KALISKIE WSPOMNIENIA O NATALII

Pani Bożenie Szal zamiast wywiadu.

      Pamiętam Natę Awałow, późniejszą Natalię Gałczyńską. Oczywiście wiem, że urodziła się w Kaliszu, ale z tego okresu nie mogę mieć żadnych wspomnień. Moja bliższa znajomość z Natą, zaczęła się gdzieś na pięć, sześć lat przed maturą, gdy obie byłyśmy uczennicami Gimnazjum im. Anny Jagiellonki.
      Nie, nie byłyśmy rówieśnicami, ale należałyśmy do sześcioosobowej grupy przyjaciółek, z których cztery były w tej samej klasie, jedna o klasę wyżej i jedna o klasę niżej, od owej podstawowej czwórki. Tą ostatnią była właśnie Nata.
      Co nas łączyło? Wszystkie bez trudu osiągałyśmy dobre oceny z przedmiotów nauczania, równie bez trudu - gorsze ze sprawowania. Miałyśmy masę wolnego czasu i jakiś wielki niedosyt życia, przy czym mało interesowali nas chłopcy, szczególnie ci realni, chodzący po kaliskich ulicach. Wszystkie uciekałyśmy marzeniami w inny, nieraz egzotyczny świat, a obok wielu poważnych i zasadniczych rozmów, jakie ze sobą prowadziłyśmy, były i takie, w których udawałyśmy, że już za kilka dni wyjeżdżamy do Szanghaju, Paryża czy gdzie indziej. Obmyślałyśmy wtedy trasy podróży, przy pomocy szkolnych atlasów, rozprawiałyśmy o zdobyciu pieniędzy i dokumentów. Realizacją tych marzeń była jedna wspólna wycieczka w Góry Świętokrzyskie, w tajemnicy przed rodzicami, w której Nata też brała udział.
      Na naszych, ściśle zamkniętych zebraniach, odgrywałyśmy scenki z powieści, mitologii i własnej fantazji, których treść trzeba było kolejno odgadywać. Wymagało to wszystko wiele zachodu i pamiętam, że Nata stale wędrowała z pięknie haftowaną, wielką gruzińską serwetą, która zależnie od potrzeb, była rekwizytem lub kostiumem.
      Redagowałyśmy też własne, bardzo literackie i bardzo poetyckie pismo, które tylko dlatego przepadło w mrokach niepamięci, że każda z nas chciała pisać nowele, powieści, wiersze, żadna jednak nie chciała ich przepisywać. Nawet uroczyste przyrzeczenie, złożone nad brzegiem wodospadu w kaliskim parku, niewiele pomogło, a unikatowe numery, ginęły szybko i bezpowrotnie.
      Zresztą wielu z nas, przede wszystkim hołdowały twórczości malarskiej i próby literackie traktowały jako produkt uboczny, dwie inne za to, pochłonęło głównie pisarstwo.
       Nata należała do tej drugiej grupy. Pamiętam jak w wielkim pokoju (ul. Kościuszki 5), w którym przebywała także jej matka, ciotka, lub starszy brat (student Politechniki Warszawskiej o niezwykłych zdolnościach), wtulona w kącik starej kanapy i oddzielona jej oparciem od świata, z zapartym tchem, słuchałam tworzonych przez Natę powieści. Była w nich daleka Gruzja, z której pochodził jej ojciec, (oddzielony od rodziny przez zawieruchę wojenną), góry, przepaści i wspaniali jeźdźcy, przypominający tego ojca świetnego kawalerzystę, ale ukazani w wieku bardzo młodzieńczym. Były też porwane piękne dziewczyny o czarnych oczach, dużych zmysłowych ustach, jakie miała Nata i bardzo białej cerze, tak różnej od jej smagłej urody. Upajające przygody, kończyły się nagłym przeniesieniem bohaterów, do bardzo cywilizowanego świata i wtedy Nata mówiła na przykład: - Teraz będzie scena na balu, ale muszę wpierw przeczytać odpowiedni fragment "Lalki" Prusa.
      Takie wyznania wzmagały mój podziw. Nie tylko pisze powieści, ale robi do nich studia. Cóż wobec tego znaczyły moje wiersze, przy układaniu których, można było się tylko zastanawiać, nad wyborem rymujących się wyrazów.
      Mizernym triumfem mogło być najwyżej to, że mnie przydarzyło się grać Szarmantskiego, w szkolnym przedstawieniu "Powrotu posła" Niemcewicza, a Nata otrzymała wtedy epizodyczną rolę służącego mi Kozaka. Pamiętam ją jednak z innego szkolnego wieczoru artystycznego, gdy jako śliczna Cyganka, wróżyła zebranym gościom ciekawą przyszłość, o której sama marzyła. O wyższości nie było więc mowy. Zresztą w naszej sześciosobowej grupie, panowała harmonia i poczucie prawdziwej demokratycznej równości, gdyż raz ta, raz inna miała szczęśliwe dni, lub niezwykłe pomysły, razem później realizowane.
