Współczesny herb Kalisza Był wrzesień, był maj...
Za Wartę

      - Bądźcie brutalni! Bądźcie bezwzględni! - rozkazał Hitler swoim oddziałom, mającym wyruszyć na podbój Polski.

       Od wiosny 1939 roku nasilały się agresywne wystąpienia Niemiec wobec Polski, przypieczętowane wojowniczą mową Hitlera w Reichstagu 28 kwietnia, na którą polski minister spraw zagranicznych Beck odpowiedział, że "Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da!".

     Duża była ofiarność kaliszan w dokonywaniu wpłat i składaniu różnych darów na uruchomiony Fundusz Obrony Narodowej. Którejś niedzieli kwietnia ja i Zenia poszliśmy z rodzicami złożyć datki, przy czym nasze pochodziły z własnych książeczek oszczędnościowych, tzw. SKO. Na placu św. Józefa przed dowództwem dywizji wystawiono na pokaz, jako dar społeczeństwa, 22 ciężkie karabiny maszynowe, w tym 2 zakupione ze składek uczącej się młodzieży.

      Kunktatorska polityka zachodnich dyplomacji, dążąca do utrzymania pokoju "za wszelką cenę", kosztem suwerennych praw Polski, spaliła na panewce. Jeszcze na początku sierpnia ważyły się losy: pokój, czy wojna?

      Moje podwórkowe wojsko przy ul. Majkowskiej 4, gdzie mieszkałem w domu rodziców, z bratem Marcelim (studentem prawa) i siostrą Zefiryną (Jagiellonką), przeżywało niepokój, czy nastąpi upragniona, prawdziwa wojna; na bieżąco w związku z tym przekazywaliśmy sobie spekulacje zasłyszane u starszych.

      - Panie Boże, daj wojnę, i daj, żeby Polska zwyciężyła Niemcy! - Tak się po cichu modliliśmy, a nasze oczekiwania - w jednym i w drugim wypadku - zostały spełnione, jakże jednak wysokim kosztem...

      A więc jednak wojna! Wołał od progu Marceli, który wrócił "z miasta", poinformowany w kręgach wojskowych, że dziś, to jest 25 sierpnia, zarówno w Niemczech, jak i w Polsce zarządzona została tajna mobilizacja alarmowa. 29 sierpnia na murach domów w Kaliszu ukazały się obwieszczenia o mobilizacji powszechnej, a obok nich plakaty "Do broni!" i "Jesteśmy silni, zwarci, gotowi".

       Wśród ludności, zwłaszcza starszego pokolenia, które przeżyło Wojnę Światową, pogłębił się niepokój. Ogólnie jednak nastroje były dość optymistyczne. Nie ulegniemy Niemcom, wsparci przez potężnych sojuszników - Anglię i Francję. Rozeszła się wieść, że wróg może wkroczyć najdalej przed linię Warty i Widawki, tam bowiem, na zbudowanych pozycjach obronnych, zostanie zatrzymany. Stąd wielu mieszkańców planowało ucieczkę przed "szwabami" za Wartę. Ponieważ kolej była zarezerwowana dla transportów wojskowych, Kaliszanie opuszczali swoje miasto wozami konnymi, na rowerach i pieszo. Wielu kierowało się na wschód bez określonego z góry celu wędrówki. Niektórzy przenosili się do rodziny w pobliskiej wsi. Przez tłum uciekinierów przemieszczały się oddziały wojska - jedne, osłonowe, zdążały na zachód od miasta, większość opuszczała je na kierunku wschodnim.

