Współczesny herb Kalisza Okupacyjne wspomnienia Jana Pogorzelca  - mieszkańca Opatówka

 "Opatowianin" 10/62 Październik 1995

"Opatowianin" 11/63 Listopad 1995

"Opatowianin" 12/64 Grudzień 1995

"Opatowianin" 1/65 Styczeń 1996

"Opatowianin" 2/66 Luty 1996

"Opatowianin" 3/67 Marzec 1996

"Opatowianin" 4/68 Kwiecień 1996

"Opatowianin" 5/69 Maj 1996

"Opatowianin" 6/70 Czerwiec 1996

"Opatowianin" 7,8/71,72 Lipiec-Sierpień 1996

"Opatowianin"9/73 Wrzesień 1996

"Opatowianin"11/75 Listopad 1996

"Opatowianin"12/76 Grudzień 1996

"Opatowianin"1/77 Styczeń 1997

"Opatowianin"2/78 Luty 1997

 

Wojna zaczęła się 56 lat temu 1 września 1939 r. w piątek. O godz. 445 wojska niemieckie bez formalnego wypowiedzenia wojny, przekroczyły granice Polski. Już o godz. 540 samoloty niemieckie przeleciały nad Opatówkiem i zrzuciły bomby na tory kolejowe w pobliżu stacji Radliczyce i we wsi Zawady. Do Opatówka wojsko niemieckie wkroczyło w poniedziałek 4 września od strony Brzezin.

Zastało puste ulice, ponieważ ludność w popłochu opuszczała swoje domostwa i uciekała w kierunku Liskowa i dalej na północny wschód. Młodzi ludzie starali się dotrzeć do punktów zbrojnych, ale zarządzona w ostatniej chwili mobilizacja nie mogła przebiegać planowo i większość z nich nie dotarła do swoich jednostek.

Ludność cywilna uciekała z Opatówka i pobliskich wiosek na wozach, zabierając ze sobą dobytek, nawet zwierzęta gospodarskie, dołączając do niekończących się kolumn uciekinierów z Kalisza, Ostrowa, Pleszewa. Uchodząca przed najeźdźcą ludność cywilna utrudniała ruchy wojsk i była łatwym celem dla niemieckich samolotów, które zrzucały bomby i zniżając lot strzelały do uciekinierów.

Gdy okazało się, że ucieczka jest bezsensowna większość uciekinierów wracała do swoich domów. Niektórzy stracili najbliższych, wielu cały swój dobytek.

Tymczasem Niemcy po wkroczeniu do Opatówka zabrali się od razu do organizowania administracji niemieckiej obsadzając stanowiska urzędnikami pochodzenia niemieckiego. Opatówek został wcielony do Rzeszy, do tzw. Kraju Warty (Warthegau). Większość Niemców, od lat a nawet pokoleń mieszkających w Opatówku razem z Polakami, zapomniała nagle języka polskiego. Młodzież niemiecka wstępowała do organizacji Hitlerjugend, zaczęła nosić stroje organizacyjne i opaski ze znakiem hackenkreuz. Niektórzy dorośli nosili mundury i odznaki SA i SS. Zmieniono nazwy miejscowości w gminie Opatówek. Opatówek został przemianowany na Spatenfelde (łopatowe pole), Borów na Borgdorf, Tłokinia Nowa - na Neuesdorf, Tłokinia Kościelna - na Kirchendorf, Szulec - na Solec.

Do końca roku Niemcy przejęli wszystkie sklepy po miejscowych Żydach. Również sklepy i warsztaty należące do Polaków były przejęte przez Niemców. Zamknięto polskie szkoły. W kościele w Opatówku ksiądz mógł odprawić tylko jedna mszę św. w tygodniu - w niedziele po południu pod nadzorem Niemców. Ostatnia msza św. została odprawiona we wrześniu 1940 r. Niemcy aresztowali księdza Wieczorka, następnie wywieźli go do Dachau i zamordowali. Plebania została zajęta na posterunek żandarmerii.

Na początku 1940 r. wprowadzono nowy porządek w sklepach. Pojawiły się wywieszki "Żydom i Polakom wstęp wzbroniony" lub wyznaczono godziny wstępu do sklepów po zakupy potrzebne do codziennego życia. Mieszkańcy gminy, który posiadali radioodbiorniki, aparaty fotograficzne, maszyny do pisania, drukarnie i podobne urządzenia musieli je zdać w depozyt do Urzędu Gminy. Za ukrywanie tych urządzeń groziły surowe kary, z karą śmierci włącznie.

