Współczesny herb Kalisza Pamięć o dniach gniewu

    Pamięć o dniach gniewu

      3 września 1939 roku opuściły Kalisz ostatnie oddziały 25 Dywizji Piechoty, wysadzając mosty na Bernardynce i Swędrni. Niemcy wkroczyli do miasta 4 września rano, nie napotykając oporu. Wkrótce rozpoczęły się represje i rozstrzeliwania. Ale kaliszanie przetrwali. Wielu zachowało w pamięci wydarzenia z ostatnich dni sierpnia i pierwszych wojennych dni września 1939 roku. Naszymi rozmówcami są: Bronisław Trzeszczak, kapitan Wojska Polskiego w stanie spoczynku, oficer 29 Pułku Strzelców Kaniowskich w kampanii wrześniowej, po wojnie wieloletni dyrektor kaliskiego Liceum Pedagogicznego; Ryszard Tomaszewski, podporucznik Wojska Polskiego, mieszkaniec Kalisza od urodzenia oraz kapral Jan Ogilbo, który po 17 września przeszedł gehennę sybirskiej zsyłki oraz represji jako więzień polityczny po powrocie do kraju. 

      Z ogłoszenia z 24 września 1939 roku podpisanego przez von Capriviego, pułkownika i komendanta polowego dowiadujemy się, że czterech mieszkańców, między nimi Jan Stankiewicz, właściciel piekarni przy ulicy Pułaskiego, którzy wbrew rozkazowi wydanemu przez Naczelne Dowództwo Armii Niemieckiej nie oddali posiadanej broni, zostało przez sąd doraźny w Kaliszu skazanych na karę śmierci. Wyrok został natychmiast wykonany. 13 października aresztowano i osadzono w kaliskim więzieniu prezydenta miasta Ignacego Bujnickiego wraz z małżonką. Los prezydenta do dzisiaj nie jest znany. Kilka dni później na placu Świętego Józefa rozstrzelano proboszcza parafii w Choczu, księdza Romana Pawłowskiego. Pretekstem do aresztowania i stracenia była znaleziona podczas rewizji podrzucona amunicja. W tym samym dniu 18 września stracono i pochowano na nowym cmentarzu żydowskim (przy ulicy Podmiejskiej) 11 Polaków. Kalisz został wcielony do Rzeszy, zmieniono nazwy ulic, usunięto pomniki, zakazano używania języka polskiego w urzędach. W czasie okupacji wysiedlono z miasta około 30.000 osób, a na przymusowe roboty do Niemiec wywieziono 3723 obywateli. W listopadzie władze hitlerowskie zorganizowały getto dla ludności żydowskiej. 22 grudnia w lesie pod Winiarami rozstrzelano i pochowano w czterech zbiorowych mogiłach około 700 Polaków przywiezionych z więzień w Kaliszu i Ostrowie Wielkopolskim. Był to początek masowych egzekucji w lesie winiarskim, w którym do lutego 1940 roku rozstrzelano około 1100 osób.

