SPRÓBUJMY JESZCZE COŚ USTALIĆ (2)
 KALISKIE WIDOKÓWKI

      Kiedyś, chyba kilkanaście już lat temu, z odbiornika radiowego można było usłyszeć - w świetnej jak zawsze interpretacji Gustawa Holoubka - dłuższy tekst literacki, zaczynający się od następującego fragmentu:
      "Miasto K. ma w średniej skali porównań piękną przeszłość, kilka pomników architektury, wspaniały park, rzekę, która dzieląc się w szerokiej kotlinie czyni przysługę urbanistyce; są więc części miasta, jak wyspy i kilka mostów W miejscu gdzie ulica Wrocławska próbuje pierwszym kursem wydostać się z kotliny, znajdował się długi gmach szpital św. Trójcy"
      Wielu moich znajomych słuchało tej audycji i choć żadna wcześniejsza zapowiedź o tym nie mówiła, wszyscy od razu zorientowali się, że chodzi tu o Kalisz; tak wyraziście króciutki tekst, zespolił w sobie charakterystyczne cechy miasta. Dzisiejszym czytelnikom ustalenie, który fragment miasta głównie tu przedstawiono, może sprawić trochę trudności, gdyż mato kto wie, że ulica Śródmiejska, której wielokrotnie zmieniano nazwę, była niegdyś także ulicą Wrocławską i że w "długim gmachu" na jej skrzyżowaniu z dzisiejszą ulicą Nowy Świat. gdzie obecnie mieszczą się lekarskie przychodnie, w okresie międzywojennym znajdował się wspomniany szpital św. Trójcy. Pozostaje już tylko ustalić, że omawiany tekst to fragment Okoliczności łagodzących Stefana Otwinowskiego - pisarza, który w swych utworach bardzo często opisywał nasze miasto. Są więc tam obrazy Kalisza o szerokim panoramicznym zasięgu, są relacje spacerów dłuższym lub krótszym ciągiem ulic czy alei parkowych, są migawki dotyczące jednego domu. lokalu, wrażenia. Są też opisy wybiegających z miasta dróg, nadrzecznych łęgów, winiarskiego lasu i mych znanych nam miejsc. Jeśli nie występująca formie dłuższych fragmentów, to odnajdujemy je w krótkich charakterystycznych wzmiankach.
      Sposób ujęcia tych "widokówek kaliskich" też jest różnorodny. Przeważają opisy dokładne, potraktowane realistycznie; są jednak i obrazy odrealnione, udziwnione, niezwykłe, wprowadzające w nastrój szczególny. Spróbujmy zwrócić uwagę choć na niektóre z tych obrazów, licząc się z ich różnorodnością i wiążąc je z odczuciami pisarza i kaliską rzeczywistością.
      A więc najpierw panorama miasta, widziana od innej strony niż przytoczony na wstępie fragment, bo z cmentarza wojskowego, położonego na wzgórzu w dzielnicy Majków.
      "Miasto leżało przede mną jak zabawka na stole. Na pierwszym planie, tuż za rzeka wielka żywa garbarnia. Trzy kominy dymem waliły w niebo, wysmukle jak kobiece nogi. Za garbarnią inne fabryki, kilka wież kościelnych, w środku miastu ratusz i w obok nieco starszy komin - browar, ulica Narutowicza. Matka siedzi teraz na pewno przy oknie. (...) Ulicę Stawiszyńską widać dokładnie. Rozpoznać by nawet można mieszkanie profesora. Piąty czy szósty dom od Bernardyńskiego Mostu. Teraz ode mnie po prawej stronie, nie widać balkonu. (...) Cmentarz wojskowy - ofiary wielkiej wojny: Niemcy, Rosjanie, nawet Włosi".
      Możemy pójść na cmentarz i sprawdzić, jak mimo zaszłych zmian, opisany przez Otwinowskiego widok jest jeszcze czytelny. Zauważymy też wtedy, jak bardzo zmienił się sam cmentarz, ile przybyło grobów polskich. Wśród nich zaś ten, godzien najwyższej czci, o którym za mało się wie i mówi. Grób chłopca-harcerza, którego hitlerowcy zamknęli w klasztorze sióstr Nazaretanek, jako jednego z "wybrańców" mającego zasilić "rasę panów" i który broniąc swej polskości, poniósł bohaterską śmierć.
