O KARCZEWSKIEJ, KALISZU I ŚWIECIE UCZCIWYM

      W ubiegłym roku, upłynęło 50 lat od debiutu poetyckiego Wandy Karczewskiej, pisarki, która wielokrotnie podkreślała, że w twórczości towarzyszy jej "kaliska aura wspomnień i tęsknoty" oraz, że uważa się za kaliszankę.
      W roku bieżącym, przypada 50-lecie pierwszej z wielu nagród literackich, jakie otrzymała (wynik konkursu poetyckiego grupy "Prom"). Z okazji obu 50-tek, przypomnijmy trochę szczegółów, dotyczących związków pisarki z Kaliszem i spróbujmy mieszkańcom jej "małej ojczyzny", przybliżyć nieco ciekawe opowiadania i powieści ich rodaczki z wyboru.
      Z wyboru - gdyż Wanda Karczewska urodziła się w Wieliczce. Wczesne dzieciństwo upłynęło jej w Krakowie i Niepołomicach. Do Kalisza przyjechała z rodzicami, gdy miała cztery lata. Przebywała tu stale w okresie 1918 -1931. Niemal przez cały ten czas, mieszkała w domu z ogrodem, który mieścił się, między dzisiejszą kawiarnią "Nowy Świat", a skrzyżowaniem ulic Zubrzyckiego i Buczka (Nowy Świat i Legionów)'. Uczęszczała do szkoły prowadzonej przez siostry nazaretanki, która obejmowała klasy przedgimnazjalne i gimnazjalne. Po otrzymaniu tam świadectwa dojrzałości, wyjechała na studia do Warszawy, później do Poznania (uniwersytet i szkoła dziennikarska). Po wojnie znów mieszkała w Poznaniu, a potem osiedliła się na stałe w Łodzi. Do Kalisza, po roku 1931 przyjeżdżała na krótko, by odwiedzić rodzinę. W listopadzie 1939 roku, poszukiwana przez Gestapo, za pisane wcześniej artykuły o polskości Gdańska, szukała schronienia w mieście swego dzieciństwa, ale już w marcu następnego roku, musiała z niego uciekać. Powróciła na krótko w roku 1945; potem w 1959 przyjechała na spotkanie autorskie, w którym uczestniczyło bardzo wielu jej czytelników; wreszcie w 1960 r. brała udział w jubileuszowych uroczystościach miasta.
      Kaliskie czasy beztroskiej młodości przyszłej pisarki, najlepiej odzwierciedla wiersz : O wieku sielski... ( "Wiersze i poematy" - Warszawa 1954). Przytoczmy fragment:

"O domu mój ojcowy, znowuś mi się przyśnił, 
kolebeczko serdeczna pośród grusz i wiśni, 
któraś tak czule w sobie mnie kołysała,
do ciebie wracam znów, dziewczynka mała.

Jeszcze biegnę do szkoły ze wstążką we włosach, 
na powieki się sypie z drzew różana rosa.

Jeszcze przez krzew maliny z rówieśnikiem się droczę 
o zielone, chusteczkę, o promyk warkocza.

I trosk nie mam prócz lęku o wiersz Horacego
nie nauczony, o wakacje; zbyt szybko mi biegną(...)"