Mobilizacja i wymarsz na front 

      Sytuacja polityczna, jaka wytworzyła się jeszcze w roku 1938, a więc po zajęciu przez Niemcy Czechosłowacji i niestety po naszej inwazji na Zaolzie, wskazywała, że spokoju nie będzie, że trzeba się mimo wszystkiego szykować, bowiem wojna jest nieunikniona. Ale w pierwszej połowie roku 1939, mimo bardzo nasilonej ze strony Niemców propagandy nadawanej przez radiostację wrocławską, życie w moim mieście toczyło się w miarę normalnie, bez negatywnych skutków dla przeciętnego obywatela. Byliśmy jednak nastawieni, że starcie jest nieuniknione - wspomina weteran drugiej wojny światowej, kapitan Bronisław Trzeszczak. W sierpniu udałem się z żoną i dzieckiem na wypoczynek do rodziców mieszkających w Pabianicach. Ale już w połowie sierpnia, jakby ponaglany wiadomościami radiowymi, wróciłem do Kalisza. 24 sierpnia otrzymałem indywidualną kartę mobilizacyjną do stawienia się w dowództwie pułku. Tu z przydziału służbowego wyznaczony zostałem na adiutanta dowódcy drugiego batalionu, który stacjonował w Szczypiornie. Adiutant to obecnie szef sztabu batalionu. Odpowiedzialny byłem za utrzymanie łączności, zaopatrzenie i inne ważne służby. Jednym słowem byłem prawą ręką dowódcy batalionu. Po przebraniu się w mundur oficerski wsiadłem na rower i zgłosiłem się w Szczypiornie. Tu w całej pełni trwała mobilizacja rezerwistów, sprzętu i koni. Batalion bojowy stanowił dużą jednostkę o ponad tysiącu ludzi, z pokaźną także liczbą wozów i koni. Mobilizacja trwała bardzo krótko. W ciągu dwóch dni, 25 i 26 sierpnia, byliśmy już gotowi do wykonywania zadań. Stawili się wszyscy, umundurowani i wyposażeni. W sobotę 26 sierpnia rano, po złożeniu na ręce kapelana pułku przysięgi pod pomnikiem legionistów, batalion odmaszerował na stanowiska bojowe do Pruszkowa nad Prosną, by wzmacniać rowy strzeleckie. 27 sierpnia z Pruszkowa przerzucono nas do Chełmc z zadaniem budowy umocnień na skraju Prosny od strony południowej. W Chełmcach byliśmy do 31 sierpnia. Wieczorny alarm zarządzony tego dnia przez dowódcę pułku płk. Floriana Gryla spowodował, że całą noc z 31 sierpnia na 1 września maszerowaliśmy poprzez Żydów, Sulisławice do Dobrzeca. Rano pięknie świeciło słońce. Na chwilę zatrzymałem się w szkole, w której kierownikiem był mój kolega. Wysłuchałem komunikatu radiowego, w którym ogłoszono, że wybuchła wojna, że Polska została zaatakowana, że broni się Westerplatte. Wprawdzie mieliśmy własną radiostację, lecz można ją było wykorzystywać wyłącznie dla celów bojowych za pomocą kodów.

      W Dobrzecu stacjonowaliśmy do 3 września włącznie, budując umocnienia na linii Biskupice-Dobrzec. W związku jednak z działaniami wojsk niemieckich, które zamierzały nas oskrzydlić, przyszedł rozkaz do wycofania się. I tak w nocy z 3 na 4 września batalion w pełnym składzie opuścił Kalisz już częściowo płonący, gdyż podpalano niemieckie sklepy. Czynili to dywersanci i osoby plądrujące je. Trasą poprzez Ceków maszerowaliśmy w kierunku Turku. Po 20 kilometrach marszu zarządzono odpoczynek na ubezpieczonym postoju w lesie w rejonie Karczemki. W tym czasie nadleciały niemieckie samoloty i z lotu koszącego nad szosą i lasem strzelały do nas. Udało się strącić jedną lub dwie maszyny. Na dowód tego wydarzenia żołnierze przynieśli mi kawałek metalu ze strąconego samolotu. 

       Nocami maszerowaliśmy do Turku, a dalej do Łęczycy przez Uniejów, Dąbie i Grabów Łęczycki. Pod Ozorkowem nasz żołnierz po raz pierwszy powąchał prochu. Potem była bitwa nad Bzurą, Brochów, gdzie w zabytkowym kościele ochrzczono Fryderyka Szopena, Puszcza Kampinoska i obrona Warszawy. Wzięty w stolicy do niewoli, sześć lat spędziłem w niemieckich oflagach. 

