Baszta Dorotka
     
Janusz Teodor Dybowski
Saga grodu nad Prosną

 

Janusz Teodor Dybowski

 

Saga grodu nad Prosną
 

Opublikowane w Internecie w marcu 2006 roku

staraniem członków Stowarzyszenia imienia Haliny Sutarzewicz

Spis treści

Przedmowa

Najpierw głos ma matka

Rozdział 1 - Grzebieluszki

Rozdział drugi - Wallenrodzi

Rozdział trzeci - Powstańczym szlakiem

Rozdział czwarty - Ocalenie Wandzi

Rozdział piąty - Samodzielne państwo Winiar

Rozdział szósty - Krew i miłość

Rozdział siódmy - Walka trwa

Rozdział ósmy - Początek końca

Rozdział dziewiąty - "Portret syntetyczny"

Rozdział dziesiąty - Ostatnia kropla...


PRZEDMOWA

„Saga grodu nad Prosną", książka z okresu okupacji w Kaliszu, wymaga pewnego odautorskiego komentarza ze względu na swą rzadką specyfikę. Nie ma w niej ani jednej postaci fikcyjnej. Wszyscy jej bohaterowie istnieli rzeczywiście, a niektórzy nawet żyją do dziś. Jest wielkim ryzykiem pisać powieść o ludziach jeszcze żyjących, ale przeżyliśmy czasy niepowtarzalne, które żądają nowych form.

Świadomie poszedłem inną drogą niż autorka epopei kaliskiej „Noce i dnie", Maria Dąbrowska, która, mocno osadzając swą powieść w realiach, starała się zakonspirować swe rodzinne miasto zowiąc je Kalińcem. Autorka lękała się przytwierdzenia go do konkretnego punktu na ziemi, bo skoro coś się dzieje w urojonym Kalińcu, to znaczy wszędzie, a o uniwersalizm lubi zabiegać ambitne pióro pisarza.

W powieści „Saga grodu nad Prosną” mamy konkretny Kalisz, prawdziwych jego mieszkańców bądź tych, co się z owym miastem w czasie wojny zetknęli. Sprawy ich mogą dotyczyć nie tylko jednego pokolenia i nie jednego narodu. Taka to była epoka...

„Historia należy do poety” — pisał Puszkin do Pogodina, a Conrad Korzeniowski zwykł mawiać, że „pisanie jest to wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”.

„Saga grodu nad Prosną” oscyluje między tymi dwoma stwierdzeniami. Jest w niej więc wątek realny, mogący dać materiał do „wymiaru sprawiedliwości”, jest też i jego upiększenie, bo pisarz powinien upiększać świat. Nawet gdy mamy do czynienia ze złotem, jest ono tylko pewnej próby, zawiera domieszkę mniej szlachetnych minerałów, które czynią je użytecznym, cóż więc tu mówić o tak kruchym materiale jak słowo. Aby uzyskało rumieniec życia, musi przejść przez życiodajny filtr inwencji pisarza, a najtrwalsze jest wtedy, gdy staje się legendą. (W rzeczy wymyślone ludzkość łatwiej zdolna jest uwierzyć niż w realnie istniejące. Istotę tego paradoksu potwierdza nawet i ta powieść).

Najmniej w tej powieści prawdopodobna scena pomiędzy szefem niemieckiej wojskowej służby sanitarnej a żoną polskiego oficera w październiku (!) 1939 roku, kiedy to ów generał pokazuje jej na mapie przyszłe granice Polski powojennej, jest prawdziwa, choć historykowi może się wydawać zmyślona. Cóż, potwierdza się stale zdanie Szekspira, że „Na ziemi i na niebie dzieją się ciągle rzeczy, o których się nie śniło filozofom”, a jedna z najciekawszych książek naszego pokolenia laureata Nagrody Nobla, biologa Carrela, nosi tytuł: „Człowiek istota nieznana".

Pamiętam pierwszy dzień wojny 1939 r., kiedy od bomb lecących na lotnisko wojskowe Ławica trzęsły się szyby Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, a jej dyrektor, do dziś żyjący prof. dr Andrzej Wojtkowski, zwołał nas, bibliotekarzy, bo i ja tam byłem, do swego gabinetu i powiedział:

„Kochani, zaczęła się straszna wojna, nie wiadomo, kto z nas ją przeżyje, byście jednak nie upadli na duchu, powiem wam, co mnie spotkało u pastora protestanckiego pod Szczecinem jeszcze przed 1914 rokiem. Zaprosił mnie do tego domu jego syn, mój kolega z Uniwersytetu Wrocławskiego, na wakacje. Przy pierwszej kolacji pastor przyniósł jakąś księgę i trzymając na niej rękę mówił:

»Witam gospodarza tej ziemi, wy, Polacy, na nią wrócicie. Tak mówią stare księgi«”.

W tym kontekście trudno przypuszczać, że pani Władysława Kuczyńska z Kalisza zmyśliła swe spotkanie z niemieckim lekarzem generałem w Lublinie w roku 1939. Notabene on sam jej powiedział, że jest Austriakiem, więc synem narodu, któremu Hitler odebrał wcześniej jeszcze niż nam niepodległość, i miał matkę Polkę.

Przy całej mej „sumienności wobec źródeł" nie miałem powodu uznać tego opowiadania za zmyślone tak dalece, że nie mogłoby stać się pożywką dla powieści.

Jeszcze raz przypominam, że powieść ze swej natury nie była dotąd nigdy źródłem naukowym, autor nie musi się wtedy tłumaczyć, skąd zaczerpnął ten lub ów wątek. Obciążona balastem naukowym poszłaby na dno, przestałaby być opowieścią o żywych ludziach, jej wiwisekcja stałaby się jej śmiercią. Hasłem powieści powinno być: „Kto chce, niech wierzy, kto nie wierzy, niech napisze inną powieść. Skoro to zrobi i ta pierwsza spełni swe zadanie".

Bardzo wiele trudu kosztowało mnie stworzenie „Sagi grodu nad Prosną". Nim zacząłem ją pisać, wiele razy odwiedzałem Kalisz, a i poza nim szukałem mych bohaterów. Miałem żywy kontakt z wieloma rodzinami osób występujących w tej opowieści, a nawet z jeszcze żyjącymi bohaterami, a przede wszystkim z nieocenionym panem Tadeuszem Martynem, który udostępnił mi archiwum tworzonego przez siebie Muzeum Nowego Kalisza, służył radą i pomocą, za co na tym miejscu składam mu serdeczne podziękowanie.

W ostatnim swym przedśmiertnym liście pani Łucja Fulde z Kalisza, matka bohatera tej powieści, Henryka, rówieśnica i przyjaciółka Marii Dąbrowskiej, pisała do mnie w dniu 15.IX.1970 r.:

„Rozważam wszystko, o czym rozmawialiśmy, jeśli chodzi jednak o pracę jakiej się Pan Doktor podjął, chciałabym, aby nie była ona narażona na krytykę i zawiść ludzką... Boję się tych konsekwencji ze względu na Pana i rodzinę moją. A — to ja... niestety, z żalem wielkim czuję niemożliwość doczekania chwili wydania książki. Tyle mi jeszcze pytań ciśnie się na usta, tyle myśli odnośnych prześladuje, że chciałabym utrzymać kontakt chociaż korespondencyjny, aby dopełnić zadania, jakie mi przypadło w udziale”.

Zadanie to pani Fulde spełniła do końca. Żyje obok Syna w tej powieści, do której dostarczyła tyle materiałów i ożywiła ją gorącym tchnieniem własnego serca.

Clemenceau, przywódca zwycięskiej Francji 1918 roku, powiedział w parlamencie francuskim, mówiąc o komunardach 1871 roku: „Kto krwią płaci swoje przekonanie, temu, zaiste, wierzyć trzeba".

To samo można powiedzieć o bohaterach „Sagi grodu nad Prosną". Zasłużyli nie tylko na naszą wiarę, ale i na wieczną pamięć.

I jeszcze jedno: jest to powieść przede wszystkim o młodzieży, o dzielnych obrońcach sztandaru harcerskiego i o wielu innych młodych bohaterach, do młodzieży więc szczególnie jest adresowana.

J.T.D

NAJPIERW GŁOS MA MATKA

 Wiem, że to jest naiwne, dla niektórych ludzi śmieszne nawet, mój Synku, że piszę do Ciebie ten list, boć przecie Ty nie patrzysz już na ten świat ziemskimi oczami, nie słyszysz głosów naszej ziemi, nie czujesz już bólu ni radości, ale nie mogą oprzeć się potrzebie porozmawiania z Tobą. Znałam kiedyś kobietę, która przyznała mi się, że ukradkiem zakopywała na mogile swej córeczki, co odeszła od niej nagle, jej zabawki czy torebki cukierków. Mówiła, że te rzeczy mogą być potrzebne jej córeczce. Starałam się wówczas zrozumieć ból matki, której nieludzki los zabrał jedyne dziecko. Ale los jest ponad wszystkim. Starożytni Grecy sądzili, że ojciec wszystkich bogów i ludzi, wszechwładny Zeus, podlega również Losowi. Ileż jeszcze mroków naokoło nas, ile tajemnic... Ludzkość jest ciągle bardzo młoda, bo nie zdołała dotąd rozświetlić tej pierwszej największej tajemnicy: celowości swego istnienia.

Byłeś zawsze, Henryku, dzieckiem niezwykłym. Zdaję sobie z tego sprawę, że tak ma prawo powiedzieć o swym dziecięciu każda matka, bo narodzenie nowego człowieka, powołanie do życia istoty świadomej to najwyższy cud, dlatego tak wielką, tak ohydną zbrodnią jest wszelkiego rodzaju zabijanie nie tylko ludzi, ale i zwierząt, i kwiatów.

Sam najlepiej wiesz, mój Synku, że to nie jest literatura ani wymysł filozofów typu Platona, bo to przecież ty właśnie przyszedłeś na świat z organiczną wprost potrzebą ukochania wszystkiego, co żyje, a nawet rzeczy stworzonych ręką człowieka. I w tym objawiła się twoja odrębność.

Pamiętam, jak płakałeś, gdy jedna z dziewcząt wiejskich w Żydowie urwała nogę lalce Hani. Nawet gdy służąca trzepała dywan, upominałeś, by go nie biła mocno, bo dywan był grzeczny i nie chciał się zakurzyć, a silne razy sprawiają mu ból. Czy bardzo Cię bolało, Synku, gdy okrutne zwierzą ludzkie wiązało Ci ręce drutem kolczastym, nim się to stało?... Boże, co potrafiłeś ujarzmić gwiazdy, spętać ich bieg nieodwracalnymi prawami, opanowałeś tak straszliwą potęgą chaosu wszechświata, a wydajesz się być bezsilnym wobec chaosu na naszej małej planecie, chaosu zdziałanego zbrodniczą ręką złych istot, które mógłbyś zetrzeć w proch jednym mrugnięciem Twego oka. Czyż obojętny Ci jest los pełzającego po powierzchni ziemi małego ludzkiego robaka? Przecież płaci Ci on za swe istnienie wysoką ceną cierpienia. A może mój mały Synek miał rację? Może Ty od wszystkich rzeczy stworzonych żądasz tej samej ceny za ich istnienie? Może cierpi kwiat, drzewo i kamień? Może muzyka sfer niebieskich, ów głos wszechświata, który Ty podobno słyszysz, jest jednym wielkim jękiem? Nie odpowiedziałeś nikomu na to pytanie, Boże skarg ludzkich, któryś jak głosi religia, jest w niebie, na ziemi i na każdym miejscu. Gdybyś jednego dnia wysłał swego anioła, by zebrał łzy całego świata, byłoby ich tak wiele, że mógłbyś w nich zatopić całe jedno pokolenie ludzkie.

Niemiecki filozof, Schopenhauer, powiedział: „Gdybym był Bogiem, pękłoby mi serce z bólu patrzenia na ból moich stworzeń”. A przecież żył on w czasach, które historia nazwała spokojnymi i szczęśliwymi.

Ale, Synku mój, nie wyjawiłam Ci jeszcze, dlaczego wybrałam tak śmieszną, sądząc miarą ludzkiego rozsądku, formę rozmowy z Tobą. Jedna kropla przechyliła szalę mych wahań. Pewnego dnia dostałam list z Kanady, z ojczyzny Franka Pickersgilla. Przypadł Ci od razu do serca ten czupurny Kanadyjczyk. Nawet zewnętrznie byliście do siebie podobni, obaj smukli, rośli, smagli, obaj o śmiałym wejrzeniu ciemnych oczu. Promieniowała z nich jakaś jasność dusz, godność wolnej, szlachetnej istoty ludzkiej. Gdy stanęliście tak kiedyś we trzech obok siebie w naszym salonie w Żydowie, bo ojciec Twój był tym trzecim, pomyślałam o was: trzy dęby. Tacy byliście dorodni, krzepcy wszyscy trzej, nawet Twój ojciec, choć przecież był już wówczas dobrze po sześćdziesiątce. Któż mógł przypuszczać, że staliście już na progu czasu zniszczenia, że za chwilę prawie apokaliptyczny huragan złamie te trzy dęby i zrówna z ziemią cały las wam podobnych. Otóż nie omyliłeś się w wyborze bratniego ducha. Ten młody Kanadyjczyk, student wówczas jeszcze, sam dobrowolnie wybrał los podobny do Twego. To wszystko, o czym mówił Ci Alfred Nawrocki, okazało się prawdą. Franka Pickersgilla nie udało się Nawrockiemu wydobyć z więzienia w Rawiczu. Strzały, które wtedy słyszeliście, były celne. Niestety, Franka owej nocy postrzelono. Oto co mi o Twym przyjacielu pisał pan John Kemeny, dyrektor National Film Board z Montrealu:

„Zastosowując się do prośby Pani, podaję kilka wiadomości o przejściach p. Franka Pickersgilla. W lecie 1939 roku pan Frank wyjechał z Polski do Rumunii, następnie do Francji. Opuścił Paryż, gdy armia niemiecka zaczęła posuwać się naprzód, ale nie zdołał powrócić do Anglii. Przez dwa miesiące ukrywał się na folwarku w Bretanii, gdzie został aresztowany i internowany przez Niemców. Spędził dwa lata w więzieniu niemieckim, skąd uciekł przepiłowując kraty. W roku 1942 przebywał krótki czas w nie okupowanej Francji i stamtąd przedostał się do Londynu. W Anglii zgłosił się do świeżo uformowanej grupy wojskowej, której zadaniem było organizowanie oporu i sabotażu przeciw najeźdźcy w kilku państwach Europy. W roku 1943 został zrzucony nad Francją i wkrótce potem aresztowany przez gestapo. Trzymany był w różnych więzieniach Paryża, następnie w Polsce w Rawiczu, gdyż podejrzewano jego związki z ruchem oporu w waszej Wielkopolsce. Próbował ucieczki, wyskakując przez okno drugiego piętra, niestety został postrzelony przez strażnika z karabinu maszynowego. Odmawiał udzielenia jakichkolwiek informacji i gestapo, widząc, że nic z niego nie wydobędzie, wysłało go do obozu Buchenwald, gdzie został powieszony we wrześniu 1944 r. Sądzę, że zgodzi się Pani z nami: krótkie życie p. Franka Pickersgilla warte jest, aby je przedstawić w filmie”.

Spełniłam i ja, drogi Henryczku, prośbę dyrektora Filmu Kanadyjskiego i posłałam mu nasze wspólne fotografie, widok naszego domu w Żydowie pod Kaliszem i panoramę samego miasta, przekazałam treść odbytych rozmów, ale pomyślałam sobie, że Polska jest krajem setek tysięcy takich bohaterów, jak nasz gość kanadyjski, którego ojczyzna czci filmem, na co niewątpliwie zasłużył. A Wy?— Któż z tych setek tysięcy istnień ulepi monolit tak wysoki, aby o niebo się oparł, aby wstrząsnął nim, by wreszcie przemówiło. Bo jeśli jest na wieki nieme, jeśli człowiek jest pozostawiony tylko samemu sobie, to ileż czasu potrzeba jeszcze, by z mroków najczarniejszego średniowiecza wydobyło się na światło tak niewzruszone prawo jak to, które dźwiga fundament nieba i ziemi, zamknięty w opokę dwóch słów: nie zabijaj!

Sam widzisz, Synku mój jedyny, że nie płaczę. Nie płaczę, aby być godną Ciebie, od tej chwili, gdy siepacze pozwolili nam na ostatnią rozmowę przed Waszą kaźnią. Powiedziałeś wtedy, Henryczku, te proste słowa:

„Niczego nie żałuję, Mamo, dla Niej, dla Ojczyzny, ktoś musi umierać, aby Naród żył, niech żyje Polska!”. Krzyknąłeś to w twarz, jeśli oni mogli mieć twarz, przy mnie, twoim katom. Zaraz Cię też porwali za kratę. Odszedłeś z uśmiechem człowieka, którego ofiara jest czysta. I ten uśmiech mnie przekazałeś jako testament zwycięstwa nad strachem biologicznym, nad bólem mąk fizycznych, których Ci tyle zadawano, nad żalem, że rozstajesz się z życiem u jego progu. I ten Twój dar zachowałam. Uśmiecham się teraz do chmur, do ognia, do słoty i do słońca, do drzew i zwierząt, potrafią darzyć uśmiechem nawet ludzi... Chodzą po ulicach naszego starego Kalisza z pogodną, radosną twarzą. Nazywają mnie tu uśmiechniętą starszą panią. Dusza moja, przez Ciebie nastrojona, śpiewa hymn radości.

Rodzina nasza spłaciła rzetelnie do ostatka swój dług wobec Ojczyzny, którąśmy tu znaleźli po przybyciu z Dolnego Śląska. Krwią i pracą uiściliśmy nasz polski indygenat. Matka rodu Fedegerów, Wanda, padła od kuli gestapowców to ostatnim dniu ich panowania w Kaliszu, a Elwirę zamęczyli razem z Tobą. A inni z naszej rodziny także oddali życie za tą samą sprawę. Czyż to nie piękna karta wierności? Ci złoczyńcy chcieli Was zohydzić nawet po śmierci. Podali w swej prasie wyrok potężnego organu bezprawia, Volksgerichtu[1], że skazano zdrajców narodu niemieckiego, i sfora pismaków rozgłosiła tę hańbę po całych Niemczech. Przed kilku laty kronikarz kaliski i zbieracz pamiątek po Was przyprowadził do mnie dziennikarza z Niemieckiej Republiki Federalnej, który zjawił się tu, by zbierać dokumenty niemieckiego ruchu oporu w dawnym Warthegau.[2] Powiedziałam mu jasno i dobitnie:

— Pan ma złe informacje, gorzej niż złe, bo kłamliwe i oszczercze. W Wielkopolsce nie było niemieckiego ruchu oporu. Oni wszyscy byli Polakami i zginęli za Polskę. To byli żołnierze polskiej sprawy, która była wtedy sprawą całej ludzkości. Hitler zhańbił naród niemiecki. Czyny jego siepaczy na tych ziemiach były haniebne!

Człowiek ten odszedł z uczuciem wstydu, co świadczyło, że jest uczciwym człowiekiem. Było i takich wielu, znałeś ich i Ty.

Ze wszystkich zasad chrześcijaństwa jednej nigdy nie uznałam. Nie wierzyłam w istnienie wiecznego potępienia, wyznaję również pogląd, że każdy odpowiada tylko za siebie, bo inaczej nie przerwałoby się nigdy gniotące człowieka pasmo gwałtu. Całe pokolenia będą pamiętać o Was. Tak mówiła „ciocia Maria”, Maria Dąbrowska. Jej zjawienie się u nas w Żydowie i na Wodnej w Kaliszu było zawsze dniem jakiejś uroczystej radości. Zawsze nastrajała nas na dziwną, obrzędową, powiedziałabym, nutę jakiegoś niezwykłego misterium. Gdy zjawiała się z dalekiej już wtedy Warszawy, bo szybko minęły złote dni jej Russowa, gdy „zjawiała się”, a nie zwyczajnie przyjeżdżała, czuliśmy wszyscy jakiś głębszy sens naszego istnienia. Czuliśmy, że to niepowtarzalne, które przemija naokoło nas, jest jak uderzenie młotem w rylec rzeźbiarza. To wszystko, co znajduje się na zewnątrz nas, to proch. Rzeźba pozostanie. Im mocniejsze uderzenie młota artysty, tym większa bryła kamienia wali się w nicość, tym bliższy koniec dzieła tworzenia. Maria miała od losu ten rzadki dar chwytania życia na gorąco i utrwalania go. Jej „Noce i dnie” są jak ten Święty Gaj Apollina w Delfach, los posągów, z zaklętym w nim czarem nieśmiertelności. Chcę Ci powiedzieć, Henryczku, że Maria Dąbrowska była u mnie na Wodnej w Kaliszu ostatni raz przed swą śmiercią wówczas, gdy wręczano jej obywatelstwo honorowe Kalisza. Mówiłyśmy wtedy o Was, że z Waszych popiołów musi się narodzić inny świat niż ten, na którym dotąd trwamy.

—  Jeśli tak — rzekłam do niej — to Oni muszą żyć...

—  Oni żyją przecież — odparła z jakimś nieziemskim już uśmiechem pani Maria.

—  A tyle zła naokoło nas? — spytałam.

—  „Są tylko dwie potęgi na świecie: duch i miecz. Z czasem miecz bywa pokonany przez ducha". Wiesz, kto to powiedział? Ktoś, kto wylał niewiele może mniej krwi ludzkiej od Hitlera dla swej ambicji i patrzał potem na ruinę swego dzieła pychy i gwałtu: Napoleon Pierwszy. To są jego słowa wypowiedziane już na Wyspie Świętej Heleny. Tak, Łucjo, czas pracuje dla ducha, dla ducha, wiecznego rewolucjonisty, jak go nazwał nasz Słowacki. On wierzył, że w prochy męczenników uderzy kiedyś piorun i nadejdzie czas świętych zmartwychwstania. I to nie jest, kochana Łucjo, mistycyzm. To jest matematyczna pewność, że czas ludzki pracuje dla ducha, a w świecie ducha nie ma śmierci.

—  Więc, droga Mario... — zaczęłam z drżeniem.

—  Więc Twój Henryk — przerwała mi — i Emil, i oni wszyscy żyć będą w pamięci świata, a męka ich wyda w swoim czasie owoce dla wielu przyszłych pokoleń, gdy przyjdzie opamiętanie po latach krwi, gwałtu i łez.

—  A ty, Mario, czy napiszesz o nich?...

—  Ja już nie. Ja utrwaliłam czas mego pokolenia, oni są już z innego czasu. Jęk przetworzyć na pieśń może tylko długa praca ducha. Ja jeszcze tej pieśni nie słyszę. Za wcześnie... I przecież nie ode mnie zaczęli się pieśniarze i nie na mnie się skończą. W życiu narodu więcej się rodzi, niż umiera, w życiu całej ludzkości również. Ci, co przeciwstawiali się gwałtowi nad człowiekiem, nie należą już do jednego narodu. To są rycerze całej ludzkości i wskrzesi ich kiedyś wdzięczna jej pamięć. Dokonają tego już inni, nie ja.

Uwierzyłam tedy Marii, że nadejdzie Wasz czas chwały. I choć mówiłeś, Synku, że takich jak Ty jest wielu i że zwykłą jest rzeczą dla żołnierza ginąć za Ojczyznę, minął już czas mego wahania, choć trwał on dość długo, minął już czas, kiedy uważałam, że nasze wspólne sprawy powinien pochłonąć ocean milczenia. Nie, przeciwnie. Ku przestrodze wieków powinno być głośno o Was i ku chwale narodu, który Was wydał. Boście czuli się jego cząstką, z jego wzrośliście ducha i jemu przekazaliście tę piękną naukę antyczną: „Dulce et decorum est pro patria mori".[3] Zaiste, chwalebnie jest umrzeć za braci swoich, bo w takiej śmierci jest zaczyn nowego, pięknego życia dla wielu przyszłych pokoleń. Idą już te nowe pokolenia.

Odwiedzam czasem nasze dawne Żydowo. Witają mnie tam jak matkę i ja czuję się rzeczywiście ich matką, tych młodszych dzieci moich. W ich oczach widzę piękno Twojej ofiary. Nie żal mi, Synku, że nowe prawa kazały mi stamtąd odejść. Ta ziemia jest teraz naprawdę nasza, bardziej nasza niż dawniej, pełna gwaru polskiej dziatwy, synów i córek dawnych Twoich żołnierzy. Pytałeś mnie tuż przed Twoim odejściem tylko o jedno: czy w lasku żydowskim koło dworu stoi jeszcze ów krzyż, który tak lubiłeś, krzyż na dawnej mogile powstańczej, symbol męki, wiary i walki narodu. Dowiedziałam się, dlaczego o to pytasz, dopiero później, gdy Twoi żołnierze powiedzieli mi, że tam przy tym krzyżu przysięgali wierność Ojczyźnie, a przyjmował tę przysięgę prócz Ciebie ojciec Julian Mirochna, gwardian franciszkanów w Kaliszu. Jak straszną śmiercią zginął ojciec Mirochna w Poznaniu! Nie chcę tym wstrząsającym wspomnieniem kończyć mego listu do Ciebie, Synku najdroższy. Chcę Ci przesłać uśmiech żołnierzy Twojej kompanii z Żydowa, Osieka, Ołoboku, Piwonic i Lisa, którą sam stworzyłeś. Oni pamiętają Cię, błogosławią i kochają. Tak, jak gwardian z Kalisza, nie wydałeś żadnego z nich. Już jako dziecko ujawniałeś szlachetny, rycerski charakter.

Pamiętasz, Synku, jak to sześć lat przed maturą byliśmy razem z Hanią i kuzynem Jankiem w Jastarni na wakacjach? Kiedy przygotowywałam materiały o Was, wpadł mi w ręce mój list do Twego ojca, właśnie z Jastarni, pisany 5 lipca 1933 roku. Miałeś wtedy 13 lat, a już wówczas niepokojąco zaznaczyła się Twoja indywidualność. Czytam moje własne słowa sprzed 37 lat.

„Chciałabym, aby dzieci w liczniejszym gronie rówieśników mogły organizować wspólne zabawy i polubiły wszystko, co młodzież tak pociąga. Trudna sprawa z Heniem... Zdaje się być zupełnie oderwany... Kategorycznie odmawia i wysuwa drażniące argumenty, że jest to niczym w porównaniu z pięknem Żydowa. Milu[4] czy Ty rozumiesz, co w tym dziecku siedzi? Obawiałam się jego trudnego usposobienia, ale zdawało mi się, że obecność Janka, cudna pogoda i to bajeczne morze jakoś go lepiej usposobi. Widzą, że nie... Henio poczubił się z Jankiem. Była poważna dyskusja na temat, co ma kierować postępowaniem człowieka, siła czy intelekt? Henio broni intelektu, Janek siły. Nie rozmawiali przez cały wieczór..."

Przyszedł ten nieszczęsny czas, kiedy zrozumiałam wreszcie Ciebie, Synku. I to, że od zarania życia urzekało Cię piękno wartości moralnych w człowieku, górujących nad zwierzęcym w nim instynktem. Głosiłeś prymat tych wartości wyższych, które świadczą o naszym człowieczeństwie. Nazwałeś je wtedy intelektem, nieprawidłowo może, bo może być i intelekt zbójecki. Zrozumiałam jednak, że Tobie chodziło o tę sferę uczuć człowieka, której nie wolno zadawać gwałtu. Już w Twoim umyśle chłopięcym dojrzewała myśl, że nie należy przymuszać człowieka ani do złego, ani do dobrego, bo winien on działać z własnych pobudek, sam z siebie. Czyny jego powinny być sądzone przez własny, najwyższy trybunał sumienia. Postronnym czy społeczeństwu wolno tylko ingerować w czyny jednostki, gdy narusza sferę wolności innych lub ich prawa do samostanowienia czy prawa do wolnego życia.

A potem przyszła historia. Porwały Cię dzieje Twego narodu, urzekło męczeństwo tylu pokoleń w ciągu ostatnich dwustu lat dziejów ojczystych. Bardzo mnie niepokoiło to śledzenie przez Ciebie dróg krwawej ofiary Polaków na ołtarzu wolności, ten romantyzm obcy już czasom, w których żyłeś, te Twoje samotne ucieczki na grób powstańca w naszym lesie, te zachwyty nad „Anhellim" Słowackiego i „Księgami Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego" Mickiewicza. Ich słowami modliłeś się. Nie rozumiałam tego i sercem moim owładnął lęk o Ciebie, targał nim wielki, jakże uzasadniony niepokój...

Chodzą teraz ja stara, uśmiechnięta niewiasta ulicami naszego odwiecznego miasta, które z mroków dziejów wywiódł Grek Ptolemeusz, nie wiedząc, że w nie znanej cywilizowanemu światu miodopłynnej ziemi gościnnych Lędziców odkrył perłę. Dziwna to perła, co urosła od krwi i łez tak wielka, że nie sposób jej nie dostrzec, bo z zwykłej konchy ludzkiego mięczaka wypłynęła na firmament nieboskłonu pierwszej wielkości gwiazda zwana Calisia, miasto męczeństwa niewinnej dziatwy, zgładzonej okrutnym prawem brunatnego Heroda. Chodzę po tym grodzie Calisia i szukam Waszej drogi, wiodącej ku nieśmiertelności tych wszystkich, którzy potrafią na nią wstąpić. Gdy miasto się ucisza, idę nad Prosnę, tak przez Ciebie kochaną, co przebiega i dziś koło naszego domu brzegiem ulicy Wodnej, jak w Żydowie. Ta rzeka to symbol naszego trwania i naszego przemijania. W jej szumie słyszę Twoje słowa, Synku:

... „Bo ja w każdej minucie i w każdej godzinie zdobywam i tworzę Ojczyznę i tak czuję, jakby we mnie samym walczył o Jej wielkość cały Naród Polski".

Tym słowom, Synku najmilszy, byłeś wierny do zgonu. Dzięki nim urosła duma i chwała Polaków.


[1]  Das Volksgericht (niem.) — sąd ludowy.

[2]  Der Warthegau  (niem.) — okrąg Warty.

[3]  Dulce et decorum est patria mori (łac.) — słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę.

[4]  Zdrobnienie od imienia: Emil.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

GRZEBIELUSZKI

 Na dobrą sprawę to gości nigdy nie brakowało w Żydowie, odkąd majątek ten, pięknie położony w rozlewisku Prosny, nabył z klucza dóbr Sokolnickich Emil Frude. Był to dobrze zasłużony Kaliszowi obywatel, szczególnie od chwili gdy z rąk plutonu egzekucyjnego żołdaków Preusskera w roku 1914 potrafił wyrwać kilku zakładników z prezydentem miasta Bukowińskim i znanym lekarzem Dreszerem na czele. Doktor Dreszer poślubił potem jedną z sióstr Emila, Ludwikę, i żyło im się szczęśliwie.

Ożenił się pan Emil późno, w wieku już dojrzałym, poznawszy w Towarzystwie Muzycznym młodą artystkę z rodu miejskiego patrycjatu, piękną Łucję Fedegerównę, córkę właściciela fabryki fortepianów. Wkrótce stary dwór w Żydowie ożywił się gwarem dziecięcych głosów i licznych gości, bo gospodarze byli gościnni. Do obiadu w niedzielę siadano zwykle w kilkanaście osób, a jeśli była piękna pogoda, domostwo w Żydowie zamieniało się w istny pensjonat, tak było tam rojno i wesoło. Pan domu był zawołanym i skrzętnym gospodarzem. Wśród dochodów z roli i sadów niepoślednie miejsce zajmował dochód ze świetnie prowadzonego młyna, starczało więc nie tylko dla rodziny, dla domowników, ale i dla wielu gości.

Szczególnie rojno było u państwa Frude w niedzielę w połowie sierpnia 1939 roku. Biały dom, wyzierający z kępy zieleni starodrzewu na wysokim brzegu dawnego koryta Prosny, tego dnia aż pęczniał od gości, bo i pogoda dopisała, i czas nadchodził niespokojny, a wtedy ludzie chętnie gromadzą się razem, jak ptaki przed burzą, radzić wspólnie o zbliżającej się zawierusze. Gwarno było w wielkim półkolistym salonie pod palmami, utrzymanym w stylu Ludwików, w którym królował olbrzymi fortepian koncertowy firmy Arnolda Fedegera, dar ślubny ojca pani domu. W tym to salonie zgromadziła się starsza generacja, bo młodzież bawiła się w rozległym parku. Polakom zawsze imponowali cudzoziemcy, toteż otaczali kołem Włocha z Mediolanu, inżyniera Enrico Vigano, którego zapobiegliwy właściciel fabryki pluszu i aksamitu, Gede, „podkupił" od włoskich i niemieckich przedsiębiorstw w tej branży za ogromną miesięczną pensję równą całorocznemu zarobkowi średnio sytuowanego urzędnika w Polsce. Signor[1] Enrico, typowy Włoch podchodzący już pod średni wiek, o ustabilizowanej pozycji życiowej, przedwcześnie podtatusiały dzięki dobremu apetytowi i zaletom polskiej kuchni, grał teraz pośród tej niespokojnej aury, wywołanej wypadkami międzynarodowymi, rolę neutralnego arbitra próbującego pogodzić wilka z owcą.

— Piano, piano,[2] panowie — mówił. — Hitler rozumie wasze interesy życiowe i wy powinniście zrozumieć nową rolę wielkiej potęgi Niemiec pod jego władzą, jak to uczynił nasz Duce.[3] Mussolini chętnie służyłby wam w roli pośrednika wobec Führera,[4] macie też drugiego orędownika — Węgrów.

—  Wypróbowali już tę drogę Czesi — odezwał się pan domu. — Oni mieli jeszcze więcej przyjaciół niż my. Okazało się, że nic im nie pomógł nawet premier Anglii Chamberlain,[5] a my, licząc na gwarancje Anglii i Francji i sojusz z nimi...

—  Otóż to właśnie! — przerwał mu z pasją Włoch. — To was zgubi. Gospodarzami tej części Europy są Niemcy. Im możecie być bardziej potrzebni niż Anglii i Francji. Führer[6] ma dalekosiężne plany i wielką misję do spełnienia wobec  ludzkości. W tych planach rycerski naród polski będzie mu potrzebny i ten atut trzeba wygrać, czas już najwyższy. Pchają się do was te zachodnie rekiny, nawet tu je widzę — Włoch wskazał ręką w stronę kortu tenisowego, na którym pośród młodzieży miejscowej dostrzec można było mundury francuskich aspirantów odbywających praktykę w kaliskim pułku artylerii. — Wypędźcie ich! — zawołał porywczo. — Nie dostrzegacie także innego niebezpieczeństwa, komunizmu! Hitlerowi jest potrzebna droga na wschód. Musi przejść przez wasze ziemie. Lepiej, aby uczynił to jako przyjaciel.

W tym momencie do salonu wszedł bratanek pani domu, smukły piękny blondyn w oficerskim mundurze strzelców kaniowskich, powołany z rezerwy do służby czynnej, Gustaw Fedeger. "Usłyszał ostatnie zdanie z tyrady włoskiego gościa, podszedł do niego i wyrecytował po niemiecku:

—  Pan ma rację. Ale tylko częściowo. Wojna jest nieunikniona, ale nie przyjmiemy pokoju za wszelką cenę. Ponadto z Rosją mamy pakt o nieagresji i obecnie z tamtej strony nie czujemy się zagrożeni.

—  Szkoda was... — westchnął z wyraźnym żalem korpulentny Włoch, gładząc z zakłopotaniem rzedniejącą już czuprynę. — Lubimy Polaków, sam nie wiem właściwie dlaczego. To jest il sentimento nazionale[7] — dodał. — Niemców zaś nie znosimy i znowu nie bardzo wiem, z jakiego powodu. Italia jest jak kobieta, ma swoje sympatie i antypatie, ale nasz Duce stanął ponad tym wszystkim. Stworzyliśmy oś Berlin—Rzym, oś narodów głodnych ziemi i przestrzeni przeciw tym, które tej ziemi mają w nadmiarze.

—  Rozumiem. I chcielibyście te obszary zdobyć na Wschodzie — wtrącił jeden z gości, pastor Edward Wende.

—  Duchownym chyba nie przystoi bronić Kremla — zaoponował żywo   tęgi  Włoch.

—  Ja ich nie bronię, ale nie zgadzam się z pańskim rozumowaniem — odparł duchowny protestancki.

—  Myślałem, że w panu, pastorze, znajdę sprzymierzeńca. Rosja komunistyczna nie szanuje przecież kultów religijnych, Hitler natomiast...

—  Też nie jest ich przyjacielem — dokończył pastor.

—  Może i nie, ale to przecież zupełnie co innego. Tu chodzi także o obronę kultury Zachodu.

—  Drogi panie Vigano — odezwał się gospodarz — o wszystko można posądzić Hitlera, ale nie o to, że chce bronić jakiejkolwiek kultury, nawet niemieckiej.

—  Proszę mi wybaczyć, ale jest pan uprzedzony do Führera Rzeszy, drogi panie Frude.

—  A wy jesteście przez niego zakrzyczani — wtrącił się proboszcz z Chełmc, ksiądz Kożbiał. — Zastraszył was!

—  Tak, tak! — potwierdziło wiele głosów.

W tej chwili wbiegł do salonu niedawny maturzysta i świeżo upieczony student rolnictwa Uniwersytetu Poznańskiego, syn pana domu, Henio Frude. Był w białym garniturze, pięknie opalony, zarumieniony od sierpniowego słońca i gry w tenisa.

—  Gutku, przecież mówiłem ci, że Hanka zostawiła trzecią parę rakiet w swoim pokoju, nie tutaj — zwrócił się do młodego oficera.

—  Italia nie da się nikomu zastraszyć. Idzie z Niemcami, bo taką drogę wytyczył jej Duce — perorował włoski gość.

—  Wasz Duce to wielka kanalia — wypalił Włochowi prosto w twarz młody Frude.

Okrągła twarz signora Vigano pokryła się szkarłatem. W salonie zapanowało przykre milczenie, które przerwał ojciec zuchwałego młodzieńca.

—  Henryczku! — odezwał się surowo. — Obraziłeś naszego gościa. Przeproś go zaraz.

— Tatusiu, wiesz dobrze, że tego nie będę mógł zrobić — odpowiedział student. — Hitler i Mussolini dokonali gwałtu na własnych narodach i one same gorzej będą o nich kiedyś mówić.

—  Znieważono mnie tu — zawołał patetycznie Włoch. — Jestem zmuszony opuścić ten dom. Żegnam państwa.

Signor Enrico opuścił towarzystwo z dumnie podniesioną głową. Pan domu wyszedł za nim mocno skonfundowany nietaktem swego jedynaka. Choć w duszy przyznawał mu rację, miał za złe synowi wystąpienie przeciw zasadom gościnności, i to w dodatku wobec cudzoziemca. Sprawa dała się jednak załagodzić, bo krótko płonie słomiany włoski ogień. Vigano przypomniawszy sobie, jak świetną kuchnię prowadzi pani Łucja Frude, a zbliżała się już pora obiadu, ochłonął z gniewu i zadowolił się przeprosinami gospodarza domu. Oświadczył, że osobiście jest przeciwnikiem wojny, bo może ona zaszkodzić jego interesom, a jeśli Hitler i Mussolini złamią karki, to on przecież nic na tym nie straci.

—  Moje interesy są zagrożone wskutek powikłań międzynarodowych — wyznał panu Frude. — Otrzymałem z naszego konsulatu generalnego w Warszawie polecenie opuszczenia Polski, i to zaraz, a ja tak kocham Polskę... — Tu głos Włocha zadrżał z nadmiaru uczucia, a pan Emil pomyślał sobie: „Tak, tak, za takie pieniądze można kochać nawet dzikusów" — a głośno odezwał się:

—  Więc skoro to już pańska pożegnalna wizyta u nas, może jednak zostanie pan na obiedzie?

—  Ależ naturalnie — skwapliwie oświadczył cudzoziemiec. — Nie mogę przecież signorze Lucji robić afrontów.

—  Przepraszam jeszcze raz za nietakt mego syna, ale nie spotka go pan już dzisiaj. Młodzież będzie jadła w drugim pokoju obok jadalni, bo nie pomieścimy się w niej wszyscy.

—  Signor Enrico, mój imiennik, jest bardzo dystyngowanym młodym człowiekiem — komplementował syna gospodarza giętki z natury Włoch. — Niemcy rzeczywiście chcą zabrać się do was bez rękawiczek. Ja natomiast ani myślę stąd się ruszać. Mussolini przecież nie będzie się z wami bił, więc nic mi tu nie grozi.

Przy obiedzie pan Vigano, podochocony świetną „Perłą" Baczewskiego, rozpoczął orację na cześć kraju, który użyczył mu gościny. Jego kiepska niemczyzna zasępiła oblicza biesiadników, więc siedząca obok pani domu zwróciła się do niego:

—  Proszę mówić po włosku. Znam włoski i mogę tłumaczyć. Gadatliwy Włoch dosiadł zaraz wielkiego konia i z właściwą mu przesadą począł wychwalać rzeczywiste i urojone cnoty Polaków. Co pewien czas pani Łucja gestem ręki zatrzymywała potok jego wymowy, by tłumaczyć biesiadnikom słowa gościa. Przy grzmiących oklaskach zakończył wreszcie swą orację sakramentalnym zwrotem: „Eviva la bella e l'eroica Polonia!",[8] po czym pani Łucja zaśpiewała szeptem do ucha siedzącego obok małżonka, trawestując słowa znanej arii:

—  Italia e mobile...[9]

Jeszcze gwarniej było w sąsiednim pokoju, „na folwarku", gdzie obiadowała młodzież. Rej tam wodził inżynier Jerzy Dreszer, siostrzeniec pani domu. Dużą atrakcję dla biesiadników stanowiła obecność przy stole kilku zagranicznych gości: dwóch aspirantów, Francuzów, którzy ukończyli dopiero szkołę artylerii w Fontainebleau, oraz Kanadyjczyka, Franka Pickersgilla, studenta z Montrealu zaproszonego na wakacje. Wszystkie panny w żydowieckim dworze były tego dnia pod urokiem trzech młodych cudzoziemców. Zebrało się tam ich sporo; prócz Hani Frudówny były obie jej siostry cioteczne Elwira i Wanda Fedegerówny, dalsza kuzynka Bożena, z obcych Edyta Trubolska oraz przyjaciółki Hani: urocza Basia Pawlak i Irena Starkówna.

W tym towarzystwie nie czuło się wiszącej w powietrzu wojny. Młodzież beztrosko cieszyła się każdym drobiazgiem. Wybuchały kaskady śmiechu, głośnych okrzyków i wiwatów. Nawet chmurny zwykle Henio Frude dał się porwać ogólnemu nastrojowi i z zapałem dyskutował o „międzynarodowych" wyścigach kajakowych: Żydów — Kalisz, które miano urządzić po obiedzie. Cztery kajaki dwuosobowe stały gotowe w „porcie" przy młynie nad strugą, jak nazywano odnogę Prosny w Żydowie. Henio dowodził zażarcie, że wyścigi kajaków to sport czysto męski, i chciał wykluczyć z tej zabawy płeć piękną, jako że za słaba i w ogóle nie nadaje się do tego typu konkurencji. Ostro zaprotestowała przeciw tej decyzji jego siostra Hania i cały babiniec.

—  Wy sobie pojedziecie na pół dnia, a może jeszcze i na wieczór, wpadniecie do „Wioślarzy” lub do „Europy" na kolację, a my co tu będziemy robiły? — biadała Hania.

—  Dziś wam to nie grozi — odparł Henio — bo nasi goście Francuzi muszą o dziesiątej wieczór meldować swój powrót u oficera służbowego pułku.

—  Cztery ekipy gotowe. Nie traćmy więc czasu. Proszę zajmować miejsca w kajakach. Start rozpoczniemy za mostem, gdzie struga łączy się z głównym korytem Prosny. Meta — most przy Towarzystwie Wioślarskim. Panie zajmą miejsca na przedzie. Ruszamy — komenderował Henio Frude.

Pośród śmiechu i przekomarzań wsiadano do kajaków. Za chwilę cztery lekkie czółna mknęły ku mostowi w Żydowie, przed którym boczna odnoga rzeki wlewa się ponownie w macierzyste łożysko.

Manewrowano tak, by kajaki wjechały jednocześnie między przęsła mostu, a gdy już to się stało, Henio zawołał donośnym głosem:

— Regaty międzynarodowe Żydów— Kalisz rozpoczęte, startuje Francja, Kanada i Polska, en avant![10]

Obaj Francuzi wyrwali się z miejsca naprzód, wyraźnie z sobą współzawodnicząc o pierwszeństwo, za nimi sunął Kanadyjczyk, a na samym końcu Henio Frude, milczący jakiś i leniwie pracujący wiosłami. Upominał tylko swą towarzyszkę, by oszczędzała siły, aż Irka poczuła się jakoś nieswojo i spytała wręcz:

—  Wydajesz się niezbyt zadowolony z tego, że płyniemy razem.

—  Masz rację, niezupełnie jestem zadowolony.

—  Dziękuję za szczerość — powiedziała Irka.

—  Nic nie rozumiesz, Irko. Martwi mnie, że jedziemy razem tylko dlatego, że muszę przegrać ten wyścig. Nie wypada mi inaczej. Wygra go Frank. Ci dwaj Francuzi spuchną już po pierwszym kilometrze, za bardzo się forsują. Kanadyjczyk jest silniejszy od nich i przezorniejszy, więc z pewnością wygra. Ja jestem równie silny, ale mam jeszcze nad nim i tę przewagę, że stale pływam kajakiem, trening to ważna rzecz w sporcie, a przy tym znam koryto rzeki. Można się tu łatwo wpakować na mieliznę, bo mamy teraz niski stan wody. Wygrałbym więc te regaty, ale nie wypada mi. Dla mnie to głupstwo, lecz przykro mi, że ty nie będziesz królową rejsu.

—  Przecież to tylko zabawa. Czy uważasz mnie za taką próżną?

—  Nie jesteś próżna, ale ja — wyznał szczerze młodzieniec — chciałbym, abyś była zawsze pierwsza, nawet w zabawie.

—  Oh, wzruszasz mnie tą swoją troskliwością... Wcale nie muszę być pierwsza.

—  Ja też nie, ale ciebie chciałbym wszędzie widzieć na pierwszym miejscu.

—  Więc, Henryku, zrezygnujemy oboje z pierwszeństwa w życiu, dobrze?

—  Ciężko mi rezygnować za ciebie.

—  Niech każdy decyduje za siebie.

—  A nasze życie razem?

—  Henryczku, czy ty naprawdę o tym myślisz? Jestem dwa lata starsza, po prostu za stara dla ciebie.

—  Chcesz powiedzieć, że ja jestem dla ciebie za mało poważny?

—  Ty jesteś za bardzo poważny... na swój wiek — odpowiedziała panna. — Już mi twoja mama o tym mówiła, wolałaby, abyś był bardziej podobny do swoich rówieśników.

— Smarkaczy?...

—  Tego nie powiedziałam — zastrzegła się Starkówna.

W dole rzeki słychać było okrzyki. To młodzi Francuzi wykrzykiwali jeden przez drugiego chwałę lampasów koloru czerwonego i żółtego, którymi różniły się poszczególne kursy ich szkoły oficerskiej.

—  Mama by chciała, abym był taki jak oni — smutno uśmiechnął się młody Frude — abym był pogodniejszy, dostrzegał tylko błyskotliwą powierzchnię życia, nie widział jego głębi. Tę właściwość dostrzegania głębi uzyskuje się z wiekiem, i to tylko niektórzy ludzie. A ja już od dzieciństwa spostrzegłem, że życie człowieka na tej ziemi to jeden nie kończący się obowiązek wobec narodu, rodziny, bliskich. Obowiązek i cierpienie... — dodał ciszej.

—  I miłość — uzupełniła Irka.

—  Tak. Ona zakwita czasem pięknym kwiatem, aby wydać owoce, jak moja.

—  Jak nasza — poprawiła go dziewczyna.

— Irenko, więc ty jednak... Irenko — powtarzał wzruszony młodzieniec. — Będę już mógł o tym powiedzieć rodzicom?... pozwolisz.

—  Pomyślą, że cię zbałamuciłam. A moi rodzice nie pozwolą mi tu więcej przyjeżdżać. Są ambitni.

—  Przecież przyjaźnią się z moimi. Pierwszy raz jesteś tu sama, bo przeszkodziły im jakieś ważne sprawy.

—  No, właśnie. Pierwszy raz sama i tu zaraz taka „bomba".

—  Bomba pełna róż. Gdy pęknie, posypie się ich tyle, że obdzielimy nimi pół świata — marzył chłopiec.

—  O, nie wiedziałam dotąd, że jesteś poetą.

—  Nie jestem poetą, choć czasem kleciłem coś tam skrycie, bo przecież niemal każdy z nas próbował pisać wiersze. Generał Wieniawa-Długoszowski, w przedmowie do swej książki o Lasalle'u, wielkim wojowniku armii Napoleona, powiedział, że „dwa tylko zawody godne są mężczyzny: poety i żołnierza". Być jednym lub drugim to skryte moje pragnienie, ale zawodowa służba wojskowa nie pociąga mnie ani polonistyka, ani studia historyczne, mimo że kocham poezję, historię i uwielbiam bohaterstwo. Śmieszne to dziś, prawda?

—  Nie. Dobraliśmy się pod tym względem, bo i ja kocham to samo co ty. Ani trochę to nie jest śmieszne. Śmieszni i godni litości są właśnie ci, co kochają jedynie zewnętrzny kształt rzeczywistości.

—  Taka jest większość. Tym bardziej powinniśmy starać się, aby coraz mniej było płytkich, powierzchownych ludzi — powiedział dziwnie poważnie Henryk.

Sunęli na szarym końcu korowodu kajaków. Jeden z Francuzów jechał wyraźnie coraz wolniej i Henio leniwie machał wiosłem, by go nie przegonić.

Prosna przed Piwonicami tworzyła ostry zakręt w głębokim jarze, a wyższy jej brzeg stanowił pionowo ścięte gołe urwisko, upstrzone mnóstwem głębokich jam wykopanych przez ptaki, zwane tu pospolicie grzebieluszkami. Są to krępe, popielate ptaki, jaskółki brzegówki, różniące się budową od reszty jaskółek. Wybrały sobie ciche, nadbrzeżne ustronia i założyły tu na granicy Żydowa i Piwonic swą gwarną kolonię. Gniazda ich umieszczone głęboko w ziemi, niedostępne dla człowieka czy czworonożnych napastników, dawały im całkowite bezpieczeństwo i przez wieki już ugruntowaną pewność zachowania gatunku. Kolonia grzebieluszek stanowiła zwykle kres wędrówek pieszych brzegiem Prosny Henryka Frude. Siadał w ich pobliżu na kamieniu, mając z jednej strony rzekę o wartkim tu, szemrzącym nurcie. Daleko za nią widział linię brzegu Prosny, a na najwyższym wzniesieniu smukłą sylwetkę kościoła w Chełmcach. Z tyłu rozciągała się szeroka barwna wstęga nadbrzeżnych łąk, tu i tam przetykana chłopskimi uprawnymi poletkami. Były to „Pólka", jak zwali ten szmat ziemi okoliczni gospodarze z Żydowa, Piwonic, Lisa i nieco dalszych Sulisławic. Obok samotnej mogiły powstańca w lasku w pobliżu domu ten zakątek nad Prosną, u „grzebieluszek", stanowił najmilsze miejsce przechadzek „dziwnego" panicza z Żydowa, jak go nazywali okoliczni chłopi. O synu znanego ongiś lekarza Łukaszewicza z Piwonie, Staszku, który piszczał cienkim głosem, już niewłaściwym dla swego wieku i stroił miny, okoliczni ludzie mówili:

—  Zeby toto było u chłopa, toby toto było głupie, ale że jest u pana, to ucą je, ucą, ale tyż wiela nie naucą...

Sąd gromady ludzkiej o Staszku był negatywny. Odrębność Henia z Żydowa wyczuwali wszyscy, ale odnoszono się do niego z szacunkiem i sympatią.

W pobliżu siedliska grzebieluszek Henryk przestał wiosłować. Prosił swą towarzyszkę, aby również położyła wiosła na burtach łódki.

— Mijamy domki moich przyjaciółek — rzekł. — Popatrz na nie, Irko. Mijamy cząstkę sprawiedliwego świata. Te pracowite stworzonka nie łamią żadnych praw, nie znają zła. Wypełniają dany im czas życia pożyteczną pracą, bo niszczą nadmiar robactwa, upiększają przyrodę swoim istnieniem, żyją w przykładnych stadłach. Rodzice cały dzień trudzą się, aby wyżywić swoje pisklęta. Arystofanes twierdzi, że ptaki są doskonalsze od człowieka. Jego „Ptaki" to wielkie oskarżenie nas, ludzi, które ciągle się, niestety, potwierdza.

—  Czytałeś. Arystofanesa?

—  Tak, jest w naszej bibliotece szkolnej w starym tłumaczeniu Żegoty-Cięglewicza. Przeczytałem siedem komedii, które z czterdziestu, jakie napisał, ocalały.

—  Zadziwiasz mnie. Jesteś mądrzejszy ode mnie. Ja nie czytałam Arystofanesa.

—  Ale za to jesteś studentką, i to trzeciego roku. O ileż mniej umiem od ciebie.

—  Tylko w jednej dziedzinie i jakaż w tym moja zasługa? A ty umiesz patrzeć na przyrodę i wiele czytasz.

—  Ty też ciągle siedzisz nad książkami, Irko, i tego sobie nie ujmuj. Ja nie czytałem „Życia pszczół" Maeterlincka, a ty tak wczoraj interesująco o tym mówiłaś, gdy byliśmy w naszej pasiece. Dziś ja rewanżuję ci się Arystofanesem. To był człowiek śmiechu i śmiech jego ciągle żyje, coraz bardziej tragiczny dla nowych pokoleń, bo człowiek staje się coraz gorszy. Genialna jest dalekowzroczność Arystofanesa, wybiegał myślami tysiące lat naprzód i głosił, że zbawcze dla ludzkości idee pokoju i równego podziału bogactw wprowadzą kobiety. Jakże daleko jeszcze jesteśmy od tego dzisiaj...

Zbliżali się już do Kalisza. Przesunęła im się szybko przed oczami z lewej strony drewniana wieża maleńkiego kościółka Świętego Wojciecha na Zawodziu i wyżej za nią masyw Świętego Gotarda na Rypinku. Widać już było przystań i wypożyczalnię łodzi. Dopędzili ledwie dyszącego małego tulończyka, który pracował wiosłem ostatkiem sił. Nie pomagały już i wysiłki jego partnerki Edyty. Oboje nie mieli potrzebnego treningu i z rezygnacją opuścili wiosła. Przy całej swej kurtuazji dla cudzoziemców Henio musiał minąć tę niefortunną parę wioślarzy, która pogodnie przyjęła porażkę.

—  Chwała zwycięzcy — wołał de Creusat, machając przyjaźnie ręką mijającej ich parze.

—  No, płyńcie już — powiedziała wesoło Edyta. — Widziałam, że dajecie nam „for", ale na nic się to nie zdało.

Gdy kajak Henryka dopłynął do mety Towarzystwa Wioślarskiego, kręcił się już przy klubie Frank Pickersgill. Po chwili doszlusował paryżanin. Musieli chwilę czekać na ostatnią parę. Potem wszyscy pojechali do przystani, gdzie wyciągnąwszy kajaki z wody potrójnym okrzykiem: „hip, hip, hura" uczcili zwycięzców, Henio zlecił swój sprzęt wodny opiece dozorcy przystani i całe towarzystwo udało się do klubu Wioślarzy na lody. Przed wejściem zwracał uwagę afisz. Henio odczytał głośno jego treść:

„Do wszystkich Obywateli miasta Kalisza Starosta Grodzki i Prezydent Miasta w porozumieniu z władzami wojskowymi wzywają Was, Obywatele, począwszy od najbliższego poniedziałku godzina 8.00 rano, abyście stawili się w trzech miejscach, to jest przed Teatrem, przed Ratuszem i na Nowym Rynku, gdzie wozy transportowe odwiozą Was na wskazane miejsca w celu kopania rowów przeciwczołgowych i innych umocnień ziemnych. Odpowiedni sprzęt będzie tylko częściowo dostarczony. Prosimy przybyć w miarę możliwości z własnymi łopatami i kilofami. Ojczyzna w niebezpieczeństwie. Liczymy na Wasz niezawodny zawsze patriotyzm".

Irenka tłumaczyła cudzoziemcom treść afisza. Kiwali głowami z niepokojem. Z klubu wyszedł jakiś oficer z paskiem pod brodą i zwrócił się do Francuzów w ich języku:

—  Proszę zaraz wracać do koszar, jest alarm. Panowie mają rozkaz wyjazdu do Warszawy, gdzie natychmiast macie się zameldować w komendzie placu.

—  Koniec naszego pobytu w gościnnej Polsce — zawołał paryżanin salutując. — Czy pozwolą panie pocałować się na pożegnanie?

Panny nie dały się długo prosić i młodzi ludzie serdecznie je ucałowali.

—  Odprowadzimy was do koszar — zdecydował Henryk Frude.

—  Tak, tak — skwapliwie podchwyciły panny.

—  Po raz trzeci już dostaję depeszę z konsulatu brytyjskiego, abym opuścił wasz kraj — rzekł Kanadyjczyk. — Dziwię się, dlaczego tak naglą. Równie dobrze mogę się bić z Niemcami w Polsce.

Ruszyli do koszar artyleryjskich na Korczak. Coraz więcej przechodniów przyłączało się do gromadki młodzieży. Wszyscy wiwatowali na cześć Francji, pogromczyni cesarskich Niemiec, na cześć generałów Gamelina i Weyganda, wodzów armii francuskiej, na cześć braterstwa broni obu narodów. Tłum gęstniał w miarę zbliżania się do koszar, okrzyki były coraz gorętsze.

—  Do zobaczenia w Berlinie! Na Berlin! — wołano donośnie.

—  Wstydzę się, że jestem jeszcze w cywilu — szepnął młody Frude do Irenki.

—  I twój czas nadejdzie — odpowiedziała mu, obrzucając jego smukłą sylwetkę dziwnie niespokojnym spojrzeniem.

Powóz przysłany przez pana Frude czekał na młodzież przed Teatrem Bogusławskiego. Wracano do Żydowa bez zwykłej trzpiotowatej wesołości, która towarzyszy młodemu wiekowi, w uszczuplonym gronie. Obie Fedegerówny wraz z bratem powróciły do domu na ulicę Chopina. Gustaw musiał je wkrótce pożegnać i udać się do koszar. Pozostała w Kaliszu także Edyta Trubolska. Do Żydowa wracali tylko Irka Starkówna, Frank Pickersgill i Henryk.

—  Czy mam jechać przez Sulisławice, czy szosą piwonicką przez Częstochowską? — spytał stangret.

—  Jedź Częstochowską. To dalej, ale droga lepsza, a że zostało nam jeszcze trochę dnia, to skręcisz za Nowym Światem na Stare Miasto. Pokażę naszemu gościowi drewniany kościółek Świętego Wojciecha i Szwedzkie Górki.

—  Te Szwedzkie Górki istniały co najmniej tysiąc lat przed najazdem Szwedów na Polskę — wyjaśniał Frankowi Henio.

—  A co Szwedzi robili w Polsce? — spytał zdziwiony Kanadyjczyk.

—  Napadli na nas korzystając z osłabienia Polski w wojnie z Rosją, aby rabować, palić, niszczyć nasz kraj. Wojna zaczęła się jako spór dwóch panujących, a skończyła jako narodowa, bo cały lud porwał się do walki przeciw najeźdźcom. Ta się też zacznie jako narodowa, jeśli Hitler odważy się na nas uderzyć, a skończy...

—  Jako międzynarodowa — wtrącił Kanadyjczyk.

—  Mówiła mi niedawno mama — przypomniał sobie młody Frude — która długo zajmowała się muzyką, że Platon w swojej „Politei", wypowiada następujące zdanie: „Podważeniu form muzycznych towarzyszą zwykle przewroty społeczne". A co się stanie, gdy ktoś podważy wszystkie formy współżycia ludzi między sobą? Jakie będą tego następstwa?

—  Pewnie jakaś wielka rewolucja światowa — wnioskował Frank.

—  Wiem, o czym myślisz, Henryku — obaj młodzi ludzie od kilku dni mówili sobie po imieniu — ale Hitler na razie tylko grozi.

—  Ojciec mój twierdzi, że pała on żądzą mordu. Sądzi, że może nas spotkać wiele złego, nim nadejdzie ostateczne zwycięstwo.

— Jednak trójprzymierze Anglii, Francji i Polski musi mu dawać wiele do myślenia — rozumował Kanadyjczyk.

—  Jeśli ludzie tego pokroju w ogóle myślą. Co sądzisz o tym, Irko? — spytał młody Frude siedzącą obok pannę.

—  Nie wiem. Nie wiem nic, Henryku — odparła. — Boję się tylko o ciebie, o nas wszystkich.

—  Trzeba się bać tylko o Polskę, o cały naród. My musimy spełnić swój żołnierski obowiązek.

—  Przecież Polska to właśnie my wszyscy — powiedziała Irenka.

—  Jutro jadę zaciągnąć się na ochotnika — zdecydował młodzieniec. — Już najwyższy czas na to.

— To ja razem z tobą.     Bardzo  chciałbym walczyć  w Polsce

—  oświadczył Pickersgill. — Ukończyłem oficerską szkołę piechoty w Ottawie, nie znam jednak dobrze waszego języka, nie będę więc mógł być oficerem, ale na szeregowca chyba mnie przyjmą.

—  I ja także będę tylko prostym żołnierzem — rzekł Henryk — ale to nieważne. Czułbym się bardzo podle, gdybym nie zgłosił się na ochotnika.

Gdy wjechali na podjazd dworu w Żydowie, czekał już na nich pan Frude senior wraz z córką.

— Mam do pana ważną sprawę, miły gościu — zwrócił się do Pickersgilla. — Dzwoniono do mnie z Warszawy z pańskiego konsulatu. Proszono, abym wpłynął na pana, by pan natychmiast u nich się zjawił. Wasz wicekonsul mówił, że musi pan wracać do ojczyzny, gdzie czeka go powołanie do wojska. Droga przez Niemcy podobno już zamknięta. Może pan wracać przez Rumunię.

—  W tej sytuacji nie będę dłużej nadużywał gościny państwa — oświadczył Frank. — Miałem jutro z Henrykiem zgłosić się do polskiego wojska, ale ponieważ odwołują mnie stąd, będę posłuszny. Poproszę na jutro konie na dworzec na pociąg warszawski.

—  Siła wyższa, kochany młodzieńcze — westchnął właściciel Żydowa — będziemy pana żegnali z wielkim żalem.

Obok ojca stała bardzo zasmucona Hania. W jej oczach ukazały się dwie wielkie łzy i spłynęły po różowych policzkach.

—  Czekamy z kolacją — odezwał się z ganku głos pani domu.

—  Chcę z panią potem porozmawiać, mademoiselle[11] Haneczka — szepnął do ucha dziewczęcia młody Kanadyjczyk, gdy wchodzili po schodach na ganek dworu.

—  Dobrze — odpowiedziała również szeptem panna. — Wyjdziemy po kolacji do parku. Henio zajmie się moją przyjaciółką. Wygląda mi na to, że kroją się ich zaręczyny, będziemy więc mogli spokojnie porozmawiać.

—  Bardzo tego pragnę — usłyszała w odpowiedzi gorący szept. Frank zdążył jeszcze uścisnąć jej rękę, jakby dziękował za życzliwość. Weszli do obszernej jadalni z kredensem i dwiema serwantkami.

—  Mamo, jutro wstępuję do wojska — zawołał od progu Henryk. Kryształowy wazon z różami, który niosła pani Łucja, by nim upiększyć stół, wypadł z jej ręki i rozbił się na dębowej posadzce.

—  Chryste Panie — zawołała — więc to naprawdę wojna!

—  Ale pomyślna, mamo — odpowiedział młodzieniec — bo „gdzie się tłucze i leje, tam się dobrze dzieje".

Przy stole siedzieli tylko oboje państwo domu i dwie pary młodzieży. Inżynier Jerzy Dreszer powrócił do Kalisza powozem wysłanym po „wioślarzy", nazajutrz bowiem musiał już być w fabryce. Henio zdał rodzicom sprawę z odwołania do kraju obydwu Francuzów.

—  Nie wiem, czy przyjmą cię, Heniu, do wojska. Słuchałem komunikatu radiowego. Na żądanie zachodnich sprzymierzeńców wódz naczelny wstrzymał mobilizację. Może za tym kryją się jakieś nadzieje, że unikniemy tej wojny? — mówił starszy pan Frude.

—  Oni nie chcą drażnić Hitlera — odparł żywo Henryk. — Nie wiem, czy się to na co zda, ale na pewno nam zaszkodzi. W polityce tylko z mocnymi się liczą.

—  Proszę, proszę, jak to mój syn prędko został politykiem — uśmiechnął się lekko pan Frude.

— Może te rozmowy w Moskwie delegacji wojskowych Francji i Anglii powstrzymają jednak Hitlera. Kto wie...

—  Sam tatuś cytował kiedyś Talleyranda,[12] że „słowa są po to, aby ukryć czyny” — przypomniał ojcu Henryk.

—  Przyjaciół ma tylko ten, kto daje się oszukiwać — rzekła pani Frude.

—  Łucjo, skąd ten pesymizm? — zdziwił się jej małżonek.

—  Z głowy, bo serce nigdy nie rozstaje się z nadzieją — odpowiedziała zamyślona. — Mnie się zdaje, że ciebie teraz, Heniu, do wojska nie wezmą — dodała.

—  Co mama... — żachnął się młodzieniec. — Jeśli teraz mnie nie wezmą, gdy idzie wojna, to kiedy?

—  Mówił mi Gucio Fedeger, że jego pułk tylko częściowo jest zmobilizowany. Wielu wyszkolonych rezerwistów jeszcze nie powołano, więc...

Henryk słuchał tych słów w milczeniu ze ściśniętym sercem. Jego najgorętszym życzeniem był obecnie mundur polskiego żołnierza.

Po kolacji pan Frude usiadł przy aparacie radiowym, by usłyszeć nowiny ze świata, jego małżonka, zmęczona całodzienną rolą pani domu, udała się zaraz do swego pokoju, a młodzież wymknęła się do pięknego parku okalającego dwór. Wieczór był ciepły. Od pobliskich łąk nad Prosną dochodziło rechotanie żab. Tuż za domem pachniała maciejka. Łagodny podmuch wiatru kołysał korony drzew. Śpiewały one jakąś uroczystą pieśń na cześć wiecznie odradzającego się życia. Wtórował jej zgodny rytm czterech młodych ludzkich serc, które nie wyczuwały szumu skrzydeł nadlatujących czarnych aniołów zagłady.

—  Czy mogę wziąć panią pod rękę, Haneczko? — spytał ciepłym głosem Frank Pickersgill.

—  Proszę bardzo. To nasza ostatnia przechadzka — odpowiedziała.

—  Ostatnia dzisiaj.

—  Pan jutro wyjeżdża...

—  Tak, ale jeśli pani będzie czekała, wrócę. Wrócę na pewno, chyba żeby...

—  Och, przeżyje pan to wszystko, ja w to wierzę — szepnęła. —  I mnie pani wierzy?

— Świat jest wielki, tyle pięknych dziewcząt dokoła...

—  Ale serc mało. Takich serc jak w Polsce, jak w Żydowie — dodał, a głos zadrgał mu tłumionym wzruszeniem. — Moi rodzice to zwykli fermerzy, ale poczciwi. Jestem jedynakiem i kocham ich. Bardzo tam oni w domu na mnie czekają. I tam też kończą teraz żniwa, a ja byłem zdecydowany mimo wszystko tu zostać, bronić pani... Bo pani może stać się krzywda, grozi niebezpieczeństwo... U nas jest spokojnie. Ferma nasza średnia, taka jak pół Żydowa, ale ziemia lepsza i mamy duży las, ogromny. Drzewa większe niż tutaj w Europie. U nas wszystko większe, kraj rozległy, piękny. Rodzice moi bardzo by się ucieszyli, gdyby... gdyby pani przyjechała — wypowiedział wreszcie i obrzucił wzrokiem pełnym niepokoju swą towarzyszkę. Ona puściła nagle jego ramię i spojrzała na niego nieco zdumiona, zaskoczona tym nieoczekiwanym wyznaniem

—  Ja... do Kanady?... — zapytała. — Pan fantazjuje, drogi Franku.

