ASNYK ZNANY I MNIEJ ZNANY

      Tedy kilka dni temu, w książce będącej własnością jednej z tutejszych bibliotek natrafiłam na zdanie rozpoczynające się od słów "Asnyk krakowianin", uderzyło mnie, że wyrazy te były dość grubo podkreślone ołówkiem, a obok czernił się na marginesie znak zapytania i wykrzyknik.
      Jakkolwiek z dalszego tekstu wynikało, że użycie określenia: krakowianin, było w tym wypadku zupełnie usprawiedliwione, to jednak jakiś czytelnik nie mógł się z nim widocznie pogodzić i "święte oburzenie" kazało mu zapewne założyć protest, przeciw odbieraniu nam "naszego poety" i podkreślić swoje veto, na szczęście tylko ołówkiem.
      Ten drobny zresztą fakt, wydał mi się dość znamienny i nasunął myśl, by rozpocząć dzisiejsze rozważanie, od zastanowienia się nad naszymi prawami do Adama Asnyka i rozstrzygnięcie sporu: Kalisz - Kraków.
      Asnyk - jak wiemy - urodził się w Kaliszu, 11 września 1838 r. Przebywał jednak w naszym mieście tylko do roku 1856, kiedy to rozpoczął studia rolnicze w Marymoncie. Późniejsze przyjazdy poety do Kalisza, miały już tylko dorywczy charakter.
      Wprawdzie bowiem Asnyk wraca do Kalisza w roku 1857, po przerwaniu studiów rolniczych, ale jeszcze w tym samym roku wyjeżdża do Warszawy, do Akademii Medyko-Chirurgicznej, potem przenosi się do Wrocławia. Następny krótki pobyt w kraju, w 1860 r. w czasie którego poeta jest przez 5 tygodni więźniem cytadeli warszawskiej, zostaje znów przerwany wyjazdem za granicę, spowodowanym obawą ponownego aresztowania, a późniejszy przyjazd do kraju w końcu 1862 roku, łączy się z udziałem w powstaniu, po upadku którego poeta ma drogę do Królestwa zamkniętą.
      W sumie spędził więc Asnyk w Kaliszu niewiele więcej niż lat 18. A dalszy ciąg życia? Przyjrzyjmy mu się w telegraficznym skrócie i zanotujmy miejsca pobytu poety.
      Po upadku powstania, Asnyk zupełnie złamany, włóczy się zrazu po Europie, by wreszcie uzyskać pewien spokój. A więc: Niemcy, Holandia, potem Włochy, dorywczo Szwajcaria, później Heidelberg (dokończenie rozpoczętych w tym mieście w 1861 r. studiów), Paryż i powrót do kraju. Dwa i pół roku pobytu we Lwowie i od 1870 r. aż do śmierci, która nastąpiła 2 sierpnia 1897 roku - Kraków. Kraków, z którego poeta wprawdzie wyjeżdża jeszcze do Włoch, Francji, na Sycylię czy na Cejlon, lub tylko do Zakopanego czy Szczawnicy, ale Kraków, do którego po tych parotygodniowych, lub paromiesięcznych podróżach (zwykle dla zdrowia podejmowanych) zawsze wraca, by osiąść we własnym domku z ogródkiem, do którego też sprowadza matkę, ojca, żonę. Kraków w którego życiu Asnyk bierze bardzo czynny udział. Uświetnia swymi przemówieniami i wierszami, słynne krakowskie pogrzeby i inne uroczystości, wygłasza odczyty, jest prezesem, vice-prezesem, często założycielem, całego szeregu organizacji, jak Towarzystwo Zaliczkowe, Towarzystwo Oświaty Ludowej, Koło Literacko-Artystyczne i inne. Jest wydawcą, a właściwie redaktorem "Reformy", a później "Nowej Reformy", posłem na sejm, a nawet sędzią przysięgłym.
      27 lat życia, większość utworów, praca społeczna - bilans Krakowa bardzo poważny. Okres podróży po powstaniu - też ważny.
      A cóż temu wszystkiemu może przeciwstawić Kalisz?
      Dzieciństwo, pierwsze lata młodości, szkołę, prywatne lekcje łaciny i obcych języków nowożytnych, aplikanturę w sądzie (gdyż praktyczny ojciec nie chce, by syn, który po otrzymaniu matury w 18 roku życia do studiów jeszcze za młody, próżno marnował czas). No i wreszcie, pierwsza zawiedziona miłość do Walerii Nawrockiej i pierwsze również "zawiedzione" wiersze, gdyż Asnyk nie będzie się później do nich przyznawał.
      Pozornie mało, ale w buchalterii poety - bardzo wiele.
      Właśnie te lata dzieciństwa i pierwszej młodości są latami spokoju, latami atmosfery rodzinnej, której Asnykowi zawsze później brakowało, latami, z których poeta na całą resztę życia nabrał niejako miłości i ciepła.
       Okres spędzony w Kaliszu to lata, które poeta rzewnie wspominać będzie w wierszach: Echo kołyski, Za moich młodych lat, Rodzinnemu miastu. 
       Rodzinnemu miastu... Chyba każdy z nas pamięta, wzruszający ton tego wiersza?
       "Pasma zielonych wybrzeży", "łagodne koryto Prosny", nad wodami której poeta "dumał, wsparty na poręczy", "dzwonek farnej wieży", "mury szkolne" (dziś ozdobione tablicą ku jego czci), "kasztanowe aleje" i "stary park" - to obrazy wśród których obracamy się codziennie. Czytając o nich widzimy, jak bliskie były poecie, jak żywe zostały w jego wyobraźni. Czujemy, że odpowiadała mu atmosfera tradycji, przyjaźni, cnót rodzinnych, których ucieleśnienie widział w Kaliszu.

