Współczesny herb Kalisza Hitler kaputt!
 

Wspominam tutaj głównie swój drugi powrót do rodzinnego miasta i domu - po okupacji hitlerowskiej, która zakończyła się dla mnie w Tuliszkowie, dokąd uciekłem z rodzicami i rodzeństwem wczesną wiosną 1940 roku, podczas masowej akcji wysiedleńczej. Pierwszy był powrót z wrześniowej ucieczki "za Wartę" przed postępującym w głąb kraju frontem, a raczej odosobnionymi ogniskami walk naszego wojska z najeźdźcą ("Kaliszanie" nr 28/29).

Chociaż nie doznaliśmy najcięższych ciosów, wspomnienia z tych blisko czterech lat są koszmarne - niechętnie je przywołuję. Było głodno i chłodno, wegetacja w norze mieszkalnej, upokorzenia i nieustanny lęk przed najgorszym. Taki zresztą był los milionów Polaków.

Przedłużająca się wojna, długi okres zniewolenia rodziły nastrój przygnębienia i pesymizmu, dopiero rok 1944 dawał nadzieję rychłego zakończenia niewoli. Wojujący, barbarzyński hitleryzm ponosił ciężkie straty. Ofensywa zachodnich aliantów (po wylądowaniu 6 czerwca w Normandii) osiągnęła w końcu roku linię Renu. Prawie równocześnie (22 czerwca) ruszyła ofensywa radziecka, która doszła do linii Wisły osiągając przedmieścia Warszawy. Nawet jednak optymiści w kręgu naszych znajomych na wygnaniu nie spodziewali się kolejnego uderzenia ze wschodu wcześniej niż na wiosnę przyszłego roku. Zaskoczeniem radosnym była zatem wiadomość, że już 12 stycznia 1945 r. nastąpiła kolejna ofensywa, "wiślano-odrzańska".

W miasteczku położonym na uboczu głównych szlaków komunikacyjnych, zwiastunami zbliżającej się klęski wroga były ciągnące dniem i nocą kolumny wozów konnych z uciekającą ludnością niemiecką. Czasami przejechał tędy, nie zatrzymując się, samochód wojskowy. Obserwowaliśmy niebo, na którym coraz częściej pojawiały się samoloty z czerwoną gwiazdą na skrzydłach. Ewakuowali się na zachód miejscowi urzędnicy niemieccy i różni funkcjonariusze okupacyjni. Pozostała jeszcze kilkuosobowa załoga żandarmów, którzy jednak nie patrolowali terenu.

W atmosferze ogólnego podniecenia przekazywano sobie wiadomości o błyskawicznych postępach ofensywy, wyzwalaniu kolejnych miast polskich. 17 stycznia została wyzwolona stolica Polski. Zbliżały się wojska l Frontu Białoruskiego.

Tej mroźnej nocy z 20 na 21 stycznia nie spaliśmy, nasłuchując kanonady artyleryjskiej i bombardowań lotniczych. Rankiem wyszedłem z domu kierując się w stronę Rynku. Było tam sporo mieszkańców, stojących jednak w bezpiecznej odległości od posterunku żandarmerii. Znajomy, weteran dwóch wojen światowych, powiedział do mnie nie zniżając bynajmniej głosu: "żandary uciekają, koniec okupacji!" Na dwie bryczki ładowali broń i bagaże. Dołączyłem do gromadki chłopaków, którzy podeszli bliżej. Miałem swoje porachunki ze szczególnie brutalnym żandarmem Hase (przed wojną "Zając"), który kiedyś, gdy nie zdjąłem przed nim czapki, co obowiązywało Polaków, ryknął: "mutze ab!" i wymierzył mi taki cios w głowę, że ja drobny chłopczyna wywinąłem kozła, a przez kilka dni miałem szum w uchu. Poprzysiągłem mu zemstę, a teraz on wymykał się bezkarnie. Zdawało mi się, że nasze spojrzenia skrzyżowały się. W tej chwili wydarzyło się coś niespodziewanego. Nieobliczalny Kaziek krzyknął, dostatecznie głośno, aby żandarmi usłyszeli: "Hitler kaputt!" Zdrętwieliśmy w naszej gromadce, cofnęli się ludzie stojący dalej. Żandarmi mogli nas poczęstować na pożegnanie serią ze szmajsera. Skończyło się na tym, że komendant pogroził nam pięścią wołając: "nicht kaputt, nicht kaputt!", po czym dał rozkaz odjazdu. A Kaziek stał się bohaterem tego dnia, opowiadano sobie o jego wyczynie w całym miasteczku.