—  Proszę jeszcze raz to powtórzyć „drogi Franku"... To tak pięknie brzmi — nalegał. — Pragnąłbym porwać z Polski taką małą panią o jasnych oczach, w których tyle słońca. Zadzwonię do naszego konsula, aby przysłał mi zaświadczenie, że jestem wolnego stanu, choć już mój paszport to stwierdza. Wasz pastor dałby nam ślub... Upadnę na kolana przed twoimi rodzicami, Haneczko... Wyjedziemy stąd razem.

—  Naprawdę, zdumiewa mnie to wszystko. Jestem zaskoczona — rzekła dziewczyna.

—  Lubi mnie pani trochę?.

—  Tak — odpowiedziała. — Ale przecież to jest decyzja na całe życie, nie można tak nagle...

—  Grozi wam wojna.

—  Więc tym bardziej nie mogę teraz pozostawić tu rodziców samych. Umarłabym z lęku o nich. Jeśli pan powróci po wojnie, gdy będzie spokojnie na świecie, to wtedy rozważymy...

—  Ale ja będę umierał z niepokoju o ciebie, Haneczko. Zastanów się jeszcze do jutra.

—  Nie, nie. Teraz ja nie opuszczę Żydowa, w żadnym razie — stwierdziła stanowczo dziewczyna.

—  Będziesz na mnie czekała?

Hania bardzo długo patrzyła w ciemne oczy Franka, z których bił żar i niepokój zarazem. Trzeba było powziąć doniosłą decyzję.

—  Będę... — wyszeptała płoniąc się cała.

Frank ujął w swe mocne dłonie małe jej ręce i ucałował z uczuciem.

—  Moja mała pani, mała pani na całe życie — powiedział wzruszony. — U mnie tam w domu w Longwood bardzo się ucieszą.

—  A moi rodzice bardzo się zaniepokoją.

—  Ale nie zabiorą mi ciebie?

—  Tę decyzję mnie pozostawią.

— Kochana... — powiedział cicho. — My darling, sweat heart[13] — dodał w swej ojczystej mowie.

Gdzieś zza drzew z głębi parku przypłynęły do nich słowa pieśni śpiewanej młodym dźwięcznym barytonem.

—  To Henryk — rzekła Haneczka. — Po mamie odziedziczył dobry słuch, po tatusiu donośny głos.

—  Nie rozumiem, co śpiewa, ale to ładnie brzmi — stwierdził Frank.

—  To wiersz naszego poety Słońskiego — powiedziała panna — przetłumaczę potem panu słowa.

—  Nauczysz mnie go kiedyś, podoba mi się ta melodia — wyznał Pickersgill.

A gdy na wojenką szli ojczyźnie służyć,

wicher dął im w oczy od rozstajnych dróg,

niebo się nad nimi poczynało chmurzyć

pod deszczową chmurą w polu krakał kruk.

Niosły się po parku piękne słowa poety:

Poszli śpiewający, krwawym trudom radzi,

Ledwie przed świtaniem złoty zabrzmiał róg.

Matki im mówiły: niech was Bóg prowadzi,

Zony im mówiły: niech was strzeże Bóg.

 Matki się u strzemion synom nie wieszały,

Żony się pod nogi nie kładły na próg,

Dzieci nie płakały, dzieci nie wołały

Ojców, których w polu śmiercią witał wróg.

Przed udaniem się na spoczynek Hania wymknęła się ze swego pokoju i pobiegła do sypialni rodziców. Wiedziała, że matka jeszcze nie śpi, bo przez dziurkę od klucza sączyło się światło.

Przechodząc obok gabinetu ojca słyszała go rozmawiającego z Henrykiem. Rozprawiali o czymś z ożywieniem. Zapukała tedy do drzwi sypialni.

Usłyszawszy głos pani Łucji, weszła. Matka i córka odbyły długą rozmowę. Gdy pan Emil wszedł wreszcie do sypialni, zegar w jadalni bił już północ. Pani Łucja nie spała jeszcze, co bardzo zdziwiło męża.

—  Lucy, skarżyłaś się już po kolacji, że jesteś zmęczona, a jeszcze nie usnęłaś, dlaczego? — spytał pan Frude.

—  Po takim dniu trudno spać...

—  Tak, tak — potwierdził jej małżonek. — Rozmawiałem z Henrykiem.

—  A ja z Hanią. To dobrze, gdy dzieci mają do nas zaufanie.

—  Hania? — pan Emil uniósł lekko brwi do góry. — A co ona miała ci do powiedzenia?

— Takie dziś czasy, że młodzi między sobą najpierw wszystko uzgadniają — rzekła pani Łucja. — Pan Frank Pickersgill oświadczył się dziś Hani.

—  Co? On też! — wykrzyknął zdumiony pan Frude.

—  Jak to też? Czyżby jeszcze ktoś oświadczył się o Hankę?

—  Nie, ale nasz Henio oświadczył się Irce Starkównie.

—  Więc i nasz Henio... On ma dopiero dziewiętnaście lat.

—  Najlepszy wiek do takich romantycznych miłości.

—  Taki był zawsze cichy...

—  Raczej z cicha pęk albo cicha woda, jeśli wolisz.

—  Co za dzień, ależ urodzaj na miłość, dwie pary jednego dnia... Mam nadzieję, że nie uraziłeś uczuć Henia.

—  O to bądź spokojna. Powiedziałem mu: „Dobrze. Powtórzysz nam to samo za cztery lata, gdy ukończysz studia, a wtedy ani mama, ani ja nic przeciw temu mieć nie będziemy". Przyjaźnię się z jej ojcem. To zacna rodzina, znasz ich dobrze.

—  Tylko ta różnica wieku...

—  Więc rzecz trzeba odwlec, może mu to przejdzie albo panna się rozmyśli. „Pierwsze koty za płoty", tak często bywa z pierwszą miłością.

—  Wypadł mi dziś z ręki wazon. Dwie róże się przy tym złamały, i te podwójne deklaracje... Dziwne to takie i niepokojące.

—  Po prostu zbieg okoliczności, nic więcej.

—  Oby tak było... Pickersgill jutro rano ma nas prosić o rękę Hani.

—  A ona?

—  Gdyby mu odmówiła, nie byłoby dalszego ciągu.

—  Czasem się jednak zdarza, że córka radzi się rodziców.

—  Coraz rzadziej. Chwaliliśmy zresztą przed nią pana Pickersgilla. Mamy konsekwencje.

—  Był bez zarzutu, ale nic o nim właściwie nie wiemy.

—  Wiec powiemy mu to samo, co ty mówiłeś Heniowi, żeby jeszcze z tą decyzją poczekał.

—  To samo mu odpowiedziała Hania. Wiesz, on chciałby wziąć z nią zaraz ślub i wywieźć ją do Kanady.

—  Bardzo to obcesowe, ale kto wie, czy nie byłoby tak najlepiej dla Hani.

—  Mileczku, co ty mówisz? — wykrzyknęła pani Łucja.

—  Myślę tylko głośno. Kto wie, co nas tu czeka...

—  Hania ani myśli teraz nas porzucić.

—  Bardzo to szlachetne, kochane dziecko, ale nie wiadomo, co byłoby dla niej lepsze... — odpowiedział z ciężkim westchnieniem właściciel Żydowa.

—  Może to ktoś od starosty. Motocyklem przyjechał... — zastanawiał się pan Frude. — No, poproś tego grubego gościa.

—  To ja już sobie pójdę — powiedział młynarz — więc mam godzić czterech?

—  Czterech, czterech — potwierdził swą decyzję właściciel Żydowa.

Marcin Drygała opuścił kancelarię. Za chwilę wtoczył się do niej czerwony grubas i już od progu warknął chrapliwym głosem:

—  Guten Tag, Herr von Frude.[14]

—  Witam pana — odparł zimno gospodarz. — O ile pamiętam, ostatnio mówiliśmy po polsku w pańskim sklepie. A i „von" nie jestem.

—  Pochodzi pan z alzackiej szlachty, to znana rzecz, panie von Frude — upierał się przybysz. — Na naszym ewangelickim cmentarzu widziałem nagrobek pańskiego ojca pisany w czystej niemczyźnie.

—  Alzatczycy nigdy nie uważali się za Niemców, moi rodzice wychowali mnie na Polaka. Czym mogę panu służyć, panie Tschapke? — spytał właściciel Żydowa.

—  Mnie tu do pana przysłano. Spełniam polecenie.

—  Czyje?...

Hans Tschapke obejrzał się podejrzliwie dokoła.

—  Pan jest przecież Niemcem, Herr von Frude — rzekł z uporem.

—  Ani Niemcem, ani „von", jeszcze raz powtarzam — zaprzeczył z naciskiem gospodarz.

—  Żałuję bardzo, naprawdę żałuję — oświadczył nieproszony gość. — Szkoda mi... pana.

—  Jak to mam rozumieć?

—  No, bo... tu będą niedługo Niemcy. Słyszał pan ostatnie przemówienie Führera. Polacy nie chcą oddać nam Gdańska, a Niemcy muszą pójść na Wschód. Polacy stanęli nam na drodze.

—  Panie Tschapke, swoje poglądy polityczne niech pan zachowa dla siebie. Nic mnie one nie obchodzą, a raczej... mniejsza z tym — przerwał swój wywód pan Frude.


[1]  Signor   (włos.) — pan.

[2]  Piano   (włos.) — cicho.

[3]  Duce   (włos.) — wódz.

[4]  Der  Führer (niem.) — wódz.

[5]  Artur Neville Chamberlain (1869—1940) — polityk brytyjski jeden z przywódców Partii Konserwatywnej, w latach 1937—1940 premier. Zwolennik ustępstw na rzecz  hitlerowskich  Niemiec,  jeden z głównych inicjatorów i  twórców układu  monachijskiego  (1938);  31  marca  1939  r. rząd  Chamberlaina udzielił gwarancji niepodległości Polski.

[7]  Sentimento    nazionale    (włos.) — sentyment narodowy.

[8]  Eviva la bella e l'eroica Polonia!   (włos.) — Niech  żyje piękna i bohaterska Polska!

[9]  Italia  e  mobile  (włos.) — Włochy są zmienne.

[10]  En  avant! (franc.) — naprzód!

[11]  Mademoiselle  (franc.) — panna.

[12]  Charles Maurice Talleyrand—Perigord (1754—1838) — hrabia, francuski mąż stanu, w 1789 r. biskup Autun, w 1791 r. ekskomunikowany i wygnany, po powrocie do kraju pomógł Napoleonowi w dojściu do władzy; w latach 1797—1807 był ministrem spraw zagranicznych za Dyrektoriatu, Konsulatu i Cesarstwa; w latach 1814—1815 przyczynił się do restauracji Burbonów, na kongresie wiedeńskim odegrał wybitną rolę, w roku 1830 poparł Ludwika Filipa.

[13]  My darling,sweat heart (ang.) — moja ukochana, słodkie serce.

[14]  Guten Tag, Herr von Frude  (niem.) — dzień  dobry, panie Frude.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

WALLENRODZI

 —  Nie da rady, nie da rady. Trza będzie dwóch nowych chłopów do roboty nająć. Młyn musi iść naokoło: od rana do nocy, od nocy do rana, bo się nie wyrobim inaczej.

—  Nie zgadzam się z tobą, Marcinie. Źle liczysz. Ja obliczyłem inaczej — odparł młynarzowi pan Emil Frude.

—  Jakże to — żachnął się Marcin Drygała — toć robimy wszyscy świątek i piątek po dwanaście godzin i więcej na dzień.

—  No, właśnie, dlatego nie dwóch, lecz czterech ludzi trzeba zgodzić.

—  Czego jak czego, ale chłopów do roboty u nas nie brakuje. Każdy chętnie się zgodzi, bo i płaca uczciwa, i grosz pewny. Wezmę Józka Kulebiaka i Wawrzyńca Barana, Tomka Kuźbika z Gór i Kuta z Ołoboku.

— Twoja sprawa, kogo zgodzisz, wiem, żeś rzetelny człowiek, Marcinie. Chwała Bogu, do ludzi mam szczęście.

W drzwiach kancelarii ukazała się głowa Piotrka, lokaja, kuchcika i chłopca ogrodowego w jednej osobie.

—  Przyjechał czortopchajką jakiś pan z Kalisza — odezwał się od proga.

—  Do mnie? Czemu nie zadzwonił wcześniej? Jak się nazywa ten pan? — spytał zdziwiony pan Frude, bo o rannej godzinie nie spodziewał się nikogo obcego.

—  Powiedział ten pan, że to bardzo ważna sprawa, że musi się rozmówić. Po pańsku to zanadto nie wygląda ten jegomość, dosyć gruby i czerwony na gębie...

—  Pan jest dobrym człowiekiem, nawet zbyt szlachetnym, szkoda pana dla tych Polaków, bo...

—  Nie chciałbym już więcej na ten temat mówić, panie Tschapke — przerwał Niemcowi właściciel Żydowa, podnosząc się z krzesła.

—  Wiem, pan mi już każe wyjść — odpowiedział mu kaliski rzeźnik. — Mnie nie zrobiłoby to różnicy, ale dla pana to nie jest wszystko jedno. Przyszedłem tu z dwiema sprawami, jedną przynajmniej muszę załatwić. Tu chodzi tylko o pieniądze.

—  Nic panu nie jestem winien! — żachnął się gospodarz.

—  Mnie nie, ale naród niemiecki czegoś żąda od pana.

—  Jestem tylko dłużnikiem narodu polskiego.

—  Tak. Dziś to pięknie brzmi, ale pan wie, jak blisko jesteśmy granicy Rzeszy. Sięga ona już tutaj. To jest czas próby.

—  Tak, to jest czas próby — powtórzył z ciężkim westchnieniem pan Frude.

—  Pański syn i córka kopią teraz umocnienia przeciw Niemcom niedaleko stąd. Tego ukryć się nie da.

—  Nie zamierzamy tego kryć.

—  To bardzo nieostrożne.

—  Nie pytam pana o zdanie, żegnam, panie Tschapke.

—  Pan ma dzieci, panie Frude. Niech pan spojrzy na mapę. Przecie Kaliskie to prawie pogranicze Rzeszy. Nasi tu będą bardzo prędko. Führer zmiażdży odstępców i zdrajców narodu niemieckiego. Dla nich nie ma litości.

—  Czego pan ode mnie chce?

—  Ja nic, ale oni żądają. Od większego żądania jakoś pana wybronię, ale musi pan dać na cel walki o wielką Rzeszę przynajmniej tysiąc złotych.

—  Cokolwiek uczynię, będzie zdradą.

—  Ja chcę pana ratować, niech pan to zrozumie, panie Frude. Zawsze pan mówił, że mam najlepsze w Kaliszu wędliny.

—  No, białą kiełbasę w każdym razie.

—  I intencje mam najlepsze. Moja córka Irma prosiła mnie, bym was ratował. W czerwcu ukończyła liceum Jagiellonki. Pański syn tańczył z nią kilka razy na balu maturalnym. To rówieśnicy. Pewnie pan Henryk wspominał o naszej Irmie.

—  Nie przypominam sobie, panie Tschapke.

—  Więc tysiąc złotych...

—  Jestem Polakiem, jak pan śmie!

—  Pan podnosi na mnie głos. Nie szkodzi. Ja wpłacę za pana ten tysiąc złotych. Kiedyś mi pan te pieniądze zwróci i będzie wdzięczny.

—  Straszne, straszne...

— Straszne to będzie dopiero, jak oni tu przyjdą. Nawet mało kto z naszych tęskni do rządów Hitlera. Panu to mogę powiedzieć. Nam tu nie było źle. Moi klienci nie robili mi wstrętów z tego powodu, że jestem Niemcem, moja druga córka Hilda przyjaźniła się z córką dowódcy kaliskiej dywizji. Tańczyła z innymi koleżankami często w domu polskiego generała, a teraz będzie wojna. Hitler — to znaczy wojna. Jak pan myśli, panie Frude, Anglia i Francja nie staną przecież po stronie Polski?

—  Podpisały zobowiązanie.

—  W polityce to niewiele znaczy. Nie wierzę, aby chciały się bić o Gdańsk. Hitler zapewnia...

—  Nie wierzą mu już, dlatego zachodni sojusznicy Polski będą się bili.

—  To i oni dostaną w skórę, więc te pieniądze...

—  Cokolwiek uczynię, popełnię zdradę wobec jednych i drugich.

—  Hitler bliżej i on nie przebacza.

—  Tak, to jest pewne...

—  Ja już muszę się śpieszyć, panie Frude. Mam więcej takich spraw...

—  A inni?

— Dali wszyscy. Hitler potrafił wzbudzić... grozę. Zapanowała chwila ciężkiego milczenia. Wiele myśli przebiegało lotem błyskawicy przez głowę właściciela Żydowa.

—  Dali wszyscy... — szeptał do siebie cichym głosem. — Tak, tak... wybrali życie, bo ten człowiek przynosi śmierć. Żywi — myślał — mogą jeszcze wiele zrobić, umarli już nic, a ja nie jestem sam. Jestem jak ten biblijny pasterz, ale owce moje zginą, jeśli mnie nie będzie. Czas może przyniesie jakiś ratunek, dla umarłych ratunku nie ma...

Dziwnie drżały ręce starego pana, gdy sięgał po kluczyk do swej kasy. Otworzył ją wreszcie i wyjął plik stuzłotowych banknotów.

—  Już piszę pokwitowanie — odezwał się skwapliwie rzeźnik. — Mam kwitariusz z pieczęciami organizacji.

—  Pokwitowanie zbyteczne.

—  Oh, nie, my Niemcy jesteśmy skrupulatni. Co by pan o mnie pomyślał, gdybym wziął od niego tak dużą sumę bez pokwitowania?

—  Czyż ma jakieś znaczenie to, co ja pomyślę? Ludzie będą sądzić tylko mój czyn. Nie znajdą dla mnie usprawiedliwienia.

—  To jest pierwszy krok. Cieszę się, panie Frude, że wchodzi pan na drogę rozsądku.

—  Inaczej bym to nazwał... Robię to nie dla siebie.

—  „Jak się zwał, tak się zwał, byle się dobrze miał" — mówią Polacy.

—  W tym przysłowiu chodzi o co innego.

—  Może, za dużo nauki nie mam. Dziękuję, panie Frude. Sporo będę miał kłopotu, by wybronić pana przed spełnieniem drugiego żądania, ale może mi się to uda. Kwit za pobraną sumę zostawiłem na pańskim biurku. Auf Wiedersehen,[1] Herr Frude.

Gruby rzeźnik wytoczył się wreszcie z kancelarii. Gospodarz nie towarzyszył mu nawet do drzwi. Długo stał z palącym się cygarem w ręku, wreszcie wyszeptał bladymi wargami:

—  Jestem zdrajcą... Gdyby Henio o tym się dowiedział, o Boże, byłoby nieszczęście. Nawet Łucja nie może o tym wiedzieć, nikt, nikt...

Skręcił kwit Tschapkego w długą rurkę, podniósł z biurka paczkę zapałek, wyjął jedną z nich i za chwilę kompromitujący dokument spłonął w jego ręku. Pozbierał starannie spopielałe szczątki i wrzucił do kosza. Ledwie zdążył to uczynić, do gabinetu wbiegła Hania, zapłoniona i podniecona.

—  Tatku, ledwie wróciliśmy z okopów, nadeszła poczta z Kalisza. Mam już list od Franka z Paryża, dla ciebie są gazety i jakieś urzędowe pisma. Patrz, tatku, mam odciski na rękach, trochę bolą, ale to nic. Cały Kalisz był na okopach, sporo też ludzi z okolicy, wszyscy nauczyciele z dziećmi, Henio przyprowadził całe Żydowo. Jak to pięknie, że dałeś wozy dla ludzi. Co to? Tu się u ciebie coś paliło.

—  E, nic... — odparł pan Frude nieco zmieszany.

—  Czuję swąd. To nie twoje papierosy, tatku.

—  Swąd? A, może... O, przypominam sobie: spaliłem stary wykupiony weksel. Po co gromadzić takie śmieci.

—  Masz rację, tatusiu. Posłuchaj, co pisze Frank: nie chce teraz opuścić Europy, by być bliżej nas.

—  „Bliżej nas"? Tak napisał? Chyba bliżej ciebie.

—  Pisze jeszcze Frank...

—  Pan Pickersgill — poprawił córkę pan Frude.

—  Więc pisze, żebym była spokojna, bo wojny chyba nie będzie. „W całym Paryżu w ciągu tych dni nie widziałem na ulicach ani jednego munduru".

—  To dziwne, nawet w naszym Kaliszu roi się teraz wszędzie od mundurów — zauważył ojciec Hani.

—  Ale Paryż jest ważniejszy! — zauważyła panna.

—  Może, może... — z powątpiewaniem odrzekł ojciec — ale wczoraj podawało radio szwajcarskie, że w Berlinie wprost nie można przejść ulicą, tak wszędzie pełno wojskowych. Czyżby o tym nie wiedzieli w Paryżu?

—  Na końcu swego listu dodaje jeszcze Frank, że rychło należy go się u nas spodziewać.

—  Miłość ma skrzydła, moja panno, bo gdyby chodziła piechotą, nigdy nie trafiłaby do celu. Dzięki tym skrzydłom właśnie istnieje dotąd świat — uśmiechnął się ojciec.

Ojciec i syn spędzali długie godziny przy aparacie radiowym. Z Berlina grzmiał ochrypły, nabrzmiały nienawiścią głos samego Führera, który oznajmiał, że godzina kary dla nikczemnego narodu polskiego wybiła, że armia niemiecka ruszyła, by ukarać zbrodnie Polaków, wzywał do zemsty za „męczenie" w Polsce dziesiątków tysięcy braci niemieckiej krwi, oznajmiał światu, że to Polacy pierwsi dokonali agresji na miłujący pokój naród niemiecki, zajmując podstępnie radiostację w Gliwicach. Stolice zachodu, Paryż i Londyn, potwierdziły agresję wojsk Hitlera na Polskę, donosiły o zdecydowanym oporze wojsk polskich. Z Warszawy prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki, świadczył wobec Boga i Historii, że naród polski napadnięty podstępnie wbrew podpisanym paktom bronić będzie swych granic i swego istnienia do ostatniej kropli krwi.

—  Tatusiu, ja muszę zaraz zgłosić się na ochotnika, teraz na pewno mnie przyjmą. Gdybym nie poszedł, nikomu w oczy nie śmiałbym spojrzeć... — tu głos Henryka załamał się.

—  Nie mogę ci tego bronić, mój synu — odparł ojciec. — Ale może lepiej zaczekać na kartę powołania.

—  Prezydent już nas powołał, tatusiu, wszystkich. W tym domu zostaniesz tylko ty z mamą, bo nawet Hanka...

—  Nawet Hanka? — stary pan podniósł w górę brwi.

—  Pójdzie do szpitala polowego. Mama powinna uczyć dzieci, bo nauczycieli zabraknie. Zresztą mamy duży dom. Może się nadać na szpital, granica niezbyt daleko, więc u nas...

—  W takim razie Hanka tu się przyda — stwierdził właściciel Żydowa.

—  Ona chce iść ze mną.

—  No, no, nie tak prędko — mitygował pan Frude zapał syna.

—  Niemcy na pewno będą szli prędko.

—  Gorąca woda... — mruknął pan Frude.

Do uszu rozmawiających doszedł przez otwarte okno szum nadjeżdżającego auta. Skręciło ono już z drogi przez wieś wyraźnie w stronę dworu.

—  Ktoś do nas — zauważył młodzieniec.

—  Zaraz, zaraz... O, Irenka przyjechała.

—  Z rodzicami? — spytał ojciec.

—  Tak, tatusiu. Dyrektor sam prowadzi auto, chodźmy ich powitać.

—  Co oni tutaj robią? — zdziwił się pan Frude. — W taki czas siedzi się w domu...

Za chwilę cała rodzina Frudych witała swych przyjaciół na podjeździe przed gankiem domu.

—  Cieszę się bardzo, że was tu widzę, ale szczerze powiem: nie spodziewałem się — mówił gospodarz całując dyrektora Starka.

—  I my też nie spodziewaliśmy się tego, ale władze opuściły nasze miasto, pół powiatu jest już w drodze na wschód. W ostatniej chwili chwyciłem na wyjezdnym komendanta PKU,[2] by mi dał papier wyłączający moje auto od wojskowej rekwizycji. Jedziemy do Warszawy, gdzie mam siostrę. Tam będzie bezpieczniej!

—  A tu Irka zaczęła nam suszyć głowę: jedźmy do Żydowa, by zabrać naszych przyjaciół. Bardzo się obie z Hanią pokochały — mówiła pani Starkowa do witającej ją gospodyni domu.

—  Zabierzemy wszystkich państwa z sobą — mówiła zarumieniona panna Starkówna, szukając oczami Henryka.

—  To niemożliwe, panie dyrektorze — oponował pan domu — wolne żarty, panno Irko — zwrócił się do córki przyjaciela.

—  Na co jak na co, ale na żarty teraz nie czas — oświadczył poważnym głosem pan Stark. — Niemcy będą tu najpóźniej za trzy dni — dodał zdławionym głosem.

—  Ależ to jest panikarstwo!— oburzył się gospodarz.

—  Nie panikarstwo, tatusiu — zaprzeczył Henryk. Pan Frude spojrzał ze zdziwieniem na jedynaka.

—  Ty tak mówisz? — spytał.

—  Tak, tatusiu — potwierdził młodzieniec. — Od wakacji już studiuję sprawy wojskowe, czytam o nich wiele, słucham radia, śledzę mapy. Śląsk i Wielkopolska są nie do obronienia w początkach wojny, póki nie pomogą nam zachodni sojusznicy. Niemcy będą u nas za trzy dni!...

Nowina ta zmroziła wszystkich. Przykre milczenie przerwał dyrektor Stark:

—  Więc biorąc to pod uwagę...

— I prośby naszej córki — dodała pani Starkowa.

—  Tak, mamy dla państwa cztery miejsca w moim dużym wozie. Za nami jedzie ciężarówka z pracownikami cukrowni, którzy ewakuują się na wschód. Ulokowaliśmy również na niej nasze bagaże. Dajcie co zjeść, zapakujcie najcenniejsze rzeczy i ruszamy na Łódź.

—  Dziękuję ci, drogi przyjacielu, za troskę o nas. Zboczyliście porządnie z drogi, by tu dotrzeć, ale ja się stąd nie ruszę — oświadczył pan Frude.

—  Ani ja! — zawołał z determinacją Henryk.

—  A ty dlaczego? — ostro zapytał ojciec.

—  Karabin gdzieś dostanę, ukończyłem przysposobienie wojskowe. To mój obowiązek walczyć, ojcze, jeżeli oni...

—  Bardzo chwalę twoją postawę, Henryku — odezwał się dyrektor cukrowni — ale sam powiedziałeś, że Wielkopolska na razie stracona. Tam dalej na stałej linii oporu trzeba będzie wyćwiczonego wojska. Jedź z nami. Nie zabraknie dla ciebie okazji do walki, Henryku.

—  Ojciec dobrze ci radzi — poparła go skwapliwie panna Starkówna.

—  Musisz być rozsądny, Henryczku — odezwała się pani Frude.

—  Więc wy troje jedźcie do Warszawy. Twoja przyjaciółka, pani Maria Dąbrowska, Łucjo, chyba nie odmówi wam w stolicy gościny.

—  Tego jestem pewna — stwierdziła pani Łucja — tylko że ja, Emilu, też nie pojadę. Zostanę tu z tobą. Dzieci powinny, one muszą jechać, ale nasze miejsce jest w Żydowie.

—  Dziękuję ci, Łucjo. Wolałbym cię widzieć w Warszawie, ale rozumiem twoje intencje.

—  Mamo... — próbował jeszcze bronić swej decyzji młody człowiek.

—  Ty pojedziesz z Hanią i Irenką, Henryku — rzekła ciepłym, ale stanowczym tonem matka. — Hania potrzebuje twojej opieki, a po drugie, w głębi kraju będzie się tworzyła nowa armia, cała nasza nadzieja. Tam cię przyjmą do regularnej jednostki, tutaj byłaby to tylko nierozważna, rozpaczliwa demonstracja, nasz dzielny obrońco.

—  Jeszcze nie jestem żołnierzem, mamo.

—  Ale będziesz, jestem tego pewna, mój synu.

Henryk ucałował serdecznie obie ręce matki. Pani Frude najwyższym wysiłkiem woli powstrzymywała łzy.

Piękna była jesień roku 1939. Przez trzy tygodnie września w całej Polsce nie spadła ani kropla deszczu. Dni i noce były upalne jak w lipcu. Nawet natura sprzyjała wodzowi Wielkiej Rzeszy, Hitlerowi, w podbiciu sąsiedniego słowiańskiego narodu „niższej rasy". Potężne lotnictwo Führera nie miało żadnych przeszkód w miażdżącym uderzeniu na słabą Polskę. Widoczność była znakomita. To była wspaniała „zabawa".

Dwudziestoletni lotnicy niemieccy zaczęli wierzyć w geniusz swego wodza. Wielki filozof niemiecki Hegel powiedział, a za nim często powtarza to Führer, że „wojna jest sądem Boga nad narodami". „Grzeszny, nikczemny" naród polski w ciągu paru tygodni dostał się w niepodzielne władanie „szlachetnego" narodu niemieckiego.

W niedzielny ciepły jeszcze i pogodny ranek w końcu października w Kaliszu płowowłosi zwycięzcy spoglądali z widoczną pogardą na przesuwające się chyłkiem ku kościołowi Franciszkanów grupki Polaków. Wzywały ich na nabożeństwo donośne dzwony klasztornego kościoła. Ów głos dzwonów obudził rezydującego prawie naprzeciw kościoła, po drugiej stronie Prosny w hotelu „Europa", komendanta kaliskiego okręgu żandarmerii majora Büchlera, zażywającego zasłużonego spoczynku po biesiadzie nocnej u landrata.[3] Büchler wściekły zerwał się z łoża i zadzwonił na dyżurnego podoficera.

—  Co to za nieporządki! — huknął na wchodzącego żandarma. — Już wczoraj przyszło zarządzenie z kancelarii gauleitera[4] z Poznania, że w kraju Warty w miejscowych kościołach nie wolno dzwonić. Dzwony stanowią majątek Rzeszy. Będą użyte niedługo w sposób bardziej właściwy niż na głoszenie zabobonów. Czy te klechy o tym jeszcze nie wiedzą?

—  Sprawdzę, Herr Major.

—  Jeśli to nieposłuszeństwo, aresztować wszystkich, jeśli brak pouczenia, poinformować ich.

—  Tak jest, Herr Major. Czy będą jeszcze jakieś rozkazy?

—  Idź do diabła! Niech obudzą mnie o czternastej, mam zjeść obiad z szefem gestapo.

Podoficer ruszył ku drzwiom. Büchler ponownie utonął w piernatach, ale głos dzwonów nie ustawał; obudziło to gniew oficera reprezentującego zbrojne ramię Herrenvolku.[5] Zadzwonił powtórnie. Za chwilę dyżurny żandarm meldował się w drzwiach jego pokoju.

—  Hans, który z oficerów pełni dziś służbę? Kalthenberg, Schranke, Wolff? Wyszło mi to z głowy.

—  Leutnant[6] Schranke, Herr Major.

—  Dobrze, poproś go do mnie.

—  Rozkaz.

Po chwili wezwany oficer meldował się swemu przełożonemu.

—  Paskudnego mam kaca, Schranke — zwierzał mu się komendant. — Łeb mi pęka. Piliśmy u landrata polską wódkę. Ci Hotentoci nie potrafią nic porządnie zrobić.

—  Führer się nimi zajmie.

—  Tak, ale to jeszcze potrwa. Trzeba to znosić do pewnego czasu, mój Schranke. I do tego te przeklęte dzwony.

—  To już ostatni raz, Herr Major.

—  Z czego te polskie klechy się cieszą? Że zdechną niedługo w lagrach! Trzeba im dać nauczkę, poruczniku. To znaczy klechów zostawimy na później, ale tę hołotę, co ryczy razem z nimi jakieś religijne pieśni, trzeba będzie trochę przetrzepać.

—  Zaraz wyślę kilka plutonów żandarmów.

—  Rozkazuję: nie bić nikogo. Poczekać, aż się skończą te ich modły. Wylegitymować wszystkich wychodzących z kościoła. Kto nie nie ma Arbeitskarty[7] z miejsca zatrudnienia, aresztować. Pojadą do Rzeszy na robotę. Darmozjadów tolerować nie będziemy.

—  A młodsi, którzy jeszcze nie mają Arbeitskart?

—  Słuszne pytanie. Trzeba zabrać i tych, którzy ukończyli czternaście lat.

—  A dziewczyny?

—  Tak samo. One też muszą jeść. Niech pracują. W Rzeszy i one się przydadzą. Zameldujesz mi o czternastej, jaki mieliście połów.

—  Heil Hitler, Herr Major![8]

—  Życzę dobrych łowów, Schranke — odpowiedział Büchler ziewając.

W kościele Franciszkanów rozbrzmiewał jeden wielki chorał nieszczęścia. Zgromadzeni tam ludzie stracili wszystko, ale zdawali sobie sprawę, że to nie koniec nieszczęść, że grozi im całkowita zagłada. Wierzyli, że pozostał im tylko Bóg, i teraz oto wznosili do Niego żarliwe modły. Przy głównym ołtarzu odprawiał mszę ojciec Julian Stefan Mirochna, gwardian klasztoru. Po nabożeństwie ojciec gwardian polecił swoich wiernych opiece Boskiej. Ledwie podniósł się z klęczek, do zakrystii, jak stado spłoszonych ptaków, wpadło kilku wyrostków, zdyszanych, wystraszonych i pobladłych.

—  Niech nas ojciec gwardian gdzieś skryje — prosili przerażeni.

—  Co się stało? — spytał zdziwiony.

—  Nieszczęście, łapanka, przed kościołem pełno żandarmów, biorą wszystkich — wołali chłopcy jeden przez drugiego.

—  Czy Niemcy wiedzą, że tu się schowaliście? — spytał przezornie gwardian.

—  Chyba nie — odpowiedział jeden z młodzieńców. — Bo to proszę ojca gwardiana — wyjaśniał — my po mszy świętej trochę dłużej zostaliśmy w kościele. Gdy wychodziliśmy, już tylko przed nami szła jedna babinka. Trzeba było babunię puścić przodem. Ledwo wychyliła nosa zza drzwi, zawróciła i woła do nas:

—  Niemcy otoczyli kościół, biorą wszystkich młodych. Ratujcie się, chłopaki!

—  Dobrze, chodźcie ze mną — zdecydował kapłan. — Skryję was w podziemiach kościoła.

Chłopcy podążyli skwapliwie ze swym wybawcą. W kilka minut po zamknięciu się za nimi furty klasztornej ktoś zaczął w nią brutalnie walić. Do gwardiana przybiegł strwożony brat furtian.

—  Ojcze gwardianie — wołał — Niemcy!

Ojciec Mirochna, przeżegnał się odruchowo i pośpieszył w stronę drzwi klasztornych.

„Ktoś musiał widzieć tych chłopców chroniących się u nas" — pomyślał. Wrogie mundury i zacięte twarze były już tuż przed nim.

—  Pan jest zwierzchnikiem tego zgromadzenia? — usłyszał zakonnik twardy głos oficera żandarmerii.

—  Tak — potwierdził gwardian bladymi wargami.

—  Macie tu pismo landrata. Nie wolno odtąd używać dzwonów w żadnym z kościołów na terenie Wartheland.[9] To zakłóca porządek publiczny. Sam gauleiter Greiser wydał to zarządzenie. Heil Hitler!

—  Więc to tylko okropna szykana — szepnął do siebie ojciec Julian po wyjściu żandarmów. — Na szczęście chłopcy są ocaleni.   ..

Po paru godzinach od wtargnięcia żandarmów w mury klasztoru Franciszkanów w Kaliszu opuszczało je chyłkiem czterech chłopców z drużyny harcerskiej. Byli to druhowie: Jerzy Barst, Zenon Kolasiński, Edward Ćwiek i Marian Bogast. Umówiwszy się na spotkanie nazajutrz na Ruinach w parku, pośpieszyli każdy do domu, gdzie czekali ich stroskani rodzice, pewni już, że ich synowie podzielili los innych schwytanych w podstępnej łapance kaliszan. Tej ponurej niedzieli jedynie te cztery rodziny spośród kilkuset osuszyły łzy. Po wyjściu z klasztoru chłopcy uradzili, że przyjdą na umówione spotkanie po dwóch, bo Polakom nie było wolno chodzić razem w większej grupie. Barst i Kolasiński mieszkali blisko siebie w okolicy placu Świętego Józefa, więc na dziesięć minut przed ustaloną godziną schadzki obaj chłopcy spotkali się przed kościołem na owym placu i poszli w stronę parku. Przed wejściem w głąb pięknego starodrzewu zwróciła ich uwagę świeżo wystawiona tablica z niemieckim napisem:

„Park tylko dla Niemców. Polakom i Żydom wstęp wzbroniony pod surową karą".

—  Co tam. Niech sobie Szwaby piszą, co chcą, chodźmy — odezwał się zawadiacko Zenek Kolasiński.

—  Ej, nie — sprzeciwił się przezorniejszy Jurek Barst. — To nowe zarządzenie tych łotrów, by nas upokorzyć. Nowa miotła ostro zamiata. Oni mają żelazną, i to z kolcami. Na pewno czają się tu gdzieś blisko za pierwszymi krzakami na takich jak my. Tędy przejść nie możemy.

—  Chodźmy na ulicę Łazienną. Tam jest mała furtka, tablicy pewnie nie będzie, więc gdyby dybali na nas w pobliżu, wytłumaczymy się.

Chłopcy pobiegli ulicą Kolegiacką w stronę Łaziennej. Cicho tam było o tej porze. Na małej uliczce prawie żywej duszy. Gdy jednak dochodzili do parku, już z daleka dostrzegli taki sam złowieszczy napis.

—  Edek i Maryś mieszkają na Częstochowskiej. Do Ruin będą szli obok teatru. Chodźmy tam — radził starszy o rok od Barsta Zenek Kolasiński.

—  No, to biegnijmy — zgodził się Barst. Ruszyli pędem w stronę dawnej alei Józefiny, noszącej tę nazwę od czasu pobytu Napoleona w roku 1806 w Kaliszu. Przebiegli most przed Trybunałem, i za chwilę znaleźli się u trzeciego wejścia do wielkiego parku u wylotu owej alei. Rachuby ich nie zawiodły. Przed taką samą tablicą z germańskim orłem trzymającym w szponach swastykę zastali obu swych przyjaciół, Edka Ćwieka i Marysia Bogasta.

—  Patrzcie, co te szkopy znowu wymyśliły — zawołał Edek, wskazując niemiecki napis.

—  Widzieliśmy już dwie takie same tablice — odparł Kolasiński.

—  Niech to diabli — mruknął Ćwiek.

—  Nie wolno nam tam wchodzić — stwierdził Barst.

—  W ogóle nie powinniśmy się w większej grupie pokazywać na oczy tym draniom. Lepiej spotykać się w domu.

—  Albo w warsztacie mego ojca — dodał Maryś Bogast. — Ale jak już tu jesteśmy razem, to chodźmy do Borku Lasku.[10] Tam jeszcze wolno nam łazić.

—  No, to prędko, bo jak nas tu razem przydybią, to będzie źle — radził Kolasiński.

Ruszyli całą czwórką chyłkiem, kryjąc się za zabudowaniami teatru. Za chwilę osłonił ich gąszcz drzew i krzewów owej dzikiej części parku, odgrodzonej od jego głównej  części szerokim korytem Prosny.  Przysiedli w gęstej  kępie  zarośli,  dobrze osłonięci przed groźnymi intruzami.

—  No więc jak — spytał najstarszy z czterech wyrostków, Zenek Kolasiński — o jakiej porze wybierzemy się po sztandar? Tyś najczęściej chodził do Komendy Hufca, Edek, to wiesz, jak najłatwiej się tam dostać?

Zapytany Edek Ćwiek chrząknął z przejęcia, głośno pociągnął nosem i zaczął dukać z wolna, bo miał trudną wymowę.

—  Hm, psiakość, szkoda, żeśmy wcześniej do tego się nie zabrali.

—  Toć wiesz, że nie było można. Ledwieśmy powrócili z ucieczki, Niemcy już tu byli i postawili wachę przed starostwem, a Hufiec zamknęli. Zdecydujmy więc teraz, kiedy odbierzemy nasz sztandar.

—  Drzwi to ja szybko otworzę, nie taka to wielka sztuka, zamek zwyczajny, a gdy się parę lat przy kluczach robi...

—  W dzień czy w nocy? — nalegał Kolasiński.

—  To chyba będzie lepiej za dnia — odpowiedział Edek. — Żeby tylko wachę obejść.

—  Trzeba będzie wleźć bokiem przez okno od parku, bo strażnik wychodzących już nie pyta o Ausweis[11] — radził rudowłosy i piegowaty Maryś Bogast.

—  Ale do parku nam nie wolno wchodzić — przypomniał Barst.

—  Za dnia, gdy wszyscy w robocie, przecie przy wejściu nikt nie pilnuje, tylko tablicą straszą. Wejdzie się prędko i od razu w krzaki — rozważał Zenek.

—  To bedka![12] — machnął ręką Maryś Bogast. — Edek ma rację. Lepiej ten wypad zrobić za dnia, bo w nocy najwięcej patroli chodzi koło starostwa, a i przy samym wejściu też pilnują.

—  No to dobra. Przez okno wejdziemy we dwóch. Trzeba się spieszyć, bo Szwaby już zakładają kraty na parterze. Ja skoczę do środka od strony parku z Edkiem i upatrzymy moment, kiedy przy drzwiach dawnej naszej Komendy nikogo nie będzie. Musimy zabrać papier i sznurek, aby zrobić paczkę.

—  E, nie — zaoponował ślusarczyk — lepiej paczką nikomu nie świecić w oczy. Sznur tylko byłby potrzebny. Owinę się sztandarem, okręcę się sznurem i założę na siebie kapotę.

—  Tak może będzie lepiej — zgodził się przywódca ryzykownej wyprawy. — Dwóch nas wystarczy, a wy idźcie do domu — zwrócił się do Barsta i Bogasta.

—  Ojej, to my się nie przydamy do niczego? — spytał z żalem najmłodszy ze spiskowców czternastoletni Jurek Barst.

—  Ty będziesz pilnował sztandaru. Każdy będzie miał swoją funkcję.

—  Przecież chcecie go schować u „Beksy", to jak ja mam pilnować?

—  U niego w ogrodzie jest dużo drzew, to będzie najlepszy schowek, a ty, „Barszcz", najpóźniej z nas zostaniesz żołnierzem, boś najmłodszy, dlatego będziesz czuwał nad sztandarem, gdyby nas coś złego spotkało.

—  Ja też chcę być żołnierzem, mnie też coś może spotkać — upierał się najmłodszy ze sprzysiężonych, a do oczu napłynęły mu łzy.

—  No, widać, żeś szczeniak — mruknął Kolasiński, wysoki, blisko osiemnastoletni już dryblas — ale gdyby co do czego, to ty najdłużej się z nas utrzymasz. Pamiętaj, nasze hasło: „Sztandar podaj dalej". To przyrzekłeś.

—  Podam!... — oświadczył twardo mały Barst.

—  No, tak i trzeba. Każdy wie, co ma robić. Dziś już za późno, wybierzemy się do Komendy jutro rano, zaraz jak tylko otworzą starostwo. Ty, „Beksa", siedź rano w domu, przyniesiemy ci naszą zdobycz, jeżeli nam się powiedzie — zwrócił się Kolasiński do Marysia Bogasta, syna majstra stolarskiego ze Starego Miasta aż pod Rypinkiem.

—  A pewnie, gdzie bym zaś siedział — mruknął Maryś. — Ojca gdzieś pognało znowu aż do Zamościa, ledwie wrócił z tej okrutnej wojaczki, choć mama płakała, by się już nigdzie nie ruszał, bo ludzie już zaczęli przychodzić po nie skończoną robotę i Niemcy łapią po drogach, ale gdzie tam. Przyszedł do niego jakiś tam starszy z wojaczki, coś pogadali, a gdy ten starszy poszedł, ojciec powiedział do mamy: „Dowódcę mego muszę ratować". Ledwie pokazał się w domu, zaraz poszedł na Łódzką do żony porucznika Kolczyńskiego, co jego kompanią dowodził. „Porucznik dostał w obie nogi, gdyśmy się pod Zamościem przebijali i sam go do ambulansu niosłem — mówił nam ojciec — a jeszcze pana geometrę znałem z cywila, bo ogród nam wymierzał, gdyśmy ten dom kupowali". Więc poleciał na tę Łódzką i zmówił się zaraz, że z panią Kolczyńską naszą rozklekotaną ciężarówką do Zamościa po porucznika pojedzie.

„Lichota to taka ten stary grat, że żaden Niemiec się na niego już nie połaszczy. Rusza się ino na słowo honoru" — gadał i pojechali. Ja teraz w domu cały gospodarz, w warsztacie ojca pracuję, za majstra jestem, póki ojciec nie wróci. A sztandar skryję tak, że go sam diabeł nie znajdzie — zapewniał młody Bogast.

—  No, to do jutra — zakończył naradę Zenek Kolasiński.

Ledwie skończyła się godzina policyjna, tuż przed świtem, dwóch wyrostków wsunęło się chyłkiem do pustego zupełnie o tej porze parku od strony ulicy 11 Listopada. Gdy znaleźli się już pod osłoną zarośli, blisko starego gmachu dawnego starostwa zamienionego na okupacyjną siedzibę landratury niemieckiej, Zenek szepnął do swego towarzysza:

—  Dobrześmy uradzili, że lepiej się tam dostać, nim otworzą starostwo. Będzie pusto na korytarzach. Udawajmy chłopców od zduna, że niby czekamy na majstra, co ma poprawić piece na zimę. Dlatego nas wacha tak wcześnie puściła.

—  Myślę, że się nam to uda — szepnął Edek.

Zarośla parku dotykały prawie brzegu tylnej ściany wielkiego budynku wzniesionego na siedzibę województwa kaliskiego jeszcze za czasów Królestwa Kongresowego. Chłopcy podsunęli się do pierwszych okien parteru. Wiedzieli, że trzecie okno wychodzi bezpośrednio na korytarz starostwa. Na szczęście okna nie były jeszcze zakratowane. Ćwiek zabrał ze sobą diament szklarski. Wspiął się na barki starszego kolegi i jednym zręcznym ruchem wyciął szybę. Korytarz był pusty. Edek wskoczył pierwszy, rozejrzał się i dał znak koledze, by wszedł za nim. Śmiało ruszyli w głąb korytarza, a potem krętymi schodami na trzecie piętro ogromnego gmachu. Po drodze na korytarzu drugiego piętra przy schodach napotkali zamiatającego stróża.

—  Gdzie tak wcześnie was niesie? — zapytał po polsku.

—  Na trzecim piętrze mamy naprawić piece. Jest befel,[13] majster zaraz nadejdzie — odparł swobodnym głosem Zenek.

— A dymiło tam łońskiej zimy, dymiło — pokiwał głową dozorca. — Te Szwaby już o wszystkim się zwiedziały. Już im się tu zimować zachciewa — mruczał stary woźny zdegradowany przez Niemców do roli sprzątacza.

Młodzieńcy popędzili na górę do dawnej Komendy Hufca. Na szczęście korytarz na trzecim piętrze był jeszcze pusty. Szarpnęli za klamkę. Ku ich zdziwieniu drzwi były otwarte. Wtargnęli spiesznie do pustego pokoju. W kącie na stosie rupieci leżał ich sztandar... Zenek przeciął nożykiem jedwabne sznurki, którymi przywiązany był materiał do kółek wbitych w drzewce. Edek migiem ściągnął z pleców kapotę i owinął się sztandarem. Zenek okręcił  go sznurem, by śliski materiał nie zsunął się z pleców kolegi. Teraz Ćwiek z pewnym trudem włożył na siebie marynarkę i obaj jakby nigdy nic ruszyli na dół po schodach. Był to już ostatni moment, bo na korytarzach napotykali przybyłych do  pracy niemieckich urzędników, tu i tam zgrzytały klucze w zamkach. Chłopcy zdejmowali przed napotykanymi Niemcami czapki, pozdrawiając ich głośnym: „Guten Tag". Nikt nie zwracał na nich uwagi. Zdecydowali się wracać tą samą drogą, ale gdy zerknęli przed zakrętem w stronę korytarza, gdzie było okno z wyciętą przez Edka szybą, dostrzegli przy nim dwóch umundurowanych Niemców rozprawiających z ożywieniem. Cofnęli się przezornie, kierując się ku głównemu wejściu. Zenek ostrożnie wychylił głowę w stronę bramy wyjściowej. Gdy wartownik odwrócił się tyłem, skoczyli obaj z Edkiem w stronę parku. Dzieliło ich ledwie kilkanaście kroków od niskiego parkanu okalającego z tej strony podwórze starostwa. Przesadzili go jednym susem, zdając sobie sprawę, że mogą być widoczni i z okien urzędu, i przez przypadkowych przechodniów lub kierowców aut niemieckich. Ci mogli być teraz najbardziej niebezpieczni, ale szczęście nadal sprzyjało śmiałkom. Dziedziniec urzędu był pusty o tej porze, motor nadjeżdżającego auta zaterkotał dopiero wówczas, gdy skryli się w zbawczych zaroślach parku.

—  Sztandar nasz... — szepnął Edek do swego towarzysza, gdy przysiedli na chwilę w kępie krzaków.

— Jeszcze nie — odparł Zenek. — Będzie nasz dopiero u „Beksy".

—  Najgorsze za nami — odetchnął z ulgą Ćwiek. Pieszczotliwie pogładził śliski atłas miękkiej materii, co paliła go dziwnym żarem, od którego gorąco robiło się w sercu. — Sztandar nasz... — powtórzył radosnym głosem. — Nie będzie spalony przez tych przeklętych pludrów.

Pan Emil Frude wiedział, że to jest nieuniknione jak śmierć, że to musi nastąpić. Powziął tę decyzję po najbardziej poufnej naradzie z najbliższymi przyjaciółmi: Lompem z Dembego i Wünschem z Opatówka. Narada ta trwała w zacisznym dworku Brunona Lompego w pierwszych dniach po wejściu Niemców do Kalisza całą prawie noc. Uczestniczyło też w niej paru dobrych znajomych z Kalisza. Byli to fabrykant Gede, syn doktora, inżynier Jerzy Dreszer, kuzyn Frudych, Alfred Fedeger i paru innych znacznych obywateli miasta. Narada trwała do świtu. Gabinet Lompego tonął w chmurach dymu cygar i papierosów. Decyzja zapadła jednogłośnie. Zwyciężyło zdanie Jerzego Dreszera; jeżeli czasem wolno oszukiwać oszustów, tym bardziej wolno oszukać bandytów.

 Pan Frude notował sobie w pamięci wszystkie argumenty, jakie padały za tą decyzją, bo wiedział, że musi się z niej rozliczyć z synem, musi go przekonać, gdyż w przeciwnym razie katastrofa nastąpiłaby natychmiast. Z tym faktem należało się liczyć i grać na zwłokę. To nieuniknione właśnie nadeszło. Henryk Frude powrócił po wrześniowej klęsce do domu i stał przed ojcem blady z rozpaczą w oczach.

—  Ojcze, to hańba, to hańba... — powtarzał.

—  Mickiewiczowi chyba wierzysz? — spytał go ojciec.

—  No pewnie, „Reduta Ordona"...

—  Jeszcze będzie, ale teraz nasze działa zamilkły. Ten twój patron duchowy...

—  Moim patronem duchowym jest Słowacki.

—  On także nie brał udziału zbrojnego w walce.

—  Całe życie mu to ciążyło.

—  Słuchaj, Heniu. Naród polski znalazł się w rękach zbrodniarzy, którzy chcą go wytępić do szczętu. Jeśli w czasach mniej groźnych Mickiewicz stworzył Wallenroda, jeśli również napisał w wierszu „Do przyjaciół Moskali": „Pókim był w okuciach, pełzając milczkiem jak wąż, łudziłem despotę", to co my mamy powiedzieć teraz, co robić?

—  Walczyć!

—  Aby walczyć, trzeba żyć — rzekł Emil Frude. — Musimy się dostosować do sytuacji, mój synu.

—  Anglia i Francja...

— Nie oddały dotąd ani jednego strzału, a Niemcy tutaj zaczęli już mordować najszlachetniejszych. Mamy przed sobą jeszcze długi okres niewoli, a musimy przetrwać.

—  Ale trzeba zdać sprawę i przed sobą samym przede wszystkim, przed sobą, ojcze?

— To ją zdasz. W obecnych warunkach barwa ochronna jest konieczna.

—  Brunatna! To kolor zbirów!

—  Można teraz walczyć z nimi tylko w ich mundurach. Zresztą do partii hitlerowskiej daleko. Tego oni nie wymagają, nawet takich jak my nie przyjmują. Jesteśmy folksdojczami[14] drugiej kategorii. To wystarczy.

—  Aby mieć pogardę dla samego siebie...

—  Nie, synku, nie jest to takie proste — wtrącił żywo pan Frude — to pachnie krwią. My wszyscy, którzyśmy tę decyzję powzięli, znamy jej cenę. Chodzi o to, aby nie dać się zarżnąć jak barany. Nie pytając o zgodę, wpisano nas wszystkich na Volksliste[15] Żądanie skreślenia z niej to natychmiastowa śmierć. Żyjąc możemy zrobić wiele. Niemcy w naszych majątkach, w naszych fabrykach nie tkną żadnego Polaka. Nasz młyn pracuje całą dobę na trzy zmiany.

—  By dostarczyć chleba niemieckiej armii!

—  I tak by dostarczał, ale przy tym możemy spokojnie wyżywić kilkanaście rodzin polskich, a ileż dzieci... Tu trzeba już myśleć nowymi kategoriami. Hitler głosi, że jest to wojna biologiczna. Z czystym sumieniem zdam sprawę z tego czynu przed naszą ojczyzną, Polską, mój synku.

Tu spojrzał prosto w oczy swego jedynaka z serdeczną czułością. Henryk mienił się na twarzy, zaciskał z pasją pięści, to znowu rozluźniał palce, dyszał ciężko, snadź toczyła się w jego duszy ostra walka.

—  Chciałeś walczyć z rozwiniętym sztandarem, Henryku, niestety, to niemożliwe. Konieczność zmusza nas do podjęcia innych sposobów walki.

—  Więc i ojciec...

—  Ani przez chwilę nie myślałem, by z niej zrezygnować. Pastor Wende przypomniał niedawno słowa: „Gdy idzie wielka burza, nie bądźcie dębami, bo one runą od huraganu, ale bądźcie trzciną, która zegnie się i ostanie".

—  Ale pastor Wende nie przyjął Volkslisty. Wolał więzienie...

—  Nam tego nie odradzał, gdyśmy pytali go o radę. Powiedział tak: „Pastorowi nie wolno zaprzeć się, wyrzec swego narodu w nieszczęściu”.

—  Ważkie to argumenty, ale mimo to nie jestem całkowicie przekonany o ich słuszności — westchnął ciężko Henryk, opuszczając nisko głowę.

—  I ja też — odparł ojciec.

—  Więc trzeba będzie płacić krwią... — wyszeptał bladymi wargami Henryk.

 


[1] Auf   Wiedersehen   (niem.) — do widzenia.

[2] PKU — Powiatowa Komenda Uzupełnień, organ ówczesnej administracji wojskowej.

[3] Der  Landrat  (niem.) — starosta.

[4] Der  Gauleiter  (niem.) — szef okręgu partii hitlerowskiej.

[5] Das  Herrenvolk  (niem.) — naród panów.

[6] Der  Leutnant  (niem.) — podporucznik.

[7] Die Arbeitskarte (niem.) — karta pracy.

[8] Heil   Hitler,  Herr  Major!    (niem.) — niech żyje Hitler, panie majorze!

[9] Das Wartheland  (niem.) — kraj Warty.

[10] Borek Lasek — część parku kaliskiego przed Prosną za teatrem.

[11] Die Ausweis (niem.) — legitymacja.

[12] Bedka (żargon) — gorszy grzyb; tu, rzecz bez znaczenia.

[13] Befel właść. der Befehl   (niem.) — rozkaz.

[14] Folksdojcz właść.  Volksdeutscher  (niem.) — w okresie okupacji hitlerowskiej osoba wpisana przymusowo bądź dobrowolnie na listę osób pochodzenia niemieckiego.

[15] Die  Volksliste (niem.) — lista narodowościowa.

ROZDZIAŁ TRZECI

POWSTAŃCZYM SZLAKIEM

Henryk Frude od momentu owej rozmowy z ojcem zmienił się bardzo. Z natury trochę egocentryczny stał się teraz zupełnym odludkiem. Przy nieuniknionych spotkaniach z ludźmi spuszczał głowę i spoglądał na nich chmurnie, bo zdawało mu się, że w ich oczach czyta pogardę. Za nic nie chciał pokazać się w Kaliszu, gdzie przy ulicy Wodnej rodzice jego mieli własny dom i duże „miejskie" mieszkanie. Błądził samotnie, pieszo lub na koniu, po polach Żydowa i okolicach, zagłębiał się w lasy nad rzeką, przepadał na całe dnie w nadbrzeżnych szuwarach Prosny, wracając do domu dopiero o zmierzchu. Jednego miejsca tylko, dawniej tak ulubionego, unikał teraz — samotnej mogiły powstańca z 1863 roku w małym lasku w pobliżu domu. Dawniej Henio jeszcze jako uczeń Liceum Asnyka w Kaliszu w czasie wakacji spędzał długie godziny pod wielkim drewnianym krzyżem na miejscu wiecznego spoczynku bohatera, zasieczonego przez wrogów w nierównej walce i pochowanego w tym właśnie miejscu przez dawnych właścicieli wsi, Sokolnickich. Nikt nie znał nazwiska owego niezłomnego rycerza, jak go w myślach nazywał uczeń kaliskiego gimnazjum.

Powstańcy 1863 roku niechętnie nosili przy sobie jakiekolwiek dokumenty, mogące stwierdzić ich tożsamość. Walczyli i ginęli bezimiennie. Teraz Henio nie miał odwagi zajrzeć na mogiłę nieznanego powstańca.

„On by mnie potępił"... — rozmyślał posępnie.

Nachodziła też czasami młodego Frudego jakaś wściekła pasja pracy. Wbiegał wtedy do młyna czy na pole w czasie jesiennej orki, wyrywał z rąk zdumionego parobka jego narzędzia pracy i w szaleńczym tempie aż do utraty tchu pozbywał się młodzieńczego nadmiaru sił, aby zapomnieć o tym, co działo się w nim i wokół niego. Gospodarka w Żydowie szła pełną parą. I stary pan Frude chciał zagłuszyć samego siebie ową pasją pracy, którą w o wiele większym nasileniu odczuwał jego jedynak. Zresztą pan Emil zawsze prowadził czynne życie, praca była jego umiłowanym żywiołem. Obecnie dawała mu alibi wobec władz hitlerowskich, zwalniała od obecności na mityngach politycznych ludzi „niemieckiego pochodzenia", pozwalała unikać kontaktu z przerażającą rzeczywistością.

Któregoś dnia ojciec polecił Heniowi, by zawiózł worek mąki rodzinie nauczyciela w Ołoboku. Henio chętnie wykonał polecenie ojca, bo zdawał sobie sprawę, że to, co robi, zasłużyłoby na dużą karę ze strony władzy okupacyjnej.

—  Widzisz, że na coś się jeszcze możemy przydać, a to dopiero początek — mówił pan Emil do jedynaka, przywiązując worek do linijki. — Noc dziś księżycowa, jakoś trafisz do Ołoboku.

—  To fraszka dla mnie, tatusiu.

—  Gdyby spotkał cię jakiś Niemiec, powiedz, że wieziesz mąkę z młyna ojca dla niemieckiego nauczyciela Kramera, który prowadzi dożywianie dla Hitler-Jugend.[1] Trzeba być ostrożnym.

—  Będę pamiętał.

Linijka ruszyła szparko wiejską drogą. Jesienny wieczór był pogodny, koń parskał, zadowolony z przejażdżki. Zaraz jednak za wsią zaczynały się piaski. Pojazd skrzypiał żałośnie, osie wrzynały się głęboko w sypki grunt. Trzeba było zwolnić, bo od konia buchało jak z pieca gęstą parą, widoczną w poświacie księżyca. W jej blasku zamajaczyła przed linijką jakaś postać piechura. Człowiek ten szedł ścieżką obok drogi w tę samą stronę, w którą jechał' Henio, do Ołoboku. Gdy młody Frude zrównał się z nim, ten pozdrowił go po polsku uchylając czapkę.

—  Dobry wieczór, panie Frude.

—  A, to Antoś Kut — poznał witającego młody dziedzic. — Gdzie to idziesz tak po nocy?

—  Wracam do domu do Sławina.

—  Pracowałeś dziś na drugiej zmianie w młynie?

—  Ojciec przy gospodarstwie w domu, a ja pracuję za niego.

—  Siadaj, podwiozę cię, będziesz prędzej w domu.

—  Dziękuję panu.

—  Och, po cóż to „panowanie". Przecież jesteśmy kolegami. Mów mi po imieniu, Antosiu.

—  Dziękuję za zaszczyt — odparł z zimną grzecznością młodzieniec. — Jestem synem prostego polskiego chłopa.

—  Antosiu, jak możesz tak mówić? Czy już naprawdę tak źle o mnie myślisz? Siadaj obok mnie i nie rób mi przykrości. Jestem takim samym Polakiem jak ty. Siadaj — nalegał Henryk.

Kut po pewnym wahaniu zajął miejsce obok Frudego. Piaszczysta droga skończyła się, koń ruszył raźnym truchtem.

—  Znaleźliśmy się obaj z ojcem w przymusowej sytuacji — podjął Henryk drażliwy temat. — Ci, co nas dziś potępiają, zrozumieją kiedyś to, gdy nas pewnie już nie będzie. Widzisz ten worek. To mąka. Wiozę ją dla nauczycielki, co pozostała bez środków do życia z czworgiem dzieci. Jej mąż, oficer rezerwy, przepadł gdzieś w działaniach wojennych. Czy nie lepiej, że możemy jej pomóc i wielu takim jeszcze, niż byśmy siedzieli w więzieniu jako renegaci rzekomo niemieckiej krwi lub gdyby już nas powieszono za to, jak to spotkało innych? Powiedz sam?

—  Tak jest lepiej — stwierdził po pewnym namyśle Kut.

—  Więc nie pogardzaj mną. Powinniśmy się porozumieć, działać razem, jesteśmy inteligencją na wsi, na polskiej wsi.

—  Ludzie o was, to jest o waszej rodzinie, nie mówią źle — odparł Antek.

—  Dziękuję — szepnął Henryk.

—  Początkowo każdy z nas dostał obuchem po głowie. Byliśmy skołowani. Gdy do Żydowa zaczęli zjeżdżać Niemcy w mundurach i twój ojciec szwargotał z nimi za pan brat. Ale potem przekonali się, że w innych majątkach, zabranych Polakom, Niemiec stoi nad nimi z pałką w ręce i pędzi do roboty od świtu do nocy, i warczy gniewnie jak wściekły pies. A tu u was dalej po polsku i po ludzku, więc...

—  Więc jednak ... — przerwał mu Henryk. — Cieszę się, że to ludzie oceniają. Chciałbym jednak działać inaczej. Wszyscy powinniśmy być żołnierzami! — wypalił Henryk z ogniem w ciemnych oczach, które teraz iskrzyły się jak u młodego wilka.

—  Na to trzeba dużej odwagi, no i wiary... — ostrożnie sondował Antoni Kut swego towarzysza drogi.

— Coś trzeba robić, my dwaj powinniśmy zacząć.

— Może już inni zaczęli... — odparł tajemniczo Kut.

—  Wiesz coś na ten temat? Gdzie trzeba się zgłosić? Co robić?

—  Cóż ja mogę powiedzieć? — odpowiedział również pytaniem Antek.

—  A możesz się dowiedzieć?

—  Nie wiem... Nic jeszcze nie wiem na pewno... Mógłbym spróbować się dowiedzieć... Pan by chciał?

—  Do diabła z tym panem! — odrzucił gniewnie Henryk. — Mów mi po imieniu, jak mówią do siebie dwaj koledzy rówieśnicy, a może dwaj żołnierze tej samej sprawy.

—  Dowiem się, Henryku — zdecydował się Kut.

W odpowiedzi Frude serdecznie uściskał Antoniego.

W czasie ucieczki przed Niemcami z Kalisza, która ogarnęła prawie całe miasto, pani Władysława Kolczyńska najdłużej ze wszystkich zwlekała z opuszczeniem swego domu przy ulicy Łódzkiej, gdzie została sama z dwoma kilkunastoletnimi synami. Mąż jej jako oficer rezerwy został zmobilizowany i ze swym 29 pułkiem Strzelców Kaniowskich opuścił miasto tuż przed rozpoczęciem wojny. Obaj chłopcy rwali się do walki, ale żaden z ostatnich oddziałów, cofających się na wschód, nie chciał ich przyjąć do swoich szeregów. W końcu pani Kolczyńska zdecydowała się wyruszyć i dotarła w swej wędrówce zaledwie do Błaszek, miasteczka na wschodnim skraju powiatu kaliskiego. Zatrzymała się w opustoszałym domu mierniczego, kolegi męża, który z całą rodziną już wcześniej wywędrował na wschód, jak miliony Polaków szukających ratunku przed inwazją niemiecką.

Stara gosposia mierniczego bardzo się ucieszyła na widok uciekinierów i namawiała panią Kolczyńską, aby dłużej zatrzymała się w zacisznej willi. O dłuższym pobycie w domu mierniczego nie mogło być mowy, bo napływająca bez przerwy fala uchodźców niosła coraz bardziej alarmujące wieści o błyskawicznym pochodzie najeźdźców, o ich okrucieństwie, paleniu wsi, ostrzeliwaniu z samolotów i pierwszych egzekucjach spokojnych mieszkańców. Trzeba było jednak przenocować w tych Błaszkach w czystej pościeli pod gościnnym dachem. Zmęczeni chłopcy usnęli zaraz po kolacji kamiennym snem. Pani Kolczyńska z wystraszoną gosposią nie mogły zmrużyć oka. Od nocnych ciemności wiało grozą. Z zachodu zbliżała się do miasteczka łuna pożarów, zbiegów nadciągało coraz więcej, panika wśród nich rosła, odgłosy wojny zbliżały się w rosnącym tempie. Gdzieś z daleka dochodził huk dział, zupełnie już blisko jazgotały karabiny maszynowe, od głównej łódzkiej szosy niosło się ciężkie dudnienie. Jakiś przeraźliwy głos ludzki rozdarł zasłonę nocy:

—  Ludzie, ratujta się, Niemcy idą, rżną naród na śpiku,[2] strzelają w plecy!

Strzały padały tuż blisko domu, w którym zatrzymali się zbiegowie z Kalisza, wtórował im straszliwy charkot ludzki. Pani Kolczyńska ze starą kobietą przyczaiły się trwożnie za oknem, chłopcy zaś obok chrapali beztrosko. Na ulicach zawarczały groźnie gąsienice czołgów. O świcie w Błaszkach byli już Niemcy. Ich patrole prowadziły pod karabinami jakichś bladych, zalęknionych ludzi. Dalsza ucieczka nie miała już sensu.

—  Jesteśmy w niewoli — szepnęła pani Kolczyńska do budzących się rankiem synów. W czasie śniadania do drzwi willi ktoś ostro załomotał. Żona geometry wyjrzała przez okno na ganek i serce jej zamarło. Stało na nim dwóch po zęby uzbrojonych Niemców. Stara gosposia szybko pobiegła do drzwi wejściowych, które jęczały pod uderzeniami kolb karabinów.

—  Manner sind da?[3] — pytali, gdy im otworzono.

—  Zwei Jungen, gut[4] — odezwał się jeden z nich, widząc obu chłopców.

—  Nie rozumiemy po niemiecku — odezwała się pani Kolczyńska — nycht ferstejen — dodała złą niemczyzną.

—  Jawohl — usłyszała odpowiedź: — Te chłopaki iść zaraz z nami chować zabite, schnell, schnell![5] — darł się żołdak, popychając chłopców ku drzwiom. Po zabraniu synów pani Kolczyńska drżała z przestrachu, czy wrócą. Ale puszczono ich około południa. Wrócili bladzi, z zaciśniętymi ustami. Pierwszy raz młode ich oczy oglądały krew i śmierć. Ledwie zjedli naprędce przygotowany obiad, przy furtce do willi dostrzegli znowu patrol niemiecki, a na ganku zadudniły wnet ciężkie podkute buty. Tym razem matka zamarła prawie z przerażenia.

—  To po nich... — wyszeptała. Drzwi tym razem nie były zamknięte na klucz. Bez pukania weszło do wnętrza domu trzech żołnierzy z oficerem.