Słyszymy prawdę w jego słowach:
Ach, z tem ogniskiem dusza moja zrosła 
I brała z niego macierzyńskie ciepło 
Zanim daleka fala mnie uniosła
Na brzeg, co dłonią pochwyciłem skrzepłą. 
Więc gdy te domy i ludzi zobaczę 
Jak dziecko ręce wyciągam i płaczę.

      Rodzinnemu miastu pisał poeta w roku 1870, w przededniu przeprowadzki ze Lwowa do Krakowa.
      Z czasów pobytu w Krakowie, zachował się szereg listów poety pisanych do ojca, przebywającego w Warszawie, lub na wsi w radomskim. W listach tych mamy dość dużo wzmianek, o znajomych z Kalisza, nieraz od lat nie widzianych i nagle odszukujących poetę i z radością przez niego witanych.
      Spotykamy tu więc jakąś "dawniejszą Wandzię Wojciechowską", córkę rejenta z Kalisza, "poczciwą kobietkę", która "śmiała się i płakała na przemian odgrzebując" z poetą "wspomnienia dawnych lat" i jakąś panią Zawadzką, która po 18 latach niewidzenia niewiele się zmieniła i jej córkę Fruzię, którą poeta znał "tylko jako dziecko" i "która trudna była do poznania". Mamy też wzmianki o jakimś profesorze ze szkoły kaliskiej, którego "naturalnie serdecznie przyjął", dawny uczeń, o jakimś koledze czy innych osobach związanych z Kaliszem, a mniej zdaje się znanych Asnykowi, jak przypuszczalnie bohater następującego fragmentu listu z dnia 20-9-1872.
      "Był tu pan Szliwe z Kalisza. Myślał, że ojca zastanie i zgłosił się do mnie. Naturalnie, że w zastępstwie Ojczulka poszedłem do niego. Naopowiadał mi masę różnych rzeczy o Kaliszu. Skarżył się na tameczną partię niemiecką ,na Panów, Niedomańskich, Weiglów.., że go za wroga uważają".
      Dalej powtarza poeta jakąś błahą historię położonego chodnika, pisze o "burzach", jakie były w łonie kaliskiej Rady Miejskiej i kończy słowami: 
      "Pełne chwały dzieje, których dramatycznym momentom przysłuchiwałem się ze wzruszeniem".
Niektóre sprawozdania z rozmów kaliskich, opatruje Asnyk takimi ciekawymi uwagami:
"Skończyło się wspomnieniem kuflowego towarzystwa w ogródku, którego pewno śladu już nie ma".
      Listy potwierdzają nam także to, że poeta z pewną grupą znajomych kaliskich (jak Giller, Chodyński) utrzymywał mniej lub więcej stały kontakt. One także mówią nam o tym, jak bardzo ucieszył się Asnyk, gdy pod koniec życia, otrzymał w darze od kaliszan album, z widokami rodzinnego miasta.
      Tyle o Kaliszu i kaliszanach; a cóż pisze poeta o Krakowie i tej ziemi, na której przyszło mu spędzić prawie 3 pełne dziesięciolecia życia i pracy? Zamiast wiersza Rodzinnemu miastu, musielibyśmy chyba przytoczyć złośliwą satyrę: Galicjo moja i ty Lodomerio! (w której autor podkreśla nędzę, obłudę i chęć popisywania się galicyjskiego społeczeństwa), lub świetny pamflet na grupę historyków krakowskich, którzy w przesadny nieraz sposób, krytykowali przeszłość Polski.
      Oto jego fragmenty:

Historyczna nowa szkoła 
Swą metodę badań ścisłą 
Sprowadzoną hurtem z Niemiec
Rozpowszechnia ponad Wisłą 
I nabywszy pogląd świeży 
Nowym łokciem dzieje mierzy
W pełnym świetle jej dochodzeń 
Jasną gwiazdą lśni despotyzm
I wychodzi czysto na wierzch 
Targowicy patriotyzm...
Gdyż Kościuszko to był wariat. 
Co buntował proletariat!
I tak dalej.. i tak dalej...
Coraz śmielej wnioski przędzie 
I nicując dawne sądy
Nie powstrzyma się w zapędzie 
Aż dowiedzie, że król Herod 
Dobroczyńcą był dla sierot.