Polacy nie spodziewali się, że sąsiedzi, znajomi, koledzy ze szkoły mogą nagle stać się wrogami. Miejscowi Niemcy byli tym bardziej niebezpieczni, że doskonale znali środowisko, w którym żyli i umieli wskazać Polaków, którzy mogli się okazać niebezpieczni dla Rzeszy. W listopadzie 1939 r. nastąpiły pierwsze aresztowania. Ich ofiarami padli młodzi ludzie, patrioci, uczniowie kaliskich szkół: Jan Jabłkowski, Karol Świtalski, Władysław Brodziak - fryzjer, Stanisław Baran z Tłokini Wielkiej. 15 kwietnia 1940 r. nastąpiły kolejne aresztowania. Do obozów w Dachau i Mauthausen-Gusen wywieziono Kazimierza Banaszkiewicza, Zygmunta Gadzinowskiego, Kazimierza Kowalkiewicza, Kazimierza Leśniewicza, Leśniewskiego - kominiarza, Stefana Łowickiego, Piotra Olkiewicza, Aleksandra Wiewiórkowskiego, Mariana Wiewiórkowskiego.

Aresztowania, wywózki do obozów koncentracyjnych, więzień niemieckich, na przymusowe roboty i wysiedlenia trwały przez cały okres okupacji. Miejscowe władze przystąpiły do wyszukiwania rodzin posiadających jakiekolwiek pochodzenie niemieckie w celu wciągnięcia ich na listę volksdeutchów, oczywiście za ich pełną zgodą. Byli tacy, którzy starali się o wpisanie na listę, gdyż wiązało się to z licznymi przywilejami. Jednocześnie osiedlano rodziny niemieckie z Wołynia, z terenów znad Morza Czarnego (tzw. Czarnomorców) oraz Niemców z pobliskich kolonii niemieckich (Sobiesęki, Prażuchy, Kolonia Dębe). W ten sposób powiększono liczbę ludności niemieckiej.

W marcu 1940 roku, Żydzi z Opatówka zostali wywiezieni do obozu przejściowego w Kaliszu, który mieścił się w hali targowej (dziś "Tęcza"). Teren został ogrodzony na pół jezdni wysokim płotem i drutem kolczastym. Niemcy strzelali do wszystkich, którzy zbliżali się do płotu. Żydów wywożono stamtąd do gett w Łodzi i Warszawie, a następnie do obozów zagłady. Była to doskonale zorganizowana akcja zniszczenia narodu przez wyrafinowanych ludobójców - "rasowych nadludzi".

W marcu 1940 r. władze okupacyjne przystąpiły do niszczenia miejsc pamięci i kultu. Takich miejsc upamiętniających poległych w wojnach i powstaniach, zmarłych na cholerę, a także figur związanych z kultem religijnym w naszej gminie było wiele. W Opatówku rozebrano 4 figury, w Szulcu - 2 i 1 krzyż, w Michałowie I - 1 figurę, w Michałowie II - cmentarz choleryczny, figurę i 1 krzyż, w Michałowie IV - figurę, w Cieni I - figurę, w Cieni II figurę i krzyż, w Cieni III - figurę i krzyż, w Cieni Folwark - figurę, w Utracie - krzyż, w Zawadach - figurę, w Zdunach - figurę, w Tłokini Kościelnej - figurę i krzyż, w Tłokini Wielkiej - 2 figury, w Tłokini Małej - figurę, w Tłokini Nowej - figurę, na Zmyślance - figurę, w Borowie - 2 figury i 2 krzyże.

Tę barbarzyńską robotę wykonali rękami Żydów. Zrobiono to bardzo starannie i szybko z niemiecką dokładnością. Cegły z rozebranych figur oczyszczono i podwodami przewieziono na plac przy Urzędzie Gminy. Krzyże zostały porąbane i spalone. Obrazy i figurki świętych zostały potłuczone, wszystkie gruzy wywieziono na drogi, a miejsca po figurach i krzyżach starannie uprzątnięto i w wyrównano, by śladu po niech nie zostało. Niemcy postanowili rozebrać pomnik z popiersiem Józefa Piłsudskiego, który został zbudowany dla upamiętnienia odzyskania niepodległości przez Polskę. Pracę tę wykonali Żydzi. Jednym z inicjatorów budowy tego pomnika był Niemiec Herman Feicht. Dlatego obiecał Żydom nagrodę za odnalezienie i przekazanie w jego ręce butelki zamurowanej pod pomnikiem, w której znajdował się akt erekcyjny z jego podpisem. Żydzi znaleźli i oddali mu "kompromitującą" butelkę.