—  Rewizja! — wypowiedział dowódca patrolu po polsku wyuczony zwrot. — Jeśli będzie broń, rozstrzelamy wszystkich.

„Boże, może kolega Bronka zostawił gdzieś w domu rewolwer" — pomyślała ze strachem kaliszanka.

Gosposia drżącą ręką otwierała szafy i szuflady. Broni na szczęście nigdzie nie było. Niemcy wynieśli się bez słowa.

—  Trzeba wracać do domu — zdecydowała żona geodety. — Łatwiej tam znosić niewolę niż tu.

Krewny gospodyni domu, chłopak z przedmieścia, podwiózł małą furką za niewielką opłatą panią Kolczyńską z synami do Kalisza. Było to konieczne, bo uchodźcy mieli ze sobą trochę rzeczy. Pani Kolczyńska opuściła swój dom jako jedna z ostatnich mieszkanek Kalisza, powróciła jedna z pierwszych, to ocaliło jej mieszkanie przed rekwizycją i kradzieżą. Wszystko było na miejscu nietknięte. O Wiele gorszy był los tych, co wracali później. Zastawali swoje domy opieczętowane lub zajęte przez Niemców. Pani Władysława w godzinę po powrocie do domu pośpieszyła do swej księgarni w śródmieściu. I tam było wszystko w porządku. Szła pustymi jeszcze ulicami miasta, „zaludnionego" prawie wyłącznie żołnierzami w mundurach feldgrau,[6] z obawą, że może być każdej chwili aresztowana, ale nikt nie interesował się samotnie idącą kobietą. Żołnierze Wehrmachtu[7] mieli w pierwszych dniach pobytu w zdobytym mieście inne sprawy na głowie, zajmowali budynki publiczne, fabryki, koszary, magazyny żywności. Pędziły we wszystkie strony ogromne auta ciężarowe, jakich dotąd nie widziano w Polsce, z literą „W" („Wehrmacht") na podwoziu, pełne wszelakiego dobra, zrabowanego w podbitym kraju, raz po raz ciągnęły ulicami umundurowane formacje Hitler-Jugend. Biada było chłopcom, którzy ośmielili się pokazać na ulicy w mundurku szkolnym. Na szczęście miasto było jeszcze prawie puste, ale już na oczach pani Władysławy tłum hitlerowskich wyrostków obskoczył jakiegoś chłopca w granatowym płaszczu z tarczą szkolną na ramieniu. Napastnicy zdarli mu czapkę z głowy, oderwali tarczę i guziki mundurka.

— Krzycz „Heil Hitler", ty polska świnio! — darł się nad uchem nieszczęsnej ofiary rudy drągal. Pani Kolczyńska przyśpieszyła kroku, nie chcąc patrzeć na tę okropną scenę. W skrzynce do listów przy sklepie zastała już dwa urzędowe zarządzenia nowych władz. Jedno głosiło, że jeżeli księgarnia nie będzie otwarta do piątego października, to zostanie upaństwowiona, drugie, by do ósmego tegoż miesiąca przygotowano wszystkie polskie książki, które zostaną zabrane. Właściciel miał również zgłosić do piątego października w landraturze, czy prowadzi nadal księgarnię.

„Chwała Bogu, że zapomnieli o zakazie sprzedaży książek polskich do czasu ich rekwizycji — pomyślała pani Kolczyńska. — Coś trzeba będzie z nimi zrobić. Nie oddam ich przecież na zniszczenie. Tyle ich sprowadziłam w czasie wakacji".

W pierwszych godzinach po otwarciu księgarni poczęła się zgłaszać młodzież, kupując podręczniki, jakby rok szkolny miał się zacząć normalnie. Kupujących było coraz więcej, ale fatalny termin ósmego października zbliżał się nieuchronnie, a w księgarni pozostała jeszcze ponad połowa podręczników polskich i mnóstwo dzieł literatury pięknej.

„Co z tym zrobić? — głowiła się pani Kolczyńska. — W domu przechowywać tych książek nie mogę, bo zabiorą je wraz ze mną i dziećmi". Udała się do sąsiadów i znajomych z prośbą o zabranie dzieł polskich z księgarni. Odmówili wszyscy, podając najrozmaitsze powody. Rozstrzelanie przed kościołem Świętego Józefa proboszcza z Chocza, Romana Pawłowskiego, za wygłaszanie patriotycznych kazań, przepełnione aresztowanymi więzienie miejskie, niepewność powszechna własnego losu, wszystko to wywoływało ogólną psychozę strachu, tłumiło szlachetniejsze uczucia ludzkie.

Dzień już tylko przed fatalną datą, na godzinę przed zamknięciem księgarni, weszło do niej trzech chłopców. Jeden z nich stanął przy drzwiach i obserwował ulicę. Dwaj inni podeszli do pani Kolczyńskiej.

—  My w sprawie książek, proszę pani.

—  Jakie was interesują? — spytała pani Władysława.

—  Wszystkie — padła odpowiedź. — Wiemy, że pani je musi jutro oddać.

—  Skąd to wiecie?

—  Mój tata ma zakład przewozowy, proszę pani, blisko stąd, na Wiejskiej. Kazały mu Szwaby o dziewiątej przyjechać przed tę ich landdenaturę czy jakoś.

—  Przed landraturę?

—  Słyszałem, że ma przewieźć na plac Kilińskiego jakieś książki z biblioteki i księgarni do spalenia.

—  Tak — potwierdziła drżącym głosem właścicielka księgarni.

—  No to my, jest nas paru, chcemy te książki schować. Biblioteki już Niemcy zamknęli, tam dostać się nie można.

—  A próbowaliśmy także — dorzucił drugi chłopiec. — Z zamkiem do drzwi dałoby się radę, ale pilnują, więc nic z tego.

Pani Kolczyńska przyglądała się badawczo chłopcom. Przypomniała ich sobie z widzenia jako nabywców w jej sklepie piór, zeszytów, cyrkli, linijek i innych przyborów szkolnych.

„To nie jest podstęp" — pomyślała.

—  My pani potem to wszystko oddamy — odezwał się pierwszy z chłopców.

—  Bo my jesteśmy harcerzami, proszę pani — odezwał się drugi — tylko że teraz w mundurze harcerskim pokazać się nie można.

—  Każą nawet je oddać, takie jest ogłoszenie, ale figę dostaną — odezwał się stojący przy drzwiach chłopiec.

—  Moi kochani — powiedziała pani Kolczyńska — zupełnie nie chodzi o to, bym dostała z powrotem moje książki, ale by je ocalić przed zniszczeniem.

—  Tak, tak, proszę pani — odezwali się chórem harcerze.

—  Ale sprawa nie jest łatwa. Ulice pełne są Niemców. Na pewno zwróciliby uwagę, że z mojej księgarni wynosi się paki z książkami  —  myślała głośno właścicielka księgarni.

Może zabrać je w nocy? — zaproponował jeden z harcerzy.

—   Głupiś, godzina policyjna — zganił go drugi.

—   Od frontu nie można będzie zabrać stąd żadnej większej paczki, a książek mam bardzo dużo, cały magazyn na zapleczu pełny. Z tyłu jest wyjście na podwórze.

—  A więc tam może zajechać frachta[8] mojego taty — zawołał Kolasiński.

—  Lepiej byłoby ładować książki do worków — odezwała się pani Władysława.

—  I worki mamy, zrobi się, proszę pani. O której jutro możemy przyjechać, ale wcześnie, bo na dziewiątą...

—  Wiem, twój ojciec ma stawić się przed landraturą — przypomniała sobie Kolczyńska. — O siódmej rano mogę tu już być. Ale to wielka tajemnica, pamiętajcie, chłopcy.

—  Dochowamy tajemnicy, proszę pani — oświadczył z dumą Kolasiński.

—  „Na słowie harcerza polegaj, jak na Zawiszy" — uśmiechnęła się właścicielka księgarni. — Więc do jutra, moje zuchy.

Najbardziej trapił panią Władysławę brak wszelkiej wiadomości o losie męża. Raz po raz ktoś z wojskowych powracał chyłkiem do Kalisza, przynosił wiadomości o losie innych, o poległych, rannych lub wziętych do niewoli, ale o poruczniku Bronisławie Kolczyńskim nikt nic nie wiedział i nie słyszał. „Chyba poległ... — myślała z rozpaczą — skoro słuch o nim zaginął..."

W początkach października zjawiło się w mieście kilkunastu żołnierzy, którzy walczyli w obronie Warszawy, ale nikt z nich również nie natrafił na ślad pana Kolczyńskiego.

„Więc chyba jednak nie żyje — utwierdzała się w swych obawach pani Kolczyńska. — Zostałam wdową, a oni sierotami" — obrzuciła pełnym niepokoju spojrzeniem synów.

Ledwie to pomyślała, od strony furtki odezwał się ostry dzwonek.

—  Niemcy..—   zawołała przerażona.

—  Nie, mamo —  zaprzeczył starszy, Jurek — to jakiś nieznany mężczyzna.

—  Pewnie znowu będzie pytać o ojca w związku z nie ukończonymi przez niego robotami mierniczymi. Po co to teraz? Powiedz mu, że geometra nie wrócił — dała polecenie synowi.

Jurek podbiegł do furtki i powrócił niebawem z przybyszem.

—  Mamo, jest wiadomość o tatusiu! — wołał radośnie chłopiec.

—  O Boże!... —   poderwała się od stołu jego matka. — Więc pan?...

—  Pani mnie nie poznaje? — spytał przybysz, szpakowaty szatyn w lichym, nie dopasowanym do jego figury, mocno podniszczonym garniturze, na który miał narzucony rozpięty prochowiec.

—  Nie — stwierdziła żona geometry, obrzucając gościa przenikliwym spojrzeniem.

—  No tak. Pan porucznik był z rezerwy, więc mało bywał w naszym kasynie, ale ja dobrze panią pamiętam.

—  Kim pan jest?

—  Od tego powinienem był zacząć. Melduje się pani porucznikowej starszy sierżant Antoni Hys, szef kompanii 29 pułku Strzelców Kaniowskich.

—  Ale mój mąż... proszę mówić...

—  Pan porucznik żyje, jest w szpitalu w Zamościu.

—  Żyje... ranny.

—  Ciężko. Postrzelany jak sito... Obie nogi, ramię... Wywlokłem go spod kul.

—  O Boże...

—  Źle nie jest. Mam kartkę od niego, sam pisał, rękę mu trzymałem, ale sam. O, to ta kartka.

Antoni Hys wydobył z kieszeni małą pomiętą kartkę papieru pisaną ołówkiem i podał ją żonie swego dowódcy. Odczytała nakreślone koślawym pismem słowa: „Włado, żyję... jeśli możesz, ratuj mnie, Bron..."

—  Pan porucznik będzie potrzebował troskliwej opieki, proszę pani — wyjaśniał Hys.

—  Jadę do Zamościa! — zdecydowała pani Kolczyńska.

—  Będzie trudno, bardzo trudno teraz — zauważył gość.

.   — Teraz bardzo trudno, a później w ogóle nie będzie to możliwe — odparła żona rannego oficera. — Muszę jechać.

—  Trzeba coś radzić — mówił sierżant. — Zaraz, zaraz... Przecież ja wróciłem do domu ze starszym strzelcem Bogastem. Opowiadał mi, że ma warsztat stolarski i starego opla do rozwożenia mebli. Gdyby była benzyna, a on się zgodził... Ciągle gadał, że to stary grat ten jego wóz, ale to lepiej, bo nie połaszczą się na niego Szwaby. Bogast się zgodzi...

—  Proszę z nim porozmawiać. Mam trochę pieniędzy, to może ułatwić sprawę.

—  Tak, ale wyprawa ryzykowna. Spróbuję. To dzielny chłop ten Bogast, może się zgodzi.

—  Przepraszam, cały czas rozmawiamy na stojąco, zupełnie głowę straciłam. Proszę siadać, panie sierżancie, zaraz podam coś do jedzenia. Mieszkanie, chwała Bogu, zastałam nietknięte. Znajdzie się jeszcze i kieliszek.

—  Pani porucznikowa robi sobie kłopot.

—  Przyniósł mi pan dobrą wiadomość. To radość dla mnie, nie kłopot — odparła pani Władysława.

Stefan Bogast zgodził się pojechać do Zamościa pod warunkiem, że w ciągu pięciu dni będzie z powrotem w domu, gdzie czekało go wiele pracy, i że pani Kolczyńska postara się dla nich obojga o przepustki. Drugi warunek był trudniejszy do spełnienia. Pani Władysława bardzo słabo znała język niemiecki, a jako Polka nie miała szans na uzyskanie jakichkolwiek zaświadczeń od okupantów. Samodzielne jej zabiegi w tej sprawie spotykały się z ostrą odprawą. Gdy strapiona tym niepowodzeniem powróciła do domu, zastała w nim dawną swą przyjaciółkę nauczycielkę Janicką, uczącą przed wojną w szkole w Chełmcach.

—  Wiem, że Bron żyje, właśnie twoi chłopcy mi mówili — przywitała ją Janicka.

—  Tak, ale ciężko ranny. Muszę wydobyć go ze szpitala, bo tam mogą go wykończyć.

—  Podobno leży w Zamościu.

—  Tak, ale by tam dotrzeć, muszę mieć przepustkę od Niemców. Trzeba będzie poszukać jakiegoś folksdojcza, by mnie poparł, a ja nie znam żadnego z nich.

—  Czekaj, czekaj. Może Frude z Żydowa...

—  Frude stał się Niemcem. Czy folksdojcz może być szlachetny? — Frude. Nie mógł się zmienić z dnia na dzień...

—  Tym gorzej, że dla ocalenia majątku zaparł się polskości.

—  Nie wiadomo, z jakich pobudek to uczynił. Trzeba spróbować. Jedziemy do Frudego.

Nazajutrz rano obie panie pojechały roztrajkotaną budą stolarza Bogasta do Żydowa. Emil Frude wysłuchał uważnie pani Kolczyńskiej, kazał podać do saloniku kawę i po namyśle rzekł:

—  Spróbuję to załatwić, jeśli nie sam, to znajdę kogoś, kto więcej tu będzie mógł zrobić niż ja. Tak będzie nawet chyba lepiej. Nie mam najlepszej opinii u władz niemieckich. Dobrze, że panie przyjechały tak wcześnie. Pojadę razem z wami do Kalisza. To rzecz bardzo pilna.

W dwa dni po tej rozmowie pani Kolczyńska, zaopatrzona we wszystkie potrzebne przepustki i zezwolenia władz okupacyjnych, jechała półciężarówką Bogasta do Zamościa, by ratować ciężko rannego męża. Zaraz po przyjeździe pani Władysława zgłosiła się do dyrektora szpitala. Na prośbę, by pozwolono jej zabrać męża, dyrektor chwycił się za głowę.

—  Pani żąda rzeczy niemożliwych! — zawołał. — Za każdego rannego jesteśmy odpowiedzialni. Po wyleczeniu musimy wysłać ich do obozu jeńców. To jest pierwsza sprawa, a druga to ta, że pani mąż wcześniej niż za dwa tygodnie nie może wstać z łóżka.

—  Czy mogę go zobaczyć?

—  Bardzo proszę. Mogę dać nawet stałą przepustkę na odwiedzanie męża, jeśli pani zechce tu dłużej zabawić.

—  Kto może zwolnić mego męża ze szpitala?

—  Ważna jest tylko pisemna decyzja szefa lecznictwa wojskowego. Jest to jakiś generał.

—  Pójdę do niego.

—  Rezyduje w Lublinie.

— Pojadę tam.

—  Jeśli panią puszczą do niego. To wysoka figura, dostęp bardzo trudny, ostrzegam z góry.

—  Ale da mi pan zaświadczenie, że mój mąż jest ciężko ranny w obie nogi.

—  Tak, takie zaświadczenie mogę pani wystawić, wątpię jednak, by się na coś przydało.

Porucznik Bronisław Kolczyński leżał na sali najciężej rannych.

Już od drzwi poczuła pani Włada ostry szpitalny zapach. Nim poszukała wzrokiem męża pośród kilkunastu wynędzniałych i owiązanych bandażami postaci, odruchowo podeszła do okna i otworzyła je energicznym szarpnięciem. Fala świeżego powietrza wtargnęła do sali.

—  Dobrze... — usłyszała jakiś cichy, zbolały głos. Pochodził on z ust rannego leżącego bez okrycia najbliżej okna i od stóp do głów spowitego w bandaże.

—  Czy na tej sali leży porucznik Bronisław Kolczyński? — spytała donośnym głosem pani Włada, nie mogąc rozpoznać męża, gdyż wielu rannych było tak obandażowanych, że ledwie pozostawiono im otwory na oczy i usta, niektórzy zaś byli odwróceni do ściany.

—  To ten pod oknem — objaśnił panią Kolczyńską jakiś bardziej przytomny oficer z drugiego kąta sali.

„To Bron... jakże mogłam go nie poznać" — pomyślała pani Władysława, podchodząc do łóżka ciężko rannego męża. On usłyszał już jej głos, bo zwrócił ku niej oczy i lekko się uśmiechnął.

„Jest gorzej, niż mówił ten sierżant" — przemknęła myśl przez głowę nieszczęsnej niewiasty.

—  Jestem, Bronku, nie opuszczę cię już — mówiła, przyklękając przy łożu rannego i dotykając wargami jego wychudłej dłoni.

—  Dobrze... dobrze, żeś przyjechała. Byłem pewien, że przyjedziesz — mówił z trudem ranny.

—  Nie mów, nic nie mów, to cię męczy. Wystarczy, że jesteśmy znowu razem.

—  Tak... ale ja jeszcze słabo widzę, czuję tylko, że tu jesteś. Gdy podeszłaś do okna, już wiedziałem, że to ty... — usłyszała szept. — Co z dziećmi?

—  Są w domu. To dzielni chłopcy. Mogłam ich już zostawić samych bez obawy.

—  Bałem się o nich. Bardzo się o nich boję... — dodał porucznik. — Czas przyszedł straszny.

—  Przeżyjemy go wszyscy, zobaczysz.

—  Pocieszasz mnie.

—  Jestem przekonana, że doczekamy jeszcze zmiany losu na lepsze — odparła głosem pełnym wiary.

Wracający do Kalisza stolarz Bogast podwiózł panią Kolczyńską do Lublina. Komendantura szpitali wojennych Rzeszy okręgu wschodniego mieściła się w jednym ze skrzydeł zamku lubelskiego. Trzy dni starań, zabiegów, wypraszania przepustek kosztowało panią Kolczyńską, zanim dotarła przed oblicze generała, komendanta niemieckiej służby sanitarnej. Pani Włada minęła pięć wart, pięć posterunków kontrolnych i była półżywa, gdy wreszcie adiutant wprowadził ją do gabinetu dostojnika. Zza biurka podniósł się na jej powitanie siwy, dystyngowany pan.

—. Herr General, Hauptarzt, ich bitte[9] ... — wykrztusiła pani Kolczyńska z trudem wyuczoną formułę.

—  Proszę mówić po polsku, ja rozumiem — usłyszała z wielkim zdziwieniem słowa wypowiedziane czystą polszczyzną. — Jestem Austriakiem, nie Niemcem. Matka moja była Polką. Żałuję, że z narodem polskim zetknąłem się w tak tragicznych dla niego okolicznościach. Czym mogę pani służyć?

—  Mój mąż jest ciężko ranny!..

—  Tak, tak. Dokumenty już pani złożyła. Życzę, by rany jego zagoiły się bez śladu. Oczywiście, zgadzam się, by inwalida powrócił do domu. Inwalidzi nie zagrażają armii niemieckiej. To mogę uczynić. Jak pani chce przewieźć rannego?

—  Nie wiem jeszcze, jestem sama...

—  Moja władza sięga tylko do Radomia. Tu jest rozkaz, by dano pani karetkę sanitarną w ciągu 24 godzin, skoro pani jej zażąda, i pismo zwalniające pani męża z obozu jeńców. Właśnie je podpisuję w dwóch egzemplarzach. Jeden dla dyrektora szpitala w Zamościu, drugi dla pani na wszelki wypadek.

—  Jakże mam dziękować... — wykrztusiła wreszcie pani Włada, zaskoczona tą niezwykłą niespodzianką.

—  To mój drobny rewanż Austriaka za Wiedeń — uśmiechnął się dystyngowany pan. — Niemcy będą mieli z wami trudniejsze rozliczenia. — Generał podniósł z biurka długi pręt i podszedł z nim do wielkiej mapy środkowo-wschodniej Europy, wiszącej obok na ścianie. — Za tę awanturę Hitlera zapłacą, o, tymi terytoriami, które kiedyś były wasze. Niech pani spojrzy. Dostaniecie cały Śląsk z Wrocławiem i Opolem i Pomorze aż po Szczecin, no i oczywiście Prusy Wschodnie.[10]

To było za wiele jak na skołataną głowę pani Władysławy. Spojrzała przerażona na stojącego przy mapie generała.

„To jakaś prowokacja" — myślała.

—  Widziała pani okładkę ostatniego propagandowego tygodnika niemieckiego „Signal"? — zapytał generał.

—  Nie miałam okazji.

—  Szkoda. Zobaczyłaby pani na niemiecko-rosyjskiej linii demarkacyjnej niemieckiego oficera z lornetką zwróconą na wschód, wielka postać na całą długość okładki. To wiele mówi tym, co potrafią czytać. Tak nie patrzy przyjaciel. Hitler pójdzie dalej i złamie wreszcie kark. W Austrii nikt go nie będzie żałował.

—  Dziękuję panu generałowi za wszystko jeszcze raz — pani Kolczyńska podniosła się z krzesła.

— Życzę powodzenia, madame — szarmancko skłonił się generał.— Adieu,[11] proszę kiedyś z mężem odwiedzić Wiedeń. Urocze miasto, a my lubimy Polaków. Jesteście rycerscy i towarzyscy. Do zobaczenia w Wiedniu.

Pani Kolczyńska wyszła z zamku lubelskiego zupełnie oszołomiona. W każdym niemieckim mundurze widziała uosobienie zła, pychy, brutalności i okrucieństwa, a oto spotkała „innego" Niemca, który mówił tak nieprawdopodobne rzeczy. Kim był ten człowiek? Wariatem na pewno nie, a więc chyba prowokatorem...

»Niemcy są bardzo podstępni« — przypomniała sobie opinię przeczytaną w jakiejś gazecie przed wojną. — Tak, tak, to na pewno jakiś podstęp, nawet to, że zwolnił tak łatwo Brona z czekającej go niewoli, ma jakiś swój diabelski cel" — myślała. Nie mogła pojąć, jaki, i to ją najbardziej męczyło.

W dwa tygodnie później pani Kolczyńska wysiadła z karetki sanitarnej z rannym mężem przed szpitalem w Radomiu. Miał on tam przebywać jeszcze parę dni przed dalszą drogą do Kalisza, jak zalecili zamojscy lekarze. W bramie szpitala natknęła się znowu na owego dziwnego generała. Podszedł do swego wozu sztywnym jakimś, automatycznym krokiem. Auto jego pomknęło szparko gdzieś w nieznane.

—  Nie pleć głupstw, Antek, to niemożliwe! — zaprzeczał żywo starszy sierżant Hys.

—  Kiedy tak jest, panie szefie — upierał się Antoni Kut.

—  Co jest? — spytał podnieconym głosem Hys. — To jest, że są folksdojczami, czyli świniami, zdrajcami. A ty się z nim w żadne komitywy nie wdawaj. Dla takich jak on sąd wojenny i stryczek w imieniu Rzeczypospolitej, zrozumiałeś?

—  Nie, panie szefie.

—  Już ci ta matura we łbie pomieszała?

—  Tu nie chodzi o maturę.

—  Bardzo chodzi. Podchorążaczek, szlify oficerskie w tornistrze, baczność, tak jest. Już ja to nieraz widziałem. Co roku taki nowy smarkacz gwiazdkami mi świecił w oczy, a ja ciągle tylko: „tak jest" musiałem odpowiadać. Więc ty mi nie wyskakuj z tym Frudem. To nie zabawa maturalna. Łby nam mogą zlecieć z karku każdej chwili, gdy zrobimy fałszywy krok, rozumiesz.

—  Moja głowa jest mi tak samo miła jak i pana, szefie.

—  No więc?

—  To jest szczery Polak, jak my wszyscy.

—  Zwariowałeś!

—  Nie, panie szefie. To nie ja zwariowałem, tylko czasy są wariackie, a my w nich musimy żyć i robić swoje.

—  Więc niech już tak i będzie, ale co do naszej organizacji wojskowej...

—  Nie ujedziemy daleko bez pomocy tych, co łatwiej od nas mogą oszukiwać hitlerowców.

—  Jaki to mądrala z ciebie. Starego szefa chce uczyć, patrzcie...

—  Skądże znowu, zawsze będę słuchać pana. Proszę tylko, żeby pan i inni tam w górze rozróżniali szczerych Polaków, co muszą udawać Niemców, od bandy opryszków wychowanych na naszym chlebie, a przez gorliwość stokroć gorszych od prawdziwych Niemców. Nie jest to tak trudno odróżnić, bo jedni i drudzy żyją pośród nas i na sto sposobów mogą nas niszczyć lub nam pomagać.

—  To nie jest całkiem głupie — począł się zastanawiać starszy sierżant.

—  Widzi pan szef... Przecież każdego dnia walą nas obuchem po głowie. Z Berlina wyje Hitler, a za nim mniejsze psy — Goebbels czy Greiser, za nimi cała sfora jeszcze mniejszych, że naród polski wywołał tę wojnę, okrutnie mordował spokojnych Niemców, że jest diabła wart, że nasza krew cuchnie, a ich pachnie, że należy nas niszczyć jak robactwo, gdzie się da i jak się da. No i poszczute psy kąsają nas na każdym kroku, folksdojcze prześcigają się, by nam okazać pogardę, by nas gnębić, wykorzystać naszą pracę poza granice możliwości i wytrzymałości fizycznej. Nietrudno w takiej sytuacji rozróżnić wilka od owcy, anioła od diabła, panie szefie.

—  To nie jest takie głupie. Pogadam z naszym dowódcą. Aha, o najważniejszym bym zapomniał. Mam dla ciebie przeniesienie do Kalisza. Zostaniesz listonoszem. Przydasz się tam. Będziesz mógł chodzić po całym mieście nawet w nocy, że to niby z depeszami.

—  Muszę więc porzucić pracę w młynie Frudego.

—  Tak. Czekaj, czekaj, w młynie Frudego mówisz? To naraj mnie na swoje miejsce. Może z tej mąki będzie rzeczywiście jaki chleb, skoro tak za tym młodym pyskujesz. Muszę im się przyjrzeć z bliska. Zajmiesz w Kaliszu moje mieszkanie. Póki czas, trzeba je ratować, skoro ja tu przy żonie muszę zostać.

Rozmowa ta toczyła się w Ołoboku na zapleczu sklepiku kolonialnego Zofii Hysowej, który przejęła ona po ojcu, sklepikarzu wiejskim. Teraz, gdy przy niedzieli sklepik był zamknięty, Zofia krzątała się w kuchni przygotowując obiad.

Hys ufał swej żonie we wszystkim, znał jej wielki patriotyzm i wiedział, że gdy trzeba, Zośka potrafi trzymać język za zębami, nie zamknął więc szczelnie drzwi do kuchni. Hysowa wiedziała o wszystkich sprawach męża, choć nie godziło się to z zasadami konspiracji. Dopiero późniejsze doświadczenia uczestników tajnej walki z okupantem zmusiły ich do doskonalenia metod konspiracji.

Oboje Hysowie byli zgodni we wszystkim. Szef radził się swej małżonki nawet w sprawach „Tajnej organizacji wojskowej", której lokalne dowództwo znajdowało się w Kaliszu. Za jej poradą sierżant zdecydował się oddać swe mieszkanie w mieście Antoniemu Kutowi, którego rodzinę Hysowa dobrze znała, kochała się nawet w starszym bracie Antka, gdy jeszcze chodził „do klas". Tę jej pierwszą wiośnianą miłość przerwało zrządzenie losu. Józio Kut poczuł powołanie do stanu duchownego, ukończył seminarium i został wikariuszem w Gościszynie, a Zośka wyszła za mąż za przystojnego podoficera kaliskiego pułku Strzelców Kaniowskich, uosobieniem jednak wszystkiego dobrego i jakiegoś nieziemskiego piękna na świecie pozostał dla niej na zawsze kleryk Józef Kut, o słodkich oczach i anielskim głosie.

Wieść, że w pierwszych dniach okupacji Niemcy aresztowali księdza i zesłali do obozu koncentracyjnego, wypełniła po same brzegi czarę nienawiści Zofii Hysowej do okrutnych najeźdźców. Stała się sprzymierzeńcem męża we wszystkich jego tajnych pracach.

Gdy niedzielny obiad był na ukończeniu, Hysowa opuściła kuchnię i weszła z małą córeczką uwieszoną u jej spódnicy do pokoju, w którym radzili mężczyźni. Antek Kut poderwał się z krzesła i ucałował rękę pani domu.

—. Jak to Antoś wyrósł — zdziwiła się Hysowa.

—  Jestem już dorosły — odparł młody gość nieco urażony.

—  Ojej, jak te klasy Antoś ukończył, to już prawdziwy pan się zrobił, a ja go zawsze pamiętam, jak to jeszcze starszy brat, ksiądz Józef, za rękę prowadził. Są jakie nowiny od księdza Józefa?

—  Nie ma. Martwimy się bardzo — westchnął młodzieniec.

—  Szwaby zawzięły się bardzo na nasz naród. Żeby tam tylko nie zamęczyli naszego księdza Józefa. Na świętego zawsze wyglądał, jak ta czysta pasyjka wysechł z tej świętości, niech nam jak najdłużej żyje na ziemi, a do nieba się nie śpieszy. Czy jaką paczkę można mu będzie posłać, bo, powiadają, że strasznie głodzą „hitlery" więźniów.

—  Frude obiecał się dowiedzieć, dokąd zesłali brata i czy można mu coś posłać — informował gość.

—  Niech mu Bóg da zdrowie.

—  Folksdojcz! — zawołał starszy sierżant.

—  A co miał zrobić? — spytała Hysowa. — Kramer, nasz nowy niemiecki wójt, był wczoraj u mnie w sklepiku i powiadał, że niedługo mnie stąd wypędzą, bo Polakom nie będzie wolno handlować. Trzeba się inaczej urządzić.

—  Zośka, co ty gadasz, chcesz się może zapisać?... Zośka?...

—  A co zrobimy, gdy nas stąd wyrzucą? Czy będziesz mógł prowadzić swoją robotę? No więc nie ma co gadać. Nie ma innego wyjścia, mój Antosiu, nie ma...

—  Teraz pan szef przekonał się, że żyjemy w bardzo ciężkich czasach i musimy się dostosować do okoliczności — odezwał się młody Kut.

Cóż ja mogę na to poradzić — rozłożył ręce podoficer. — Niech starsi wezmą to na swoją głowę. Powiem im, co i jak dokoła się słyszy.

Na drzwiach małego mieszkania w Kaliszu przy bocznej niewielkiej ulicy Piaskowej 15 a, należącego dawniej do starszego sierżanta Hysa widniał napis: „Frau Sophie Hys, Volksdeutsch". Wywieszka ta chroniła mieszkanie przed rekwizycją i niepożądanymi wizytami niemieckiej policji. Mieszkał w nim nowy lokator, młody człowiek chodzący w okrągłej urzędowej czapce pracownika poczty i szeroką opaską na rękawie płaszcza z napisem „Deutsche Reichspost".[12] Dawni sąsiedzi sierżanta spoglądali z tłumioną nienawiścią na nowego lokatora.

—  Hys gdzieś przepadł, Hysowa się sfoksiła, a to pewnie jej kochanek, ten smarkacz — odzywały się jadowite szepty. Zauważono jednak niebawem, że Hys pojawia się od czasu do czasu w swym dawnym mieszkaniu. Wsuwał się do niego jakoś chyłkiem, jakby chciał, aby go nikt nie dostrzegł, samą Hysowa widywano rzadko, coś więc z tym rzekomym jej kochankiem nie wychodziło. Ludzie naokoło mieli dosyć własnych zmartwień, przestali się więc interesować mieszkaniem dawnego podoficera. Tymczasem lokator Hysów, Antoś Kut, miał pełne ręce roboty na swym nowym „stanowisku". Z tą oficjalną pracą dawał sobie łatwo radę. Z liceum w Ostrowie wyniósł dostateczną znajomość niemczyzny, potrzebną w stosunkach ze zwierzchnikami i klientami, którzy coraz gęściej napływali i z wielkiego Reichu, i ze wschodu. Właściwa praca zaczynała się po godzinach obowiązków służbowych i często w czasie ich pełnienia, gdy trzeba było przenieść z jednego krańca miasta na drugi pilne wiadomości lub w torbie pocztowej egzemplarze tajnej gazetki. Jeszcze z rodzinnego Sławina młodzieniec posyłał do niej za pośrednictwem Hysa drobne artykuły, notatki oraz wiadomości zasłyszane w sklepiku Hysowej od miejscowych ludzi i przybyszów z dalszych stron. Teraz ta praca ruszyła pełną parą. Zainstalowany w kominie kuchni Hysów radioaparat dostarczał wiadomości ze świata, Antek słuchał ich w dwóch językach: polskim i niemieckim, by orientować się, co się dzieje na świecie, i znać zamiary wroga. Na podstawie tych wiadomości redagował komunikaty do „gazetki". Nie były one zbyt pomyślne, ale rzecz najważniejsza była bezsporna i krzepiła ducha: rząd i armia polska istniały nadal, alianci zaś przygotowywali się do rozprawy z Niemcami.

„Cóż więc z tego, że terror hitlerowski wzmaga się, skoro mamy całkowitą pewność rychłego zwycięstwa" — pisał Kut w gazetce wydawanej przez Czesława Zimnego, który mieszkał przy ulicy Szewskiej. Żona jego prowadziła pralnię, nikogo więc nie mógł dziwić częsty napływ „klientów" z paczkami pod pachą. Obok w ogrodzie w dużej szopie mieściła się ręczna maszyna drukarska. Zimny był dawniej zecerem w drukarni Radwana, wydającego kiedyś „Gazetę Kaliską". Po wejściu Niemców zabrał po kryjomu z drukarni starą maszynę z zestawem czcionek i sam teraz nocami tłukł na niej nakład gazetki.

Szefem całej akcji i komendantem tajnej organizacji był porucznik Kazimierz Strzelczyk, mieszkający w pobliżu Kuta przy ulicy Widok 40. On to wraz z porucznikiem Malinką i Czesławem Zimnym oraz ojcem Julianem Mirochna stanowili trzon całego ruchu podziemnego w Kaliszu.

To, co zameldował Hys o Frudym, stało się przedmiotem narady sztabu organizacji podziemnej. Obaj oficerowie z początku nie chcieli nawet słyszeć o jakimkolwiek kontakcie z folksdojczami. Redaktor Zimny długo słuchał ich grzmiących wywodów o zbrojnym ramieniu Rzeczypospolitej, które zetrze na proch wszelkich zdrajców, wreszcie, gdy spytano go o zdanie, oświadczył lapidarnie:

—  „Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje", żeby to była tylko rosa, panowie, ale to po prostu trucizna, zaraza, brunatna śmierć zagląda nam w oczy. O drugim froncie ani słychu, ani widu. Myślę, że z wiosną ruszą się tam na zachodzie, ale to Niemcy pierwsi uderzą na aliantów.

—  Gadacie, Zimny, bzdury, zupełnie inaczej piszecie w naszej gazetce. Już wiosna nadeszła, a Hitler się nie rusza! — ostro zaoponował porucznik Malinka.

—  Bo tak trzeba. Prawdę ludziom należy cedzić przez lejek, pomaluśku, jak ostre lekarstwo. Cała dawka by ich zabiła.

—  Żadnych kontaktów ze zdrajcami! — powtórzył twardo komendant Strzelczyk.

W tej chwili do drzwi mieszkania zapukano w umówiony sposób. Ktoś z naszych idzie — odezwał się gospodarz — to dziwne, nikogo nie wzywałem. Kto tam? — spytał przez drzwi. — Jestem chory, nikogo nie przyjmuję. Ich bin krank — powtórzył na wszelki wypadek po niemiecku.

—  Niosę zdrowie — usłyszał umówione hasło i poznał głos Antka Kuta.

—  A, to ty — odetchnął Strzelczyk. — Co się stało?

—  Ważna rzecz. Przed chwilą wszystkie stacje radiowe podały wiadomość, że Hitler uderzył na Danię i Norwegię — powiedział Antek.

—  Tak, a jednak to on zaczyna „wyzwalać" — odezwał się z sarkazmem Zimny.

—  Francja i Anglia odpowiedzą na to wspólnym atakiem — odparł szorstko porucznik Strzelczyk.

—  Oby tak było — westchnął Zimny. Komendant pożegnał się z Antkiem mówiąc:

—  Dziękuję ci, Kut, za wiadomości, słuchaj dalej radia. Po chwili milczenia Zimny zagadnął ojca Mirochna:

—  A ojciec gwardian co myśli na temat folksdojczów?

—  Musimy odróżnić plewy od ziarna, patrzeć, co człowiek robi, ile jest wart, komu służą jego czyny, a nie, w jaką suknię się odział. Jest tu dużo ludzi w samym Kaliszu i okolicy, obcych nam nawet wiarą, którzy mają dobrą opinię, mimo że zgłosili się na niemiecką listę. Czy przetrwalibyśmy tutaj, gdyby tylko same łotry na niej były?

—  Nie możemy lekceważyć tego, co ojciec gwardian mówi, choć zadziwiają mnie jego słowa — rzekł komendant Strzelczyk. — Właśnie mam tu na porządku dziennym sprawę mego dawnego podkomendnego Hysa. Wydało mi się, że poszedł on zbyt daleko, wywieszając na drzwiach swego mieszkania tabliczkę „Frau Sophie Hys, Volksdeutsch".

—  Kogo ta wywieszka ma zmylić, Polaków czy Niemców? — spytał redaktor Zimny.

—  No właśnie — bąknął Strzelczyk. — Tu trzeba rozwiązać cały problem.

—  Myślę, że ojciec gwardian już go rozwiązał — rzekł Zimny.

—  Nie podoba mi się to wszystko — burknął Strzelczyk.

—  A niech to diabli porwą — dorzucił ze złością porucznik Malinka.

—  O to właśnie idzie, żeby nie porwali — upierał się redaktor. — Więc co decydujecie?

—  Wiecie doskonale, że mamy nóż na gardle — odezwał się komendant tajnej organizacji. — A „tonący brzytwy się chwyta". Jesteśmy zmuszeni korzystać ze wszelkiej pomocy, nawet folksdojczów. Trzeba tylko każdego z nich dobrze wziąć pod światło.

—  To się samo przez się rozumie — rzekł ojciec Mirochna. — Życie nasze teraz to taniec pośród jadowitych wężów.

—  Ojcze Julianie, nie bardzo rozumiemy ostatni artykuł ojca w naszej gazetce. Mam go tu przed sobą. Co ojciec chciał powiedzieć tymi słowami: „Polska odrodzona po tej straszliwej wojnie musi być państwem sprawiedliwości powszechnej, ojczyzną biednych i bogatych. Tych pierwszych być w nim zupełnie nie powinno. Dobra narodowe winny być rozdzielone wszystkim, aby nie było wyzysku i krzywdy ludzkiej. Każdy powinien pracować na swoim i dla siebie". Cóż to ma znaczyć, ojcze gwardianie?

—  To, co napisałem.

—  Więc socjalizm? Dóbr narodowych nie mamy, mamy prywatne. Aby dać je wszystkim, trzeba najpierw zabrać je wszystkim właścicielom. Czy mamy iść za przykładem Hitlera? Przepraszam ojca, ale...

—  Za przykładem Chrystusa, a nie za przykładem Hitlera — odparł żywo zakonnik, a w jego zwykle łagodnych, niebieskich oczach zapaliły się iskry gniewu.

—  Socjalizm jednak nam nie odpowiada — upierał się Strzelczyk — a to jest właśnie socjalizm, idea wywrotowa.

—  W jakim sensie? — spytał ojciec Julian.

—  No, żeby wszystko wszystkim zabrać, aby nikt nic nie miał i w ogóle, aby była anarchia.

—  Nie, o takich zasadach powszechnej krzywdy nie słyszałem — wzruszył ramionami zakonnik. — A socjalistów chcemy mieć w powszechnej konfederacji narodu, panie poruczniku.

Jednak to, co ojciec wypisuje w naszej gazetce, nie podoba mi się — ciągnął swoje porucznik Strzelczyk.

—  Wolno to panu. Wszak jesteśmy demokratami. Demokracja to znaczy wiele dróg do tego samego celu: tworzenia wolnego państwa.

—  Zostaw więc to już — wtrącił się porucznik Malinka. — Cywile mają swoje argumenty.

Tak. Podpisuję się pod wszystkim, co drukuje u nas ojciec gwardian — odezwał się Czesław Zimny.

—  Drugie nożyce się odezwały, przestańmy bić w stół — powtórzył pojednawczo porucznik Malinka.

Rodzina mierniczego Kolczyńskiego gnieździła się teraz przy ulicy Stawiszyńskiej w dwóch pokoikach z dymiącymi piecami w odrapanej oficynie domu, bez wygód i kanalizacji. Takie tylko rudery mogli zamieszkiwać Polacy. Domy bardziej komfortowe przeznaczono dla ludzi „wyższej rasy". Z dawnej willi przy ulicy Łódzkiej pozwolono Kolczyńskim zabrać jedynie trochę rzeczy osobistych i pościeli.

Księgarnię po kilku miesiącach także im odebrano. Gdy nadeszła zima, rozpoczęło się nocne wysiedlanie całych rodzin do Generalnej Guberni. Przeprowadzano je w czasie największych mrozów, w najbardziej nieludzkich warunkach. Dotykały one w pierwszym rzędzie inteligencję, pani Włada spoglądała więc z wielkim niepokojem na męża, który bardzo powoli przychodził do zdrowia i ledwo mógł się wlec o kulach.

—  Gdyby „to" nas spotkało, Bronku — mówiła —  to chyba ciebie nie wysiedlą w takim stanie. Trzeba jednak być na to przygotowanym. Wszystkie nasze oszczędności zaszyłam w twoją kołdrę. Pamiętaj o tym.

—  A wy z czego będziecie żyli?

— Nie pozwolą nam więcej zabrać niż 20 marek na głowę. Wszystkie rzeczy wartościowe zabierają. Nie udałoby mi się zabrać ich ze sobą. Jakoś damy sobie radę w głębi kraju, wszędzie są dobrzy ludzie, ale ty tutaj nieprędko będziesz mógł pracować i długo jeszcze potrzebna ci będzie opieka — pamiętaj więc o kołdrze. Jakie to szczęście, że z racji twojego zawodu znają cię chłopi w całym powiecie i pamiętają o nas. Dzięki temu nie mamy niedostatku.

—  Myślę, że już nam Niemcy dadzą spokój, skoro wypędzili nas do tej rudery. Ty pracujesz w sklepie u folksdojcza, chłopcy jeszcze nie podlegają obowiązkowi pracy, ja inwalida...

—  Ale to są nasi wrogowie i żadne względy ludzkie do nich nie przemawiają — przerwała żywo wywód męża pani Włada. — Byłam już u twego brata na Zagorzynku. Zgodził się przyjąć ciebie w razie konieczności do pokoju na poddaszu. Zakupiłam tam węgiel i naniosłam do schowka obok kilkanaście wiader.

—  Dziękuję ci, ale ten twój trud i troska chyba będą zbyteczne — odparł rekonwalescent.

—  Diabeł nie śpi — rzekła żona. — Było już kilka wywózek nocami.

—  Prawie samych Żydów. Dla nich są bez miłosierdzia. Patrzeć nie można, jak ich stale katują.

—  I na nas znajdą czas — westchnęła ciężko pani Kolczyńska. — A wiesz, przyniosłam coś z miasta. Wsunął mi do torby jakiś chłopak, nawet trochę znajomy z księgarni — polską gazetkę.

—  Niemożliwe! Skąd? Przecież to śmierć, gdyby ją znaleźli. Daj mi ją!

—  Tylko nie niszcz jej, proszę cię.

—  Muszę zobaczyć, co to jest — odpowiedział mierniczy, biorąc do ręki zadrukowany arkusz papieru. — Piszą w niej, że we Francji stoją już nasi na linii Maginota. Dowodzi generał Sikorski — mówił pan Bronisław przebiegając oczami zadrukowany papier. — Rząd polski jest w Angers. Prezydentem został Władysław Raczkiewicz. Jednym słowem, rządy Władysławów. No, ale Polska żyje. Dzielni ci ludzie, co o tym piszą, ale tej gazetki nie możemy u siebie przechowywać.

—  Ona nie nadaje się do przechowywania, nawet jest nadruk: „Przeczytaj i podaj dalej". Zaniosę ją sąsiadom.

—  Nie rób tego, bo gdyby wpadli, to Niemcy będą pytać, od kogo ją dostali.

—  Boisz się?

—  Nie, tylko jestem ostrożny. Takiej rzeczy się nie daje, można ją tylko podrzucić.

—  Więc dobrze, podrzucę im tę gazetkę — ustąpiła mężowi pani Włada.

Po uciążliwym, trudnym dniu noc nie dawała pokrzepiającego wypoczynku. To właśnie wtedy pod osłoną ciemności zjawiali się „oni", rosłe draby z trupimi czaszkami na czapkach, w czarnych mundurach, walili kolbami w drzwi, wpadali wściekli do mieszkań, każąc się z nich wynosić w ciągu dwudziestu minut, a więc w ciągu czasu wystarczającego zaledwie na ubranie się. Przezorniejsi spali ubraniach ze spakowanym bagażem ręcznym, bo tylko taki wolno było ze sobą zabrać. Niezawodne przeczucie i tym razem nie omyliło pani Włady. Pewnej bardzo mroźnej nocy przy szalejącym wichrze ktoś mocno zapukał do drzwi mieszkania. Śpiąca bardzo czujnie pani Włada wnet zerwała się z pościeli i skoczyła ku drzwiom.

—  Kto tam? — spytała drżącym z przerażenia głosem.

—  To ja, Franek — usłyszała cienki głos syna dozorcy. — Tata kazał powiedzieć, że „one" już są w kamienicy od frontu. Przeczytały też i państwa.

Głos chłopca za drzwiami umilkł. Pani Kolczyńska skoczyła budzić męża i dzieci. Choć miała jakieś wewnętrzne przekonanie, że „to" musi nadejść, wszystko leciało jej z rąk.

—  Boże drogi, nie skończyłam cerować ciepłych skarpet dla Jurka — wyrzucała sobie. — Suchary są w piecyku, trzeba koniecznie je zapakować, gęś wisi za oknem na mrozie, gęś za oknem... Już idą...

Na schodach wiodących na poddasze dudniły ciężkie buty oprawców. Za chwilę jęknęły drzwi. Pobiegła szybko otworzyć.

—  Wszyscy w dwadzieścia minut wynosić się stąd! — zawarczał ostry głos barczystego chłopa w mundurze. — Wolno zabrać dwadzieścia marek na gębę i najpotrzebniejsze rzeczy ze sobą, schnell!

—  Mąż mój jest inwalidą, leczy się z ran, trudno mu się poruszać — mówiła pani Włada do podoficera, który stał w drzwiach.

—  Alle raus![13] - odpowiedział, nie zwracając uwagi na jej prośbę.

—  Bronku, weź kołdrę na plecy — przypomniała pani Kolczyńska. — Jurku, do twojej torby zmieści się jeszcze gęś. Mówiłam ci jeszcze wczoraj, żebyś zabrał z piecyka suchary.

Chłopiec pobiegł szybko spełnić polecenie. Dwadzieścia minut upłynęło błyskawicznie. Żandarmi kolbami wypychali rodzinę Kolczyńskich na schody. Mierniczy wlókł się powoli o kulach. Narzucona mu na plecy kołdra utrudniała jeszcze ruchy. Jego żona podeszła do oficera stojącego na podwórzu domu.

—  Panie kapitanie — rzekła łamaną niemczyzną — mój mąż leczy się jeszcze z ciężkich ran, nie może ruszyć się stąd. I pan jest wojskowym, proszę go zwolnić. Niech zostanie.

—  Wszyscy musicie opuścić teren Rzeszy — odparł oficer.

—  Proszę spojrzeć, to kaleka — prosiła pani Kolczyńska. — Niech go pan zwolni.

—  Dać go na bok, on i tak niedługo umrze — machnął ręką dowódca.

Pan Bronisław skwapliwie poczłapał na bok.

—  Ej, ty! — krzyknął za nim podoficer. — Kołder nie wolno ze sobą brać, zostaw ją!

. — Puść go — rozkazał przełożony —  to jakaś stara szmata.

Rodzina Kolczyńskich pożegnała się w milczeniu. Za bramą stała już pod zbrojną strażą taka jak i oni gromada nędzarzy. Pani Włada jednym rzutem oka oceniła, że jest w lepszej sytuacji od innych. Miała przy sobie dwóch dorastających synów, zdrowych i silnych chłopców. Każdy z nich dźwigał plecak i jakieś tłumoczki w ręku, ona sama zabrała ze sobą tyle rzeczy, ile mogła udźwignąć, podczas gdy inne kobiety niosły na rękach swoje maleństwa bądź trzymały je za rękę, starsze dzieci dreptały samodzielnie. Jedna z dziewczynek dźwigała dużą lalkę, największy swój skarb. Na tę zabawkę spoglądał pożądliwie jeden z esesmanów, drab w średnim wieku, wreszcie podszedł do dziewczynki i wyrwał jej zabawkę z ręki.

—  Polskie szczenięta mogą się bawić błotem! — zawołał. Dziecko wybuchnęło płaczem. Zaraz zawtórował mu chór innych dzieci, wyrwanych brutalnie ze snu, przemarzniętych od lodowatego podmuchu wiatru. Całą kolumnę wysiedlonych popędzono na plac przed ratuszem.

—  Tam zabiorą nas autami na dworzec — pocieszał jakiś głos tę lamentującą gromadę. Nie było to jednak prawdą. Przed ratuszem był tylko punkt zborny wysiedlanych tej nocy Polaków z całego miasta. Oddzielnie gromadzono ludność żydowską. Od tej gromady, jeszcze bardziej nieszczęsnej, nie dochodził już płacz, ale straszliwy jęk. Zbiry w czarnych mundurach tłukły tam raz po raz bykowcami po głowach, wyrywały dzieci z objęć matek i rozbijały im główki o bruk na oczach przerażonych tym widokiem polskich wysiedleńców.

—  Na Boga, co wy robicie? — wyrwało się z ust przerażonej pani Kolczyńskiej.

—  Zamknij gębę! I wasza kolej nadejdzie! — warknął esesman stojący najbliżej. Zamierzył się na nią bykowcem, ale nie uderzył.

Stali tak w pełni nocy zimowej przeszło dwie godziny, dzwoniąc zębami i tupiąc nogami, by nie zamarzły. Ustawiono wreszcie dwie długie kolumny, osobno Polaków i Żydów, i popędzono wszystkich pieszo w stronę dworca. O jakimkolwiek środku transportu nie było mowy. Obaj chłopcy szli w milczeniu z zaciśniętymi wargami podwójnie obciążeni, bo dźwigali jeszcze jakieś tłumoki wielodzietnym samotnym matkom, których było w tej drodze bardzo dużo.

„I to się tej nocy musiało stać — skarżyła się w myślach pani Włada — właśnie w przeddzień szesnastej rocznicy naszego ślubu".

Na dworcu kaliskim odbyła się skrupulatna rewizja. Policjanci niemieccy płci obojga dokładnie przeszukiwali rzeczy wysiedlonych i dokonywali rewizji osobistej. Polaków rewidowano w hallu dworca, Żydów wyprowadzano na rampę kolejową za dworcem, gdzie załadowywano ich do wagonów towarowych. Raz po raz dochodziły stamtąd strzały.

—  Dlaczego strzelają? Co tam się dzieje? — spytała pani Włada stojącego obok niej młodego folksdojcza z policji pomocniczej, Hansa Machera, którego znała, bo przychodził z ojcem do jej męża w sprawach pomiarów swego gospodarstwa.

—  Zabijają tych Żydów, u których znaleźli kosztowności — szepnął jej do ucha Hans. — Jeśli ma pani coś przy sobie z rzeczy cennych, proszę mi oddać, zwrócę je panu geometrze. Wiem, że go zostawili.

— Dziękuję panu, nic nie mam — odparła pani Kolczyńska. „Jak to dobrze — pomyślała — że wszystko zostało w kołdrze Brona".

—  Proszę pani — usłyszała szept stojącego obok starszego mężczyzny — jestem nauczyciel Stefański. Mam przy sobie bransoletę zmarłej żony, złoty zegarek i pierścionek. Pani mnie zna.

—  Tak, z widzenia — potwierdziła.

—  Może ten Selbstschutz[14] odda te kosztowności pani mężowi, bo jak znajdą... O, tu są. Proszę powiedzieć, że to nauczyciela Stefańskiego. Jeśli zgłosi się ktoś z mojej rodziny, to pan geometra zwróci.

Stary człowiek wsunął do ręki Kolczyńskiej małą paczkę owiniętą w chusteczkę. Pani Włada obejrzała się dookoła. Młody Macher stał jeszcze obok niej.

— Panie Hans — rzekła półgłosem. — Ta paczka dla mego męża. Będzie mieszkał na Zagorzynku w domu Kolczyńskich. Niech ją odda temu, kto powie, że jest od Stefańskiego, proszę zapamiętać: od Stefańskiego. — Wsunęła nieznacznie Selbstschutzowi do kieszeni drobny przedmiot. Hans kiwnął głową, upewniwszy się, że nikt tego nie dostrzegł.

Ktoś zakołatał cicho do celi ojca gwardiana. Pukanie powtórzyło się kilkakrotnie coraz głośniej, zanim usłyszał je pogrążony w modlitwie ojciec Julian. Zdziwił się. Była noc. Któż mógł o tak późnej godzinie go niepokoić? Ojciec Mirochna podniósł się z klęczek i podszedł do drzwi swej celi.

—  Kogo Bóg prowadzi? — spytał nie otwierając.

—  To ja, brat furtian — usłyszał odpowiedź. — Jest pilna sprawa do ojca gwardiana.

—  O tej porze? — spytał zdziwiony. — Cóż się stało?

—  Gorąca linia... — usłyszał szept. — Przysłali gońca. Mówią, że to pilne.

—  Niech wejdzie.

Za chwilę pojawił się Antoś Kut z opaską „Deutsche Reichpost", w okrągłej czapce listonosza niemieckiego.

—  A to ty, chłopcze — powiedział ojciec Mirochna. — Jakie masz wiadomości?

—  Komendant uznał, że nie trzeba pisać, bo ojciec mnie zna, więc mam ustną relację. Kazali mi tu przyjść w nocy, bo jako listonosz mam nocną przepustkę.

—  Mów, mój synu.

—  W sztabie uznali, że wielkie jest załamanie w narodzie po upadku Francji. Aby podnieść ducha żołnierskiego, komendant zarządził zbiórkę dwóch kompanii: kaliskiej i wiejskiej, w lasku pod Żydowem, tam gdzie stoi krzyż na mogile powstańca. Będzie zaprzysiężenie wojska. Komendant prosił, aby ojciec gwardian odebrał przysięgę i przemówił do wojska.

—  To jest dla mnie rozkaz, ale jak to zrobić, by Niemcy nie zwrócili na nas uwagi?

—  Landraturą ogłosiła, aby młodzież masowo śpieszyła pomagać w żniwach. Właśnie się zaczynają. Dowódcy drużyn otrzymali ścisłe instrukcje, którędy mają iść, i to w rozproszeniu. Po księdza gwardiana przyjedzie furą chłop, że to niby do ciężko chorego. To jeszcze wolno.

—  Kiedy ta zbiórka?

—  W nocy z najbliższej soboty na niedzielę. W niedzielę łatwiej będzie wrócić do miasta, że to niby do domu na wolny dzień.

—  Dobrze, będę, pozdrów ode mnie komendanta, Antosiu.

Księżyc zerkał ciekawie na polanę w lasku żydowskim, na której zgromadziło się kilkuset ludzi, ustawionych w dwóch grupach. W pierwszym szeregu pierwszej grupy stał wysoki niczym grochowa tyka wyrostek, chorąży Zenek Kolasiński, z rozwiniętym nad głową sztandarem kaliskiego hufca Związku Harcerstwa Polskiego, wykradzionym szczęśliwie z rąk niemieckich. Obok w pierwszym szeregu drugiej kompanii dostrzec było można równie wysokiego, lecz tęższego niż Kolasiński,  młodzieńca  również  z  rozwiniętym sztandarem w ręku. Był to Henryk Frude z ufundowanym ongiś przez rodziców sztandarem Gimnazjum imienia Asnyka w Kaliszu. Te dwa uratowane sztandary młodzieży kaliskiej powiewały nad głowami młodych straceńców, co stali teraz w karnych szeregach u stóp krzyża na mogile nieznanego powstańca. Oni to, chłopcy z kompanii wiejskiej i miejskiej, przybyli z Żydowa, Ołoboku, Sławina, Sulisławic, Szczypiorna, Skalmierzyc, Piwonic i Lisa, stanowili główny trzon tego wojska polskiego bez broni jeszcze, ale już gotowego do walki. Gdy zdjęli czapki do przysięgi, tu i ówdzie połyskiwały siwe włosy, lecz główny zrąb tego wojska stanowili młodzi, pełni zapału mężczyźni.

—  Baczność, do przysięgi! — padła komenda dowódcy Strzelczyka.

—  Baczność, do przysięgi! — komenderowali z kolei obaj dowódcy kompanii miejskiej porucznik Malinka i wiejskiej starszy sierżant Antoni Hys.

Ojciec Mirochna, kapelan polowy tego wojska, w komży, stule i birecie, odebrał przysięgę od żołnierzy.

—  Teraz jesteście zaprzysiężonym wojskiem polskim — odezwał się komendant Strzelczyk. — Walka nasza z wrogiem trwa nieprzerwanie. Rząd Rzeczypospolitej wprawdzie był zmuszony opuścić Francję, ale jest w Londynie wraz z naszymi siłami zbrojnymi pod dowództwem naczelnego wodza generała Sikorskiego. Polska walczy nadal w kraju i na obczyźnie aż do całkowitego zwycięstwa. Przemówi teraz do nas ksiądz kapelan.

Ojciec Mirochna wzniósł oczy w górę, chwilę trwał w milczeniu, wreszcie zaczął mówić:

—  Błogosławię was, żołnierze polscy, mściciele umęczonego i wzgardzonego przez okrutnego zaborcę narodu polskiego. Błogosławię was jako kapłan, Polak, wasz towarzysz walki i jako starszy od wielu z was wiekiem ojciec duchowny. Jestem jednym z was, żywym, czującym i cierpiącym człowiekiem. I gdy po niedawnej, strasznej i niespodziewanej klęsce sojuszniczej Francji i jam upadł na duchu, szukałem ratunku w Bogu i prosiłem Go, aby mi dał rozeznanie swej woli i swoich planów. I w tym momencie tak ciężkim w życiu naszego narodu, a więc i moim, dostałem wiadomość, że nie zabraknie umęczonej Ojczyźnie obrońców, i polecenie, bym od was odebrał przysięgę wierności sprawie narodowej. W waszych osobach stoi tu przede mną cała Polska, cały zjednoczony, nieugięty i nieśmiertelny naród polski. Są między wami ludzie spracowanych rąk od pługa i warsztatu, są żołnierze zawodowi, dowódcy wasi, są inteligenci z miasta i posiadacze miejscy gotowi razem walczyć o ład na naszej ziemi. Stanowimy wszyscy razem jedną zwartą i miłującą się nawzajem rodzinę polską. Jedność daje moc i takiej mocy wróg się nie oprze, zwyciężymy, bracia!...

Walka przed nami długa, pełna ofiar, nabrzmiała krwią, męką i łzami. Na tę walkę do ostatniej kropli was błogosławię.

Gdym jeszcze był uczniem gimnazjum, profesor od polskiego kazał się nam nauczyć psalmu naszego wieszcza narodowego Zygmunta Krasińskiego „Na dzień dzisiejszy". Jakże to proroczy tytuł, a oto słowa psalmu pisane przed stu laty. Godzi się je przypomnieć w tym oto czasie nowego naszego powstania narodowego, na tym właśnie miejscu, u stóp krzyża postawionego na mogile nieznanego powstańca pamiętnego roku 1863. A więc „Na dzień dzisiejszy":

A ja wam  powiadam, że Polska nie będzie

Królestwem tylko lub Rzeczpospolitą,

Lecz nad państw wszystkich skończone krawędzie

Prawem miłości rozlewalnym wszędzie,

Niedzielę wieków na wierzch wydobytą.

Nagle jak poseł ukaże się ona

I pośród ludów zhańbionego grona

Nazwą ją ludzie mocarstwem aniołem.

Ja wam powiadam, że Polska kościołem

Będzie na ziemi widomego czynu.

Przed nią pobledną potępione społem:

Królów uciski i wściekłości gminu...

Lecz do otchłani wy zejść musieliście,

By cel ten wielki dopełnił się iście.

Duszę tam waszą od ciała odjęto,

Dusza zapadła w czyśćcową tęsknicę,

Ciało przez zgonu przeszło tajemnicę,

Lecz duch żył mocą światu niepojętą

1 duch ten wstanie z promienniejszym ciałem.

Patrzcie tam... patrzcie, europejskie święto

Zbliża się oto. Gromowym nawałem

Spieszą wypadki! Już na dół się chyli

Złe, co was gniotło, źle ze złem w tej chwili!

Ten, co z serc waszych pasował się wiarą

Dotknięt już klęski i rozpaczy karą,

Na czole jego ciężka ręka Pana!

Jego się zbliża, wasza kończy męka!

Przemarni żywot, kto piekła kapłanem!!

Pan jeden wielki, Pan jeden jest Panem.

Czy nie słyszycie tych głosów tam w dali?...

Wszystkie na czasu już stworzonej fali

Płyną tu. Płyną i krzyczą w podziwie:

Śmierć sama zmarła, a zabity żywie!

Głos księdza Mirochny brzmiał donośnie pośród zupełnej ciszy, potem słowom wieszcza sprzed wieku zawtórował szloch słuchających go żołnierzy. Nikt nie wstydził się łez. Nie nad sobą przecież je wylewał i nie dla siebie, lecz dla narodu i za naród, za bliskich w domu i za tych, co dopiero narodzić się mieli w wielkiej rodzinnej wspólnocie narodu, który jest wczoraj, dziś i jutro, trwa aż po kres istnienia ludzkości na tej ziemi.

Drzewce sztandaru w rękach Henryka Frudego zatrzęsło się, zachybotało. Młodzieniec spostrzegł, że to jego ręka drży od wielkiego wzruszenia. Zawsze w sobie zamknięty, mruk prawie, kryjący wstydliwie wszelkie uczucia, które nadmiarem ciążyły mu na sercu, teraz płakał wraz z innymi i szeptał przez łzy:

—  To najpiękniejszy dzień mego życia, pierwszy zaprzysiężonego żołnierza Rzeczypospolitej i narodzin wiary w przyszłość mego narodu. To wielki dzień zmartwychwstania i zarazem narodzin rzeczywistego Konrada. Kimże tedy się stanę? — pytał samego siebie. — Kim jestem? — zastanawiał się, jakby nie wierzył w wielkie szczęście, jakie go spotkało.

— Jesteście solą ziemi naszej, jesteście wcieleniem wielkich, bohaterskich duchów narodu: Chrobrych i Krzywoustych, Żółkiewskich i Czarnieckich, Kościuszków i Trauguttów — doszły jego uszu ostatnie wypowiedziane po przysiędze słowa wojskowego kapelana.


[1] Die Hitler-Jugend (niem.) — organizacja młodzieży NSDAP założona w roku 1926 roku, wychowująca młodzież niemiecką w duchu hitleryzmu; główny organizator i przywódca Baldur von Schirach.

[2] Na śpiku (gwara) — we śnie.

[3] Manner    sind   da?    (niem.) — czy są tu mężczyźni?

[4] Zwei   Jungen,   gut   (niem.) — dwaj chłopcy, dobrze.

[5] Jawohl...   schnell!   (niem.) — tak jest... szybko!

[6] Feldgrau   (niem.) — polowy.

[7] Die   Wehrmacht   (niem.)    hist.    wermacht — siła zbrojna.

[8] Frachta   (gwara) — wóz ciężarowy.

[9] Herr    General,   Hauptarzt,    ich    bitte    (niem.) — panie generale, naczelny lekarzu, proszę.

[10] Autentyczne (przyp. autora).

[11] Adieu   (franc.) — żegnam.

[12] Die   deutsche   Reichspost   (niem.) — poczta Rzeszy niemieckiej.

[13] Alle   raus!   (niem.) — wszyscy wynosić się!

[14] Der   Selbstschutz    (niem.) — samoobrona.

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

OCALENIE WANDZI

Władze niemieckie odebrały stolarzowi Bogastowi jego mocno rozklekotaną ciężarówkę, przekazując ją zakładowi oczyszczania miasta. Aby nie tracić z. oczu swej własności, Bogast postarał się o pracę w zakładzie dla swego szesnastoletniego syna Marysia. Młodzież płci obojga na początku okupacji obowiązywał nakaz pracy od 14 roku życia, później granicę wieku obniżono do 12 lat. Tak więc Maryś dostał odpowiedzialną pracę miejskiego śmieciarza. Okazało się, że i to „stanowisko" może okazać się pożyteczne. Młody Bogast dostał rozkaz od tajnej organizacji wojskowej, by zwrócił uwagę na poreformacki klasztor Sióstr Nazaretanek, który zamieniono na „Kinderheim".[1] W domu tym przebywały dzieci polskie, zabrane siłą rodzicom i uznane przez komisję lekarzy i antropologów za „czyste rasowo". Po przeszkoleniu w Kinderheimie były one przekazywane bezdzietnym niemieckim rodzinom. Po zmianie imion i nazwisk dzieci te miały ulec całkowitej germanizacji.

Rozległe pomieszczenia dawnego liceum Sióstr Nazaretanek w Kaliszu, otoczone wysokim murem z dużym ogrodem, bardzo nadawały się do tego celu. Wstęp do Kinderheimu był surowo wzbroniony wszelkim osobom postronnym, nawet Niemcom, bez specjalnej przepustki. Do środka mógł się dostać jedynie śmieciarz. Bogastowi przydzielono do pomocy młodego robotnika również Polaka, Stanisława Kulczyńskiego. Obaj szybko się dogadali i Maryś przekonał się niebawem, że może całkowicie ufać swojemu pomocnikowi. Otrzymali z zakładu polecenie, żeby trzy razy w tygodniu wywozić śmieci z Domu Dziecka.

Maryś Bogast, gdy dowiedział się, jaka czeka go praca, obserwował w wolnych chwilach, co dzieje się naokoło dawnego klasztoru i gimnazjum Nazaretanek. Pewnego dnia o wpół do siódmej rano zajechał przed boczną bramę klasztoru wóz z pieczywem z dawnej piekarni Stankiewicza, rozstrzelanego przez hitlerowców za rzekome posiadanie broni.

„Aha, to tędy wjeżdża się do tego sezamu" — pomyślał chłopiec

Woźnica konnego zaprzęgu zastukał. Po długiej chwili otwarto bramę. Ktoś bacznie oglądał woźnicę przez judasza. Bogast przypomniał sobie, że w wieczorowej dokształcającej szkole rzemieślniczej miał kolegę z piekarni Stankiewicza. Nie mógł sobie, niestety, przypomnieć jego nazwiska ani imienia. Podszedł jednak śmiało do woźnicy w białym fartuchu i białej piekarskiej czapce na głowie.

„Młodzik to jakiś — pomyślał — może będzie znał tego »mojego« kolegę z wieczorówki". — Ej, ty — zagadnął piekarczyka czekającego na otwarcie bramy — czy jest tam u was taki jeden, co chodził zeszłego roku do wieczorowej budy?

—  A bo co? — spytał zagadnięty, obrzucając Marysia badawczym spojrzeniem.

—  Bo to mój kumpel, chciałem się o niego dowiedzieć.

—  Masz, Bogast, słabą pamięć — odparł piekarczyk — to ja chodziłem z tobą do tej budy.

—  A, rzeczywiście, to z tej wojny tak straciłem pamięć — tłumaczył się Maryś. — Jak cię to wołali w budzie, bo ze łba mi wyszło?

—  „Maślana Buła" przecie.

—  No, widzisz, Buła, jaką to mam dziurawą łepetynę.

Brama uchyliła się ostrożnie. Jakaś wysoka koścista baba podejrzliwie obejrzała wóz z pieczywem i odezwała się:

—  Mädchen[2] Sophie, otwórz szerzej bramę.