      Wróćmy jednak do zasadniczego tematu i sięgnijmy teraz w przeszłość miasta. Tylko bardzo starzy kaliszanie (nie tyle wiekiem co stażem), będą mogli zidentyfikować miejsce opisane w cytowanym poniżej fragmencie, który - podobnie jak poprzedni - wyjęty jest z powieści Życie trwa cztery dni.
      "Podwórze było długie, szczerbate - przypominało ulicę: najpierw dwie duże oficyny; mała elektrownia, po przeciwnej stronie kino, za elektrownią znowu oficyna, stajnie. warsztaty - zamykał podwórze ogród. W ogrodzie znajdowała się restauracja i teatrzyk.
W letnie gęste wieczory (...) siedziałem zaszyty w czarny kąt podwórka lub ogrodu, aby wchłaniać muzykę z kina, śpiew z ogródka (...)
Podwórze oddzielone było od ogrodu płotem, płot posiadał tajemna furtkę; przez nią właśnie mogli przechodzić zupełnie niepostrzeżenie aktorzy, w charakteryzacji, w kostiumach - dziwaczni, prawie nadzy, wspaniali (...). W pewnej chwili zegar z wieży św. Józefa, wybił jedenastce godzinę (...). Zamierała tajemnica, powoli milkła w kinie muzyka - nie działo się nic. Wtedy trzeba było wracać do domu. Cichaczem, najpierw przez ogród, potem przez płot. To było nawet dosyć niebezpieczne: skok w ciemność, chwila emocji i ziemia pod stopami (...). Przechodziłem przez most Kamienny. Księżyc prześladował wodę, jak wspomnienie pamięć
".
      Robiąc konieczne skróty, zniekształciłam nieco poetycki walor tego opisu, przedstawiającego nam otoczenie "Letniego Ogródka Teatralnego" związanego z rodziną Wypiszczyków, którzy byli jego właścicielami. Powiedziałam, że opis ten sięga w przeszłość. Teatrzyk, o którym mowa, istniał od 1875 roku. W jego pierwotnej nazwie, znajdował się nawet zarzucony później, przymiotnik "warszawski". W drugiej połowie XIX wieku, wiele było takich teatrzyków na prowincji, funkcjonujących tam w miesiącach letnich, gdy sceny wielkich miast cierpiały na niedostatek publiczności, rozjeżdżającej się "do wód". Teatrzyk kaliski, połączony z restauracją, dobrze prosperował jeszcze i w okresie międzywojennym. Repertuar był różnorodny: komedie, operetki, fragmenty oper, składanki rewiowo - humorystyczne, wokalne, taneczne. Otwinowski znał lokal Wypiszczyka nie tylko od strony podwórka. Bywał tam często w latach młodzieńczych, przeważnie - ze względu na zakazy szkolne - niezbyt legalnie. Teatrzyk mieścił się, na zapleczu dzisiejszego domu nr 17 w Alei Wolności, na lewo od przejścia do kina "Oaza". Jak widać teren ten bardzo się zmienił.
      W obu ostatnio przytoczonych fragmentach miasta, mamy wzmianki prowadzące do zidentyfikowania, gdzie mieścił się lokal zamieszkany przez rodzinę pisarza. W poprzednim artykule poświęconym Otwinowskiemu, podawałam już jego adres (Narutowicza 4). Teraz jeszcze kilka szczegółów. Dom nie został zmieniony. Jest tak samo odgrodzony murem od ulicy. Mieszkanie Otwinowskich mieściło się w prawej części zabudowania (licząc od wejścia w murze) na piętrze. Okna wychodziły na rzekę Prosnę. Gdy się z nich wychyliło, w bliższej perspektywie był most kamienny, dalej Aleja Wolności. Od strony Narutowicza było tylko wejście. Pisząc o tym mieszkaniu, Otwinowski wspominał o wilgotnych oparach dostających się przez okna, o ciasnej dusznej uliczce, w którą niechętnie się wchodziło rano z ciepłego łóżka. Za to:
      "Po lekcjach, nie wracało się nigdy do domu - szło się wzdłuż ulicy Wrocławskiej, aż do kościoła Nazaretanek, potem z powrotem, alejami do parku. W parku bulwarem Watowym, długim kopulastym, wchodzącym swym zielonym obwodem, w błękit ciasnego widnokręgu. W ten sposób obchodziliśmy codziennie, główne ulice miasta i park - była to najmilsza i najsympatyczniejsza czynność dzienna".