Po odebraniu Polakom sklepów i warsztatów rozpoczęło się wysiedlanie rolników. Akcja ta została szczegółowo przygotowana w wielkiej tajemnicy na czerwiec 1940 roku. Wywłaszczeniem objęto najpierw Opatówek, Borów, Szulec, Michałów I i II, Cienię I oraz Tłokinie: Wielką i Nową.

Punktualnie o godz. 11-ej do zaplanowanych gospodarstw podjeżdżały samochody, podwody, żandarmeria, wojsko, organizacje SS i SA. Wywłaszczanym rodzinom dawano pół godziny na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy: żywności na dwa dni, ubranie robocze i codzienne, pieniądze - od 20 do 30 marek na osobę. Pozostały dobytek zostawał dla nowo osiedlanych Niemców. Wywłaszczane rodziny w zaskoczeniu pod bacznym okiem Niemców niewiele mogły ze sobą zabrać. Do opuszczonych przez nich gospodarstw wjeżdżały rodziny Niemców. Cała akcja trwała godzinę. Wysiedlanych przenoszono do małych pomieszczeń w innych, na ogół mniejszych gospodarstwach i domach lub wysyłano do Arbeitzamtu w Kaliszu (obecnie Zespół Szkół Samochodowych przy ul. 3 Maja).

 Budynek był ogrodzony wysokim płotem i drutem kolczastym. Młodzież wysyłano na roboty do III Rzeszy, niektórych zabierała żandarmeria i słuch po nich zaginął. W tym czasie w Szulcu doszło do tragedii. Dzieci w rodzinie Spiżów rozpaliły ognisko, od którego zapaliła się stodoła. Wiatr wiał od wschodu, ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Spaliły się zabudowania we wschodniej części wsi od gospodarstwa Spiżów do gospodarstwa Klibrów. Niemcy nie ustalili przyczyny pożaru. Aresztowali rodzinę Spiżów, Balcerczyków i Klibrów. Wywieziono ich do obozu koncentracyjnego w Dachau. Niektórzy nie wrócili do domu po wyzwoleniu.

W Borowie bracia Konieczni nie zastosowali się do rozkazów okupanta i nie chcieli się pakować. Jeden z braci powiedział: "To nasze gospodarstwo, my się nie wyprowadzimy". Zbito ich do nieprzytomności i jak kłody wrzucono na wóz i zawieziono do Kalisza. Jeden z nich już nie powrócił po wojnie. Nie pomogły błagania o litość i płacz.

Terror i zastraszenie były jedną z metod wyniszczenia ducha narodowego Polaków. Wywłaszczenia odbywały się przez cały okres wojny. Po podboju Danii, Belgii, Holandii i po kapitulacji Francji Niemcy świętowali zwycięstwo. Przez godzinę dzwoniły dzwony, uruchomiono wszystkie syreny, oflagowano wszystkie domu zamieszkałe przez Niemców. Opatówek i pobliskie wioski płonęły czerwienią flag ze swastykami. Urządzono zabawy i festyny. Duma i buta niemiecka nie znały granic.

Polacy mogli patrzeć na to wszystko z ukrycia. Panował coraz większy terror, urządzano łapanki, wywożono młodych ludzi na roboty przymusowe. Tak mijał rok 1940.

"Opatowianin" 9/61 Wrzesień 1995

 

 W roku 1940 okupanci zamknęli kościół parafialny w Opatówku, uniemożliwiając Polakom praktyki religijne, a tym samym zgromadzenia pozwalające na kontakty między ludźmi. Na bramie kościoła umieszczono tabliczkę "Für Polen verboten" tzn. "Polakom wstęp wzbroniony". Od stycznia 1941 r. w naszym kościele odprawiano nabożeństwa co drugą niedzielę w godzinach popołudniowych (przed południem pastor p. Wende odprawiał nabożeństwa w Kaliszu) tylko dla Niemców - ewangelików. Później (wrzesień-październik 1942 rok) nabożeństwa odprawiane były co tydzień. Katolikom narodowości polskiej udostępniono sprawowanie praktyk religijnych w kościele parafii Dębe. Tę parafię władze okupacyjne (nie kościelne) powierzyły proboszczowi księdzu Gołębiowskiemu. Do kościoła, jedynego w tej parafii, przyłączono następujące okoliczne parafie: Opatówek, Tłokinia Kościelna, Rajsko, Koźminek, Lisków, Strzałków, Przespolew, Jastrzębniki, Blizanów, Borków Stary, Kokanin, Kosmów, Tykadłów, Kościelec, Jarantów, Zbiersk, Ceków, Stawiszyn, Goliszew i Dębe. Czyli ludność z 20 parafii musiała zadowolić się posługami kościelnymi w tym jednym niedużym kościele.