—  Jak tu już jesteś, to pomóż mi znieść chleb dla tych bab, bo pomocnika mi dziś nie dali — odezwał się Buła.

Maryś skwapliwie wskoczył na wóz. Buła szarpnął lejcami, minęli bramę, która zamknęła się za nimi z trzaskiem, i znaleźli się za chwilę przed bocznym wejściem do gospodarczego budynku klasztoru. Maryś pomógł piekarczykowi wnieść do obszernej kuchni parę koszy chleba. Bochenki wykładano na duży stół przykryty ceratą. Liczyła je po polsku owa „Mädchen Sophie", niewiasta może ze trzydzieści lat licząca o dziwnie uduchowionej, delikatnej twarzy i niepospolitej urodzie. Stojący obok niej istny żandarm w spódnicy w mundurze kobiecego „Hilfsdienstu"[3] ze swastyką na ramieniu, owa koścista baba, która kazała otworzyć bramę, powtarzała za Polką po niemiecku liczbę wykładanych na stół bochenków. Rzekła wreszcie:

—  Stimmt[4] — podpisała kartę dostawy i odeszła do swych zajęć.

—  Ta Niemra musi być wielką jędzą, proszę siostry profesorki — odezwał się teraz Buła do „Mädchen Sophie", pakując do kieszeni fartucha podpisany papier.

—  Całe szczęście, że możemy tu jeszcze pracować i opiekować się tymi biednymi dziećmi — odparła dawna nauczycielka gimnazjum niskim altem.

—  O, tak, proszę siostry profesorki — potwierdził skwapliwie Bogast.

—  Ciebie, młody człowieku, pierwszy raz widzę — powiedziała siostra. — Czy Franek nie będzie więcej woził chleba z tobą, Janku? — spytała Bułę.

—  Nie, to tylko dziś tak wyszło, bo przyjechały do Kalisza jakieś nowe folksdojcze i więcej chleba trza teraz wypiekać, dlatego szef Franka nie puścił, póki pomocy nie dostanie. A to jest mój koleżka, Maryś Bogast. On znowu ze stolarskiego fachu.

—  Ale na szofera mnie ojciec wykierował.

—  Polakom nie wolno jeździć autami, roweru zaś mogą używać tylko po to, by dojeżdżać do pracy — stwierdziła siostra Zofia.

—  Ojciec miał w zakładzie taką starą ciężarówkę, ale ją zabrali, służy teraz za śmieciarkę.

Chłopcy wsiadali już na wóz, a dawna zakonnica zmierzała z kluczami ku bramie, by ich wypuścić. Pęd wiatru obsypał ją tumanem kurzu i śmieci z niedalekiego śmietnika, zarzuconego górą wszelakich odpadków.

—  Może po nasze śmieci ktoś tu wreszcie przyjedzie — odezwała się siostra Zofia, zakrywając twarz przed pyłem. — Od dwóch tygodni nikt ich nie wywozi.

—  Właśnie kończą remont tej naszej czortopchajki, co ją zarekwirowały Szwaby, a ja, proszę siostry, dostałem ten rejon. Niedługo tu przyjadę, porządek w mig się zrobi, a z siostrą to my już będziemy znajomi — dodał Maryś jakoś znacząco.

Siostra Zofia pokiwała mu przyjaźnie głową. Wóz minął już bramę.

—  Może chcesz, Bogast, u nas pracować? Poszukują mocnych chłopaków do roboty, głodny nie będziesz, czasem można coś zwędzić, a i stary daje co wieczór bochenek na twarz — zachęcał Buła swego kolegę.

—  Dziękuję ci, Maślanka, mam swój fach i swoją robotę — odparł Maryś zeskakując z wozu.

—  Ino nie Maślanka, ale Maślana Buła na mnie wołają, a w cywilu jestem Jan Chrzan — obruszył się Buła.

Ruszyli każdy w swoją stronę.

Śmietniki mieściły się w pobliżu domu gospodarczego Kinderheimu, Bogast mógł więc wejść w kontakt z siostrą Zofią. Sprzyjającą okolicznością był fakt, że czasem, gdy kierowniczka Domu Dziecka, Johanna Sander, była zajęta i nie mogła wszystkiego osobiście skontrolować, dawna zakonnica sama otwierała bramę wejściową. Pewnego razu, gdy Frau Sander z kilkoma wychowawczyniami Niemkami została wezwana na jakąś naradę do siedziby partii hitlerowskiej NSDAP, a przy dzieciach została tylko jedna dozorczyni dosyć ludzka, Schwester Marie,[5] siostra Zofia wprowadziła Marysia i Kulczyńskiego do ogrodu klasztornego. Przebywały tam dzieci polskie zabrane rodzicom w wieku trzech do dwunastu lat. Były nieruchawe i wystraszone. Niektóre płakały. Łagodny ton głosu Schwester Marie wcale ich nie uspokajał, bo mówiła do nich w niezrozumiałym języku. Dzieci były podzielone według wieku na grupy.

—  Tym starszym — mówiła siostra Zofia — nie wolno ani słowa mówić po polsku, karzą je za to karcerem. Nam zaś za odezwanie się do nich po polsku grozi chłosta i zesłanie do obozu koncentracyjnego. Dziś dzieci mają wolny dzień, bo ich dręczycielki nie są obecne, ale normalnie muszą ciągle maszerować i śpiewać po niemiecku lub mają lekcje. Opłakana to nauka.

—  Jeszcze straszniejsze to musi być dla ich rodziców — zauważył Kulczyński.

Gdy młodzi ludzie, załadowawszy śmieci, wyjeżdżali z klasztoru, tuż za bramą ich przedpotopowy wehikuł odmówił posłuszeństwa. Trzeba było naprawić defekt silnika. Mechanik Kulczyński wszedł pod wóz szukać przyczyny zepsucia się motoru, Maryś podnosił karoserię. W tym momencie zauważył kulącą się pod murem klasztoru wynędzniałą postać młodej kobiety. Spoglądała w stronę klasztoru z wyrazem rozpaczy i strachu na bladej twarzy.

—  Czego tu pani szuka? — spytał Maryś.

—  To pan Polak... — wyszeptała. — Tam jest moja córeczka, porwali mi ją, kazali mi ją oddać na badanie lekarskie aż w Poznaniu, a potem wypędzili mnie i powiedzieli, że już jej nie zobaczę, bo jest niemieckiej krwi. Com ja się napytała o nią, naszukała, napłakała... Wóz wasz stamtąd wyjechał, widziałam, bramę mi zatrzasnęli przed nosem, a tam jest moja Wandzia. Nazywa się Wandzia Sobczak.

— Właź pani do szoferki — odezwał się szorstko Kulczyński — bo tu panią zaraz Szwaby wygarną, cholernie kikują na to miejsce. Zaraz któryś tu się zjawi.

—  Prędzej, prędzej, już idzie żandarm — ostrzegł kobietę czujny na wszystko Maryś, dostrzegając z daleka niemiecki mundur. Otworzył drzwi szoferki i wepchnął ją do środka.

—  Czy panowie mogliby mi pomóc? — szepnęła poznanianka.

—  Nie mamy czasu tutaj o tym gadać — odparł Maryś. — Zreperujemy wóz i odjedziemy stąd gdzieś dalej, aby radzić, czy da się co zrobić. W razie czego to córeczki pani do domu zabrać ze sobą nie może, bo tam będą jej szukali. Będzie pani musiała gdzieś dalej z nią wyjechać.

—  No, i po robocie, motor gra — odezwał się za chwilę młody mechanik. — Panią trzeba gdzieś ulokować, bo jeszcze mamy robotę. Czy ma pani kogo znajomego w Kaliszu? — spytał siedzącą w szoferce kobietę.

     Nikogo... — wyszeptała bezradnie.

—  No, to co zrobimy?

—  Zawieziemy panią do nas na Wiejską do moich rodziców. Tam się zobaczy, co i jak — zaproponował Bogast.

—  Będę panu bardzo wdzięczna — odezwała się kobieta.

—  Nie ma za co. Polak musi pomóc Polakowi — odparł młody Bogast.

Młodzieńcy zawieźli poznaniankę na koniec Wiejskiej, gdzie w obszernym ogrodzie stała rudera Bogastów. Domek ten był stary i lada jaki, dlatego nie zabrano go dla folksdojczów. Posesja mieściła się nieco z boku od ulicy. Gdy stary opel zaterkotał przed bramą Bogastów, wyszła przed dom stara kobieta patrząc pilnie i z niepokojem, kto przyjechał.

—  A to ty, Marysiu, o tej porze nigdy nie wracałeś. Myślałam, że to ktoś obcy... Stało się co? — spytała.

—  Babciu, mamy gościa. Trzeba dać tej pani coś jeść i niech sobie u nas odpocznie — chłopak wskazał na siedzącą w szoferce niewiastę.

—  Może pani zejdzie — zwrócił się do niej. — To moja babcia. Rodzice oboje w pracy, ale na pewno zgodzą się panią przyjąć.

—  Czy ja będę mogła... — zaczęła Sobczakowa.

—  Będzie pani mogła — przerwał jej młody Bogast. — Ja już muszę wracać do roboty. Wieczorem pogadamy.

—  To pani z drogi? — spytała nieoczekiwanego gościa babcia Bogastowa. — Z daleka?

—  Aż z Poznania, pani szanowna. Za córką tu przyjechałam, za Wandzią moją.

—  Za córką? Toć pani całkiem młoda. Pewnie do siostry? — zdziwiła się stara kobieta.

—  Nie, proszę pani, dziecko mi Niemcy porwali.

—  Coś tam o tym Maryś gadał, że oni porywają dzieci. Wierzyć nie chciałam.

—  Najpierw wzięli mi z roboty męża za jakiś tam, powiadali, sabotaż czy coś, bo u niego w robocie jakaś maszyna się zepsuła. Nic mi o tym w domu nigdy nie wspominał, żeby gdzie należał. Przepadł bez wieści. Potem kazali mi przyjść na badanie z córeczką. I już jej więcej nie widziałam... — załkała biedna matka.

—  Niech się pani uspokoi, może coś się zmieni na lepsze — pocieszała gościa staruszka. — Zaraz pani kawę zagrzeję. Trzeba się rozgrzać i posilić. Te złe duchy bardzo się panoszą. Końca nie widać — narzekała.

Późnym popołudniem zaczęła wracać do domu rodzina Bogastów. Ojciec pracował w stolarni folksdojcza i tylko ukradkiem wieczorami coś tam jeszcze dłubał w swoim warsztacie. Matka zajmowała się domem Niemców przesiedlonych z Rygi. Ona to wracała do domu najpóźniej. Obiady gotowała babka Bogastowa. Ojciec i syn pod jej nieobecność odbyli długą naradę w dawnym warsztacie.

—  Niedobrze, że babka o wszystkim się dowiedziała — mówił stolarz. — Wszystko wygada mamie i będzie nam ciosała kołki na głowie. Kobiety nie powinny za wiele wiedzieć.

—  Tak się to nagle stało. Co miałem robić z tą Sobczakową? Przecie by zginęła.

—  W porządku. Inaczej nie mogłeś zrobić — zgodził się ojciec — ale mama zaraz zacznie trzeszczeć, że może się to nie uda, a wtedy rany boskie... Dobrze, że jeszcze jej w domu nie ma. Babcia gotuje teraz obiad w kuchni. Poproś tu tę panią, że niby warsztat chcemy jej pokazać. Nie, nie ma do pokazania, stare heble i deski, bo nawet tokarkę Szwaby zabrały, ale niech będzie taka wymówka, gdy lepszej nie ma.

Za chwilę młody Bogast powrócił z gościem do stolarni. Niewiasta wyglądała na bardzo wylęknioną, stolarz więc zagadał do niej dobrotliwie:

—  Niech się pani nic nie boi. My jesteśmy prości ludzie, ale dobrzy Polacy, a nad pani sprawą naradzałem się z synem. Jak się pani nazywa, bom zapomniał.

—  Maria Sobczak. Mąż mój był majstrem u Cegielskiego, ale go... — zapłakała.

—  Uradziliśmy, że mój syn Maryś z tym drugim, co jeżdżą po śmieci do Nazaretanek, popróbują jakoś wydobyć pani dzieciaka. Cała trudność polega na tym, że dzieci mają zmienione nazwiska i imiona. Ile lat ma ta pani dziewczynka?

—  Sześć.

—  Nie za dużo. Swoje imię to jeszcze pamięta, ale nazwisko?

—  Wie, że nazywa się Wandzia Sobczak.

—  Chwała Bogu, bo Wanda tam może być niejedna. Czy może pani ma jej fotografię?

—  To mi tylko zostało — załkała znowu nieszczęsna matka. — Chodzę i śpię z fotografią mej córuchny.

—  W tym domu dziecka są jeszcze przy dzieciach dawne siostry polskie. Jedną z nich zna mój Maryś. Może siostra ta będzie mogła wyprowadzić dziewczynkę w pobliże śmietnika, a wtedy buch ją w kosz do śmieci i jazda za bramę. Czy może mi pani pokazać fotografię córeczki?

Sobczakowa wyjęła z torebki pocztówkowe zdjęcie ładnej dziewczynki z dużymi jasnymi oczami, całą w lokach i kokardach.

—  Dobrze, że to nie amatorska robota — ucieszył się Bogast. — Zobacz, Maryś. Widziałeś takiego dzieciaka między tymi biedakami?

—  Raz tylko widziałem te dzieci, tato, i to z daleka, ale siostra Zofia co dzień podaje im śniadanie. Rozpozna na pewno tę Wandzię, gdy zobaczy zdjęcie.

—  Jeszcze jedna sprawa, pani Sobczakowa: ani mru-mru moim babom o tym, co chcemy zrobić. Piekła by narobiły, że strach. Przyjechała tu pani tylko wywiedzieć się o córeczkę i koniec.

—  Jak trzeba, to trzeba. Pan majster wie lepiej ode mnie — odparła matka Wandzi. — Tylko czym ja się panom odwdzięczę za takie ryzyko? Mam pięćdziesiąt marek — niewiasta sięgnęła do torebki. — Więcej nie mogę, ale choć to...

—  Judaszom się płaci za cudze życie, ale nie nam — obruszył się stolarz. — Niech pani schowa sobie ten wdowi grosz, przyda się na czarną godzinę, choć nie wiem, czy będzie kiedy czarniejsza niż teraz. Czy ma pani gdzie wyjechać, jeśli Wandzię uda się wyrwać z rąk Szwabów? W domu to już na panią, jak amen w pacierzu, będą czekali żandarmi.

—  Mam siostrę pod Wolsztynem. Na gospodarstwie siedzi.

—  Pod Wolsztynem? To nie za dobrze — pokręcił głową stary Bogast. — I tam mogą trafić, a i siostra niedługo pewnie na gospodarce posiedzi. Niemcy bardzo się odgrażają, że ze „swej" ziemi Polaków wypędzą.

—  Tato, ja powiem gdzie trzeba o kłopocie pani Sobczakowej. I tak muszę powiedzieć, żeby dostać zgodę na to ryzykowne przedsięwzięcie. Pewnie tam oni pomyślą, gdzie panią ukryć — odezwał się Maryś.

—  No, to próbuj — zgodził się ojciec.

—  Gdzie ja się przez ten czas podzieję? — kłopotała się majstrowa z Poznania.

—  Zostanie pani u nas, jak długo będzie potrzeba — zdecydował gospodarz. — Baby moje jakoś zabajtlujemy. Trzeba będzie wymyślić jakiś powód, żeby uzasadnić, dlaczego pani u nas musi zostać.

—  Józek, Józek, obiad na stole! — doszedł do szopy głos babki.

—  Moja mama woła — rzekł starszy Bogast — prosimy na gorącą strawę, tylko proszę pamiętać o tajemnicy.

    Siostra Zofia zorientowała się od razu, spojrzawszy na fotografię, o którą dziewczynkę chodzi.

—  Teraz nazywa się Helena Wüst — powiedziała Marysiowi. — No, cóż, po to tu jesteśmy, by ratować, kogo się da. Należałoby ustalić właściwe nazwiska tych dzieci, które tu są, by później można było je odszukać, łącząc nowe ich nazwiska z właściwymi. Pan przyjedzie znowu pojutrze. Spróbuję na boku szepnąć Wandzi, że mama na nią czeka, aby w tym czasie, gdy pan tu będzie, odłączyła się od gromady i pobiegła pod śmietnik. Dzieci dziwnie szybko dojrzewają w czasie wielkich nieszczęść. Wyzwala się w ich instynkt samozachowawczy. Może nam się uda. Na szczęście przyjeżdżacie rano, kiedy dzieci dopiero wstają. Wtedy łatwiej wymknąć się niepostrzeżenie z urny walni.

Już nazajutrz Maryś Bogast szepnął na osobności matce Wandzi, że rano ma czekać na jego przyjazd przy rogu Nowego Światu i Czaszkowskiej.

—  Jeśli się uda, zawiozę panią z córeczką na Rypinek. Tam będzie czekał młody Frude z Żydowa i zabierze was do siebie. Pani będzie tam pokojówką. Frudowie zgodzili się.

—  Co to za państwo?

—  Dobrzy ludzie. O wszystkim dowie się pani w porę. Tylko trzeba jak najmniej mówić i nie pytać o nic. Takie mamy przykazanie, że „gdy wszystko jest przeciwko tobie, niech choć własny język cię nie gubi".

—  Rozumiem.

O świcie, jeszcze przed rozpoczęciem pracy, stary Bogast odprowadził Sobczakową niby na dworzec, a właściwie na umówione miejsce. Przed wyjściem z domu pożegnał się z synem wymownym spojrzeniem. Maryś skinął porozumiewawczo głową i pierwszy wyszedł z domu. Był zdecydowany na wszystko i wewnętrznie zupełnie spokojny.

W zajezdni miejskiej czekał już na niego Kulczyński. Włożyli do wozu większy kosz do bielizny oraz worek.

—  „Dmuchnąć" Szwabom dzieciaka to może się udać — mruknął Kulczyński — ale musimy to tak zrobić, żeby nas o to nie podejrzewali.

—  Jakoś się wykręcimy —   odparł Maryś — ryzyk fizyk.

—  Ano zobaczymy — westchnął mechanik.

Przy bramie stała znowu obok siostry Zofii kierowniczka Domu Dziecka, Johanna Sander, świdrując obu Polaków swymi czujnymi oczami. Na ich grzeczne „Guten Tag" warknęła coś pod nosem, co mogło przypominać polskie „mam was gdzieś".

—  Żebyś nogę złamała, cholero — mruknął Kulczyński.

—  Śmieci chyba nie pójdzie z nami wąchać ta zaraza — szepnął mu do ucha Bogast.

Wyglądało jednak, że Johanna Sander ma na to ochotę, bo zaczęła iść za wozem w kierunku śmietnika. Siostra Zofia bardzo pobladła, gdy wtem zjawiła się jakaś druga Niemka i wyprężywszy się przed swą zwierzchniczką raportowała:

—  Frau Hausleiterin[6] ... — a potem coś mówiła do niej przyciszonym głosem.

Stojąca obok siostra Zofia stała się jeszcze bledsza.

—  Coś mi to nie za dobrze wygląda — mówił Kulczyński do ucha koledze. Na szczęście Frau Johanna oddaliła się spiesznie ze swą podkomendną. Śmieciarka miejska potoczyła się z turkotem w kąt za gospodarczym budynkiem. Nadeszła też zaraz nazaretanka.

—  W domu panuje epidemia odry. Znowu troje dzieci dziś rano zachorowało, O, idzie już Wandzia — ucieszyła się. — Słuchaj, dziecko — zwróciła się do nadbiegającej dziewczynki — ci panowie zawiozą cię do mamusi. Słuchaj ich.

—  Dobrze, proszę pani — szepnęło dziecko.

Siostra Zofia spiesznie oddaliła się. Obaj młodzieńcy szybko ładowali resztę śmieci. Kulczyński podniósł w górę małą i szepnąwszy: — Właź do tego kosza, to cię zawieziemy do mamy, tylko nic się nie odzywaj — wpakował Wandzię do jego wnętrza i przykrył workiem. Siostra Zofia czuwała w oddali, by nikt nie dostrzegł tej niebezpiecznej operacji, a widząc, że wszystko się udało, spiesznie ruszyła ku bramie. Tuż przy niej zastygła znowu z przerażenia. Frau Sander zabrała z sobą klucz.

—  Ta straszna baba nie zostawiła mi klucza od bramy! — zawołała.

—  Nic nie szkodzi, proszę siostry — odezwał się spokojnie Kulczyński. — Dzieciak siedzi w koszu, nikt go tam nie będzie szukał. To nawet lepiej, że ta stara jędza sama nas wypuści, ale trzeba się z tym zwijać, póki Niemry nie połapią się, że jednego dzieciaka im brakuje.

Nazaretanka poszła szybko w głąb zabudowań klasztornych. Po chwili jedna z wychowawczyń niemieckich otworzyła bramę, by wypuścić śmieciarkę. Za bramą obaj młodzieńcy odetchnęli, jakby im kamień spadł z serca. Maryś dał gazu prosto w stronę Nowego Światu. Za chwilę dojechali do Czaszkowskiej. Z bramy narożnego domu wysunęła się znana im postać.

—  Panowie, moje dziecko... — usłyszeli drżący głos.

—  Wszystko dobrze, niech pani wsiada — zawołał Maryś otwierając drzwi szoferki — tylko prędko.

—  Gdzie jest moja Wandzia? — pytała Sobczakowa wsiadając do wozu.

—  Ciszej, bo Wandzia za wcześnie usłyszy i narobi krzyku — zwrócił kobiecie uwagę Kulczyński. — Jeszcze trochę cierpliwości, zaraz dojedziemy do Rypinka.

Po kilku minutach wóz wjechał na boczną drogę miejską i stanął za jakąś szopą niewidoczną od strony szosy. Maryś dał susa przez przegrodę wewnętrzną ciężarówki i podniósł płachtę zakrywającą duży pleciony kosz. Wychyliła się z niego jasna główka dziewczynki. Sobczakowa wydała radosny okrzyk przez łzy.

—  Wandzia!

—  Mamusia!... — zawołało dziecko i rzuciło się w objęcia matki. Obie płakały z radości. Młodzieńcy z trudem tłumili łzy.

—  Tu w tej szopie — odezwał się Maryś — poczeka pani na mężczyznę, co przyjedzie konnym wozem. Pojedzie z nim pani do Żydowa. Tam przeżyjecie spokojnie, póki Niemców diabli nie wezmą. No, my już musimy wracać do swojej pracy, żeby nie podpaść tym draniom.

—  Nie wiem, jak mam wam dziękować — rzekła przez łzy poznanianka. — Czym sobie zasłużyłam na tyle dobrego?

—  Jesteśmy szczęśliwi, że udało nam się uratować pani córeczkę — odpowiedział Kulczyński.

—  Czy na pewno ktoś po nas przyjedzie? — zaniepokoiła się kobieta, widząc, że jej dobrodzieje zabierają się do odjazdu.

—  O to niech pani będzie spokojna — odparł Maryś. — Wszystko już jest ustalone.

 

Co pewien czas  do Kinderheimu w Kaliszu przywożono nowe transporty dzieci. Niektóre były oniemiałe ze strachu, inne zapłakane. Wyglądały jak dzikie zwierzątka schwytane w potrzask i nie rozumiały mowy swych prześladowców. Frau Sander i jej pomocnice miały pełne ręce roboty. Trzeba było jakoś oswoić tę małą „dzicz", nauczyć ją „ludzkiego" języka, wdrożyć do posłuszeństwa, tej największej cnoty narodu niemieckiego, jak głosiła ruda Johanna, wdowa po esesmanie poległym pod Modlinem.

Praca pedagogiczna z dziećmi zaczynała się zwykle od śpiewu. Trzeba było im dziesiątki razy powtarzać tekst piosenki, potem samemu ją wielokrotnie zaśpiewać, nim zawtórowały głosowi nauczycielki cienkie głosiki zalęknionej dziatwy.

Do programu należały również zbiorowe okrzyki na cześć Führera, Wielkiej Rzeszy i zwycięstwa. W czasie takiej lekcji dzieci stały jak żołnierze na musztrze. Frau Johanna, choć miała wiele innych zajęć, często była obecna w czasie nauki i osobiście wymierzała tęgie policzki tym dzieciom, które niezbyt, jak sądziła, gorliwie przyswajały sobie niemiecką mowę. „Zakałą" Domu Dziecka był przywieziony niedawno z Poznania dziesięcioletni Zygmuś Światłowski, „przechrzczony" na Hansa Hurlemanna. Chłopiec nie odczuwał cienia wdzięczności dla dobrodziejstw i wspaniałomyślności wodza narodu niemieckiego, gdy wywoływano go nowym nazwiskiem, nie reagował, odpowiadał po polsku na zadawane mu pytania, słowem, była to czarna owca w hitlerowskiej  owczarni.   Bicie i  głodzeni chłopca, stawianie go w kącie z tablicą na piersiach, która głosiła, że jest osłem, nic nie pomagały. Noce zwykle spędzał w karcerze na gołych deskach, rano zamiast gorącego śniadania dostawał kromkę chleba i kubek zimnej wody, potem pędzono go z innymi na lekcje. Frau Sander zastanawiała się, co zrobić z tym krnąbrnym chłopakiem, bo jego postawa źle wpływała na inne dzieci. Najprościej byłoby oddać „Hansa Hurlemanna" w ręce policji lub gestapo, ale ruda Johanna nie chciała publicznie przyznać się do porażki. Na razie małego Światłowskiego odosobniono i skierowano do ciężkiej pracy w kuchni.

— Czy oddać tego nieposłusznego Polaka w ręce policji? — zastanawiała się kierowniczka Domu Dziecka, zwlekała jednak z wykonaniem tej decyzji. Zgodnie ze wskazówkami przywódców Rzeszy nienawidziła szczerze Polaków, ale miała prócz tego własne, osobiste z nimi porachunki. To przecież te małpoludy, jak nazywała w myślach zabiły jej męża, człowieka, którego bardzo kochała, choć nie dał jej upragnionego dziecka. Gdy po raz pierwszy ujrzała małego Zygmunta Swiatłowskiego, oniemiała ze zdumienia, tak uderzające było podobieństwo chłopca do jej męża. Spoglądały na nią, co prawda z lękiem, takie same oczy jak na portrecie jej męża, gdy miał dziesięć lat, na portrecie, który tak oboje lubili. Dlatego mały Polak dostał imię Hansa i jej własne panieńskie nazwisko: Hürlemann.

—  Adoptuję to dziecko — zdecydowała natychmiast. — Polacy oddają mi Hansa — stwierdziła z radością. Radość ta była jednak przedwczesna. Chłopiec okazał się żywym zaprzeczeniem wszystkiego, co sobie wymarzyła samotna, starzejąca się Johanna.

—  Nie będę Niemcem, nie chcę, nie mogę — powtarzał Hans z uporem. — Jestem zuchem, polskim harcerzem — mówił malec. — Nie mogę zdradzić Polski ani mojej drużyny, ani mego szczepu.

Z każdym dniem w sercu Frau Sander wzbierała nienawiść ku temu zatwardziałemu małemu Polakowi, co nie chciał być jej Hansem, wolał zostać nadal członkiem podłego narodu podludzi, jak zwano wtedy pogardliwie Polaków.

Pewnego razu ruda Johanna zjawiła się niespodziewanie w kuchni. Pracujące tam siostry nazaretanki podniosły się wszystkie, jak nakazywał regulamin, i stanęły na baczność. Johanna poszukała oczami Zygmusia. Chłopiec stał przy zlewie i mył ziemniaki.

—  Hans — zawołała ostrym głosem Frau Sander — komm mit mir![7] Pociągnęła za rękę Zygmusia słabo jeszcze rozumiejącego niemiecki język. Chłopiec poszedł za nią niechętnie. W dawnym refektarzu reformatów, po których klasztor odziedziczyły nazaretanki, zgromadzone były wraz z wychowawczyniami wszystkie dzieci. Miała się odbyć publiczna kara chłosty siedmioletniej dziewczynki za to, że po raz trzeci przyłapano ją, gdy mówiła po polsku. Dwie „wychowawczynie" położyły zapłakane dziecko na ławce i przywiązały je sznurami do deski. Jedna z nich podała Frau Sander skórzaną szpicrutę. Wskazując leżącą na ławce dziewczynkę, Frau Sander odezwała się do Zygmusia:

—  Będziesz ją bił. Uderz dwadzieścia razy, mocno, o tak.

To powiedziawszy ruda Johanna uderzyła dziewczynkę z całej siły. Dziecko krzyknęło przeraźliwie.

—  Bij! — rozkazała Johanna, wręczając Zygmusiowi pejcz. Chłopiec stał przed nią blady, z zaciśniętymi ustami. Sto dzieci obecnych przy tej egzekucji zamarło z przerażenia. Kilka dziewczynek zaszlochało głośno. Chłopiec ścisnął pejcz mocno, cofnął się o krok od Frau Sander i z całej siły uderzył ją nim w twarz, aż wyskoczyła sina pręga. Niemka zawyła przeraźliwie, chwytając się za twarz.

—  Frau Heimleiterin, zaraz zadzwonię po policję, to mały bandyta! — krzyknęła jedna z wychowawczyń.

—  A polska żmija! — syknęła ruda Johanna. — Nie trzeba policji, sama się z nim rozprawię.

Niemki rzuciły się na chłopca, odbierając mu pejcz i wykręcając ręce. Chłopiec nie bronił się. Stał ze spuszczoną głową, patrząc z nienawiścią na swe prześladowczynie. Mocna ręka Frau Sander ujęła go za ramię. Drapieżne jej palce wpiły się w wątłe ciało chłopca. Kierowniczka powlokła go w głąb domu w dół po schodach do karceru. Frau Sander minęła jednak jego drzwi i zeszła niżej, gdzie mieściły się przewody elektryczne. Niemka otworzyła kluczem małe żelazne drzwi. Chłopiec czuł na szyi nienawistny oddech swej oprawczyni. Po chwili syknęła przez zaciśnięte zęby:

—  Nie chciałeś być Hansem, nie będziesz nikim!...

Z tymi słowami ruda Johanna pchnęła Zygmusia z całej siły na przewody elektryczne. Z ust chłopca dobył się głuchy jęk, całe jego ciało zesztywniało i sczerniało w jednej  chwili.[8]   Frau Sander powróciła z kamienną twarzą do swego biura i nakręciła odpowiedni numer telefonu.

—  Tu kierowniczka Kinderheimu — mówiła. —  Mamy śmiertelny wypadek w zakładzie. Przez niedopatrzenie niższego personelu wpadł na przewody wysokiego napięcia chłopiec, Hans Hurlemann, tak, tak, kiedyś oczywiście był Polakiem. To sprawa małego znaczenia. Niższy personel to też Polki, ciągle wam mówię, abyście przysłali na ich miejsce nasze kobiety. Trudno? Więc czekam.

Frau Johanna Sander położyła słuchawkę.

—  To za ciebie, Hans — szepnęła — germańskie kobiety potrafią się mścić. Postąpiłam tak, jak tego żąda od nas Führer.


[1] Das  Kinderheim   (niem.) — dom dziecka.

[2] Das  Mädchen    (niem.) — dziewczyna   (tu: służąca).

[3] Der  Hilfsdienst   (niem.) — służba pomocnicza,

[4] Stimmt  (niem.) — zgadza się.

[5] Die  Schwester   Marie  (niem.) — siostra Maria.

[6] Frau  Hausleiterin    (niem.) — pani kierowniczko domu.

[7] Komm   mit    mir!    (niem.) — Janku... chodź ze mną!

[8] Grób Zygmunta Światłowskiego znajduje się na miejskim cmentarzu w Kaliszu.

ROZDZIAŁ PIĄTY

SAMODZIELNE PAŃSTWO WINIARY

Przed wojną nieźle powodziło się Józefowi Zimnemu z Dobrca. Wprawdzie piętnastohektarowe gospodarstwo, choć prowadzone wzorowo i na dobrych gruntach, samo nie mogłoby wyżywić piętnastoosobowej rodziny Zimnego, miał on bowiem trzynaścioro dzieci, ale światły i zaradny chłop potrafił sobie i innym poprawić byt. Józef Zimny zorganizował spółdzielnię skupu bydła i został jej prezesem. Wszystko to było za mało dla tej czynnej i pracowitej chłopskiej natury. Był działaczem ludowym, członkiem sejmiku powiatowego i rady nadzorczej Banku Ludowego. Wszelka robota paliła mu się w rękach. Jeździł na kongresy stronnictwa chłopskiego do Łodzi, potem do Poznania, przemawiał na wiecach, radził i pomagał sąsiadom i często w tajemnicy przed żoną wspierał biednych. Słowem, był to mądry i światły człowiek. Przyszła jednak wrześniowa katastrofa. Pięciu synów Józefa Zimnego nie powróciło do domu. Trzej starsi byli w wojsku, dwaj młodsi na wezwanie, by mężczyźni ruszyli w głąb kraju przed następującymi wojskami wroga, wsiedli na rowery, ruszyli w kierunku Łodzi i wszelki słuch o nich zaginął.

Okupantowi wydawała się niebezpieczna działalność Zimnego: był przywódcą chłopskim, działaczem ludowym, miał piękne gospodarstwo i liczną rodzinę. Takich ludzi należało niszczyć przede wszystkim. Gospodarstwo Zimnego stało się przedmiotem pożądań niemieckich kolonistów, siedzących na gorszych gruntach powiatu kaliskiego. Jeden za drugim zjawiali się w jego obejściu, bezczelnie zaglądali w każdy kąt, obmacywali boki koni i krów, szwargotał ze sobą, czego Józef Zimny nie rozumiał, ale wiedział, o co im chodzi.

—  To wszystko już nie nasze — mówił do żony po odejściu tych nieproszonych „gości".

—  To niemożliwe — wołała przerażona niewiasta — co się stanie z naszymi dziećmi?

—  Najważniejsze, abyśmy przeżyli, choć to też niepewne — sapał ciężko gospodarz.

Zimą 1941 roku, bo porę zimową wybierali zawsze Niemcy na wyniszczające Polaków akcje, rozpoczęło się wysiedlanie. Jednego dnia przyjechali żandarmi i cywilni Niemcy ze swymi rodzinami. Zimnym odczytano nakaz. Nowy właściciel gospodarstwa powiedział do nich złą polszczyzną:

—  Wy pójdzieta na moje gospodarstwo na wieś Winiory. Wolno wam zabrać jeden koń, jeden wóz, dwa krowa, trzy świnia. Ja sam je wybiorę, bo to wszystko już moje. Führer mi to dał. Nic więcej nie ruszać. Ja tam trochę wam zostawił, żebyśta nie zdechli na początek. To jest moje dobre serce, bo was trzeba tłuc jak wszy. Sam Herr Landrat tak powiedział.

Zimna wybuchnęła płaczem. Zawtórowały jej dzieci.

—  Nie płaczcie — szepnął Zimny przez zaciśnięte zęby. — Jest jeszcze Bóg na niebie i wojna na ziemi. Wrócimy tu — dodał jeszcze ciszej, by nie słyszeli go przybysze.

Zimni mieli tylko godzinę na spakowanie się i zaprzężenie najsłabszego konia do najgorszego wozu, jaki był w gospodarstwie. Włożyli na niego trzy najchudsze świnie i przywiązali do tylnych kłonic wozu dwie najstarsze krowy. Resztę dobytku musieli zostawić. Kolonista niemiecki wraz z dwoma synami i żoną bacznie doglądali pakujących swoje tobołki Zimnych. Raz po raz wyrywali z ich rąk jakieś wartościowe rzeczy. Z pleców Zimnej ściągnęli futro, dzieciom zabrali kożuszki, choć dzień był bardzo mroźny. Dwa psy Zimnych przywiązane w budach wyły jak na pożar. Zawtórowały im Wkrótce inne psy wiejskie. Sąsiedzi wysiedlanych trzęśli się ze strachu, by i na nich nie przyszła kolej. Psi lament czynił się coraz głośniejszy, co bardzo gniewało nowych gospodarzy.

—  Zabierz te ścierwa, bo je zabiję — syknął kolonista do Zimnego. Ten pobiegł spiesznie do zwierząt i przywiązał je do wozu.

—  Godzina minęła, wynosić się! — warknął do chłopa kolonista.

Zimny pomógł wejść na wóz zapłakanej żonie, tulącej do siebie najmłodszą trzyletnią córeczkę. Za nią wdrapało się jeszcze dwoje nieco starszych dzieci. Ojciec z resztą dzieci szedł obok wozu. Przy nim na rowerze jechali syn kolonisty i żandarm, aby wskazać przesiedlonym nowe gospodarstwo. Tak ruszył w kierunku Kalisza, bo Winiary znajdowały się po drugiej stronie miasta, ów żałobny pochód, wobec którego prześladowania Drzymały[1] można by nazwać prawie idyllą. Hitler nie popełniał błędów poprzednich pokoleń niemieckich władców, których słabość pozwoliła na rozpanoszenie się polskiego żywiołu na „praniemieckiej" ziemi wielkopolskiej...

Rodzinie Zimnych przydzielono na skraju wsi Winiary liche zabudowania kolonisty Roberta Kramera oraz dziesięć hektarów mało żyznej ziemi za lasem w kierunku łąk i rzeczki Swędrni. Po przybyciu na nowe gospodarstwo Zimna osunęła się na ławę w dwuizbowym domu załamana. Dorastająca jej córka, szesnastoletnia czarnooka i czarnowłosa Marysia, która już przed wojną zaczęła uczęszczać do Gimnazjum Anny Jagiellonki w Kaliszu, z miejsca zaczęła wyręczać matkę i zajęła się całym gospodarstwem.

—  Niech mamusia nie rozpacza — pocieszała — tak źle tu nie jest. Las blisko, będzie drzewo, to choć chrustu się nazbiera, i woda blisko, jakąś rybę się złowi. Niech mamusia spojrzy: jest nawet mały sadek za domem.

—  Kilka drzew, a u nas było sto — smętnie pokiwała głową Zimna.

—  Ale mogło nic nie być. Nikt się pewnie już nie połaszczy na to gospodarstwo, przesiedzimy tu do końca wojny, a potem Szwaba za łeb.

—  Ja mu tak dam, że popamięta — odezwał się siedmioletni Józio, imiennik ojca.

—  Oj, synku, chciałabym, żebyś jeszcze nie dorósł, gdy tam wrócimy — odezwała się matka. — I ula ani jednego tu nie ma. Już nie tak mi miodu żal, ale brzęczenia pszczół, to była muzyka, niczym w kościele, a teraz co?... — biadała matka.

—  Tata taki zaradny, jak się pszczoły będą roiły, pewnie jaki rój złapie — pocieszała ją Marysia. — Udało mi się sprzed nosa Szwabom sprzątnąć cały garnek miodu.

—  A ja jednak tę szynkę wyniosłem ze spiżarni, co mi ją szkop odebrał — chwalił się Józio.

—  Mnie udało się odebrać złoty zegarek taty — odezwał się ośmioletni Staś.

—  Niemożliwe, przecież Niemiec schował go sobie do kieszeni —  zdziwiła się Marysia. —  Zmyślasz, Stasiu.

—  A właśnie, że mam — zawołał chłopiec wyciągając z kieszeni marynarki złotego Schaffhausena,[2] cenny dar członków spółdzielni dla jego ojca na dziesięciolecie istnienia przedsiębiorstwa.

—  Jak ty to zrobiłeś? — zdziwiła się najstarsza siostra. — Przecież on...

—  Zaraz ci powiem — przerwał jej Staś. — Jak ten zbój zaczął się szarpać z tatą o ul, co go tata już niósł na wóz, ja patrzę, a tu mu dewizka zegarka taty wysuwa się z kieszeni, no to ja cap za nią. Niemiec nic nie zauważył, no to ja schowałem zegarek za pazuchę i jest! — zawołał z tryumfem malec.

—  „Jak się człowiek przyłoży, to i w piekle nie najgorzej" — powiedział w tej chwili ojciec, wchodząc do izby. — Nie trap się, żono. Jest tu kopiec ziemniaków, choć tam zostały cztery, ale zawsze mamy coś, beczka kapusty w schowanku i jakieś trzy kury gdaczą na podwórku. Widać nie zdążyli ich złapać. W Swędrni są raki, mamy również dwa hektary nie najgorszej łąki, jakoś to będzie, głowa do góry — pocieszał Zimny swą strapioną żonę.

— Ja się rozejrzę za pracą — odezwała się czarnooka Marysia. — Już tu mówiły mi sąsiadki, że przyjechał z Reichu jakiś zamożny Niemiec, co objął browar w Winiarach. Podobno szuka dziewcząt do pracy w ogrodzie już od marca. Powiadały sąsiadki, że przyjechał z żoną. Piękna to, powiadały, bardzo i wielka pani. Wszędzie się oboje pod rękę prowadzają.

Dziesięć dziewcząt przygotowywało grunt pod wielki ogród Reichsdeutscha[3] Nawrockiego na Winiarach. Marcowe słońce roku 1941 było szczególnie dla nich łaskawe. Po ciężkiej zimie przyszła wczesna wiosna z ciepłym, południowym wiatrem, więc praca na wolnym powietrzu nie była przykra, choć ciężka, bo trzeba było dawno nie uprawianą tłustą, ciężką ziemię, zarosłą wszelakim zielskiem zamienić na pulchną uprawną ogrodową glebę. Dziewczęta z Winiar i okolicy zgłosiły się do tej pracy z duszą na ramieniu, gnane podwójnym przymusem: biedą w domu i groźbą wywiezienia do pracy przymusowej w głąb Rzeszy. Diabeł jednak okazał się tym razem nie taki straszny, jak go malowano. Po pierwsze, zwierzchnikiem robotnic ogrodowych okazał się Polak, Mikołajczyk, syn dawnego ogrodnika z Piwonic, po drugie, miały pracować tylko po osiem godzin na dzień, a w sobotę pięć, otrzymując tego dnia większe wynagrodzenie, niż wynosiła norma dla Polaków, i dodatkowo obiad w czasie pracy w stołówce fabrycznej Nawrockiego, który z dużym rozmachem prowadził wytwórnię koncentratów spożywczych „Lebensmittel[4] — Winiary".

Jednego nad podziw pięknego marcowego dnia dziewczęta zostały w ogrodzie Nawrockiego same.. Najroztropniejszej z nich, Marysi Zimnej, która pracowała tam z młodszą siostrą Zofią, Mikołajczyk zlecił nadzór nad całą gromadką w czasie swej nieobecności. Wyjechał wraz z szefem, Alfredem Nawrockim, do Kalisza po odbiór materiału na szklarnie. Dziewczęta miały tego dnia oczyścić z zarośli pewną część ogrodu i przekopać go. Ładna pogoda, dobre traktowanie i niezłe odżywianie zrobiły swoje. Jakaś niespodziewana radość, właściwa młodemu wiekowi, wstąpiła w serca tej spłoszonej niedawno gromadki. Poczęły sobie nucić znane z domu i szkoły piosenki, wreszcie buchnął z ich piersi głośny śpiew. Zaczęły najpierw smętnie od „Góralu czy ci nie żal", potem „Rozkwitały pęki białych róż", następnie „Wszystko, co nasze, Polsce oddamy", wreszcie przyszła kolej na „Przybyli ułani pod okienko". Tu część solową podjęła Marysia, a dziewczęta imitowały głosy ułanów. Właśnie dawna uczennica Gimnazjum Jagiellonki ciągnęła melodyjnym altem: „O Jezu, a dokąd Bóg prowadzi?", gdy poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Odczuła to jak rażenie piorunem, wszystkie dziewczęta zamilkły i pobladły ze strachu. Za polski śpiew groziła przecież chłosta, ogolenie głowy i zesłanie do obozu koncentracyjnego. Przerażona Marysia, pewna swej zguby, odwróciła głowę. Stała tuż przy niej piękna Frau Nawrocka, jasna blondyna o kształtach Junony i uśmiechała się przyjaźnie.

—  Pięknie śpiewasz — rzekła do Marysi. — Szkoda, że Herr Nawrocki tego nie słyszy. Mój mąż bardzo lubi polskie piosenki. Nie słyszałam ich dotąd, a teraz rozumiem, że można je lubić. Jak ci na imię, dziewczynko?

—  Jestem Maria Zimna — odparła Marysia.

—  O, widzę, że mnie rozumiesz. Znasz więc niemiecki, Skąd?

—  Uczyłam się trochę w gimnazjum.

—  W gimnazjum byłaś, proszę. I prezentujesz się dobrze. Czy chciałabyś zostać moją pokojówką, Fraülein[5] Maria? Warunki będziesz miała bardzo dobre. My nie odnosimy się źle do Polaków. No więc?

—  Dobrze, proszę pani, jeśli się nadam do tej pracy.

—  Chyba tak, nie wymagam wiele. Sama cię nauczę, co masz robić.

—  Ale czy na moje miejsce tutaj w ogrodzie mogłaby przyjść moja druga siostra? — spytała dziewczynka, bo trzynastoletnią Helenka miała już niebawem pójść do przymusowej pracy.

—  Dobrze, że troszczysz się o swoje rodzeństwo — odparła piękna pani. — Dam polecenie ogrodnikowi, by na twoje miejsce przyjął młodszą siostrę — zgodziła się łaskawie.

W parę dni po tej rozmowie zaczęło się dla Marysi życie jak w bajce. Dostała ładny pokoik na górze w pałacyku Nawrockich. Pracy miała sporo, by utrzymać w porządku jedenaście pokoi tego obszernego i nawet ze smakiem artystycznym zbudowanego domu w stylu secesji. Gdy byli goście, podawała do stołu w czarnej sukience, białym czepeczku i fartuszku, a zdarzało się to bardzo często. Pozornie mogło się wydawać, że małżonkowie Nawroccy spędzają czas jedynie na biesiadach. Marysia szybko nauczyła się rozróżniać gości kaliskich od przybyłych z dalszych stron, Poznania, Łodzi, a nawet Berlina. Ci kaliscy powiatowi dygnitarze niemieccy w ogóle jej nie dostrzegali, nie zaszczycając nawet słowem „dziękuję", gdy podawała im półmiski przy stole. Ale przyznać trzeba, że gospodarze domu nie nadskakiwali im zbytnio. Frau Nawrocka często nawet nie zaszczycała ich swoją obecnością, za to oni dopytywali się szefa, jak tytułowali pana domu, o jej zdrowie i uniżenie prosili, by przekazał Frau Nawrockiej ich pozdrowienia. Zupełnie inaczej było, gdy przyjeżdżali goście z Berlina. Pan Nawrocki witał ich u bramy willi, pani domu u jej drzwi, kierowca szefa, Benon Chytrzyński, przebrany za lokaja, zdejmował im płaszcze w hallu, przyjęcie było bardziej wystawne, a potem często na prośbę gości pani siadała do fortepianu i dawała koncert. Frau Nawrocka była Niemką. Ukończyła konserwatorium i była dobrze zapowiadającą się pianistką. Poszła jednak za głosem serca, a nie talentu. Wolała domowe zacisze przy boku kochanego męża niż oklaski publiczności.

Alfred Nawrocki, przystojny mężczyzna o marzących oczach i dużym uroku osobistym, umiał sobie jednać sympatię obu płci. Miał gest i wdzięk, miał też ludzkie serce. Ta ostatnia właściwość przeszkodziła mu w zrobieniu wielkiej kariery w reżymie hitlerowskim. Z jakichś wyższych względów, które pozostały na zawsze tajemnicą, stał się członkiem partii hitlerowskiej, ale czuł się w niej bardzo nieswojo, tak nieswojo, że w momencie podbicia Polski porzucił Reich, by szukać chleba, którego mu w Niemczech nie brakowało, na nowych ziemiach wcielonych do Wielkiej Rzeszy. Wobec swych partyjnych towarzyszy wytłumaczył się z tego kroku argumentem nie podlegającym dyskusji. Chciał być pionierem niemczyzny na słowiańskim Wschodzie. Partia właśnie nawoływała do takich czynów, ale chętnych nie było zbyt wielu. Za jednym zamachem Alfred Nawrocki zdobył sobie uznanie partii i święty spokój. O to drugie najbardziej mu chodziło, bo nikt z Niemców długie lata nie wiedział, kim jest ów skuzynowany rzekomo przez żonę z Hermanem Göringiem człowiek, który „wspaniałością" swą zaćmiewał nawet Hessa, Himmlera czy Ribbentropa. Alfred Nawrocki, gdy nie było nikogo w jego domu, zwracał się zawsze do swej pokojówki po polsku. Mówił tak poprawnie, że po pewnym czasie Marysia ośmielona jego ludzkim obejściem odważyła się zapytać:

—  Przepraszam pana, ale czy mogłabym o coś zapytać?

—  Ależ pytaj o wszystko, o co chcesz, Marysiu — odparł dobrotliwie pan domu.

—  Jeśli można, to proszę mi powiedzieć, skąd pan tak dobrze zna nasz język? Bo czasem zdarza się Ślązak, co mówi twardo, często wtrąca niemieckie wyrazy, a pan mówi zupełnie jak ktoś z naszych.

—  Bo też i jestem, Marysiu, Polakiem, tak jak i ty, i wy tu wszyscy, ale, proszę cię, nie rozgłaszaj tego. Spostrzegłem, że jesteś rozsądną dziewczynką. Tą wiadomością, że jestem Polakiem i czuję się Polakiem, zaszkodziłabyś nie tylko mnie, ale i sobie samej, twej rodzinie i wielu innym naszym rodakom. Przyrzekasz dochować mi tajemnicy?

—  Nie jestem już dzieckiem, proszę pana, ale teraz i dzieci nauczyły się milczeć, bo wiedzą, co nas może czekać za niebaczne słowo.

—  No, tak. To jest nasza wielka siła — uśmiechnął się pan Nawrocki.

—  Ale skąd pan tak dobrze zna nasz język?

—  Wszystko ci powiem, Marysiu, ale, pamiętaj, to wielka tajemnica. Otóż urodziłem się u schyłku ubiegłego wieku jeszcze w Poznaniu. Gdy stamtąd rodzina moja po pierwszej wojnie światowej przeniosła się do Łodzi, a dwaj moi bracia pod Warszawę, na prośbę ciotki w Berlinie objąłem zarząd jej przedsiębiorstwa, palarni kawy. Wyjechałem do stolicy Rzeszy z siostrą Heleną, która została astronomem. Z pewnych względów, o których ci mówić nie będę; zostałem Reichsdeutschem, ale czułem się zawsze Polakiem i pracowałem dla Polski.

—  A pana siostra?

—  Żyje. Jest teraz profesorem astronomii w Heidelbergu. Nazwała nawet jedną z odkrytych przez siebie gwiazd „Anna" na cześć mej żony.

—  Mówiła mi już o tym Frau Nawrocka. —  Pewnie, rozpowiada o tym wszystkim.

—  Nawet pokojówce... Ale, proszę pana, to nic dziwnego, to wielka rzecz mieć własną gwiazdę.

—  O, widzę, że jesteś inteligentna, moja panienko. Żona moja już to wcześniej dostrzegła. Tak, to ważne, by mieć własną gwiazdę... Podobno one kierują losami ludzi — rzekł w zamyśleniu pan Nawrocki.

Na biurku zadzwonił telefon. Właściciel Winiar podniósł słuchawkę.

—  Halo, nie zgadza się coś w magazynie, Krel? Proszę przyjść do mnie. Zrobimy tak, że będzie się zgadzało.

Marysia, ukończywszy sprzątanie gabinetu szefa, przeszła do następnego pokoju. Za chwilę zapukano do drzwi. Wszedł Krel z teką papierów pod pachą.

—  Polecił mi pan, by naczelny dyrektor nie wiedział, gdzie idzie część naszej produkcji. Do tego się stosuję, ale on może każdej chwili skontrolować mi magazyn, on albo ktoś z zewnątrz, co byłoby jeszcze groźniejsze, więc...

—  Tak, tak — potwierdził Nawrocki. — Jentsch musi mieć papiery w porządku. To przyzwoity człowiek, innego bym tu nie wziął. Taki mi właśnie potrzebny: poczciwy, głuchy i ślepy. Masz tu, Krel, cały zeszyt fikcyjnych faktur, wpisuj do nich wszystkie swoje braki. Jest na nich mój podpis i pieczątka. Wszystko tam musi się zmieścić, wasze deputaty, stołówka, moje potrzeby i te sto paczek miesięcznie, które wysyłacie...

—  Dla jeńców i deportowanych.

—  Tylko sto? To za mało. Oni potrzebują więcej — stwierdził Nawrocki.

Krel badawczo spojrzał w oczy swego szefa.

„Kim ty jesteś? — zastanawiał się. — Jeśli asem wywiadu, to jakiego? Aby poznać człowieka, trzeba z nim zjeść beczkę soli, ale to w czasach normalnych, ale teraz, gdy wokół czai się zdrada, podstęp, zagłada? Kto nie ma instynktu rozeznania drugiego człowieka, ten ginie".

—  Tak, panie Krel — ciągnął dalej Nawrocki — w każdym razie poszukajcie więcej takich, którzy mogą od siebie wysyłać paczki do waszych jeńców.

—  To będzie można zrobić — odparł magazynier. — Chciałem właśnie spytać... — zaryzykował, ale w tej chwili znowu zadzwonił telefon.

—  Ja, ja, bitte, Herr Sturmführer — odpowiedział Nawrocki. — In zehn Minuten, gut,[6] auf Wiedersehen.

—  Za dziesięć minut będę tu miał szefa kaliskiego gestapo. Przyjeżdża bez zaproszenia, służbowo — informował szef swego urzędnika. — Więc Krel, w papierach u nas wszystko musi się zgadzać. Rób pan swoje. Ja muszę się chwilę zastanowić, po co do mnie przyjeżdża ten Schönrogge.

Krel opuścił gabinet swego szefa wyraźnie zaniepokojony i zupełnie zbity z tropu. Udał się zaraz do starszego od siebie Gerlicza, głównego technologa fabryki, który wraz ze swym bratem mechanikiem stanowił trzon zaczynającej się w fabryce polskiej konspiracji.

—  Słuchaj, Ludwik, zaraz tu będzie Schönrogge, ale Nawrocki nic o tym nie wiedział. Co myślisz?

—  Pytasz się, kogo on „robi", nas czy ich?

—  Zastanawiam się nad tym...

—  Dla nas wszystkich, personelu technicznego, zbudował mieszkania, dał nam lepsze warunki bytu, niż mają obecnie Niemcy. Przyjmuje do pracy każdego, komu się ziemia pali pod nogami. Takich są tu już setki. Czy wywiad niemiecki byłoby stać, by rzucić się na tak daleko idącą prowokację? Po co? Starczą im zwykli konfidenci, od których wszędzie się roi.

—  Nietrudno ich rozszyfrować.

—  Tak, ale człowieka łatwo odróżnić od świni, jeśli mu się bliżej przyjrzeć.

—  Więc?

—  Dowiedziałem się wiele o Nawrockim przez nasze łódzko-warszawskie kanały — ciągnął główny technolog fabryki. — On jest rdzennie polskiego pochodzenia. Ma pod Warszawą w Tarchominie dwóch rodzonych braci, Stefana i Teodora, mechaników. Ma z nimi zakonspirowany kontakt, bo głośno nie może się do nich przyznać. Stefan i Teodor Nawroccy produkują broń.

—  Ależ to sensacja.

—  Wiadomość najpoufniejsza i zachowaj ją tylko dla siebie. Jeśli szef jest jakimś zakonspirowanym agentem wielkiego wywiadu, to na pewno wywiadu polskiego. Musiało mu się w Rzeszy palić pod nogami, więc skoczył tu na teren, o którym kontrwywiad niemiecki ma słabe rozeznanie, ale to nie jest nam potrzebne. Dla nas wystarczy wiedzieć, że Nawrocki jest naszym człowiekiem.

—  Wszystko na to wskazywało od początku — stwierdził Krel — ale wiesz, jak to jest.

—  Tak, wszędzie podłożone miny.

—  Kto nie ma dziś nosa, ten traci głowę — stwierdził sentencjonalnie Władysław Krel.

—  Miła niespodzianka, Schönrogge — udawał ucieszonego pan Nawrocki, witając szefa kaliskiego gestapo. — Nie spodziewałem się, że tak szybko się zobaczymy po ostatniej pańskiej wizycie. Co dobrego u pana?

—  Nie najlepiej mi idzie. Z Łodzi gniotą. Ten Sterzinger to istna piła.

—  Taki ostry?

—  A, niech go diabli — warknął Sturmführer.

—  Wypijemy po kieliszku sznapsa, Schönrogge, na te twoje kłopoty — odezwał się konfidencjonalnie gospodarz, w duchu bardzo zadowolony z kłopotów niebezpiecznego gościa.

—  Oh, prezes zawsze taki gościnny — uśmiechnął się gestapowiec. — Prawdziwa z prezesa niemiecka dusza. Poradzić się można, pożalić i wiadomo, że to wyżej nie pójdzie.

—  No, skądże, Schönrogge — udawał zgorszonego Nawrocki. — Zdrowie Führera — zawołał, podnosząc w górę kieliszek bimbru świetnie zrobionego przez młodego Gerlicza na koniak francuski.

—  Ależ marka — zachwycał się Sturmführer, patrząc na firmową francuską butelkę.

—  Żona skądś dostaje te koniaki —  rzekł niedbale gospodarz.

—  Wiem, wiem — powiedział domyślnie Schönrogge, wznosząc kieliszek fałszywego koniaku w górę. — Zdrowie Führera i marszałka Göringa — odezwał się wstając. —  W tym domu — dodał z naciskiem — zdrowie szefa naszej Luftwaffe[7] powinno być stale wznoszone.

Gospodarz milcząco pokiwał głową z wyraźną aprobatą. Obaj opróżnili kieliszki, Nawrocki podał otwartą puszkę sardynek.

—  O, i taki przysmak, niepotrzebnie sobie robi pan kłopot, a ja tu tylko służbowo — zagadał gość.

—  Służę, służę — rzekł uprzejmie Nawrocki, nalewając ponownie kieliszki.

—  Przyznam się panu, że pierwszy raz w życiu piłem ten wystawny trunek u pana.

—  Miło mi.

—  Więc wypijmy teraz zdrowie fundatorki tego luksusu i jej rodziny.

—  Dziękuję — odparł grzecznie gospodarz.

—  Ale nie będę zabierał panu drogiego czasu, czasu tak cennego dla niemieckiego narodu — ciągnął gość. — Dostałem rozkaz z Łodzi, aby zorganizować sieć naszych informatorów najściślej tajnych w zakładach pracy na terenie powiatu i miasta oraz w domach wiejskich, należących do folksdojczów. Ma być wszędzie co najmniej dwóch, i to tak, by jeden nie wiedział o drugim.

—  Bardzo pomysłowe —  pochwalił zarządzenie pan Nawrocki.

—  Tak, na pewno, ale nie dam tu sobie rady bez pańskiej pomocy, Herr von Nawrocki — oświadczył nieoczekiwanie Sturmführer. — Pan zna tu teren lepiej ode mnie, wszyscy mają do pana zaufanie. Kogo by pan podał jako naszych informatorów u siebie? Wynagrodzenie skromne, na początek dwadzieścia marek miesięcznie i dodatkowy przydział tytoniu dla mężczyzn i pończoch dla kobiet.

—  Nie jest to wiele — stwierdził Nawrocki.

—  Prawda? Musimy liczyć na ludzi ideowych, oddanych Führerowi, bo inaczej...

— Takich znajdziemy — zapewnił gościa Nawrocki. — Jutro przez mego kierowcę prześlę panu ich listę.

—  A dla Opatówka, gdzie jest Wünsche, znalazłby Herr General-direktor[8] kogo?

—  Mogę — zgodził się wspaniałomyślnie gospodarz. — Mogę nawet i z Żydowa Frudego wam załatwić.

—  Ale oni nie mogą wiedzieć nawzajem o sobie, to tajemnica państwowa — zastrzegał się Schönrogge.

—  No, pewnie, to się samo przez się rozumie — oświadczył Nawrocki — ale Opatówek i Żydów załatwię wam dopiero za trzy dni. Muszę się rozejrzeć.

—  Pewnie, pewnie, poczekam te trzy dni. Łódź dała nam na to tydzień czasu.

—  Bardzo mało. Ludzi trzeba znaleźć, prześwietlić ich. —  O, to, to, Herr Generaldirektor! — pochwalił gość.

—  Drogi Schönrogge, zapomniałem zupełnie o kawie i cygarach.

—  Tyle zachodu ze mną. To już na przyszły raz — ceremoniował się Sturmführer.

—  A nie, nie. Mam do pana słabość, Schönrogge. Każda rozmowa z panem to dla mnie duża przyjemność.

Pan Nawrocki nacisnął dzwonek. Za chwilę do jego gabinetu weszła pokojówka.

—  Fraulein Marie, proszę podać kawę — rzekł gospodarz.

—  Za dziesięć minut, proszę pana — rzekła dziewczynka dygając. —  Więc tymczasem cygara.  Mam prawdziwe hawana.

—  Dla mnie zwykłe berlińskie wystarczy — oświadczył skromnie gestapowiec.

—  Dobre dla podoficerów, nie dla nas, drogi Schönrogge — uśmiechnął się Nawrocki.

—  Służę, oryginalne hawana — podsunął pod nos Sturmführerowi pudełko wonnych cygar.

Za chwilę smugi pachnącego dymu napełniły gabinet.

—  Sprawę drugą, jeśli pan pozwoli — ciągnął Schönrogge z lubością pogrążając się w smudze dymu — rozpocznę od małego pytania. Czy Herr Generaldirektor sądzi, że nasze zwierzchnie władze w Poznaniu i w Łodzi mają własną siatkę informacyjną w terenie, no i u nas oczywiście?

Jego małe świńskie oczka zdradzały wyraźny niepokój.

—  Skądże ja o tym mogę wiedzieć? — wzruszył ramionami Nawrocki, którego twarz stała się nieprzenikniona.

—  Prezes, osoba najwyższego zaufania, może wiedzieć takie rzeczy, nam niedostępne — ciągnął szef kaliskiego gestapo. — Mam pewne dowody, że tak jest. Przed miesiącem przyjechał z Poznania nasz  człowiek,   wylegitymował  się  specjalnym   pełnomocnictwem.

Zażądał, aby ktoś z nas, po cywilnemu oczywiście, bo i on był w cywilu, udał się z nim do kościoła Franciszkanów w momencie, gdy będzie tam odprawiał nabożeństwo gwardian klasztoru Mirochna. To łatwo było sprawdzić, kiedy gwardian ma mszę. Wystarczyło spytać po polsku pierwszą z brzegu dewotkę. Posłałem z nim Noltego. Ten nasz wywiadowca zrobił niepostrzeżenie kilka' zdjęć Mirochny.

—  Oj, Schönrogge, Schönrogge, tu już muszę zrobić panu wymówkę. Trzebaż było z tym naszym człowiekiem z Poznania wpaść do mnie. Zapomniał pan o tym, co?

—  Ależ nie. Znam pańską gościnność, zaraz mu to zaproponowałem. A on na to: „Nie mam polecenia składania raportu o Nawrockim, nie pojadę do niego".

—  Dureń! — palnął z miejsca właściciel fabryki.

—  To samo powiedziałem do mej żony. Jak on śmiał! Trudi była oburzona.

—  A, właśnie. Przypomniałem sobie, Schönrogge, że mam coś dla pańskiej żony. Skarżyła się na brak masła i jaj. Te przydziały kartkowe są rzeczywiście trochę za skąpe dla ludzi tak oddanych Führerowi jak jego służba bezpieczeństwa — pokiwał głową ze współczuciem gospodarz domu. — Pozwoli pan, że będę wysyłał przez mego szofera co miesiąc paczkę pani Schönrogge.

—  Czymże ja się prezesowi odwdzięczę? — udawał zakłopotanego gestapowiec.

—  To naprawdę drobnostka, symboliczny znak naszej przyjaźni.

—  Ogromny  dla   mnie   zaszczyt.

—  Przyjemność wzajemna — kurtuazyjnie oświadczył Nawrocki. — Więc dwa razy w miesiącu — zdecydował — mój kierowca będzie u państwa.

—  Dwa razy! Staroniemiecka hojność — nie krył zadowolenia szef kaliskiego gestapo. — Dziękuję w imieniu Trudi i własnym, a wracając do moich kłopotów, powiem prezesowi, jaka przykrość mnie dziś spotkała. Standartenführer[9] Sterzinger przysłał mi rozkaz aresztowania tego klechy od Franciszkanów, no, jak on się nazywa. Wyszło mi z głowy, zaraz zobaczę. Mam rozkaz przy sobie.

—  Mirochna.

—  A tak. Skąd to Herr Generaldirektor wie? — zdziwił się Sturmführer.

—  Od was, Schönrogge. Już pan wymienił dziś to nazwisko.

—  A prawda, ale pamięć to prezes ma fenomenalną. Wszystkie talenty naraz. Więc proszę: w rozkazie jest napisane, zaraz przeczytam: „Ściśle tajne. Aresztować natychmiast wroga narodu niemieckiego Juliana Stefana Mirochnę, Kalisz, klasztor Franciszkanów. Wymienionego zakuć w kajdany i pod silną strażą dostawić do więzienia w Łodzi, Anstadta 5". Co pan o tym powie?

—  Czy Mirochna jest już aresztowany?

— Nie. Takich rzeczy w dzień nie robimy. Można by nawet nie zastać przestępcy. Dziś w nocy go aresztujemy. Ale taki rozkaz to dla mnie policzek, Herr von Nawrocki. To ja jestem odpowiedzialny za bezpieczeństwo tego terenu, a o tym Mirochnie, o jego zbrodniach nic nie wiem. Nawet nie wolno mi go przesłuchać. Rozkaz o tym nie wspomina. Na dobrą sprawę powinienem się podać do dymisji. Aż żal o tym myśleć. Nieźle tu się żyło i taki jakiś obskurny mnich...

—  W gestapo nie wolno samemu podawać się do dymisji, Schönrogge — przypomniał Nawrocki.

— A prawda. Co to znaczy rozmawiać z mądrym człowiekiem — odetchnął gestapowiec.

— Im wyżej stoisz, tym dalej widzisz — rzucił sentencjonalnie pan domu. — Więc oni tam w górze widzą dalej. To zrozumiałe. Nie przejmuj się tym rozkazem, przyjacielu, tylko rób swoje i o mnie nie zapominaj. Służę radą w każdej potrzebie. No, jeszcze po kieliszeczku koniaku, Schönrogge. Prosit![10]

— Zdrowie mojego protektora — odparł wzruszony szef gestapo.

— Za twój rychły awans, Sturmführerze! — zawołał gościnny fabrykant, podnosząc kieliszek w górę.

Po wyjeździe tego kłopotliwego gościa pan Alfred przywołał zaraz do siebie Władysława Krela.

—  Czy zna pan w Kaliszu jakąś kobietę, co często chodzi do kościoła? — spytał bez wstępu swego magazyniera.

—  Ciotka moja, osoba już wiekowa, bywa na wszystkich kazaniach gwardiana franciszkanów.

—  O, o taką właśnie mi chodzi — ucieszył się Nawrocki. — Wal, Krel, zaraz moim autem do miasta. Powiedz swej ciotce w cztery oczy pod uprzednią przysięgą, by dochowała tajemnicy. Niech zaraz idzie do klasztoru dać niby na mszę czy do spowiedzi osobiście do ojca Mirochny. Słuchaj pan uważnie.

—  Słucham, szefie.

—  Mirochna ma tylko parę godzin czasu przed sobą. Musi zniknąć z Kalisza zaraz. Powinien zdjąć sutannę, bo to za bardzo rzuca się w oczy i o ile możności zmienić wygląd i nazwisko. Pan ma kontakt z Edytą Trubolska?

—  Skąd pan prezes o tym wie? — zdziwił się Krel.

—  To nieważne. Muszę wiedzieć wszystko o ludziach, którzy są przy mnie. Więc Edyta Trubolska...

— Fałszywa kenkarta[11] dla ojca Mirochny.

—  Zgadza się, Krel. Obaj jesteśmy w domu — stwierdził z zadowoleniem fabrykant. — To wszystko potrwa parę dni, a gwardian musi zniknąć natychmiast. Na szczęście Kalisz leży na granicy powiatu, a gestapo ma zasięg powiatowy. Ojciec Mirochna musi czekać na nowe papiery poza granicą powiatu kaliskiego. Czy pan może to załatwić?

— Mogę — odparł po pewnym namyśle pan Władysław.

—  Działać trzeba natychmiast. W razie ostateczności może pan użyć mego auta, by wywieźć z Kalisza gwardiana na pogranicze powiatu ostrowskiego. Powtarzam: tylko w razie koniecznej potrzeby — dodał z naciskiem pan Nawrocki. — I niech pańska ciotka powie ojcu Julianowi, że gestapo ma jego fotografie. Musi zmienić wygląd. Jakaś broda, wąsy bardzo by mu się przydały.