Oddychaliśmy pierwszym powiewem wolności. Były jednak głosy, aby zachować ostrożność, Niemcy bowiem mogą powrócić, bądź cofać się będą oddziały Wermachtu. Rzeczywiście, około południa, maszerowało na obrzeżu miasteczka kilkunastu żołnierzy. Poszukiwali podwód konnych, lecz poprzestali na wyjaśnieniu, że wcześniej zostały zarekwirowane. Udali się pieszo szosą kaliską, gnani strachem. Nie uszli jednak daleko. Gdzieś na trzecim kilometrze skręcili z szosy do młyna wodnego "na Zuchale". Nie mogli gorzej trafić - w zabudowaniach kwaterował oddział partyzancki, przemieszczający się w strefie przyfrontowej na południe. Zaskoczenie było obustronne, lecz partyzanci pierwsi otworzyli ogień, co przesądziło o wyniku starcia.

O zmierzchu nadjechał od strony Konina zwiad radziecki, GAZ z sześcioma żołnierzami pod dowództwem lejtnanta. Zostali w Rynku radośnie powitani. Na pytanie: "u was Germańcy?" - starsi tuliszkowianie, znający język rosyjski z okresu zaboru, udzielili szczegółowych informacji. Po kwadransie zwiadowcy udali się w drogę powrotną, zapowiadając nadejście niebawem czołowych oddziałów armii. Nastała druga, nieprzespana noc. Rozmowy rodaków, przeplatane toastami: za zwycięstwo!

Następnego dnia od świtu przetaczała się zmotoryzowana kolumna. Odłączył od niej i został w miasteczku kilkuosobowy oddział porządkowy i regulacji ruchu. Wystąpiła też polska milicja pod samozwańczą komendą miejscowego watażki K., który najpierw zapowiedział zabezpieczenie sklepów i magazynów poniemieckich, jak się jednak miało okazać, oszabrował je ze swoimi ludźmi. Tylko też ten pierwszy dzień wolności rodzi przyjemne wspomnienia - euforia z gwałtownej zmiany rzeczywistości okupacyjnej. Młodzież uformowała samorzutnie oddział, maszerujący ulicami: śpiewaliśmy "Polonię". Później było już ponuro. Jeńcy niemieccy, maruderzy uciekający lasami i polnymi drogami, byli wyłapywani przez policjantów i zabijani na miejscu. Długo prześladował mnie widok trupów, dużych plam, nawet kałuży krwi na śniegu. Po kilku dniach dawali się we znaki żołnierze - wyzwoliciele, słychać było o gwałtach na kobietach, rabunkach w mieszkaniach. Rozbito bramę do miejscowej gorzelni. Żołnierze i mieszkańcy zapijali się do nieprzytomności, widziałem ich leżących pospołu na ziemi.