 Najtrudniejsze zadania miał ksiądz Gołębiowski. Musiał im jednak sprostać, zwłaszcza kiedy trzeba było udać się z posługą duchową do chorego. Miał ksiądz co prawda przydzielony motorower, jednak tym środkiem lokomocji nie było łatwo przemieszczać się jednemu duszpasterzowi po tak dużym terenie. Msze święte w kościele w Dębem odprawiał ks. Gołębiowski co niedzielę o godz. 11.00. Podczas tej mszy odbywała się spowiedź powszechna zbiorowa. Jeden ksiądz nie byłby w stanie wyspowiadać tak dużej liczby wiernych. Dzieci chrzczono po mszy świętej. Należy tu dodać, że wszystkie dzieci płci męskiej urodzone na terenach polskich, wcielonych do III Rzeszy, w czasie okupacji chrzczone lub rejestrowane w urzędzie stanu cywilnego - musiały mieć wpisane imię Kazimierz. Niemcy przy swojej dbałości w aktach, chcieli mieć w przyszłości rozeznanie, skąd kto pochodzi, zwłaszcza mężczyźni, którzy mogliby później - "w zwycięskim wielkim państwie niemieckim" - pełnić jakąś odpowiedzialną funkcję. Po tej dygresji, wracając do możliwości pełnienia praktyk religijnych i uczęszczania do kościoła w Dębem, trzeba podkreślić, że nie tylko ksiądz Gołębiowski, ale sami wierni mieli duże trudności.

 Mianowicie wszystkie drogi, prowadzące do Dębego były obstawione żandarmami, funkcjonariuszami SA lub SS oraz Hitlerjugend, którzy kontrolowali dokumenty i sprawdzali ludzi, wyłapując pod byle pretekstem na wywóz w głąb Niemiec, na przymusowe roboty. Kontrola polegała na sprawdzaniu zezwolenia na poruszanie się np. rowerem, jeśli ktoś jechał, czy posiadaniu tzw. Passierschein, czyli przepustki, jaką musiało się mieć, oddalając się dalej niż 5 km od miejsca zamieszkania.

 Dodać należy, że praktycznie uzyskanie takiego Passierscheinu było niemożliwe, wiec ludzie docierali do kościoła w Dębem polami, miedzy zbożami, żeby się nie narażać, co nie zawsze się udawało. Zaś drogi strzeżono i za byle wykroczenie stosowano nawet kary pieniężne - nie mniej niż 2 marki. Jeśli się chciało dowieźć dziecko do chrztu (najczęściej furmanką) trzeba było mieć przepustkę do kościoła na wyznaczoną godzinę chrztu i akt urodzenia z urzędu gminy. Były to nieodzowne formalności, gdyż kontrole żandarmów były bardzo skrupulatne.

Do kościoła w Dębem trzeba było (z Opatówka i nie tylko) przejechać przez most na rzece Swędrni i tam najczęściej stały posterunki kontrolujące furmanki i pasażerów. Zdarzało się, że nawet dziecko z becika trzeba było wyjąć i pokazać, że niczego więcej tam nie ma. Po takiej wyprawie do kościoła i powrocie do Opatówka, a wracało się najczęściej około godziny 14, kiedy to Niemcy szli lub jechali ze wsi bryczkami, ubrani nierzadko w mundury SA (brunatne) i SS (czarne) nadchodziły przykre refleksje: komu to teraz to nasza świątynia służy.

W 1943 roku do kościoła w Opatówku przyjeżdżał odprawiać nabożeństwa inny młody pastor. Pastor Wende opuścił po kryjomu Kalisz, przedostał się do protektoratu, osiedlił w Krakowie, tym sposobem uchronił swych synów od służby wojskowej w Wehrmachcie.

Szczególnie przykrym momentem było dla kościoła opatowskiego zrabowanie jesienią 1943 r. wszystkich dzwonów (były3) z wież kościoła. Tego haniebnego aktu dokonano z pomocą miejscowych volksdeutschów. Rozmontowania i zdjęcia dzwonów podjęli się dwaj opatowianie. Zrobiono to sprawnie i szybko. Dzwony zostały wywiezione do huty we Wrocławiu i przetopione - jak wówczas się mówiło na armaty, z których strzelano do narodu, którego były własnością. Taki los spotkał większość kościołów (prawie wszystkie), z których ten haniebny sposób rabowano dzwony i przekazywano je jako surowiec do produkcji na potrzeby wojska.