—  Mamy fryzjera — wyrwało się Krelowi —  to jest — poprawił się — znam kogoś...

—  To dobrze. No, idź już pan, bo tu każda minuta się liczy.

Krel przed odjazdem do Kalisza musiał się jeszcze w sprawach służbowych zobaczyć z głównym technologiem fabryki.

—  Wiesz, Ludwiku — zwierzył się przy tej okazji Gerliczowi to nie my będziemy wprowadzali szefa do naszej organizacji, to on nas może wprowadzić. Wie i robi dużo więcej od nas, no i okazało się, że to swój chłop. Dziwne to są naprawdę czasy.

Nikt nie zwracał uwagi na obskurną ciężarówkę miejskich zakładów oczyszczania miasta, która o zmroku minęła most obok sądów, przejechała dawną aleją Józefiny i za teatrem stanęła na Częstochowskiej obok Borku Lasku. Z zarośli wysunął się jakiś krępy niewysoki mężczyzna w roboczym odzieniu, z zawiniątkiem pod pachą i podszedł do miejskiej śmieciarki. Drzwi szoferki uchyliły się i ktoś z zewnątrz podał rękę owemu człowiekowi, pomagając mu wejść do wnętrza wozu. Stary opel ruszył z terkotem w stronę Rypinka. Siedzący obok Bogasta młody człowiek odezwał się do mężczyzny, który wsiadł do szoferki ciężarówki:

—  Ojciec mnie nie poznaje?

—  Zaraz, zaraz, mroczno tu trochę, aha, już wiem, toż to nasz Antoś, listonosz.

—  Już nie jestem listonoszem, proszę ojca, odebrali mi ten „wysoki i odpowiedzialny" urząd. Jest on według nowego zarządzenia „nur für Deutsche"[12]. Nie byłem go godny. Pracuję teraz w firmie tytoniowej Karola Seidacka. Ojej, ale ojciec miał mieć wąsy, duże wąsy, jak mi podano. Dobrze, że ojca znam, bo bez tych wąsów...

—  Nie, nie zgodziłem się na taką maskaradę — pokręcił głową ojciec Mirochna.

—  Ktoś bardzo doświadczony to zalecił. Oni mają fotografię ojca i dokładny rysopis.

—  Jakoś to ubliża mej godności. Dużo mnie kosztowało zrzucenie sukni zakonnej. Dokąd mnie wieziecie?

—  Do kapliczki, ojcze, na granicy Zagorzynka i Piwonic. Stamtąd Bogast wróci do miejskich śmieci, a my pójdziemy przez Żydów do Ołoboku. Boczna droga, piaski, nawet motocyklem tam ciężko przejechać, więc dla nas bezpiecznie. Tam zrobimy zdjęcie do fałszywego paszportu, a jak już wszystko będzie gotowe, wyjedzie ojciec do Generalnej Guberni.

—  Bez zezwolenia moich władz zakonnych...

—  Dostanie je ojciec w Krakowie czy w Warszawie.

—  Dużo mnie kosztowała ta decyzja, chciałem we wszystkim zdać się na wolę Bożą, ale ojcowie wprost mnie przymusili, bym uciekał. Przynieśli stare ubranie, zrobili zawiniątko z najpotrzebniejszymi rzeczami...

—  O, już mamy kapliczkę. Szybko dojechaliśmy. No, Bogast, dziękuję ci za fatygę — zwrócił się Kut do kierowcy.

—  Oby Bóg ci zapłacił za to poświęcenie, mój synu — odezwał się ojciec Julian, schodząc z ciężarówki.

—  Zostańcie z Bogiem — odparł Maryś, zawracając ku Kaliszowi.

Franciszkanin ruszył wraz z Kutem piaszczystą drogą brzegiem kolonii Piwonice w stronę Żydowa.

—  Najbardziej się niepokoję, by ktoś w klasztorze nie odpowiadał za moją ucieczkę — zwierzył się duchowny przewodnikowi..

—  A cóż ojciec gwardian może na to poradzić? — odparł pytaniem młodzieniec. — Tak samo mogliby postąpić ci rozbójnicy z innymi zakonnikami, gdyby ojca tam złapali. Ostrzeżenie tyczyło się tylko ojca gwardiana, a nie całego klasztoru.

—  Masz rację, synu. No, trudno, już się stało.

Dotarli do domu Hysów w zupełnych już ciemnościach. Kut zapukał w umówiony sposób w okiennicę. Widocznie tam na nich czekano, bo bez pytania otwarto drzwi. Stała w nich gospodyni domu.

—  Proszę, czekamy — odezwała się dziwnie zbolałym głosem. — A to pan Antoś. Ciężki cios spadł na nas wszystkich — rzekła Hysowa. — Antoś jeszcze nie wie? Wczoraj przyszła powiestka z lagru w Dachau.

—  Jezus, brat mój nie żyje... — jęknął młodzieniec.

—  Zabiły te herody naszego świętego księdza Józefa. Napisały do mamy Antosia, że został stracony za zbrodnie przeciwko narodowi niemieckiemu — mówiła, zanosząc się płaczem. — Zginął zamęczony niewinnie... O, Boże, kiedy przyjdzie kara na tych zbrodniarzy?...

Antkowi pociemniało w oczach. Bardzo kochał brata i miał nadzieję, że ksiądz Józef jakoś przeżyje pobyt w obozie, ale, niestety, dosięgła go tam krwawa ręka oprawców.

—  Pomnij, młodzieńcze, co powiedział nasz Mickiewicz: „Na kogo Bóg zsyła cierpienie, obietnicę temu składa". Pokój z tobą, bracie — pocieszał Antka franciszkanin.

—  Z tej żałości ja o żywych zapomniałam — zreflektowała się gospodyni domu. — Jak się udała  droga?

—  Dotąd szczęśliwie — odparł Antek drżącym jeszcze z wewnętrznego bólu głosem. —  Ja muszę już iść do mamy. Ona tam przecież pewnie półżywa.

—  Proszę teraz na wieczerzę, a potem pościelę ojcu gwardianowi w komórce za składem sklepowym. Drzwi się zasunie skrzyniami i będzie tam bezpiecznie. Mąż poszedł do Żydowa, niedługo wróci. Bardzo się ucieszy, że to się udało — powiedziała Hysowa.

Jedną stację za Ostrowem Wielkopolskim w stronę Katowic wsunęło się do trzeciej klasy osobowego pociągu dwóch pasażerów, jeden niski, krępy, o niebieskich oczach lat około czterdziestu i drugi starszy, łysawy i chudy. Skoro tylko obaj weszli na dworzec, dyżurny żandarm sprawdził ich papiery. Były w porządku. Robotnicy rolni spod Kalisza z majątku Lompego jechali na pogrzeb siostry. Fotografie w kenkartach zgadzały się z ich wyglądem. Żandarma nie interesował drobny szczegół, dlaczego ludzie spod Kalisza wsiadają do pociągu akurat na tej stacji. Nie zwrócił na to uwagi, a może uważał za rzecz bez znaczenia. Pociąg był przepełniony. Dla nowych podróżnych zabrakło miejsc siedzących. Na szczęście trafili do pulmana z obszernym korytarzem i stanęli u jego wejścia. Było tam pusto, bo ludzie woleli wejść w głąb wagonu, gdzie było cieplej. Obaj nowi pasażerowie przysiedli na mocnym drewnianym kuferku jednego z nich i długi czas milczeli, aż wreszcie ten wyższy i chudy odezwał się do swego towarzysza bardzo cichym głosem:

—  Ano tak, w nic nie wierzyłem przed wojną, ale teraz, gdy patrzę, co wyrabiają te „hitlery".

—  W Boga też pan uwierzy — odparł krępy towarzysz mówiącego te słowa.

—  Wolno ojcu żartować — uśmiechnął się blado starszy. — Takie żarty to już się mnie dawno nie trzymają. Ojciec przecie wie, jaki jestem ptaszek.

—  Ale Bóg pana do mnie przyprowadził.

—  Nie na misje, kochany ojcze, nie na misje, ino z polskiej biedy.

—  Ona też wiedzie do Boga.

—  Ojciec ciągle swoje, no to i ja też zacznę swoje. Wyszedłem z biedy, jestem synem robociarza.

—  I ja tak samo — odrzekł duchowny.

—  Ino, że ojca Pan Bóg zaprowadził do tych, co służą bogatym, a mnie do partii. Jestem komunistą. Byłem w Kaliszu przed wojną sekretarzem naszej partii, ojciec wie?[13]

—  Dziś, bracie, obaj mamy tę samą sprawę — szepnął kapłan.

—  Ale czy ta sama będzie jutro? Krzyczeliśmy parę razy pod ratuszem o chleb i pracę, biła nas pałkami policja. Czy ojciec wspomniał kiedy o tym w swoich kazaniach, że ludzie muszą sobie dawać nawzajem chleb nasz powszedni? To przecież pierwszy obowiązek ludzki dawać chleb drugim. Mówił ksiądz o tym kiedy?

—  Mówiłem, że zawsze i wszędzie należy dobrze czynić bliźnim i starałem się sam tak postępować. Kościół nie jest partią polityczną. Pozostawia rozeznanie czynów swym wiernym, ich sumieniu.

—  Filantropia. W ten sposób nie rozwiąże się sprawy klasowych krzywd, my stoimy po innej stronie barykady. Nie widzi się was, w sutannach, tam, gdzie wielka nędza.

—  Jesteśmy, ale nie zawsze nas się dostrzega. Święty Paweł będzie jeszcze raz musiał iść do Damaszku.

—  O kim ojciec mówi?

— O panu, o takich jak pan. O tych, których pali wszelka niesprawiedliwość, o tych, co są gorący, gwałtowni. Chrystus tylko letnich wyrzucił ze swoich warg, dla gorących ma swoje gorące serce.

—  Ale wy go nie macie. Wzięliście z Chrystusa wszystko, by utwierdzić swoją władzę nad ludźmi, by zebrać nadmierne dostatki, nie, by ulżyć doli cierpiącego człowieka. Zaraz ojciec powie, że szatan mnie opętał, bo prawię takie herezje.

— Opętanie miłością nie pochodzi od szatana. Wiem o tym, bo jestem z zakonu opętanego miłością do Boga i ludzi, biedaczyny z Asyżu, świętego Franciszka. Jeśli jednak ktoś sięga po władzę nad ludźmi, rozpętując nienawiść jednych do drugich, to już jest dzieło szatana — odrzekł zakonnik.

—  Tego od ojca czekałem, że nazwie mnie poplecznikiem mocy diabelskich — stwierdził ironicznie Antoni Pawelski.

—  Mój bracie, Kościół nie orzekł nawet potępienia Judasza. „Po owocach ich poznacie je". Sądzić was będą po tym, jakie owoce wydadzą wasze czyny, a już tak Bóg działa, że w ostatecznym rozrachunku zawsze zło służy dobru.

—  Zawsze? — zdziwił się Pawelski. — Nawet to hitlerowskie zło może służyć jakiemuś dobru?

—  Któż rozezna drogi Opatrzności? Chyba tak... — szepnął kapłan.

— Nic a nic nie rozumiem. Ten potwór niszczy bez różnicy was, kapłanów, Żydów i nas, komunistów, wszystkich, którzy mogliby stworzyć jakiś ład ludzki, inny od jego opętanego brunatnego ładu. Słyszy ojciec, i ja użyłem słowa „opętany ład", bo uwierzyłem w istnienie brunatnego diabła. Ale żeby jakiś Pan Bóg sprawił, by ten diabeł tak tańczył, jak On mu zagra, w to nie uwierzę nigdy. Bóg, owszem, istnieje, ale tylko w sercach tych, co w Niego wierzą.

—  Ich szczęście — poprawił Pawelskiego ojciec Mirochna — ich i pańskie też, bo On i o panu nie zapomni, choćby za to, co pan w tej chwili czyni.

—  A czyni... czyni... — gderał stary komunista. — Czyni dlatego, że my chcemy otworzyć świat dla wszystkich. W tej naszej arce, co ma ocalić z potopu, jest i miejsce...

—  Dla parszywych owiec? — spytał zakonnik.  

—  To ja. To ja byłem w waszych oczach parszywą owcą, a wy byliście w moich lokajami burżuazji, aż przyszedł młot na was i na nas. Ojca dużo nauczyło to uderzenie młotem. Czytałem artykuł ojca w tajnej gazetce. To już jest socjalizm, co ojciec tam napisał. Dobry początek!

—  Zaczęło się od Ewangelii już dawno.

—  Ale słowa nie stały się ciałem. Kościół przyjął słowa, lecz odrzucił czyny.

—  Czyny należą do ludzi, a Słowo do Boga — odparł zakonnik.

—  Czyli że my i wy nie musimy sobie skakać do gardła — konkludował komunista — To już jest coś. Myślę, ojcze, że jeszcze się spotkamy. Nasi ludzie pomogą nam przejść na tamtą stronę. Tam ojciec pójdzie do swoich i ja do swoich, ale skrzyżują się jeszcze nasze drogi — mówił Antoni Pawelski.

—  Jeśli Bóg da — pokiwał głową kapłan.

—  Jak ludzie dadzą, to i wasz Bóg da — zgodził się komunista. — Mamy fałszywe dokumenty, za które ktoś może dać głowę. Myślę, że to nas obu zobowiązuje. Dokumenty przygotowała podobno młoda kobieta, bardzo piękna, jak mi powiedział ten, co mi je dostarczył.

—  Antek Kut, znam go — wtrącił gwardian.

—  Między nami konspiracja niepotrzebna, ojcze. A dowody nasze są zabrane z landratury. To sekretarka landrata, Edyta Trubolska, tam działa. Uratowała już tymi dowodami trzystu Żydów kaliskich. Szły przez moje ręce, więc wiem, i ojciec to może wiedzieć, nawet powinien wiedzieć. Ktoś musi być świadkiem wielkich czynów, których dokonują mali ludzie, aby nie utonęły w niepamięci. To będzie potrzebne Polsce kiedyś, gdy nas, być może, już nie będzie. Słyszy ojciec? Mówię „Polsce", bo wyście dotąd krzyczeli, że my odwracamy się od ojczyzny plecami, patrząc na Wschód.

—  Trzeba patrzeć w głąb narodu, nie na Wschód ani na Zachód, jak wy znowu to nam zarzucacie — odpowiedział ojciec Mirochna.

—  Nacjonalizm, nacjonalizm... — wyszeptał stary komunista. 


[1] Drzymała — Michał Drzymała (1857—1937), chłop wielkopolski, który wobec braku zezwolenia władz pruskich na budowę domu
(na mocy antypolskiej ustawy z 1904 r.) zamieszkał w wozie cyrkowym.

[2]  Schaffausen — zegarek znanej marki szwajcarskiej.

[3] Der  Reichsdeutsche    (niem.)   —   obywatel   Rzeszy,   Niemiec   z Rzeszy.

[4] Die Lebensmittel   (niem.) — środki żywnościowe.

[5] Das  Fraülein  (niem.) — panna, panienka.

[6] Ja, ja, bitte, Herr Sturmführer.  In  zehn Minuten, gut... (niem.) — tak, tak, proszę, panie poruczniku. Za dziesięć minut, dobrze...

[7] Die Luftwaffe (niem.) — lotnicze siły zbrojne; siły powietrzne.

[8] Der Herr Generaldirektor (niem.) — pan dyrektor naczelny.

[9] Der  Standartenführer (niem.) — w SA i SS odpowiednik stopnia pułkownika.

[10] Prosit  (z łac.) — pomyślności, na zdrowie.

[11] Kenkarta   właść, die   Kennkarte (niem.) — dowód osobisty.

[12] Nur   für   Deutsche    (niem.) — tylko dla Niemców,

[13] Autentyczne  — komunista  Antoni  Pawelski   wywoził  ojca  Mirochna  z Kalisza.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

KREW I MIŁOŚĆ

Antoni Kut, zwolniony ze służby listonosza, dostał teraz pracę w prywatnej hurtowni tytoniu łotewskiego Niemca Karola Seidacka.

Seidack nie był hitlerowcem. Ze wzruszeniem wspominał Łotwę i rodzinne miasto Rygę, skąd przemocą wyrwała go wojenna zawierucha. Zatrudniał samych Polaków, odnosił się do nich życzliwie i dobrze traktował, choć w pracy był wymagający. Miał trzy pulchne córki i jednego, najmłodszego, syna. Nie czuł się pewnie jako właściciel firmy ongiś państwowej i powierzonej w zarząd znanym w Kaliszu braciom Wieczyńskim. Nie czuł się zbyt pewnie w Kaliszu i wszystko tu wydawało się Seidackowi tymczasowe.

— Piasek, piasek... —  mówił zaniepokojony do żony, gdy byli sami. —  Zobaczysz, Berto, że wszystko tu się rozsypie, nie zobaczymy więcej naszej kochanej Rygi, a co będzie z Dietrichem?

Los dorastającego jedynaka najbardziej niepokoił oboje małżonków. Był to okres, gdy przed wojskami hitlerowskimi otworzyła się wielka, bezdenna przepaść, która chłonęła całe armie. Rozpoczęła się właśnie wojna z Rosją. Początkowo wznoszono nieustanne okrzyki: Sieg heil!,[1] wywieszano flagi co parę dni, tłumy wyły na mityngach, portrety Führera obrzucano kwiatami, powracające do domu gromady Niemców i folksdojczów pluły na Polaków i spędzały ich z chodników na jezdnię, ale już po kilku miesiącach zapał ten przycichł. Coraz więcej wracało pociągów z rannymi, coraz więcej młodzieży powoływano pod broń. Papa Seidack niepokoił się też coraz bardziej o swego Dietricha, który już od roku wybijał tempo parade-marszów w Hitler-Jugend i, ulegając nastrojowi otoczenia, gotów był przelać krew za wodza wielkiej Rzeszy.

Polacy, pracujący w firmie tytoniowej Seidacka, zorientowali się wkrótce, że trafili wyjątkowo szczęśliwie.. Na poufnym zebraniu uradzili więc, że należy u Seidacka pracować uczciwie, zadowalać się tylko przydzielonym przez szefa deputatem tytoniowym, a „organizować" ten cenny produkt, którego powszechnie brakowało nawet i Niemcom, jedynie na potrzeby akcji podziemnej.

W tym okresie Antoś Kut zetknął się z Edytą Trubolską, kierowniczką biura landratury, która zajmowała się wydawaniem paszportów i innych urzędowych zaświadczeń oraz zezwoleń, tak potrzebnych w hitlerowskiej maszynie biurokratycznej. Była to niewiasta około trzydziestki, nieprzeciętnej urody, wdowa po oficerze, który zaginął na wojnie. Po kilkumiesięcznych wahaniach powróciła do Kalisza z tułaczki wojennej z dwojgiem dzieci, siedmioletnim Tadeuszkiem i czteroletnim Januszkiem.

Pewnego dnia Edyta uklękła u stóp konfesjonału, w którym spowiadał ojciec gwardian Mirochna. To był dla niej w owej chwili najwyższy autorytet, skoro wszystkie inne zawiodły.

—  Córko moja — usłyszała łagodny, natchniony głos — nie jesteś zobowiązana mówić prawdy swym wrogom. Nie jest też grzechem wobec Boga oszukiwać ich, skoro dążą do naszej zagłady, to tylko podstęp wojenny. Skoro chcesz służyć braciom swoim zagrożonym śmiertelnie, ojczyźnie dławionej przez oprawców, możesz wstąpić do ich służby, pod tym jednak tylko warunkiem, że nie dla własnej korzyści to uczynisz.

—  Nie dla własnej!... — wyszeptała żarliwie penitentka.

—: Niech ci Bóg pomaga, córko. Nikt sprawiedliwy nie rzuci na ciebie kamieniem.

I stało się. Dobra znajomość niemczyzny, wyniesiona z łódzkiego gimnazjum, poparta wrodzonymi zdolnościami językowymi, okazała się dla Edyty Trubolskiej nieoceniona. Zyskała sobie zaufanie landrata tak dalece, że powierzono jej dział paszportów, kenkart i ausweissów. Wkrótce stała się również aktywnym członkiem tajnej polskiej organizacji. W obszernym mieszkaniu Edyty, naprzeciw ratusza miejskiego, nastąpiła osobliwa symbioza. W jadalni urządziła stołówkę dla samotnych dygnitarzy hitlerowskich, których wziął pod swą „kuratelę" Antoś Kut, ugrzeczniony, nadskakujący im totumfacki gospodyni, zawsze z pełną butelką w kieszeni dla rozwiązania języków stołowników pani Trubolskiej.

Cenne były też rozmowy, jakie prowadzili między sobą przy obiedzie owi ludzie, Antoś, znając dotąd „po łebkach" niemiecki język z gimnazjum, szybko się go poduczył w pracy i w domu, kując z podręcznika na pamięć całe zwroty. Mógł już wkrótce rozmawiać swobodnie w tym języku, a co ważniejsze, rozumieć go. Gospodyni domu przedstawiła go jako swego siostrzeńca i tak pozory ich komitywy zostały zachowane.

Pani Trubolska mieszkała obok Kuta na drugim piętrze domu przy Rynku. O piętro niżej prowadziły drewniane schody do drzwi z napisem:

Tabakfabrik, Karl Seidack Magazin Nr 2.

Sprytny młodzieniec wyprosił sobie u poczciwego papy Seidacka pokoik przy magazynie, który był bardzo przydatny dla celów konspiracyjnych. Liczne aresztowania w mieście nakazywały największą ostrożność.

Pewnego dnia stołujący się u pani Trubolskiej zastępca szefa Schutzpolizei,[2] Hauptmann[3] Wilhelm Schultz, przyjechał na obiad w wyraźnie złym nastroju. Spode łba patrzył na krzątającego się przy stole Antosia i na jego propozycję wypicia na frasunek kieliszka sznapsa burknął niechętnie:

—  Ty się nazywasz Kut, prawda?

Antoś zdrętwiał, ale odpowiedział pewnym głosem:

—  Tak, Herr Hauptmann.

—  Czemu nie Kutze? Tylko dwie litery dodać i byłbyś człowiekiem, a nie Untermenschem.[4] Dlaczego dotąd nie złożyłeś papierów na Volkslistę? Dobrze znasz nasz język. Skąd? Musisz pochodzić z niemieckiej rodziny.

—  Nie, jestem Polakiem.

—  Polakiem? Jak można się do tego przyznawać? Przecież to są barbarzyńcy! Barbarzyńcy i bandyci. Gestapo znowu odkryło... No, mniejsza z tym — ugryzł się w język Herr Schultz. — Kiedy zgłosisz się na folksdojcza, co?

—  Namyślę się — odparł dyplomatycznie Antoś.

—. Obyś się tylko na co innego nie namyślił. I znowu to gestapo odkryło, a nie my. Diabli nadali. Mają lepszych konfidentów. Ty byś nie chciał nim zostać? Można zarobić... Milczysz, no, nie nalegam. Nalej mi pół szklanki sznapsa. Parszywe jest życie. Ciągle ktoś mi nad głową wyskakuje. Jeszcze wrzeszczą, że my nie linia. No, prosit! A ty się namyśl. Jesteś młody. Masz wykształcenie. Możesz zostać niemieckim oficerem i trzymać za mordę tę polską dzicz. Nalej mi jeszcze pół szklanki. Nie wyglądasz na głupca, więc się namyślisz. Ja sam wystawię ci dobrą opinię. Pójdzie szybko. No, prosit i niech diabli wezmą wszystkich polskich i rosyjskich bandytów.

Gdy Hauptmann Schultz wreszcie odjechał, Antoś Kut, zdjęty najgorszym przeczuciem, ruszył w kierunku rzeźni miejskiej, obok której stał mały, samotny domek w ogrodzie. Była to siedziba Sztabu Tajnej Organizacji Wojskowej. Tam to oficerowie Strzelczyk i Malinka mieli radiostację, broń i małe dobrze ukryte archiwum.

„Na pewno gestapo wpadło już na trop. Trzeba ich ostrzec, by wynieśli się stamtąd — rozumował młodzieniec. — Oby nie było za późno..."

Niestety, najgorsze obawy Antka nie były płonne. Zaledwie wszedł na ulicę prowadzącą ku rzeźni, usłyszał strzały, jeden, drugi, całą serię. Potem chwila ciszy i znowu odezwała się palba karabinowa. Obok od rzeźni zaczęli biec jacyś ludzie. Uciekali w popłochu. Antek zaczepił jednego z uciekających, pytając, co się stało. Zagadnięty, nie zatrzymując się, wykrzyknął głosem pełnym trwogi:

—  Nie chodź tam, chłopie! Jacyś cywile między sobą zaczęli strzelać, a już i żandarmy tam nadleciały.

—  Za późno... — wyszeptał młodzieniec bladymi wargami. — Nawet nie mam broni, by im pomóc. Boże, miej ich w opiece...

Ze ściśniętym sercem, pełen najgorszych przypuszczeń powrócił Antek do domu. Nazajutrz zobaczył w drzwiach magazynu Seidacka dziwnie bladą twarz Hysowej. Kiwała ku niemu ręką. Wyszedł zaraz na pusty korytarz. Młoda kobieta, rozglądając się ostrożnie dokoła, wyszeptała:

—  Strzelczyk i Malinka...

Zabici? — spytał głuchym głosem.

— Nie. Wyrwali się gestapo, uciekli po krach przez Prosnę. Są u nas, ale tam została żona Malinki, jej siostra i czworo dzieci... Co z nimi będzie? Zakatują je na śmierć, a dzieci... Jak oni mogli to robić tam, gdzie były kobiety i te maleństwa... — łkała żona sierżanta.

Zenek Kolasiński miał opinię cwaniaka. Nad wiek wysoki, ze sterczącą zawadiacko płową czupryną i bystrymi oczami, już na oko wyglądał na zucha. On też jeden z pierwszych został przyjęty do Tajnej Organizacji Wojskowej, a ponieważ po ojcu wyuczył się szklarstwa i mógł z pudłem szkła na plecach poruszać się po mieście, zlecono mu kolportaż pisma Organizacji Wojskowej. Na pół złożone gazetki mieściły się na dnie szklarskiego pudła. I tak kilka miesięcy tajny kolportaż miejski pracował bez zarzutu. Zamiejscowych obsługiwał równie sprawnie Antoś Kut, wyjeżdżając w teren co tydzień po gęsi, ulubiony przysmak rodziny Seidacków, autem swego szefa, często z nim razem lub z kimś z licznej rodziny kupca. Zresztą sprytny młodzieniec miał przy sobie zawsze ausweis, że wyjeżdża w interesie firmy i z polecenia jej szefa.

W kilka dni po strzelaninie obok rzeźni miejskiej, gdzie gestapowcy ponieśli krwawe straty, szedł śmiało główną ulicą miasta Zenek Kolasiński, niosąc na plecach cały ładunek. Nagle zastąpiło mu drogę dwóch żandarmów.

— Hande hoch![5] — zawołali gardłowym głosem, kierując dobyte pistolety w pierś chłopca. Zenek dał susa w bok, w boczną ulicę, gdzie stała kamienica mająca drugie wyjście.

— Halt, halt![6] — usłyszał za sobą groźne okrzyki.

Nie słuchał ich, biegł, ile sił w nogach starczyło. Usłyszał huk. Świsnęła kula, jedna, druga. Zabrzęczało szkło na plecach. Uczuł, że spływa mu po nich jakaś gorąca ciecz. Za chwilę leżał na krawędzi chłodnika. Z ust ciekła mu struga krwi.

„Boże, trafili mnie" — przemknęło mu przez głowę. Była to jego ostatnia myśl.

Tak zginął pierwszy obrońca harcerskiego sztandaru hufca kaliskiego.

Antoś Kut dotarł chyłkiem do Ołoboku. W mieszkaniu Hysów, w zakonspirowanej kryjówce, znalazł obu zwierzchników. Cudem uniknęli tortur w gestapo i śmierci, wyrywając się z rąk oprawców, którzy nagle wtargnęli do małego domku obok rzeźni, ich rodziny jednak wpadły w ręce gestapowców. Porucznik Malinka, którego siostrę wraz z dziećmi zabrali, gryzł palce z rozpaczy, ale był całkowicie bezradny. Trzeba było na razie zawiesić działalność kaliskiego ruchu podziemnego, zlikwidować tajną drukarnię, zniszczyć wszelkie ślady jej działalności. Wszystko to spadło na barki dwudziestoletniego wtedy Antka Kuta, jedynego łącznika między „spalonymi” już przywódcami tej organizacji a liczną rzeszą jej śmiertelnie zagrożonych członków. Nadchodziły dni grozy.

Pokojówka państwa Frudych w Żydowie, Maria Sobczak, odnalazła w parku córkę „dziedziców", Hanię.

—  Proszę panienki, jakiś Niemiec do panienki przyjechał i czeka w hallu — zaanonsowała.

—  Niemiec do mnie? — zdziwiła się Hania. — Coś się Marysi pokręciło.

—  Nie, akuratnie szprechał „Mamzel Anna Frude" i bardzo się ucieszył, że panienkę zastał. Aż się zaśmiał z radości.

—  Więc to nie urzędowa sprawa — odetchnęła panna. — Ale któż to może być? — zastanawiała się. Spiesznie pobiegła ku domowi, wyprzedzając idącą za nią Sobczakową. W hallu stanęła jak wryta. Przed nią stał w jakimś dziwnym mundurze Frank Pickersgill z twarzą promieniejącą wielką radością.

—  To pan... jakież szaleństwo... pan tutaj?... — mówiła Hania pełna największego zdumienia.

—  Tak, to ja. Nie mogę uwierzyć swemu szczęściu, że panią widzę... — odparł Kanadyjczyk ściszonym ze wzruszenia głosem.

—  Skąd? Jakim cudem pan tu się zjawił? Przecież... przecież pan nie z Niemcami? — spytała zaniepokojona.

—  Skądże! Wszystko na mnie fałszywe prócz tej prawdy, że oczy moje oglądają cię, mój ty jasny promieniu, moja gwiazdo przewodnia... — mówił młody Kanadyjczyk, tuląc swą ogorzałą twarz do białych rąk Hani. — Nie mogę cię narażać, najdroższa, zaraz pójdę stąd, ale musiałem jeszcze raz zobaczyć się z tobą. Do widzenia, Haniu.

—  Pan naprawdę oszalał, Franku. Skoro już tu jesteś, musisz pozostać chwilę — odparła rezolutnie panna. — Rodzice są w domu. O, właśnie papa wraca z młyna. Patrz, zobaczył cię już. Stanął jak wryty. Tatusiu, pan Pickersgill przyjechał — zawołała dziewczyna, biegnąc ku ojcu.

—  Witam. Jakiż to mundur ma pan na sobie? — spytał trochę nieufnie pan Frude. — Wielka niespodzianka. Proszę do salonu.

—  Mam taki mundur, który mógł dać mi prawo przyjazdu tutaj, ale noszę go nielegalnie. Nie chcę na państwa sprowadzić nieszczęścia mą wizytą. Musiałem jeszcze raz zobaczyć narzeczoną, jeśli wolno mi tak nazwać pannę Annę. To się już stało, więc czas mi pożegnać państwa.

—  Czy ktoś pana widział, gdy jechał pan do nas? — spytał Emil Frude.

—  Nie. Tyle jest teraz rozmaitych mundurów, że nie zwrócono na mnie uwagi na dworcu. Wszedłem do wolnej dorożki i kazałem się przywieźć do Żydowa.

—  Chwała Bogu — odetchnął gospodarz domu. — Trochę może pan u nas zabawić.

—  Jak najkrócej. Wiem, jak bardzo państwa narażam — odparł młody Kanadyjczyk. — Zaraz sobie pojadę.

—  Dokąd? — spytał pan domu.

—  Do Litzmandstadt.

—  Aha, do Łodzi...

—  Tak. Jadę tam zamówić mundury dla drugiej dywizji armii belgijskiej Degrelle'a, którą ten łotr tworzy z Flamandów dla Hitlera. Pierwszą dywizję zdrajców już mu się udało skleić.

—  Zna pan język flamandzki?

—  Tak. Matka moja była Holenderką.

—  Wstąpił pan do armii Degrelle'a?

—  Skądże. Dokumenty moje są fałszywe, ale dobrze podrobione na podstawie autentycznych. Wszystko jest prawdopodobne, a Niemcy są bardzo uprzejmi dla swoich nielicznych sprzymierzeńców.

—  Cała zachodnia Europa prócz Hiszpanii jest w rękach Niemców. Jak pan tam mógł zostać? — zdziwił się właściciel Żydowa.

—  Walczyłem w ekspedycyjnym korpusie brytyjskim w Belgii. Po klęsce pod Dunkierką nie wróciłem do Anglii. To byłoby za daleko od... — Frank urwał w tym miejscu i spojrzał wymownie na Hanię, która wyraźnie spiekła raka.

—  Świadomość, że ktoś mi bliski jest w niewoli w rękach siepaczy...

—  Cała Polska jest teraz w rękach siepaczy — wtrącił pan Frude.

—  Zdecydowałem zostać w Europie za wszelką cenę. Zdjąłem angielski mundur i dałem nura mieszając się z cywilami. Szukałem ludzi z francuskiego ruchu oporu.

—  Znalazł pan?

—  Tak... —  rzekł z goryczą Frank. — Francuzi, u których się zatrzymałem i powiedziałem, kim jestem, wydali mnie w ręce gestapo.

— Okropne...

—  Tym gorsze, że oni zeznali, jakobym chciał organizować bunt Francuzów przeciw okupantom.

—  Jak udało się panu uratować?

—  Po wstępnych badaniach Niemcy zdecydowali się odesłać mnie do wyższej instancji w Paryżu. Po drodze wyskoczyłem z auta. Na szczęście nie skuli mi rąk. Trochę strzałów, nieudana pogoń w leśnym terenie, no i wolność.

— A dalej, jeśli można wiedzieć? — indagował zaciekawiony gospodarz.

—  Papo, zobacz, jaki Frank jest zmęczony, nie wypytuj go. Może to jest tajemnica — wtrąciła Hania. — Dajmy trochę odpocząć gościowi.

—  Zgadła pani — uśmiechnął się Pickersgill. — To jest właśnie tajemnica wojskowa. Więcej nie wolno mi mówić.

—  Bardzo przepraszam za niedyskrecję. Zjawienie się pana u nas jest tak niezwykłe, że...

—  Właśnie. I ja sam się dziwię temu wszystkiemu, co robię od dnia wybuchu wojny, ale w pełni też zdaję sobie sprawę, że nie mogę postępować inaczej.

W tej chwili wszedł do salonu, gdzie toczyła się rozmowa, Henryk Frude. Na widok niezwykłego gościa oniemiał ze zdumienia.

—  Nie traćmy czasu, Heniu — zwrócił się do niego ojciec. — Wyślij zaraz Wojtka na skraj wsi, żeby rozejrzał się po okolicy. Niech da ręką umówiony znak, gdyby nadjeżdżało jakieś auto lub motocykl. Maria zaś niech nie spuszcza z oka Wojtka. Ty tymczasem pokaż naszemu gościowi wyjście przez park w razie niebezpieczeństwa. Oby tylko ten dorożkarz nie wygadał się w powrotnej drodze.

—  Był pewny, że wiezie niemieckiego oficera. Sam mu to powiedziałem — wyjaśnił Frank.

— Tak. To nie było dla niego nic niezwykłego... — stwierdził ojciec Hani. — No, cóż, córeczko, zajmij się na razie naszym gościem, my będziemy czuwali. Oj, czasy, czasy przyszły — westchnął oddalając się.

Hania udała się z narzeczonym i bratem do parku dworskiego. Frank lekko uścisnął jej dłoń. Odpowiedziała nieśmiałym, jeszcze lżejszym uściskiem. Po paru sekundach splotły się ich ręce.

—  Pokaż sama Frankowi, Haniu, to wyjście z parku na wiejską boczną drogę ku Kaliszowi — odezwał się Henio. — Ja pójdę pilnować, by nie zaskoczyli nas nieproszeni goście.

Odszedł szybkim krokiem i za chwilę znikł za zakrętem alei.

—  Jak pan może się tak narażać? — pytała Hania Franka.

—  Szaleństwo, prawda? — odpowiedział — nie znam innej miłości, tylko tę szaloną. Czy w ogóle może być inna?

—  Nie — odparła z przekonaniem dziewczyna.

—  Światło twoich jasnych oczu będzie mnie wiodło tam, gdzie muszę iść — usłyszała gorący szept.

—  Musisz? — spytała.

—  Tak, to żołnierski obowiązek. Twój ojciec powiedział, że cała wasza ojczyzna jest w rękach siepaczy. Trzymają w swych krwawych szponach pół Europy. Zgłosiłem się dobrowolnie, by podjąć z nimi walkę na najtrudniejszej pozycji. Walczę o ciebie, o wszystkie Anny w podbitej przez zbrodniarzy Europie. O ich radosny, wolny uśmiech, najpiękniejszy dar dla nas, Adamów tej ziemi, o taki uśmiech, jak twój w tej chwili. Czemu, choć się uśmiechasz, z oczu płyną ci łzy, Anno?

—  Z troski o ciebie, Franku — odparła łkając. — Bo jeśli ty zginiesz. O Boże, co ja mówię... — dodała z lękiem.

—  Zwyczajna rzecz żołnierska śmierć — rzekł twardym głosem. — Pragnąłem tylko jeszcze raz cię widzieć, usłyszeć twój głos, całować twoje dłonie, Anno. Bardzo bogaty stąd odejdę, z największym skarbem w sercu, twoją miłością...

—  Kocham cię, Franku — usłyszał najpiękniejsze dla siebie słowa.

Gościowi zaproponowano, aby przenocował w żydowskim dworze, ale stanowczo odmówił.

—  Niemcy najczęściej robią obławy w nocy. Muszę być czujny i nie wolno mi państwa narażać — oświadczył Kanadyjczyk.

O zmroku Henio Frude podwiózł gościa w kierunku dworca kaliskiego. Frank nie zgodził się, by Hania im towarzyszyła.

—  Prawa konspiracji takich rzeczy zabraniają. Mówię to z bólem serca, ale takie są moje zasady — oświadczył.

Pożegnali się na ganku domu. Hania najwyższym wysiłkiem woli tłumiła łzy. Padli sobie w objęcia. Stary pan Frude chrząknął nerwowo, pani Łucja ocierała chusteczką łzy.

—  Do zobaczenia, do widzenia — wołała Hania machając ręką, gdy  konie   już  ruszyły.

—  Do zobaczenia w wolnej Polsce — odpowiedział Kanadyjczyk.

Frank wysiadł kilometr przed dworcem kaliskim, gdy zamajaczyły przed nim pierwsze domy przedmieścia. Wymienili z bratem Hani mocny uścisk dłoni i ucałowali się serdecznie.

W kilka dni po wyjeździe Pickersgilla zadzwonił do Żydowa Alfred Nawrocki. Prosił, aby Henio przyjechał do niego, by omówić sprawę dostawy ziemniaków na przetwory do jego fabryki. Twierdził, że jest to pilne. Tknięty złym przeczuciem młody Frude wsiadł zaraz na motocykl i ruszył do Winiar.

—  Niestety, mam dla pana bardzo złą nowinę — oświadczył gościowi bez wstępów pan Alfred. — Moi „klienci" z gestapo, byli u mnie znowu wczoraj na kolacji. Chwalili się, że w pociągu między Kaliszem i Łodzią na podstawie fotografii przysłanej z centrali W Berlinie rozpoznali i aresztowali angielskiego szpiega, którego prawdziwe nazwisko brzmi Frank Pickersgill.

Henio zbladł.

—  Nieszczęście — jęknął. — Tylko skąd pan wiedział, że ja mogę coś wiedzieć o tym Kanadyjczyku.

—  A właśnie, o Kanadyjczyku — podchwycił pan Nawrocki. — Wiedziałem o tym, młody człowieku. Jego przyjazd był nam anonsowany. Ten oficer brytyjski był przysłany tutaj w wiadomych nam celach. Miał zezwolenie swych zwierzchników na odwiedzenie twojej siostry... dlatego do ciebie zadzwoniłem, Henryku.

—  Co za cios, jak Hania to przeżyje...

—  Gorsze jeszcze rzeczy będzie musiała przeżyć, mój chłopcze. Ofiary w tej walce będą wielkie. Gestapo odkryło całą grupę oporu Strzelczyka. Gestapowcy pokazali mi listę aresztowanych i tych, których dotąd poszukują.

—  Więc ja...

—  Nie, nie. To nie były dane z waszej ewidencji, tylko zestawienie na podstawie donosów konfidentów. Ciebie na tej liście nie było.

—  A Antoś Kut?...

—  Też tam nie figuruje, ale kilkuset młodych ludzi zginie. Mord zbiorowy będzie dokonany w najbliższych dniach i my nic nie możemy na to poradzić. Dotąd jesteśmy bez broni, a co gorsza, bez rozkazu działania. Każą nam się nie ruszać i konspirować coraz bardziej. Mamy zejść do katakumb, ale w katakumbach można się tylko modlić, a nie działać. Nie wezwałem więc ciebie tutaj, by biadać, lecz, aby działać. Trzymam rękę na pulsie sprawy Pickersgilla.

—  Czy jest jakaś możliwość ratowania go?

—  Właśnie o tym myślę. Jeśli będzie choć cień nadziei, spróbujemy. Czy byłbyś gotowy?

—  Na wszystko.

—  Tak sądziłem. Na razie mamy tylko krótką broń. Umiesz strzelać?

      Byłem w przysposobieniu wojskowym...

—  To tylko karabiny. Dam ci rewolwer. Na szczęście mam dużo do niego ślepych nabojów. Wypróbuj tę broń. To bębenkowiec belgijski, stary, ale niezawodny, nigdy się nie zacina. Porucznik Wünsche z Opatówka też się ofiarował uczestniczyć w tej ewentualnej wyprawie. To bardzo szlachetny człowiek. Nie zginiemy, gdy nasza ziemia rodzi takich ludzi. Czekaj więc na sygnał i ucz się strzelać. Gdy zadzwonię, byś przywiózł mi transport ziemniaków, będzie to znak, że wyruszamy. Swej siostrze nie mów nic o tym nieszczęściu. Niech się dowie o nim jak najpóźniej.

—  Tak też myślałem. No, bo jeżeli...

—  Właśnie. Ze złymi wieściami nie należy się śpieszyć. Lżej się żyje z nadzieją. Broń chowaj dobrze, bo nigdy nic nie wiadomo.

—  Rozumiem. Zrobię sobie strzelnicę w lesie.

—  Szelma hałasuje bardzo. Musisz uważać, by ktoś nie usłyszał strzałów. Następnym razem chciałbym cię powitać lepszą niż dzisiaj nowiną.

Po trzech tygodniach od tej rozmowy Alfred Nawrocki zatelefonował do Henryka, by przywiózł mu transport ziemniaków. Natychmiast oświadczył rodzicom, że wyjeżdża na kilka dni do kolegi w Łodzi. Miał tam istotnie przyjaciela, z którym często korespondował, było to więc prawdopodobne. Zresztą rodzice od dawna domyślali, się, że syn ich bierze udział w jakichś niebezpiecznych akcjach, ale udawali, że nie orientują się, o co chodzi. Henio wsiadł na motocykl ze „spluwą" w kieszeni i podręcznym neseserem. Wiedział, że jeżeli nawet wróci do domu, to raczej nieprędko. Z rodzicami pożegnał się tak jakby nigdy nic. Z ich zatroskanych twarzy mógł się domyślić, że wiedzą więcej, niż mówią. Tylko Hanka stawała okoniem na wieść o jego wyjeździe.

—  Znowu wyjeżdżasz. Wiesz, że tu najspokojniej. Guza szukasz?

—  Nic cię to nie powinno obchodzić — burknął.

—  Może i obchodzi. Frank umówił się ze mną, że przyśle mi pocztówkę pisaną na maszynie pod innym nazwiskiem, abym była spokojna o niego, i też nic dotąd nie ma. Teraz ty nagle zdecydowałeś się na tę Łódź. Kogo tam masz? Irka przecież w Warszawie, a za Łodzią granica, więc...

—  A skąd ty wiesz, że ja z Łodzi nie będę mógł skoczyć do Warszawy? — spytał przebiegle.

—  Chyba, że tak — poddała się Hanka.

U Nawrockiego w Winiarach Henio zastał już porucznika rezerwy, Konrada Wünschego, którego znał jeszcze z harcerstwa jako drużynowego. Wünsche na polecenie wyższych władz polskich, jak twierdził, przyjął w oflagu Volkslistę, powrócił do rodzinnego majątku w Opatówku, który wkrótce obok Winiar Nawrockiego stał się centrum polskiego ruchu oporu.

—  No, co? Nauczyłeś się już strzelać z tej „spluwy"? — spytał pan Alfred Frudego.

—  Trafiam w ósemkę z odległości stu kroków — odparł młody człowiek.

—  Jak na pistolet to całkiem nieźle — pochwalił go Nawrocki. — Ta umiejętność może nam się bardzo przydać. Mamy wiarygodne wiadomości, że Pickersgilla przewieziono do więzienia w Rawiczu. To teren Warthegau, te zbiry więc węszą za jakimiś jego powiązaniami z naszym terenem. Na szczęście mamy i w Rawiczu kogoś, kto może mu pomóc w ucieczce. Zaszyfrowaną wiadomość, jakie są szanse ucieczki, mamy otrzymać telefonicznie dziś w nocy. Trzeba to zrobić jak najprędzej, bo Niemcy mogą torturami tak fizycznie osłabić Pickersgilla, że nie będzie miał sił do ucieczki. Rawicz blisko stąd, dla mego mercedesa to najwyżej dwie godziny drogi. Wydaje mi się, że nie prześpimy spokojnie tej nocy.

—  Oby tak było — westchnął Henryk.

Rzeczywiście przed pierwszą w nocy obudził go sam gospodarz. Był już w skórzanej kurtce i w butach.

—  Za dwadzieścia minut ruszamy —  powiedział. — W jadalni czeka na ciebie gorąca kawa. Jest tam już nasz porucznik. Ma parabellum, ja na szczęście zdobyłem automat od mego „przyjaciela" Schöntogge, szefa gestapo w Kaliszu. Pytał mnie, co chcę dostać od niego na urodziny. Odpowiedziałem: „dobry automat esesmański, bym mógł się bronić w razie czego przed Polakami". No i dostałem go z dwustoma nabojami. Na jakiś czas ich wystarczy — uśmiechnął się zawadiacko pan Nawrocki. — Idę teraz sprawdzić sprawność mego wozu. Muszę też zmienić numer na tablicy. Trzeba być przezornym. No, widzę, że już się ubrałeś. Zejdź do jadalni — polecił Frudemu odchodząc.

W co do minuty oznaczonym czasie ruszyli ciemną nocą przez Ostrów w stronę Rawicza.

—  To ma się stać o czwartej rano. To najlepsza pora. Nawet strażnicy na wieżach więziennych wtedy zwykle drzemią. W najgorszym wypadku ja pierwszy otworzę ogień z mego automatu. Wy strzelajcie tylko do bliskich celów, bo broń krótka na dalszą odległość nie jest skuteczna — informował pan Nawrocki swoich podkomendnych.

Godzinę przed świtem podjeżdżali już do Rawicza o zgaszonych światłach. Wóz sunął cicho. Biły w nim niespokojnym rytmem trzy ludzkie serca. Jadący w mercedesie mężczyźni zdawali sobie sprawę, na jak karkołomną wyruszyli wyprawę. Henryk całą drogę myślał o swej jasnowłosej zielonookiej dziewczynie, która w Warszawie również zaciągnęła się w szeregi armii podziemnej. Rozmawiał z nią w myślach, czuł ciepło jej rąk, ciepło jej ust, widział jasny uśmiech na jej twarzy.

„Tak, Irenko... — powtarzał. — Oto nadszedł czas walki z brunatnym gwałtem na śmierć i życie i ja też do niej stanąłem. Nie będziesz potrzebowała wstydzić się mnie kiedyś, gdy..."

Dalej myśl jego wybiegła w przyszłość. Nie chciał wierzyć we własną śmierć, nie mógł w nią uwierzyć. Szedł oto w marzeniach z przytuloną do swego boku ukochaną dziewczyną, mądrą, tkliwą i piękną.

—  Tu się zatrzymamy — przywołał go do rzeczywistości energiczny głos Nawrockiego.

— Zbadałem okolice więzienia już przed trzema dniami. Auto za tym murem będzie niewidoczne. O trzysta metrów stąd więzienie. Ty, Konradzie, zostaniesz przy wozie na straży i jako odwód. Henryk pójdzie ze mną. Podsuniemy się jak najbliżej murów fortecy. Mury jej wysokie jak sto diabłów. Pickersgill będzie musiał skakać z tej właśnie strony. Paskudna to przeprawa. Czy on jest sprawny fizycznie? Ty go przecież znasz, Henryku?

—  Tak. Jest bardzo zręczny.

—  To dobrze — stwierdził z zadowoleniem Nawrocki.

Wydobył z bagażnika automat i ukrywszy go pod burką, ruszył zdecydowanym krokiem w ciemność. Za nim sunął Henryk, ściskając nerwowo pistolet w kieszeni skórzanej kurtki. Uszli tak może ze sto kroków, gdy niespodziewanie czarna przestrzeń przed nimi pojaśniała. Dostrzec można było wyraźnie zarys wysokich murów i wieże strażnicze, których nagle zapalone reflektory obmacywały potokami światła okalający więzienie teren.

—  Psiakrew, alarm! — syknął Nawrocki. — Coś tam złego się stało.

W jednym miejscu na murze zaczerniła się nagle ludzka sylwetka i zsunęła się w dół.

—  To on — szepnął Frude, ruszając naprzód.

Zdążyli zrobić kilka kroków, gdy od strony wież strażniczych zaterkotały karabiny maszynowe. Z początku jeden, potem dwa, trzy, cztery. Biły w jedno miejsce, wyraźnie oświetlone reflektorami. Mocna, żylasta dłoń chwyciła za ramię młodzieńca biegnącego na ratunek przyjaciela.

—  Stój, cofnij się. Zginiesz tam za chwilę, potem ja i Wünsche. Nikt nie przejdzie przez tę linię ognia. Widzisz, otwierają już bramę. Zaraz tu będzie ich pogoń.

—  Nie zostawię tak Franka!...

—  Toż nie podniósł się nawet. Mogła go trafić pierwsza kula lub zabił się skacząc z takiej wysokości. Uciekajmy, to ostatni moment.

—  Nie zostawię tak Franka...

—  Daję rozkaz! Henryku, za mną — zakomenderował ostrym tonem Nawrocki.

—  Rozkaz... — jęknął Frude. — Nie myślałem, że rozkaz to taka straszna rzecz.

—  Jesteśmy jeszcze potrzebni. Nie wolno nam zginąć w taki sposób — odpowiedział dowódca.

Spiesznie dopadli auta. Porucznik Wünsche nie pytał, dlaczego wracają sami. Ledwie wyjechali na przelotową ulicę miasta, zaterkotało tuż przed nimi kilka motocykli pełnych żandarmów. Pędzili na pełnym gazie w stronę więzienia. Nie zwrócili jednak, przejeżdżając obok, uwagi na okazałego mercedesa, na którego karoserii łopotała chorągiewka ze swastyką.

— Widzisz — powiedział Heniowi Nawrocki — gdybyśmy tam wdali się w beznadziejną walkę ze strażą więzienną, te zbiry wezwane telefonicznie na pomoc przecięłyby nam odwrót. Przewidywałem to.

—  Biedny Frank... biedna Hania... — szepnął do siebie Henryk.

Henryk Frude długo trzymał w ręku zieloną kartkę papieru, opieczętowaną orłem trzymającym w szponach swastykę. Był blady jak ściana, przed oczami przelatywały mu, na podobieństwo kruków, czarne płatki.

—  Tak... to było do przewidzenia, to musiało się stać — powtarzał rozpaczliwie. — Tej hańby nie zniosę! Nigdy nie włożę na siebie niemieckiego munduru, nigdy, nigdy!!

Wiedziony pierwszym odruchem rozpaczy, pobiegł do ogrodowej altany, w której podmurowaniu ukrył rewolwer.

„Nigdy się nie zacina, działa niezawodnie" — przypomniał sobie słowa Nawrockiego. — Tak, broń ta nie zacięła się nigdy w czasie ćwiczebnych strzelań w lesie — stwierdził. — Jeden strzał w usta i koniec. Nie będzie jednego żołnierza więcej w hitlerowskim Wehrmachcie.

„A Irenka... rodzice... przysięga żołnierska... Lepiej uciec, skryć się gdzieś, zaciągnąć w szeregi partyzantów w Generalnej Guberni. Z pozoru wydaje się to takie proste, najlepsze, ale pozostaliby tu moi drodzy, najbliżsi. Rodzina dezertera poniosłaby straszną karę z rąk oprawców. Takie są ich zbójeckie prawa" — rozważał.

Właśnie włodarz zadzwonił na południową przerwę w pracy. Głos gongu niósł się daleko za zabudowania gospodarcze, za młyn terkoczący na odnodze Prosny i ginął gdzieś w polach. Z sąsiedniego drwalnika wyszło trzech robotników przygotowujących drewno na zimę. Ruszyli do swych chat we wsi, gdzie ich żony warzyły południową strawę. Przechodząc obok Henryka, robotnicy pozdrawiali go zwykle „Niech będzie pochwalony", na co on odpowiadał im grzecznie — „Na wieki wieków, amen". Zagadywał też ich, a oni wyraźnie na to czekali uśmiechając się życzliwie. Tym razem jednak, zobaczywszy zatroskaną twarz młodego Frudego, minęli go w milczeniu. Przez uchylone drzwi drwalnika Henio dostrzegł duży pieniek do rąbania drewna i porzucone obok siekiery.

—  Dwa palce... — szepnął do siebie. —  Trzeba odciąć dwa palce prawej ręki, wskazujący i średni, a żadna siła już nie zrobi ze mnie żołnierza niemieckiego... polskiego też — pomyślał z goryczą — ale ojczyźnie będę mógł służyć na sto sposobów, choć bez broni w ręku.

Po chwili pani Łucja Frude, grająca na fortepianie w salonie ulubioną etiudę rewolucyjną Chopina, zakazanego wtedy w Polsce, usłyszała rozpaczliwy krzyk Hani:

—  Jezus  Maria,  mamo,   Henio!...

Pani Łucja wybiegła do hallu, skąd dochodził lament córki. Przed nią blady jak opłatek stał jej jedynak. Z prawej jego ręki spływała struga krwi.

—  Henryku, co się stało? — spytała przerażona.

—  Musiałem to zrobić, mamo — wyszeptał jej syn. — Nie mogłem inaczej, naprawdę nie mogłem.

Urzędowy lekarz powiatowy, na szczęście porządny człowiek i znajomy pana Frudego, pokiwał głową ze zrozumieniem:

—  Tak, tak... Wypadek przy obsłudze sieczkarni. To się czasem zdarza. Ma pan dobrego syna, panie Frude. Zostanie przy panu całą Wojnę. Jest całkowicie niezdolny do służby wojskowej.


[1]  Sieg   heil!   (niem.) — niech żyje zwycięstwo!

[2]  Die   Schutzpolizei (niem.) — policja.

[3]  Der  Hauptmann   (niem.) — kapitan.

[4]  Der  Untermensch (niem.) — podczłowiek, tak nazywano Polaków.

[5]  Hande    hoch!    (niem.) —   ręce do góry!

[6]  Halt,   halt! (niem.) — stój, stój!

ROZDZIAŁ SIÓDMY

WALKA TRWA

Frau Anna Nawrocka nie kryła przed swym otoczeniem, że z wszystkich ludzi i rzeczy na tym świecie kocha tylko męża, muzykę i gwiazdy. W wielkiej przyjaźni była ze szwagierką z Heidelbergu, Heleną Nawrocką. Była to jedyna kobieta, przed którą piękna pani Anna otwierała swoje serce. Prędko też stały się obie przyjaciółkami. Helena każdego roku część swych długich wakacji spędzała u braterstwa, oni zaś, gdy mieszkali w Berlinie, często wpadali do małego Heidelbergu, by w zacisznym mieszkaniu siostry odpocząć po wielkomiejskim gwarze. Ponieważ ludzie nie interesowali zupełnie pani Nawrockiej, zgodziła się porzucić Berlin, wielki świat, w którym żyło im się wygodnie dzięki wysokim parantelom, i wyjechała z mężem „na pustynię", jak mówiła, do domu pod niedużym miastem na świeżo zdobytej przez Niemców ziemi. Nie mogła zrozumieć zupełnie, co pociągnęło męża do tej obcej ziemi, gdzie od początku musiał tworzyć sobie nową egzystencję, gdy tak łatwo żyło im się w Berlinie, ale i to ją niewiele interesowało. Prosiła tylko, by Alfred nie likwidował ich pięknego mieszkania przy Humboldstrasse, na co mąż chętnie się zgodził, bo twierdził, że nie zamierza całkowicie porzucić swych interesów w stolicy Rzeszy. Istotnie raz po raz ruszał z Winiar do Berlina, zabierając zawsze ze sobą małżonkę. Urządzał wtedy u siebie wystawne przyjęcia, na których bywali dygnitarze hitlerowcy, jak generalny prokurator Berlina, Wilhelm Tiegge, generał dywizji SS „Berlin", Otto von Wohensipen i wielu innych. Czasami, ubłagana przez Annę, zjawiała się samo Frau Göring. Wówczas szampan lał się strumieniami, a okrzyki „Sieg heil" i „Heil Hitler!" grzmiały bez przerwy. Dygnitarze ci cenili pionierską działalność na niemieckim już teraz Wschodzie Parteigenosse[1] von Nawrockiego, którego „środki spożywcze" z Winiar coraz wydatniej podnosiły sprawność „niezwyciężonego" Wehrmachtu.

W czasie pobytu w Berlinie Alfred znikał na całe dnie, troskę o przygotowanie hucznych wieczornych biesiad w swym domu zostawiając skrzętnej gosposi, stale pilnującej jego berlińskiej rezydencji, i kucharzowi, którego przywoził ze sobą z Winiar. Cały bagażnik mercedesa był załadowany spirytualiami i wiktuałami, zaopatrzenie było więc znakomite. Sam gospodarz domu zjawiał się dopiero tuż przed przybyciem gości bardzo zaaferowany i często jeszcze musiał przeprowadzać jakieś pilne rozmowy telefoniczne.

Takie zachowanie właściciela winiarskiej fabryki w stolicy wielkiego Reichu mogłoby dziwić wiele ludzi, ale Frau Nawrocka nie zwracała na to najmniejszej uwagi.

—  Trzeba zostawić mężczyznom ich dziwactwa — zwierzała się siostrze męża. — Alfred robi wiele rzeczy, których zupełnie nie rozumiem i nie staram się nawet rozumieć. Nie sądzę, że to nasza palarnia kawy, którą prowadzi w Berlinie mój kuzyn i która daje nam wielkie dochody, tak go absorbuje. Mój wuj Herman, jak wiesz, właściciel wielkich plantacji kawy w Brazylii, przysyła nam przez Szwajcarię duże transporty kawy. Alfred twierdzi, że daje to nam wielką korzyść. Jedno tylko mnie dziwi, że nie ma ochoty jechać ze mną do wuja Hermana. Wuj jest już w podeszłym wieku, nie ma dzieci i bardzo mnie polubił. Ma zamiar zapisać nam cały swój majątek pod warunkiem, byśmy przy nim byli, ale Alfred nie chce o tym nawet słyszeć. Dziwni są mężczyźni, przyznasz to, Heleno.

—  Może właśnie dlatego mnie wystarczają gwiazdy — odpowiedziała profesor astronomii.

—  Jesteś na dobrej drodze, droga Heleno. I mnie zaczynają one coraz bardziej interesować. Gwiazdy wydają dźwięki, prawda?

—  Poetycka przenośnia.

—  Piękna i chyba prawdziwa, bo otacza nas, zgodzisz się z tym, morze fałszu. Nie trzeba walczyć ze złem, można go po prostu nie uznawać.  Nie  uznawać  istnienia  kogoś  lub  czegoś  to  najwyższa negacja. Ja odrzucam istnienie zła. Ono nie może mnie dotknąć, skalać, bo go po prostu dla mnie nie ma. —  Człowiek jednak ma duże możliwości czynienia zła.

—  Ale przecież, Anno, nie wszystkim ludziom przypisujesz te złe intencje. Wyłączasz tu chyba Alfreda, mnie, wuja Hermana.

—  Oczywiście.

—  A widzisz. Nawet największy pesymista znajdzie w tym morzu nieprawości swoich sprawiedliwych. Nie jest tak źle z tym światem, jak sądzisz.

—  Nic mnie to, co czynią, czy myślą inni, naprawdę nie interesuje. Wystarczy mi Bach, Beethoven, Wagner, Brahms, no, może i Chopin, choć jego liryka jest dla mnie zbyt ckliwa. Sentymentalizmu nie znoszę. Toleruję go jedynie u mego Alfreda. Nie jego wina, że nie urodził się Niemcem. On znowu przyznał mi się, że nienawidzi wszystkich Niemców prócz mnie naturalnie. Dla mnie sprawy narodowości nie są istotne.

Na przyjęciu w Berlinie tego wieczora, kiedy pani Helena Nawrocka odwiedziła brata, była zapowiedziana również Frau Göring. Na wieść o tym przyjęło zaproszenie od Nawrockich wielu dygnitarzy hitlerowskich, ale w ostatniej chwili większość z nich odwołała swoje przybycie.

Nie zjawiła się też na przyjęciu wysoko postawiona siostra cioteczna pani domu. Wszystko to bardzo zaniepokoiło Annę Nawrocką. Kontrastowało to ze świetnym humorem jej męża, który powrócił do domu, nucąc pod nosem jakąś piosenkę.

—  Alfredzie, czy coś się nagle stało? Może twoje sprawy... — spytała męża.

—  Tak, stało się, ale to nas nie dotyczy — odparł Nawrocki pogodnie. — Wczoraj padł Stalingrad. Feldmarszałek Paulus z resztkami swej armii poszedł do radzieckiej niewoli. Hitler zabronił wszelkich przyjęć. Ogłosił tajną żałobę narodową, bo jawna zaszkodziłaby jego prestiżowi, na szczęście więc nikogo dziś u nas nie będzie. Upiję się z radości szampanem. Chyba i wy obie ze mną.

—  Z radości? Tam zginęły tysiące, tysiące Niemców...

—  Właśnie dlatego. Mówiłaś często, że nic cię oni nie obchodzą.

—  Tak rzeczywiście mówiłam — przyznała pani Anna. — Żal mi jednak moich rodaków, może bardziej tych, którzy dostali się do niewoli.

—  Aha, wyszło szydło z worka — uśmiechnął się złośliwie pan Alfred — więc jednak czujesz się Niemką?

—  Tylko człowiekiem. Wiesz dobrze, że jestem Austriaczką, ale ci ludzie mówią i myślą w tym samym co ja języku i cierpią. Ten szaleniec zresztą, z Austrii jak i ja rodem, zgubi całe Niemcy, prowadzi swój naród do przepaści. Alfredzie, uciekajmy stąd. Przepaść jest przed nami... Wuj Herman...

—  Przestań o tym mówić. Ty masz swoją muzykę i gwiazdy, więc i mnie coś zostaw. Ja mam swoją ojczyznę, rozumiesz?

—  Nie...

— Wielka szkoda. Wszystko, czym żyję, nazywa się Polska.

— Jakiś ty dziwny... Czy to nie wszystko jedno?

—  Nie wszystko jedno. Gdy widzę mój naród tak bardzo gnębiony, niszczony na każdym kroku, skazany na biologiczną zagładę przez klikę zbrodniarzy, to do gardła skoczyłbym każdemu z tych gnębicieli, oprawców, zbirów...

—  Uspokój się, Alfredzie — rzekła łagodnie pani Nawrocka, gładząc męża po rozgorączkowanej twarzy. — Oni przecież wszyscy zginą, ale dlaczego ty masz też zginąć? Ciebie chcę ratować, mój najdroższy — uśmiechnęła się tkliwie. — Tańczysz pośród jadowitych wężów. Może cię jad gada dosięgnąć albo miecz człowieka. Zostaw to wszystko, porzuć. Ojczyzny swojej nie zbawisz. I tak vyjdzie ona cało z huraganu dziejów, a ty możesz tego nie doczekać.

—  Za późno, za późno — szeptał pan Nawrocki. — Teraz już tylko pozostała mi hańba lub śmierć. Wolę śmierć, bo nie mogę porzucić moich towarzyszy. Związałem się z nimi, wiedząc, co mnie może czekać, dobrowolnie, z koniecznej potrzeby walki ze zbrodnią.

—  Boże, ocal Alfreda   — wykrzyknęła z rozpaczą pani Anna.

Geometra Bronisław Józef Kolczyński mieszkał już od dłuższego czasu w dawnym domu ojcowskim na Zagorzynku w pokoiku na facjatce. Oszczędności pozostawione przez żonę, zaszyte w kołdrze, wystarczyły mu na długą rekonwalescencję. Właśnie kończyły się już, gdy poczuł się na tyle dobrze, by móc przyjąć pracę kreślarza w powiatowym urzędzie mierniczym. Gdy utykając wlókł się z Zagorzynka do placu Świętego Józefa, gdzie mieściły się urzędy landratury, a więc dobre dwa kilometry, prawie zawsze znalazł się jakiś litościwy chłop, który pozwolił mu przysiąść się na wóz. Szosa piwonicką, później ulicą Częstochowską zwana, okazała się bardzo ruchliwa. Był to dawny łódzki trakt na Brzeziny, Błaszki i Sieradz. Roił się zawsze od chłopskich furmanek, jadących z Godziesz, Stobna, Wolicy, Lisa i Piwonic z jakimiś tam interesami do miasta. Kolczyńskiego zżerała jednak troska o rodzinę biedującą gdzieś tam pod Radomiem i tęsknota za nią.

W jednym z rzadkich listów pani Kolczyńska pisała do męża: „Cieszę się i jest to teraz jedyna moja radość, że ty masz na jakiś czas z czego żyć". Korespondencja od niej przychodziła nieregularnie. Wiele listów ginęło. Wyglądało to na świadomie stosowaną metodę ucisku podbitego narodu, a nie na zaniedbanie.

Jednego poranka mroźnej zimy 1942 roku mierniczy obudził się z silnym bólem głowy. Całą noc miał dreszcze, zimny pot spływał mu z czoła. Z wielkim trudem dowlókł się do pracy, bo jak na złość nie natrafił po drodze na żadną furmankę chłopską. Spóźnił się do biura przeszło pół godziny, ale jego szef, geometra gdzieś z Westfalii, tytułujący go kolegą, co było dowodem wtedy wielkiej kultury owego Niemca, spojrzawszy na twarz pana Kolczyńskiego zawołał:

—  Ależ proszę się nie tłumaczyć ze spóźnienia, kolega jest chory. Zaraz zadzwonię do powiatowego lekarza, by przyjął pana bez kolejki i dał zwolnienie na kilka dni. To jest mój dobry znajomy.

I tak pan Bronisław mógł pozostać parę dni w domu i leczyć się, co bardzo rzadko zdarzało się Polakom. Na ogół osobnikom „niższej rasy" chorować i leczyć się wtedy nie było wolno. Powrócił do domu z dużą gorączką. Facjatka jego, dość przewiewna, nie była opalana, bo Polakom węgla nie przydzielano. Bratowa, widząc jego stan, przyniosła z piwnicy kubeł węgla i napaliła w piecu. Przyniosła też herbatę z mięty, lipy i rumianku, „firmową mieszankę" Kolczyńskich, i talerz gorącej zupy, wszystko, na co ją było stać.

Zapadł wczesny zimowy mrok. Ostry kaszel dłuższy czas nie pozwolił usnąć panu Bronisławowi, zapadł wreszcie w ciężki, gorączkowy sen. Obudziło go ciche skrzypnięcie drzwi i czyjeś kroki. Choremu zdawało się, że ktoś wszedł do jego izdebki, potarł zapałkę i usiłował zapalić trzymaną w ręku świecę. Wątły jej blask rozświetlił nieco twarz niespodziewanego przybysza. Geometra spojrzał! na niego i był pewien, że majaczy. Obok niego stał starszy jego syn, Jurek, który został wysiedlony przed blisko dwoma laty do Generalnej Guberni.

—  Źle ze mną, Jurek mi się zjawił — szepnął chory.

—  To naprawdę ja, tatusiu — usłyszał głos syna. — Uciekłem stamtąd do ciebie. Mama ciągle mówiła, że musisz mieć opiekę, więc zaryzykowałem.

—  Moje kochane dziecko — zawołał pan Bronisław, wyciągając ręce do najmilszego gościa.

—  Ciocia mówiła, że jesteś chory. Będę ci teraz potrzebny.