      Moja rodzina zamierzała ewakuować się do Krymska, położonego kilkanaście kilometrów za Wartą, gdzie mieszkał wujek Rafał (weterynarz). Pierwszy etap miał przebiegać szosami: Kalisz - Stawiszyn - Rychwał - Tuliszków, do domu Babci i cioci Marysi, które miały tam sklep spożywczo-kolonialny. W Tuliszkowie mieszkał także z rodziną, na gospodarstwie sadowniczym, wujek Kostek, który został zmobilizowany. Mieliśmy przygotowane plecaki z osobistymi rzeczami i tamponami przeciwgazowymi. Tato miał przy sobie prawdziwy rewolwer, ja przypiąłem do paska harcerską "finkę". Pożegnałem się z kolegami z "Majkochy". Rankiem 30 sierpnia załadowaliśmy się na wygodny powozik tzw. półkoszki, wynajęty z woźnicą u znajomego rolnika w Warszówce - i wyruszyliśmy. Przejeżdżając ul. 3 Maja patrzyłem ze smutkiem na swoją Szkołę Powszechną im. Konstytucji 17 Marca, w drzwiach której stał pan woźny, tym razem jednak bez dzwonka w dłoni. Mama próbowała mnie pocieszyć. - Jeśli wojna szybko się skończy, to niewiele stracisz w nauce. Gdy wjechaliśmy w Stawiszyńską zrobiło się ciaśniej.

      Wśród uciekinierów, takich jak my, byli znajomi rodziców. Wymieniano słowa pożegnania i otuchy. W tłumie pieszych zobaczyliśmy sąsiada pana K., który niósł na ramieniu kilka par, powiązanych sznurkiem, butów - wyszedł z domu w szoku psychicznym, nie zareagował na głos mojego Taty. Jak daleko mogła zajść kobieta, z dwójką może siedmioletnich chłopców, pchająca przed sobą dziecinny wózek ze skromnym dobytkiem? Minęliśmy dworzec kalisko-tureckiej kolejki wąskotorowej, ogarniając ze wzniesienia wzrokiem panoramę rodzinnego miasta. Na szosie był duży ruch. Gdy mijały nas kolumny wojskowe, trzeba było zjeżdżać na pobocze, a nawet zatrzymywać się. Do uciekinierów dołączali dalsi z okolicznych wsi i miasteczek. Rozluźniło się w Rychwale, na skrzyżowaniu dróg. Większość podążała szosą w kierunku Konina, mniej zjeżdżało na szosę wiodącą przez Tuliszków i Grzymiszew do Turku.

      Nad wieczorem, "o szarówce", jak mówiło się wtedy, witały nas rodziny tuliszkowskie. Babcia postanowiła pozostać na miejscu uważając, że nie podoła trudom podróży, że jej zaawansowany wiek będzie dla niej tarczą ochronną. Ciocia Marysia i Hela (wychowanica babci) chciały uciekać, tak samo rodzina wujka Kostka, który przed wyruszeniem na wojnę przygotował wóz z "budą", opończą na kilku pałąkach, z Kasztanką.

      Następny dzień, 31 sierpnia, minął spokojnie, nie licząc częstych rozmów, czy aby na pewno "zacznie się"? Entuzjazm wzbudził przelatujący klucz "Karasi", lekkich bombowców. Ale rano 1 września (piątek), przekazywano sobie piorunującą wiadomość radiową: o godzinie 4,45 Niemcy napadły na Polskę! Następnie odezwę Prezydenta Mościckiego, potępiającą agresję i wzywającą do obrony Ojczyzny. Pojawiły się na niebie duże formacje bombowców Luftwaffe, z czarnymi krzyżami na skrzydłach, lecących w głąb kraju. Okrzykami radości powitano samotny polski myśliwiec P-11, lecący wysoko, który po chwili jak jastrząb spadł na opóźniony w szyku bombowiec. Zaatakowany brawurowo i skutecznie, ciągnąc za sobą warkocz dymu, zniknął nam z oczu za horyzontem. Wśród wielu wiadomości radiowych, nas kaliszan ucieszyła ta, że na linii Prosny wydzielone oddziały płk. Zientarskiego i płk. Grobickiego z 25 Kaliskiej Dywizji Piechoty skutecznie powstrzymują napór nieprzyjaciela, że na rzece wysadzono mosty.