Tradycje żołnierskie i obywatelskie czyny 

      Ryszard Tomaszewski urodził się w roku 1923 w Kaliszu, w rodzinie, w której dzięki ojcu Wacławowi tworzyły się wojskowe tradycje, walczył bowiem jako legionista piłsudczyk. Na skutek odniesionych ran został inwalidą w wojnie bolszewickiej. Później, wcielony do 29 Pułku Strzelców Kaniowskich, po leczeniu w kilku szpitalach wojskowych trafił do Kalisza, gdzie zakończył rekonwalescencję w lazarecie zlokalizowanym w gmachu gimnazjum Anny Jagiellonki. Wacław Tomaszewski był w roku 1924 współorganizatorem Związku Inwalidów Wojennych RP w Kaliszu. Ryszard ukończył technikum mechaniczne im. Stanisława Staszica. Przed wybuchem drugiej wojny światowej społeczeństwo Kalisza brało czynny udział w kopaniu umocnień obronnych. Zbiórki odbywały się w kilku punktach miasta. Mój ojciec i ja oraz koledzy - Józef Karczewski (brat pisarki Wandy), Boniek Szymański (syn zastępcy naczelnika poczty), Józef Kościelak (syn ogrodnika z Nowego Światu), a także Jerzy Stasiakowski z Ostrowskiej stanęliśmy z innymi mieszkańcami na zbiórkę na placu teatralnym. Z orkiestrą i śpiewem maszerowaliśmy kopać okopy w Piwonicach i Żydowie - wspomina Ryszard Tomaszewski. Po wejściu oddziałów niemieckich do Kalisza, za przykładem wielu rodzin postanowiliśmy uciekać przed hitlerowcami. W Ciepielewie koło Liskowa zatrzymaliśmy się u rodziny. Z okolic młodzież udawała się w kierunku Turku. Chciałem do nich dołączyć, lecz matka na kolanach prosiła, żebym został z nimi. Powiedziała "Synu, nie uciekaj, zostań z nami. Jeśli zginiemy, to wszyscy razem". Zastosowanie się do prośby matki wyszło mi na dobre. Grupę młodych, z którymi chciałem uciekać hitlerowcy rozstrzelali pod Turkiem.

      Pierwszych żołnierzy niemieckich ujrzałem 6 września. Były to oddziały zmechanizowane. Bodajże 10 września wróciliśmy do Kalisza. Ojciec mój pracował przy rozbiórce domów przy ulicy Łódzkiej, ja natomiast, by uchronić się przed wysłaniem na roboty do Niemiec, podjąłem pracę przy budowie szosy łódzkiej na odcinku od więzienia do mostu tynieckiego na Swędrni. Po zakończeniu budowy szosy pracowałem w dwóch kaliskich cegielniach. Drakońskie zarządzenia niemieckie poniżały nas na każdym kroku. Musieliśmy zdać odbiorniki radiowe, a na ulicy czapkować wszystkim wrogim mundurowym. 12 grudnia 1940 roku dostałem pracę w kaliskiej "Pluszowni" (dzisiaj "Runotex"), w której byłem zatrudniony do wyzwolenia spod okupacji hitlerowskiej w styczniu 1945 roku. 

Po niewoli represje 

      W wyniku zawartego między ZSRR i Niemcami paktu o nieagresji, 17 września 1939 roku armia sowiecka zajęła wschodnie tereny Polski. Nastąpił podział stref wpływów (tzw. Pakt Ribbentrop-Mołotow). Uzgodniono między innymi zasady wspólnego zwalczania polskiej konspiracji niepodległościowej. Masowe mordy, zsyłki na Sybir, deportacje, ciężkie roboty dotknęły na polskich ziemiach zajętych przez ZSRR inteligencję, pracowników i funkcjonariuszy licznych służb państwowych, żołnierzy. Do dzisiaj mieszkają w Kaliszu osoby, którym udało się przetrwać i wrócić do ojczyzny. Skupione są w Związku Sybiraków. Wśród tych, którzy znaleźli się na "nieludzkiej ziemi", a mieszkają obecnie w naszym mieście lub w okolicy, Eugenia Pastuszek, sekretarz Zarządu Okręgu Związku Sybiraków wymienia między innymi: sędziwego Władysława Kisiela, Edmunda Publickiego ze Zbierska, Leokadię Morawińską, Jana Ogilbo. Jan Ogilbo pojawił się w Kaliszu niedawno, jednak od dawna działał w kole Związku Sybiraków w grodzie nad Prosną. Obecnie wraz z małżonką Bronisławą na stałe mieszkają w Kaliszu pozostając pod troskliwą opieką córki i zięcia, kaliskich pedagogów - Jadwigi i Jerzego Bartczaków oraz trojga dorosłych wnucząt. Jan Ogilbo mieszkał w dniu wybuchu drugiej wojny światowej w Wołkowysku na wschodnich rubieżach Polski (dzisiaj obwód grodzieński na Białorusi). 