—  Zawsze, zawsze, synku, będziesz mi potrzebny — odpowiedział chory pełnym wzruszenia głosem. — Martwię się tylko o twoje bezpieczeństwo.

—  Nie mówmy o tym teraz, tatusiu — odparł Jurek — dam sobie jakoś radę.

Pani Kolczyńska nosiła teraz „na górę" dwie miski zupy i po pajdzie razowca z mąki mielonej skrycie na chłopskich żarnach. Pod troskliwą opieką syna pan Bronisław prędko powrócił do zdrowia. Trzeba było pomyśleć o pracy dla Jurka, by mógł ubiegać się o zalegalizowanie swego pobytu. Inaczej każdej chwili groziło mu zesłanie na roboty lub do obozu koncentracyjnego, gdyby został schwytany podczas częstych kontroli ulicznych, a i w samym domu nie było zbyt bezpiecznie. W razie niespodziewanego nalotu policji niemieckiej Jurek miał wejść na strych po drabinie stojącej tuż obok drzwi izby ojca na poddaszu, wciągnąć ją za sobą i schować się tam w skrytce za główną belką stropu. Ta z góry przewidziana ostrożność okazała się konieczna. Właśnie nazajutrz młody Kolczyński miał się udać z ojcem do Winiar do Alfreda Nawrockiego, by prosić go o pracę, gdy o zmroku w pobliżu domu na szosie piwonickiej rozległy się strzały, jęki i przekleństwa w języku niemieckim.

— To pewnie znowu Kalita postrzelał koło nas Niemców! — zawołał przerażony pan Bronisław.

Jan Kalita, młody chłop rodem z Piwonic, był postrachem Niemców i wywoływał swymi napadami na nich krwawe represje wobec Polaków mieszkających w pobliżu. Całą jego rodzinę wystrzelali Niemcy za rzekomy sabotaż. Ocalony od śmierci jakimś zbiegiem okoliczności młody, rosły parobczak zaprzysiągł zemstę hitlerowcom. Żołnierzy Wehrmachtu nie tykał, ale każdy inny umundurowany przedstawiciel Reichu był celem dla jego pistoletu. Kalita, nieuchwytny dotąd, grasował w okolicach Kalisza, a i od samego miasta nie stronił. Urządzane na niego zasadzki zawodziły. Cena za jego głowę rosła. Rozklejano afisze z jego fotografią i wyznaczono nagrodę za wydanie zuchwałego napastnika, ale nikt się z tym nie kwapił. I tak rosła legenda o zuchwałych czynach Kality, a także strach przed nim wśród bezkarnych dotąd prześladowców Polaków.

Pan Bronisław nie mylił się. To właśnie w pobliżu ich domu dwóch niemieckich policjantów zatrzymało wracający z Kalisza chłopski wóz, żądając dokumentów od woźnicy, jego małżonki i towarzyszącego im potężnej budowy młodego chłopa. Ten sięgnął do kieszeni niby po dokumenty i wypalił z pistoletu do obu policjantów, ciężko ich raniąc. Furman zaciął konie i ruszył galopem naprzód. Lżej ranny policjant dowlókł się do najbliższego telefonu i wezwał pomoc. Już w dziesięć minut po tym zdarzeniu zawarczały na szosie piwonickiej motocykle niemieckiej służby bezpieczeństwa. Za chwilę kilku policjantów wtargnęło do domu Kolczyńskich. Weszli do izby pana Bronisława na poddaszu. Pokazał on policjantom swoje papiery inwalidzkie, kule zawieszone na krześle i zaświadczenie z landratury, że jest zatrudniony jako inwalida wojenny. Policjanci nawet nie zajrzeli na strych, gdzie ukrywał się Jurek, nie zabrali też nikogo z domowników. Dobrze wiedzieli, że Kalita działał sam i uciekł gdzieś daleko, bo tak zeznali obaj ranieni przez niego funkcjonariusze policji.

Nawrocki życzliwie wysłuchał obu Kolczyńskich. Rekomendował ich jego zaufany pracownik Władysław Krel.

—  Tak, tak, oczywiście, przyjmę od razu do pracy tego młodzieńca. Nic mnie nie obchodzi, skąd się tu wziął. Potrzeba mi ciągle nowych robotników, fabryka rozwija się. Pan Krel wystawi ci, chłopcze, zaświadczenie o przyjęciu do pracy potrzebne dla Arbeitsamtu[2]. Tam się z nim musisz zameldować i wszystko będzie dobrze.

Pan Nawrocki zbyt optymistycznie ocenił jednak sytuację. Nazajutrz Jurek udał się do urzędu pracy, ale ani wieczorem, ani na noc nie wrócił do domu. Pan Bronisław poszedł nazajutrz do pracy bardzo zaniepokojony. Całą noc spędził bezsennie.

— Jurka aresztowali... — szeptał do siebie z przerażeniem. Gdy przechodził przez most na Prośnie obok klasztoru Franciszkanów, opustoszałego po ucieczce ojca Mirochny, podszedł do niego jeden z dawnych kolegów gimnazjalnych syna.

—  Widziałem wczoraj, proszę pana — oświadczył mu ów młody człowiek — jak dwóch policjantów prowadziło Jurka zakutego w kajdanach do więzienia.

—  Wywiozą go do obozu koncentracyjnego, zginie, jeśli nie będzie ratunku... — przeraził się pan Bronisław.

W pracy przy kreśleniu drżały mu ręce. Był blady jak ściana. Dostrzegło to czujne oko „starszego kolegi", jak kazał mu się nazywać mierniczy powiatowy.

—  Widzę, że kolega się jeszcze nie wychorował — stwierdził. „Powiedzieć mu prawdę  czy nie powiedzieć?... — zastanawiał się pan Bronisław. — Nie, raczej nie”.

—  W takim stanie kolega nie może dziś pracować — zdecydował szef. — Proszę wracać do domu, dzień dzisiejszy ma pan zaliczony. A jutro, skoro nie będzie lepiej, uda się pan znowu do lekarza.

Pan Bronisław stwierdził, że istotnie bardzo źle się czuje, podziękował za zwolnienie i wyszedł z landratury.

„Muszę ratować Jurka — pomyślał — wybiorę się do Krela do Winiar — zdecydował. — Niech prosi Nawrockiego, by wstawił się za Jurkiem. On jeden tu może pomóc, nikt inny".

Gdy wszedł na dziedziniec fabryki Nawrockiego i mijał jedną z hal, usłyszał śpiew. Przystanął i własnym uszom nie wierzył. Wewnątrz hali chór kilkudziesięciu głosów kobiecych nucił polski hymn narodowy. Można było odróżnić nawet słowa. Raptem śpiew ucichł, ale nie na długo, bowiem po chwili dały się słyszeć słowa „Roty”:

Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród,

Nie damy pogrześć mowy...

Pan Kolczyński płakał. Łzy ciekły mu ciurkiem po wychudzonej twarzy, wykrzywionej spazmatycznym skurczem radości.

—  Co się stało? Ja chyba śnię... — powtarzał. — Przecież za tę pieśń idzie się na śmierć, a tu rozbrzmiewa ona jak za czasów wolnej Rzeczypospolitej.

Za chwilę dotarł do Krela. Ten wziął go na bok i zaczął szeptać:

—  Mamy kłopoty z szefem. Nie wytrzymał nerwowo na wieść o wielkiej klęsce hitlerowców pod Stalingradem, wypił za dużo z radości po powrocie z Berlina, wpadł do hali, gdzie pracuje kilkadziesiąt naszych kobiet i pierwszy zaintonował hymn narodowy, a potem „Rotę". To może nas wszystkich zdekonspirować, to jest — zmitygował się — narobić nam kłopotu jako Polakom. Teraz, gdy Hitler po kilku dniach milczenia ogłosił żałobę narodową, musimy być szczególnie czujni. Sytuację może uratować majster Niemiec nie znający polskiego. Zaraz pobiegł do pani Nawrockiej, by zabrała szefa. Pani Nawrocka pobiegła natychmiast do hali i z pomocą pokojówki Marysi zabrała męża do domu. Majster dostanie zaraz dobre porękawiczne i będzie milczał. Na szczęście kapitan Lefeld, który z ramienia Wehrmachtu, a właściwie gestapo ma nadzór nad fabryką, wyjechał do Kalisza. Z nim byłoby trudniej. On zna język polski.

—  Co ja teraz zrobię? — skarżył się Krelowi strapiony ojciec — mego syna zamknięto w więzieniu, gdy zgłosił się do urzędu pracy.

—  Niech pan będzie spokojny, poruczniku — usłyszał odpowiedź Krela. — Wszystko przekażę szefowi. Wbrew jego woli nikomu z jego ludzi w Kaliszu włos z głowy nie spadnie, a on już podpisał zaangażowanie do pracy pańskiego syna. Postaram się wszystko panu załatwić.

Już na drugi dzień po tej rozmowie Jurek powrócił do domu. Głowę miał ostrzyżoną do skóry i bardzo zmizerniał przez dwa dni pobytu w kaliskim więzieniu.

—  Wiesz, tatusiu, oni ubrali mnie już w więzienne pasiaki, dali trepy na nogi i onuce. Miałem jechać z transportem do Oświęcimia.

.— Pan Nawrocki cię uratował — wyjaśnił Jerzemu ojciec. — Mówił mi Władysław Krel, że takich jak ty „spalonych" mają tam już parę setek.

Dom Edyty Trubolskiej naprzeciw kaliskiego ratusza stał się głównym ogniskiem polskiego ruchu oporu w tym mieście. Tutaj zatrzymywali się kurierzy z Łodzi i Poznania, a nawet z Warszawy, przywożąc instrukcje i tajną prasę, tutaj odbywały się narady i odprawy szefów grup w razie przyjazdu kogoś wysoko postawionego w organizacji podziemnej, tutaj też zaprzysięgano nowych członków. Poczęto stopniowo odbudowywać organizację oporu od podstaw po całkowitym prawie zniszczeniu grupy Strzelczyka. Jeden Hys w Ołoboku wyszedł cało po tym krwawym pogromie i działał nadal w powiatach ostrowskim i kaliskim. Z nim utrzymywał stały kontakt Antoni Kut. Pod okiem Edyty Trubolskiej rozwijał szeroką działalność konspiracyjną. Zręczny, sprytny, odważny i towarzyski miał wszystkie zalety konspiratora. Wyłącznie teraz w jego rękach był kolportaż tajnej prasy przywożonej aż z Warszawy, on prowadził akcję wywiadowczą i stale posyłał meldunki do centrali w Warszawie. Pomógł mu w tym przypadek. Informacje wojskowe należało zbierać tam, gdzie gromadzili się ci, od których można je było zdobyć. Przebiegły Antoś „zarzucił sieci" na kantynę oficerską Schutzpolizei, którą kierował Niemiec z Trewiru, Liebknecht. Kut poznał go w czasie jakiejś alkoholowej libacji, urządzonej specjalnie w tym celu przez panią Trubolską. Gdy Antoś w czasie tego przyjęcia poczęstował szefa kantyny policyjnej dobrym cygarem, Liebknecht był w siódmym niebie.

—  Są jeszcze u nas w Rzeszy takie cuda? — delektował się wonnym dymem stary policjant. — Taki przysmak miałem w ustach... zaraz, kiedy to było? Aha, w Trewirze, będzie temu dziesięć lat.

—  Mogę panu dostarczać stale te cygara — szepnął przebiegły konspirator policyjnemu emerytowi do ucha.

—  Czy to możliwe? — nie wierzył własnym uszom szef oficerskiej kantyny policyjnej.

Od tego momentu Oberleutnant[3] Liebknecht był „kupiony" przez Antosia. Przy każdej okazji Oberleutnant chełpił się przyjaźnią z nadburmistrzem Kalisza, jakimś dawnym kolegą i również zaprzysięgłym amatorem cygar. W zamian za cygara przeciekały do rąk polskiego wywiadu bezcenne dokumenty uprawniające do legalnego poruszania się po całym Warthegau. Takich zezwoleń in blanco wycyganił Kut od obu trewirczyków co najmniej pięćdziesiąt. Wszystkie one spełniły swoje zadanie, co było wielkim ułatwieniem w pracy konspiracyjnej.

Któregoś dnia pani Trubolska szepnęła Antosiowi, że spodziewa się kogoś ważnego z Warszawy. Dostała już hasło, pod którym miał się zgłosić. W dwa dni potem starszy synek pani Edyty, Tadeuszek, chłopczyk o bystrych oczach, używany już do niejednej przesyłki, zapukał do drzwi „magazynu", w którym mieszkał najbliższy współpracownik jego matki.

—  Mamusia prosi wujka do nas na górę — zaśpiewał Tadeuszek  dźwięcznym, dziewczęcym prawie głosikiem. Był to już wieczór po godzinie policyjnej. W mieszkaniu „szefowej" zastał Kut trzydziestoletniego może mężczyznę o ogorzałym obliczu z błyskiem energii w oczach.

—  Podchorąży Kut, jeden z najdzielniejszych mych pomocników — przedstawiła pani Trubolska Antosia owemu panu.

—  Wiemy już o tym w Warszawie — odpowiedział gość. — Będę u was dłużej. Myślę, że będę mógł korzystać z waszej pomocy? — dodał przybysz, wyciągając do młodzieńca rękę.

—  Rozkaz, panie komendancie — wyprężył się Antoś przed dowódcą.

—  Ale nasi kurierzy opowiadają prawdziwe cuda o pani — zwrócił się gość z Warszawy do pani Trubolskiej.  —  Jakąż to potężną siłą jest miłość ojczyzny, skoro pani codziennie ryzykuje swe życie, mając dwoje dzieci w domu. To największe bohaterstwo.

—  Twardy obowiązek, nic więcej — odparła skromnie pani Edyta. — Kocham bardzo moich synków, lecz miłość do Polski stawiam ponad wszystko.

—  Mam nadzieję, że nie zapomni ona o takich Polkach — powiedział delegat. — Sztab nadal uznaje, że bezpośrednia akcja zbrojna na waszym terenie nie jest wskazana, natomiast stąd właśnie możemy czerpać informacje o potencjale zbrojnym Rzeszy, ruchach wojsk ku Wschodowi i ich nastroju. Trzeba by zorganizować stałe dyżury na stacji kolejowej i notować ruch pociągów na Wschód z wojskiem i sprzętem wojennym. Do tego najbardziej nadawałyby się kobiety, bo mniej zwracają uwagę.

—  Mamy przecież kolejarzy —  odezwała się pani Trubolska. — Oni mogą...

—  Informacji proszę dostarczać naszym łączniczkom. Oczywiście przewidujemy i kontakty z kolejarzami, będą wam podane. Wasze młode dziewczęta powinny pełnić dyżury na dworcu. W Kaliszu są dłuższe postoje pociągów wojskowych, ułatwi to dziewczętom kontakt z żołnierzami. Informacje o morale armii niemieckiej są dla nas bardzo cenne. Pani ma taką grupę dziewcząt?

—  Tak — odparła z uśmiechem gospodyni.

—  Melduję posłusznie — odezwał się Antoś Kut — że już udało mi się nawiązać znajomość z szefem kasyna Wehrmachtu.

—  To dobrze — ucieszył się delegat. — Wielu oficerów przysyłają tutaj z frontu wschodniego na wypoczynek, możecie uzyskać od nich sporo cennych informacji. Właśnie to chciałem wam zlecić, a widzę, że już w tym kierunku działacie.

—  Tak jest —  mówił dalej Kut. — Kierownik kasyna nazywa się Menzel, berlińczyk, w cywilu zarządca restauracji. Pierwszy mi się wygadał, że jego zdaniem Hitler tę wojnę przegra i że on ma to wszystko gdzieś. Jest łasy na tytoń, bo przydzielają go nawet wojskowym bardzo mało. Zacząłem wieczorami w tym kasynie podawać do stołu. To najlepsza okazja do złapania języka. Alkoholu też mają mało, więc pan Nawrocki za moim pośrednictwem dostarcza do kasyna świetnie oczyszczany bimber. Jego chemicy, inżynierowie: Gerlicz, Jerzy Dreszer i inni, robią z tej wódki istne cuda. Podrabiają najlepszy francuski koniak. Mam tu jedną butelkę, zaraz ją przyniosę.

— Może później. Więc ten Menzel? - Już je z ręki. Coś tu mam dla pana jako dowód, że mówię prawdę. Zaraz skoczę po to „coś" do mego mieszkania, to parę kroków stąd, piętro niżej przez kuchenne schody.

Po kilku chwilach młody człowiek powrócił i począł rozwijać jakąś naoliwioną szmatę. Za chwilę wysupłał z niej nowiutki małokalibrowy pistolet.

—  Proszę, to dar dla pana ode mnie — rzekł. — Są dwa zapasowe magazynki naładowane i pudełko z "pięćdziesięcioma nabojami.

—  Wspaniała broń, można ją nosić w kieszeni, dziękuję wam bardzo — rzekł delegat. — To od tego Menzla?

—  Za kilogram tytoniu — potwierdził Kut. — Powiedział tylko: „Abyś do mnie z tego nie strzelał, to reszta mnie nie obchodzi".

—  Więcej takich Menzlów wśród nich to i wojna prędko się skończy — stwierdził delegat.

Pani Edyta podała skromną wieczerzę: jajka i masło, kupiony na „zorganizowane" kartki chleb oraz krążek kiełbasy. Antoś Kut przyniósł butelkę „francuskiego” koniaku firmy „Nawrocki — Winiary”.

—  Teraz możemy się napić po kieliszku tego trunku — zgodził się komendant. — Rzeczywiście, smak prawie autentyczny.

—  W kasynie Menzla uchodzi on za autentyczny, drań robi na nim kokosy, dlatego taki miękki, firma „Nawrocki i spółka" nie pracuje bezinteresownie — uśmiechnął się szelmowsko podchorąży.

—  Więc zdrowie Alfreda Nawrockiego — delegat podniósł w górę kieliszek — ale nie, nie, to później. Pierwszy toast w tym domu niech będzie na cześć... — tu gość z Warszawy spojrzał wymownie w stronę pani Edyty.

—  Na cześć wolnej Polski — dokończyła za niego gospodyni domu. — Taki toast i ja do dna wypiję, choć nie gustuję w mocnych trunkach.

Wielkie nieszczęście z początku odczuwa się jak uderzenie obuchem w głowę. Pan Nawrocki, otrzymawszy szyfr z komendy głównej organizacji podziemnej z wieścią, że obaj jego starsi bracia, Stefan i Teodor, mechanicy rusznikarze, prowadzący w Tarchominie pod Warszawą tajną fabrykę broni, wpadli w ręce gestapo, stracił wprost głowę z rozpaczy.

— Biedni... lepiej by było, żeby się nie urodzili — szeptał do siebie. — Jakież tortury teraz przechodzą... biedni, kochani moi bracia — powtarzał bladymi wargami. Kilka godzin tak rozpaczał, aż wreszcie jego czynny umysł począł podsuwać mu sposoby ratunku nieszczęśników.

—  Najpierw muszę się z nimi zobaczyć — zdecydował. — Piekielnie to będzie trudne, ale od czego głowa? Kogo mogą do nich dopuścić? — zastanawiał się. — Tylko jakąś wielką figurę z Berlina. Zaraz, zaraz... Ten bałwan Tiegge, chytry na mój fałszywy koniak francuski, może przecież mieć sobowtóra. Generalny prokurator Berlina czyż nie może mieć polecenia samego Führera, by osobiście przesłuchał sprawców tej groźnej dla Rzeszy zbrodni? — rozważał i zabrał się bez zwłoki do przeprowadzenia swego planu. Miał w domu kilka oficjalnych blankietów, na których Tiegge przesyłał mu co roku życzenia noworocznie i dwie fotografie generalnego prokuratora, jedną zrobioną w cywilnym ubraniu, drugą w mundurze Gruppenführera[4] SS. Na jednym z blankietów generalnej prokuratury, po wywabieniu tekstu listu Tieggego, a pozostawieniu oryginalnego podpisu dygnitarza Rzeszy, Nawrocki postanowił wysłać pismo do szefa gestapo w Warszawie z żądaniem, aby wstrzymano śledztwo przeciw Nawrockim do czasu przyjazdu generalnego prokuratora. Nawrocki zdecydował się zostać sobowtórem Tieggego, by w ten ryzykowny sposób, bo innego nie było, ratować braci. Trzeba było jeszcze uzyskać na to zgodę organizacji w Warszawie i Łodzi oraz ich pomoc.

Pan Nawrocki zabrał się z żelazną energią do przeprowadzenia swego trudnego planu. Zgoda sztabu organizacji wkrótce nadeszła. Otrzymawszy ją pojechał zaraz do Berlina, by stamtąd wysłać pismo „generalnego prokuratora" do szefa gestapo w Warszawie. Gdy się to stało, odetchnął lżej po raz pierwszy od chwili otrzymania hiobowej wieści o aresztowaniu braci.

„Oni muszą przerwać ich męki, przecież »prokurator generalny« pisał wyraźnie, że działa z najwyższego rozkazu...” — rozważał. Na wszelki wypadek zadzwonił na zastrzeżony numer w Berlinie do mieszkania Tieggego. Telefon przyjęła gosposia domu, która znała „Herr Generaldirektora”, jak tytułowała Nawrockiego, z najlepszej strony, bo z bardzo hojnych napiwków.

—  Jaka szkoda, że pan generalny dyrektor nie zastał pana pro kuratora. Mój pan tak by się ucieszył. Wyjechał na tydzień na urlop w Alpy tyrolskie z Frau Tiegge.

„Świetnie się złożyło — pomyślał pan Nawrocki — bo te łotry mogłyby w czasie mego »urzędowania« w Warszawie zadzwonić na wszelki wypadek do generalnej prokuratury. Dowiedzieliby się, że Tiegge jest na urlopie, a to całkowicie pokrzyżowałoby moje plany."

Henryk Frude bardzo ucieszył się na wieść, że szef zabiera go „na robotę" do Warszawy. Spełniło się skryte marzenie młodzieńca, by wreszcie mógł zobaczyć Irenę. Już i matka, bez entuzjazmu odnosząca się do tego narzeczeństwa z powodu różnicy wieku, po owym tragicznym dniu, kiedy Henryk obciął sobie palce prawej ręki, zmiękła zupełnie dla jedynaka i nie sprzeciwiała się jego planom sprowadzenia Starkówny do Kalisza. Piękna panna na razie nie była jeszcze zdecydowana, czy przyjmie ów trudny do urzeczywistnienia projekt wobec zamknięcia Generalnej Guberni w jej ciasnych granicach. Tu jednak mogły pomóc stosunki i protekcje, przede wszystkim znajomości Alfreda Nawrockiego w Berlinie.

—  Gdybym ją mógł zobaczyć — wzdychał młody Frude — na pewno namówiłbym Irenkę, by zgodziła się przyjechać do Kalisza, ale na razie ani marzyć nie mogę, bym mógł się dostać do Warszawy.

I oto nagle Henryk dowiedział się, że jedzie do Warszawy, i to na jakąś akcję.

—  Czy będę mógł mieć, szefie, parę godzin dla siebie? — spytał młody Frude z niepokojem pana Nawrockiego.

—  Rozumiem... — uśmiechnął się zwierzchnik. — Sam nie wiem jak tam się nam powiedzie, przed nami trudne zadanie, ale może wykroi się dla ciebie trochę wolnego czasu. Do Łodzi jedziemy na „Reisegenehmigungi"[5] od Antka Kuta. Z Łodzi walimy do Warszawy na całkiem wariackich papierach. Tam zmienimy skórę. Ty będziesz młodszym referentem Ministerstwa Sprawiedliwości Rzeszy. Dobrze, że znasz język niemiecki i masz berliński akcent. Ja stanę się  jedną  z  najgrubszych  ryb  niemieckiego  wymiaru  sprawiedliwości. Miałem nią być w cywilnym garniturze, że to niby bardzo poufna misja, ale nie mogę sobie odmówić paradnego munduru Gruppenführera SS. Już mi go w Łodzi przygotowują. Mundur zawsze robi swoje. Na poufność mej misji będą wskazywały cywilne ubrania Wünschego i twoje. To wystarczy. Tylko wielka bezczelność popłaca u tych zbirów. Musicie jednak włożyć czarne garnitury i białe rękawiczki, by podkreślić wysoką funkcję osoby, której towarzyszycie. Maskarada musi być odegrana na cały regulator.

Z Litzmanstadt zadzwoniono do szefa gestapo dystryktu Warschau, że osobistość z Berlina przyjeżdża o określonej godzinie i żąda, by nie witano jej oficjalnie na dworcu. Do jej dyspozycji ma być dostarczone tylko jedno auto i drugie dla zapewnienia bezpieczeństwa. Komendant policji z Litzmanstadt polecił jeszcze, aby powstrzymać się od wszelkiej ostentacji.

Sam komendant warszawskiego gestapo, Stamm, prężył się na peronie berlińskiego ekspresu na dworcu warszawskim przed zaufanym członkiem Himmlera, stojącym o wiele wyżej od niego w hierarchii SS, mimo że on sam piastował cywilny urząd w Ministerstwie Sprawiedliwości. Walter Stamm przed wyjazdem na powitanie generalnego prokuratora Berlina dobrze obejrzał w tajnym archiwum fotografię Tieggego, by, jeśli przyjedzie on po cywilnemu, móc go zaraz rozpoznać. Wilhelm Tiegge przyjechał jednak w paradnym mundurze. Kropla w kroplę był żywym wcieleniem dygnitarza z fotografii, jak stwierdził szef warszawskiego gestapo. Ten sam mundur, monokl w oku, mars na czole.

„Jakaś burza się zbiera nad moją głową" — pomyślał Stamm, bo dostojnik z Berlina powitał go z chmurną twarzą, zimno podając dwa palce.

—  Najlepszy apartament w naszym skromnym hotelu SS na Szucha czeka na pana Generalprokuratora, zaraz tam będziemy.

—  Ani mi się śni u was zatrzymywać — odparł opryskliwie i wyniośle berliński dygnitarz. — Proszę mi przygotować apartament w Bristolu. Jestem incognito!

— Rozkaz! Ośmielę się tylko zwrócić uwagę pana generała na jego mundur. Względy bezpieczeństwa... — Co? Niemiecki wyższy oficer nie może w Warszawie pokazać się w mundurze? Spytam Himmlera, dlaczego jego podwładni nie mogą nam zapewnić bezpieczeństwa — odpowiedział gniewnie znakomity gość.

—  Zechciał mnie pan niewłaściwie zrozumieć — jąkał się Stamm. — To tylko wielka troska o jego osobę, na wszelki wypadek... my jesteśmy odpowiedzialni...

 Spodziewam się. „Na wszelki wypadek" — podchwycił złośliwie dostojnik z Berlina — mogą mnie tu poczęstować bombą, co?! To się już raz zdarzyło.

—  Ale się już więcej nie powtórzy, my czuwamy.

—  Czy to pewne?

—  Nic nie jest zupełnie pewne — rozłożył bezradnie ręce szef warszawskiego gestapo.

—  Z odpowiedzi niedostatecznie — burknął arogancko gość z Berlina. — Całkowicie pewne są rozkazy Führera i jego plany urządzenia świata.

—  Nie ośmieliłbym się nigdy tego kwestionować. My jesteśmy najgorliwszymi wykonawcami i stróżami planów Führera — oświadczył Walter Stamm.

—  Tak ich pilnujecie, że aż mnie tu musiano przysłać — warknął „generalny prokurator". — Tuż na zapleczu naszej bohaterskiej armii, która osłoniła Europę przed Rosją sowiecką, wyrasta nagle fabryka broni dywersantów. Pracuje spokojnie dwa lata pod waszą „czułą" opieką i tylko dzięki przypadkowi, gdy wybuchł u nich dynamit, dowiedzieliście się o jej istnieniu. No, tego nie mogliście już nie usłyszeć, ale zachowaliście się bardzo nierozsądnie. Strzelanina, straty w ludziach, no i złapaliście dwa pionki. Zamiast udawać, że nic nie wiecie, otoczyć ich czujną siecią, przekonać się, kto, co, jak, z kim, to wy zaraz izolowaliście ich. To nie są nowoczesne metody działania. To mi się nie podoba. Słyszy pan?!

—  Tak jest Herr Gruppenführer — meldował posłusznie Brigadeführer[6].

—  Mogliście przy tej okazji przechwycić cały ten piekielny ich sztab. Po nitce idzie się do kłębka, a nie rwie się jej grubymi łapami. Kogo złapaliście? Toć wiem z waszego szumnego raportu. Dwóch zwykłych robotników. Cóż oni mogą wiedzieć? Czego się od nich dowiecie? Sam chcę przesłuchać tych durniów. Jak się oni nazywają?

Komendant warszawskiego gestapo spiesznie wyciągnął notes z kieszeni, przekartkował go i odczytał: „Stefan Nawrocki, były technik rusznikarz fabryki broni w Stalowej Woli i Teodor Nawrocki, jego młodszy brat, mechanik przyuczony, pierwszy urodzony..."

—  Nie trzeba. Sam ich przesłucham.

—  Ma być przy tym tłumacz i protokolant czy...

—  Nikt! Absolutnie nikt. Nie życzę sobie tego — oświadczył kategorycznie dygnitarz z Berlina.

—  Ale tłumacz...

—  Czy myśli pan, że my tam w Berlinie nie przygotowaliśmy się do tej wojny, przewidując wszystkie jej ewentualności? Na rozkaz samego Führera już pięć lat przed zajęciem Polski polecono nam nauczyć się języka tubylców. Pan go zna?

—  Nie, Herr Gruppenführer.

—  To bardzo źle. Obejdę się bez pana przy przesłuchiwaniu tych łotrów. Sam ocenię, do czego mogą nam się przydać. Nie zabijaj owcy, z której możesz mieć złote runo. Wie pan, kto to powiedział?

—  Nie wiem.

—  Nic więcej od pana nie słyszę, tylko stale „nie wiem". Front wschodni chyba już tylko mógłby pana czegoś pożytecznego dla Reichu i Führera nauczyć, Herr Stamm. Otóż zacytowałem właśnie słowa naszego wodza. Zawierają prawdę tak cenną, że łatwo się domyślić, kto je wypowiedział.

Zaraz po przybyciu do siedziby warszawskiego gestapo w alei Szucha mąż „najwyższego zaufania" rozsiadł się bez ceremonii w gabinecie komendanta i zażądał, by postawiono przed jego oblicze obu braci Nawrockich. Po niedługim czasie dwóch oficerów gestapo wprowadziło do gabinetu słaniające się na nogach i skute w kajdany niepodobne do ludzi postacie.

—  Tak wyglądają ci, którzy mogliby nam oddać cenne usługi Ileż upłynie czasu, nim przywrócimy im ludzki wygląd — odezwał się ostro do Stamma „berliński dostojnik". — Zdjąć im kajdany z rąk! — rozkazał strażnikom.

Zza drzwi wyskoczył jeden z podoficerów i szybko wykonał polecenie.

—  A teraz odejdźcie stąd wszyscy! — komenderował dostojnik. — Z panem, Herr Brigadeführer, porozmawiam, gdy skończę badanie.

—  Siadajcie — zwrócił się po polsku do braci, gdy zostali sami, wskazując im miękkie fotele luksusowo urządzonego gabinetu. Obaj stali bez ruchu, jakby nie rozumiejąc wyrzeczonych do nich słów.

„Licho wie, czy nie ma tu jakiego podsłuchu — zastanawiał się Alfred Nawrocki. — Kto by tam kontrolował szefa gestapo w Warszawie, ale Himmler do wszystkiego jest zdolny — rozważał w myślach. — Trzeba jednak być ostrożnym" — zdecydował.

—  A wy dranie! — huknął na braci — czy nie rozumiecie, gdy się do was gada w waszym parszywym języku? Siadajcie mi zaraz, gdy każę!

Po długim czasie kaźni taki ton był zrozumiały dla obu nieszczęśników. Przysiedli zaraz na krawędziach foteli, oczekując nowych, bardziej wymyślnych mąk. Tymczasem ich domniemany kat podszedł do nich i szepnął każdemu do ucha:

—  Jestem waszym bratem. To tylko mistyfikacja, aby was ratować. Słuchajcie mnie.

Wyraz bezgranicznego zdziwienia rozjaśnił umęczone twarze obu Nawrockich. Ich brat krzyczał teraz, ile sił w płucach.

—  Podnieśliście rękę na wielką Rzeszę Adolfa Hitlera! Wasza perfidna zbrodnia wymaga najwyższej kary! Ale nasz Führer pamięta nawet o takich jak wy wyrzutkach ludzkiego rodzaju. Przywożę wam jego łaskę. Podpiszcie, że będziecie mu odtąd wiernie służyć i wykonywać polecenia jego podkomendnych. Z opryszków i bandytów staniecie się teraz ludźmi drugiej wprawdzie kategorii, ale i to dla was za wiele. Zrozumiano?

Stefan i Teodor pokiwali głowami na znak, że zrozumieli.

—  Trzymajcie się, kochani, jakoś was stąd wyciągnę — szepnął im ponownie pan Alfred i zaraz nacisnął dzwonek na biurku. Za chwilę stanął przed nim dyżurny oficer gestapo.

—  Poproś do mnie waszego szefa — rzucił mu wyniosłym tonem rozkaz dygnitarz.

—  Jawohl, Herr Gruppenführer! — ryknął w postawie na baczność dyżurny oprawca.

—  Z zabitego wołu możesz mieć pieczeń, z zabitego człowieka tylko ścierwo — rzekł wysłannik Berlina do wchodzącego komendanta. — Trzeba umieć korzystać z żywych ludzi.

—  Według instrukcji każdemu z aresztowanych proponujemy współpracę — raportował Stamm.

—  Wybijając mu najpierw zęby i tłukąc do utraty przytomności. To nie są metody naukowe, dziś my ich już nie stosujemy — rzekł z naciskiem na „my" domniemany prokurator generalny. — Będę teraz badał tych dwóch przestępców w pańskiej obecności. Naturalnie nie znają oni niemieckiego języka, będę więc zmuszony plugawić swoje usta ich okropnym żargonem. Niech pan wezwie tłumacza, by na bieżąco orientować się w toku śledztwa.

Gdy do gabinetu wszedł tłumacz i stanął obok fotela Stamma, przybysz z Berlina rozpoczął swą perorę:

—  Już wam mówiłem, łotry, których święta niemiecka ziemia nosić nie powinna, a na niej tu stoimy, że zbrodnie wasze godne są najokrutniejszej kary. Myślę jednak, że Führer mógłby je wam wybaczyć, choć nie byliście godni, by urodzić się Niemcami. Na tę wielką wspaniałomyślność największego ze wszystkich ludzi świata wszystkich czasów trzeba jednak zasłużyć, wynagrodzić narodowi niemieckiemu szkody, jakie wyrządziliście. Tylko pod rządami Niemców ludzkość może być szczęśliwa, zrozumieliście?

—  Zrozumieliśmy — rzekł starszy z braci, Stefan.

—  Ja także zrozumiałem — bąknął młodszy, Teodor. Komendant gestapo kiwnął z uznaniem  głową.  Ten  wysłannik Berlina, którego tak się obawiał, wydał mu się w tej chwili jakimś cudotwórcą. Żadna kaźń nie dotąd nie zdołała wydobyć z tych ludzi, a oto zjawienie się dostojnika z Berlina dokonało zupełnej ich przemiany.

—  Więc podpiszecie, że będziecie służyć prawym władcom tej ziemi, funkcjonariuszom wielkiej Rzeszy? — pytał dalej „prokurator".

—  Ano, czemu nie, jeżeli coś z tego będziemy mieli — bąknął Stefan Nawrocki.

—  Czemu nie? Podpiszemy i zaczniemy nową robotę, jeżeli się opłaci — potwierdził decyzję brata Teodor.

—  Tych łajdaków można było wcześniej kupić. Nie umieliście z nimi rozmawiać — zwrócił się Gruppenführer do szefa gestapo. — Odprowadzić tych ludzi, wykąpać ich, ubrać przyzwoicie i wypuścić — rozkazał. — Za miesiąc, gdy przyjdą do siebie, mają rozpocząć robotę.

—  Ośmielam się zwrócić uwagę — odezwał się szef gestapo — że w takim stanie trudno ich wypuścić. Chyba zabierzemy ich przedtem do naszego szpitala.

—  O, co to, to nie — sprzeciwił się wysłannik Berlina. — Właśnie ten ich stan wzbudzi zaufanie ich wspólników. Na nich musimy zapolować.

—  Któż uwierzy z tych łotrów, że wypuściliśmy z rąk fabrykantów broni dla band polskich?

—  Mało sprawnie pan myśli, Herr Brigadeführer — skrzywił się Gruppenführer. — Czy nigdy się wam nie zdarzyło, by ktoś uciekł?

—  Były takie przypadki niedopatrzenia, niestety — przyznał szef gestapo — ale rzadko się zdarzały.

—  Więc może się zdarzyć jeszcze jeden. Czy ja mam was wszystkiego uczyć? — dodał niecierpliwie dostojnik SS.

—  Rozkaz, Herr Gruppenführer — wyprężył się komendant.

—  No, to zakończyliśmy tę sprawę; być może uda mi się w Berlinie obronić pana przed wcieleniem do armii wschodniej — rzekł łaskawszym tonem dygnitarz.

—  Każda służba dla Führera będzie dla mnie zaszczytem — wyrecytował gładko oprawca warszawski — ale to odpowiedzialne stanowisko...

— Właśnie, właśnie — podchwycił pozornie dobrodusznie jego rozmówca — tutaj jednak żyje się tak wygodnie. Tego wszystkiego nie ma na Wschodzie. Tam jest biały rosyjski mróz i czerwona śmierć. No, kochany Stamm, przejrzę jeszcze kilka tajnych akt waszych tutaj i czas mi wracać do Berlina.

— Jawohl, Herr Gruppenführer — prężył się znowu kat Warszawy przed swoim domniemanym zwierzchnikiem.

Henryk stał onieśmielony w progu pokoju Ireny. Wstydził się swego dobrowolnego kalectwa i chował za sobą okaleczoną prawą rękę, czuł się nieswojo wobec tej pięknej panny o dużych jasnych oczach i jasnych włosach, wijących się w naturalnych lokach, które nie zasłaniały jednak jej wysokiego czoła. Irena Stark ukończyła niedawno studia na tajnym uniwersytecie, on ich nawet nie zaczął. Zielone oczy panny patrzyły na niego tkliwie. Starkówna, widząc zażenowanie tak długo oczekiwanego gościa, przywitała się z nim bardzo serdecznie.

—  Jak się tu dostałeś? To dla mnie zupełna niespodzianka. Pisałeś już dość dawno, że będziesz się starał o zezwolenie na wyjazd do Warszawy, ale nie uprzedziłeś, że już je masz.

—  Bo go nie miałem. Jestem tu w specjalnej misji.

—  Właśnie. Wy wszyscy macie sprawy, a ja jedynie dotąd uczyłam się. I to było wielkie ryzyko, ale w porównaniu... Teraz już i to się skończyło.

—  Moja mama zaprasza cię do Kalisza.

—  Dziękuję, pisała mi o tym i o twoim wypadku z ręką też. Zaraz domyśliłam się, o co chodziło. — Nie pogardzasz mną? — spytał cichym głosem.

—  Skądże znowu... Wiem, że masz „sprawy". I teraz znowu. Wiem, jak się narażasz, gdy ja tu żyję prawie bezpiecznie.

—  Nikt w Polsce nie żyje teraz bezpiecznie — zaoponował młodzieniec.

—  No, ale jest różnica.

—  Irenko, czy zgodzisz się przyjechać do Kalisza? — spytał tonem, który zdradzał, jak bardzo mu na tym zależy. — Nie wiem wprawdzie, czy mam prawo to ci proponować, bo u nas jeszcze niebezpieczniej, ale...

— Jak mało mnie jeszcze znasz...

—  Toczymy walkę z ukrycia, straszną, nieubłaganą, podstępną z obu stron. Niemcy ją nam narzucili.

—  Wiem i jeśli będę mogła dostać się do Kalisza, to pod warunkiem, że stanę w tej walce obok ciebie — oświadczyła panna.

—  Bardzo mi ciężko przyjąć tę ofiarę — odpowiedział po pewnym wahaniu. Znać było, że walczy z samym sobą. — Czy wiesz, że to są wyrafinowani kaci, że ziemia nie wydała dotąd tak okrutnych, drapieżnych zwierząt?

—  Właśnie dlatego chcę ponosić to samo ryzyko co ty. Chcę być godna ciebie — dodała ciszej.

—  Oh, Irenko, przecież to niepotrzebne. Ja i tak...

—  Nie mogę być gorsza od moich rówieśnic — rzekła bardzo poważnie panna. — Powtarzam: to mój warunek nieodwołalny. Dopiero gdy go przyjmiesz, masz prawo zacząć starania, abym mogła wyjechać do Kalisza. Powiedzą o nas kiedyś — rzekła kładąc narzeczonemu rękę na ramieniu — że należeliśmy do pokolenia ludzi obłąkanych ojczyzną... A przecież czy można inaczej?

Henryk pochylił się i ucałował rękę Ireny.

—  Odtąd razem, najdroższa... —  szepnął — tylko cóż ja ci mogę ofiarować?...


[1]  Der  Parteigenosse   (niem.) — towarzysz partyjny.

[2]  Das  Arbeitsamt   (niem.) — urząd pracy.

[3]  Der  Oberleutnant   (niem.) — porucznik.

[4]  Der  Gruppenführer (niem.) — generał dywizji w formacji SS.

[5]  Die  Reisegenehrnigung (niem.) — zezwolenie na podróż.

[6]  Der  Brigadeführer   (niem.) — w SS odpowiednik rangi generała brygady.

ROZDZIAŁ ÓSMY

POCZĄTEK KOŃCA

Delegat tajnej organizacji, który przybył do Kalisza, wykazał ogromną energię i determinację, zapał i odwagę w organizowaniu powierzonego mu okręgu. Wróg na terenie Warthegau rozporządzał wszystkim, ci zaś, co mu się przeciwstawiali, zepchnięci do poziomu niewolniczego stada, wyzuci ze wszystkiego, niszczeni metodycznie, nieustannie, z naukową precyzją, wzmocnioną potężnym ładunkiem nienawiści, mieli tylko do stracenia własne życie.

Delegat bystrym okiem właściwie ocenił sytuację. Uważał, że niszczony z coraz większą pasją żywioł polski rozbił się pod grozą całkowitej zagłady na trzy grupy. Na bierną większość, zastraszoną, liczącą jedynie na biologiczne przetrwanie przez wykonywanie wszystkich zarządzeń wroga, ten trzon każdego żywego społeczeństwa ludzkiego kierującego się w swej masie tylko instynktem trwania, i na dwa inne skrajne odłamy. Liczniejszym z tych dwóch są ci, co ukochali bardziej ojczyznę niż własne życie. To są nasi ludzie. Na nich można budować, z nich tworzyć mozolnie, czujnie, powoli, z dużą rozwagą, ową armię straceńców, która tyle wszechwładnemu pozornie wrogowi napędza strachu i płoszy sen z powiek butnych najeźdźców. Najgroźniejsza, najbardziej nikczemna jest trzecia grupa rodzimego żywiołu „w kraju Warty". Tę znają dzieje od początków istnienia rodzaju ludzkiego. Wywodzi się ona od biblijnych Kainów i Judaszów aż po nowoczesnych Quislingów i Degrelle'ów.

Tylko w naszej ojczyźnie najbardziej niszczonej przez wroga ta grupa nie była reprezentowana. Polska wprawdzie wydała wielu małych, tuzinkowych łotrzyków z najniższych mętów społecznych, z szumowin ludzkich, ale na szczęście ani jednego większego kalibru — zakończył swoje wywody delegat.

— Tak, ale mamy ich wszędzie — odparła pani Edyta. — Nie wie pan, ile trudu kosztowało nas znalezienie pośród Volksdeutschów znających język polski i dlatego zatrudnionych w biurach, do których napływa korespondencja w języku polskim, ludzi nam życzliwych. Taki Ślązak, Piernikarczyk, z którym mam kontakt, urzędnik Arbeitsamtu, niszczy codziennie kilkanaście donosów pisanych przez Polaków na Polaków. Niektóre z tych listów sama miałam w ręku.

—  Mamy więc własne polskie piekło — pokiwał smętnie głową delegat.

—  Tak, i to jest wieczne piekło, będziemy mieli je zawsze, chodzi tylko o to, aby jak najbardziej ograniczyć zasięg jego działania — rzekła pani Trubolska. — Dzięki stosunkom Alfreda Nawrockiego z władzami hitlerowskimi doszliśmy do tego, kto wydał w ręce gestapo przed rokiem siedzibę ówczesnego dowództwa Tajnej Organizacji Wojskowej. Obie aresztowane wtedy kobiety, Olszewska i Szurczakowa, nikogo oprawcom nie wydały. Rozstrzelali je po najokrutniejszych męczarniach. Donosiciel w liście do gestapo, pisanym bardzo złą niemczyzną, deklarował swoją chęć odkupienia win wobec narodu niemieckiego. List ten pan Nawrocki czytał i na jego naleganie gestapo rozpoczęło poszukiwania donosiciela, który nazywał się Puppe. Na odwrocie koperty umieścił jako adres nadawcy, adres miejscowego dentysty Niemca, który z tą sprawą nie miał nic wspólnego. Donos mógł napisać jeden z jego wielu pacjentów. Pup-pych gestapo znalazło w Kaliszu dwóch, zupełnie sobie obcych ludzi, nie krewnych, ale ekspertyza wykazała, że żaden nie był autorem owego ręcznie pisanego listu. Dopiero parę dni temu pan Nawrocki podał mi nazwisko autora tego donosu, rzekomego Puppego. Jest to członek organizacji kierowanej przez Strzelczyka i Malinkę. Nazywa się on Wojciech Hageman. Zmienił sobie imię na Albert i gdy wreszcie „dojrzał" do tego, by zgłosić się na Volkslistę, przydał się do „zasługi" wydania komendy Tajnej Organizacji Wojskowej.

—  Czy wiecie, gdzie mieszka ten łotr?

—  Właśnie wczoraj dostaliśmy jego adres.

—  Powołam sąd nad Hagemanem. Jeśli wyda on wyrok śmierci, należy odczytać go oskarżonemu przed jego wykonaniem.

—  Będzie to bardzo trudne — zauważyła Edyta.

—  Ale, niestety, konieczne. Takie są nasze zasady walki.

—  A ich?

—  Nie możemy się na nich wzorować.

—  Nawet prawo międzynarodowe uznaje zasadę odwetu. Bezprawne działanie jednej strony uprawnia drugą do stosowania takich samych metod. Oni stosowali wszelkie metody tortur dla wymuszenia zeznań od Olszewskiej, żony Strzelczyka i Szurczakowej. Jeden z naszych ludzi grzebał rozstrzelanych w lesie na Lisach w tej egzekucji i zeznał, że widok obu zmasakrowanych kobiet budził grozę.

—  Wobec tego Hageman na pewno otrzyma wyrok śmierci, skoro Alfred Nawrocki zezna pod przysięgą, że czytał donos Puppego i że Puppe i Hageman to ta sama osoba.

Posiedzenie sądu nad sprawą Hagemana odbyło się w dwa dni później w mieszkaniu pani Trubolskiej.

—  Donos rzekomego Puppego dał mi do przeczytania szef kaliskiego gestapo, Wilhelm Schönrogge — mówił Alfred Nawrocki. — Potraktowałem to jako sensację i poprosiłem Schönroggego, by odszukał donosiciela. Poszukiwania nie dały rezultatu. Autor owego złowrogiego anonimu dłuższy czas nie ujawniał się wobec tych, którym oddał tak krwawą przysługę. Aż dopiero tydzień temu przyjechał do mnie ów Schönrogge wieczorem na kolację i powiedział, że skoro to mnie jeszcze interesuje, poda mi nazwisko rzekomego Puppego.

—  Jest nim Wojciech vel Albert Hageman, zamieszkały przy ulicy Hindenburga 7 m. 2, czy tak? — spytał przewodniczący sądu.

—  Tak — potwierdził Nawrocki.

—  Czy świadek nie ma co do tego żadnej wątpliwości? Zaznaczam, że świadek zeznaje pod przysięgą!

—  Zdaję sobie z tego sprawę — odparł Nawrocki.

—  Sąd udaje się na naradę — oznajmił przewodniczący. Narada odbyła się w kuchni pani Trubolskiej. Trwała krótko.

Zaraz ogłoszono wyrok. Brzmiał on następująco:

W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej wojskowy sąd okręgowy w Kaliszu  rozpatruje w trybie doraźnym sprawę Wojciecha Hagemana, obywatela polskiego, który w dowodzie osobistym przed wrześniem 1939 roku podał, że jest Polakiem i na tej podstawie został przyjęty do Tajnej Organizacji Wojskowej w stopniu kaprala. Wymieniony Wojciech Hageman za kierowane żądzą zysku odstępstwo od narodowości polskiej i zdradę główną, której rezultatem była śmierć wielu najlepszych córek i synów ojczyzny, zostaje skazany na karę śmierci. Wykonanie wyroku zostaje powierzone uprawnionym do tego organom armii podziemnej".

Najtrudniejsze zadanie pochwycenia zbrodniarza powierzono Antosiowi Kutowi. On sam nazywał już teraz siebie żartobliwie „Mädchen für alles" — „służąca do wszystkiego", bo tak wiele spraw organizacji spadało na niego, ale sam zdawał sobie sprawę, że tak być musi.

Do wykonania wyroku na zdrajcy, który naprowadził gestapo na ślad pierwszej w Kaliszu polskiej organizacji wojskowej, zgłosiło się aż pięciu ochotników obeznanych z bronią. Antoś kazał im ciągnąć węzełek chustki; wyciągnął go Maryś Bogast. Trzeba było teraz dowiedzieć się, jak wygląda, co robi, jaki tryb życia prowadzi zdrajca.

I tu pomógł sam przypadek. Okazało się wkrótce, że szeregowiec armii podziemnej Edek Ćwiek, czeladnik krawiecki, pracuje u majstra, który niedawno został folksdojczem.

Hagemanowi jako Polakowi odebrano jego mały własny warsztat krawiecki. Musiał pracować u krawca Niemca za psi grosz dwanaście godzin dziennie. To go tak rozgoryczyło, że wstąpił do tajnej polskiej organizacji wojskowej. Na początku wojny wszyscy Polacy byli przekonani, że potrwa ona bardzo krótko. „Wtajemniczeni" rozmaitego rodzaju, a roiło się od nich, podawali bliskie daty nagłej klęski Niemiec. Po takiej klęsce, ci, co się choć trochę do niej przyczynili, mieli opływać w zaszczyty i dostatki. Hageman w to uwierzył i jako dawny rezerwista w randze starszego strzelca został kapralem armii podziemnej, ścisłe terminy klęski Niemców podawane przez wróżbitów nie sprawdzały się jednak, przeciwnie, odnosili oni triumfy jeden po drugim. Hitler ogłosił całemu światu panowanie tysiącletniej Rzeszy. Mały krawiec o duszy lękliwej i podłej spostrzegł, że wybrał złą drogę do odzyskania swego małego warsztatu. W jego sercu zbudziła się nagle nienawiść do przywódców polskiej organizacji. Przypomniał sobie też dziada Niemca, który za jego dzieciństwa opowiadał o złotych czasach panowania Wilhelmów w Niemczech i o ich przewagach w Europie. Teraz Adolf Hitler zaćmił ich sławę. Szczekaczki wyły stale o jego wielkości, rytm żołnierskich butów wybijał jego chwałę, majster Niemiec wykrzykiwał ją w warsztacie i głosił zagładę całego narodu polskiego. Ta polskość zaczęła już ciążyć małemu kaliskiemu krawczykowi. Rozmyślał, jak wkupić się w łaski narodu panów. Nie chciał już więcej należeć do upośledzonego narodu niewolników. Siedzibę organizacji znał, ponieważ kiedyś chodził tam jako goniec z raportem, zdradził więc. I ta własna nikczemność Hagemana zgotowała mu zgubę.

Ćwiek i Bogast, dawni przyjaciele i obrońcy harcerskiego sztandaru, szybko się dogadali. Bogast zawiadomił zaraz swego zwierzchnika Kuta o dokonanym odkryciu, że jego kolega pracuje w zakładzie krawieckim Hagemana. Antoś aż podskoczył z radości. To, co wydawało mu się prawie niewykonalne, teraz stało się zupełnie proste.

Edward Ćwiek był dotąd jedynym pracownikiem otwartego niedawno zakładu Hagemana. Pracy w nim było wiele i właściciel zaczął przebąkiwać, że niebawem przyjmie dwóch nowych pracowniwów, których miał mu przydzielić Arbeitsamt. Trzeba się było bardzo śpieszyć.

Postanowiono zlikwidować Hagemana nie w domu, gdzie mieszkał z matką i zamężną siostrą, lecz właśnie w warsztacie krawieckim. Oczywiście po takiej operacji pracownik Hagemana, Polak, był spalony i musiał przepaść bez wieści. Większy jeszcze kłopot był z jego rodziną. Groził jej obóz koncentracyjny jako krewnym domniemanego zabójcy. Ustalono więc, że rodzice Ćwieka wyjadą do Generalnej Guberni, gdzie mieli rodzinę, a Edward pod zmienionym nazwiskiem i z fałszywym skierowaniem Arbeitsamtu zostanie przyjęty do pracy u Alfreda Nawrockiego w Winiarach. Jego „Lebensmittel-Fabrik" rozwijała się znakomicie, zatrudniając już prawie 1500 pracowników, w tym kilkuset „spalonych". Dostarczeniem wszystkich fałszywych dokumentów zajmowała się Edyta Trubolska. Działała ona szybko i sprawnie.

W przeddzień rozpoczęcia akcji Maryś Bogast przypomniał sobie, że w metalowej skrzynce zakopanej w ogrodzie rodziców przechowuje sztandar kaliskiego hufca harcerskiego.

— Zastanawiam się nad tym — zwierzył się Ćwiekowi — że w razie gdyby się ze mną co stało, to nasz sztandar mógłby przepaść. Zgniłby w ziemi i nikt by o nim nic nie wiedział, jak i o mnie... Ja tu nieważny, ale sztandar... Ty sam musisz stąd wiać i dobrze, że twoi starzy już wyjechali do Generalnej Guberni. Z tych, co nasz sztandar ratowali, został tylko jako tako bezpieczny Jurek Barst. Trzeba naszą chorągiew w nocy wykopać i niech ją Jurek gdzie skryje. Chodź, pójdziemy do niego, aby się tym zajął.

Barst, wysiedlony z rodzicami ze śródmieścia, mieszkał na dalekim Korczaku w nędznej chałupie. Był tam na szczęście ogród, którego połowę użytkowali rodzice chłopca.

Godzina policyjna bardzo krępowała w mieście ruchy Polaków. Chłopcy ustalili, że Maryś Bogast wykopie sztandar w nocy, aby nikt z sąsiadów go nie podejrzał, gdyż ostrożność nakazywała nikomu nie ufać, i nazajutrz przed rozpoczęciem akcji przeciw zdrajcy odwiezie go swoją śmieciarką Barstowi. Potem miał zażyć środek na wymioty, udając, że boli go brzuch, by uzyskać skierowanie do lekarza. To dawało mu swobodę działania.

Pośród nie dożywionej, żyjącej w okropnych warunkach sanitarnych ludności polskiej w Kaliszu poczęły zdarzać się przypadki tyfusu brzusznego. Wobec tego Niemcy, którzy bardzo bali się wszelkich epidemii, rozesłali po zakładach pracy okólniki nakazujące podejrzanych o początki tej zaraźliwej choroby natychmiast kierować do punktów sanitarnych. Mogło to dać młodemu Bogastowi tak bardzo potrzebne alibi.

Antoś Kut, cieszący się całkowitym zaufaniem swego szefa, mógł swobodnie poruszać się po mieście. Wszystko było przygotowane do najdrobniejszego szczegółu, bo najmniejsze przeoczenie mogło kosztować życie.

Albert Hageman za swe zasługi dla narodu niemieckiego dostał na ulicy przylegającej do śródmieścia zabrany krawcowi Polakowi magazyn z frontowym wejściem i oknem wystawowym. Całość składała się z dwóch dużych izb, małej komórki na skład towaru i kuchni na zapleczu. Pracy dla rzemieślników wszelkiej branży było wtedy nadmiar, brakowało tylko ludzi.

Zostało ustalone, że Antoś i Maryś będą przechadzali się przed zakładem Hagemana między dziewiątą i dziesiątą rano. Nie można było ściśle ustalić godziny, ponieważ nie było wiadomo, kiedy Marysiowi uda się wyrwać z Zakładu Oczyszczania Miasta. Praca u Hagemana trwała od siódmej rano do osiemnastej, z godzinną przerwą na obiad. Edek Ćwiek już przed dziewiątą zerkał czujnie przez okno wystawowe, na którym stały pięknie ubrane manekiny męskie, jeden w dobrze skrojonym mundurze oficerskim Wehrmachtu, drugi w garniturze cywilnym. Zadaniem Edka było zaraz po wejściu „klientów" zamknąć drzwi na klucz i zasunąć żaluzje wystawy. Po wykonaniu wyroku wszyscy trzej mieli wyskoczyć z zakładu przez kuchnię i przez podwórze przejść pusty zwykle o tej porze ogród, by znaleźć się na sąsiedniej ulicy. Ta niezwykła nerwowość chłopca zwróciła wreszcie uwagę jego pryncypała.

—  Co się z tobą dzieje, więcej dziś patrzysz na ulicę niż na swoją robotę — zwrócił mu ostro uwagę. — Aha, dziś poniedziałek. Nie możesz jeszcze pewnie zapomnieć dziewczyny, z którą cię widziałem tamtej niedzieli. Pewnie kręci się gdzieś tu. Już zwąchaliście, że muszę niedługo wyjść do Arbeitsamtu, by upomnieć się o ludzi do pracy. Ciągle mi ich obiecują i dotąd nic z tego.

Edek zdrętwiał. Nic nie wiedział o tym, że Hageman zamierza tego dnia wyjść z warsztatu. Mogło to pokrzyżować plany wykonawców wyroku. Spojrzał ukradkiem na zegar wiszący na ścianie. Było dziesięć minut po' dziewiątej.

„Jak tego łotra tu zatrzymać na godzinę? — zastanawiał się. — Jak go zatrzymać?..."

—  Najlepiej załatwić ważne sprawy rano — odezwał się znowu jego pracodawca.

—  Tak, tak, najlepiej rano — potwierdził machinalnie Edek — ale dziś ma pan pilną robotę. Obiecał pan wykończyć mundur dla komendanta policji. Przed szóstą wieczór mają go odebrać.

—  Prawda — potwierdził Hageman. — Jedno, że muszę, muszę tę robotę wychuchać, a drugie, że tak około dziesiątej mają z komendy Wehrmachtu przywieźć sukno na mundury. Duże zamówienie. Jak nie dostanę pracowników, to umarł w butach.

Zimny pot oblał Ćwieka.

„Jeżeli Niemcy zjawią się w tym czasie —   przemknęła mu przez głowę straszna myśl — to co się z nami stanie? Teraz wszyscy żołnierze mają przy sobie naładowaną broń. Gdyby nadchodzili, wyskoczę na ulicę, wykonanie wyroku trzeba będzie przełożyć na inny dzień — postanowił. — Oby mi się tylko to udało". Znowu zerkną  na zegar. Teraz była za kwadrans dziesiąta. Krytyczny czas zbliżał się nieubłaganie.

— Oj, kręcisz ty się dzisiaj, kręcisz — zauważył majster, który dziwnie tego dnia nie spuszczał z oka swego robotnika. — Zrobię ci na złość i dopiero jutro pójdę do biura pracy. Pokażę im zamówienie wojska na mundury. Muszą mi dać pracowników. O, ktoś tu do nas idzie —  zawołał, patrząc przez wystawowe okno. — Myślałem, że to ta twoja dziewczyna, a to dwóch młokosów. Czego oni mogą chcieć? Może z Arbeitsamtu mi ich przysłali?

Edek spojrzał na ulicę i mrówki zaczęły mu chodzić po grzbiecie. Kut i Bogast oglądali z zainteresowaniem oba manekiny i zaglądali do wnętrza magazynu.

—  Oni nie do szefa — zawołał Ćwiek i poderwał się ze swego stołka, by wybiec na ulicę.

—  Ty, ty, bez takich szpasów — krzyknął Hageman, łapiąc go za rękę. — Chcesz mi odmówić pomocników, ty polska żmijo! Już od paru dni spostrzegłem, że ci wilkiem z gęby patrzy!

Krawiec, uprzedzając swego pomocnika, pierwszy wyskoczył na próg magazynu i zwrócił się uprzejmie do dwóch młodych ludzi, oglądających z zainteresowaniem jego manekiny:

—  Kawalerowie pewno do mego magazynu ze skierowaniem do pracy? Bardzo proszę.

—  Tak — potwierdził starszy z młodzieńców. — My właśnie do  pana, panie Hageman.

—  Zgadłem zaraz — ucieszył się krawiec. — Wejdźcie. To ten mój łobuz pomocnik...

Hageman urwał nagle, bo po wejściu do magazynu rzekomych robotników krawieckich Ćwiek odepchnął go gwałtownie od drzwi i zamknął je na klucz.

—  Czyś zwariował, smarkaczu? — spytał majster zdziwiony tym niezwykłym zachowaniem się pracownika. Ale ten bez słowa podszedł do drzwi wystawowych i począł opuszczać żaluzje. Tego było Hagemanowi za wiele. Nie licząc się z rzekomymi kandydatami do pracy, skoczył ku Ćwiekowi i chwycił go za kołnierz, ale w tej chwili usłyszał ostre słowa starszego z przybyłych „robotników":

—  Ręce do góry, łotrze, bo ci kulę wpakuję w plecy! Hageman z przerażenia odwrócił głowę i zobaczył w ręku przybysza rewolwer skierowany w swoje plecy.

— Czego panowie ode mnie chcą? — spytał przerażony. — Pieniędzy mam niewiele, ale mogę je panom dać, jeżeli trzeba.

—  Nie trzeba — odparł szorstko Kut. — Przechodź zaraz do drugiej izby — rozkazał delikwentowi.

—  Lepiej do kuchni  —  radził Ćwiek — tam będzie ciszej.

—  I ty jesteś w zmowie z tymi — syknął Hageman. — Pieniądze mam w domu, tu tylko kilkadziesiąt marek, jeśli panowie chcą się pofatygować — proponował głosem, w którym zabrzmiała nuta nadziei, że zdoła się ocalić.

—  Powiedziałem, że nie o pieniądze nam chodzi, stary lisie — odrzekł Antoś.

—  Mamy mało czasu, panie podchorąży — ostrzegł go Edek. — W każdej chwili mogą zjawić się ludzie z Wehrmachtu z zamówieniem dla Hagemana.

—  Więc dobrze, przechodzimy do rzeczy. Marianie, weź na cel tego łotra.

—  Czego panowie ode mnie chcą? — jęknął krawiec.

—  Zaraz się dowiesz — usłyszał odpowiedź. — Przyszliśmy wykonać na tobie wyrok władz wojskowych Rzeczypospolitej Polskiej.

—  Wyrok na mnie? Za co?

—  Nie udawaj niewiniątka, ty zbrodniarzu — zawołał Maryś Bogast. — Strzelajmy do tego zbira bez ceregieli, czasu szkoda.

—  Będzie huk. Ludzie usłyszą — zaniepokoił się Edek Ćwiek. — I na ulicy będzie słychać. Wkoło pełno Niemców. Sam mu wbiję w serce ostrze tych długich nożyc krawieckich. Wyostrzyłem je dobrze.

—  Edwardzie, Edziu, ty chcesz mnie zamordować, co ci złego zrobiłem? — spytał drżącym głosem delikwent.

—  Mnie zrobiłeś tyle złego, co każdy z was czyni Polakom, nie mniej ani więcej, ale zginiesz, bo przez ciebie gestapo wystrzelało blisko trzystu najlepszych Polaków. Twój donos wprowadził ich na ślad.

—  Czytam wyrok — oznajmił uroczyście Kut. Obaj chłopcy stanęli na baczność. Szczęki Hagemana drgały nerwowo, dzwonił zębami ze strachu.

—  To nie ja zrobiłem, to nie ja zrobiłem — usiłował bronić się rozpaczliwie.

—  To ja go, komendancie, teraz pchnę ostrzem tych nożyc — zaofiarował się Ćwiek. — Muchy bym nie zabił, ale tego zbója zabiję!

—  Nie. Nasza procedura nakazuje wykonać wyrok przez rozstrzelanie — sprzeciwił się Kut.

Strzelił pierwszy prosto w serce prowokatora. Zawtórował mu drugi strzał pistoletu Bogasta. Hageman jęknął i zwalił się na podłogę. Prawie jednocześnie odezwało się mocne łomotanie od ulicy do  drzwi  magazynu krawca.

—  Uciekajmy stąd, oni już są! — zawołał Edek.

Wszyscy trzej wyskoczyli na podwórze, kierując się w stronę pustego ogrodu, graniczącego z posesją na drugiej ulicy. Właśnie wspinali się na płot, gdy z tyłu padły strzały. Edek Ćwiek uczuł w plecach ostry ból, ciało jego zwisło bezwładnie na płocie. Maryś, dostrzegając to już po drugiej stronie, odwrócił się odruchowo, by ratować przyjaciela.

—  Nie wolno! — usłyszał stanowczy zakaz podchorążego — uciekaj, bo zginiemy wszyscy!...

Weszło ich trzech. Jednym z nich był szef gestapo w Kaliszu Wilhelm Schönrogge. Często bywał u landrata i zawsze miał jakieś uprzejme słowo dla Frau von Trubolski. Dwóch innych nie znała. Skoro tylko ich zobaczyła, wyczuła, że zanosi się na coś bardzo złego. Landrat po powrocie z Warszawy przywitał ją lodowato i zamienił ledwie parę urzędowych słów, a teraz ten niespodziewany nalot.

—  Jesteśmy z łódzkiego gestapo, Frau Trubolski — odezwał się do niej jeden z nie znanych jej przybyszów. — To pani wystawiała paszport waszemu landratowi?

—  Tak — potwierdziła, siląc się na spokojny ton głosu.

—  Może nam pani pokaże dwa dokumenty: jeden, ile i komu wydała pani paszporty i drugi, ile ich pani powinna mieć i jak one wyglądają, chcemy to sprawdzić.

„Jak to dobrze, że delegat niedawno przywiózł mi dwieście fałszywych paszportów, drukowanych w mennicy warszawskiej, bym mogła uzupełnić braki. Są takie same jak oficjalne. Zrobili je według oryginalnego wzoru" — pomyślała, szukając w szufladzie biurka żądanych dokumentów.

Gestapowcy sprawdzili, ile paszportów powinno być w kasie pancernej landratury i policzyli je. Wszystko się zgadzało. Zaczęli teraz bardzo skrupulatnie oglądać paszporty. Brali je pod światło, porównywali z przywiezionym przez siebie paszportem. Tu coś im nie pasowało. Edyta przyglądała się tej ich pracy z pozorną obojętnością.

„O co im chodzi? — zastanawiała się. — Przecież sama sprawdzałam, że podrobione książeczki paszportowe są identyczne z autentycznymi. Litografowie warszawscy spisali się znakomicie".

—  Widzi pani różnicę między tymi dwoma drukami paszportowymi? — spytał nagle jeden z gestapowców, pokazując Edycie dwie książeczki.

—  Nie widzę — odpowiedziała zupełnie szczerze po dokładnym obejrzeniu obu podanych jej egzemplarzy.

—  Jeden egzemplarz jest obcięty po oprawieniu książeczki, brzeg jest równy, drugi zaś przed oprawieniem, bo okładka o dobry milimetr jest szersza od druku wewnątrz niej.

—  Nie ja robiłam te książeczki — wzruszyła ramionami pani Edyta.

—   Odpowiedź prawidłowa, Frau Trubolski — potwierdził agent łódzki.

—  Frau von Trubolski — poprawił go grzecznie Schönrogge. Niech  będzie  —  zgodził  się  jego  kolega.   —  Chodzi  tylko o drobnostkę! Waszego landrata zatrzymano na granicy Generalnej Guberni pod zarzutem, że jego paszport jest fałszywy. „Jestem zgubiona" — pomyślała Edyta.

—  Przyszło pismo z Berlina, że oni tam drukują oddzielnie okładki i oddzielnie ich wnętrze, a więc te paszporty obcięte równo...

„Boże, miej w opiece moje dzieci" — westchnęła w duchu pani Trubolska.

—  Mogłyby wydawać się fałszywe. Widzimy tu jednak u Frau von Trubolski — ciągnął gestapowiec — jedne i drugie paszporty ze sobą pomieszane. Widocznie drukarnia zmieniła system pracy — wnioskował. —  Więc, Frau von Trubolski, przepraszamy, wszystko jest w porządku.