Podczas okupacji, mimo wszystkich represji, dzieci się rodziły, musiały być chrzczone: ludzie tradycyjnie garnęli się do kościoła, więc chętnie i często chodzono torami wąskiej kolejki na nabożeństwa do Dębego. Na to parafianie Opatówka skazani byli do końca wojny, bo kościół w Opatówku służył Niemcom. Ale ludzie też chorowali i umierali. Pochówku dokonywano prawie że ukradkiem. Trumnę na cmentarz przenoszono bocznymi uliczkami (z Zawodzia lub Michałowa czy Cieni - wąską uliczką, przy której teraz znajduje się Gminny Ośrodek Kultury i dalej między stodołami przez teren, na którym obecnie stoi pawilon handlowy) w otoczeniu kilku najbliższych osób, z małym krzyżykiem i święconą wodą w kieszeni. Nad mogiłą odśpiewano pieśń pogrzebową np. "Dobry Jezu...", ktoś z rodziny powiedział "Spoczywaj w pokoju..." i to była cała ceremonia.

"Opatowianin" 10/62 Październik 1995

 

Rok 1941 nie był pomyślny dla Polaków. Niewola przedłużała się, wydarzenia w Europie i świecie były korzystne dla Niemców. Kolejne podboje niemieckie w 1940 r.: Norwegia, Belgia, Luksemburg, w końcu Francja, spowodowały, że Niemcy czuli się w Polsce coraz pewniej. Nasilał się terror, aresztowania i wywózki do obozów koncentracyjnych. Młodych ludzi wywożono do Rzeszy na roboty przymusowe, dzieci na wsi zatrudniano od ósmego roku życia. O nauce polskich dzieci nie było mowy.

Jeden z opatowian Zygmunt Piotrowski wywieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu zorganizował wraz z kolegą obozowym ucieczkę. W czasie pracy poza terenem obozu zabił pilnującego ich wachmana i obaj więźniowie zbiegli. Dzięki wyjątkowej sprawności fizycznej i odwadze udało się Zygmuntowi Piotrowskiemu dotrzeć do Opatówka. Później udał się w kierunku Warszawy. Do końca wojny walczył w partyzantce przeciw Niemcom. Konsekwencją jego brawurowej ucieczki było aresztowanie jego rodziców i siostry (brat przebywał poza domem i został ostrzeżony przed grożącym niebezpieczeństwem).

Rodzina Piotrowskich została zamordowana w Oświęcimiu. W ten sposób na oczach więźniów Niemcy pokazali, jak będą karani wszyscy, którzy odważą się uciekać.

W Opatówku Niemcy czuli się coraz lepiej. Wytyczyli drogę prze środek miasteczka, przeprowadzili pod nią kanalizację burzową i utwardzili. W tym celu rozebrali stojącą na środku rynku remizę strażacką oraz kilka budynków na ulicy Starokaliskiej. Rozpoczęto także budowę drogi do lasu za Borowem oraz toru kolejowego prowadzącego od stacji do lasu. Budowę rozpoczęto w 1941 r. a w 1942 gotowy był wielki magazyn amunicji służący niemieckiej armii. Teren został zmeliorowany, wykopano studnię głębinową, doprowadzono linię elektryczną z własnym transformatorem. Wybudowano 6 domów koszarowych, każdy 64 m długi i 18 m szeroki. Cały teren o pow. 220 ha został ogrodzony i pilnie strzeżony. Wokół tego terenu wywłaszczano wszystkich rolników, rozebrano budynki a grunty przekazano gospodarstwom niemieckim. Zbliżanie się do ogrodzenia lub jego przekroczenie groziło karą śmierci.

Sztab wojskowy znajdował się w dawnej fabryce sukna (obecnie Muzeum Historii Przemysłu). W czasie budowie drogi do lasu w Borowie w miejscu, gdzie dziś znajduje się przystanek autobusowy, robotnicy natrafili na mogiłę zbiorową. Początkowo uważano, że pochowano tam zmarłych na cholerę mieszkańców Borowa. Po dokładniejszym sprawdzeniu okazało się, że w mogile pochowani byli żołnierze francuscy z Armii Napoleona. Pracy jednak nie przerwano, kości zostały rozrzucone po całym terenie wykopu, ziemię ubito, położono beton i dziś pamiętają o tym już tylko nieliczni mieszkańcy Borowa. Do prac budowlanych przywieziono 44 jeńców francuskich, 18 jeńców angielskich i 200 radzieckich. Obóz jeniecki został umiejscowiony między ulicą Ogrodową i Poniatowskiego, gdzie stały drewniane stodoły kryte słomą. Teren został ogrodzony drutem kolczastym i każda narodowość umieszczona była oddzielnie. Najgorzej traktowano jeńców radzieckich.