      Utworów podobnych do tego, który poeta poświęcił Kaliszowi, brak. W listach do ojca, wzmianki o Krakowie (o ile dotyczą ogółu, a nie poszczególnych zżytych z poetą osób) mają przeważnie charakter ujemny. Autor podkreśla, niski poziom moralny mieszkańców Galicji, "krakowską parafiańszczyznę", lub wyraża się w taki oto charakterystyczny sposób:
      "Rusza się więc stary Kraków, jak może, ale zawsze we wszystkich żywotniejszych sprawach, czuć go stęchlizną... Wszędzie niedołęstwo, prywata, koteryjność, nigdzie energii i uczciwości".
      Na surowy sąd Asnyka o Krakowie, wpłynął w dużej mierze, wrogi stosunek poety do stańczyków, tzw. "straży pożarnej do gaszenia zapałów narodowych" oraz ogólna sytuacja i zmiana haseł, jaka nastąpiła po roku 1863, z którą trudno się było poecie pogodzić. W pewnej mierze, także obojętny lub nieprzyjazny stosunek krytyki i ogólne rozgoryczenie poety.
      W każdym jednak razie widzimy, że pobyt w Krakowie nie odpowiadał Asnykowi, toteż w listach do ojca, spotykamy charakterystyczne wzmianki, o chęci przeniesienia się do "kraju". Nie dane mu już było jednak, powrócić do rodzinnego miasta. Pochowano go nawet w Krakowie, na Skałce w grobie zasłużonych, którego widoku za życia nie znosił. Pisząc o tym we wstępie do wyboru poezji poety, wydanym w 1926 roku, Eugeniusz Kucharski dodaje: "Kalisz winien się upomnieć o zwłoki swojego dziecka".
      Sprawę "kaliskości poety", sprawę jego stosunku do rodzinnego miasta i do Krakowa, naświetliłam jak sądzę, dostatecznie. Jeżeli Krakowowi oddał przede wszystkim trud swej pracy, to Kaliszowi - serce.
      Obecnie chciałabym zwrócić uwagę, na niektóre ważniejsze cechy osobowości i utworów "naszego Adama", jak go ktoś z kaliszan nazwał.
      Niechęć do stańczyków, którzy na terenie Galicji reprezentowali najbardziej ugodowe stanowisko wobec zaborców, niechęć do historycznej szkoły krakowskiej, są wyrazem nieustępliwego patriotyzmu Asnyka i jego niemożności pogodzenia się z niewolą. Silnym wyrazem tego patriotyzmu jest wiersz: W 25 rocznicę powstania. Autor oddaje tu cześć bohaterom walk, potępianym przez współczesne mu społeczeństwo, a jednocześnie piętnuje tych, którzy paktują z wrogiem.
      Mówi, że w 1863 roku:

Jeszcze przybierać nie umiała 
Polska Postaci gadu, co się u nóg czołga. 
Wolała, żeby w drodze do Tobolska 
Trupy jej snów unosiła Wołga 
Wolała ponieść ofiary najkrwawsze 
Niżby się miano wyprzeć jej na zawsze.

       Wiersz ten, zawiera poza tym szereg innych cennych myśli. Tkwi w nim również świadomość, że nie zawsze można walkę orężną prowadzić, choć zawsze tą czy inną drogą należy dążyć do tego, by niewolnik odzyskał "utracone piękno i dobro żywota". Mimo wielu jeszcze wartości ideowych i pięknej formy tego utworu, nie będę się nim jednak dłużej zajmować. Jest to bowiem nie tyle wiersz, co przemówienie, objaw pewnego przerostu publicystyki wkraczającej w dziedzinę poezji, charakterystycznych dla czasów pozytywizmu.
      Patriotyzm poety odczujemy może silniej, słuchając następującego wiersza:

Przychodzisz do mnie, nie mówisz nic, 
Lecz pokazujesz swe rany.
Śmiertelną bladość zmartwiałych lic 
I całun krwią twą zbryzgany. 
Zatapiasz we mnie żałosny wzrok. 
Co w pierś mi wbija swe ostrze. 
Aż grozę śmierci. nicestwa mrok 
Nade mną wkoło rozpostrze.
W duszę mi spływ rozpacz i wstyd 
I cała konania męka...
I potępieńców ściga mnie zgrzyt... 
I serce z bólu mi pęka!