      Ten bardzo rzeczowo potraktowany opis codziennych spacerów, zaczerpnięty również z powieści Życie trwa cztery dni, przechodzi dalej w obraz nastrojowy i odrealniony. Przytoczmy go, dla podkreślenia różnorodności obrazów miasta.
      "Dni słońca rzadkie były w naszym starym zgrzybiałym grodzie - lato trwało krótko, gubiło się w oparach cuchnących kanałów, szybko przytłaczała je jesień, a spadłszy raz w dół ponurej naszej egzystencji, trwała w nim długo, bezwstydnie zarażając wszelkie myśli, padzie je ludzkie, wilgotną rozpaczą (..). Mniej więcej w połowie października, przychodził okres mgieł. Siwe gęste obłoki, schodziły na ziemię, domy topiły się w chmurach (...). Żyło się wtedy jak we śnie. Ludzie powodowani uporem lub przeczuciem, dzielili co prawda dobę na części: mgła siwsza - rano, mgła rzadsza - południe... wszystko to nie mogło przekonać właściwego dnia, który całkowicie zlał się z nocą - noc uwala wiecznie.
      Latarnie paliły się przez całą dobę. Pomimo to nie można było dojrzeć drugiej strony ulicy, która stała w chmurach. Nasze spacery nie ustawały nigdy, przeciwnie zyskiwały na treści: do parku chodziło się teraz, jak do innej zupełnie rzeczywistości. Brodziliśmy w obłokach stojącego deszczu, marząc o przygodzie.
      - Zobaczysz - mówił Witek - pewnego dnia zbłądzimy w tych chmurach, nie wrócimy do domu...
".
       Niewątpliwie w okresie, w którym mieszkał w Kaliszu Otwinowski, klimat w mieście był nieco inny: mniej spalin, więcej wilgoci (nieuregulowana Prosna, jeden kanał więcej, brak zbiorników retencyjnych, częste powodzie). Bywały też "mgły i zamglenia", nie tak częste jak można by wnosić z cytowanego fragmentu, lecz częstsze niż dziś. Pamiętam tylko jedną taką dobę, szczególnie mglistą, gdzieś w końcowych latach dwudziestych. Późnym wieczorem, wyciągnięto mnie wtedy z łóżka, by przejechać odkrytym autem po mieście i zobaczyć, jak pięknie wygląda ono we mgle. Jechaliśmy wolniutko po pustych ulicach i istotnie - wydawało nam się, że przeniesiono nas w inny bajkowy, bardzo piękny świat. Byłam nim zachwycona.
      Myślę, że to chyba podobny niezwykły dzień i wieczór, nasunął Otwinowskiemu, przytoczony powyżej opis, w którym zwielokrotnił raz ujrzany obraz i dostosował go do własnego nastroju i nastroju książki, w której wprawdzie są nawet i sceny humorystyczne, lecz dominują sprawy choroby i śmierci.
      A oto nieco dalszy fragment wiążący się z poprzednim opisem. "Innym razem, szliśmy ulicą Stawiszyńską mgła opadła bardzo nisko, znikły, zatopiwszy się w niej, fundamenty, ściany, okna, kształty, z oparów wyłaniały się tylko dachy niektórych kamienic. Był sobotni wieczór. Tragiczna modlitwa, miotających się w rozpaczliwych konwulsyjnych drgawkach Żydów - na próżno chciała pokonać odmęt, wedrzeć się w wysokie niebiosa i szukać Boga. Niebiosa leżały na ziemi, wlokły się po brudnych ulicach - czarne, odarte przez wiatr dachy, zastępowały błękit".
      Żeby powiązać ten obraz z kaliską rzeczywistością międzywojenną, trzeba pójść na ulicę Stawiszyńską, odszukać pod numerem 4 stary dom, którego cały nieomal fronton, stanowi oszklona weranda. Był tam kiedyś żydowski dom starców. Czarne postacie w długich chałatach, z nakrytymi głowami, kiwające się obrzędowo na tle jaśniejszego wnętrza głębi domu, stanowiły rzeczywiście widok niezwykle egzotyczny i trochę niesamowity.
      Kończąc ten przegląd "kaliskich widokówek" pióra Stefana Otwinowskiego, zdaję sobie sprawę, że jest to przegląd niepełny i myślę, że do niektórych opisów, trzeba będzie jeszcze wrócić.

Spróbujmy ... (2): Kaliskie widokówki, "Południowa Wielkopolska" R. XXl, 1982, nr 3 (233), s.6;