NIE TYLKO W SPRAWIE KONOPNICKIEJ

      Ukazała się niedawno mała książeczka, napisana przez Halinę Sławińską i zatytułowana Konopnicka w Bronowie i Gusinie, a wydana przez "Sport i Turystykę". Autorka omawia w tej publikacji, związki poetki z "ziemią łódzką". Nie podaje jednak co tą nazwą określa, jak to się w podobnych przypadkach robi. Rozumiem jej wstrzemięźliwość, gdyż ani ze względu na tradycję historyczną, ani z uwagi na czasy w których żyła Konopnicka, a Łódź była tylko rozwijającym się ośrodkiem przemysłowym, położonym w guberni piotrkowskiej, użycie tego terminu i to w odniesieniu do umieszczonego w tytule Bronowa i Gusina, nie da się wyjaśnić,
      Książeczka zawiera szereg wiadomości, o związkach Konopnickiej z rożnymi miejscowościami, między innymi także z Kaliszem, Nieborowem, Łowiczem i opiera się w większości na opracowaniach, wydanych poprzednio dzięki pomocy, lub inicjatywie Towarzystwa im. Marii Konopnickiej. Ponieważ od dawna są już one trudne do zdobycia, więc takie powtórzenie można usprawiedliwić, tym bardziej, że autorka dodaje szereg informacji turystycznych. Nie można jednak pozostawić bez odpowiedzi, zawartych w tekście błędów i przynajmniej do niektórych z nich, pragnę się ustosunkować.
      Zacznijmy od pochodzenia Marii Wasiłowskiej, dla której - zdaniem Sławińskiej - ślub z Jarosławem Konopnickim "to awans społeczny", gdyż dzięki niemu córka urzędnika "wchodziła do sfery ziemiańskiej". Czy istotnie dopiero "wchodziła". W znanym liście autobiograficznym do Antoniego Wodzińskiego, Maria Konopnicka pisze w 1902 r.: "Ród matki mojej i ojca mego jest ziemiański i przeważnie dotychczas trzyma się roli". Następnie wylicza Siecień, Nieszczyce, Żytów itd., jako majątki Turskich, a o rodzinie Wasiłowskich stwierdza, że "z dawna osiadła nad Bugiem" i tam dziadowie poetki mieli wieś Rynek, a iż dzieci było dużo, dzierżawili też Rzyśnik, Gwizdały i inne ziemie z dóbr Zamoyskich. "Córki powychodziły za ziemian, aż dwu synów, obaj otrzymali wykształcenie prawnicze". W świetle tej wypowiedzi, którą Sławińska chyba zna, gdyż cytuje inne fragmenty omawianego listu, sądzę, że można by co najwyżej powiedzieć, że Konopnicka do klasy ziemiańskiej wróciła.
      Warto też dodać, że na terenie Kalisza prawnicy, szczególnie tej rangi co Józef Wasiłowski - patron trybunału, stanowili wraz z przyjeżdżającymi na dłużej do miasta obywatelami ziemskimi, jeden krąg społeczno-towarzyski, tak że małżeństwa Marii i jej sióstr z ziemianinami nie było czymś niezwykłym. Jeśli zaś dla niektórych butnych sąsiadów Bronowa, żona Jarosława "nie była szlachcianką tylko córką urzędniczyny z Kalisza", to tym gorzej dla nich, najgorzej zaś dla samej autorki broszury, która ten punkt widzenia przyjęła za swój, rozwodząc się dalej nad starożytnością rodu Konopnickich, pieczętujących się Jastrzębcem i wywodzących się z XV wieku. Szkoda, że badając dokładnie rodowód męża poetki, nie zbadała rodowodu jej samej. Może trafiłaby wtedy na to, że matka panny Wasiłowskiej, była z tych Turskich, którzy pieczętowali się Gryfem i których przodkiem był kustosz krakowski Wojciech Turski, wspomniany w kronikach już w 1270r. Nie wiem czy tak było, ale mogło być.
