjonarek.
      Wychowankowie chodzili w regulaminowych uniformach. Za spacer w rozpiętym mundurku lub szynelu groziła kara. Niektóre pryncypalne ulice były dla uczniów zabronione. Tak więc nie było im wolno spacerować po Mariańskiej i Warszawskiej, a także po niektórych częściach Rynku. Wstęp do cukierni i restauracji był surowo zabroniony. Właściciele nie gardzili jednak kopiejkowymi zarobkami uzyskiwanymi od uczniów. W cukierniach Gussmana w Rynku i Fibigera na Warszawskiej były specjalne pokoiki z tyłu, przeznaczone dla tych, którzy unikali kontaktów z władzą szkolną. Podobne pomieszczenia czekały na uczniów w hotelach - Wiedeńskim i Polskim, gdzie w każdą niedzielę po mszy można było zafundować sobie flaki z piwem. Palenie "tytuniu" należało do prawie obowiązującego ceremoniału podkreślającego mniemaną dorosłość. Wydaje się, że istniała jakby cicha umowa, w myśl której władza szkolna nie zapuszczała się do tych "siedlisk zepsucia", jak nazywała je często miejscowa prasa.
      Tylko część wychowanków mieszkała w domach rodzinnych. Większość, przybyła spoza Kalisza, znajdowała locum na stancjach. Prowadzenie ich wymagało specjalnego pozwolenia. Uprzywilejowani pod tym względem byli nauczyciele gimnazjalni gwarantujący, w przekonaniu władz, właściwą opiekę moralną i polityczną nad uczniami. Dla wielu rodzin, a zwłaszcza samotnych kobiet, dochód z prowadzenia stancji był jedynym źródłem utrzymania. Już w czerwcu ukazywały się anonse w prasie polecające rodzicom stancje dla dzieci. Wytworzyła się nawet pewnego rodzaju rywalizacja; starano się pozyskać młodocianych, oferując dodatkowe świadczenia, np. konwersacje w językach: francuskim, niemieckim i angielskim, korepetycje oraz lekcje gry na fortepianie. W tym celu zatrudniano dodatkowo nauczycieli.
      Nie brakowało jednak i narzekań na poziom opieki na stancjach. Oskarżano niektórych właścicieli, że mając jedynie zysk na względzie zaniedbują wychowanie moralne uczniów, którzy swobodnie palą papierosy, grają w karty i w bilard, wałęsają się po mieście, a nawet, co już szczególnie gorszyło, przebywają za kulisami w teatrze.
      Teatr odgrywał bardzo ważną rolę w życiu ówczesnej młodzieży. Przedstawienia dla uczniów organizowano tylko w soboty lub w dni przedświąteczne. Tak na przykład na spektaklach w teatrze za dyrekcji Golińskiego bywało około stu pięćdziesięciu uczniów. Bilet wstępu dla młodzieży szkolnej kosztował 15 kopiejek (dla dorosłych 2-4 ruble). Za tę cenę uczniowie zajmowali miejsca stojące przy krzesłach na parterze; wynajmowano ich też w charakterze klakierów. Taki zorganizowany aplauz często decydował o powodzeniu sztuki.
      Środowisko wychowanków było zróżnicowane pod względem narodowościowym, religijnym i socjalnym. Młodzież rosyjska dość szybko asymilowała się w gronie polskich rówieśników. Dochodziło nawet do zabawnych sytuacji; tak na przykład Rosjanin Koperników grał - oczywiście bez zezwolenia władz szkolnych - na koncercie w orkiestrze szkolnej podczas mszy w kościele katolickim, a w tymże kościele ewangelik Czesław Rasel dyrygował chórem uczniowskim. Zdarzało się też, że polskie pieśni (np. Ojcze w niebie Moniuszki) tłumaczono na rosyjski i wykonywano w cerkwi. Rosjanie urodzeni w Polsce na ogół dobrze mówili po polsku, przyjezdni, choć nieco rozumieli, nie starali się nauczyć języka tubylców.