W 1943 r. wszystkich jeńców wywieziono w nieznanym kierunku. Zastąpiono ich żołnierzami radzieckimi gen. Własowa, którzy przeszli na stronę niemiecką. Żołnierzy ubrano w niemieckie mundury, tak, że wyglądali jak prawdziwi Niemcy, tylko rozmawiali po rosyjsku. Było ich około 450. Zostali skoszarowani przy magazynie broni w Borowie. Również w 1942 r. zbudowano kawałek betonowej drogi na ulicy św. Jana. Na końcu istniejącej do dziś betonówki wybudowano 4 duże drewniane baraki, w których zorganizowano warsztaty naprawcze i remontowe oraz magazyn sprzętu wojskowego. Z frontu przywożono uszkodzone rowery, buty, mundury, maski gazowe itp. Naprawiano je i z powrotem wywożono wagonami na front lub do kasacji jako surowce wtórne. Zatrudniano tam około 100 osób, które na początku pracowały po 8 godzin dziennie, potem 10,12, a w końcu 14 godzin dziennie i więcej, za tę samą płace. W budynku przy ulicy Kościelnej, gdzie ostatnio mieściła się Tkalnia, powstał duży magazyn żywnościowy, w którym gromadzono zboże i mąkę dla niemieckiej armii.

Tworzenie zaplecza zarówno żywnościowego jak i zbrojeniowego w Opatówku i okolicy było możliwe dzięki bliskości stacji kolejowej. Opatowianie mogli obserwować wojsko jadące na front wschodni. Były to nie tylko jednostki niemieckie, ale także żołnierze państw sprzymierzonych z Niemcami: Włosi, Rumuni, Słowacy uzbrojeni w sprzęt niemiecki i nadzorowani przez Niemców. Dziwiło nas tylko, dlaczego transporty żołnierzy tych narodowości były przewożone naszą linią kolejową, a nie bezpośrednio na front ze swoich terytoriów.

Im większe sukcesy odnosili Niemcy na froncie wschodnim, tym bardziej nasilał się terror wobec Polaków. Polacy mogli kupować żywność na kartki. Na tydzień Polak mógł kupić 2 kg chleba, 200 g mięsa lub przetworów mięsnych, 200 g cukru, 200 g masła lub margaryny. W sklepach, na ulicach, w instytucjach i zakładach pracy Polacy byli często znieważani przez Niemców. Minęły czasy, gdy wszyscy mieszkańcy Opatówka niezależnie od narodowości ryli razem, mieszkali, uczyli się, pracowali, działali w organizacjach kulturalnych i społecznych, a nawet pobierali się między sobą. Wojna obudziła w większości opatowskich Niemców nacjonalizm i nienawiść do Polaków.

"Opatowianin" 11/63 Listopad 1995

 

Trudności życia w warunkach okupacji miały wpływ na pogarszanie się stanu zdrowia Polaków. W Opatówku był gabinet lekarski, który mieścił się w zabytkowej "Cukierni". Tabliczki na drzwiach gabinetu informowały, że Polaków przyjmuje się tylko w nagłych przypadkach, Niemców bez ograniczeń. Lekarz mógł pomóc Polakowi, który uległ wypadkowi w zakładzie pracy, na podstawie specjalnej przepustki. O losie ofiar innych wypadków decydowała żandarmeria. Chorzy, zwłaszcza dzieci, mogli się zgłaszać do lekarza z przepustkami wydawanymi przez sołtysa lub urząd gminy. Zdobycie takiej przepustki było utrudnione i w praktyce chorzy byli pozbawieni jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. Niedostępne były także dla Polaków środki medyczne. Ludzie chorzy szli do pracy, co niejednokrotnie kończyło się śmiercią lub kalectwem.

W gabinecie przyjmował okulista - doktor Mąka. Przed wojną był cenionym lekarzem w Kaliszu. W czasie okupacji został pozbawiony pracy w kaliskim szpitalu i skierowany do Opatówka. Na stan zdrowia ludności polskiej duży wpływ miały ograniczenia żywnościowe dla Polaków wprowadzone przez okupanta. Na jedną osobę przypadały tygodniowo 2 kg chleba, 200 g tłuszczu, 200 g mięsa lub wędliny. W rzeczywistości jedynym dostępnym tłuszczem była margaryna, a cukier zastąpiono marmoladą z buraków lub brukwi. Takie przydziały żywności były niewystarczające, szczególnie dla ludzi pracujących fizycznie, a Polacy wykonywali głównie prace fizyczne.

Przydziały dla Niemców były znacznie większe. Na jedną osobę przypadały 4kg chleba, 0,5 kg mięsa, 0,5 kg cukru i 0,5 kg masła. Ponadto Niemcy mogli kupować podroby, kasze, ciastka, cukierki i czekoladę - też ograniczoną ilość, ale nie na kartki. Dzieci polskie mogły tylko oglądać słodycze.