      Wszystkie te rozważania, nie wydają mi się istotne i tylko dla żartu przytaczam jeszcze fragment z herbarza Niesieckiego: "To się zda być pewne, że pierwszych monarchów polskich krew po dziś dzień płynie w tych, co się Gryfem pieczętuje".
      Wracając do spraw poważnych trzeba zaznaczyć, że i Maria i Jarosław Konopniccy pochodzili z tej samej sfery ziemiańskiej, ale ich środowiska rodzinne były różne. Środowisko, z którego pochodziła poetka, to pracowita i postępowa inteligencja ziemiańska. Mimo trudnych warunków utrzymują się na roli, ale cenią też naukę. Konopniccy to odłam owej butnej rozbawionej szlachty, która zdobyła sobie miano "hordy uniejowskiej", nie dbała o jutro, nie ceniła nauki (dwa pokolenia bronowskich pań domu, które używały cennych książek za "zapas bibuły", lub podstawki "do skrzyń kalekich"; powtórzone przez Sławińską słowa Jarosława, który namawiany do kształcenia dzieci odpowiadał: "Chłopskie dzieci się nie uczci i żyje to i moje żyć będą".
      Chcąc jak najbardziej podkreślić korzyści płynące z wejścia panny Wasiłowskiej do rodziny Konopnickich, autorka omawianej publikacji pisze, że młoda żona "oczarowana" była bogactwem męża. Jakoś mi to "oczarowanie" nie odpowiada. Na czym ten sąd oparty? I to jeszcze podany jako pewnik, gdyż Halina Sławińska żadnych "domniemań", żadnych roboczych hipotez nie lubi. Stwierdza autorytatywnie. A tu w zachowanym liście, pisanym krótko po ślubie, mamy wiele zachwytów Konopnickiej, nad walorami nowej egzystencji, nad tym jak miłe jest sąsiedztwo poznane w czasie poślubnych wizyt, ale ani słowa o bogactwie.
       W innych wypowiedziach znajdziemy zaś wyraźne narzekanie na biedę i wiadomości, że Bronów sprzedano, by uniknąć ostatecznej ruiny, Można by sądzić, że zły stan majątkowy był wynikiem jakichś popowstaniowych represji, ale nie. Gdyby tak było, Jarosław nie otrzymałby prawa opieki nad majątkami nieletnich dzieci, których ojcowie zginęli lub byli uwięzieni, w związku z udziałem w powstaniu. A miał ich ponad trzydzieści.
      Ruina majątkowa zaczęła się dużo wcześniej. Sławińska zresztą tego nie ukrywa, pisząc nie tylko o długach Jarosława, ale i Wawrzyńca, jego ojca. Sądzę jednak, że nie ukrywano tego przed Marią, jaki był stan majątkowy jej narzeczonego, gdyż wiele spraw z tym związanych, rozgrywało się w Kaliskim Trybunale, w którym pracował Józef Wasiłowski. Może więc warto przyjrzeć się bliżej, historii jednego z takich długów, by lepiej zrozumieć późniejsze narzekania poetki, na ciągłe "subhasty i zajęcia", by zrozumieć, że opuszczając majątek męża, nie rzuciła "spokojnego bytowania w sielankowej scenerii wioski", jak dowiadujemy się ze wstępu do omawianej publikacji, który znów nie bardzo jest w zgodzie z dalszymi wypowiedziami autorki.
