SPRÓBUJMY JESZCZE COŚ USTALIĆ (4)
"OŚWIADCZAM ŻE PISZE... "

      W poprzednich odcinkach moich "ustaleń", patrzyłam na twórczość Stefana Otwinowskiego, okiem kaliszanki, która nie dążąc wprawdzie do pełnego wyczerpania tematu, notuje jednak przykłady występujących w książkach pisarza, obrazów i ludzi, z naszym miastem związanych, Obecnie, chciałabym na te "kaliskie ślady", spojrzeć niejako oczyma ich sprawcy, naświetlić interesujące nas zagadnienia, od strony zamierzeń autora i jego pisarskiego warsztatu.
      Z cytowanego w sierpniowym numerze "Południowej Wielkopolski" fragmentu Notesu krakowskiego wynika, że zdaniem Otwinowskiego, powieści (a i opowiadania także} służą do omawiania dziejów własnej pamięci. Retrospekcja przeżyć, szukanie przy jej pomocy punktów znaczących w przebiegu własnego życia i wiązania z ich rozpatrywaniem zagadnień moralnych - jest zasadniczą cechą twórczości pisarza, który podkreślał, że "życie wewnętrzne jest także światem", a rzeczywistość je lekceważy, "obchodzi się z nim jak z przedmiotem, marionetką społeczną".
      Ustami jednego ze swych bohaterów, redaktora Skabowskiego, autor Okoliczności łagodzących, myśląc o własnej twórczości, wyraził się w sposób następujący: "Oświadczam, że piszę z kapitału uczuć nostalgicznych, a także niedosytu i dlatego, że nie mogę dotrzymać kroku rzeczywistości, a jeszcze, żeby nie tłumić aspiracji moralizatorskich". W liście do Izabeli Bielińskiej, znajdujemy zaś takie zdanie Otwinowskiego na temat głównych założeń jego pisarstwa: "Próbowałem rehabilitować resztki uczuć ludzkich, próbowałem mówić: jeśli nie możecie nic już dla swego serca uratować, trzymajcie się chociaż fragmentu krajobrazu, widoku na chwilę uradowanego psa, trzymajcie się uścisku dłoni (...)". Można by chyba dodać: trzymajcie się wspomnień młodości, gdy pierwsze przyjaźnie i pierwsze miłości są szczególnie silne. To dzięki nim, poznajemy później postacie i losy Maniusia Bindlera, Witka Szygielskiego, Klary, czy Alberta Bilingera i doktorowej Gorczycowej. Trzymajcie się by nie ulec załamaniu, o które tym łatwiej, że człowiek według Otwinowskiego jest istotą tragiczną.
      A oto jeszcze jedno ważne dla nas wyznanie redaktora Skabowskiego, który wyraża poglądy autora; "(...) pragnę należeć do tych, którzy dają świadectwo najpierw topografii, potem dopiero dziejom ludzkim, wtopionym w element krajobrazu, miasteczka, ulicy, drogi. Jak więc piszę? Ano tak - zjawia się wprzód fascynacja, a potem, potem obsesja, pamięć prześladująca kawałkiem miasta, miasteczka, osady (...)" - wreszcie ludzie i ich losy.
      Ilustracje takiego procesu twórczego, bardzo wyraźnie widać w opowiadaniu Nic więcej nie udało się ustalić. Znany pisarz imieniem Konstanty przyjeżdża po 35 latach do miasta, w którym spędził młodość. W hotelu, do którego zajechał już po północy, otrzymał pokój z widokiem na rzekę. Rozbiera się, nie wierzy jednak w możliwość szybkiego zaśnięcia. Rozmyśla: "Stanę przy oknie i znowu będę odliczali na prawo bank, w lewo zaś piąty, najwyżej szósty dom, to dawny trybunał. Za trybunałem "ogródek nocy" Wypiszczyka z programem kabaretowym, potem szereg kamienic secesyjnych i przy końcu, nie dochodząc do teatru, dom mniejszy, z solidną oficyną i miniaturowym sadem - tam w oknie czekający na mnie niecierpliwie Mikołaj. Mikołaj mówi; >> Kostek, Kostek, nogi mi już puchną co tu ukrywać, to początek końca << Nie zbliżam się do okna, siadam na tapczanie, topografia, gdy noc nie daje mi prawdziwego snu, staje się czymś, co w późniejszych czasach nazwałem kategorią. Tak czy owak, nie jest topografia ani mniej obrazem". Snują się więc dalej obrazy teatru, parku, terenów sportowych, wału nad rzeką i na ich tle, historia będąca odbiciem losów szwagra Otwinowskiego i jego samego, gdy pielęgnował chorego. Podobne wątki wiążą się z ulicą Szopena, znaną willą, znanym sklepem.
      Myślę, że każdy z czytelników tego artykułu zorientował się już, że w cytowanym fragmencie, przedstawiony jest widok, związany z pokojem hotelowym w "Europie". Wielu też zapewne wie, że akcja opowiadania, łączy się z ostatnim pobytem Otwinowskiego w Kaliszu (nie licząc późniejszego przyjazdu na pogrzeb brata) w roku 1970 na zaproszenie Klubu MPiK. Pozornie opowiadanie jest dokładną relacją z tego pobytu i wspomnień, jakie w tym czasie nasuwały się autorowi. W istocie, bardzo przemyślana konstrukcja, zbliża ten utwór do noweli, której motywem wiążącym jest nieznajoma pasażerka z pociągu, ukazująca się także w zakończeniu.
