Współczesny herb Kalisza Kalisz obwieszony zającami -  gawęda 
Tadeusza Frątczaka (1923-2000)

Kalisz obwieszony zającami - gawęda Tadeusza Frątczaka, seniora kaliskich architektów.

       Urodziłem się w Kaliszu w roku 1923. Moi rodzice zajmowali mieszkanie przy ul. Dworcowej dziś to prawie centrum miasta, wtedy to były jego peryferie, bo Kalisz wówczas kończył się mniej więcej przy zbiegu ulic Staszica i Górnośląskiej. Jako młodzieniec uczęszczałem do Liceum im. A. Asnyka, tzw. żab gdyż czapki noszone przez uczniów tej szkoły miały zielone otoki. Z ul. Dworcowej do gimnazjum szedłem równiutko 23 minuty. O autobusach oczywiście nie było mowy. Na trasie dworzec-centrum kursowały wprawdzie pojazdy konne, ale ja wyrabiałem sobie krzepę.
      Po drodze dołączali do mnie synowie kolejarzy (kolejarz to był przed wojną Ktoś) i wkrótce dużą grupą maszerowaliśmy do szkoły. Nie pamiętam, żebym się któregoś dnia spóźnił na lekcję. Rozmawialiśmy, rozglądaliśmy się po mieście; jak wisiały zające, to znaczyło, że święta już tuż tuż. Kalisz był zawsze w tym okresie obwieszony zającami. Każda szanująca się rodzina wywieszała za okno przynajmniej jednego upolowanego szaraka. Wisiał sobie taki zając na mrozie i kruszał. Zresztą wszelkiej zwierzyny było przed wojną pod dostatkiem. Takie na przykład kuropatwy kupowało się na pęczki i gospodynie przyrządzały z nich pieczyste. Do dziś czuję smak tej potrawy w ustach. Na tydzień przed Gwiazdką kaliszanki zaopatrywały się suto w jaja, masło i mleko. Każdy dom miał swoją niewiastę ze wsi, która przyjeżdżała z towarem i roznosiła go po mieszkaniach. Świeżutkie masło, jaja - bez tego nie można było zabrać się do wypieku ciasta. A ciast się wtedy piekło dużo. Gospodynie zamawiały u kaliskich piekarzy gorący piec i zanosiły blachy placków posypanych kruszonką. Piekarzy w przedwojennym Kaliszu było bardzo wielu. Moja mama chodziła do Tichera, który miał swoją piekarnię przy ul. Górnośląskiej i cieszył się dużym powodzeniem. Nie przypalił ani jednej babki! 