      Do kaliskich spraw, nawiązuje też kilka innych wierszy, jak: Powrót do Kalisza, Mój stary dom, a także duża część prozy. Najbardziej jednak z Kaliszem, związana jest powieść Wizerunek otwarty. Dostrzeżemy w niej fragmenty obrazów miasta i jego życia, począwszy od opisu ruin w roku 1918, aż po rok 1960. Operując charakterystyczną techniką pisarską, odrealniając i udziwniając większość sytuacji, autorka ukazuje jednak w tej kreowanej rzeczywistości, zabawy kaliskich dzieci proletariackich (między innymi "gorajkę", "machajkę"), ich marzenia osnute dookoła dziwnego domu, na skrzyżowaniu ulic Widok i Staszica, rzekę Prosnę nazwaną w powieści "Komarna", peryferie miasta (Krzywy Zaułek czyli ulicę Czaszkowską), park, wrzosowiska za tak zwanymi wówczas "Górami Szwedzkimi", wydarzenia z życia szkolnego i kaliskiego ruchu rewolucyjnego. Wyróżnia się duży fragment, przedstawiający w sposób realistyczny i zgodny z prawdą, manifestacje bezrobotnych w roku 1926.
      Zapoznajmy się z niewielką częścią tego opisu. Bohater i narrator utworu jako chłopak, siedzi na latarni naprzeciw Ratusza i obserwuje demonstrację, czując się duchowo związany z jej uczestnikami.
      "Podniecony poczuciem godności i siły, powitałem okrzykiem huk okien na piętrze w gabinecie prezydenta miasta; otwierali je nasi, wdarłszy się mimo oporu do siedziby władzy. Przywitałem z desperacko zwycięskim śmiechem tysiące białych przepiórek, wypuszczonych z okien na wiatr, tysiące podartych akt (...), deptano z wściekłości te wszechwładne papierki, wystawione nam - myślałem - z naszych uczynków, słów, ze spojrzeń i niemal z myśli; to one, te papierki, zawierały godzące w nas skrycie cyfry ocen (...), gdy jemy to, co dają nam z laski, gdy nie tak spoglądamy, jak chce żeby patrzeć; pokornie i nade wszystko bardzo dziękczynnie, gdy mówimy nie to, co trzeba powtarzać aż do uślinienia, aby przypodobać się wielu z tych, od których zależymy (...). A potem - potem spiął mnie kolczasty pancerz; z okien zaczęty wylatywać zmechanizowane potworki do zapisywactwa; maszyny do pisania, liczydła. I naraz moje poruszenie stało się osłupieniem: z gabinetu okna prezydenta, wysunęły się jakieś ręce, wczepiły się w brzeg parapetu. Właściwie to tylko palce widziałem, białe z wysiłku i wreszcie zobaczyłem twarz; nie, nie twarz, oczy wysadzone na wierzch. Ten człowiek chwytał się wszystkiego: framug, szyb, powietrza - żeby nie wypaść, ale... jeszcze chwila, jeszcze sekunda, a napór za nim wzbierze ostatecznie i ten człowiek wyleci z okna, jak te papierki, jak te maszyny, z których na bruku wyciekła czarna krew ich pogruchotanych wnętrzności; tylko, że z tego człowieka pocieknie krew czerwona... Coś mi się na pól świadomie skojarzyło, spojrzałem na sztandar zawieszony na drutach nad placem, widniały na nim napisy polskie i hebrajskie i czymś nagle przerażony krzyknąłem:
      - Nie wolno zabijać człowieka! Zbrodnia! Nie wolno zabrać! Tamten człowiek byt już wychylony nad bruk połową ciała. Obróciłem głowę ku Błaszczykowi i zawyłem:
      - Błaszczyk! Co wy robicie! 0 zbrodnia!"