      Mam przed sobą zespół akt, z prywatnego archiwum potomków Apolonii z Lisieckich, Kosińskiej. Na większości z nich są adnotacje, że wpisano je też do akt wieczystych Gronowa. Dowiadujemy się z tych dokumentów, że Apolonia Lisiecka 15127 czerwca 1843 r. pożyczyła "Wawrzyńcowi Konopnickiemu, posiadaczowi dóbr Bronów i jego żonie, 1320 rubli monetą srebrną", a on zobowiązał się także w srebrze oddać je w roku następnym. Nie oddał, wobec czego Lisiecka, która w międzyczasie została już panią Kosińską, dopominała się zwrotu i w roku 1847 zagrożono Konopnickiemu egzekucję. Nie pomogło. Aktem z 17129 stycznia 1848 r., komornik Trybunału Cywilnego w Kaliszu, dokonał zajęcia szeregu nieruchomości należących do dłużnika. Mimo, że teksty dokumentów brzmią bardzo groźnie - zaczynają się od słów: "My Mikołaj Pierwszy", a kończą zapewnieniem w razie potrzeby pomocy wojskowej - Apolonia Kosińska należności swej nie otrzymała i sprawa ciągnęła się dalej. Rosły procenty, ponawiały się obietnice. Wreszcie w 1855 roku przeciw "panu na Bronowie", wystąpili dwaj kupcy kaliscy - Wolf Frenkel i Benjamin Weinsztok. Wtedy to zarządzono przymusową dzierżawę dóbr Bronów z przyległościami, której termin miał się skończyć w roku 1858, więc na 4 lata przed małżeństwem Jarosława. Może w ciągu tych lat Konopniccy nieco poprawili swój stan majątkowy, ale wiemy, jak było dalej i trudno sobie wyobrazić, by bronowskie bogactwo mogło kogo "oczarować".
      Apolonia Kosińska miała jednak szczęście. Choć po kilkunastu latach, odzyskała wraz z procentami, swoje na rok pożyczone pieniądze. Wierzyciele Jarosława, zostawiali niekiedy jego nie wykupione rewersy, na pamiątkę swoim wnukom.
      A jak z owym małym domkiem, w którym mieszkali nowożeńcy i który zdaniem Haliny Sławińskiej, stanowił rażący kontrast "z duszącą atmosferą oficyny w kaliskiej kamienicy", jak nazywa ona połączony wtedy z ogrodami Pałac Puławskich. Na str.l4 oraz 19 i 20, mamy opis owej siedziby Konopnickich, w którym zaznaczono, że dom pokryty słomianą strzechą, bardziej przypominał chłopską chałupę niż dwór. Dowiadujemy się też, że wszystkiego było 5 pokoi. Jeden zajmował stary pan Wawrzyniec, drugi był salonikiem, trzeci jadalnią, a w pozostałych dwóch mieszkał Jarosław z żoną (w 1868 r. także z pięciorgiem dzieci). A przecież gdzieś jeszcze gnieździło się młodsze rodzeństwo Jarosława.
      Choć w pierwszym liście po ślubie, pisanym do kuzynek i przyjaciółek, Konopnicka z sympatią mówi o owym domku, który "wyświeżony jak uróżowana babinka zachowywał wszystkie cechy swoich omal nie Matuzalowych latek, począwszy od pochyłej postawy i niskich sufitów belkowych" , to jednak trudno nam uwierzyć, że "gdy minęło upojenie pierwszych miesięcy miłości i przyszły na świat dzieci", był dla niej, ostoją i źródłem radości. A to właśnie starała się nam wmówić autorka broszurki, która też dodaje do domku ganek, gdyż tak bywało w dworkach oraz próbuje go częściowo meblować, umieszczając tam rogi jelenie i obrazy Czarnieckiego, Kochanowskiego, Sobieskiego, a nawet ks. Kordeckiego, "co to lubił kaszę jadać ze Szwedami". Tak bowiem pisała Konopnicka w wierszach dla dzieci, które mogą być oparte na czystej fantazji, a czego Sławińska nie dostrzega. Ze zdziwieniem też patrzymy na fotografię rozległego, prawie piętrowego domu, ukazanego w omawianej publikacji, jako "Dworek w Bronowie", bez zaznaczenia, że jest to fotografia o 100 lat późniejsza i że - jak w innym miejscu pisze autorka - dawny dworek tak zburzono, że nawet nie można dokładnie ustalić miejsca, na którym stał. Pałacu Puławskich nie zburzono, choć nie ma już oficyny, prawdopodobnie zresztą nie związanej z mieszkaniem Wasiłowskich (jak kiedyś przypuszczałam). Można się zorientować w jego wnętrzu, zwiedzając umieszczoną tam Izbę Muzealną Konopnickiej i samemu porównać z bronowskim dworkiem.