      Po południu na wóz zaprzężony w Kasztankę załadowaliśmy niezbędne rzeczy: pościel, plecaki, zapasy żywności. Na dalszą wędrówkę wyruszyła moja rodzina, wspomniane już ciocia Marysia i Hela, rodzina wujka Kostka - ciocia Andzia z dorastającymi dziećmi Heniem i Wandzią oraz małą Basią. Zabraliśmy ze sobą Reksia (wilczka). Jechaliśmy szosą konińską, a po kilku kilometrach - we wsi Kępina - skręciliśmy na północny-wschód, kierując się do rzeki Warty między Brzeziem i Głodnem
Ponieważ koń miał ciężkie zadanie na piaszczystych, polnych drogach, podążaliśmy obok wozu na piechotę. Jechały w tę stronę jeszcze inne wozy z uciekinierami. Po kilku postojach, aby dać odpoczynek Kasztance i nakarmić ją, przekroczyliśmy w środku nocy główną szosę Poznań - Warszawa, z niemałymi trudnościami, gdyż był tam duży ruch wojska i uciekinierów. Rano, w obawie przed nalotem samolotów wroga, zatrzymaliśmy się na cały dzień przy gospodarstwie, którego właściciele okazali nam serdeczność i pomoc w przygotowaniu posiłków. Było ciepło, słonecznie - ja i Basia biegaliśmy na bosaka. Ogromnym zaskoczeniem było przybycie na nasz biwak konno wujka Kostka, który podążając w tym samym kierunku, dowiedział się o nas od przygodnie spotkanych, znajomych uciekinierów z Tuliszkowa. Krótka chwila ucałowań i rozmowy, po czym ruszył kłusem do swojego szwadronu, który zatrzymał się na postój w sąsiedniej wsi. Po południu przeszliśmy pierwszy nalot Luftwaffe. Stukasy lotem koszącym zaatakowały dostrzeżone skupisko kilku wozów i ludzi, zrzucając bomby rozpryskowe, tzw. myszki. Nie było większych szkód; od odłamków ranione zostały dwie krowy pasące się, a od podmuchu przewrócił się drewniany szalet. Powstała jednak panika, gdy krzyczano: gaz, gaz! - Byty gwałtowne rady niektórych uciekinierów, aby przykładać do twarzy tkaninę nasączoną moczem. Tato i Marceli odnieśli się do tego sceptycznie, jak również uspakajali, że nie ma gazu. Jednakże ciocia Marysia i Hela wpadły w pobliskie krzaki i przygotowały sobie takie obrzydliwe tampony. Gdy namawiały mnie do tego samego, powiedziałem, krzywiąc się, że nie chce mi się siusiu. Okazało się przy tej okazji, że kaliszanie, zaopatrzeni w tampony p-gaz, nie zdołali do nich dotrzeć poprzez czeluście wozu.

      I znowu "o szarówce" podjęliśmy ucieczkę "za Wartę". Okazała się bardzo trudna i niebezpieczna. Coraz więcej wozów z uciekinierami i podążających pieszo znajdowało się na drodze, powodując zatory, wzajemne przepychanie się. Słychać było nawoływania, przekleństwa, płacz dzieci, szczekanie psów i ryk przytroczonych do niektórych wozów krów. Pojawiły się wieści, że wśród uciekających są niemieccy dywersanci zrzuceni na spadochronach, którzy dają sygnały swojemu lotnictwu, a naszym oddziałom dostarczają fałszywych rozkazów. Niewiele brakowało, aby ofiarą samosądu stał się mężczyzna, świecący sobie latarką, który na swoje szczęście został zidentyfikowany jako Polak - patriota. Przestrzegano się przed podnoszeniem z ziemi, zrzucanych przez samoloty atrakcyjnych przedmiotów, jak wieczne pióra, latarki, broń krótką, które wybuchały w rękach. Aby nie pogubić się w tłoku i rozgardiaszu, skupiliśmy się tuż przy wozie, powożonym przez Henia, mnie i Basię matki trzymały mocno za rękę. Także Reksiu, z podkulonym ogonem, dreptał blisko przy nas. Na długości 2-3 km. przed rzeką stał rząd wozów, oczekujących na przeprawę. Drewniany prom obsługiwał jego właściciel z dwoma synami, przy pomocy ogromnych żerdzi.