      Więzy młodzieńczej solidarności bywały silniejsze niż nakazy i zakazy rodziców nieraz bardzo wysoko postawionych w miejscowej hierarchii administracyjnej. Dość przypomnieć tu udział w strajku szkolnym syna samego prokuratora kaliskiego, uczeń ten był jednym z głównych agitatorów w czasie rozruchów. Młodzież korzystała z biblioteki wicegubernatora Rybnikowa poprzez kontakt z jego synami, którzy do tego stopnia spolonizowali się, że pozostali się Polsce. Po ukazaniu się Nocy i dni M. Dąbrowskiej przesłali autorce serdeczne listy z podziękowaniem za powieść, która przypomniała im młodzieńcze lata spędzone w Kaliszu w otoczeniu Polaków.
      Pod koniec XIX wieku uczniowie zaczęli tworzyć potajemnie kółka samokształceniowe, które początkowo miały na celu pogłębianie i rozszerzanie wiedzy z zakresu historii i literatury ojczystej. Do Kalisza docierały też nowe idee społeczne. W 1891 r. odbyło się pierwsze zebranie młodych socjalistów u Bronisława Szperlinga przy ul. Babinej. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że grupka radykalnej młodzieży urządzała też swoje spotkania w budynku więziennym, gdzie mieściło się mieszkanie naczelnika. Gospodarzem spotkania był syn naczelnika Władysław Dobrzyński. Urządzano także zebrania w kancelarii parafialnej zboru ewangelickiego u Karola Foszera, który w tym czasie mieszkał na stancji u pastora Haberkanta, uczestnika powstania styczniowego. Zebrania odbywały się w atmosferze gorących, młodzieńczych dyskusji; wysłuchiwano też relacji o ruchach socjalistycznych w Warszawie, w Rosji i w krajach zachodnich. Emisariuszami tych nowych idei byli najczęściej studenci relegowani z uczelni warszawskich. Literaturę o treści socjalistycznej przywoził m.in. student medycyny Pióro, syn dyrygenta orkiestry w Kaliszu. Czytano potajemnie dzieła Marksa, Engelsa, Kautskyego i Kropotkina. Ten pierwszy zaczyn myśli socjalistycznej spowodował, że ze środowiska kaliskiego wyszło wielu znanych działaczy ruchu robotniczego.
      Nowe idee przenikały nie tylko do umysłów młodzieży, ale wywoływały narastający bunt. Jego kulminację stanowił słynny strajk szkolny w 1905 r. Kaliszanie studiujący w Warszawie, w Petersburgu i innych ośrodkach uniwersyteckich przywozili do rodzinnego miasta nowinki: o wystąpieniach robotników i studentów, o radykalnych nastrojach szerzących się wśród ludności tak polskiej, jak i rosyjskiej. Coraz śmielej mówiono o zbliżającym się upadku "kolosa na glinianych nogach", jak wówczas nazywano carską Rosję. Korupcja i demoralizacja administracji carskiej utwierdzały tylko ludzi w tych przekonaniach. Równolegle pogarszały się warunki życia. Wiosną 1904 r. deszcze zniszczyły uprawy, a powódź, jaka nastąpiła na skutek wylewów Prosny i Warty, przybrała rozmiary klęski żywiołowej. Letnia susza dopełniła miary nieszczęść. W przemyśle włókienniczym, tak bardzo rozbudowanym w Kaliszu, nastąpił ostry kryzys. W mieście było dwa tysiące bezrobotnych, pozostałym pracownikom znacznie obniżono płace. Widmo nędzy i głodu wywoływało wśród robotników nastroje buntu. Więźniowie polityczni, na skutek złego traktowania i zrównania ich z więźniami kryminalnymi ogłosili strajk głodowy.
      Coraz gorsze wieści nadchodziły z frontu wojny rosyjsko-japońskiej. W tej sytuacji pobór rekruta naznaczony w Kaliszu na dzień 23 września 1904 r. zaostrzył powszechne napięcie. W listopadzie miały miejsce pierwsze wystąpienia robotników, ale zostały szybko stłumione.