      Z omawianej broszury dowiadujemy się też, ile to utworów Konopnickiej wiąże się z Bronowem i Gusinem. Niekiedy jest to słuszne, ale w wielu wypadkach jesteśmy zaskoczeni. Oto przykład. W debiutanckim wierszu umieszczonym w "Kaliszaninie", dopatrzyła się Sławińska obrazu zimowego ogrodu w Bronowie: "gdy oświetlany słońcem zamienia się w czarodziejską krainę bieli kwiatów, kielichów lilii, stokroci i narcyzów mieniących się blaskiem drogich kamieni". Ponieważ owego wiersza W zimowy poranek prawie nikt nie zna, czytelnik łatwo może uwierzyć, że w Bronowie, niby w magnackiej rezydencji, był ogród zimowy. Tymczasem wiersz przedstawia kwiaty mrozu na szybie. A szyby w Bronowie zamarzały chyba tak samo jak i w innych miejscowościach.
      W ogóle zaś interpretacja wierszy, listów, czy innych tekstów, lub spraw związanych z Kaliszem, jest w publikacji Sławińskiej wprost szokująca. Na str. 7 czytamy: "Nie mamy również dokumentu, aby ponurą kaliska atmosferę przedstawioną w wierszu "Memu miastu" i w liście do A. Wodzińskiego rozweselić i rozjaśnić, stąd musimy się opierać na tym co jest, nie gubiąc się w domysłach". Ano dobrze, wykorzystajmy więc tylko te dokumenty, które (w innym celu) podaje autorka broszury.
Na str. 9 wspomina Sławińska list Marii Wasiłowskiej z okresu pobytu w Kaliszu, pisany do kuzynki Kuligowskiej i widzi w nim "figlarne trzpiotostwo i kryptonimy, panieńskich sekretów". Bardzo słusznie, ale te sekrety i kryptonimy świadczą, że przyszła poetka przebywała wtedy w dobrze znanym sobie kółku młodych dziewcząt i chłopców, a choć ojciec ograniczał pewnie częstotliwość podobnych wizyt, nie mogły one być czymś wyjątkowym.
      A oto drugi dokument. Na str. 48 i 49 Sławińska omawiając list Konopnickiej, pisany w Bronowie w 1868 r. stwierdza, że jego autorka wraca w nim myślą do starych wrażeń i uczuć, "by pocieszyć się wspomnieniami z czasów młodości spędzonej w otoczeniu sióstr, gdy była jeszcze regularnym podlotkiem". Dalej zaś cytuje za Konopnicką, że szczęśliwy człowiek, który ma taką "kryjówkę duszy", "ołtarz pamiątek". Zapomniała widocznie, że list odnosi się do tych 'ponurych" lat kaliskich.
      A wiersz Memu miastu? Niewątpliwie są w nim zawarte wspomnienia sieroctwa, są łzy i "piołuny", ale są też "miody i kołacze". Smutna atmosfera, ponure metafory, odnoszą się przeważnie do spraw ogólnych i to nie tylko tych związanych z kaliskim okresem życia, ale aktualnych i w owym 1897 r., gdy autorka pisze wiersz, zwraca się do miasta z takim wyznaniem:

Obesłałabym cię różą, 
Białą różą i liliją,
Ale stoję tu pod burzą 
Ale wokół wichry wyją.