Polacy zawsze byli pomysłowi. Wymyślili małe młynki do mielenia zboża podobne do maszynek do mielenia mięsa. W środku znajdowały się 2 tarcze z naciętymi frezami. W takim młynku można było zemleć do 5 kg ziarna w ciągu wieczoru. Młynki były pożyczane sąsiadom i znajomym. Z tak zmielonego ziarna, po przesianiu przez sito uzyskiwano mąkę, z której pieczono czarny chleb. Był to ratunek przed głodem. Należało tylko zdobyć ziarno żyta lub pszenicy. Ludzie pracujący w gospodarstwach wynosili ziarno w butach, kieszeniach, zawiązanych nogawkach spodni i w każdy możliwy sposób.

 Niepowodzenia Niemców na froncie wschodnim przynosiły dalsze zaostrzenie represji wobec ludności polskiej. Zniesiono przydział nafty, który i tak był bardzo mały - 0,4 l. miesięcznie. Naftę można było kupić na "czarny rynku" za żywność, ale tej Polacy nie mieli. Wymyślili wiec lampy karbidowe. Były to szczelnie zamknięte kawałki rur (średnicy ok. 10 cm, długości 15 cm) z cienkim palnikiem. Do środka wsypywano kilka kawałków karbidu i wlewano trochę wody. Następnie szczelnie zamykano tak skonstruowaną lampę i zapalano palnik. Lampa świeciła jasnym światłem, ale wydzielała nieprzyjemny zapach. Zdobycie karbidu nie było trudne i większość polskich rodzin spędzała wieczory przy tak zwanych "karbidówkach".

 W zakładach pracy przedłużono czas pracy do 10 a nawet 12 i 14 godzin. To prowadziło do wycieńczenia organizmów. Za niewielkie nawet objawy nieposłuszeństwa wywożono na przymusowe roboty do Rzeszy. Wywożono głównie ludzi młodych, zdolnych do pracy. Pozostawali ludzie starzy i dzieci. Zmuszano ich do pracy dla okupanta za darmo. Polacy byli obserwowani przez Niemców, a zwłaszcza volksdeutschów, którzy dobrze znali język polski. Niemcy chcieli się dowiedzieć, jakie wartościowe przedmioty posiadają Polacy i gdzie je ukrywają. Przygotowywano bowiem akcje rabunkowe.

Ich nasilenie nastąpiło pod koniec 1944 roku. W pierwsze święto Bożego Narodzenia od godz. 5 rano pukały do domów polskich "gwiazdory" - trzyosobowe grupy składające się żandarmów, funkcjonariuszy SS, HJ i żołnierzy gen. Własowa stacjonujących w Borowie. Zabierano wszystko, co posiadało jakąkolwiek wartość: złote obrączki, pierścionki, kolczyki, łańcuszki, krzyże z wizerunkiem Chrystusa, srebrne lichtarze itp. Wszystko dla wielkiej armii niemieckiej. Była to kolejna tragedia dla rodzin polskich, gdyż grabione przedmioty poza wartością handlową, stanowiły przeważnie cenne pamiątki rodzinne. Zabierano także ciepłą odzież, głównie kożuchy, futra, futrzane kołnierze, rękawiczki ze skóry, z wełny i mufki. Przykazano Polakom, by przynosili na żandarmerię wszystko, o czym zapomnieli lub ukryli. Niektórzy volksdeutsche proponowali Polakom przechowanie cennych przedmiotów, nic jednak nie wróciło do prawnych właścicieli, wszystko przepadło.

W sprawnym przeprowadzeniu grabieży wartościowych przedmiotów oraz innych akcji pomagali Niemcom kolaboranci, tzw. szpicle. W Opatówku było ich 8, w Cieni II - 2, w Trojanowie - 1. Później wszyscy ewakuowali się z Opatówka razem z Niemcami. Niektórzy zmienili nazwiska, osiedlili się w innych miastach, najczęściej na ziemiach zachodnich, gdzie nikt ich nie znał.

Pomimo różnorodnych represji stosowanych przez okupanta Polacy nie tracili nadziei na zakończenie strasznych dni okupacji. Niemcy nie zdołali zabić ducha narodu polskiego.

"Opatowianin" 12/64 Grudzień 1995

 

Rok 1944 był dla Polaków następnym rokiem okupacji, Niemcy robili wszystko, by złamać ducha polskiego. Wieść i nadchodzące z frontu wschodniego nie były dla nich pomyślne, dlatego ze szczególnym okrucieństwem tępili wszelkie objawy nieposłuszeństwa, wzmagała się ich podejrzliwość wobec Polaków. Zdarzało się, że Polak, który nie ukłonił się Niemcowi, był bity do nieprzytomności.