      Opisana w cytowanym fragmencie, dramatyczna ucieczka urzędnika starostwa kaliskiego, który w czasie rozruchów był w Ratuszu, skończyła się szczęśliwie. Mimo, że był to człowiek kulawy, zdołał jednak po zewnętrznym gzymsie przejść do innego okna, wejść do środka i drugimi schodami wycofać się z gmachu.
      Inaczej niż demonstracje z roku 1926, potraktowała Karczewska wydarzenia związane z jubileuszem miasta, szczególnie zaś wykorzystała momenty dotyczące wystawienia pomnika Adamowi Asnykowi.
      Wspomniany już narrator i bohater, któremu autorka "domalowała wąsy", lecz pozostawiła wiele cech własnych, w roku 1960, występuje jako znany pisarz, który po trzydziestu latach wraca do rodzinnego miasta i ogląda przygotowania do postawienia pomnika "Wielkiemu Człowiekowi".
Wdrapuje się na przygotowany piedestał, ale w utrzymaniu się na nim, przeszkadzają mu towarzysze dzieciństwa, których on już w ogóle nie pamięta oraz "Średniowielcy Urzędnicy". "Przymierzanie się" do pomnika, a także zaborczość mieszkańców , którzy chcieliby wszystko dla siebie zgarnąć, potraktowane są ironicznie. Dalsze jednak rozważania autorki brzmią poważnie. Zastanawia się ona nad tym, czy istotnie mogą manifestować swą przynależność do miasta ludzie, którzy je opuścili, zostawiając innym trud, by "zgruzowstało" i kończy stwierdzeniem: "Jam jest proch tej ziemi i moje jest do niej prawo" oraz przekonaniem, że postacie literackie, stworzone przez pisarza, będą dłużej żyć, niż obecni mieszkańcy miasta, nazywanego w powieści raz "najpiękniejszym miastem", a raz "metropolią kaliską".
      Uwagi na temat Wizerunku otwartego, wprowadziły nas w świat trochę dziwnych opowiadań, w których sceny z codziennego życia, mieszają się z majakami sennymi i gorączkowymi. Wynikające stąd metaforyczne ujęcie rzeczywistości, przypomina czasem utwory Kafki, a sfera podświadomości, jest według autorki niezwykle ważna. W niej występuje człowiek bez maski i ona decyduje o postępowaniu bohaterów. Postacie tych samych bohaterów spotykamy w różnych utworach pisarki. 0 pewnej całości, w jakie się one łączą, decydują jednak nie postacie literackie, lecz naczelny problem tej prozy - pytanie: jak żyć uczciwie i w miarę szczęśliwie? By to osiągnąć, trzeba dotrzeć do pierwszych podstawowych prawd "do których się w końcu zawsze dochodzi".
      Jednak prawdy te: miłość, uczciwość, honor, współczucie dla innych, "gdy się je nazwie słowami, są naiwne, proste, więc śmieszne, a my jak ognia boimy się śmieszności, prostoty, stąd literatura, zgrywy, grymasy, drwiny", a także "wpisywanie własnych przeżyć w różnorodne fabuły" związane jednak u Karczewskiej ściśle ze współczesnym światem, któremu trzeba "dawać odpór" lub "dźwignąć go", ale z którym nie wolno zrywać kontaktu. Tyle ogólnych uwag, bardzo skrótowych.
      Spróbujmy jeszcze na zakończenie wyjaśnić to, co wyżej powiedziane, na przykładzie wznowionego ostatnio opowiadania Włos Dulcynei (z cyklu Ułaskawienie świata). Młody zdolny pracownik, przedstawia swemu szefowi ambitny projekt pracy kulturalnej, w ośrodku "farmerów". Szef zdaje sobie sprawę z jego wartości, ale odmawia, bo wygodniej mu "dawać lekkostrawni papkę z wygłupami". Własne Alter Ego bohatera opowiadania, przyjmując postać Sancho Pansy radzi mu nie walczyć, przestać wymachiwać kijkiem, "zsiąść z rumaka", a w ostateczności przyjąć inną strategię. "Popłaszcz się trochę - mówi - cmokaj z zachwytu nad rozumem twoich szefów i zwierzchników, nie baw się w naprawiacza." Kto to lubi? Świat jest bardzo piękny, trzeba się tylko umieć na nim urządzić. Bohater nie chce się urządzić, lecz być sobą. Gdy nic nie osiąga, doprowadzony do ostateczności postawą środowiska, w którym się obraca, czuje, że się dusi i chce gdzieś uciec. W pełnych symboli halucynacjach i chorobliwych snach, spotyka starą wiejską kobietę, która posyła go po radę do "bardzo modrego cadyka". Perypetie z kobietą, jej kurą i kapitalna rozmowa z cadykiem, zmieniają bohatera. Zrozumiał, że szef go nienawidził, bo dostrzegł w nim te wartości, które sam chciałby posiadać. Zaczął nawet temu szefowi współczuć. I wtedy Alter Ego, znów w postaci Sancho Pansy, odradziło bohaterowi dalszą ucieczkę: "Stój, zatrzymaj się i tak nie odejdziesz dalej, niż pozwala ci ta nitka, ten sznureczek wiążący ciebie z nimi (...). Panie mój nie zrywaj tej łączności, tej więzi, dopóki ona istnieje, choć tak cienka jak włos Dulcynei, świat może jako taka istnieć i funkcjonować - nie całkiem zababrany, on się trzyma na tym włosie". Bohater powraca do dawnego życia, czując, że jest potrzebny szefowi "jako świadectwo istnienia wyższych wartości, jako sumienie". Ponieważ jednak, jak mówi cadyk, "za każdym z nas musi ktoś stać", więc łączy się ze spotkanym, podobnym do siebie człowiekiem i razem idą szukać trzeciego, "takiego nieskazitelnego gieroja".
      Oby znalazło się ich więcej, nie tylko w literaturze, co w życiu.

 W nawiasach podano aktualne nazwy ulic (przyp. W.M.)

O Karczewskiej, Kaliszu i świecie uczciwym, "Ziemia Kaliska" R.XXVI,1982, nr 18 (1020), s.9;