      Fala strajków, jak objęła większe ośrodki przemysłowe po "krwawej niedzieli" w Petersburgu, dotarła i do Kalisza. 31 stycznia 1905 roku robotnicy z fabryki koronek Dancyngiera wyszli na ulicę, agitując pracowników sąsiednich zakładów. Po raz pierwszy na kaliskiej ulicy zabrzmiały słowa rewolucyjnej pieśni Czerwony sztandar.
      Robotnicze wystąpienia znalazły żywy oddźwięk wśród uczniów szkół kaliskich. Już w styczniu utworzyli oni komitet strajkowy złożony z przedstawicieli gimnazjum męskiego i żeńskiego oraz szkoły realnej. Należeli do niego Sławomir Czerwiński, Walenty Machowski, Aleksander Załęski, Bernard Morawski, Eugenia Berke, Olga Ham. Komitetem kierował Sławomir Czerwiński, późniejszy minister Oświecenia Publicznego i Wyznań Religijnych w rządzie odrodzonej Polski.
      W przeddzień wystąpień, 31 stycznia 1905 r. przyjechał do Kalisza Konstanty Jakimowicz, student Politechniki Warszawskiej. W tym samym dniu wieczorem odbył się na cmentarzu tynieckim wiec młodzieży kaliskiej. Jakimowicz radził poczekać ze strajkiem, skoordynować go z wystąpieniami w innych miastach prowincjonalnych, wzywał do porozumienia się z rodzicami. Wystąpienie jego przerywano jednak okrzykami wyrażającymi niezadowolenie z kunktatorskiego stanowiska mówcy. Młodzież kaliska domagała się natychmiastowego czynu.
      Strajk rozpoczęła młodzież Gimnazjum Męskiego. W dniu pierwszego lutego dzwonek wiszący na budynku szkolnym dał znak do rozpoczęcia wystąpień. Dzwonek odezwał się podczas drugiej lekcji. Uczniowie, pomimo protestów nauczycieli i pedli, z zacietrzewieniem, tłukąc szyby, wybiegli na dziedziniec. Następnie wyszli na plac cerkiewny i udali się do gimnazjum żeńskiego, mieszczącego się przy dzisiejszym placu Kilińskiego. Tu zastali już bramę zamkniętą przez uprzedzoną wcześniej o wypadkach dyrekcję szkoły. Młodzież wyważyła drzwi, otwarła klasy i "wezwała koleżanki do opuszczenia gmachu". Dalszy ciąg wydarzeń znamy z relacji uczennicy tego gimnazjum, Marii Dąbrowskiej:
       "W gimnazjum lekcje rozpoczęły się tego dnia jak zwyczaj. W klasie panowała martwa, ospała cisza, którą wzmagał jeszcze głos wydawanej właśnie lekcji.
      [...] Nagle niezrozumiały huk przestrzelił cały gmach, niby piorun, który zda się, rozłupał mury od góry do dołu. Jednocześnie zaczęły dźwięczeć rozbijane szyby, a niewyraźna wrzawa przeobraziła się w straszny zbiorowy krzyk. Było to wdarcie się młodzieży z męskiego gimnazjum do naszego gmachu.
      Drzwi naszej klasy zatrzęsły się jak uderzone wichrem. Sztywna dama klasowa zwiędła na swym krzesełku, jakby kto ją znienacka rozpruł i wysypał trociny. Olbrzymi Moskal (nauczyciel) zatoczył się i przysiadł na stopniu katedry - piękne pułkownikówny i gubernatorówny zapiały: "Nas ub' jut".
[...] Nie wiem, w jaki sposób dostałam się w tym chaosie do swoich rzeczy ani też w jaki sposób wybiegłyśmy całym tłumem na ulicę. Wiem tylko, że od chwili kiedy jeszcze w klasie Wanda Piątkowska krzyknęła: "Precz z carską moskiewską szkołą! Niech żyje polska szkoła!", wiem, że od tej chwili wszystkie krzyczałyśmy bez opamiętania, bez wytchnienia to samo.