      1 września 1939 roku zostałem wcielony do 14 Dywizjonu Artylerii Konnej, a już 28 września znalazłem się w niewoli sowieckiej. Nie udało się przedostać do Rumunii w ramach akcji internowania wojskowych do tego kraju. W grudniu 1939 roku Rosjanie zwolnili mnie i moich towarzyszy z niewoli. Wówczas zdecydowanie wyrażałem swój sprzeciw w związku z sytuacją, jaka wytworzyła się na wschodnich ziemiach polskich po ich zajęciu 17 września przez ZSRR. Za tak zwaną "propagandę" otrzymałem wyrok opiewający na 25 lat ciężkiego więzienia. Po obozach przejściowych w Kownie i Berezie Kartuskiej trafiłem do stancji Iżmorka nad mongolską granicą. Bez opieki lekarskiej, która zresztą nie przysługiwała skazanym, byliśmy przeznaczeni na stracenie. Podczas ciężkiej pracy w lesie w roku 1952 uległem wypadkowi, którego skutkiem było złamanie obydwu nóg. "Leczył" tylko sanitariusz. Później trafiłem do kuźni, w której oprócz lżejszej pracy miałem także więcej kontaktów z ludźmi i przez to wiadomości ze świata - wspomina Jan Ogilbo. Śmierć Józefa Stalina w marcu roku 1953 przyniosła pewną odwilż. Dzięki amnestii wyrok zmniejszono mi do 8 lat. Moja katorga skończyła się w roku 1955.

      Dopiero w październiku 1956 roku, po długotrwałych staraniach o dokumenty u władz sowieckich, wróciłem do kraju, do mojej rodziny, która wcześniej osiedliła się w Resku Północnym koło Łobza w Szczecińskiem. Oczywiście jako "człowiek stamtąd" i z "przeszłością" byłem represjonowany przez władze polskie. Połamane nogi i dwie przepukliny eliminowały mnie w staraniach o uzyskanie stałej pracy. Dzisiaj mam 87 lat i poważnie nadwątlone zdrowie. Jednak fakt, że mieszkam wśród swoich w Kaliszu ułatwia mi życie. Należę także do Związku Sybiraków i Związku Inwalidów Wojennych RP. 

Tadeusz Pniewski o sobie i Kaliszu 

      Czytelnik - kaliszanin poszukujący wspomnień osób, które były świadkami wydarzeń w grodzie nad Prosną przed wybuchem drugiej wojny światowej i w pierwszych dniach po wejściu do miasta oddziałów Wehrmachtu powinien trafić na książkę autobiograficzną Tadeusza Pniewskiego "Kalisz z oddali", wydaną w roku 1988 przez Towarzystwo Miłośników Kalisza. Autor, urodzony w Kaliszu, absolwent Gimnazjum imienia Adama Asnyka, a po drugiej wojnie światowej lekarz i szef stacji krwiodawstwa, w bardzo interesującej i przystępnej formie relacjonuje wydarzenia tamtych dni i lat. 

      "Na podkreślenie zasługuje to, że autor ustrzegł się tzw. opisywactwa, polegającego na mechanicznym rejestrze znanych z autopsji wydarzeń, ale ukazał je w perspektywie niejako podwójnej świadomości: dziecka i człowieka dojrzałego, który na epizody z dzieciństwa i młodości potrafi spojrzeć oczami człowieka znającego ich szerszy kontekst społeczny i historyczny - napisał w przedmowie do książki "Kalisz z oddali" profesor Edward Polanowski. 

      "Dies irae" (dzień gniewu) to rozdział książki Tadeusza Pniewskiego traktujący o wydarzeniach z końca lat trzydziestych. "Przed burzą", "Pierwsze dni wojny", "Wrześniowa tułaczka", "Bój pod Ożarowem" i "Okupacja - życie codzienne i ruch oporu" to tytuły podrozdziałów, w których autor jako wnikliwy obserwator i uczestnik wydarzeń wrześniowych dni roku 1939 przedstawia nie tylko opisy sytuacji, ale także uwagi, snuje wnioski. 

TADEUSZ KROKOS, Kalisia Nowa nr 9/2000
Na fotografiach: Bronisław Trzeszczak, Ryszard Tomaszewski, Jan Ogilbo

Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej jest rodzina Płocińskich w osobach Iwony i Krzysztofa - rodziców, niekiedy razem z dziećmi: Mateuszem, Szymonem, Marią, Piotrem i Aleksandrą. E-mail: krisplo@op.pl
Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
© 1996-2016 by Płocińscy