Trzej gestapowcy uprzejmie podali rękę pani Edycie i odeszli. Odetchnęła z ulgą. Bezpośrednie zagrożenie minęło, ale złowrogi cień zawisł nad jej głową.

Przecież te łotry napiszą do Berlina o swej kontroli, a tam mogą nie przyjąć tezy o dwojakim sposobie druku paszportów. Przy tym zaczną im się nie zgadzać numery i serie tych dokumentów. Skoro raz na to wpadli, pójdą dalej.

Pani Edyta stała się teraz bardzo czujna. Okna jej mieszkania wychodziły na ratusz. W parę dni po tej kontroli zauważyła, że ktoś obserwuje wnętrze jej domu przez lornetkę. Wyraźnie widziała błyszczące jej szkła przylepione do szyby jednego z okien ratusza. Zorientowała się, że jest to okno biura policji. Zauważyła też dziwną zmianę w zachowaniu się swych stołowników. Byli tylko pozornie tak samo uprzejmi jak dawniej. Nawet uderzyło to i Antosia Kuta. Stołujący się u pani Trubolskiej oficerowie policji nie prowadzili już z nim poufnych rozmów. Na propozycję wypicia wódki przy obiedzie dostał suchą odprawę:

—  Sznaps jest na kartki, nie możesz go tyle mieć.

To było już bardzo groźne. Antek niedawno cudem prawie uniknął śmierci likwidując zdrajcę Hagemana. Nie był zupełnie pewny, czy nikt go nie rozpoznał, gdy uciekał z Bogastem z miejsca akcji. Zmiana stosunku do niego stołowników Edyty nie wróżyła nic dobrego. Jakiś niewidzialny krąg począł się zacieśniać wokół całego środowiska Edyty. Każdy wydany fałszywy paszport, każda wyprawa w konspiracyjnych celach do Opatówka, gdzie działał niezawodny Konrad Wünsche, czy też do Winiar, mogła zakończyć się nieszczęściem. A te stałe raporty do Warszawy, wysyłane umówionym szyfrem, a nadsyłanie prasy konspiracyjnej i jej kolportaż.

—  Coraz więcej min na naszej drodze. Każdej chwili możemy wylecieć w powietrze —  trafnie określiła obecną sytuację w rozmowie z Kutem pani Edyta. — Zbyt wiele ludzi dopuściliśmy do konspiracji. Nasze bezpieczeństwo zależy nie tylko od zachowania się nas samych, ale także i tych wszystkich, którzy zostali dopuszczeni do organizacji. Mówił mi też Alfred z Winiar, że gestapo ma w Kaliszu coraz więcej konfidentów. Zgłaszają się nawet na ochotnika. Najwięcej między nimi jest, niestety, kobiet... Wojna trwa za długo. Coraz trudniej tyle lat prowadzić podwójną grę — westchnęła.

—  Jest na pewno tak, jak pani mówi, i ja też to widzę —  powiedział Kut. — Gdy przyjedzie delegat z Warszawy, trzeba będzie mu przedstawić naszą groźną sytuację. Niech sam wyciągnie z niej wnioski.

Było to dnia 4 czerwca 1943 roku. Rano przed rozpoczęciem pracy w biurach zjawił się delegat z Warszawy i zaraz zapukał do drzwi Edyty. Przyjęła go spłoszona.

—  Proszę nie wchodzić do pokoju frontowego — ostrzegła go. — Jest pod obserwacją z okna ratusza.

—  Czy pani jest tego pewna?

—  Całkowicie. Nie mogę, niestety, zapuścić rolet, bo nigdy tego dotąd nie robiłam, a to obudziłoby dodatkowe podejrzenie.

—  Ma pani rację  —  odparł jej zwierzchnik. — Wobec tego lepiej byłoby, abym się tym razem u pani nie zatrzymał — dodał.

—  Nie sądzę, aby było tak źle. Oni między sobą też się obserwują i mają nakaz pisania o kolegach tajnych raportów. Taki system.

—  Postaram się być jak najkrócej. Wieczorem zrobimy odprawę i jutro wyjadę.

Wieczorem pod pozorem urodzin starszego synka pani Edyty, jedenastoletniego Tadeuszka, pomagającego już matce w jej pracy konspiracyjnej, przybyło do pani Trubolskiej sporo „gości" ze sztabu konspiracji. Byli więc: Alfred Nawrocki, porucznik Konrad Wünsche, właściciel majątku Opatówek, Elwira Fedeger i Halina Szwarc z sekcji kobiecej oraz Antoni Kut. Przybyły delegat z Warszawy jako pierwszą sprawę podniósł zmianę siedziby sztabu.

—  Dowiedziałem się — oświadczył — że mieszkanie naszej nieocenionej gospodyni jest od pewnego czasu pod obserwacją. Dlatego mieliście państwo instrukcję, by wchodzić do niego kuchennymi schodami pojedynczo i będziemy tu bardzo krótko, jedynie by załatwić najpilniejsze sprawy. Musimy zmienić lokal, i to jak najszybciej.

—  Proponuję punkt zborny u mnie — odezwała się Elwira Fedeger. — Dom mych rodziców przy naszej dawnej fabryce fortepianów obecnie pod niemieckim zarządem jest bardzo obszerny. Obie z moją siostrą Wandą dotąd tam pracujemy i jesteśmy traktowane jako dawni właściciele. Za takich uważają nas pracownicy. Bywa ich u nas tak wielu, że zjawienie się kogoś jeszcze nie będzie budzić podejrzeń. Obie z siostrą jesteśmy młode... Więc możemy przyjmować w domu wizyty panów — dokończyła spłoniona urocza panna Elwira — bez podejrzeń.

—  O ile wiem — odezwał się delegat — panie mieszkają razem z mamą. Czy pani Fedeger...

—  Mama nasza myśli tak samo jak my, choć nie wie, co robimy obie, bo wiedzieć nie może. Na jej całkowitą dyskrecję zawsze można liczyć — żywo przerwała mu Elwira.

—  Propozycja panny Elwiry przychodzi więc w samą porę. Czy ktoś z państwa jest innego zdania?

—  Nowego lepszego miejsca naszych zebrań w Kaliszu nie znajdziemy — stwierdził Alfred Nawrocki.

—  Akceptuję więc nowe nasze lokum — zdecydował delegat. — Idę jednak dalej i od jutra na pół roku zawieszam wszelką działalność konspiracyjną pani Trubolskiej.

—  Ależ ja się nie boję — oponowała zaskoczona pani Edyta.

— Ale ja boję się o panią i jej dzieci. Zrobiła pani dotąd tak wiele. Ileż to razy brnęła pani w wichurze, burzy i śniegu z mroźnym wiatrem w oczy do folwarku pana Wünschego o dziesięć kilometrów stąd, do Opatówka, by przekazać mu najpoufniejsze pilne wiadomości.

—  Święta to prawda — potwierdził porucznik — oboje z żoną jesteśmy pełni podziwu dla pani.

Powiedziawszy to pan Wünsche wstał i ucałował ręce pani Edyty. Wszyscy obecni za jego przykładem podnieśli się z miejsc.

—  Niczym w tej chwili nie dysponuje nasza biedna Rzeczpospolita, ale zdradzę tajemnicę, że z Warszawy poszły wnioski o przyznanie pani krzyża Virtuti Militari za jej ogromne zasługi. Teraz udzielam pani półrocznego urlopu. Funkcje pani przejmie porucznik Elwira Fedegerówna. Pan Alfred Nawrocki zaś — ciągnął delegat — otrzymał awans na kapitana i kwatermistrza grupy „Zachód". W związku z tym spadną na pana nowe obowiązki.

—  Wszystkie rozkazy wykonam, za nominację dziękuję — oświadczył krótko po żołniersku nowy kwatermistrz.

—  Czy prócz tych dwustu paczek, które dwa razy w miesiącu wysyła pan pod wskazane adresy do obozów jenieckich i obozów koncentracyjnych, mógłby pan podjąć się zaopatrzenia w żywność pewnych naszych oddziałów wojskowych w Generalnej Guberni? Mamy duże trudności z ich wyżywieniem, a nasze oddziały leśne rosną jak na drożdżach.

—  To jest sprawa do dokładnego omówienia — odparł Nawrocki. — To, czym mógłbym dysponować, musiałbym wysyłać na adres jakiejś nie istniejącej niemieckiej jednostki wojskowej. Musielibyście się pod nią podszyć.

—  Właśnie to jeden z powodów, które mnie tu sprowadziły — rzekł delegat. — Czy mogę być jutro u pana w Winiarach?

—  Tak, proszę bardzo — zgodził się Nawrocki. — Lepiej może będzie, gdy zaraz po naszym posiedzeniu zabiorę pana ze sobą. Przenocuje pan w mym domu. Tam będzie chyba najbezpieczniej.

—  Dziękuję, chętnie skorzystam z tego zaproszenia — zgodził się delegat. — Ale byłbym zapomniał, mam dla pana ważny dokument. Nawet będzie dobrze, jeżeli wszyscy państwo z nim się zapoznają. Jest to portret przybliżony jednego z najniebezpieczniejszych prowokatorów gestapo — mówił, wyjmując ze swej teczki fotografię młodego mężczyzny. — Oto on. Właściwie nazwisko jego brzmi Zenon Ciemniejewski. Podawał się przed wojną za Polaka. Kończył studia w Poznaniu i tam działał w prawicowej organizacji młodzieżowej. Po wejściu Niemców całą listę członków tego związku wraz z adresami wydał gestapo i zaraz rozpoczął „pracę" jako tajny agent. On to w Warszawie wydał ojca Juliana Mirochnę.

—  O, Boże... — jęknęła pani Trubolska.

—  Może ktoś z was widział człowieka podobnego do tego z fotografii? — spytał delegat. — Niestety, to nie oryginał, ale, jak już owiłem, portret syntetyczny, odtworzony z opisu kilku członków przedwojennej organizacji prawicowej z Poznania, którzy znali osobiście Ciemniejewskiego i żyją dotąd tylko dlatego, że po wrześniu nie  wrócili  do  domu.

Portret przywieziony z Warszawy wędrował z ręki do ręki. Wszyscy obecni na odprawie przyglądali mu się badawczo, ale co chwila brzmiały te same słowa:

—  Niestety, nie znam...

—  Grasuje ten łotr ciągle pod innym pseudonimem, nawet twarz czasem podobno mu zmieniają  - mówił delegat. — Nasi są już na jego tropie, ale ciągle się im wymyka. Proszę — zwrócił się do Alfreda Nawrockiego — panu zostawiam ten portret, bo pan ma rozmaite kontakty, więc...

—  Rozumiem —  odparł Nawrocki, chowając portret prowokatora do swej teki. — Taki „dokument" może mi się przydać. Nigdy nic nie wiadomo. Dziękuję.

Gdy omówiono już wszystkie sprawy, część zebranych dyskretnie opuściła mieszkanie pani Trubolskiej, pilotowana przez Antosia Kuta, który czuł się tu jak u siebie w domu i raz po raz wysuwał nos na ulicę, czy nie ma tam czegoś podejrzanego. Wkrótce także Nawrocki i delegat zaczęli się żegnać z panią Edytą. Nagle z sąsiedniego pokoju wysunęli się jej dwaj synkowie, jedenastoletni Tadzio i ośmioletni Januszek.

—  Wujku — zawołał starszy chłopiec — dzisiaj są moje urodziny. Wujcio obiecał mi narysować polskiego orła.

—  A mnie polskiego żołnierza — dodał młodszy. — A tu wujcio odjeżdża i nic.

—  Jutro wam narysuję — próbował wykręcić się Bratkowski. —  Ale dzisiaj  są moje urodziny, wujcio obiecał — upierał się starszy chłopiec.

—  A jutro wcale do nas nie przyjdzie — stwierdził żałosnym głosem młodszy Januszek.

—  Nie puścimy teraz wujka, nie puścimy — zawołał Tadzio, chwytając Bratkowskiego za ręką. Januszek przypiął się do niego z drugiej strony i zaczęli „wujcia" tarmosić tak, jak mrówki muchę.

—  Co ja z wami zrobię? — zastanawiał się delegat.

—  Może pan u nas zostać do jutra. Pokój gościnny obok kuchni pusty. Chyba do jutra nic się nie stanie. Antek Kut przed chwilą meldował, że na ulicy spokojnie — zapraszała pani Trubolska.

—  Proszę czekać jutro na mnie na ulicy Łódzkiej, trzysta kroków za więzieniem w stronę Winiar o godzinie dziewiątej rano. Podjadę pod pana moim autem — zdecydował Nawrocki, widząc, że jego gość ma ochotę zostać, by dopełnić swych przyrzeczeń wobec obu malców.

Był to piękny wieczór jakże pamiętny dla wszystkich, którzy w nim uczestniczyli. Gość z Warszawy spędził go w dużej jadalni pani Trubolskiej. Mogli sobie wieczorem na to pozwolić, bo od zmroku obowiązywało zaciemnianie okien, nikt więc nie mógł zobaczyć, co dzieje się za szczelnie opuszczonymi żaluzjami zdublowanymi dodatkowo zasłonami z czarnego papieru. Bratkowski narysował obu chłopcom orła i żołnierzy, bo miał duże zdolności plastyczne. Po skromnej kolacji synkowie pani domu poszli spać. Gość zdecydował, że będzie nocować o piętro niżej u Antosia Kuta, by nie narażać gospodyni. Pani Edyta postawiła na stół butelkę kilkuletniego wina owocowego własnego wyrobu. Chwilę pozostali sami.

—  Aż dziwne mi się to wydaje — stwierdził gość, sącząc z kieliszka aromatyczny napój — że tak wiele jest w naszej konspiracji urodziwych młodych kobiet. Tutaj w Kaliszu mamy istny bukiet najpiękniejszych kwiatów z królową różą w jego środku.

—  Elwirą Fedegerówna.

—  Nie, myślałem o pani.

Pani Edyta pokazała w uśmiechu dwa rzędy białych zębów.

—  Prawdziwe perły — szepnął Bratkowski. — Jest pani istotą pod każdym względem niezwykłą. Gdybym kiedy mógł wybrać sobie żonę, nie widziałbym nikogo poza panią.

—  Mówi przez pana nastrój chwili. Prędko pan o tym zapomni.

—  Nie. Przypomnę pani kiedyś to, co dziś powiedziałem. Teraz nie mam prawa o tym marzyć. Za mroźny czas na wiosnę. Przeżywamy pełnię zimy, mimo że o kilkanaście kroków stąd zakwitają kwiaty w ogrodach i na ulicach. Dziś mamy wieczór czwartego czerwca.

—  A jednak, choć dla nas to pełnia zimy, jak pan powiedział, w sercach zakwita tyle kwiatów. Nie widzi pan tego?

—   W moim sercu właśnie jeden zakwitł — szepnął młody człowiek.

A jeżeli i w czyimś jeszcze?... —  Edyto, byłbym najszczęśliwszy...

—  Pomyśl, jaka to potężna siła... Nawet w takim czasie, gdy jesteśmy ze wszech stron osaczeni i szczuci jak dzikie zwierzęta — rzekła cicho.

—  Przez dzikie zwierzęta — poprawił ją młodzieniec.

—  Czy można ich porównywać ze zwierzętami? One kierują się tylko instynktem. Silniejsze zwierzę rozszarpuje słabsze tylko, gdy jest głodne, a oni...

W tym momencie do drzwi kuchennych ktoś zapukał parę razy dyskretnie, potem mocniej. Pani Trubolska poderwała się z kanapy.

—  Boże, o tej porze ktoś się dobija — szepnęła przerażona.

—. Właśnie dochodzi dwudziesta trzecia. Prosiłem Kuta, by o tej godzinie przyszedł tu po mnie — uspokoił ją gość.

—  Ty o wszystkim pamiętasz.

—  Tak, dlatego nigdy ciebie nie zapomnę — odpowiedział. Padli sobie w ramiona. Usta ich się spotkały.

—  Gorzki smak — szepnęła Edyta przez łzy.

—  Dlaczego?   —  spytał  Marian.

—  Nie wiem, sama nie wiem, skąd mi się wzięły te słowa. Może los nam na to nie pozwala.

—  Nasza miłość nie będzie mdła, może więc być słodka, bardzo słodka — mówił Marian gorącym szeptem. Kołatanie do drzwi stało się głośniejsze. Gość pani Edyty pocałował ją spiesznie w oboje oczu i ze słowami: — Abyś o mnie nie zapomniała — podszedł do drzwi.

—  Kto tam? — spytał.

—  Anioł — usłyszał zza drzwi.

—  To Antek, jak mówiłem — uspokoił Edytę, otwierając z klucza drzwi.

—  Stawiam się na rozkaz — meldował podchorąży.

—  Na rozkaz... — westchnęła pani Trubolska. — Zostały nam już tylko rozkazy, które coraz trudniej wykonać. Proszę do mnie jutro na śniadanie — zwróciła się do delegata. — I pana też, Antosiu, zapraszam na siódmą rano. O ósmej zaczynam pracę, pan Antoś zdąży na wpół do ósmej, bo ma blisko.

—  Dziękuję pani za zaproszenie, ale jutro mam inne plany. Wyjeżdżam o dziewiątej z moim pryncypałem do Poznania, więc darował mi te półtorej godziny.

—  To dobrze, że mi przypomniałeś, Antosiu, iż jutrzejszy dzień jest nietypowy, bo i ja mam protokółować na zjeździe rolnym w landraturze. Chcą więcej wycisnąć ze wsi żywności. Zjazd zaczyna się też o dziewiątej. Mam dodatkowo wolną godzinę.

—  A ja nie, bo muszę rano przed dziewiątą wpaść aż w dwa miejsca w sprawie kolportażu prasy podziemnej. Coś mi zaczyna kuleć. Wrócę do siebie dopiero przed dziewiątą.

Delegat i podchorąży pożegnali panią Edytę i zeszli na dół do pokoju Antosia z murowanym alibi na drzwiach w postaci dużej tablicy,  na której  napis głosił:  Tabakfabrik,  Karol   Seidack.  Magazyn Nr 2.

—  Nikt nie wie, że tu ktokolwiek mieszka — powiedział Antoś, wskazując tablicę. — Szkoda, że mam tak małą izbę, bo tutaj byłby idealny punkt spotkań dla nas.

—  Trochę tu ciasno u pana — rzekł delegat po wejściu do pokoju — ale od biedy... Trzeba będzie o tym pomyśleć. W pałacyku Fedegerów wszystko jak na patelni, a tu jak w mysiej dziurze, ciasno, ale bezpieczniej.

Kut nastawił budzik na godzinę szóstą. Chciał jak najprędzej być u swoich kolporterów, by ich „podkręcić", jak się wyraził. Zapadli obaj w twardy sen bez marzeń. Obudził ich dopiero dzwonek budzika.

—  Pan jeszcze ma pół godziny do siódmej — odezwał się gospodarz. — Ja wyskoczę na miasto wcześniej. Wrócę o wpół do dziewiątej, aby się ogolić i ogarnąć przed wyjazdem do Poznania.

—  Jak długo tam będziecie?

—  Wieczorem mamy wrócić. Pryncypała jedzie autem. Na pewno uda mi się urwać na jakieś dwie, trzy godziny, bo ma tam przyjaciół, do których chce wpaść po załatwieniu spraw urzędowych. W tym czasie będę mógł załatwić nasze sprawy gazetowe. Poznań, jak wiadomo, sporo nam dostarcza tajnej prasy.

—  Tak, my to przecież finansujemy. Okazja sama się nadarza, bym tym razem jeszcze nie musiał jechać do Poznania. Czy będziesz mógł spełnić tam jedno moje polecenie?

—  Jestem na rozkazy.

—  Dobrze. Pojedziesz tramwajem na Ritterstrasse 11 mieszkanie 11. Łatwe do zapamiętania: jedenastu rycerzy. Tam zadzwonisz zapytasz o Wacusia. Powiesz mu, że masz prezent od cioci i wręczysz mu 5000 marek. O, tu je mam w tej teczce. Zaraz ci je  dam.

Dodasz jeszcze, że ciocia przyjedzie później. Da znać kiedy. Mają dla niej przygotować kotlety. Czy to wszystko będziesz pamiętał?

—  Jedenastu rycerzy, ciocia, kotlety — powtórzył Kut. — Zapamiętam. Aha, jeszcze jedna ważna rzecz: co mam zrobić, jeśli tego kotleta, tfu, Wacusia — poprawił się młodzieniec — nie zastanę w domu?

—  On ma żonę i dwie córki, to zawsze kogoś z nich zastaniesz, bo będziesz tam po godzinach pracy. Zostawisz jednej z nich pieniądze i poprosisz, by mu powtórzyła bajeczkę o cioci. On będzie wiedział, o co chodzi.

Antoś spiesznie się umył i gotował do wyjścia. Wręczone mu pieniądze włożył do szuflady.

—  Klucz do mego mieszkania proszę włożyć pod cegłę ściany w korytarzu. Jest tam odbity tynk i widać gołe cegły. Jedna z nadbitą krawędzią jest tak spreparowana, że wyjmuje się. Zaraz to panu pokażę — rzekł otwierając drzwi na schody wyjściowe.

—  A, to ta, widzę — spostrzegł delegat „nadgryzioną" cegłę.

—  Proszę teczkę zostawić u mnie, a jeśli będzie pan miał jeszcze jaką sprawę, to proszę pamiętać: punkt wpół do dziewiątej będę w domu. Wrócę przez biuro Seidacka. O, te małe drzwi w moim korytarzu wewnętrznym prowadzą do fabryki.

—  Zabiorę się o siódmej już ze wszystkim na górę — oświadczył delegat. — Chyba już nie zobaczymy się aż do następnego mego przyjazdu.

Obaj mężczyźni uścisnęli sobie ręce i Antoś pędem zbiegł po schodach na podwórze, z którego było wyjście na ulicę. Jego gość ogolił się staranniej niż zwykle, starannie też poczesał włosy i gdy jego zegarek wskazywał godzinę siódmą, ruszył na górę. Dziwnie niespokojnie biło mu serce.

„Jej też teraz bije ono silniej niż zwykle. I ona się dziwi, że tak nagle przyszło na nas oboje to uczucie. Królewicz i królewna obudzili się o tej samej godzinie — uśmiechnął się do swych niedorzecznych myśli, które często przychodzą do głowy tym, co odkryli miłość. — Mam coś dla Edyty — przypomniał sobie, biorąc teczkę do ręki z zamiarem niepowracania już do mieszkania Kuta. — Są, są, na swoim miejscu" — ucieszył się otwierając teczkę. Trzymał w ręku długi sznur surowych bursztynów, które sam nie wiedząc dlaczego kupił na wyjezdnym z Warszawy od ulicznego sprzedawcy.

Kolor ich, jakby umyślnie dobrany, harmonizował z urodą tej, co tak nagle stała mu się najcenniejszym darem losu. Schował bursztyny do teczki i nie zamykając jej nawet, raźnym krokiem ruszył w górę. Od strony drzwi kuchennych mieszkania pani Trubolskiej nie było dzwonka, zapukał więc śmiało do nich. Otworzyły się zaraz, a tuż za drzwiami oplotły go miękkie ramiona jego wybranej.

—  Czy myślałeś o mnie trochę w nocy? — spytała.

—  Myślałem przed zaśnięciem i zaraz po obudzeniu się — wyznał szczerze.

—  Niedobry — szepnęła Edyta ciepłym głosem. — Ja całą noc nie mogłam spać przez ciebie. Żartowałeś chyba wczoraj?

—  Edytko, nie pora teraz na takie żarty — odpowiedział poważnie. — Obawiam się tylko...

—  Czego? — spytała z niepokojem.

—  Czy będę dość dobrym ojcem dla Tadzika i Januszka? Zamknęła mu usta pocałunkiem i nagle wyrwała się z jego ramion.

—  Ja tu zabieram ci czas — rzekła —  a ty jesteś przecież głodny. Śniadanie czeka w jadalni. Zasłoniłam okna gęstszymi niż zwykle firankami. Nic przez nie nikt nie dojrzy. Wiesz, mamy na śniadanie nawet szynkę. Przyniósł ją wczoraj Nawrocki. Aż wierzyć mi się nie chce, jak byłam wczoraj roztargniona, że zapomniałam ten przysmak podać do kolacji.

—  I ja mam też coś dla ciebie. Nie jest to wprawdzie brylantowa kolia, której jesteś warta — uśmiechnął się młody człowiek, wyciągając z teczki sznur bursztynów — ale...

Tu urwał nagle, bo do wejściowych drzwi ktoś gwałtownie zaczął się dobijać.

—  Coś tu niedobrego — szepnęła pani Edyta wstając od stołu. — Czekaj, zobaczę — dodała kierując się ku głównym drzwiom wejściowym. Za chwilę odwróciła ku Bratkowskiemu twarz, na której malowało się najwyższe przerażenie. Machnęła ręką w jego stronę, dając mu znak, by natychmiast wyszedł. Marian poderwał się jednym susem i przez kuchenne, drzwi wyskoczył, zbiegając po schodach piętro niżej. Było tam na korytarzu obok drzwi Antosia okno z widokiem na podwórze. Zbieg wyjrzał przez nie z największą ostrożnością, by nie być widzianym ż dołu. Trzech cywilów z rękami w kieszeniach stało na podwórzu u wylotu klatki schodowej. Aby nie było żadnej wątpliwości, wejściem od ulicy wszedł na podwórze czwarty w mundurze SS i skierował się do tej grupy. Bratkowski szybko wyciągnął z muru cegłę, za którą schował klucz, wydobył go i wszedł do azylu Kuta, zamykając drzwi. Po paru sekundach chwycił się za głowę.

„Teczka... została na krześle u Edyty w jadalni — przypomniał sobie. — Jezus Maria, przecież w niej był mój fałszywy paszport z fotografią. Boże, Boże, co ja zrobiłem — pomyślał z rozpaczą. Rzucił się na łóżko Antka i ukrył twarz w dłoniach. — Zgubiłem ją, zgubiłem"... — powtarzał.

Po pewnym czasie drzwiami od strony fabryki Seidacka wszedł Kut.

—  O, pan jeszcze u mnie — ucieszył się, widząc delegata leżącego na łóżku. —  Jak to dobrze — ciągnął — że wpadłem do fabryki wcześniej. Coś mnie tknęło, że auto starego nie będzie gotowe na dziewiątą rano. Mieli naprawić drobny defekt, ale i u Niemców zdarza się bałagan. Podstawią auto dopiero na jedenastą. Co się stało? — spytał nagle młodzieniec, widząc kamienną twarz swego dowódcy.

—  U Edyty gestapo — usłyszał hiobową wieść. — Jak się tu dostałeś? Przecież oni są też tam na dole.

—  Gestapo... — wyszeptał Kut ze zgrozą. — Ja szedłem przez fabrykę. Seidack wściekły, że mu opóźnili remont wozu, ale to nie ma już żadnego znaczenia. Biedna Edyta. Ja pana stąd jakoś wyprowadzę, przez pomieszczenia fabryczne. Oni nie znają tego przejścia. Jeszcze zdąży pan dotrzeć w porę na Łódzką, gdzie będzie czekał Nawrocki.

—  Już mi tam iść nie wolno, jestem u was spalony, paszport mój jest fałszywy, wystawiony na nazwisko Lorentz, ale fotografia prawdziwa. Gestapo mnie szukało u pani Edyty.

—  Skąd oni mają pański paszport? — zdziwił się podchorąży.

—  Przekleństwo na moją głowę! Sam go na górze zostawiłem! — jęknął delegat.

—  Przecież na fałszywe nazwisko.

—  Ale z moją fotografią. Dzięki pomocy organizacji zbiegłem przed pół rokiem z więzienia w Turku. Gestapo ma moje zdjęcie. Robili je kilka razy i odciski palców również. Rozumiesz, jakie to groźne?

—  Ano, jest źle — westchnął ciężko Antoni. —  To ta ciocia chyba do Wacusia nie tak prędko przyjedzie. Co mam w Poznaniu powiedzieć?

—  Powiedz im, że przyjedzie inna ciocia — polecił mu delegat.

—  Czy wszystkie pieniądze mam zabrać? Może panu będą teraz potrzebne?

—  Mam ich dosyć przy sobie.

—  Więc uda się pan teraz na nasz punkt rezerwowy obok dworca do zwrotniczego Trzeciaka?

—  Tak, tylko tam. Mamy u niego krótkofalówkę. Zawiadomię, by mi kurier przywiózł inne papiery i mundur oficera Wehrmachtu Inaczej nie będę mógł się stąd ruszyć. Szkoda, że nie zabrałem z Warszawy tym razem ze sobą broni. Pistolet, który mi kiedyś podarowałeś, oddałem w ostatniej chwili komuś, kto go wtedy bardziej potrzebował.

—  Więc i ja zrobię teraz to samo jeszcze raz — zdecydował Kut. wyjmując z szuflady swój rewolwer. — Działa dobrze, sprawdzony — rzekł wręczając broń delegatowi.

—  Dziękuję. W mojej sytuacji celny strzał może uratować mi życie. Ty chyba znowu postarasz się o nową broń dla siebie?

—  Oczywiście, będę ją miał za tydzień — upewnił Antoś swego gościa. — No, a teraz proszę za mną. Wyprowadzę pana przez pomieszczenia fabryki na drugą ulicę. Proszę mi dać znać przez synka tego Trzeciaka, że dotarł pan do niego spokojnie. W najgorszym razie nasi kolejarze przewiozą pana do Łodzi w węglarce.

—  O, widzisz, to lepszy pomysł niż czekanie na kuriera — ucieszył się delegat. — Myślę, że do jedenastej, nim wyjedziesz do Poznania, będę miał możliwość przesłania ci znaku życia. Nasi kolejarze spisują się na medal.

Przejście przez teren fabryki Seidacka udało się. Wszystko poszło gładko. Nikt nie zwrócił uwagi na obcego człowieka, z którym szedł Kut. Zdarzało się często, że prowadził z sobą jakichś klientów fabryki.

Na podwórzu Antoś na chwilę zostawił swego „klienta" w jakimś kącie i sam wyszedł na ulicę, by rozejrzeć się w sytuacji. Nie dostrzegł z tej strony nic podejrzanego. Za chwilę obaj młodzi ludzie rozstali się. Gdy Kut wracał do biura fabryki, dopadł go goniec Seidacka.

—  Szef kazał pana szukać — mówił chłopiec. — Dostał jakąś złą wiadomość. Szef siedzi jak struty.

—  Do diabła — zaniepokoił się Kut. — Czyżby już gestapo tam po mnie sięgnęło? — zastanawiał się.

—  Ma tam szef u siebie jakichś gości? — spytał gońca.

—  Gości to teraz nie ma — usłyszał odpowiedź. — Ale coś przyniósł listonosz i w szefa jakby piorun uderzył — mówił chłopiec.

—  Z poczty... — uspokoił się konspirator. — To jeszcze może nic o  mnie. Oni by w pocztę się nie bawili — rozumował.

Papa Seidack kurczowo trzymał w ręku jakiś zgnieciony papier, gdy Kut wszedł do jego gabinetu.

—  Dietrich... — wyszeptał stary Niemiec, widząc wchodzącego ulubieńca. — Długo z nim walczyliśmy, by nie wstępował do ochotniczej kompanii Hitler-Jugend, aż wreszcie, jak wiesz, uciekł z domu i zrobił, co chciał. Nie mam już następcy. Poległ pod Mińskiem. Oni cały rok już się cofają stamtąd. Przeklęty ten, co to wszystko na nas sprowadził! — jęknął. — Polegli już obaj narzeczeni moich córek. Czym to się skończy, Anton?

—  Klęską Hitlera! — rzucił Kut otwarcie w twarz staremu Niemcowi słowa prawdy.

—  So, so[1]... ale co będzie z nami, Anton? Co wy z nami zrobicie?

—  To, na co każdy z was sobie zasłuży.

—  Ja... ja nie byłem dla was katem, jak tylu innych. Ja wiem, że was spotkała wielka krzywda.

—  I my to wiemy, szefie, że pan był ludzki dla nas — uspokajał obawy Seidacka Kut. — Czy jedziemy do Poznania, szefie? — spytał po chwili pryncypała, pamiętając o swych obowiązkach konspiracyjnych.

—  Do Poznania? Po co? Miałem tam starać się o zwiększenie przydziału tytoniu do przerobu w mojej fabryce. To już niepotrzebne. Nie mam dla kogo robić pieniędzy, męczyć się. Dla żony mojej i córek wystarczy, co mam. Dużo wywiozłem ze sobą z Rygi.

I tak to wszystko na nic się nie przyda — machnął ręką zupełnie załamany. Był tak zgnębiony, że Antkowi żal się zrobiło w gruncie poczciwego  papy  Seidacka.

—  W razie czego, szefie — odezwał się do niego — wielu poświadczy, że był pan uczciwym człowiekiem. Wszyscy będą panu współczuli po tej stracie. Dietrich też nie był dla nas przykry, choć codziennie w Hitler-Jugend szczuli go na nas.

__, Tak, to było dobre dziecko,  biedny mój  Dietrich... — westchnął papa Seidack. — Słuchaj, Anton, mam do ciebie prośbę. Ty musisz o tym, co się stało, zawiadomić moją żonę. Ja nie mam odwagi powiedzieć o tym mojej Bercie. To ponad moje siły i przy tym boję się o jej serce. Frau Seidack nie zniosłaby tak wielkiej rozpaczy, gdybym i ja na jej oczach załamał się, a czuję, że tak by było.

„A to cholerna sytuacja — pomyślał Kut. — Ja mam pocieszać Niemkę, że jej synek poległ za Hitlerland".

—  Dobrze, panie szefie — odpowiedział grzecznie Antoś swemu pryncypałowi. — I mnie będzie ciężko mówić o śmierci Dietricha z Frau Seidack, ale może tak będzie rzeczywiście lepiej, gdy ktoś obcy...

—  Tak, tak, zrób to delikatnie, drogi Anton — mówił papa Seidack pełen niepokoju. — Frau Seidack będzie teraz sama w domu, bo Trudi, Greta i Hilda są w pracy. Może to i lepiej, gdy nikt nie będzie wtórował jej rozpaczy. Bądź ostrożny, Anton.

—  Spróbuję, szefie — obiecał młodzieniec.

—  Znowu Karl czegoś zapomniał — tymi słowami przywitała Berta Seidack ulubieńca swego męża, Antka, gdy zjawił się u niej o tak niezwykłej porze. — Co zostawił? Okulary, pieniądze czy jakieś papiery przed podróżą do Poznania?

—  Nic z tych rzeczy, niestety, Frau Seidack — odpowiedział młodzieniec najsmutniejszym, na jaki go było stać, głosem. — Dietrich pisał...

—  Nareszcie, dawaj list — ucieszyła się matka.

—  Listu nie mam, Frau Seidack, bo on jest... — odpowiedział jeszcze smutniejszym głosem zwiastun złej nowiny, urywając w pół zdania.

—  Ranny? O, Boże... — jęknęła Niemka.

—  W samej rzeczy i tak by można powiedzieć — plątał się Kut — rana jest skomplikowana... Dietrich stracił głowę.

—  Dla kogo? Amory w tym wieku... No, to ostatecznie... — On stracił głowę dla Hitlera, Frau Seidack — powiedział żałosnym głosem Kut.

—  Już dawno. Dlatego poszedł na front wbrew naszej woli. Takie czasy! My już nic nie znaczymy dla naszych dzieci — skarżyła się „gruba Berta".

—  Ale, Frau Seidack, jemu urwało głowę — prowadził młodzieniec rzecz do końca.

—  Co mu urwało? — spytała zdziwiona matka Dietricha, nie rozumiejąc,  o co  chodzi.  — Co ty pleciesz?

—  Bomba urwała mu głowę — powiedział wreszcie wyraźnie.

—  O Boże!... — wyrwał się rozpaczliwy krzyk z ust nieszczęsnej matki i korpulentne jej ciało osunęło się bezwładnie na podłogę.

—  Stasiu, Stasiu! — krzyknął Kut w głąb domu, przyzywając służącą Polkę. — Chodź, pomóż mi przenieść Frau Seidack na kanapę. Sam nie dam rady.

—  Co jej się stało? — spytała Stasia, przybiegając z kuchni i dostrzegając swą panią bez oznak życia leżącą na dywanie.

—  Otrzymała złą wiadomość — odparł młodzieniec. — No, weź panią za nogi. Tak, dobrze, kanapa blisko. Ależ ciężka — sapał dźwigając Frau Seidack. — Przynieś teraz miskę z zimną wodą i ręcznik. Skropimy jej twarz, jeżeli nie wróci do przytomności, trzeba będzie wezwać pogotowie.

—  Coś ty jej zrobił? A może Dietrka zabili czy co? — dziwiła się dziewczyna.

—  Właśnie — potwierdził jej przypuszczenie Kut.

—  Patrzcie! Wprawdzie to Niemcy, ale swoją drogą tego chłopaka trochę mi żal. No, krop Frau Seidack wodą — zwróciła się do Antka. — Widzisz, już trochę dycha. O, otwiera oczy.

—  Co się stało? — spytała półprzytomna nieszczęsna matka.

—  Nic takiego, Frau Seidack — odparła Stasia — Dietrek kaputt[2], a poza tym...

—  Boże, Boże, jaka straszna twoja kara. I za co? Za co?

—  Może byłoby za co — mruknęła dziewczyna.

—  Dietrich nie żyje, a ja muszę żyć — jęczała. — Gdzie są moje córki? — spytała.

—  Wedle porządku, w robocie — odparła służąca.

—  Chciałabym mieć je przy sobie. Trzeba je wezwać, ja umrę bez nich.

—  Jeśli tylko bez nich to w porządku — szepnął Kut do dziewczyny  — Stara nie najgorzej to zniosła. Ty wal po te panny, a ja wracam do moich zajęć. Zrobiłem już, o co mnie prosili.

Powiedziawszy to Antek na palcach opuścił mieszkanie swego pryncypała.

—  Trzeba będzie uprzedzić Bogasta o aresztowaniu pani Trubolskiej i ucieczce szefa  — zdecydował. —  Może być generalna wsypa.

Wyszedł na ulicę i skierował się w stronę domu Bogasta, by zostawić mu tę konieczną informację. Ledwo uszedł kilkaset kroków, dostrzegł idącego naprzeciw dobrze mu znanego Wilhelma Schultza z Schutzpolizei. Zastępca szefa policji kaliskiej też już go dostrzegł i jadowity uśmiech wykrzywił mu twarz. Zrobił spiesznie parę kroków w kierunku dawnego swego znajomego z obiadów u pani Trubolskiej i wyciągając rewolwer z kieszeni ryknął nagle:

—  Ręce do góry, ty polski bandyto, nareszcie wiemy, kim jesteś! Masz przy sobie broń z angielskiego zrzutu, co?

—  Nic nie wiem o żadnym zrzucie — odpowiedział Antoś blednąc.

—  Ale my wiemy. Zrewidować — rozkazał Schultz dwom towarzyszącym mu policjantom.

—  Broni przy sobie nie ma — meldowali mu podkomendni po dokładnym przeszukaniu Kuta. — Ale znaleźliśmy dużo pieniędzy.

—  Przelicz je, Franc — rozkazał Schultz.

—  Pięć tysięcy marek, panie komendancie — meldował za chwilę policjant.

—  Dobrze ci płacą Anglicy — warknął oficer policji.

—  To nie są moje pieniądze — odparł napadnięty Polak.

—  Też mówię, że dostałeś je od Anglików za swoją robotę — uśmiechnął się okrutnie Niemiec. — Wam wolno płacić za pracę za miesiąc najwyżej sto trzydzieści marek, więc...

—  To są pieniądze pana Karola Seidacka. Miałem jechać z moim pryncypałem dziś do Poznania, by zapłacić ratę za transport tytoniu. Szef kazał mi zabrać tę sumę, bo sam nie lubi mieć przy sobie dużo pieniędzy. Musiałem spełnić jego polecenie.

 To kłamstwo na nic się nie przyda, Kut — odparł kapitan niemieckiej policji. — Przecież i tak prędko to sprawdzimy.

—  Sprawdźcie — powiedział Antek pewnym głosem.

—  No, no, dosyć o tobie wiemy, abyś wisiał, ty bandyto — mruczał Schultz, — Możesz tylko uratować swój łeb, jeśli wysypiesz wszystko, co wiesz o wszystkich — dodał z naciskiem.

Policjanci skuli ręce aresztowanego kajdanami i zaprowadzili go do więzienia na ulicę Łódzką, gdzie gospodarowało gestapo. Zaraz za bramą kapitan Schultz pożegnał Antka silnym uderzeniem w twarz.

—  Masz to ode mnie, oszuście! — zawołał. — Inni się tobą tu zajmą. Nie chciałeś skorzystać z dobrodziejstw naszego wspaniałomyślnego narodu, które ci ofiarowaliśmy, poznasz teraz jego surowość!

Oficer policji splunął w twarz Kutowi i odszedł. Rzuciło się na niego teraz dwóch zbirów w czarnych mundurach z trupimi czaszkami na czapkach i zapędziło, kopiąc go, do celi. Jeden z nich mocnym uderzeniem zwalił swą ofiarę na cementową posadzkę i żelazne drzwi zamknęły się za nim ze zgrzytem. Antek otarł chustką, którą mu jeszcze zostawili, krew i plwocinę z twarzy.

„Zginąłem — pomyślał. — No, trudno, oby tylko ich ocalić. Edyta jest mądrzejsza, inteligentniejsza od tych katów, może uda się jej jakoś wykręcić".

Za chwilę zazgrzytał znowu klucz w zamku. Ten sam gestapowiec, który go uderzył, ryknął od drzwi:

—  Stawaj na baczność, ty śmierdzielu, przed niemieckim mundurem!

Antek zrozumiał, że wszelki opór pogorszy tylko jego sytuację, i spełnił polecenie siepacza.

—  Marsz na górę! — rozkazał mu człowiek z trupią główką na czapce.

Poszli po schodach na drugie piętro ogromnego gmachu więziennego i tam dozorca wepchnął Antka do dużego pokoju, w którym za biurkiem siedział mężczyzna bez marynarki mundurowej. Z powodu upału zawiesił ją na poręczy krzesła. Obok niego na stojaku wisiało kilka batów, od zwykłej dyscypliny zaczynając aż na groźnym bykowcu z ołowianą kulką kończąc.

—  Antoni Kut, zgadza się, to ty — odezwał się gestapowiec zza biurka. — Dużo pracy nas kosztowałeś, ptaszku, nim złowiliśmy cię w sidła. Gdzie jest teraz Bratkowski? — spytał, mierząc groźnym spojrzeniem aresztowanego młodzieńca.

—  Bratkowski... Bratkowski? — próbował przypomnieć sobie Antek. — Aha, znam jednego takiego.

—  No, no? — czekał oficer gestapo. — Gadaj! —  Pracuje w piekarni Tobera.

—  Jak mu na imię? —  Jan, chyba Jan.

—  Rudolf, przypomnij mu, o jakiego Bratkowskiego nam chodzi —  rzucił polecenie badający więźnia Henryk Nolte, zastępca szefa kaliskiego gestapo.

Oprawca, który przyprowadził Kuta na badanie, uderzył go dwukrotnie z całej siły w twarz. Antek zatoczył się i poczuł w ustach smak krwi.

—  Przypomniałeś już sobie? — spytał go drwiąco Nolte. — O, to ten. — Oberscharführer[3] pokazał Antkowi paszport delegata. — Weź to w swoją łapę, bandyto, i obejrzyj sobie dobrze zdjęcie swego herszta.

—  To jest jakiś Heinrich Lorentz — odczytał Antek nazwisko posiadacza  paszportu.

—  Dobrze go znasz —  oświadczył gestapowiec. — Gadaj zaraz, gdzieście go skryli?

—  Nie znam tego człowieka — rzekł Antoś.

—  Ostrzegam cię, Kut, że wykręty twoje nic ci nie pomogą. Masz być odesłany razem z Trubolska do Litzmanstadt, tam nie będą się z tobą certowali. Trubolska znasz, prawda?

—  Znam — potwierdził Kut.

—  No, choć tyle. I u niej spotykałeś tego drania Bratkowskiego.

—  Kto to jest? — spytał Antek.

Scharführer[4] poderwał się z krzesła, pochwycił z wieszaka bykowiec z ołowianą kulą — i z całej siły uderzył nim w twarz więźnia.

—  Już wiesz teraz, kto to jest, czy mam ci jeszcze raz przypomnieć? — spytał gestapowiec.

Ofiara przecząco pokręciła głową.

—  Badanie was to sprawa gestapo w Litzmanstadt, myśmy im tylko chcieli pomóc. Tam ci tak dadzą do wiwatu, że sam będziesz Prosił, by móc mówić prawdę. W jednej tylko sprawie z nią się nie minąłeś. Pieniądze, znalezione przy tobie, rzeczywiście należały do Karola Seidacka.

„Seidack nie zawiódł, choć ta jedna pociecha — pomyślał z ulgą Antek. — Nic o mnie nie wiedzą, trzeba się trzymać dalej" — zdecydował.

Sturmbannführer[5] Kondritz, „specjalista" od spraw polskich w łódzkim gestapo, chętnie sam bił przesłuchiwanych więźniów i nawet doszedł po dłuższych ćwiczeniach do dużej perfekcji w tym „sporcie". Ołowiana kulka bykowca, którą chłostał gołe plecy Edyty Trubolskiej, trafiała zawsze w to samo miejsce, sprawiając nieludzki ból. Była tam już tylko krwawa miazga, ropiejąca z czasem i grożąca gangreną. Drugą specjalnością Kondritza było wybijanie zębów jego ofiarom zręcznym uderzeniem metalowej pałeczki. Mistrzostwo uderzenia Sturmbannführera polegało na tym, by jednym zamachem wybić tylko jeden ząb. Taka metoda przedłużała torturę badanego, o co właśnie bardzo chodziło oprawcy. Edyta jeden po drugim wypluwała swoje piękne zęby. Usta jej tworzyły już jedną ranę. Po każdym mistrzowskim ciosie Kondritz pytał:

—  No więc co cię łączyło z Bratkowskim?

—  Znałam tylko Heinricha Lorentza —  odpowiadała niezmiennie.

—  I poznałaś go w pociągu?

— Tak. Podobał mi się, a ja jemu. Mówił, że jest agentem jakiejś niemieckiej firmy handlowej. Jestem wdową. Miałam prawo dać mu mój adres, gdy o to prosił. Pytał, czy przy okazji swych handlowych podróży może mnie odwiedzić. Tyle razy już wam to powtarzałam. Jeśli nie mówił prawdy, skądże ja mogłam to wiedzieć. Interesowałam się mężczyzną, a nie tym, co robi. Podobałam mu się, powtarzam.

—  Już teraz nikomu nie będziesz się podobała!  — warknął oprawca. — My cię skonfrontujemy z człowiekiem, który w oczy ci powie, jakie to sprawki łączyły cię z szefem polskiej bandy.

Edyta w duchu zadrżała. „Antek Kut... — pomyślała. — Jeśli jego aresztowali i załamał się na torturach, jestem zgubiona".

Do konfrontacji jednak nie doszło. Któregoś dnia Edyta widziała, jak wleczono przez korytarz chwiejącego się na nogach Antka. Kondritz wybiegł naprzeciwko niego i wymierzył więźniowi potężny policzek, potem otarł ze wstrętem rękę o połę munduru.

„Antek nie zdradził" — pomyślała z ulgą pani Trubolska.

—  Twarde macie łby i grzbiety — warknął do niej oprawca. — Nie chcecie przyznać się do niczego ani sypać innych. Taki opór mogą stawiać tylko tacy barbarzyńcy, jak wy. Cóż, dowodów przeciw wam, niestety, nie mamy. Wyślemy cię do obozu koncentracyjnego.

—   Czy będę mogła zobaczyć przedtem moje dzieci, by się z nimi pożegnać? — spytała pani Edyta. To było teraz jej jedyne, najdroższe marzenie: zobaczyć jeszcze raz przed śmiercią, której rychłego nadejścia spodziewała się, najukochańsze istoty. Tadzik i Januszek Przebywali w Łodzi, a więc w pobliżu miejsca jej kaźni, u jej ciotecznej siostry.

—  Dzieci? — podchwycił Kondritz zimnym głosem — tak, to jest myśl. Niech cię zobaczą, nim pojadą na wychowanie w głąb Rzeszy. Zrobimy z nich dobrych Niemców. Powinny przedtem nabrać wstrętu do matki. Zobaczysz ich.

Zobaczyła swych synków w dwa dni potem w pokoju Kondritza. Stała naprzeciw nich w brudnym więziennym pasiaku, z dwiema podłużnymi ranami na zapadniętej bezzębnej twarzy, pohańbione żywe widmo ludzkie, w jakie zamieniło ją okrutne bezprawie Herrenvolku.

—  Poznajecie tę ladacznicę? — spytał chłopców hitlerowski oprawca. — Spotkała ją zasłużona kara.

Chłopcy spojrzeli na matkę wzrokiem pełnym największej czułości i obaj z płaczem rzucili się jej do nóg, obejmując je i okrywając pocałunkami jej wychudłe, umęczone ręce.

—  Mamusia, nasza mamusia — powtarzali obaj szlochając.

—  Precz stąd, szczeniaki! — ryknął na nich Kondritz. — Ostatni raz oglądacie tę łajdaczkę. Widzę, że źle was wychowała, w Rzeszy wychowają was inaczej!

Po tych słowach oderwał siłą dzieci od matki i dwoma kopniakami wypędził z pokoju.

—  Jaka suka, takie szczenięta — warknął ze wściekłością — ale my damy sobie z nimi radę.

Edytę odprowadzono z powrotem do celi. Do jej udręk fizycznych dołączył się straszny lęk o dzieci. Widmo ich zniemczenia spędzało matce sen z powiek.

—  Nie, nie. To się nie może stać — powtarzała.

Głęboka rana na plecach, nie leczona zupełnie, bo skierowania do więziennego szpitala jej odmówiono, jątrzyła się niepokojąco. Edyta opadała z sił z każdym dniem. Poranione ciało, głód i udręka moralna niszczyły coraz bardziej młody jeszcze organizm. Słabła z dnia na dzień coraz bardziej.

„Nie będzie potrzebny obóz koncentracyjny, oni tu czekają na moją śmierć — pomyślała. — A jednak ja muszę żyć, muszę dla nich, dla moich synków. Przecież Hitler prędko już skręci kark. Od czasu Stalingradu ponosi stale klęski. To początek jego końca. A potem muszę odnaleźć ich, dać im matczyne ciepło i żyć dalej ich życiem, gdy moje szczęście osobiste odebrali mi ci zbrodniarze".

Pewnego dnia, gdy, słaniając się na nogach, wynosiła kibel więzienny, spotkała na korytarzu sanitariusza szpitalnego. Wydawało jej się, że ma jakąś ludzką twarz. W pobliżu nie było nikogo z gestapowców, zwróciła się więc do niego z prośbą:

—  Niech mnie pan ratuje. Nie jestem kryminalistką. Mam ranę na plecach od bicia. Ropieje coraz bardziej. Zagnieździło się też w niej robactwo.

Sanitariusz, nie patrząc na nią, odpowiedział:

— Nie wolno mi pomagać więźniom, ale tobie pomogę. Jak się nazywasz i w której siedzisz celi? — Usłyszawszy nazwisko, mruknąć — No tak, Polka, ale ja ci pomogę. Przyniosę ci kilka pastylek dezynfekujących. Masz w celi wodę i jakiś kubek?

—  Mam.

—  Rozpuścisz jedną pastylkę w niedużej ilości wody. Płynem tym przemywaj ranę dwa razy dziennie. Podrzucę ci to lekarstwo tak, aby nikt nie widział. Czy jutro też będziesz wynosiła kibel o tej samej godzinie?

—  Tak.

—  No, to i ja tu się zjawię i wsunę ci pastylki do ręki.

—  Dziękuję panu — szepnęła Edyta.

Sanitariusz dotrzymał słowa. Gdy nazajutrz dawał jej przyrzeczone lekarstwo, obejrzawszy się parę razy dookoła powiedział ściszonym głosem:

—  Ty jesteś Trubolska, zapamiętałem to trudne nazwisko. Kondritz szuka dzieci jakiejś Trubolskiej, co przepadły gdzieś bez wieści. Masz dzieci?

—  Tak, dwoje.

—  Zgadza się. One uciekły. Sturmbannführer się wścieka.

— Jakże jestem panu wdzięczna za tę wiadomość — odpowiedziała Edyta bardzo wzruszona. — Niech Bóg panu za to zapłaci.  Masz tu kawałek chleba ze słoniną. Schowaj to prędko, ktoś tu idzie.

W głębi korytarza zadudniły ciężkie podkute buty strażnika więziennego. Sanitariusz oddalił się spiesznie. Lekarstwo pomogło. Jątrząca się rana zabliźniała się powoli. Muszę  żyć dla moich dzieci — powtarzała sobie  z uporem Edyta. To postanowienie dawało jej siłę przetrwania.


[1]  So, so, (niem.) — tak, tak.

[2]  Kaputt   (niem.) — tu — już po nim.

[3]  Der Oberscharführer (niem.)  —  stopień  w SS  odpowiadający feldfeblowi, starszemu sierżantowi.

[4]  Der  Scharführer   (niem.) — plutonowy w formacjach SS.

[5]  Sturmbannführer   (niem.) — major w formacjach SS.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

„PORTRET SYNTETYCZNY"

Wolant właściciela Żydowa zatrzymał się tuż przy schodach pałacyku Alfreda Nawrockiego w Winiarach. Wprawny woźnica bardzo blisko podprowadził pojazd, że konie prawie dotykały łbami ściany domu. Zawrócił je w ostatniej sekundzie tak, że brzeg powozu z jego niskim zejściem sięgał pierwszego stopnia ganku. Czarnooka smukła pokojówka Nawrockich, Marysia Zimna, wypatrzyła od razu gości i podbiegła otworzyć im drzwi. Wysoki starszy pan wiódł ze sobą młodzieńca dużej urody o niebieskich, bystrych, śmiało patrzących oczach, niższego od siebie o pół głowy.

Marysia pod spojrzeniem jasnych oczu młodzieńca zarumieniła się mimo woli.

—  Czy zastaliśmy pana Nawrockiego? — spytał po polsku Emil Frude.

—  Tak, pan mnie uprzedził, że będzie miał gości — odpowiedziała pokojowa, wprowadziła gości do gabinetu i znikła ze słowami: — Zaraz poproszę pana.

—  Śliczna... — szepnął młody towarzysz pana Frudego.

—  Hę, co pan tam mruczy? — burknął starszy pan.

—  Że te cygara — wskazał ręką młodzieniec — to oryginalne hawana.

—  Rzeczywiście — potwierdził Frude. — Nawrocki to istny cudotwórca. Piąty rok wojny, a u niego ciągle się jej nie czuje.

—  Czym on płaci za to wszystko? Czy my aby jesteśmy we właściwym miejscu? — spytał z nagłym niepokojem młody człowiek. — Bo jeśli chodzi o pana...

— On jest jeszcze bardziej pewny ode mnie — uśmiechnął się smutno Emil Frude. — Nawrocki ryzykuje głową, ja tylko więzieniem, a ono nie będzie... to jest, tfu! — poprawił się właściciel Żydowa  —  nie byłoby już długie.

— Witam pana — przerwał  gościom   rozmowę   gospodarz  domu. — o, widzę, że pan nie sam.

— To Tadeusz  Martynowski,  inspektor  szkolny — przedstawił pan Frude swego towarzysza.

— Aha, słyszałem o panu — kiwnął głową Alfred Nawrocki.

— A o czym by prezes nie słyszał, wie nawet, co w trawie piszczy.

—  Trawę zostawiam rolnikom — odparł Nawrocki — ja muszę wiedzieć, co się wśród ludzi dzieje. Nie są to głosy słowików, niech mi dziedzic wierzy.

—  Jaki ja tam dziedzic — machnął ręką pan Frude. — Z dziesięciu palców i robiącej bokami fabryczki po ojcu doszedłem do pięknej wsi. Mój syn Henryk może już będzie dziedzicem po mnie, jeżeli... Długo to wszystko trwa, a pętla się zacieśnia. Ja już ją czuję na szyi.

—  Cały naród polski ją czuje, pan nie jest tu wyjątkiem — powiedział Nawrocki. — Więc po jaki to haracz przywiózł pan do mnie inspektora? — spytał starszego gościa.

—  Ja tradycyjnie już trzydzieści prawie lat jestem opiekunem nauczycielskiego stanu. Zacząłem pełnić ten „urząd" przed pierwszą wojną światową, gdy odwiedził mnie po raz pierwszy nauczyciel Teodor Dybowski z sąsiednich Piwonic, prosząc o datek na bibliotekę szkolną. Warunki materialne pozwoliły mi na ufundowanie kilku takich biblioteczek szkolnych. W czasie pierwszej wojny światowej trzeba było dożywiać wielodzietne rodziny nauczycielskie, teraz znowu trzeba chronić od śmierci głodowej dziatwę szkolną. Z tym do Pana przyjechałem.

— Domyśliłem się,  gdy dowiedziałem się,  że pan Martynowski

Jest inspektorem — powiedział Nawrocki. — Siedzimy na jednym wózku — zwrócił się do Martynowskiego — bo za to, co robimy, czeka nas stryczek. Za tajne nauczanie po polsku grozi śmierć.

Na to  jestem przygotowany — oświadczył inspektor — ale w naszych szkołach mamy dzieci tak nie dożywione, że serce się —  Oj, serce, serce... — westchnął gospodarz — despota to wielki. Rozum ma za hetkę pętelkę. Mnie te łotry chyba niedługo powieszą. Pół produkcji mej fabryki idzie na lewo. Sam się dziwię, że tak długo to mogę ciągnąć. A tu jeszcze przyszedł pan z głodnymi dziećmi.

—  Więc nie będzie pan mógł? — spytał cicho Tadeusz Martynowski.

—  Na pewno nie mogę — mruknął Nawrocki. — Nie mogę, ale muszę, więc dam — dodał. — Niech pan porozumie się z inżynierem Gerliczem i Krelem, ile wam czego potrzeba. To są magicy od cyfr. W cyfrach musi się wszystko zgadzać.

—  Dziękuję panu, dziękuję. Nie spodziewałem się...

—  Odmowy? Winiary dają coraz więcej na cele konspiracji. Oby się to tylko źle dla mnie nie skończyło... Cóż tam nowego u pana? — spytał starszego gościa.

—  Jakoś się klei dotąd — odparł zapytany. — Córka moja, Hania, prawie cały czas poświęca naszej szkole wiejskiej. O mym synu pan chyba wie więcej niż ja, bo go mało widzimy w domu.

—  Niestety, mam dla państwa niedobrą nowinę — przypomniał sobie gospodarz. — Przyjaciel państwa, Kanadyjczyk Frank Pickersgill, został powieszony w Dachau za próbę ucieczki.

—  Biedna Hania... — jęknął pan Emil.

—  Wysłali go zaraz z Rawicza po wyleczeniu złamanej nogi w więziennym szpitalu w czasie próby ucieczki stamtąd. Pan Martynowski nie słyszy tego, co mówię — zwrócił się do inspektora.

—  Nie słyszę, panie prezesie. Dosyć mam własnych grzechów do zapamiętania.

—  Tak, takich grzechów mamy teraz aż za wiele — westchnął gospodarz.

Marysia Zimna wniosła na tacy koniak francuski i kanapki.

—  Napiją się panowie po kieliszku? — zaproponował gospodarz. — Koniak autentyczny, prawie taki sam w smaku robi mój chemik inżynier Gerlicz.

—  Smutna wiadomość... — powtarzał pan Frude, sięgając drżącą ręką po kieliszek.

—  Oby ostatnia z tej serii — odrzekł Nawrocki wznosząc w górę kieliszek.

Ledwo pożegnał gości, w gabinecie zadzwonił telefon.

A, to ty, Schönrogge — udawał pan Nawrocki radość usłyszawszy głos przyjaciela — cóż dobrego? Chcesz do mnie wpaść? Bardzo proszę. Nie sam? Gość z Łodzi, proszę, proszę, oczywiście, będę rad.

Nawrocki z pewnym niepokojem odłożył słuchawkę. Od czasu aresztowania Trubolskiej stracił dotychczasową pewność siebie. Sekretarka landrata wiedziała bardzo dużo. Każdej chwili mogła się załamać, a wtedy... Zimny pot wystąpił na czoło pana Alfreda. I w dodatku ten bałwan Schönrogge jest taki tajemniczy. „Oczywiście przyjechał ktoś z łódzkiego gestapo — domyślał się Nawrocki, — Skoro jednak Schönrogge przedtem zadzwonił do mnie, a nie wpadli bez ostrzeżenia, nie jest tak źle" — pocieszał się.

W obecności wysłannika łódzkiego gestapo, Sturmbannführera Kondritza, Wilhelm Schönrogge zachował się wobec pana Nawrockiego zimno, grzecznie, powściągliwie, bez dawnej uniżoności, jaką mu zwykle okazywał. Taką samą zresztą postawę zachował i sam Kondritz. Obaj „goście" popijali znakomity koniak „francuski" produkcji Gerlicza, pytali jakby od niechcenia o to, czy gospodarz domu nie ma jakich kłopotów związanych z prowadzeniem tak potrzebnego dla Rzeszy zakładu, słowem, wizyta ich przebiegała w formie towarzyskiej pogawędki dobrze wychowanych panów.

„Ten łobuz ciągle chowa nóż w cholewie —  myślał o Kondritzu Nawrocki. — No, wyciągnij go już, stary zbóju" — kontynuował swą myśl, uśmiechając się uprzejmie do nieproszonego gościa. Niedługo na to czekał.

Kondritz, zaciągając się wonnym dymem drogiego cygara, zapytał wreszcie jakby od niechcenia:

—  Pańskie  dostawy do Wehrmachtu ciągle wzrastają,  prawda?

—  O, tak. Nie możemy nadążyć z wywiązywaniem się z coraz wyższych kontyngentów. Wszyscy moi ludzie są przepracowani. Z surowcami też coraz większe kłopoty, dostawy często zawodzą.

—  Odczuwa się pewne braki w dostawach na terenie całej Rzeszy — potwierdził Kondritz. — Wróg zadaje nam poważne ciosy. Wróg zewnętrzny i wewnętrzny — dodał z pewnym naciskiem.

—  Czemu więc wysyła pan duże transporty środków żywnościowych do nie istniejących jednostek Wehrmachtu?

Do nie istniejących? — zdziwił się właściciel „Lebensmittel-Winiary". —  Nie rozumiem, o co chodzi.

—  O rzecz, która zdarzyła się u pana nie jeden raz, więc nie może pan nie wiedzieć, o co chodzi. Niektóre transporty zostały nawet podjęte w trudnych do ustalenia okolicznościach, co wydaje się nam bardzo dziwne. Powiem panu szczerze, Herr von Nawrocki, sprawdzaliśmy pańską opinię w Berlinie. Jest jak najlepsza, dlatego rozmawiam z panem w taki, a nie inny sposób. Wydawać się może, że to były pomyłki. Zleciłem memu koledze z Kalisza Sturmführerowi Schönrogge, by przeprowadził w tej sprawie dochodzenie w pańskiej fabryce. Chyba będziemy tu mogli liczyć na pańską pomoc, Herr von Nawrocki, by przekonać się, czy to były niedopatrzenia, czy czyjaś wina?

—  Służę panom — odparł gospodarz.

—  Skontroluję wszystko bardzo dokładnie — przyrzekł swemu zwierzchnikowi komendant kaliskiego gestapo.

—  Panowie mogą od razu zacząć kontrolę, potem poproszę ich na obiad — zaofiarował się Nawrocki.

—  Dziękuję, ale nie mam czasu — odparł łódzki gestapowiec — muszę już odjeżdżać.

Nawrocki odetchnął lżej. Czuł, że tylko przez okazanie zimnej krwi wobec znanego w Łodzi kata może ocalić swą placówkę, i metoda ta chwyciła.

—  Herr Sturmführer chyba jednak tu zostanie, skoro sprawa tak dla mnie przykra, chciałbym ją wyjaśnić jak najprędzej — kontynuował zgodnie ze swoją metodą.

—  Muszę teraz towarzyszyć panu Sturmbannführerowi, przyjadę jutro — oświadczył Schönrogge.

Było to dla Alfreda Nawrockiego zwycięstwo na całym froncie. Komendanta kaliskiego gestapo nie lękał się. Wiedział, że tak jak wszystkich innych lokalnych dygnitarzy hitlerowskich można go sobie owinąć dokoła palca. Tak się też stało. Nazajutrz po przeprowadzonym „surowym śledztwie" przez „głupiego Wilusia", jak pan Alfred wobec żony i bliskich nazywał Schönroggego, obaj przystąpili do pisania raportu do Łodzi. Były fryzjer monachijski bardzo słabo czuł się w roli pisarza. Wyręczył go w niej wspaniałomyślnie sam „kuzyn" Göringa, dyktując słowo po słowie Schönroggemu treść owego raportu.

Okazało się, że wszystko było nieporozumieniem i pomyłką jakichś urzędników poczty  polowej,  którzy mylili  adresy  swych jednostek. Takie żałosne pomyłki zdarzały się raz po raz, tym razem więc szczęście dopisało jeszcze raz konspiratorowi z Winiar. Przeżył on niedawno straszną tragedię rodzinną. Nie na długo udało mu się ocalić braci Stefana i Teodora. Wpadli wkrótce znowu w ręce gestapo i zostali natychmiast rozstrzelani.

Ojciec Julian Stefan Mirochna należał do tych bardzo nielicznych ludzi na świecie, którzy nigdy w życiu nie skłamali. Najzdolniejszy agent gestapo, Zenon Ciemniejewski z Poznania, po wejściu Niemców kat Polaków, przyczynił się do jego ujęcia. Gwardian franciszkanów z Kalisza, schwytany w Warszawie i przewieziony do Poznania do kaźni Wielkopolski, słynnego z tortur fortu VII cytadeli, powtarzał na mękach ciągle te same słowa: „Wiem, ale nie powiem". Torturowano go tak pół roku, lecząc parę razy jego rany, by przypadkiem nie umarł przedwcześnie. Miał ręce skute na plecach tak, że w celu spożycia nędznego posiłku w celi musiał kłaść się na podłodze i chłeptać zupę z brudnej miski, jak to czynią psy.

Zbiry gestapowskie długo nie mogły pochwycić „komendanta zbrojnego ruchu oporu w Kaliszu". Porozklejano w całym Warthegau afisze, w których obiecywano 25 000 marek za jego głowę, nazywając go groźnym bandytą. Dopiero w Warszawie rozpoznał ojca Mirochnę prowokator z Poznania i zwabił w zasadzkę. Przy aresztowanym znaleziono szyfr. Agent Ciemniejewski odkrył jego powiązania z naczelnymi władzami organizacji podziemnej. Żadne jednak najokrutniejsze tortury, jakie mało kto przeszedł na tym padole zbrodni, nie zdołały załamać ojca Mirochny. Teraz wszystko było już poza nim. Po wielomiesięcznych męczarniach przeniesiono go do celi śmierci, zdjęto kajdany z rąk, po raz pierwszy od dnia aresztowania, bo nawet w szpitalu przykuwano go łańcuchem do łóżka, ale powyrywane ze stawów ręce wisiały teraz bezwładnie po obu stronach wychudzonego ciała zakonnika. Gdy wepchnięto go do miejsca ostatniego pobytu na ziemi, pozdrowił gromadkę straceńców, których tam zastał, starając się, by głos z bezzębnych ust wyszedł jak najwyraźniej. Odpowiedział mu chór młodych głosów. Oczekujący na śmierć mieli prawie wszyscy poniżej dwudziestu lat życia. Byli to przeważnie członkowie zdekonspirowanych harcerskich „Szarych Szeregów", dziewczęta i chłopcy.

Po krótkim czasie oprawcy wepchnęli do celi śmierci jeszcze jednego skazańca. Opuchnięta jego, nabrzmiała twarz wskazywała na ślady niedawnego pobicia. Tak zresztą wyglądali wszyscy tu spędzeni. Młody człowiek rozejrzał się bystro dokoła, jakby szukał tu znajomych. Tak zachowywał się w nowym miejscu każdy więzień. Znalezienie kogoś bliskiego stanowiło wielką pociechę.

—  Ojciec gwardian... — uśmiechnął się blado nowy więzień, dostrzegając zakonnika. — Ojciec mnie poznaje? Jestem Marian Bogast, jeden z tych chłopców, których ksiądz gwardian uratował w kościele Franciszkanów w Kaliszu przed łapanką.

—  Poznałem cię, mój chłopcze. Żałuję, że tutaj musieliśmy się spotkać.

—  Znaleźli u mnie broń. Trudno, trzeba umierać — odpowiedział dawny „śmieciarz" kaliski. —  Śmierć lepsza od tego, co ze mną wyprawiali. Gorzej, że całą rodzinę wywieźli do obozu.