Przygotowaliśmy się do powrotu - gdy tylko "front się przewali". Pojawiły się, witane radośnie, oddziały zmotoryzowane Dywizji Kościuszkowców. Po kilkunastu dniach, jako pierwszy, bocznymi drogami poszedł do Kalisza mój starszy brat Marceli. Po jakimś czasie dobra wiadomość: zaczęła kursować kalisko-turecka kolejka wąskotorowa. Zenia, moja siostra, miała pozostać jeszcze na skromnym "gospodarstwie", a ja rankiem któregoś dnia powędrowałem z rodzicami do stacji w Grzymiszewie. Mieliśmy pecha, bo z odległości kilkudziesięciu metrów zobaczyliśmy odjeżdżający pociąg. Rodzice ocenili, iż nie zdążą, ja puściłem się pędem i wskoczyłem do ostatniego wagonu. Pomachałem rodzicom ręką - mieli bardzo zawiedzione miny. Bardziej domyśliłem się, niż usłyszałem, jak Mama woła: "uważaj na siebie!". W wagonie jechała kaliska rodzina - także do domu. Wymieniliśmy wzajemnie swoje, najczęściej przykre, wspomnienia z lat okupacji. Dopiero w południe dojechaliśmy do stacji końcowej w Kaliszu. Pasażerowie podążali Stawiszyńska, w dół "do miasta". Patrzyłem na jego panoramę. Gdy wracałem w październiku 1939 r., z ucieczki "za Wartę", było zniewolone przez okupanta. Teraz Kalisz był wolny! Ze wzruszeniem zobaczyłem na wieży ratusza powiewającą flagę biało-czerwoną.

Obok czołgu T-34, stojącego na poboczu ulicy, jego załoga śpiewała "Katiuszę". Zostali poczęstowani butelką, z której popijali kolejno. Gdzieś wisiała tabliczka z niemiecką jeszcze nazwą ulicy "Gnesen-strasse". Był też napis: "Pst... Feind hort mit" (wróg podsłuchuje), l już nowe napisy: "Hitler kaputt!". Narysowana niezgrabnie szubienica z powieszoną swastyką. Spotkałem żołnierzy z komendy wojennej miasta, z czerwonymi opaskami "KB" oraz polskich milicjantów w cywilnych ubiorach, z biało-czerwonymi opaskami, uzbrojonych w karabiny. Wśród tych ostatnich rozpoznałem znajomego z Majkowskiej. Ucieszył się z naszego spotkania i dał mi orzełka (bez korony), którego zaraz przypiąłem sobie do czapki.

U wylotu Skarszewskiej stała grupa kilku jeńców - żandarmów i policjantów, eskortowanych przez żołnierzy K.B. Ze zdumieniem rozpoznałem wśród nich mojego osobistego wroga. Zatrzymałem się i z drugiej strony ulicy zawołałem go nazwiskiem niemieckim i polskim: "Hase, Zając!" Drgnął i spojrzał na mnie przestraszony. Pomyślałem, że jak podejdę do eskorty i powiem co to za gagatek - rozwalą go na miejscu z pepeszy. A przecież i tak nie ma szansy na przeżycie - będzie "czapa". Udałem, że nie słyszę, co mówi do mnie jeden z żołnierzy eskorty i oddaliłem się spiesznie.

Mosty Stawiszyński i Warszawski zostały wysadzone przez Niemców 22 stycznia, bezpośrednio przed szturmującymi miasto czołgami 708 Samodzielnego Batalionu Łączności. Kilka z nich zostało trafionych z działa przeciwpancernego, okopanego u wylotu Placu Kilińskiego. Następnego dnia natarcie radzieckie zostało wznowione przez brody na Prośnie w okolicy Majkowa. Kaliszanie wskazali wojsku niebezpieczne miejsca przepraw i punkty oporu wroga. Po krótkich, lecz krwawych walkach Kalisz 23 stycznia był wolny. Dzielnemu Batalionowi, z którego 317 oficerów i żołnierzy poległo tutaj, nadane zostało imię "Kaliski".

Skręciłem w Garncarską, potem w kierunku Łódzkiej, przeszedłem przez most Tyniecki i udałem się Niecałą do Śródmieścia. Babinka, jeden z kanałów Prosny, została zasypana przez okupanta w 1942 r., przy czym do jej koryta wrzucono na zniszczenie zbiory bibliotek publicznych i niektórych prywatnych po wysiedlonych mieszkańcach. Tę barbarzyńską akcję upamiętnia postument od strony Kanonickiej. Chociaż pilno mi było do rodzinnego domu, poszedłem dalej do centrum miasta. Rzucił mi się w oczy brak na Placu św. Józefa pomnika Czynu Zbrojnego, poświęconego poległym w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku oficerom i żołnierzom 29 Pułku Strzelców Kaniowskich. Został rozebrany przez okupanta. Zobaczyłem też częściowo zburzoną wieżę kościoła św. Józefa. Niemcy mieli na niej swój punkt obserwacyjny, który został zniszczony ogniem artylerii podczas walk o miasto. Szczególna natomiast była przyczyna uszkodzenia wieży Ratusza. Zawadził o nią skrzydłem niemiecki messerschmidt, kołujący nad miastem pod koniec okupacji, którego pilot chciał pokazać się na nieboskłonie swoim rodzicom tutaj zamieszkałym. Samolot rozbił się ostatecznie na Bankowej. Podczas walk o Kalisz w styczniu 1945 r. zbombardowany został, zapewne omyłkowo, przez radziecki samolot, dom na rogu Piłsudskiego i Narutowicza. Na pierwszej z wymienionych ulic zobaczyłem lezącą tabliczkę z niemiecką nazwą "Hindenburgstrase".