      Nata odróżniała się jednak od nas tym, że bardziej męczył ją surowy rygor szkolny (wręcz niezrozumiały w dzisiejszych czasach) i monotonny rytm życia niewielkiego miasta. Coraz bardziej uciekała w krainę fantazji, podczas gdy my poważniałyśmy i trzeźwiej myślały o przyszłości i czekających studiach.
      Należałam do dwu pierwszych, które dla dalszej nauki opuściły Kalisz i pojechałam do Poznania. Nata - chyba rok później - do Warszawy. Na jakimś zebraniu literackim, zobaczył ją Gałczyński. Popatrzył i poprosił: - Niech pani wstanie. Nata spełniła życzenie. Konstanty zmierzył ją wzrokiem od stóp do głowy i tak zaczęła się jego wielka miłość od pierwszego wejrzenia i szereg wierszy poświęconych jego przyszłej żonie.
      Gdy Nata przyjeżdżała do Kalisza, zjawiał się i tam Gałczyński. Pamiętam wspólne spacery nad rzeką i w lesie winiarskim, gdzie Konstanty wręcz oczarował nas, opowiadaniem o małym złocistym chłopczyku, który właśnie przebiegł wśród drzew, a którego widziały tylko jego poetyckie oczy. Pamiętam, jak ślicznie śpiewał dla Naty angielskie piosenki, jak podobała mu się ulica Garncarska, na której mieszkałam i jak nazwał ją ulicą "szarlatanów".
      Była to całkiem inna ulica niż dziś, znacznie bardziej kręta i stroma {bez poszerzonej i wyrównanej jezdni), z wysypującymi się z ogródków przed każdym domem, strugami kwiatów, z drzewkami migdałowymi i akacją, która w porze kwitnienia, otulała cały nasz balkon oszałamiającym zapachem. A jednocześnie była to ulica dziwna, groźna, wygięta, biegnąca w górę i w dół, poszarpaną, nierówną linią domów, w mdłym świetle latarni czy gwiazd. Odwiedziny na Garncarskiej, były już jednak po ślubie Naty, pięknym ślubie w warszawskiej cerkwi, którego niestety nie widziałam.
      Potem snują się jeszcze inne wspomnienia. Nata przyjechała do matki z mężem i maleńką Kirą. Było to w czasie wakacji. Oczywiście pobiegłam zobaczyć dziecko. Wkrótce po mnie przyszły dwie panie - znajome pani Awałow. Były od niej dużo starsze, ubrane staromodnie, w długie czarne suknie i kapelusiki podwiązane woalką. Doprawdy wyglądały, jakby zeszły z kart baśni o złych wróżkach. Konstanty nachmurzył się i mruknął: - Zauroczy dziecko, nie pokazuj go, nie jestem twoim mężem, tylko stolarzem.
       Pośpiesznie zaczął oglądać krzesła, jak gdyby miał je naprawiać. Biedna porzucona żona, wiła się w rozpaczy, nie wiedząc co robić. Po chwili Konstanty dojrzał jej błagalne spojrzenie i miłosiernie uśmiechnął się. Nata okazała wtedy cały swój kunszt aktorski. Pobiegła do obu pań, przepraszając: - Boże co ja robię, tak się zajęłam dzieckiem, że zapomniałam męża przedstawić.
      Dalej już wszystko było normalnie.
      A potem utkwiło mi w pamięci, jeszcze jedno ważne spotkanie. Ostatnie momenty okupacji. Nata po powstaniu przyjechała do Kalisza. Zatrzymała się u znajomej, w tym samym domu w którym kiedyś mieszkała. Przyszła do mnie, na dzisiejszą ulicę 23 Stycznia, do maleńkiego pokoiku na mansardzie, zwanego "kajutą płynącą ku lepszej przyszłości". Przyniosła z sobą Pieśń o żołnierzach Westerplatte i Sen żołnierza. Czytała i opowiadała, jak znalazła te wiersze w walizce z rzeczami męża, którą po kampanii wrześniowej, przyniósł jej jego kolega z wiadomością, że Konstanty dostał się do niewoli i prawdopodobnie jest ranny.
      Mówiła też, o jego listach z obozu jenieckiego, które później dostawała i o tym jednym, w którym pisząc o myciu przez siebie podłogi westchnął: żeby to choć była podłoga w bibliotece. Później znów czytała napisany na urzędowym niemieckim formularzu list - wiersz zaczynający się od słów: Kochanie moje Kochanie, dobranoc, już jesteś senna... i ten o srebrnej akacji, który szczególnie utkwił jej w pamięci.
      Krótko po wyzwoleniu, Nata wyjechała do Krakowa, potem przenieśli się z mężem do Szczecina, wreszcie wrócili do Warszawy. Odwiedzałam ich i od czasu do czasu dostawałam od Naty listy i zapewnienia, że wybierze się do Kalisza.
      Niestety była tylko raz, przez jeden dzień i wtedy jej nie widziałam.

Kaliskie wspomnienia o Natalii, "Ziemia Kaliska" R. XXIV, 1980, nr 32 (932), s.5;