— Przeżyją to — odpowiedział kapłan. — Nie martw się.

—  Ojciec to wie?

—  Widzę, widzę ich — jakiś nieziemski uśmiech zajaśniał na sczerniałych wargach zakonnika.

—  Czy ojciec gwardian może mnie wyspowiadać? — zapytał młodzieniec.

—  Synu mój, Bóg już ci wybaczył wszystkie twoje grzechy, ale jeśli chcesz uspokoić twoje sumienie, uklęknij.

Zadudniły na korytarzu fortu ciężkie kroki nadchodzących katów. Usłyszała je pierwsza stojąca najbliżej drzwi siedemnastoletnia harcerka Lusia.  Drżącymi wargami zaintonowała hymn narodowy.

— „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy"...

Podjęli tę pieśń wszyscy skazańcy. Ojciec Mirochna po raz ostatni w życiu upadł na kolana.

Do celi śmierci wpadli gestapowcy, tłukąc batami po twarzach śpiewających. Ale ci nie przerywali pieśni, nie czuli już bólu uderzeń zadawanych przez ludzkie bestie.

—  Każę powyrywać wam języki! — ryczał najstarszy ze zbirów, ale nie wykonał tej groźby, na korytarzu bowiem stał już prokurator Sondergerichtu[1], którego władzy podlegali teraz skazani, Oberscharftthrer Langner. Tego wymagała niemiecka „sprawiedliwość".

On to u stóp szubienic odczytał wyrok śmierci przez powieszenie jako odwet za ucieczkę jednego z więźniów. Wszystko musiało mieć swoje prawne uzasadnienie. Stało się zadość wszelkim przepisom. Egzekucji asystował nawet lekarz. Uważnie obejrzał skazanych, wywołał z ich szeregu dwóch o najlepszych warunkach fizycznych, harcerza z Poznania, Warzechę, i robotnika z Kalisza, Mariana Bogasta. Starannie wysłuchał bicia ich serc i dał znak oprawcom. Tych zbadanych podprowadzono pierwszych do szubienic, stojących na drewnianym rusztowaniu.

—  Trzeciego weźmiemy tego klechę — zdecydował dowódca plutonu egzekucyjnego.

—  Nie — sprzeciwił się Oberscharführer Langner — według prawa najbardziej winny ma zginąć ostatni.

Na miejsce wleczonego już ku szubienicy ojca Mirochny wzięto innego skazańca. Zakonnik zawołał teraz pełnym wewnętrznej siły głosem:

—  Błogosławię was, siostry i bracia, którzy umieracie za świat bez gwałtu i wolną Polskę bez krzywdy!

—  To zwierzę zgrywa się do końca — warknął dowódca egzekucyjnego plutonu do „prokuratora" Langnera. — Nie miałeś racji, Fryc, trzeba było od niego zacząć i wyrwać mu zawczasu parszywy ozór z gęby.

—  Weź go teraz w drugiej kolejce — odparł Oberscharführer. „Najszlachetniejsi giną, Boże, ocal od spodlenia mój nieszczęsny naród" — modlił się prowadzony ku szubienicy zakonnik.

 

Było to wczesną wiosną 1944 roku. W gabinecie „prezesa", jak nazywano Nawrockiego, zebrało się sześciu mężczyzn. Prócz gospodarza byli to Konrad Wünsche z sąsiedniego Opatówka, Bruno Lompe z Dembego, Henio Frude z Żydowa i dwaj pracownicy fabryki: Krel i Gerlicz. Dziewiętnastoletnia Marysia Zimna usługiwała gościom. W ciągu paru lat pobytu w domu Nawrockich zdołała już pozyskać całkowite zaufanie swego szefa i wiedziała o wielu sprawach wymagających wielkiej dyskrecji. Uprzedzeni o tym panowie nie przerywali w jej obecności rozmów.

—  Krótko mówiąc — wiódł główny wątek dyskusji pan Alfred nie na lata już, ale na miesiące należy liczyć dni dzielące nas od klęski Hitlera. Z dwóch stron zbliża się nieuchronnie jego zagłada. Dotychczas byłem przeciwnikiem wszelkiej akcji zbrojnej na naszym terenie, bo za jednego zbrodniarza hitlerowskiego ginęło wielu Polaków. Nie chodzi tu o nasze alibi wobec narodu polskiego, bo odpowiednie władze polskie wiedzą, kim jesteśmy i cośmy zdziałali w tych latach, kiedy każdego dnia czekała nas i może jeszcze czekać śmierć za nasze czyny. Nikt nam nie będzie mógł powiedzieć, że dla własnego interesu podaliśmy się za Niemców. Tego wymagał instynkt samozachowawczy narodu polskiego w tej dzielnicy. Lompe, co pan robi w swoim Dembem? — spytał tęgiego pana ćmiącego spokojnie cygaro.

—  Mam tajną szkołę polską, posyłam do Kalisza stale deputat żywnościowy dla dożywiania dzieci, mój ekonom, zawodowy podoficer, ćwiczy dwudziestu ludzi w sztuce wojennej, przechowuję siedmiu jeńców, zbiegów z obozów.

—  O, właśnie — podchwycił gospodarz. — Lasy roją się od uciekinierów z niewoli. Mamy nowy problem, jak im pomagać. A więc, moi panowie, ów przedostatni dzień walki nie może nas zastać bezczynnymi. Musimy tak działać, aby ani jeden zbrodniarz hitlerowski na naszej ziemi nie uniknął kary. Nie możemy wdawać się w beznadziejną walkę z Wehrmachtem, ale ci miejscowi zbrodniarze, którzy tu działali, muszą tutaj dać głowę. Potrzeba do tego nam i ludzi, i broni. Najpierw ludzie. Musimy radzić sobie sami, bo władz konspiracyjnych mamy aż za wiele. Poznań i Łódź wyrywają nas sobie i nie mogą uzgodnić, komu w końcu miasto Kalisz i powiat ma podlegać. W dodatku nawet nie mogą z sobą uzgodnić, czy tu mamy tylko rejon powiatowy, czy okręg obejmujący kilka powiatów. Co parę tygodni zjawia się u mnie inny delegat i daje inne dyspozycje, jakby tu było, prócz naszych głów, czym dysponować.

— Właśnie otrzymałem wiadomość, że delegat na Wielkopolskę ma przebywać u mnie w Opatówku — odezwał się Konrad Wünsche.

—  To może położy kres dotychczasowemu bałaganowi — stwierdził z zadowoleniem prezes. — Uzgodnimy z nim plan działania na naszym terenie, choć na żadną pomoc nie liczę. Wracam do sprawy ludzi. Ilu ich na wszystko zdecydowanych możesz dostarczyć ze swego sektora, Henryku? — zwrócił się do Frudego. — Masz pod opieką teraz pięć wsi od momentu, gdy sierżant Hys został aresztowany po nieudanym angielskim zrzucie w Ołoboku.

—  Tylu ich dostarczę, ilu będzie trzeba — odparł młody Frude. —. To fanfaronada młodzieńcza — skrzywił się Nawrocki. — Ilu ty możesz ich mieć, Konradzie? — spytał właściciela Opatówka.

—  Tylu, ilu będzie trzeba — powtórzył za Frudem porucznik Wünsche.

— Tam do licha, prawdziwie polska determinacja.

—  A polska, polska — potwierdził Lompę — u mnie szkoli się dwudziestu, ale, gdy będzie trzeba, staną wszyscy od piętnastu do sześćdziesięciu lat.

—  Więc nie sprawa ludzi będzie naszą troską, lecz zdobycie broni. Zrzuty z Zachodu zawiodły zupełnie. To zbyt ryzykowne i odległość za wielka. Za dużo ponieśliśmy ofiar w Ołoboku. Zginęli tam nasi najdzielniejsi ludzie. Broń trzeba brać tam, gdzie ona jest pod ręką. W odpowiednim momencie uderzymy na magazyny niemieckie. Na to wystarczy mały oddział z bronią ćwiczebną i z bronią krótką. Decydujące będzie zaskoczenie. Musimy jednak dysponować dużą ilością ludzi, którzy potrafią posługiwać się bronią. Szkolenie przyszłych żołnierzy to nasze główne na dzisiaj zadanie.

—  A co mają robić nasze kobiety? — spytał Henryk Frude.

—  To samo co dotąd — padła odpowiedź. — Zbierać informacje o ruchach wojsk, o morale armii hitlerowskiej, uczyć i dożywiać naszą dziatwę, informować o akcjach gestapo i policji, no i po cichu, jak najciszej szerzyć defetyzm pośród ludności niemieckiej i wojska. Armia, która w swej masie straci wiarę w zwycięstwo, a co gorsza w jakąkolwiek celowość dalszej walki, jest już z góry pobita. No i rzecz bardzo ważna: kolportaż tajnej prasy w języku polskim i niemieckim. Ta druga nawet jest ważniejsza, bo mało który Polak wierzy w zwycięstwo Hitlera, trzeba natomiast kolportować prasę podziemną wśród Niemców. Skoro delegatura rządu na Wielkopolskę będzie pod naszym bokiem w domu porucznika Wünschego, łączność z władzą najwyższą będziemy mieli świetną. Tylko, Konradzie, ostrożnie z krótkofalówkami. Trzeba je ciągle przenosić z miejsca na miejsce, bo technika ich wykrywania bardzo poszła naprzód.

—  Wiem o tym — odpowiedział właściciel Opatówka.

—  Wracam do naszych towarzyszek walki. One chcą się bić tak, jak i my w jednym szeregu — upomniał się o swoją sprawę Henryk Frude.

—  A czyż robią co innego? — spytał Nawrocki. — Są na pierwszej linii walki, narażając się bardziej niż my. One są teraz naszymi najodważniejszymi żołnierzami. Włożenie tajnej gazetki do kieszeni żołnierza niemieckiego to czyn odważniejszy i bardziej niebezpieczny niż atak na bagnety. To im powiedz ode mnie, Henryku. A że nie szkolimy ich w używaniu broni, która bezpośrednio zabija, to tylko dlatego, że mamy nadmiar chętnych do tego mężczyzn, a bardzo mało automatów czy karabinów.

Młody człowiek pokiwał głową ze zrozumieniem. Był tu rzecznikiem płci słabej, bo obracał się stale w jej kręgu. W Żydowie miał siostrę Hanię, w Kaliszu dwie siostry cioteczne Elwirę i Wandę Fedegerówny, narzeczoną Irenę Starkówna, mieszkającą w domu rodziców na Wodnej, Edytę Hesner, a przy nich cały wieniec przyjaciółek, kuzynek, znajomych. Łączyła go z nimi wspólna sprawa, walka konspiracyjna, której poświęciły się bez wahania. Pragnęły one, by dopuszczono je do wszystkich form walki na równi z braćmi, narzeczonymi, kolegami. Gdy Henryk powtórzył Irenie instrukcje Nawrockiego, odpowiedziała tylko:  —  Zazdroszczę wam...

—  Przecież wy stanowicie pierwszą linię uderzenia na pozycje wroga.

—  Tak, ale odpowiedzialność wobec narodu — odparła zatroskana. — Co będą kiedyś wiedzieć o nas przyszłe pokolenia? To, że podpisałyśmy Volkslistę. Reszta zginie w mrokach niepamięci, pozostanie tylko hańba. Hańbę zmywa się tylko krwią, dlatego my wszystkie chciałyśmy walczyć z wrogiem z bronią w ręku. Odpowiedzialność — ciągnęła cichym głosem, nabrzmiałym wewnętrznym bólem — to rak, co toczy duszę ludzką.

—  Tylko sprawiedliwych, łotr tego nie odczuwa — wtrącił Henryk.

—  Po prostu ludzi, o nich mówię, bo do nich się zaliczamy. Jakże ten rak toczył serce Śmigłego Rydza — przypomniała sobie. — Wiesz, przyjaźniłam się z siostrą adiutanta. Adiutant przepadł gdzieś razem z marszałkiem, uciekli do Rumunii, ona została. Szłyśmy razem ulicą Warszawy, będzie to już ze trzy lata temu, aż tu drogę zastępuje nam jakiś pan, wysoki, brwi i oczy ciemne, i pyta nas:

—  Jesteście Polkami? Prawda?

—  Oczywiście — odparłyśmy.

—  Kto jest winien naszej klęsce wrześniowej? — spytał jakimś podnieconym głosem. — Myślimy sobie: jakiś prowokator czy kto. A on, widząc, że milczymy zakłopotane, zaczął sam mówić głośno: To ten tchórz, ten łajdak, ten pięknoduch, ten kłamca Rydz Śmigły winien wszystkiemu! Powiesić go trzeba, powiesić za te zbrodnie!" — krzyczał prawie z pianą na ustach. Uciekłyśmy od niego przerażone, a on zaczepiał następnych przechodniów i mówił to samo. Gdy już byłyśmy daleko, moja przyjaciółka zapytała:

—  Czy wiesz, kto to był ten, co tak pomstował na marszałka?

—  Skądże mogę wiedzieć? — wzruszyłam ramionami. — Wariat jakiś czy co?

—  To on sam! Poznałam go. Już szeptano mi, że wrócił do Warszawy potajemnie, ale nie wierzyłam temu, póki go sama nie zobaczyłam.

—  Jak to? On sam tak siebie publicznie oskarża?

—  Załamał się pod ciężarem opinii publicznej. Bóg raczy wiedzieć, do czego go ten stan doprowadzi — odpowiedziała mi przyjaciółka. — Widzisz, Henryczku, to jest właśnie ten ciężar odpowiedzialności, który wszyscy dźwigamy. Od Wschodu idzie nowe. Co z nami się stanie wówczas, gdy nadejdzie? — pytała z niepokojem Irena.

—  Znaczyć będzie zawsze naród i liczyć się będzie to, co kto dla niego uczynił w latach, gdy groziła mu zagłada, tak powiedział mi kiedyś pan Nawrocki.

—  Piękne słowa... oby to nie były tylko słowa — westchnęła Irena. — Ta sprawa naszej przyszłości to największa tragedia mego życia — szepnęła.

—  Przeze mnie, wszystko przeze mnie — oskarżał się Henryk. — To ja cię namówiłem, byś tu przyjechała. Było to niemożliwe bez przyjęcia  Volkslisty.

—  Za zgodą naszych władz wojskowych — odparła dziewczyna. — Winy tu niczyjej nie ma, jest nasz wspólny los — dodała, ujmując rękę narzeczonego.

Ucałował jej dłoń. Ich związek duchowy był coraz silniejszy, życie wspólne odkładali na inny czas, w wolnej już Polsce. Henryk, wielbiciel wieszczów, nazwał siebie Wallenrodem, Irenę — Aldoną i często powtarzał słowa poety: „Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie".

—  Ale będzie! — dodawał zawsze z mocą, całując dłonie narzeczonej. Wystarczał mu jej  uśmiech  jasny,  ciepły,  słowa  płynące z serca, które chłonął całą duszą.

—  Śmieszny ze mnie romantyk — powtarzał często ze smutnym uśmiechem. — Patrz, jak się pomieszały epoki. Teraz „Czterech jeźdźców Apokalipsy" Blasco Ibaneza, powieść o okropnościach pierwszej wojny światowej, wygląda jak dziecinna idylla wobec koszmaru tej wojny.

—  Teraz przewodzi nam duch. Wyśpiewała to już w „Rocie" Konopnicka —  rzekła Irena. — I ja powtarzam słowa romantyczne, ja trzeźwa absolwentka wydziału nauczającego o prawach materii.

—  Bo widocznie romantyzm to największa siła, ostatnia potężna rezerwa śmiertelnie zagrożonego w swym istnieniu narodu — powiedział w zamyśleniu Henryk Frude.

—  Ci, którzy przyjdą po nas, nie uwierzą, że tacy byliśmy naprawdę — dodała Irena.

Pan Nawrocki jechał swym autem z nieodstępnym „adiutantem" Władysławem Krelem do folwarku Konrada Wünschego w Opatówku. Jechali powoli przez piękny winiarski las, uświęcony już wtedy licznymi mogiłami masowo rozstrzeliwanych tam Polaków. Prowadzący auto pan Alfred lubił ciszę leśną. Uważał, że nie ma nad nią lepszego wytchnienia, i często powtarzał swym przyjaciołom, że jako Polak tęskni za wolnością, a jako człowiek za lasem.

— Zatrzymamy się na chwilę w tym zakątku — zwrócił się nagle do swego towarzysza. — Słyszę kucie dzięcioła. Muszę zobaczyć, gdzie ten lekarz leśny ostukuje swego pacjenta.

—  Ja także chętnie rozprostuję nogi — ucieszył się Krel. Przystanęli obok kępy niebotycznych świerków. Ledwie wysiedli jednak z wozu, w gęstym poszyciu leśnym coś zatrzeszczało.

—  Sarna chyba tu gdzieś podeszła — zwrócił uwagę Nawrocki — chodź, Krel, popatrzymy na nią. Wolę widzieć sarnę w lesie niż na półmisku. Myśliwi i rybacy to zwyczajni mordercy słabszych od siebie. — Pan Alfred zanurzył się w kępie leśnej. O kilka kroków od siebie jednak zamiast sarny dostrzegł skulonego za krzakiem człowieka. Człowiek ten na widok obcego nie uciekał, lecz podniósł się i Nawrocki spostrzegł, że jest ubrany w zniszczony mundur polowy Polskiego oficera.

Czy pan jest Polakiem? — zwrócił się nieznajomy do zaskoczonego tym widokiem pana Nawrockiego.

— O co panu chodzi? — spytał przemysłowiec grzecznie, lecz zimno, po polsku.

—  Chyba nie potrzebuję tego mówić — padła odpowiedź człowieka z lasu.

Pan Alfred obrzucił go bacznym spojrzeniem. Stał przed nim zarośnięty, brudny, wynędzniały zbieg z obozu jeńców, jakich wielu w owym czasie można było napotkać w leśnej głuszy.

—  Tak, nie potrzebuje pan tego mówić — potwierdził właściciel fabryki. — Z jakiego oflagu[2] pan uciekł? — spytał zbiega.

—  Z Murnau. Lekarz obozowy wysłał mnie na badanie specjalistyczne do szpitala miejskiego. Choroba moja to był tylko pretekst. Udało mi się uciec po drodze, choć dwóch strażników mnie transportowało. Mam rodzinę w Łodzi, matkę i narzeczoną.

—  Musi pan być ostrożny, bo Niemcy mogą na pana czatować w domu. Pisał pan przecież do swoich? — spytał Nawrocki.

—  Naturalnie.

—  Mają tedy adresy. Nic prostszego...

—  Wiem, ale miałem w Łodzi mnóstwo przyjaciół i znajomych. Ktoś musiał tam pozostać. Za ich pośrednictwem...

—  Zobaczymy, zobaczymy... — kręcił głową Nawrocki. — Czy pan tam chce pozostać?

—  Skądże znowu — żachnął się kapitan. — Chcę tylko uściskać moich bliskich i zaraz idę do lasu. Po to zbiegłem, by dalej walczyć z Niemcami. W obozie mieliśmy wiadomości, że w kraju jest liczna partyzantka. Słuchaliśmy nawet radia. Zbudowali je nasi koledzy elektrotechnicy.

—  Chętnie pomagam innym, ale pańska sprawa jest szczególna. Muszę to rozważyć... Dobrze pan trafił spotykając mnie, kapitanie — powiedział „prezes".

—  Od razu tak sobie pomyślałem — odparł zbieg.

—  Po czym pan tak sądził?

—  Pan ma dobre oczy, oczy dobrego człowieka — rzekł zbieg.

—  To źle. Dobrzy ludzie źle się chowają. Długowieczność ich unika, a ja chciałbym jeszcze wiele zobaczyć w życiu.

—  Zobaczy pan jeszcze, tyle niespodzianek przed każdym z nas — odparł kapitan.

Z zarośli wyszedł Krel. Stał chwilę dyskretnie na uboczu, widząc, że jego szef rozmawia swobodnie z człowiekiem w polskim mundurze ale wreszcie zdecydował się przypomnieć swemu zwierzchnikowi o jego obowiązkach.

__ Czekają na nas — powiedział zbliżając się do rozmawiających.

,__ To mój pracownik pan Krel — przedstawił swego podwładnego oficerowi. — A pan?

—  Właśnie. Fujara ze mnie, żem się dotąd nie przedstawił — odparł zbieg. — Kapitan Zbigniew Zdzierski.

—  Stopniem wojskowym przedstawiają się tylko oficerowie zawodowi,   więc  pan?...

—  Tak, jestem oficerem zawodowym —  potwierdził zapytany.

—  Zobaczymy, zobaczymy — kręcił ponownie głową pan Nawrocki. — Mamy na to czas. Na razie biorę pana do siebie. Mam fabrykę o kilometr stąd, w Winiarach.

—  Czy jestem blisko Kalisza? — spytał zbieg.

—  Tak, miasto jest o pięć kilometrów stąd.

—  Więc to już blisko Łodzi.

—  Bardzo, nie pomylił pan kierunku.

—  Czymże się odwdzięczę...

—  Nie wiem, czy będzie pan miał powody do wdzięczności — uciął sucho Nawrocki. — Na razie trzeba będzie pana ukryć. Jedziemy do Kalisza, Krel — zdecydował. — Proszę przykucnąć obok mego pomocnika. Władku, przykryj pana swoją marynarką. To nie wzbudzi niczyich podejrzeń. Zawiozę pana do mego magazynu w Kaliszu. Mieści się w dawnym kościele Kanoników. Nad zakrystią mam pusty pokój. To będzie na razie dobra skrytka. Polecę memu kierowcy, by dowoził panu tam jedzenie. Kilka dni musi pan odpocząć, by przyjść do siebie. Przez ten czas pomyślimy, co dalej robić.

Gdy Nawrocki ulicą Łódzką wracał do siebie na Winiary, dopędził człapiącą przed nim dorożkę. Mignęła mu w niej jasna głowa żony. Zatrzymał auto. I pani Anna dostrzegła męża. Kazała się zatrzymać dorożkarzowi. Pan Alfred wyskoczył ze swego wozu i podbiegł do dorożki, by pomóc wysiąść z niej żonie. Ucałowali się oboje serdecznie na powitanie.

—  Czemuś nie dzwoniła, Anno, bym czekał na ciebie na dworcu? — spytał.

—  Nie chciałam sprawiać ci kłopotu. Ciągle jesteś zajęty. Dorożkarz, nie pytając o nic, spiesznie przeniósł walizki pasażerki do auta. Wiedział, że dostanie za cały kurs, który mu się w połowie zakończył. Nawrocki rzucił mu niedbale dwadzieścia marek. Woźnica zgiął się w pas, dziwiąc się tak nie spotykanej u Niemców hojności.

—  Oh, Alfredzie, ty się nigdy nie zmienisz. On zgodził się jechać za pięć marek — szepnęła mu żona.

—  Ten człowiek też chce żyć. Dorożkarze nie mają zbyt wielkich zarobków. Trzeba to wyrównywać przy okazji. Nie ma o czym mówić, Anno.

—  Ja za to będę miała o czym mówić — odpowiedziała pani Nawrocka, gdy zajęła miejsce obok męża w jego aucie. — Wszystko załatwiłam już w Berlinie. Możemy jechać.

— Przecież już jedziemy — odpowiedział pan Alfred z roztargnieniem. Nie pytał nigdy żony, po co wyjeżdża i kiedy wróci. Uważał, że nie ma prawa ingerować w niczyje życie osobiste, nawet najbliższej mu istoty. Tylko dziećmi wolno kierować, i to do pewnego stopnia — powtarzał często. Był wyznawcą idei całkowitej wolności osobistej człowieka i dlatego terror hitlerowski, odmawiający prawa do życia jednostkom i narodom, budził w nim żywiołowy wprost odruch sprzeciwu. Anna znała dobrze męża z tej strony i dlatego postanowiła wygrać własną kartę, działając bez jego wiedzy.

—  Mamy już gotowe paszporty na wyjazd do Brazylii — odezwała się po chwili. — Nie masz pojęcia, ile mnie to kosztowało zabiegów. Ta Göringowa to wprost pijawka. Zażądała za tę przysługę połowę schedy po wuju Hermanie. Biedny staruszek nie doczekał się naszego przyjazdu, ale cały jego majątek możemy przejąć dopiero po zamieszkaniu w Rio de Janeiro. Musiałem Göringowej odpisać po długich targach trzecią część naszego spadku, i to u notariusza.

—  Za co? — spytał pan Nawrocki, który udawał grzecznie, że słucha szczebiotu żony, myśląc o czym innym.

—  Doprawdy, Alfredzie!... To szczyt wszystkiego! — wybuchnęła pani Anna bardzo zgorszona zachowaniem męża. — Ja dwa tygodnie walczyłam jak lwica o naszą przyszłość, a ty nawet nie raczysz mnie słuchać!...

—  Bardzo cię przepraszam, Anno, zamyśliłem się — przyznał się do winy pan Nawrocki.

—  Ileż było z tym kłopotu. Wyobraź sobie, że gestapo miało wobec ciebie jakieś zastrzeżenia. Göring musiał dwukrotnie u nich interweniować. Dużo go kosztowała rozmowa z Himmlerem, ale za trzecią część majątku wuja Hermana... uzyskałam to, o co mi chodziło. Także z ambasadą brazylijską były trudności. Powiedzieli, że członkom partii narodowych socjalistów wiz nie udzielają.

—  Więc ich nie dostałaś? — spytał fabrykant bez żalu.

—  Ty byś sobie z tego nic nie robił, prawda? Czy naprawdę chciałbyś się ze mną rozstać?

—  Nigdy o tym nie myślałem.

—  No, choć tyle... Wyobraź więc sobie, że mam te wizy. Możemy ruszyć w drogę choćby jutro. Przekonałam ich, że mały fabrykant... przepraszam cię.

—  Nic nie szkodzi, jestem właśnie małym fabrykantem — przyznał mąż.

—  Więc powiedziałam, że mały fabrykant gdzieś na peryferiach Rzeszy nie może mieć nic wspólnego z polityką. Ostatecznie zdecydowało twoje nazwisko i miejsce urodzenia, bo oni sprawdzali wszystko bardzo skrupulatnie. Spytali mnie nagle, czy mówisz po polsku. Gdy to potwierdziłam, uśmiechnęli się jakoś życzliwie i dali nam tę przepustkę.

—  Winszuję ci sukcesu, Anno, i dziękuję za troskę o mnie, ale ja nigdzie nie pojadę.

—  Zadziwiasz mnie! Właśnie teraz trzeba tam jechać, teraz albo nigdy. Sam o tym mówiłeś i w Berlinie wiedzą już o tym wszyscy, mówią nawet półgłosem, że Hitler przepadł. Największy popłoch zaczyna się między członkami partii. Ty należysz do niej. Zastanów się, co cię czeka.

—  Zawsze twierdziłaś, że interesuje cię tylko muzyka i gwiazdy.

—  I los mego męża! — dodała pani Nawrocka. — Pierwszy raz w życiu podjęłam coś na własną rękę i to mi się...

—  ... nie udało — dokończył za nią mąż. — Anno, ja teraz nie mogę stąd wyjechać.

—  Sprzedażą twej fabryki może zająć się nasz kuzyn. Nic cię tu nie trzyma. Najwyżej trochę stracimy.

—  Trzyma mnie tu moja ojczyzna... — wyznał głuchym głosem Pan Nawrocki.

—  Ojczyzna?... Czy człowiek ma ojczyznę na tej ziemi, na jednej małej planecie, którą w pył rozbije znowu wicher kosmosu? On tworzy planety z pyłu i znowu w pył je zamienia. To krótkie istnienie na ziemi należy tylko do nas, tylko do nas, Alfredzie! Możemy tu robić to, co nam odpowiada, reszta to nicość! — mówiła pani Anna z głęboką wiarą w słuszność swej racji głosem nabrzmiałym łzami.

—  Jesteśmy innymi ludźmi, Anno, ty i ja — odpowiedział jej łagodnym tonem pan Nawrocki.

—  Chcesz powiedział, że obcymi sobie? — spytała z drżeniem.

—  Wierzę, że wszyscy ludzie są braćmi, jeżeli przyjmują ludzkie konwencje współżycia.

—  Więc człowiek do końca istnienia ludzkości będzie mordował człowieka — wyciągnęła Anna wniosek z rozumowania męża — ale mnie nie interesuje los wszystkich ludzi, tylko twój i mój.

—  Nasz, chciałaś powiedzieć.

—  Dziękuję ci za to słówko, Alfredzie. Więc będę mogła przy tobie pozostać? — spytała nieśmiało.

—  Ależ tak, ale to nie będzie raj.

—  Cokolwiek się stanie, ja cię nie opuszczę — oświadczyła pani Nawrocka.

Mąż przytulił ją lekko do siebie.

—  Przegrałam... — wyszeptała ledwie słyszalnym głosem. — Przegrałam nasz los, ale uniknęłam największej straty.

Od chwili kiedy spotkany w winiarskim lesie człowiek, podający się za zbiega z oflagu, ukrywał się na poddaszu kościoła Kanoników, Alfred Nawrocki począł odczuwać dziwny niepokój.

—  Kto to jest naprawdę? Czy to rzeczywiście polski oficer? — zastanawiał się. — Bo jeśli nie, to trzeba by mu palnąć w łeb.

Jednak takich zbiegów było wielu. Kilku z nich przechowywali u siebie Wünsche i Lompę.

—  Czy ja mam być gorszy od nich? Czy miałem tam w lesie odpędzić od siebie tego nieszczęśnika? Jak bym wtedy wyglądał wobec Lompego i Wünschego? — rozważał.

W tym czasie przyjechał do Winiar komendant kaliskiego gestapo. Często odwiedzał on Nawrockiego, by radzić się go w rozmaitych swych kłopotach, a i trunki, i kuchnia były w Winiarach doskonałe Schönrogge ostatnio zaczął narzekać, że ma ciągle kłopoty ze schwytanymi zbiegami z głębi Rzeszy.

—  Ludzi mi już nie starcza, by ich odsyłać do obozów koncentracyjnych, a ze zbiegami w mundurach trzeba się jeszcze certować. Ich trzeba kierować do kompanii karnych. To duży dla nas kłopot.

__ Często ich panu przywożą?

—  Teraz prawie codziennie. Co to się dzieje, Herr von Nawrocki? Czy ich teraz gorzej pilnują?

Właściciel winiarskiej fabryki odetchnął lżej. „Więc jednak mój zbieg jest jednym z wielu" — pomyślał.

„Gerliczówka" robiła swoje. Po kilku jej kieliszkach konspirator i oficer znaleźli wspólny język. Na poddaszu zakrystii kościoła Kanoników było zacisznie, bezpiecznie, prawie przytulnie. Zbigniew Zdzierski wyznał swemu dobroczyńcy, że spełnia się jego największe marzenie: walka ze znienawidzonym okupantem.

—  Wszyscy mi teraz w obozie zazdroszczą — mówił. — Duch jest silny między naszymi kolegami, ale tam ich tak pilnują, że ucieczka jest właściwie niemożliwa. Mnie spotkało wielkie szczęście.

—  Winszuję, panie Zbigniewie — odparł Nawrocki — i cieszę się, że los nas zetknął.

—  Tak. Dla mnie to wielka szansa... — wyznał szczerze kapitan.

—  Takiego jak pan człowieka było nam potrzeba, zawodowego, doświadczonego oficera. Mamy tylko jednego, i to z rezerwy. Porucznik Wünsche jest z zawodu rolnikiem. Niewiele się zna na sztuce wojennej, ale na bezrybiu i rak ryba.

—  To mój zawód — wtrącił skromnie Zdzierski. — Jestem żołnierzem z powołania.

—  Takiego nam potrzeba — powtórzył pan Alfred. — Czy zgodziłby się pan zostać w wojskowej grupie kaliskiej?

—  Miałem inne plany, chciałem dotrzeć do oddziałów w Generalnej Guberni. Podobno w lasach piotrkowskich...

— Tam mają dosyć oficerów, tutaj tylko mamy jednego Wünschego.

—  Dobrze, zgadzam się — zgodził się Zdzierski — najpierw jednak muszę być w Łodzi.

—  Ależ oczywiście, to zrozumiałe. Sam pana tam zawiozę choćby jutro. Ile czasu będzie pan potrzebował na sprawy rodzinne, ostrzegani...

—  Wiem, wiem, mogą tam na mnie polować — przerwał Nawrockiemu Zdzierski — więc, powiedzmy, kilka godzin. Przywitam się tylko z matką i narzeczoną, pogadam trochę i już mnie nie ma.

—  Będziemy więc czekali na pana tam na miejscu.

—  Zgoda. Tak będzie najlepiej. Postaram się wszystko szybko załatwić.

—. Zabiorę ze sobą mego pomocnika Krela, bo i my mamy tam nasze interesy. Załatwimy je, gdy pan będzie u rodziny. Chce pan od razu jechać do domu matki? Nie radzę.

—  Oczywiście zrobię przedtem małe rozpoznanie, by nie wpaść wilkowi w paszczę. Jakoś dam sobie radę.

—  Tak, to bardzo ważne umieć się poruszać na podminowanym terenie...

—  Robił to pan prezes wiele lat.

—  Skąd pan to wie, że nazywają mnie prezesem? — spytał Nawrocki.

— Pan Krel tak pana tytułował, zresztą wygląd pana świadczy, że jest pan kimś znaczniejszym.

Pan Alfred uśmiechnął się. Wymienił z kapitanem serdeczny uścisk dłoni. Wyczuł przy tym uścisku dziwny chłód ręki swego podopiecznego.

Nazajutrz o świcie kierowca fabryki przywiózł w pudle do pakowania konserw do Winiar żywy ładunek. Kapitan zjadł śniadanie w pięknej jadalni państwa Nawrockich. W samochodzie czekał już Krel. Ruszyli we trzech szosą w stronę Łodzi. Nikt ich nie kontrolował po drodze. Chorągiewka ze swastyką powiewająca na karoserii była najlepszym „ausweisem". Kapitan podał dokładny adres swej matki, pojechali więc tam, gdzie wskazał, na dawną ulicę Kościuszki. Gdy stanęli przed oznaczonym domem, Zdzierski gorąco podziękował za przysługę i prosił, by przyjechać po niego za pięć godzin.

—  Tylko proszę punktualnie, bo będę czuł się nieswojo bez pańskiej opieki — zwrócił się do Nawrockiego.

—  Zawsze jestem punktualny, kapitanie — odparł Nawrocki. — Da pan sobie tutaj już sam radę? Może ja uprzedziłbym pańską matkę i spytał, czy pana już u niej nie szukali.

—  Dziękuję, to zbyteczne. Żyliśmy dobrze z sąsiadami, stróż też pewny. Ktoś tu musiał zostać, rozpytam się sam.

—  Więc za pięć godzin przed tym domem?

—  Za pięć godzin — odpowiedział Zdzierski.

Pan Nawrocki pojechał teraz do wydziału gospodarczego rejencji łódzkiej w sprawach swej fabryki, by mieć na wszelki wypadek alibi, potem do zakonspirowanej „meliny", kontaktującej go z władzami konspiracyjnymi. Chciał od nich wydębić trochę broni dla nowo formowanych oddziałów kaliskich. W niespełna cztery godziny wszystkie sprawy zostały załatwione. Pan Nawrocki spojrzał na zegarek.

—  Do spotkania ze Zdzierskim pozostało jeszcze prawie półtorej godziny — stwierdził. —  Wiesz co, Krel? Pojedziemy tam wcześniej. Chciałbym poznać matkę kapitana. Zawsze na co oczami patrzysz, to pewniejsze niż przyjęte na wiarę.

—  A nie przyskrzynią nas tam czasem? — spytał Krel. — Gestapo mogło u pani Zdzierskiej zrobić „kocioł".

—  Jeśli tak, to w samą porę zjawilibyśmy się na ratunek kapitana. Mamy obaj broń i głowy na karku. Walmy tam — zdecydował Nawrocki.

Gdy zatrzymali się przed domem, do którego wszedł Zdzierski, „prezes" odezwał się do swego towarzysza:

—  Wywiad trzeba zacząć od dozorcy. On może dużo wiedzieć. Zadzwonili do stróżówki. Drzwi uchylił wąsaty cerber w ciężkich butach i maciejówce. Spojrzał nieufnie na przybyszów, rzucił okiem na ich auto i zapytał:

—  Was wünschen Sie?[3]

—  Czy pan jest Polakiem? — spytał go pan Nawrocki.

—  O co się rozchodzi? — odpowiedział po polsku stróż.

—  Właśnie. My tu chcemy zobaczyć się z panią Zdzierską. Mieszka pod siódemką z jedną młodą panną. Czy są w domu?

— Pan szanowny ma jakieś pomylone numera. Ten dom należy do pana Thiela, znaczy się Niemca. Same Niemcy tu mieszkają — informował dozorca.

—  Od jak dawna?

—  Przecie zaraz, gdy te hitlery weszły, i pan Thiel wypędził Polskich lokatorów.

Zaraz po ich wejściu... — powtórzył zdławionym głosem pan Nawrocki. — A kto mieszka pod numerem siódmym?

—  Pod siódemką siedzi pan Tothenkopf. Chodzi w mundurze z naszywkami. Przyjeżdżają po niego osobistą taksówką.

—  Dziękuję panu. Wiem już wszystko — powiedział bezbarwnym głosem konspirator, wsuwając markę do ręki stróża.

—  O, nie, nie, panie, od swoich ja nie biorę. Wy nie macie za dużo — certował się dozorca, ale pan Nawrocki nie słyszał tych jego słów. Jego wóz ruszał już sprzed zapowietrzonego zdradą domu. Ledwie przejechał ze sto metrów, zawarczały tuż przed jego wozem motocykle z przyczepami pełne esesmanów. Podejrzany huk motorów dochodził i od tyłu.

—  Już i z drugiej strony zamykają ulicę — zauważył Krel.

—  To na naszą cześć taka obstawa. Jesteśmy spaleni. „Syntetyczny portret"... — wyszeptał pan Alfred. — Ten „Zdzierski" kubek w kubek do niego podobny. To był Ciemniejewski, najlepszy ich agent. Miałem fotografię jego syntetycznego portretu od naszego delegata w Kaliszu, co go przed rokiem ścięli w Poznaniu. „Mądry Polak po szkodzie". Esesmani odczytali numer mego wozu. Na pewno ten opryszek podał im go. Niedługo będziemy mieli sforę wściekłych psów na karku.

Pan Nawrocki włączył trzeci bieg. Pędzili teraz ku Kaliszowi z największą szybkością, jaką dało się rozwinąć. Zapadł już zmierzch, co dawało dobrą widoczność sygnałów świetlnych na szosie. Niebawem Krel, siedzący w tyle wozu i obserwujący z tej strony jezdnię, poinformował swego szefa:

—  Trzy punkty świetlne za naszymi plecami, poruszają się bardzo szybko.

—  To pościg esesmanów, byłem tego pewien. „Syntetyczny portret" szybko działa. Głupiec ze mnie, zbyt dużo mam zaufania do ludzi. Moja wina, że z takim charakterem zacząłem konspirować, ale czyż mogłem postępować inaczej, Krel?

—  Z pańskim usposobieniem trudno było inaczej.

—  Te łotry walą na cały regulator, zdążymy przed nimi do Winiar najwyżej o kwadrans wcześniej. Już widzę ich światła w lustrze mego wozu. Zdążę tylko zatelefonować do najbardziej obciążonych, by się ratowali. Przedtem w Opatówku uprzedzę Wünschego.

—  A szef?

—  Ja nie mogę. Kapitan tonie razem ze statkiem. Gdybym uciekł, gestapowcy zabraliby do więzienia moją żonę. Ja jeden mogę tylko oczyścić niewinnych i zmylić niektóre ich ślady. Wezmę wszystko na siebie, tylko na siebie...

Pędzili na trzecim biegu, motor grał na najwyższym tonie. Wpadli do dworu Wünschego jak huragan. Niestety, Konrad wraz z żoną byli w Kaliszu. Pan Alfred napisał na kartce z notesu jedno słowo — „pożar"... Podał tę kartkę służącej, by ją oddała porucznikowi zaraz po jego powrocie z miasta. Ruszyli pełnym gazem do Winiar. W lesie Nawrocki zatrzymał auto:

—  Uciekaj! — rzucił spiesznie polecenie Krelowi.

—  Niech Bóg szefa prowadzi — odparł pełnym wzruszenia głosem pan Władysław.

—  Bóg oddaje mnie w ręce szatana — odpowiedział z sarkazmem niefortunny konspirator, ruszając spiesznie ku swemu domowi. Brama do zabudowań fabryki była na szczęście otwarta mimo wieczornej godziny. Pan Alfred pędem wbiegł do swego gabinetu, drżącymi rękami pozbierał kompromitujące papiery, wrzucił je w piec i podpalił. Gdy płonęły, podniósł słuchawkę telefonu, by podać hasło „pożar" do Dembego i Żydowa, ale zbladł z przerażenia. Telefon był głuchy.

„Oni już działają" — uzmysłowił sobie. Podjął słuchawkę aparatu wewnętrznego, łączącego go z najbliższymi współpracownikami. Ten na szczęście działał. Podał umówione hasło najbardziej skompromitowanym towarzyszom walki. Odetchnął lżej, bo zastał wszystkich w domu. Sprawdził teraz, czy wszystkie papiery wypaliły się do końca, i wolnym krokiem ruszył na górę do Anny. Usłyszał z górnego salonu muzykę. Anna grała Chopina.

„Pewnie już wie, że wróciłem i chce mi zrobić przyjemność — pomyślał ze wzruszeniem. — Biedna nie wie... nie wie, że prawie jest już wdową" — uprzytomnił sobie swą sytuację. W tej chwili zawarczały przed domem złowieszcze motocykle. Po schodach biegła za nim spłoszona czarna Marysia.

—  Panie szefie —  mówiła zdyszana — przyjechało dużo tych czarnych z trupimi głowami na czapkach. Klną bardzo i dopytują o pana. O, już tu idzie trzech za mną — wskazała rękę ku hallowi parteru.

— Dobrze — odparł pan Nawrocki pozornie spokojnym głosem. — Wejdę na chwilę do salonu mej żony, powiedz tym panom, że zaraz ich przyjmę.

Marysia Zimna zbiegła w dół.

—  Anno — zawołał z daleka pan Nawrocki dziwnie ciepłym tonem —  kochana, nie mam już ani chwili czasu, chcę się z tobą pożegnać.

—  Co się stało? — spytała pani Nawrocka, wychodząc ze swego saloniku. W tej chwili dostrzegła na dole w hallu kilku obcych ludzi w złowrogich mundurach. Jeden z nich uderzył właśnie w twarz pokojówkę Marysię, aż zatoczyła się i o mało nie upadła.

—  Jak pan śmie, co za brutalność! Oficer niemiecki bije po twarzy kobietę! — zawołała pani Nawrocka z największym oburzeniem.

—  To pani nie dotyczy, Frau Nawrocki — usłyszała gniewny głos oficera SS. — Herr Nawrocki zejdzie tu na dół — rzucił polecenie gospodarzowi domu.

„Powinienem palnąć sobie teraz w łeb — przemknęła rozpaczliwa myśl przez głowę konspiratora. Ręką dotknął rewolweru, z którym się nie rozstawał. — Tak byłoby dla mnie najlepiej, ale muszę jeszcze bronić ostatnich pozycji"...

—  Czy jesteś aresztowany, Alfredzie? — spytała jego żona z niepokojem.

—  Tak, Anno, żegnaj... — odpowiedział zdławionym głosem. Podbiegła do niego i rzuciła mu się w ramiona.

—  Prędzej, Nawrocki! — zawołano z dołu.

—  Jeśli oni... jeśli oni ci co zrobią, to ja nie daruję im tego do śmierci — załkała pani Nawrocka. — Trzymaj się dzielnie. Ja pojadę do Frau Göring, by cię ratować. Dopnę tego, choćbym miała oddać całą moją schedę po wuju Hermanie.


[1]  Das   Sondergericht   (niem.) — sąd specjalny.

[2]  Oflag   właść.   Offizierlager   —   obóz  oficerski,   niemiecki   obóz jeniecki dla oficerów (1939—1945).

[3]  Was   wünschen   Sie? (niem.) — czego pan sobie życzy?

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

OSTATNIA KROPLA...

Zimny marcowy deszcz dzwonił po szybach pałacyku Fedegerów przy ich fabryce fortepianów w Kaliszu. Zaciągnęła się już późna noc, a jednak Wanda i Elwira Fedegerówny nie mogły zmrużyć oka. Podrażnione nerwy nie pozwalały im zasnąć. Nie mogły oderwać się myślami od wydarzeń minionego dnia. Rano dowiedziały się od magazyniera Korczewskiego, kierownika tajnej organizacji na terenie fabryki, o aresztowaniu w Winiarach Alfreda Nawrockiego. To było mocne uderzenie obuchem po głowie, bo był on przywódcą całego kaliskiego ruchu oporu dzięki sile swej indywidualności, energii oraz możliwościom działania. Wiedział o wszystkim, wszędzie działał. Był głową i duszą walki z okupantem.

—  Jeśli Nawrocki wpadł, to cóż my... — szeptali wszyscy czynni członkowie ruchu oporu i te słowa powtarzały też obie siostry. Drugi grom uderzył tego samego dnia. W południe gestapo otoczyło fabrykę i poszukiwało magazyniera Korczewskiego. Na parę sekund przedtem Wanda wyprowadziła z potrzasku szefa tajnej organizacji fabrycznej przez mieszkanie swej matki. Korczewski przepadł jak kamień w wodę ku wściekłości przybyłych siepaczy.

—  Widział cię kto, gdy szłaś z nim? — pytała Elwira siostrę.

— Fabryka pełna. Ludzie nie mogli nie widzieć nas razem — odpowiedziała Wanda.

—  To bardzo źle — zaniepokoiła się Elwira. — Sporo nowych ludzi trzeba było przyjąć do pracy od momentu, gdy zamiast fortepianów produkujemy części do samolotów. Nie wiadomo już, kogo Arbeitsamt przysyła. To polowanie na Korczewskiego wróży nam najgorsze rzeczy. Pomyśl, co by to było, gdyby tak mama nagle została sama. Jest zupełnie bezradna. Nigdy nie musiała się o nic troszczyć, a jeszcze i babcia w domu. Z czego by żyły? Fabryka przeszła na własność Rzeszy, bo brat nasz nie przyjął w oflagu Volkslisty. Mama i babcia żyją z tego, co my zapracujemy. — To już nie potrwa długo — pocieszała siostrę Wanda.

—  „Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje" — westchnęła Elwira. — Ja dotąd się trzymałam, ale przyznam ci się, że od wczorajszego dnia spodziewam się wszystkiego najgorszego. To za długo już się ciągnie. Konspiracja może się udawać tylko do pewnego czasu. W końcu ucho dzbana, w którym nosimy wodę, musi się urwać, a wtedy...

—  A ja ci mówię, że wszystko dobrze się skończy — trzymała się swego Wanda.

—  Wiesz, takie dziwne myśli mnie nachodzą — zwierzała się siostrze Elwira — przecież kobieta to tylko połowa rodzaju ludzkiego. Jest mit Platona o tych połowach. Człowiek kiedyś był szczęśliwy, aż pozazdrościli mu tego bogowie i rozcięli każdą istotę ludzką na połowę. Połowy te rozproszyły się po całym świecie i nawzajem się szukają. Jedna jest mężczyzną, druga kobietą. Rzadko kiedy odnajdują się rozcięte połowy. Wtedy jest pełne szczęście. Wojna rozproszyła po świecie te rozcięte przez bogów połowy. Ja mojej nigdy nie odnajdę.

—  A jednak, Elwirko, tylu ubiegało się o twoją rękę. Wszyscy mówią, że jesteś piękna, nawet mama więcej kocha ciebie niż mnie — stwierdziła Wanda.

—  Mama kocha nas obie jednakowo! — zaprotestowała Elwira.

—  Kocha, kocha, nie mówię, że nie kocha, ale każdego kocha się inaczej. A ci niemieccy oficerowie wściekają się, że nie zwracamy na nich uwagi.

—  Tobie już się czterech oświadczyło, chodzili nawet po protekcję do mamy, a ty mówisz, że ja mam większe powodzenie, Wandziu.

—  A o ciebie pięciu, sama liczyłam. Głupcy, nie wiedzą, że żadna z nas nie poślubi Niemca. Może nie byłaby to taka wielka przeszkoda w czasie pokoju, ale teraz...

—  Przez to jesteśmy dla nich podejrzane. Żeby zresztą tylko przez to. Nazbierało się nam, oj, nazbierało sporo... — westchnęła Elwira. — No, śpijmy już, pierwsza wybiła na zegarze, a jutro tak wcześnie trzeba wstawać do biura.

—  Dobrze, śpijmy — zgodziła się Wanda.

Po chwili ciszę przerwał głos starszej siostry.

—  Wandziu, śpisz?

—  Nie śpię — padła odpowiedź.

—  I ja nie. Chcę cię przeprosić, wiesz za co?

—  Nie wiem.

—  Pamiętasz, gdy byłaś chora na dyfteryt, miałaś wtedy siedem lat. Nasz papa pojechał w interesach do Warszawy i przywiózł mamie dużą bombonierkę od Wedla. Mama dała te czekoladki tobie. Ja bardzo ci zazdrościłam, nie czekoladek, ale tego, że to ty je dostałaś. Nie chciałam nawet ich spróbować, gdy mnie częstowałaś.

—  A tak, tak, powiedziałaś, że niedobre — przypomniała sobie Wanda.

— Właśnie. Tak powiedziałam, aby ci dokuczyć. Przepraszam cię.

—  A ja dałam ze złości te czekoladki naszej bonie, mademoiselle Elise. Jej bardzo smakowały. Bardzo prędko przestałam się na ciebie gniewać. Skąd ci to przyszło do głowy?

—  Nie wiem — odpowiedziała Elwira.

Zapanowała znowu cisza, ale po chwili do uszu Wandy doszedł szloch od łóżka siostry.

—  Elwirko, ty płaczesz? Dlaczego? — spytała zaniepokojona Wanda.

—  Nie wiem... — usłyszała odpowiedź.

—  Słyszysz? — szepnęła znowu młodsza siostra. — Chyba ktoś dzwoni do drzwi.

—  O tej porze? Zdaje ci się — odpowiedziała Elwira.

Obie jednak po chwili usiadły na łóżkach. Dzwonek powtórzył się tym razem głośniejszy, bardziej natarczywy. Obie siostry usłyszały człapanie ku drzwiom starej gospodyni domu. Elwira zerwała się na równe nogi i pobiegła za nią.

— Nie otwieraj nikomu — nakazała gospodyni.

Przecie dzwonią, o, i ktoś wali pięścią w drzwi. —  Nie twoja sprawa, idź spać — rozkazała staruszce Elwira. Sama podeszła na palcach ku drzwiom i poczęła nasłuchiwać. Usłyszała twarde męskie głosy. Ktoś kopał już bez ceregieli podkutym butem w drzwi, aż jęczały.

—  Wer ist da?[1] — spytała Elwira.

—  Sicherheitspolizei — usłyszała złowrogą odpowiedź — aufmachen![2]

Nogi ugięły się pod nią. „Gestapo... więc to już koniec" — pomyślała.

—  Każdy tak może powiedzieć. Jesteśmy tu same kobiety. Nie wpuszczę żadnego mężczyzny w nocy! — zawołała.

—  Wysadzimy drzwi!

—  Co, gwałt? Tu jest niemiecki dom. Wy nie jesteście policją, bo policja tak nie postępuje.

—  Mamy rozkaz!

—  Czekajcie do rana, jeśli jesteście prawdziwą policją, nie pali się ani stąd nikt nie ma zamiaru uciekać. Nie nachodzi się samotnych kobiet w nocy.

Walenie w drzwi umilkło. Napastnicy widocznie naradzali się, jak mają postąpić. Skorzystała z tego Elwira i pobiegła uprzedzić siostrę o najściu gestapo na ich dom.

—  Mamy chwilę czasu — szepnęła do Wandy. — Zniszcz to pismo na maszynie o stanie zaprowiantowania armii niemieckiej. Ja zajmę się resztą. Oni zaraz tu będą. Pamiętaj, to nie ty wyprowadziłaś z fabryki Korczewskiego, to ja zrobiłam! Tak masz im powiedzieć.

—  Zwariowałaś?

—  Nie. Jedna z nas musi żyć... dla mamy, obie się nie ocalimy. Ja wszystko wezmę na siebie. Ty o niczym nie wiesz, nic nie robiłaś, słyszysz?

—  Elwiro... — załkała Wanda.

—  Nie czas na łzy!  Potem dosyć będziesz miała na nie czasu...

—  Jezus...

— Słyszysz? Oni znowu walą w drzwi, coraz mocniej. Dłużej nie można ich zatrzymać, bo je wyważą. Te papiery podrzyj na kawałki, wrzuć do klozetu i spuść wodę. Palić ich nie można. Zobaczą dym. Obserwują na pewno dom ze wszystkich stron. Jak to dobrze,  że  dziadek zbudował mocne kraty w  oknach parteru, bo inaczej wleźliby przez okna — mówiła Elwira. — Już idę otwierać  —  krzyknęła w stronę drzwi. — Nie walcie tak, szkoda waszych  butów!   Kim  naprawdę  jesteście?  —  spytała  przez  drzwi. — Gestapo — padła odpowiedź. — Mamy rozkaz zrobienia u was rewizji.

—  Każdy tak może powiedzieć.

— Proszę  uchylić  drzwi.  Przez łańcuch  pokażę  nakaz  rewizji, i moją legitymację. Jestem starszym kryminalnym sekretarzem gestapo. Moje nazwisko, Henryk Nolte, nie jest wam obce — mówił głos męski spoza drzwi.

—  Tak, zgadza się — musiała skapitulować Elwira. — Już was wpuszczam.

Ciężkie buty zadudniły na korytarzu pałacyku Fedegerów. Nolte spiesznie przebiegł przez wszystkie pokoje domu, jakby w nim kogoś szukał. Elwira zatrzymała go przed wejściem do ostatniego pokoju.

—  Tam śpi moja babka, osoba bardzo wiekowa. Przy niej moja mama. Przestraszą się.

—  Pewno agenta angielskiego tam chowają, co? — spytał wyzywająco zastępca szefa kaliskiego gestapo. — Dobrze wiemy, jakieśmy gniazdo odkryli.

—  Więc niech pan tam wejdzie, jeśli nie ma pan szacunku dla siwych włosów.

—  Nie wejdę. Wy jesteście nam potrzebne, ty i twoja siostra, i tak nam wszystko wyśpiewacie — warknął Nolte.

—  Jest pan bardzo uprzejmy — odparła zimnym głosem Elwira.

—  A ty jesteś agentką zachodniego wywiadu — syknął Oberscharführer Nolte. — To twoja siostra Wanda. Obie piękne... Teraz rozumiem, dlaczego nie chciałyście zostać żonami niemieckich oficerów. To było zbyt głośne w Kaliszu, by nie wywołało zdziwienia. Powiecie nam wiele, spodziewam się.

—  Ona nic nie wie — próbowała bronić siostrę Elwira. — Ją zostawcie w spokoju.

To się okaże. Jesteście obie aresztowane. Tutaj mam nakaz z Litzmanstadt — Nolte machnął przed oczami Elwiry świstkiem papieru. — No, tak. Moi ludzie nic nie znaleźli u was podejrzanego. Jesteście sprytne, moje pięknisie. Proszę ze mną! — rzucił szorstko.

—  Chcemy się pożegnać z mamą — odezwała się Wanda. — Jestem zaskoczona....

—  My też — odpowiedział Nolte. — Mamy rozkaz — dorzucił. W drzwiach swego pokoju stała już zapłakana pani Fedegerowa.

Nolte zasalutował jej zmieszany.

—  To, mamo, jakieś nieporozumienie, my niedługo wrócimy, ci panowie zabierają nas teraz. To się wyjaśni — pocieszała matkę Elwira unikając jej wzroku.

—  I to koniecznie w nocy? — spytała Noltego pani Fedegerowa. —  Zabieracie mi obie córki, jedyne żywicielki.

—  Rozkaz z góry — tłumaczył się Oberscharführer.

—  Niedługo wrócimy, mamo — powtórzyła za siostrą Wanda, obejmując matkę — nie martw się o nas, mateczko.

—  Mamusiu, dziękuję ci za wszystko, co miałam od ciebie — szepnęła Elwira, całując matkę w oba policzki — za wszystko...

—  Ojej, po co o tym mówić, skoro wkrótce będziecie z powrotem — zdziwiła się pani Fedegerowa. — Weźcie futra, jest jeszcze zimno — dodała z troską w głosie. — Proszę pana, kiedy one wrócą? — spytała Noltego.

Gestapowiec wzruszył ramionami.

—  My nie wiemy, w Litzmanstadt wiedzą. Tam je odsyłamy.

—  O, Boże... aż do Łodzi — jęknęła nieszczęsna matka.

—  Nic na to nie poradzę — odpowiedział Nolte. — Szkoda futer, bo je wam odbiorą — mruknął do ubierających się panien. — No, w drogę!

Z trzaskiem zamknęły się drzwi rodzinnego domu za obiema dziewczętami. Elwira obrzuciła pożegnalnym spojrzeniem jego piękną sylwetkę oświetloną blaskiem księżyca.

—  Żegnaj, najdroższa mateczko, żegnaj mi, domu rodzinny, już nigdy... — wyszeptała.

Pani Fedegerowa z płaczem pobiegła do swej starej matki, szepcząc do niej pośród łkań:

—  Przyszli w nocy i zabrali mi obie córki.

—  Przyszli w nocy panowie i zabrali panienki na bal — ucieszyła się staruszka. — Płaczesz z radości, pewnie, pewnie, zawsze mówiłam, że ktoś po nie przyjdzie.

—  Oh, mamo, jak to dobrze być taką jak ty, nic nie wiedzieć, nic nie rozumieć...

— Nie  wiedzieć? Nie rozumieć? — obruszyła się stara pani. — To ty bałaś się, że zostaną starymi pannami, ja jedna wiedziałam, że nie...

Gdy Marysia Zimna zobaczyła na korytarzu w więzieniu kaliskim, jak jakiś gestapowiec uderzył w twarz przeprowadzanego obok niej Nawrockiego, zrozumiała, że „papiery" jej szefa skończyły się, że jej nie uratuje, skoro już samego siebie uratować nie może. Była odtąd przygotowana na najgorsze.

„Jeśli mnie tu zostawią, to może będzie pół biedy. Schönrogge i Nolte tak często bywali w Winiarach, robili nawet do mnie »oko«. Może jakoś uda mi się wykręcić. Gorzej będzie, jeśli wywiozą mnie stąd — rozważała. Czekało ją, niestety, to gorsze. Niebawem skuto jej ręce kajdanami i wywieziono do Łodzi do więzienia na ulicę Szterlinga. Przebywała tam wiele dni w celi razem z innymi więźniarkami. Była pośród nich najmłodsza, więc starsze pocieszały ją jak mogły.

—  Zdarza się, że czasem któraś stąd wychodzi na wolność — mówiły. — Jak ty nic nie wiesz, to może ci uwierzą, choć każda z nas powtarza to samo, ale czasem to się udaje — mówiła jej towarzyszka niedoli, siwa kobieta o pomarszczonej twarzy. — Ja tu siedzę za synów. Dwóch ich mam. Przepadli obaj jednego dnia i w parę dni potem zabrali mnie. Wrzeszczą: „Gdzie oni są?" — Skąd ja mogę wiedzieć — powiadam im. A oni: „Ty wiesz, stara jędzo". — Ja nie taka stara znowu, tylko ta robota i nędza, więc człowiek tak skapcaniał.

Ciągle skrzypiały drzwi. Brano z celi to jedną, to drugą na przesłuchanie. Powracały zbite, zapłakane. Niektórym z ust sączyła się krew. To była codzienna kaźń więźniów z ulicy Szterlinga. Marysia Zimna usłyszała wreszcie swoje nazwisko.

—  Marie Żymny, raus! — ryknęła na nią nadzorczyni.

Nogi ugięły się pod biedną Marysią. Z niespokojnym biciem serca wyszła z celi pewna, że idzie na tortury. Nadzorczyni wyprowadziła Marysię na podwórze więzienne, skąd krytą karetką policyjną przewieziono ją do siedziby gestapo na ulicę Anstadta. Tam wepchnięto ją do jakiegoś pokoju przegrodzonego balustradą, jak to zdarza się w biurach. Za przegrodzeniem siedziało przy stole dwóch gestapowców, którzy przeglądali jakieś papiery. Na Marysię nie zwracali najmniejszej uwagi, jakby jej nie dostrzegali. Trwało to bardzo długo. Martwa cisza była w tym pokoju, cisza na korytarzu tak złowieszcza, że biedna dziewczyna czuła, jak włosy podnoszą się jej ze strachu na głowie. Wreszcie korytarz ożył. Marysia usłyszała ciężkie stąpanie zbliżających się gestapowców. Serce jej zamarło.

„Już idą... — pomyślała. —  O, Boże... są..."

Drzwi pokoju otworzyły się. Dwóch „czarnych" wprowadziło wychudłego człowieka o dziwnie obrzękłej twarzy. Oczy były tylko te same co dawniej. Marysia poznała wprowadzonego więźnia.

„Pan Nawrocki" — pomyślała ze wzruszeniem. Spojrzenia ich spotkały się. Przywitali się nawzajem życzliwym błyskiem oczu. Dwaj strażnicy stanęli przy drzwiach. Ludzie za balustradą ożywili się teraz. Widocznie czekali na sprowadzenie drugiego więźnia.

—  Poznajesz tego człowieka? — spytał Marysię jeden z nich. Alfred Nawrocki kiwnął przyzwalająco głową.

—  Tak, to jest pan, u którego żony pracowałam — odpowiedziała.

—  Jak to u żony? — zdziwił się gestapowiec.

—  Bo pani Nawrocka mnie zatrudniła, ona mi płaciła za pracę, jej poleceń słuchałam.

—  On ci nic nie polecał, ten Nawrocki? — spytał oficer śledczy. — Czasem mi polecał — potwierdziła Marysia.

—  O, o właśnie — podchwycił skwapliwie badający. — Co ci polecał?

—  Podać kawę, cygara, koniak, gdy byli goście.

—  Bzdura! Nie o to chodzi. Byłaś przy rozmowach gości.

—  Nim postawiłam tacę na stole, czasem słyszałam, co mówili.

—  No więc?

—  Takie głupstwa...

—  Co? Gadaj.

—  Jak muszę, to powiem. Gadali, że jestem ładna.

—  A spryciara! — warknął gestapowiec. —  O czym mówił Nawrocki z Gerliczem, Frudem, Krelem, z Lompem z Dembego, z Wünschem, powtórz tu zaraz!

—  To byli porządni panowie. Oni mnie wcale nie zaczepiali, więc gadać z nimi nie potrzebowałam.

—  Nie udawaj głupiej. Byłaś łączniczką. Woziłaś rozkazy, informacje.

— Nie mogłam nic wozić, proszę pana naczelnika, bo nie umiem jeździć — odpowiedziała Marysia.

—  Ona jest bardzo głupia — odezwał się drugi gestapowiec. —  skończ z nią, Franc.

—  Już to samo panom mówiłem — powiedział pan Nawrocki. —  Nigdy nie potrzebowałem korzystać z usług pokojówki mej żony.

—  Tak, Frau Nawrocki jest piękną kobietą. To wielka dama, my wiemy — potwierdził znacząco oficer śledczy gestapo.

— Odprowadzić Marię Żymny do policyjnego auta — rzucił rozkaz. — Z tobą my sobie teraz pogadamy, Nawrocki — uśmiechnął się okrutnie.

W karetce policyjnej Marysia siedziała znowu bardzo długo. Jakaś otucha wstąpiła jednak w jej serce.

„Chyba pan Nawrocki mnie obronił, może na tym skończą — rozmyślała z ulgą. W karetce było ciemno i pusto, ale nie tak już strasznie, jak wówczas gdy wieziono ją do gestapo. — Ta sama ciemność może mieć zupełnie inny kolor" — stwierdziła.

Po długim oczekiwaniu usłyszała, że ktoś podchodzi do karetki. Były to kroki kilku osób. Otworzono drzwi. W jasnej smudze światła rozpoznała Nawrockiego. I on ją poznał, bo lekki uśmiech rozjaśnił jego umęczoną twarz.

—  Marysia... chwilę będziemy sami — szepnął do dziewczyny, gdy zamknięto za nimi drzwi. — Dobrze jest. Tobie już dadzą spokój.

—  Dziękuję panu — odpowiedziała serdecznym głosem. — To pan zrobił...

—  Nic, nic... — rzekł Nawrocki. — Aha, mam coś dla ciebie — przypomniał sobie. Poszperał po kieszeniach i za chwilę wsunął do ręki dziewczyny kawałek chleba.

—  Zjedz, młodość daje apetyt — rzekł.

—  A pan? Przecież to pana porcja... — wzdragała się Zimna.

—  Dam sobie radę — odpowiedział. Dziewczyna przysunęła się bliżej niego.

—  Proszę pana — zniżyła głos — czy pani jest na wolności, czy ją też aresztowali? — spytała z niepokojem.

— Bądź spokojna. Oni żony mej dotąd nie tknęli, boją się, na szczęście. Zresztą wiedzą prawie wszystko, więc i to, że jej nasze Polskie sprawy nie interesowały. Odsuń się, Marysiu, bo się pobrudzisz — ostrzegł ją.

—  Czym? — zdziwiła się.

—  Krew... Wylewa mi się już z moich trzewików. Nic, nic, to nic takiego — usłyszała odpowiedź. — Tobie nic się złego nie stanie. Ty przeżyjesz, to najważniejsze. Masz przed sobą życie... — szeptał pan Alfred.

Marysia pochyliła się i ucałowała jego rękę. On delikatnie pogładził ją po włosach. Samochód zatrzymał się. Skrzypnęły drzwi.

—  Raus! — usłyszeli twardy, zimny głos oprawcy.

 

Wstawał chmurny, śnieżny dzień 10 grudnia 1944 roku. Więźniów prowadzono skutych po dwóch i otoczono silną strażą. W pierwszej parze szli Nawrocki i Frude, za nimi Wünsche z Lompem, dalej Elwira Fedeger i Barbara Pawlak, potem siostry Stasiakówny i tak wlókł się ten długi korowód z więźniami z Łódzkiej przez park, potem obok kościoła Świętego Józefa ulicą Kolegiacką ku Trybunałowi, jak tradycyjnie zwano okręgowy sąd kaliski. Na ulicach było jeszcze mroczno i zimno. Wiało pustką. Nieliczni o tej porze przechodnie na widok tragicznego korowodu zatrzymywali się przerażeni. Mężczyźni zdejmowali czapki z głów, co mogło oznaczać przymusowe uczczenie niemieckiego munduru obowiązujące Polaków, a oznaczało w istocie nieme oddanie hołdu męczennikom.

Dzień sądu nad bandą spiskowców, którzy przygotowywali zbrojne powstanie przeciw władzom Rzeszy, i wiadomość o przyjeździe na rozprawę samego gauleitera Greisera były podane w gazecie. Spodziewano się objawów gniewu ludu niemieckiego przeciw zuchwałym zbrodniarzom, tłumów przed sądem domagających się surowego ich ukarania, pochodów z transparentami, okrzyków, demonstracji. Niczego takiego nie można było dostrzec. Nieliczni dziennikarze, przybyli służbowo na tę pokazową, głośną w całej Rzeszy rozprawę, zobaczyli tylko przed sądem dużo policji, wezwaną na wszelki wypadek na pomoc kompanię Wehrmachtu w bojowych hełmach i licznie kręcących się esesmanów. Prócz kaliskiego plutonu tej formacji nadjechały jeszcze oddziały specjalne z Poznania i Łodzi. Tu i tam tylko przemykał się między nimi jakiś cywil, wezwany jako widz czy świadek z opieczętowaną przepustką w ręku. Oskarżonych wepchnięto do dużego pokoju obok głównej sali rozpraw, nie zdejmując im kajdan z rąk. Stali tam stłoczeni obok siebie. Henryk Frude z pomocą Alfreda Nawrockiego przecisnął się przez tłum, żeby znaleźć się blisko Ireny Starkówny. Stała blada, z zaciśniętymi ustami skuta razem z Bożeną Deutschmann. Irena powitała narzeczonego łagodnym, miłym uśmiechem.

— Przepraszam cię...  Wybaczysz mi, Irenko, to, co się z tobą stało? — spytał.

— Mówiliśmy już o tym, Heniu — odpowiedziała. — Nie jesteś niczemu winien. Taki los... Gdybym jeszcze raz żyła, postąpiłabym tak samo.

—  I ja też. Przyjechał Greiser, to znaczy...

—  Wiem. Oni nikomu nie przebaczają i im nikt nie przebaczy. I ich los się dopełnia.