      Na ulicy nie zdziwiło nas to bynajmniej, że całe miasto stanęło dęba. Zdawało się nam, że nasz okrzyk zdolny jest poruszyć niebo i ziemię, a cóż dopiero ludzi. Nie myśleliśmy o tym, że tysiąc innych przyczyn wzdęło tę czarną falę tłumu, który mrowił się już na placach i ulicach. Mieliśmy przeświadczenie, że na tej srogiej fali, my dzieci, popłyniemy szalone i bezpieczne naprzód i wzwyż.
Nie wiem, czy było wtedy ciepło, czy zimno; musiała być odwilż i słońce, bo zostało mi w pamięci, że ze wszystkiego spływały niby złociste strugi.
      Wiem, że długo szliśmy podani naprzód, niby wprzęgnięci do olbrzymiego, niewidzialnego rydwanu. Wiem, że tłum, który nas otaczał, najpierw szeleścił i szumiał niby kra na wzbierającej rzece - a potem śpiewał:
      Śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę 
      choć burza wrogich żywiołów wyje.
      Wiem, że sztandary nad nami łopotały, że dragoni stali na wylotach ulic, mimo których przepływaliśmy niby ukrop kipiący
"112.
      Pochód uczniów i uczennic udał się na ulicę Warszawską, przeszedł Rynek i wkroczył na ulicę Wrocławską aż dotarł do szkoły realnej, mieszczącej się na dzisiejszej ulicy Kościuszki (dawniej Nowoogrodowej). Na nic zdał się opór dyrekcji, nauczycieli i pedlów. Demonstranci powybijali szyby i domagali się przerwania zajęć. Po dołączeniu uczniów szkoły realnej tłum ruszył głównymi ulicami. U wylotu ulicy Warszawskiej został zaatakowany przez oddział dragonów. Demonstranci płazowani szablami rzucali w żołnierzy książkami.
      Wydarzenia zaniepokoiły władze, ponieważ wzięli w niej również udział gimnazjaliści rosyjscy: Żiżlenko, Ostrowlew, Kańkowski i Iwanczyn. Michał Żyżlenko, syn prokuratora kaliskiego sądu okręgowego, podobno nawet pierwszy agitował kolegów do wymarszu na ulicę, a Iwanczyn groził nożem dozorcy szkoły realnej, Nowakowi, gdy ten bronił wstępu do budynku.
      Gimnazjum - podobnie jak inne szkoły - zamknięto, jednak komitet utrzymywał stałe kontakty z robotnikami. Znaczna część rodziców i starszego społeczeństwa wypowiedziała się przeciw strajkującym. Za młodymi opowiedzieli się m.in. Alfons i Melania Parczewscy oraz Stanisław Bobiński z Towarzystwa Kredytowego. Młodzież odbywała zebrania i narady w domach prywatnych z udziałem delegatów z Warszawy: Józefa Starka i Kazimierza Popielawskiego. Komitet strajkowy przygotował tekst petycji, w której domagano się m.in. nauczania w języku polskim, zniesienia systemu policyjnego, prawa zakładania kółek koleżeńskich, niewydalania uczniów za przekonania polityczne, kontroli społeczeństwa nad szkołą.
