SPRÓBUJMY JESZCZE COŚ USTALIĆ (1)
KALISZANIN Z WYBORU

      Przekornie zmieniając sens tytułu jednego z opowiadań Stefana Otwinowskiego, o którym była mowa w ostatnim numerze "Południowej Wielkopolski", chciałabym postarać się o ustalenie lub przypomnienie pewnych realiów związanych z naszym miastem, jego odbiciem w twórczości wspomnianego pisarza, a także z nim samym. Myślę, że trzeba zrobić to teraz, gdy żyje jeszcze dość dużo osób, pamiętających okres międzywojenny, a również barwną postać ówczesnego "tambur-majora" uczniowskiej orkiestry, szkolnego aktora, reżysera i literata. Wprawdzie Jan Werner i Wojciech Wyganowski, w zbiorowej książce wspomnień "Sceptyk pełen wiary", przedstawili już kaliską atmosferę owych lat i młodzieńczą sylwetkę swego kolegi, ale jest jeszcze na ten temat dużo do powiedzenia. Może więc ten artykuł, stanie się początkiem dłuższego cyklu.
      Na razie zacznijmy od danych biograficznych. Urodzony w 1910 r. w Pyzdrach, dzieciństwo spędził Otwinowski w Grodźcu (gdzie ojciec jego był właścicielem apteki). Do Kalisza przyjechał w roku 1926. W 1930 r. otrzymał maturę w Gimnazjum im. Adama Asnyka - a rok później wyjechał na studia do Warszawy, kończąc swój stały, ledwie pięcioletni pobyt w naszym mieście. Potem było już tylko kilka krótkich okresów wakacyjnych, wreszcie oficjalny przyjazd do Kalisza w roku 1938, celem odebrania nagrody literackiej przyznanej mu przez władze miejskie, w związku ze stuletnią rocznicą urodzin Asnyka. Jeszcze jeden pobyt w mieście w roku 1970 na spotkaniu z czytelnikami (wrażenia z niego zostały odtworzone w opowiadaniu Nic więcej nie dało się ustalić). I to już wszystko lub prawie wszystko.
      No cóż - trzeba przyznać, że pisarz, który w całym szeregu utworów wracał do kaliskich wspomnień i kaliszaninem siebie nazywał, był nim raczej z wyboru {co jest tym cenniejsze). Nie on jeden. Jest coś w naszym mieście co sprawia, że ludzie, którzy po paru latach pobytu stąd wyjadą, nie mogą się później od kaliskich wspomnień oderwać. Może dlatego, że są to zazwyczaj wspomnienia młodości.
       Otwinowski w swoją kaliską młodość wszedł zresztą z poważnym ciężarem dzieciństwa. Jako jedenastoletni chłopiec, wychowany w maleńkim Grodźcu, miał pierwszy raz jechać do dużego miasta, do Poznania i pójść na przedstawienie do Teatru. Z drżeniem niecierpliwości czekał tej wycieczki. A sprawy skomplikowały się. Nie było pewne, czy rodzice go zabiorą. Wreszcie zapadła upragniona decyzja. Podróż koleją, most dworcowy, tramwaje, długie ulice, afisze teatralne - wszystko to cieszyło i podniecało chłopca, Tylko ojciec poczuł się nagle jakoś niedobrze. Po przyjeździe, radosne przyjęcie przez znajomych, kolacja. Ojciec nie chciał jednak nic jeść i poszedł do drugiego pokoju, by się położyć i odpocząć. Poszedł i już nie wrócił, umarł nagle.
      Nie było przedstawienia, nie było zapowiedzianych poprzednio radości. Cztery dni pobytu w Poznaniu, zakończyły się pogrzebem.
      Po kilku latach ten sam chłopak, teraz już uczeń piątej klasy Gimnazjum im. Adama Asnyka, zachorował na zapalenie płuc, połączone z szeregiem ciężkich powikłań. Miesiącami leżał w łóżku, czasem w gorączce, czasem odurzony lekarstwami lub następstwami bolesnego zabiegu. Miał świadomość, że stan jego zdrowia jest poważny, że może umrzeć. W maleńkim mieszkanku na ulicy Narutowicza (dziś nr 4) biegło codzienne życie. Rodzeństwo niewiele przejmowało się chorobą Stefana. Bracia mieli swoje sprawy, wierzyli, że wyzdrowieje. Tylko matka rozpaczała czasem, ukryta w drugim pokoju. A dokoła chorego, snuły się na przemian wspomnienia owych czterech poznańskich dni, codzienne domowe wydarzenia, sny i majaki o tamtej śmierci, o śmierci w ogóle i o śmierci własnej.
      W kilka lat po wyzdrowieniu, powstała z tego wszystkiego powieść Życie trwa cztery dni. Cztery dni dlatego, gdyż Otwinowski dowodził, że owe dni poznańskie zadecydowały o całym jego życiu i że bywa tak też w życiu innych ludzi. Nie wiem czy miał rację w tym uogólnieniu. Na pewno jednak owe cztery dni zadecydowały o treści pierwszej książki pisarza, pierwszej nagrodzie literackiej i ustalenia pisarskiego powołania.
      Jeśli zaś chodzi o Kalisz, to przyczyniły się do tego, że do literatury wszedł szereg nowych opisów miasta, ludzi oraz panującej wokół atmosfery. Analizą tych kaliskich realiów, też trzeba się zająć.
      Ale to już innym razem. Teraz tylko konieczne wyjaśnienie: wykorzystane w tym szkicu wiadomości otrzymałam lub sprawdziłam w czasie rozmowy ze Stefanem Otwinowskim, gdyż był w Kaliszu w 1970 r. Niestety nie mogę już prosić o autoryzację, ale sądzę, że nie popełniłam jeśli nie żadnych, to przynajmniej poważniejszych błędów. Wiele rzeczy zresztą dwukrotnie sprawdzałam.

Spróbujmy jeszcze coś ustalić (1): Kaliszanin z wyboru, "Południowa Wielkopolska" R.XXI,1982, nr 2 (232), s.5;