Wielka rocznica na Zawodziu

 
      Z wysokiej wieży kaliskiego ratusza dojrzeć można, na południowej stronie, gęstwinę drzew, wśród której kryje się niewielki, drewniany kościółek na Zawodziu. Właśnie w tym roku przypada 800-letnia rocznica jego istnienia w tym miejscu i pod tym wezwaniem. Także i w tym roku mija 1000 lat od męczeńskiej śmierci św. Wojciecha, zabitego przez Prusów, niosącego im słowo Boże.

      Jest też wielce prawdopodobne, że przez obecne Zawodzie biegła jego droga z południa ku Gnieznu. Na takie przypuszczenia pozwala wezwanie świątyni, legendy świętym, a także tradycja. W rozpowszechnieniu kultu św. Wojciecha - pierwszego świętego polskiego, choć pochodzącego z Czech - przyczyniła się na pewno jego kanonizacja w trakcie rozszerzania się chrześcijaństwa na państwo Polan.
      Świątynia pod jego wezwaniem wzniesiona została na podgrodziu, obok grodziska, na którym urzędował komes, kasztelan lub książę. Podgrodzie rozwijało się pomyślnie i już w roku 1299 otrzymało niemieckie prawo lokacyjne. Kościół św. Wojciecha był przez wieki kościołem parafialnym i należały do niego wsie: Zagorzynek, Sulisławice i Stare Miasto. Prawa parafialne stracił w 1412 r. i od tego czasu był filialnym kościołem dla parafii Dobrzec Wielki. Niestety, kościółek ten nie dawał dochodów, to też z czasem, zaniedbany, runął. Prawdopodobnie stało się to na początku XVIII wieku. Wtedy to Sebastian Zieliński był inicjatorem wzniesienia owego, drewnianego kościoła, który istnieje, choć po przeróbkach, do dziś. Dla dokumentowania tej informacji kazał wyryć na jednej z belek napis: "Anno Domini 1798 die 24 Augusti (wrzesień) Sebastian Zieliński kościoła tego fundator kunsztu garncarskiego z parafianami wszystkiemi - cieśla Jan Kelner".
      Ten właśnie kościół widzimy na załączonym obok rysunku, wzorowanym na rycinie z roku 1858. W tym zatem roku mija dwieście lat od pobudowania tego drewnianego kościoła, którego konsekrację, w latach pięćdziesiątych, sfinansował Lucjan Sawicki, prezes Ochotniczej Straży Pożarnej w Kaliszu.
      Obecnie jest to kościół filialny parafii św. Gotarda na Rypinku, pod troskliwą opieką Stowarzyszenia Przyjaciół Zawodzia, któremu przewodniczy - Jerzy Marciniak. Dzięki temu stowarzyszeniu przerzedzono drzewostan wokół kościółka, zagrażający ewentualnemu uszkodzeniu budowli. Zmieniono też stare ogrodzenie z XIX wieku.
      Przed drugą wojną światową istniał zwyczaj otwierania sezonu wioślarskiego nabożeństwem w tym kościółku. Piękny był to widok, kiedy tłumy schodziły się tu, 3 wielu podpływało na tę uroczystość, ze sztandarami - łodziami. Wielka szkoda, że zwyczaj ten zaginął...
      Zachował się natomiast inny, religijny zwyczaj, odprawiania w drugi dzień świąt wielkanocnych nabożeństwa zwanego "Emaus", połączony z odpustem i straganami ze świecidełkami. A szkoda, że nie wykorzystuje się takiej okazji do sprzedaży widokówek kościółka, a może też figurek glinianych św. Wojciecha.
      Ale to już zależy od inicjatywy opiekunów obiektu.
      W rewolucyjnym roku 1905 taką właśnie procesję wykorzystali socjaliści, by zamanifestować swe idee pleśniami rewolucyjnymi i czerwonymi sztandarami. Miały wtedy miejsce także starcia z carską policją i oddziałem kozackim, w wyniku czego przypadkowy rykoszet zabił, modlącą się w kościele, Józefę Hadryś. Jej pogrzeb stal się wielką manifestacją, ale tym razem Kozacy nie interweniowali.

Władysław KOŚCIELNIAK, ZK nr 37, 8 maja 1998 r.