      Przebieg wręczenia petycji tak opisują Tadeusz Botner i Mieczysław Michalski we wspomnieniu Strajk szkolny w Kaliszu:
      "Rano w sieniach domów, położonych w pobliżu gimnazjum, gromadziła się młodzież strajkująca wszystkich bez wyjątku klas gimnazjum, by później w liczbie ponad sto pięćdziesiąt w jednej chwili znaleźć się przed bramą gimnazjum, zamkniętą na łańcuch. Początkowo nie chciano nas wpuścić, tłumacząc, że dyrektor Anisimow jest na konferencji u gubernatora. Oświadczyliśmy, że mamy ważną sprawę i chcielibyśmy się z nim zobaczyć. Wkrótce wrócił dyrektor i wpuszczono nas na dolny korytarz, dokąd przybyli: dyrektor, inspektor oraz część personelu nauczycielskiego. Wystąpił kol. Sławomir Czerwiński i po polsku zwrócił się do dyrektora; ten oraz inspektor Silin prosili, by przemawiać w języku rosyjskim, gdyż dyrektor istotnie nie zna języka polskiego; wówczas kolega Czerwiński zwrócił się do nas wszystkich z zapytaniem, czy upoważniamy go do przemawiania po rosyjsku. Po uzyskaniu naszej zgody kolega Czerwiński wyjaśnił cel przybycia, przyczynę strajku, żądanie szkoły polskiej i przetłumaczył memoriał. Na zapytanie dyrektora, czy przemawia tylko w imieniu własnym, zebrani odpowiedzieli, że w imieniu wszystkich. Po wręczeniu memoriału i złożeniu na nim podpisów opuściliśmy gimnazjum"113.
      Szkoły zbojkotowano. Otworzono tajne komplety nauczania. Władze rozpoczęły śledztwo w sprawie strajku. Gubernator Nowosilcow wezwał rodziców Czerwińskiego, Galewskiego i Porowskiego wyrzucając im, że źle wychowali synów. Wielu uczniów usunięto z gimnazjum, kilku wydalono z "wilczymi biletami".
      Po kilku tygodniach otwarto szkoły. Nie wszyscy jednak do nich wrócili. Najbardziej byli zastraszeni uczniowie klas młodszych. Młodzież zwalczała łamistrajków; rozstawiała pikiety, ostrzegała, nawoływała do solidarności, a gdy to nie pomagało wybijała szyby w domach uczniów uczęszczających na zajęcia (wybito je m.in. w domu adwokata Sobolewskiego). Najwięcej łamistrajków było w szkole realnej. By zmusić ich do przerwania zajęć urządzono zamach bombowy. W wyniku eksplozji wyleciały prawie wszystkie szyby w budynku. Wielu zrezygnowało z dalszej nauki.
      Uczniowie, zwłaszcza wyrzuceni ze szkoły, brali aktywny udział w demonstracjach robotniczych, jakie miały miejsce na Zawodziu. Do końca roku praca w szkołach była praktycznie zdezorganizowana. Pod wpływem powszechnych żądań władze carskie zezwoliły w październiku 1905 r. na otwieranie polskich szkół prywatnych, jednakże bez uprawnień szkół państwowych. Pierwsza taka placówka rozpoczęła pracę 9 stycznia 1906 r. Była to szkoła handlowa z polskim językiem wykładowym. Do niej to przeniosło się wielu uczniów, którzy nie chcieli podejmować dalszej nauki w carskim gimnazjum.
      Strajk szkolny, przedstawiony tu z większą szczegółowością niż inne wydarzenia, był największym i najbardziej politycznie znaczącym wystąpieniem młodzieży w całych dziejach kaliskiego gimnazjum męskiego.
      W końcu lat sześćdziesiątych XIX wieku gimnazjum liczyło 18 oddziałów, w początkach lat siedemdziesiątych zlikwidowano dziewięć, co jednocześnie oznaczało radykalne zmniejszenie liczby uczniów z 700 do nieco ponad 300. Ten stan (w granicach 300-350) utrzymał się do 1914 r. Trzeba przy tym zaznaczyć, że zaledwie czwarta część chętnych znajdowała miejsce w szkołach. Tylko absolwenci szkół średnich mogli liczyć na skrócenie służby wojskowej, która i tak trwała kilka lat.
      "Jakaż więc rozpacz i żal ogarnia rodziców - pisał "Kaliszanin" - jeżeli nie mogą oddać swego dziecka wprost do gimnazjum. Z jakim złorzeczeniem na ustach odchodzą od progów gimnazjalnych i radzi nie radzi oddają swoje dzieci do zakładów prywatnych. [...] Głos biednych rodziców woła przez nasze usta: zaradźcie panowie złemu, otwórzcie na oścież bramy dla wszystkich, którzy uczyć się pragną, wymaga tego społeczeństwo, które potrzebuje pionierów postępu, wymaga kraj, w którym nigdy za wielu ludzi oświeconych być nie może"114.