      Gdy zbliżyliśmy się do rzeki, nagle rozpętało się piekło. Eskadry niemieckich Junkersów atakowały bombami oraz ogniem działek pokładowych i karabinów maszynowych polskie pozycje umocnione nad Wartą. Strzelała do nich nasza artyleria przeciwlotnicza, chwytając reflektorami w stożek poszczególne maszyny. - Dostał, dostał, trafiony! - wołano, gdy nieprzyjacielski samolot, płonąc jak pochodnia, spadał do rzeki lub na okoliczne błonia.

      Jedna z fal nalotu zajęła się skupiskiem uciekinierów. Uderzały bomby rozpryskowe, siekły serie broni maszynowej. Byli zabici i ranni. Rozszalałe od wybuchów i błysków ognia zwierzęta gnały na oślep. Konie ciągnęły za sobą przewrócone wozy. Rozlegały się krzyki, lament, wołanie o pomoc. Po dłuższej chwili, zniechęcone celnym ostrzałem naszej artylerii, odleciały samoloty wroga. Na pobojowisku nie zachowała się kolejność oczekujących na przeprawę wozów. Prom przetrzymał jednak, przycumowany pod konarami drzew po drugiej stronie rzeki. Nasz "tabor" wyszedł cało z opresji. Roztrzęsieni psychicznie, doliczyliśmy się wszyscy - cali i zdrowi. Zajęliśmy znowu tym razem bliższe, miejsce w formującej się kolumnie wozów do przeprawy. Udała się nam niebawem wskutek niespodziewanego zbiegu okoliczności. Otóż wujek Rafał, który wcześniej już wiedział, że do niego przyjedziemy, od rozpytywanych w Kramsku uciekinierów dowiedział się, że posuwamy się w kierunku rzeki. Pożyczył od sąsiada konia z uprzężą i jadąc na oklep, udał się do przeprawy. Wsiadł z koniem na prom, którego właściciela znał dobrze, przepłynął na drugą stronę, po czym zaczął nas wypatrywać w licznej rzeszy uciekinierów. Dostrzegł nas szczęśliwie, było krótkie przywitanie, po czym doprzęgnięto konia do Kasztanki i ruszyliśmy bokiem do promu, który właśnie przybijał do brzegu. - Tomczak, tu Wasiewicz, ratuj mnie! zawołał wujek Rafał. Tomczak krzyknął coś do swoich synów, którzy podbiegli do nas, chwycili z obu stron konie za uzdy i wprowadzili umiejętnie wóz na prom. Przepłynęliśmy rzekę i znaleźliśmy się na terenie "za Wartą". Minęliśmy okopaną baterię dział p-lot, pozdrawiając naszych dzielnych artylerzystów. Po postoju w lesie za Świętem, dojechaliśmy do Kramska - akurat w czasie nalotu na stację kolejową. Nad czterema Dornierami krążyły nasze P-11, częstując napastników seriami broni maszynowej. Chociaż żaden z nich nie spadł, to zostały przepędzone, a zrzucone w ferworze walki bomby okazały się niecelne.

      Rozłożyliśmy się w izbie przygotowanej dla nas przez wujka Rafała. Było nas jedenaście osób, którym trzeba było "zorganizować" posiłki. Rozkładaliśmy na podłodze posłania do snu. - Jak długo będziemy tak koczować, jakie będą losy toczącej się wojny?

      W Kramsku, z którego ewakuowano władze miejskie i Policję, działała Straż Obywatelska. Pilnowała porządku i opiekowała się uciekinierami, głównie zapewniając im dach nad głową.