      Opowiadanie zawiera wiele materiału, dotyczącego życia pisarza i Kaliszan przeplecione często fikcją literacką. Może ktoś kiedyś potrafi to sensownie zanalizować. Ja posłuszna ostrzeżeniu autora, by nie korzystać z jego utworów w sposób niewłaściwy, gdyż literatura nie oddaje rzeczywistości w sposób obiektywny, zwrócę uwagę tylko na drobne fragmenty, co do których nie można mieć zastrzeżeń.
      Otwinowski wspomina o teatrze szkolnym, w którym sam odgrywał wielką rolę, a którego reżyserem był profesor Dziurwiński, czyli Zygmunt Dzierżyński - polonista z gimnazjum im. Adama Asnyka. Owe przedstawienia o "prawie zawodowym poziomie", w którym rywalizowały z sobą dwie szkoły męskie, a grali także dorośli i którymi pasjonowała się cała prawie miejscowa inteligencja, miały specjalne znaczenie, na tle ówczesnej rzeczywistości. Działo się to przecież w mieście, które jeszcze na początku dwudziestego wieku, było trzecim (niektórzy twierdzą nawet, że drugim) co do wielkości i znaczenia, miastem Królestwa. Zniszczone nieomal doszczętnie, zepchnięte z odwiecznej pozycji stolicy regionu, próbowało bronić swej kulturotwórczej roli. Mieszały się w nim nowe formy życia, ze starymi. W Bibliotece im. Mickiewicza panowały obyczaje z czasów jej głównej organizatorki, Felicji Łączkowskiej, która jeszcze żyła i pracowała jako nauczycielka i której Piątki Literackie próbowano reaktywować. Utrzymywano stałe koncerty, choć bilety były stosunkowo drogie, z finansami krucho, a o organizacji widowni nikt wtedy nie słyszał. Pani rejentowa Holszańska, czyli w rzeczywistości Emilia Bohowiczowa, organizowała żywe obrazy i wieczory patriotyczne niemal tak jak w Nocach i dniach, tylko że już otwarcie i na terenie szkoły, w której uczyła śpiewu. Inna nauczycielka Maria Trzeciakowa wyreżyserowała "żywe szachy", które zrobiły furorę na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu i w której brały udział najładniejsze dziewczęta z kaliskich szkół. Obok tego była legalna i nielegalna działalność kulturalna grup lewicowych. Odnotować również należy wysiłki władz miejskich, które w zburzonym mieście też tworzyły nowe podstawy rozwoju kultury. Szkolne przedstawienia profesora Dzierżyńskiego, były więc namiastką prawdziwego teatru, którego Kalisz nie umiał się wyrzec, a którego gmach dopiero budowano, gdyż dawny został przez Niemców spalony.
      Tyle uwag na mój własny rachunek w uzupełnieniu Otwinowskiego, a teraz wracamy do jego opowiadania. Jest w nim krótki epizod przedstawiający rozmowę pisarza z "docent Janiszewską", która zbierając materiał do jakiejś pracy naukowej, prosiła go o informację. W rzeczywistości rolę owej docent Janiszewskiej grałam ja. Zestawienie tego, co zostało napisane z prawdziwego przebiegu spotkania i rozmowy, jest najlepszym przykładem całkiem usprawiedliwionej swobody literackiego opracowania wydarzeń. Mało tego, że otrzymałam inne nazwisko i tytuł, że autor wyprowadził mnie na spacer, na którym nigdy nie byliśmy, że rozmowa o którą prosiłam, odbyła się w czytelni Klubu MPiK, a nie w zakładzie naukowym, to jeszcze z prowadzonego wtedy dialogu, do tekstu opowiadania weszły minimalne fragmenty. Znalazły się zaś wypowiedzi, których w ogóle nie było. Czy więc niemal wszystko było fikcją? Nie. Bardzo prawdziwie oddany jest klimat, w jakim się ów wywiad odbywał, atmosfera swobodnej, chwilami nawet żartobliwej rozmowy, choć prowadzonej z kartką, w oparciu o pytania, na które otrzymałam pełne i ciekawe odpowiedzi, bez żadnych zastrzeżeń co do sposobu ich wykorzystania. Chyba prawdziwie podał też pisarz króciutką moją charakterystykę, skoro znajomi potrafili mnie w opowiadaniu rozpoznać, mimo że nic o samej rozmowie nie wiedzieli.
      A oto rozmowa na temat tego, o czym nie mówiliśmy, a co Otwinowski sam dodał, uzupełniając niejako w myśli moich życzeń, wiadomości o kaliskich wpływach na jego życie. Chodzi tu o obowiązkowe dla katolickiej młodzieży szkół średnich rekolekcje wielkanocne, które gdzieś w latach dwudziestych prowadził jezuita ksiądz Wojnar. Myśl o nich, nasunęła się zapewne autorowi, gdy mówiliśmy o ulicy Stawiszyńskiej.
      Przy tej okazji, znalazło się w opowiadaniu ważne wyznanie. Ksiądz był jednym z tych, którzy ukształtowali w pisarzu "tak zwane kompleksy", czyli wzmożoną wrażliwość na zło i konieczność zadość uczynienia. W związku z owymi "kompleksami" autor pisze: "I bez nich bym rzeczywiście był? Chyba owym pustym głupcem i durniem". Świadomość zła i niemożność zadośćuczynienia - to w odczuciu Otwinowskiego tragizm człowieka, a także podstawy jego filozofii, widoczne w wielu utworach.
      Warto podkreślić, ze częściowo ukształtowały się one, już w kaliskim okresie jego życia i tym zakończyć cykl naszych rozważań.

Spróbujmy... (4): Oświadczam, że piszę..., "Południowa Wielkopolska" R. XXI, 1982, nr (235), str. 6;