      Kiedy skasowano szkoły powiatowe w Koninie, Sieradzu, Łęczycy i w Wieluniu liczba kandydatów do gimnazjum kaliskiego zwiększyła się radykalnie. Rozczarowanych przybywało. Odzywały się coraz częściej głosy utrzymane w duchu pozytywistycznego pragmatyzmu, by zmienić charakter szkolnictwa i nie powiększać nadprodukcji lekarzy, prawników i inżynierów.
      "Nie powstajemy bynajmniej przeciwko wyższemu, uniwersyteckiemu kształceniu się młodzieży naszej: popieralibyśmy je całą siłą, ale powstajemy przeciwko jednostronnemu kierunkowi tego wykształcenia. Młodzież nasza pragnie światła, gamie się do niego, pracuje chętnie umysłowo, ale jednocześnie myśleć musi o chlebie. [...] Porzuciliśmy handel, przemysł, rzemiosło odłogiem, bo splamiły tarczę herbową. Przesąd w ciągu pokoleń rozrósł się i utrwalił, że my Polacy nie mamy zdolności w tym kierunku. [...] Zacznijmy reformy od podstaw, zreformujmy szkółki niedzielne, rzemieślnicze, otwierajmy szkoły handlowe, zrzućmy pychę z serca i pogódźmy się z łokciem, kielnią i kwartą, a ci, co po nas nastąpią, błogosławić będą nam, cośmy im drogi życia ciężkie torowali"115.
       Szczupłość miejsc nie była jedyną przeszkodą w podejmowaniu nauki w szkole średniej. W gimnazjum uczyło się sporo młodzieży biednej, zdanej na własne siły i pomoc społeczeństwa. Wpis roczny do klasy wstępnej wynosił 20 rubli (później nawet 50 rubli, co stanowiło np. około 1/4 całorocznych poborów nauczyciela ludowego), do wyższych klas - 30 rubli. Za utrzymanie stancji płaciło się rocznie 120-200 rubli. Do tego dochodziły koszty przyborów szkolnych, podręczników, ubrań i drobne wydatki. Nie każda rodzina mająca dziecko w szkole, mogła sprostać takim obciążeniom finansowym. Wielu zdolnych a chętnych musiało zrezygnować z nauki. Ówczesne roczniki prasy kaliskiej pełne są informacji o imprezach organizowanych na rzecz niezamożnych uczniów w formie przedstawień amatorskich, loterii i koncertów. Kiedy zaś władze nie zgodziły się na powołanie stowarzyszenia w celu niesienia pomocy najbiedniejszym, absolwenci gimnazjum utworzyli z własnych składek stypendium imienia wspomnianych już profesorów Kowalskiego i Dąbrowskiego. Fundowano również stypendia prywatne na zasadzie zapisu testamentowego dla uczniów przynależnych do rodziny fundatora.
      Była to jednak zaledwie kropla w morzu potrzeb. Corocznie część młodzieży musiała przerywać naukę z braku funduszów. W każdym roku około 40-60 uczniów nie było w stanie uiścić wpisowego. W sprawozdaniach z imprez, których dochody były przeznaczone na rzecz niezamożnych, miejscowa prasa bardzo skrupulatnie podawała do publicznej wiadomości sposób rozdysponowania uzyskanej sumy oraz nazwiska uczniów, którzy skorzystali z zapomogi. Zdarzały się przypadki, że syn niezamożnego oficjalisty odbywał codziennie ponad dziesięciokilometrową podróż pieszo i pozostawał w szkole przez cały dzień o kromce suchego chleba.