Wracając, spotkałem swojego kolegę szkolnego Jurka, który okupację spędził w Kaliszu. Opowiadał mi przeżycia okupacyjne, narzekając zwłaszcza na przymusową pracę w ciężkich warunkach, w dziecięcym przecież wieku. Tragiczną była wiadomość, że 19 stycznia w lesie skarszewskim rozstrzelano grupę członków AK. Powędrowałem do domu, na Majkowską. Mijałem przechodniów, tak jak ja ubogo ubranych, o wynędzniałych obliczach, z których jednak zniknęło piętno lęku przed znienawidzonym wrogiem.

Drzwi naszego mieszkania, przed którymi stanąłem wzruszony, otworzył mi Marceli, zdziwiony że jestem sam. W mieszkaniu było przyjemnie ciepło, brat napalił w piecu kaflowym, był zapas opału w drwalniku. Zostało ogołocone ze wszystkiego, z wyjątkiem umeblowania, przez ewakuującą się rodzinę niemiecką. Nie było jeszcze elektryczności, więc siedzieliśmy wieczorem przy zapalonym ogarku świecy. Pomimo utrudzenia, nie mogłem długo zasnąć po dniu bogatym we wrażenia. Następnego dnia poszliśmy "odebrać" rodziców na stację kolejki. Z zaciekawieniem słuchali naszych relacji.

W ciągu kilku następnych dni dowiedzieliśmy się, którzy ze znajomych powrócili z wysiedlenia, których wróg unicestwił. Spotkałem dalszych jeszcze kolegów szkolnych i tych z "naszego podwórka". Zosia Dębczak i Wiesiek Grzymski mieszkają w Warszawie i są ze mną w Klubie Kaliszan. Przyjechała na koniec kolejką Zenia, która poza resztkami skromnego dobytku, przywiozła, ku mojej radości, naszego wilczka "Amora". Byliśmy w komplecie, co w realiach tamtego czasu było szczęśliwym zakończeniem epopei okupacyjnej.

Były kłopoty z zaopatrzeniem w żywność. Znajomy piekarz na Starym Mieście dawał nam chleb. Próbowaliśmy wyprawami do okolicznych wsi "organizować" (tak się wtedy mówiło) coś do jedzenia. Podczas jednej z takich wędrówek, gdy brat i ja brodziliśmy po topniejącym śniegu, spotkaliśmy niespodziewanie żołnierza radzieckiego maszerującego polną drogą, z bronią i w pełnym oporządzeniu. Ujrzawszy nas, zawołał: "Zdrastwujtie! Znajetie kak na Berlin?" Była rozmowa i okazjonalna transakcja wymienna - za paczuszkę tabaki, puszka tuszonki.

Życie w Kaliszu powoli normalizowało się. Każde z nas trojga miało swoje plany kontynuowania, przerwanej na kilka lat, nauki. Ale to już inna historia.

Bogdan Bladowski
"Kaliszanie w Warszawie", nr 32/33, 2002 r.

Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej jest rodzina Płocińskich w osobach Iwony i Krzysztofa - rodziców, niekiedy razem z dziećmi: Mateuszem, Szymonem, Marią, Piotrem i Aleksandrą. E-mail: krisplo@op.pl
Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
© 1996-2016 by Płocińscy