      "Rozpacz, wstyd i cała konania męka "... Mimo pewnej maniery literackiej, czujemy prawdę tych słów. A przecież mówi to ten sam człowiek, który, gdy go w młodości starano się odciągnąć od myśli o powstaniu powiedział, że on "czekać nie może, od profesora Friedeicha (słynnego lekarza w Heidelbergu) wie, że długo żyć nie będzie, a Polskę wolna i niepodległą widzieć musi". Walczył też o nią i w organizacjach podziemnych (co spowodowało wspomniane przeze mnie aresztowanie) i jako bojownik oddziałów partyzanckich i jako członek Rządu Narodowego, a później pracował dla niej jako pisarz, działacz społeczny i polityczny.
      Patriotyzm, poczucie odpowiedzialności, praca dla innych, to także charakterystyczne cechy, bijące z listów Asnyka do ojca. Widzimy w nich jak poeta chory, nękany ciągłymi bólami głowy, tracący niemal oczy nad korektami dziennikarskimi, odmawia sobie nawet letniego odpoczynku, bo inni z redakcji już wcześniej wyjechali, lub wylosowano go jako sędziego przysięgłego.
      A obok tego, Asnyk to człowiek odznaczający się zaletami towarzyskimi, nie stroniący od ludzi i często przez nich poszukiwany, choć nie dotyczy to wszystkich okresów życia. W listach wspomina wprawdzie czasem, że lubi spokojne życie domowe, unika wystawnych przyjęć, ale obok tego pisze: "Drzwi się u mnie przez dwa dni nie zamykały, ciągle ktoś z gości wchodził ". Były to co prawda dni świąteczne, ale skoro Asnyk w rok po osiedleniu się w Krakowie donosił ojcu: "Znam wszystkich, którzy z jakichkolwiek względów zasługują na uwagę", to mogło tak być i częściej. Zresztą spis osób, u których poeta bywał, sporządzony tylko na podstawie listów do ojca, jest już imponujący. Nie brak w nim nawet hr. Tarnowskiego, wielkiego przedstawiciela stańczyków i przeciwnika politycznego. Najchętniej jednak bywał poeta u Ordęgów, Kossaków, Pawlikowskich, Sewera-Maciejowskiego i Modrzejewskiej.
      W pamiętnikach wielkiej artystki, znalazło się kilka wzmianek o nim. Oto jedna z nich:
      "Adam Asnyk nasz młody poeta, który podczas powstania, zajmował jedno z najbardziej odpowiedzialnych stanowisk w Rządzie Narodowym, chociaż urodzony w zaborze rosyjskim, także zjechał do Krakowa. Doskonale były jego wiersze, wiele z nich recytowałam prywatnie i publicznie. W krótkim czasie stal się on naszym gościem i jednym z najbliższych przyjaciół.
      Miał maniery i sposób konwersacji, niezwykle wyszukane, a jego bardzo jasne oczy, świeciły spod płowych krzaczastych brwi, jak fosforyzujące gwiazdy, silne w blasku i niemal fantastyczne w wyrazie.
      Wyróżniał się jednak cechą szczególną. Chociaż bardzo skromny, gdy chodziło o jego poezję, był bardzo zarozumiały na punkcie swoich talentów kulinarnych; łatwiej zniósłby surowa krytykę swoich wierszy, niż najmniejsze zlekceważenie umiejętności gotowania. Lubił zapraszać przyjaciół na obiady, a kiedy podawano ulubione i przez gospodarza przyrządzone potrawy, biada temu, kto ich nie zajadał ze smakiem
".
      W innych fragmentach tych pamiętników, mamy opisaną ciekawą historię, powstania wiersza zatytułowanego: Helenie Modrzejewskiej. W dniu, w którym artystka po raz pierwszy wstała z łóżka, po przebytym tyfusie, rozeszła się po Krakowie fałszywa pogłoska, o jej śmierci.
"Biedak mój mąż - pisze dalej Modrzejewska - miał wiele kłopotu z odpowiadaniem na listy kondolencyjne i odprawianiem, obawiam się, że niezbyt grzecznym, fryzjerów, którzy przychodzili kupować moje włosy. Jedyną rekompensatą za jego przykrości, był piękny poemat Asnyka, który usłyszawszy o moim przeniesieniu się do lepszego świata, napisał pod wpływem chwili, jeden z najpiękniejszych swoich wierszy W ten co prawda niezwykły sposób, przekonałam się jakim mnie darzy szacunkiem i jak jestem bliska sercu tego przyjaciela".
      Serdeczny stosunek Asnyka do bliskich mu osób, ofiarność w stosunku do nich, (wyrażający się bardzo silnie w takim na przykład fakcie, jak pielęgnowanie do ostatka, w czasie wędrówek popowstaniowych, chorego na tyfus przyjaciela) to cechy, z którymi studiując życiorys poety, często się spotykamy.
      Najsilniej jednak na tym tle, występują uczucia miłości do rodziców. Nie sposób dziś czytać bez głębokiego wzruszenia, (a czasem i pewnej domieszki irytacji) niektórych fragmentów jego listów do ojca.
      Oto na przykład w r. 1882 Władysław Ordęga, mianowany posłem francuskim w Maroku, proponuje Asnykowi, aby mu towarzyszył w podróży do tego kraju, podjętej celem złożenia listów uwierzytelniających tamtejszemu sułtanowi. Poecie plany te zdają się odpowiadać.
      "Podróż przez pustynię i przyjęcie w Maroku - w samej rzeczy bardzo ciekawe"- pisze do ojca. Dalej zaś dodaje: "Pokusa jest silna, sposobność wyjątkowa" i kończy zapewnieniem, że w razie wyjazdu prześle ojcu swój adres w Tangerze (gdzie miał na niego czekać Ordęga). Z całości listu możemy przypuszczać, że Asnyka pociągną czary egzotycznej podróży. Z ciekawością szukamy następnych wiadomości. I cóż czytamy?
      "Najdroższy mój Ojczulku! Po otrzymaniu ostatniego listu, stosownie do rady Kochanego Ojczulka, zawiesiłem moją podróż na kołku. Wprawdzie podróż ta nie przedstawia bynajmniej takich trudności, jakie się z daleka przedstawiać mogły, jednak wolałem wszelką myśl o niej odrzucić od siebie, aniżeli sprawić Tobie, Najdroższy Ojcze, jakąkolwiek przykrość. Pozostałem więc w Krakowie przy dzienniku, który mi cały czas pochłania".
      Aby lepiej sobie uzmysłowić sens tego fragmentu, należy dodać, że Asnyk pisał go w 44 roku życia. Posłuchajmy jednak innych przykładów. Wyjątek z listu pisanego w grudniu 1875 roku:
"W przeszłym liście obiecał nam Ojczulek odwiedzić nas z wiosną. Cieszymy się na to z góry i liczymy z wszelką pewnością wiedząc, że Drogi Ojczulek nie cofa nigdy danego słowa. Do wiosny jeszcze daleko, ale na tak drogiego i rzadkiego gościa trzeba się radować naprzód, z góry, choć na kilka miesięcy".
      A oto inne słowa, pełne serdecznej troski, wyjęte z listu pisanego w r.1874:
      "Najukochańszy Ojczulku! Na próżno już od tylu dni, wyczekuję każdego poranku na listonosza, co by mi przyniósł odpowiedź od Ciebie na mój list ostatni z 5 maja. Czekam i czekam (...) i nic nie przychodzi i nie wiem, co pomyśleć i jakie przypuszczenia robić. Czyś się na mnie pogniewał? Czyś o mnie zapomniał? Czy broń Boże nie jesteś słaby? Czy list na poczcie zaginął?"
I jeszcze jeden fragment listu (z lutego 1877 r.), w którym tak wyraźnie odbija się miłość poety do obojga rodziców:
      "
Ukochałem w Was nie tylko stosunek krwi, ale stosunek ducha, ukochałem nie tylko dobroć Waszą jako Rodziców, ale całą szlachetność i wartość Waszą jako ludzi. To był grunt, na którym sam wyrosłem moralnie i wszystko, co mam najlepszego w sobie, po Was wziąłem w spuściźnie. Za ten więc spadek będę Wam wdzięczny do końca dni moich z jednakową zawsze miłością myśląc o Was w złej czy dobrej doli. Los mi wiele odebrać może, ale nigdy nie wydrze mi tych czystych wspomnień, będących zawsze dla mnie źródłem ukojenia i idealnej wiary w prawość i cnotę ".
      Jak bardzo te ostatnie słowa ułatwiają nam głębsze zrozumienie wierszy: Echo kołyski, Rodzinnemu miastu.
      Miłość do rodziców, wiąże się u Asnyka z miłością domowego ogniska, potrzebą serdeczności i ciepła rodzinnego życia. A właśnie pod tym względem, los okazał się dla niego bardzo niełaskawy.
      Rozwianie młodzieńczych złud i marzeń w stosunku do Walerii Nawrockiej, nie było przypuszczalnie wielkim ciosem, skoro poeta tak pogodnie żartuje ze swoich przeżyć w legendzie pierwszej miłości, ale zawód jaki go spotkał, w związku z późniejszą miłością do Anieli Grudzińskiej, której bogaci rodzice nie chcieli wydać za poetę, to już sprawa poważna.
      Wkrótce potem następuje śmierć matki i wyjazd z Krakowa ojca, który nie umie się z tym miastem zżyć. Ledwie sklecony po powstaniowej zawierusze dom rodzinny, przestaje istnieć. Asnyk szuka zapomnienia w wycieczkach górskich i oto wydaje się, że szczęście zaczyna się do niego uśmiechać. Jest rok 1874. Posłuchajmy znów listu do ojca, przed którym Asnyk nie ma żadnych tajemnic:
      "Co się zaś tyczy życia, ponieważ zaginął pierwotny mój list tatrzański, w krótkości rzecz całą przedstawię. Przyjechawszy do Zakopanego, po kilku dniach pobytu, wybrałem się z profesorem Swierzem księdzem Sutorem na szczyt znanego Ojczulkowi Giewontu (...) w celu zatknięcia na najwyższym jego punkcie sztandaru i objęcia go w ten sposób w posiadanie na rzecz Towarzystwa Tatrzańskiego. (...) Ranek był cudowny, a my wszyscy trzej w przepysznym usposobieniu biegliśmy po głazach. Tak dobiegliśmy do szałasów umieszczonych u stóp skalistych ścian Giewontu, gdzie zwykle wędrowcy odpoczywają i posilają się mlekiem i przyniesionymi ze sobą zapasami. Tam zastaliśmy już właśnie małą gromadkę złożoną z ojca, córki i przewodnika. Panienka siedziała na dużym kamieniu, wśród malowniczego krajobrazu i nie wiem, czy to przypisać należy właściwemu oświetleniu, czy otaczającemu kroki górskiej natury, czy wreszcie więcej ożywionemu własnemu swemu usposobieniu, ale odmalowała się w moich oczach tak wdzięcznie, w ramach sielskiego obrazka pełnego światła i kolorów, że jako artysta musiałem się zachwycać niespodziewanym sztafażem.
      Wspólny popas wywołał zapoznanie. Przedstawiliśmy się sobie wzajemnie, opowiedzieliśmy cel naszej podróży, oni zaś swojej na Czerwony Wierch i jednocześnie zapijaliśmy mleko. Po odbytym popasie, szliśmy jeszcze kawałek razem, aż do miejsca, gdzie się rozłączały drogi i potem jeszcze my na Giewoncie, oni na Czerwonym Wierchu, dawaliśmy sobie hasła okrzykami i wystrzałami, wspólnie obchodząc uroczystość osadzenia chorągwi.
       Tak więc, zapoznanie nastąpiło według wszelkich reguł romantyki, tak że i angielska powieść nie powstydziłaby się podobnego początku. A zwykle pierwszy rozdział to rzecz najważniejsza - jeżeli on budzi interes, to i następne stają się obiecującemi.
      W następnym rozdziale, widzimy bohatera naszej powieści oddającego wizytę rodzicom i oczekującego potem na próżno przez 2 tygodnie, odwiedzin ojca. Tej pewnej ostrożności w wchodzeniu w stosunki z nieznanymi ludźmi, nie bierze za źle nasz bohater rozsądnemu papie, ale naturalnie dalej, nie może się narzucać.
      Trzeci rozdział - zmiana frontu, ojciec bohaterki przychodzi dzień po dniu i zaprasza do siebie na obiad. Wyborna czernina, którą podają, usposabia różowo wielbiciela sztuk pięknych, a zarazem gastronoma. Przekonywa się, że papa doktór nader gościnny serdeczny a zarazem wszechstronnie wykształcony człowiek, że mama doskonale zna się na kuchni, a córeczka czarująco się uśmiecha i z wybornym apetytem zajada. Postawione butelki węgrzyna dają świadectwo, że zarówno doktor jak i literat dzielne utają głowy i mogą zgodnie rywalizować ze sobą.
      Rozdział czwarty Wspólna wycieczka do Szrneksu. Cała familia wraz z asystującym literatem, jedzie jedną budą. Nic tak nie zaznajamia bliżej jak wspólna podróż. Wesołość panuje niczem nie zmącona. Rozdział piąty. Literat z doktorem i córka idą do Morskiego Oka. Ponieważ literat prowadzi bohaterkę przez ów straszliwy Zawrat, nic dziwnego, że im się w głowie zawraca. Przepyszny wieczór nad Morskim Okiem, gdzie się zebrało całe towarzystwo polskie i węgierskie przy huku moździerzy i ogniach bengalskich.