      Dalej zaś stwierdza, że na próżno ona i miasto "czekają słońca" wolności. Przede wszystkim zaś w głównej swej osnowie, omawiany wiersz jest wyrazem ogromnej miłości do Kalisza, połączonej z marzeniem o powrocie doń, choćby na krótko przed śmiercią. W stosunku do żadnej innej miejscowości, nie znajdziemy takich wypowiedzi poetki:

Bodaj my się z sobą byli 
Nie żegnali na rozstaju,
Ptak, co puści się w złej chwili, 
Nie powraca już z wyraju.
Jednak kiedyś może przecie 
Przełamię się z tobą chlebem,
Może usnę tak jak dziecię
Na twej ziemi pod twym niebem.

      Tę zasadniczą cechę wiersza - miłość do Kalisza, Sławińska w ogóle pomija. Czytając jej publikację, wielokrotnie odnosimy wrażenie, że autorka chce jak najbardziej pomniejszyć rolę tego miasta i niemal unicestwić jego związek z pisarką. Nie sposób tu omówić wszystkie tego przykłady. Zwróćmy uwagę na najważniejsze.
      A więc przede wszystkim: "przestawienie" granic administracyjnych. Sławińska uważa, że Bronów, Gusin, znalazły się na samej granicy guberni kaliskiej i to dopiero po roku 1866. W dodatku sugeruje, że utworzenie wtedy "rozległej guberni" mogło być "formą nagrody" za to, że "szlachta kaliska przeszła" w czasie powstania "do współpracy z zaborcą". Wystarczy sięgnąć do map, lub źródeł historycznych, czy nawet przeczytać dokładnie nagłówki akt, by przekonać się, że w czasie gdy Konopnicka wyjeżdżała po ślubie do Bronowa, leżał on w granicach powiatu kaliskiego, gdyż w okresie 1844-1866 gubernia kaliska, która też te ziemie poprzednio obejmowała, nie istniała. Władze powstańcze, tworząc nowy podział administracyjny, oparły granice województwa kaliskiego, o dolny bieg Neru i Pilicę, nawiązując do podziału z czasów Księstwa Warszawskiego, więc znów obejmowały one Bronów i Gusin. Po roku 1866, restytuowano gubernię kaliską w granicach mniejszych (więc nie w nagrodę ) niż te z r. 1844. Objęto jednak nimi powiat łęczycki, tak że Bronów i Gusin znalazły się w głębi tego regionu, a nie blisko jego granicy.
      Nie jestem historykiem i nie chcę zajmować się ową sprawą "ugody z zaborcą" w czasie powstania, pragnę jednak zaznaczyć, że mieszkańcy okolic Bronowa i Gusina to także owa oskarżana przez autorkę "szlachta kaliska". Interesują mnie przede wszystkim te wypowiedzi Sławińskiej, w których twierdzi ona, że "wpływy Kalisza do Bronowa nie sięgały", bo to za daleko (aż 74 km.) i że Konopnicka mieszkając tam, nie mogła odwiedzić miasta.
      Omawiając łącznie te zarzuty trzeba podkreślić, że w tej części Polski, Kalisz był wybitnym ośrodkiem kultury, przemysłu, handlu i to od wieków, że z dalekich okolic zjeżdżała tu szlachta na słynne "jarmarki na wełnę" czy inne okazje, połączone z zabawami i uroczystościami. Dużą rolę kulturalną odgrywała Resursa Obywatelska, a także teatr. Wpływy Kalisza rozprzestrzeniał "Kaliszanin, gazeta miasta Kalisza i okolic". Przy czym termin "okolica" określał teren guberni, dla którego pismo było przede wszystkim przeznaczone. Podobnie traktuje ten teren, jako jednostkę wyodrębniającą się spośród innych ziem Królestwa, Jan Jeleński w broszurze "Kalisz i jego okolice", wydanej w roku 1875. O związkach z Kaliszem, o potrzebie kontaktu z miastem, świadczą liczne korespondencje z okolic Turku, Uniejowa, Łęczycy , drukowane w "Kaliszaninie".