      Po ryby chodziło się nad kanał (tu, gdzie dzisiaj jest ul. Babina). Miał specjalne poprzeczne przegrody, żeby woda pogłębiła koryto. Na wysokości dawnej Straży Pożarnej (dziś targowisko koło Tęczy) znajdowały się skrzynie z tłustymi karpiami zatopione w wodzie. Właściciele tych skrzyń wchodzili na specjalne podesty i z góry nabierali rybę, tyle ile kto sobie życzył. 
      Świąteczny stół nie mógł być pozbawiony kiełbas. Każda rodzina zaopatrywała się w nie u "swojego" rzeźnika. My kupowaliśmy u Woltera. Jego sklepik połączony z warsztatem znajdował się przy u1. Górnośląskiej. Dla stałych klientów Wolter robił przed świętami specjalne salcesony, z których po przekrojeniu wyłaniał się najprawdziwszy herb Kalisza. Wędlin była przed wojną wielka rozmaitość. Moja matka kupowała po kilka plasterków z każdego gatunku a i tak uzbierała się z tego wcale pokaźna ilość. W sklepach kolonialnych nie brakowało cytrusów: banany, pomarańcze, mandarynki. Rodzice zawsze starali się nabyć tyle, by starczyło dla mnie i mojej siostry. Na co dzień tych kosztownych owoców raczej się nie kupowało. No, ale Święta Bożego Narodzenia... 
      Na kilka dni przed Gwiazdką należało pomyśleć o choince. Oczywiście naturalnej, nikt nie słyszał wtedy o plastikowych. Porządna, wysoka choinka kosztowała przed wojną 2 złote. Zielone drzewka sprzedawano na placach węglowych i w okolicach kuźni. Do nas, dzieci, należało ubranie choinki, toteż przed świętami każdy wolny wieczór poświęcaliśmy na klejenie łańcuchów z kolorowego papieru i zabawek ze słomy. Na koniec mama dorzucała zapasy z domowej spiżarni: czerwone małe jabłuszka i włoskie orzechy. Tak wystrojone drzewko stało w pokoju i czekało na pierwszą gwiazdkę, podobnie jak my. Kiedy w wigilię ukazywała się na niebie, mama zapalała na choince gęsto rozmieszczone świeczki. 
      Zaczynała się wieczerza wigilijna. Każdy dom, nawet mniej zamożny, starał się, by na stole znalazło się minimum 9 potraw. Najbliżsi składali sobie życzenia, wszyscy byli mili i serdeczni. A my, dzieciaki, czekaliśmy, aby kolacja dobiegła jak najszybciej końca. Chodziło oczywiście o prezenty. Na sygnał dany przez rodziców rzucaliśmy się pod pachnące drzewko i drżącymi rękoma odpakowywaliśmy prezenty. Podarunki były bardzo praktyczne: ciepły szalik, wełniany sweter, skarpety. Ze wszystkich bardzo się cieszyliśmy. Nie do pomyślenia było zrobić skrzywioną minę, to przecież rodzice nam je podarowali. A matce i ojcu należał się przed wojną najwyższy szacunek. O północy szliśmy na pasterkę do kościoła p.w. św. Rodziny na Rogatkę. Po drodze mijaliśmy kolędników, którzy śpiewali na całe gardło. Rekrutowali się z biedniejszych rodzin, a święta były okazją do zarobku. Pamiętam, że ludzie chętnie dawali im po parę grosików. 
     W pierwszy dzień świąt spacerowaliśmy po Kaliszu, oglądaliśmy wystawy sklepów. Najpiękniej były przystrojone księgarnie: Mikołaj na sankach pełnych książek - to dopiero była atrakcja! Sklepów przed wojną było bardzo dużo, najczęściej powiązanych z rzemiosłem. Jak szyld oznajmiał: "Jubiler", to z tyłu siedział jubiler i był do dyspozycji klientów, jak: "Rzeźnik", to kłaniał się od samego progu rzeźnik i zachwalał swój towar, jak: "Szewc", to zza lady uśmiechał się szewc i namawiał usilnie do kupna butów. 
      Kalisz w Boże Narodzenie był schludny i czysty. Kamienice miały swoich dozorców, którzy dbali o obejście. Nie do pomyślenia było, by potknąć się o kupkę nie uprzątniętego śniegu. Zresztą przyglądali się temu policjanci, jeżdżący na rowerach. Pamiętam, że w przedwojennym Kaliszu było ich czterdziestu, a porządek był jak się patrzy, żadnego chuligaństwa...
       Zimowe święta - podobnie jak teraz - były okresem wzmożonych ślubów. Pan młody musiał przystąpić do zaślubin koniecznie w nowych butach; gdyby poszedł w starych, zelowanych, to kumoszki natychmiast obgadałyby go. Nie, zdecydowanie w starych butach nie można było przed wojną stanąć na ślubnym kobiercu.
      Młodzież szkolna z okazji świąt miała kilka dni wolnych od nauki. Chodziliśmy wówczas na glinianki pojeździć na łyżwach i sankach. Największą popularnością cieszyła się cegielnia Młodeckiego (dzisiejszy Park Przyjaźni). Właściciel był wyrozumiały i pozwalał nam do woli nacieszyć się zimą. A zimy były wtedy dużo ostrzejsze niż teraz, zawsze było biało od śniegu. Jak już znudziliśmy się łyżwami, to szliśmy do Domu Kowalskiego pojeździć windą. Wprawdzie dozorca okazywał daleko idącą czujność i starał się nie wpuszczać obcych, ale jakoś udawało nam się dopaść windy. Hulaliśmy wtedy z góry na dół. Ten dom stanowił wielką atrakcję przedwojennego Kalisza, właśnie ze względu na posiadanie windy. Kiedy wracaliśmy do domów, po drodze przystawaliśmy przed domami, z których dobiegał głos spikera radiowego. Staraliśmy się z uwagą wysłuchać audycji - niewielu kaliszan miało wtedy odbiorniki radiowe. Przed kamienicą, z której rozlegał się donośny głos ustawiał się tłumek gapiów. Przed ratuszem stoi piękna choinka. Pamiętam, że taka sama pojawiała się przed nim już 60 lat temu... 

Notowała Małgorzata Rudowicz, Kalisia Nowa 12/97
fot. ze zbiorów Krzysztofa Płocińskiego, ulica Babina 

Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej jest rodzina Płocińskich w osobach Iwony i Krzysztofa - rodziców, niekiedy razem z dziećmi: Mateuszem, Szymonem, Marią, Piotrem i Aleksandrą. E-mail: krisplo@op.pl
Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
© 1996-2016 by Płocińscy