      Niezależnie od trudnych okoliczności politycznych i ciężkich warunków materialnych w murach kaliskiego gimnazjum dojrzewało pokolenie, które ujęło w swoje ręce ster spraw politycznych i społecznych w odrodzonej Polsce. Jeden z przedstawicieli tej generacji, organizator strajku a później minister, Sławomir Czerwiński, na zjeździe w 1923 r. taką w swym przemówieniu dał ocenę szkolnych lat:
       "Nieraz zastanawiałem się nad pytaniem, co nam na drogę życia naszego dała szkoła rosyjska. Otóż nie osiągnęła ona żadnych rezultatów w tych kierunkach, w których z takim mozołem pracowała i odwrotnie w najwyższym stopniu wyrabiała w nas takie zalety, jakie za wszelką cenę chciała z dusz naszych wyplenić. Wydaje mi się więc, że jedną z takich właśnie wartości, mimowolnie kształconych przez szkołę rosyjską było uczucie bardzo ścisłej spójni społecznej, jaką zawsze mocno związani się czuliśmy. W szkole tej stanowiliśmy społeczność, której nie mogły rozbić najcięższe tarany gróźb i represji"116.

-------------

Przypisy

92   "Kaliszanin" 1875, nr 10, s. 39.
83   Informacja wg J. Wadowska, Szkoły średnie, [w:] Dzieje Kalisza, red. W. Rusińskiego, Poznań 1977, s. 443.
94   Tamże, s. 442.
95   "Kaliszanin" 1874, n-ry 95-96; 1875, nr 10.
96   Por. "Gazeta Kaliska" 1900, nr 58, s. 1.
97   J. Smogorzewski, Rys historyczny szkół kaliskich, [w:] Pamiętnik Zjazdu Wychowańców Szkół Kaliskich, Kalisz, 1923, s. 63.
98   T. Miłobędzki, Pod władzą Krupy. Wspomnienia z lat 1883-1892, [w:] tamże, s. 86-87.
99   J. Wadowska, Nauczyciele średnich szkół Kalisza w latach 1864-1914, "Rocznik Kaliski", t 6, Poznań 1973, s. 87-88.
100   Tamże.
101   Tamże, s. 94-97.
102   J. Smogorzewski, Rys historyczny, s. 63.
103   T. Miłobędzki, Pod władzą Krupy, s. 90-91.
104   Tamże, s. 95-96; ponadto J. Wadowska, Nauczyciele średnich szkół, s. 103; także nekrologi: "Tygodnik Ilustrowany" 1989, nr 328; "Kaliszanin" 1889, nr 22.
105   Grobowy wianek. Pamięci dobroczyńcy swego Xawerego Balczewskiego poświęca autor, "Kaliszanin" 1889, nr 43.
106   S. Giller, Rękopisy, Biblioteka Kórnicka. Teczka nr 2604; por. E. Polanowski, Stefan January Giller, "Rocznik Kaliski" t. XII, Poznań 1979, s. 9-22.
107   T. Miłobędzki, Pod władzą Krupy, s. 88.
108   Tekst wg tłumaczenia z "Gazety Kaliskiej" 1900, nr 273.
109   Por. J. Wadowska, Nauczyciele średnich szkół, s. 104.
110   R. Kmiecik, Wspomnienia szkolne, [w:] Pamiętnik zjazdu, s. 83.
111   J. Wadowska, Nauczyciele średnich szkół, s. 105, [w:] Pamiętnik zjazdu, s. 66, 82.
112   M. Dąbrowska, Strajk szkolny, [w:] Pisma rozproszone, Kraków 1964, s. 135.
113   T. Bortner i M. Michalski, Strajk szkolny w Kaliszu, [w:] Nasza walka o polską szkołę. Opracowania, wspomnienia, dokumenty zebrała Komisja Historyczna pod przewodnictwem prof. dr. Bogdana Nawroczyńskiego, t. I, Warszawa-Lwów 1932, s. 394-395.
114   "Kaliszanin" 1879, nr 66.
115   Dr W., Kierunek w wychowaniu, "Kaliszanin" 1884, nr 37.
116  Pamiętnik zjazdu, s. 31.