      W dniach 4 i 5 września nieprzyjaciel przełamał linię obrony nad Wartą. 6 września w Kramsku pojawiła się zmotoryzowana czołówka niemiecka, która odjechała po rozpoznaniu sytuacji. Po kilku dniach przybyło samochodem kilku Niemców z grupy operacyjnej policji (Einsatzgruppe), węsząc za miejscowymi patriotami, jako osobami niebezpiecznymi dla 111 Rzeszy. Zagrożony aresztowaniem, uciekł z Kramska wujek Rafał, były legionista, peowiak. Przygnębiła nas wiadomość, że 7 września padło, bohatersko bronione, Westerplatte. Wzrosły nastroje i nadzieja z wiadomościami, że nad Bzurą armie "Poznań" i "Pomorze" toczą zaciętą bitwę z 28 Armią nieprzyjaciela - pod kryptonimem "Słońce wschodzi". Uważano, iż los zmagań może się jeszcze przechylić na naszą stronę, gdy włączą się czynnie armie Anglii i Francji, które to państwa 3 września wypowiedziały Niemcom wojnę. Załamanie nastrojów spowodowała wiadomość, że 17 września Związek Radziecki napadł na Polskę, oraz następna, że 18 tego miesiąca rząd polski i dowództwo opuściła kraj. Czekaliśmy z rosnącym niepokojem na dalszy rozwój sytuacji. Gdy 28 września nastąpiła kapitulacja Warszawy zadecydowano powrót.

      Pojechaliśmy najpierw do Tuliszkowa. Zastaliśmy Babcię w zdrowiu. Był też wujek Kostek, który uciekł przed niewolą. Po dwóch dniach wyruszyliśmy do Kalisza. Spotkaliśmy po drodze innych, powracających uciekinierów. Przejeżdżały niemieckie samochody i motocykle wojskowe. Przy wjeździe do miasta, obok nowej tablicy z napisem Kalisch, stała "wacha". Żandarmi pobieżnie skontrolowali nas, jako tutejszych mieszkańców. Na niektórych domach przy Stawiszyńskiej i 3 Maja, gdzie usadowiły się organy okupacyjnego "ordnung", wisiały flagi z hakenkreutzem. Z ciężkim sercem zobaczyliśmy obóz jeniecki w hali targowej przy Rynku Dekerta. Przez ogrodzenie z drutu kolczastego przekazaliśmy naszym żołnierzom część przywiezionych zapasów żywności. Ponieważ w następnych dniach mieliśmy dobre zaopatrzenie w chleb u znajomego piekarza na Zawodziu, chodziłem z kilkoma bochenkami do hali. W podobny sposób wspomagali jeńców liczni kaliszanie.

      Mieszkanie nasze było zabezpieczone przez dozorcę domu, który poinformował Tatę, że Knochowa z I piętra, teraz folksdojczka, "podniosła głowę". Jej wnuk, teraz w Hitlerjugend, zaczepił mnie kiedyś na podwórku, pytając szyderczo: - No i co, Bodziu, gdzie twoje wojsko, gdzie twój Marszałek? Odpowiedziałem hardo: wrócą, wrócą. Skwitował to śmiechem. Odwzajemniłem mu się dopiero w połowie lutego 1945 r., gdy po kilkuletniej tułaczce powróciliśmy do rodzinnego domu. - I co, Guciu, gdzie twoja armia, gdzie twój Fuehrer? Milczał. Był wymizerowany. Mieszkał teraz z babką w suterenie. Moja mama podawała mu czasem coś do zjedzenia.

Bogdan Bladowski, Kaliszanie w Warszawie nr 28/29, maj 2001

Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej jest rodzina Płocińskich w osobach Iwony i Krzysztofa - rodziców, niekiedy razem z dziećmi: Mateuszem, Szymonem, Marią, Piotrem i Aleksandrą. E-mail: krisplo@op.pl
Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
© 1996-2016 by Płocińscy