      Sławińska pisze wielokrotnie o tym, że Konopnicka swymi zainteresowaniami i poziomem intelektualnym bardzo różniła się od innych dziedziczek z okolic Bronowa, podkreśla też wagę tych lat w życiu poetki. Nie chce jednak dostrzec, że był to w dużej mierze rezultat lat poprzednich, w których przyszłą panią z Bronowa i Gusina, ukształtowało środowisko kaliskie. Rok pobytu na pensji w Warszawie, po którym wróciła do Kalisza, mógł tylko pogłębić zamiłowania i wiedzę wyniesione z lat poprzednich.
A sprawa późniejszego samokształcenia w Bronowie? Nie wystarczyły do tego książki, od dziesiątków lat złożone na strychu. W tym samym liście do Orzeszkowej, na którym opiera się Sławińska, Konopnicka pisze o przełomowej roli, jaką w jej lekturze z czasów Bronowa, odegrał współczesny ekonomista i socjolog - Józef Supiński. Skąd wzięła jego książkę? Skąd czerpała materiał do swego dokształcania?
      Wiemy, że prenumerowała "Kaliszanina". Pismo to obok wielu przeróżnych wiadomości, omawiało nowości literackie, zawierało szereg rozpraw naukowych i popularyzatorskich, propagując w nich między innymi zainteresowanie folklorem wiejskim, Reklamowało również księgarnie i wygodnie urządzone czytelnie, gdzie można było przejrzeć książki i czasopisma. Pośredniczyło w ich zamawianiu i prenumeracie. Chyba warto o tym pamiętać, podobnie jak i o debiucie w "Kaliszaninie", o którym poetka wspomniała w listach do Orzeszkowej i do Wodzińskiego, a więc nie lekceważyła owej "lichoty" tak bardzo, jak sądzi Sławińska. Nie istotna jest tu zresztą, mniejsza czy większa wartość artystyczna wiersza, ale sam fakt wydrukowania go -zachęta do uprawiania poezji, której nie mogło jej dać środowisko Bronowa, a zapewne i ojciec, który własnych prac literackich nigdy nie dawał do druku:
      Do tych ogólnych rozważań dodajmy jeszcze, że Konopnicka była przez całe życie osobą bardzo ruchliwą, że do 1866 r., w Kaliszu mieszkał jeszcze jej ojciec i siostry, a później oboje właściciele Bronowa utrzymywali bliskie stosunki przyjacielskie z rodziną Rajmunda Masłowskiego - także obrońcy trybunału i przedstawiciela kaliskiej elity kulturalnej. Wreszcie zwróćmy także uwagę, że w owych czasach istniały piastunki a nawet mamki, więc choć dzieci utrudniały często wyjazdy do Kalisza, to jednak nie uniemożliwiały ich, tym bardziej, że Jarosław miał w tym mieście stale jakieś sprawy sądowe, więc okazji nie brakowało.
      Myślę, że te wszystkie rozważania dostatecznie zorientują czytelnika, czy Sławińska ma rację, oddzielając tak bardzo Kalisz od Bronowa, a Konopnicką od Kalisza, czy też w imię jakichś dziwnych celów, wyrzeka się obiektywizmu i prawdy. Jeśli tak, to popełnia największy grzech, jakiego się może dopuścić ktoś, kto choćby w minimalnym stopniu kieruje się pasją badawczą, do której rozbudzenia autorka publikacji tak bardzo zachęca.

*  *  *

      I jeszcze jedna uwaga na zakończenie, jako że artykuł ma być nie tylko w sprawie Konopnickiej, nie tylko w sprawie Kalisza. Jest to apel do firm wydawniczych, by w każdym przypadku, nim się książka ukaże, recenzenci ich, lepiej spełniali swe obowiązki i nie dopuszczali do druku rażących błędów.

Nie tylko w sprawie Konopnickiej, "Południowa Wielkopolska" R. XX, 1981, nr 7 (225), s.2 i 6-7;