      Rozdział 6: wyjazd i pobyt w Szczawnicy, a następnie rozłączenie w Nowym Targu. Rozdział 7 obejmuje korespondencję doktora z literatem, a 8 mający obejmować pobyt w Poznaniu, dopiero się ukaże
".
      Ten "rozdział 8" jest bardzo dokładnie opracowany i stanowi treść jednego z następnych listów. Dowiadujemy się z niego, jak serdecznie mieszkańcy Poznania i okoliczne ziemiaństwo przyjmowali poetę (ozdabiając nawet jego nakrycie przy stole wieńcem laurowym). Główny temat listu, stanowi jednak charakterystyka domu doktorostwa Kaczorowskich (rodziców panny) i perypetie związane z oświadczynami. Ilustrują nam one wielkie przemiany obyczajowe, jakie dzielą nas od czasów Asnyka, a jednocześnie rzucają ciekawe światło na osobowość samego poety, stwarzając przed naszymi oczyma obraz jakże daleki od tego, który przyzwyczailiśmy się widzieć i jakże bliski przez swą bezpośredniość i warunki codziennego życia.
      Trudno odmówić sobie zacytowania kilku przykładów. Zakochany w 19-letniej dziewczynie poeta zachwyca się całym domem, ją samą jednak chwali tylko pośrednio pisząc, że "pani Kaczorowska" z każdym dniem rosła w jego opinii za prowadzenie domu i wychowanie córki. Panna w prawdzie bowiem gra i śpiewa wcale nieźle, ale musi iść z kluczem do piwnicy i spiżarni, musi uczyć się krawieczyzny i robić kapelusze dla matki i siebie.
      A oto charakterystyczne rozmyślania Asnyka, gdy dowiedział się, że opinia publiczna przewiduje jego małżeństwo z córką doktora, u którego "konsystował jako załoga wojskowa":
      "Myślę sobie co tu w takim położeniu robić. Wszystkie znoje sympatie zmierzają do tego. Jestem zakochany tak w rodzicach jak w pannie, ale brak mi odwagi. Nie chciałbym bowiem za serdeczną gościnność, jaką mi okazali, odpłacić krokiem, który by ich w przykry kłopot wprowadził".
      I dalej rozważa, zastanawiając się nad swoją sytuacją materialną: "Są dla mnie przyjaźnie usposobieni, ale nie mogę być pożądaną partią dla ich córki. Z drugiej strony, jeżeli się nie oświadczę przez tchórzostwo, będę wiecznie tego żałował, a oni pomyśle żem cymbał".
      No i oświadczył się piśmiennie ojcu, który odpowiedział mu na drugi dzień, że zgadza się na małżeństwo. Trzeciego dnia matka odwołała tę zgodę stwierdzając, że Zosia nie chce poety, a 6 dnia ta sama pani Kaczorowska rumieniąc się wyznała, że Zosia "wprost zapytana", odpowiedziała od razu: tak. Przedtem zaś bała się, że z niej żartują i dlatego odmówiła. Ostatecznie więc wszystko skończyło się pomyślnie i w rok później Asnyk sprowadza do Krakowa młodą żonę. Jego listy z tego okresu tchną radością i zachwytem nad ciepłem domowej atmosfery, którą Zofia umiała wytworzyć. Niestety trwa to krótko. Po roku żona umiera, a nowonarodzony syn zostaje u teściów, którzy w jakimś dziwnym rozgoryczeniu, utrudniają nawet ojcu odwiedzanie dziecka. Rozwiał się więc miraż rodzinnego szczęścia, pozostał ból po stracie ukochanej osoby i smutek, z którego nigdy się już właściwie poeta nie otrząśnie i który stanowi charakterystyczne znamię wielu jego wierszy. Smutek tym bardziej usprawiedliwiony, że istnieją przecież dawniejsze jego przyczyny: nieumiejętność pogodzenia się z hasłami nowej epoki, otaczającym środowiskiem, ból patriotyczny, który nie opuszcza nigdy poety, a w końcu i stan wątłego zawsze zdrowia.
       Z czasem zaczyna się ono psuć coraz bardziej. Częściej powtarzają się długotrwałe bóle głowy, dokuczliwe przeziębienia, wreszcie występuje szereg poważnych chorób, które tygodniami nieraz zatrzymują poetę w łóżku. Podtrzymują go wyjazdy nad morze, w góry, lub na wieś. Lekarstwem na smutek jest praca. "Jedynie ciągła praca daje mi jakąś otuchę w życiu i łagodzi boleść, jaka od czasu do czasu we mnie wybucha" - pisał kiedyś, teraz pozostaje tej zasadzie wierny.
      A oto charakterystyczny fragment z listu do ojca, pisanego w miesiąc po śmierci żony:
      "Jedno utnie tylko podtrzymuje w tej ciężkiej wędrówce życia, że jakkolwiek znękany i napojony goryczą odejdę z tego świata, to przecież czyste sumienie i nieskalany honor pozostaną po mnie w niezaprzeczonej spuściźnie. To jedno zresztą może mieć wartość trwałą i niezłomną bo jak już usnę snem bez marzeń, to obojętnym mi będzie, gdzie sny miałem: przykre czy mile w tem życiu".
Skarg, narzekań mamy jednak w listach niewiele. Za to charakterystyczny jest fragment, w którym Asnyk tłumaczy się ojcu, dlaczego jakiś czas nie pisał:
       "Są periody, w których wszystkie dawniejsze i świeższe smutki powracają na nowo z gwałtowną siła a brak mi ,sil i zdrowia, aby im skuteczny opór stawić. Wtedy zamykam się sam w sobie, nie chcąc, aby listy świadczyły o tym, co się wewnątrz dzieje".
       To ostatnie wyznanie, wydaje mi się szczególnie ważne, gdyż pomaga do zrozumienia twórczości poety. Zarzucano mu nieraz, że nie umie czytelnika porwać, że "jest orłem, który nie poleci". Przyczyną tych sądów, wyrażanych przede wszystkim przez ludzi wychowanych na wielkiej poezji romantycznej, jest w dużej mierze to, że w utworach Asnyka, nie widzimy wielkiej siły uczuć. Nie dowodzi to jednak jakiejś wrodzonej obojętności, czy ubóstwa jego psychiki. Przeciwnie wierzymy mu, gdy pisząc o niskim poziomie moralnym otaczającego go świata dodaje, że jest "mocno wrażliwy z natury" i dlatego czuje się "zupełnie rozbity widząc to, co się w koło dzieje"; "choruję fizycznie i moralnie". Wiemy, że jest zdolny do uczuć silnych i długotrwałych. Nie lubi ich jednak jaskrawo manifestować. Miłość do ojczyzny, wyraża nie poprzez płomienny bunt Konrada, lecz w wierszach, które przybierają czasem formę zwykłego erotyku (Ta łza, Przychodzisz do mnie).
      A oto sonet, którym żegna poeta Anielę Grudzińską, gdy utracił ją w podobny sposób jak Mickiewicz Marylę:

"Kiedym cię żegnał, usta me milczały... 
I nie wiedziałem, jakie słowo rzucić.
Więc wszystkie słowa przy mnie pozostały, 
A serce zbiegło i nie chce powrócić.
Tyś powitała znów swój domek biały. 
Gdzie ci słowiki będą wiosną nucić,
A mnie przedziela świat nieszczęścia cały: 
Dom mój daleko i nie mogę wrócić...
Tak mi boleśnie, żem odszedł bez echa! 
A jednak lepiej, że żadnym wspomnieniem
Twych jasnych marzeń spokoju nie skłócę, 
Bo tobie jutrznia życia się uśmiecha,
A ja gasnącym żegnam cię promieniem, 
I w ciemność idę i już nie powrócę."

       Obok przejmującego smutku i wielkiej prostoty tego wiersza (zbliżającej go do przeciętnego dzisiejszego czytelnika, który nie zawsze jest zdolny odczuć wspaniałe wzloty romantyków) warto podkreślić, że ta charakterystyczna dla Asnyka postawa rezygnacji, występująca w tym utworze, łączy się z równie charakterystycznym dla poety, usuwaniem siebie na dalszy plan, na rzecz innych. Więcej bowiem obchodzi go spokój ukochanej, niż własne cierpienie.
       Opanowanie uczuć, unikanie zbyt jaskrawego sposobu wyrażania ich, to wpływ "wieku rozumu", w którym Asnyk żyje (może i ojca, który w dzieciństwie starał się nadawać jakiś wojskowy ton wychowaniu syna). W każdym zaś razie charakterystyczny rys człowieka, którego osobowość - mimo uczuciowej wrażliwości - cechowała zawsze skłonność do refleksji.
      Pierwiastek refleksyjny, odgrywa też w wielkiej ilości liryk poety rolę dominującą. Najsilniej jednak dochodzi do głosu w cyklu sonetów Nad głębinami, w którym opierając się na zdobyczach nauk przyrodniczych i filozofii, dąży poeta do rozwiązania zagadki istnienia i bytu świata. Jakkolwiek możemy się dziś nie zgadzać z wieloma wyrażonymi w tych utworach zapatrywaniami, to jednak musimy przyznać, że na tle naszej ubogiej raczej w filozoficzne rozważania literatury, cykl ten zajmuje wyjątkowe miejsce, ze względu na pasję badawczą autora i poetyckie ujęcie rozumowych dociekań. Występuje tu także charakterystyczna dla Asnyka, wiara w postęp i przekonanie, że Polska musi porzucić "kształt przeszłości zgnitej" i musi także zmartwychwstać.
       Zmartwychwstanie Polski... To ostatnie nie jest już nowością. Sprawy Polski, to przecież wieczne problemy naszej literatury, decydujące często o jej wysokiej randze i równie niemal często - o jej klęsce, gdy zbyt zamknięte w kręgu naszych polskich spraw wspaniałe nieraz dzieła - stają się dla cudzoziemców nieczytelne. Asnyka to nie dotyczy.
      Jego utwory, mimo gorącego patriotyzmu poety, mają przede wszystkim charakter ogólnoludzki.
Widać to także w oparciu całego szeregu wierszy na motywach antycznych, mimo że poeta żyje w czasach, które od antyku się odwracają. Asnyk wykorzystuje zresztą przeważnie antyczne mity dla wyrażenia własnych zapatrywań (na przykład wiary w lud, którego symbolem staje się Herakles). Podkreśla jednak także, że w starożytności w literaturze "spoczywa myśl niezwykłej doniosłości i ogólnoludzkiego znaczenia, myśl wybiegająca poza granice jednej wyłącznie epoki, jednego plemienia" (odczyt Asnyka o "Antygonie" Sofoklesa) i przyczynia się do nawiązania z tą myślą, chwilowo zerwanych kontaktów naszej literatury.
      W wierszach tych spotykamy też czasem urzekające obrazy piękna południowej przyrody, ożywionej grecką fantazją. Oto odpowiedni fragment Fresku pompejańskiego:

"Różowo płoną laury, mirty pruszą śniegiem
Delikatnego kwiecia, które wietrzyk strąca
I wstydliwie szeleszczą ponad wody brzegiem, 
Gdy pierś białą odsłoni najada płynąca.
Na głazie zarośniętym jedwabistą pleśnią,
W cieniu starych kasztanów, siedzi Pan rogaty: 
Ucieszne bóstwo lasów i weselną pieśnią 
Wypełnia rozbawione szalejące światy. 
Kosmate koźle nogi podwiną pod siebie
I uwieńczon różami w flet zawzięcie dmucha, 
A śpiew płynie po ziemi, po wodzie i niebie
I kwili, wzdycha, pieści i miłośnie grucha."

Jak wspaniale uchwycił tu poeta zmysłową radość budzącego się młodego świata.

      Opisy przyrody to w ogóle ważna dziedzina twórczości Asnyka, który poza wspaniałymi obrazami morza, (Pointe du Raz) wyróżnia się przede wszystkim wprowadzeniem do naszej literatury przyrody tatrzańskiej, wtedy, gdy piękno tej części Polski zaledwie odkrywano. Znajdziemy w tych utworach także tony surowe i poważne, ale najlepiej udają się poecie te opisy, w których może ukazać jakąś sobie właściwą pastelową kolorystykę, wykorzystać melodyjność i niezwykłą rytmiczność.
      Melodyjność i rytmiczność ściśle związane z treścią utworu i poetyckim obrazem, stanowiąca ogóle bardzo ważną cechę artyzmu Asnykowskich utworów. Występuje to bardzo silnie w niektórych wierszach zatytułowanych Na ludowa nutę. Wiersze te są na ogół niedoceniane. Zarzuca się im zazwyczaj, że są dalekie od prawdziwego ludu, nie oddają jego uczuć i biedy. Nie zawsze wydaje się to słuszne. Oto np. wiersz Chłopca mego mi zabrali, jest niewątpliwie wyrazem humanitarnych zapatrywań poety i jego stosunku do wojny, ale może także być wyrazem przeżyć wiejskiej dziewczyny:

Chłopca mego mi zabrali, 
Matulu!
W świat daleki go pognali, 
A ja za nim umrę z bólu, 
Dałam na mszę sznur korali, 
Niechaj Pan Bóg go ocali
Matulu! 
Do szeregu poszedł z bronią, 
Mój Boże!
Tam śmierć pewna, poszedł po nią. 
Miłość moja nic nie może,
Ani łzy go nie zasłonią
Przed zawistnej śmierci dłonią, Mój Boże!
Nie pytają o to wrogi, 
Kto ginie?
Czy jest sercom ludzkim drogi? 
Czy płacz siostry za nim płynie? 
Czy umiera matka z trwogi, 
Kiedy pyta śmierci srogiej:
Kto ginie? Na kulami zaoranej
Na roli
Ma paść we krwi mój kochany... 
Czyliż na to Bóg pozwoli,
By samotnie zginął z rany 
Z dala swoich, na zasianej 
Krwią roli!
Spojrzyj na nas Ty Panienko 
Przeczysta! 
I nad serca mego męką
Ty się zlituj, o gwiaździsta 
Niebiańskiego dnia jutrzenko! 
Osłoń jego swoją ręką,
Przeczysta!

      Podkreśleniem wartości, tego na ogół mało znanego wiersza, chciałabym zakończyć moje rozważania o Asnyku. Nie chodziło w nich, o podanie jakiegoś szkicowo opracowanego całokształtu życia i twórczości poety, toteż niektóre zagadnienia, które wydawały mi się bardziej znane, czy mniej ważne, opuszczałam, lub zaledwie zaznaczałam. Dążyłam natomiast do tego, by wykazać, że utwory Asnyka wzbogacają naszą literaturę w różnorodny sposób i że warto je także i dziś czytać. Chciałam również zwrócić uwagę na to, że dokładniejsze zapoznanie się z życiem i dziełami poety, zbliża nas do człowieka o wielkich wartościach moralnych, dużej wrażliwości uczuć, szerokich horyzontach myślowych i wszechstronnych zainteresowaniach oraz dorzuca "niejeden rys mury", do konwencjonalnego obrazu wielkiego kaliszanina, jaki niektórzy z nas przyzwyczaili się widzieć.

      Artykuł ten jest przedrukiem odczytu wygłoszonego w Bibliotece Miejskiej w Kaliszu z okazji 120 rocznicy urodzin poety. (przypis W. M.)
      Tekst listów do ojca podano zachowując pisownie i interpunkcje poety zgodnie z wydaniem Antoniego J. Mikulskiego w "Pamiętniku Literackim". Lwów 1936/1937, skąd zaczerpnięto cytowane fragmenty. (przypis H. S.)

      Asnyk znany i mniej znany "Ziemia Kaliska" R. Il, 1958, nr 7 (11), s.2-3: nr 8 (12), s. 6-7 i 12;