Pomimo środków ostrożności stosowanych przez Niemców, zdarzyła się w Opatówku historia, która zaskoczyła wszystkich, a Polakom dodała otuchy. W nocy z 19 na 20 stycznia 1944 r. wylądował na placu przed kościołem spadochroniarz. Skoczek musiał sprawnie manipulować spadochronem, by nie zawiesić się na wieży kościoła. Wylądował w miejscu, gdzie dziś stoi dzwonnica. Noc była jasna, księżyc w pełni. Po zwinięciu spadochronu skoczek zgłosił się na żandarmerii, która mieściła się na plebani. Podał się za pułkownika do specjalnych poruczeń. Posiadał odpowiednie umundurowanie, dokumenty i upoważnienia. Po przedstawieniu dokumentów przeszedł w towarzystwie dwóch żandarmów do sztabu wojskowego, który mieścił się w obecnym muzeum. Dowództwo sztabu zostało postawione na nogi. W sztabie poprosił o gorącą herbatę i posiłek, kazał doprowadzić mundur i płaszcz do należytego porządku. Następnie przejrzał dokumentację warsztatów przy ulicy św. Jana oraz magazynów amunicji w Borowie. Rano poprosił o samochód i w towarzystwie oficerów ze sztabu i dwóch, żandarmów przeprowadził inspekcję warsztatów i magazynów w Borowie. Tam wszyscy byli już uprzedzeni o specjalnej inspekcji. Własowcy prężyli się przed nim jak prawdziwi Niemcy. Po dokonaniu kontroli, przy obiedzie i pułkownik pochwalił dobrą organizację pracy i obiecał szybki awans sztabowcom z Opatówka. Następnie kazał się odwieźć na dworzec kolejowy w Opatówku i o godz. 1220 odjechał w kierunku Sieradza.

Godzinę później sztab wojskowy otrzymał telegram, informujący, że spadochroniarz podający się za niemieckiego pułkownika był angielskim szpiegiem. Natychmiast wysłano depeszę do Sieradza, ale okazało się, że nikt taki tam nie dojechał. Tego samego dnia znaleziono spadochron przy leśnej drodze w Rożdżałach, ale po skoczku nie było śladu.

Niemcy zarządzili dokładne poszukiwania. Zorganizowano specjalne patrole wojskowe i cywilne, obstawiono wszystkie drogi i ścieżki, sprawdzano dokumenty i rozpytywano, czy ktoś nie widział obcego podejrzanego człowieka. Niemcy starali się zbliżyć do Polaków, by czegoś się dowiedzieć. Nie mogli sobie darować, że w tak dobrze strzeżonym środowisku swobodnie działał angielski szpieg. Coraz większe niepowodzenia Niemców na froncie wschodnim i zachodnim skłoniły Niemców do wzmożonej czujności na swoim terenie.

W tym celu powołano drużyny przeciwpożarowe i do likwidacji innych klęsk żywiołowych. W Opatówku powołano 2 sekcje po 8 osób. Kierownictwo nad szkoleniem objął doświadczony strażak - miejscowy Niemiec - Józef Beksztajn. Zakłady pracy były na każdy alarm zobowiązane zwalniać swych pracowników - członków sekcji.

W Borowie powołano jedną sekcję ośmioosobową z odpowiedzialnym za szkolenie Niemcem z Wołynia Josefem Jegerem. W Cieni I ośmioosobową sekcję nadzorował Franz Feitrug, podobne sekcje powstały w Trojanowie i w Tłokini Wielkiej. Tam szkoleniem zajmowali się miejscowi Volksdeutsche. Drużyny bojowe powołane poza Opatówkiem składały się z knechtów, czyli parobków pracujących u Niemców. Ćwiczenia odbywały się w każdą niedzielę od godz. 7 do 11. Nikt nie mógł się spóźnić, nie było mowy o chorobie lub niedyspozycji. Wymagane było całkowite posłuszeństwo.

W czerwcu 1944 roku wytypowano 44 osoby z zakładów pracy, przeważnie ludzi w sile wieku, do kopania okopów w okolicach Włocławka. Ci, którzy mieli na utrzymaniu rodziny, otrzymywali diety od wojaka i byli robotnikami podległymi armii. Po miesiącu nienagannej pracy otrzymali 5-dniowe przepustki i mogli przyjechać do domu do rodziny. Wytypowanych do kopania okopów pracowników zakładów zastąpili żołnierze gen. Własowa, tak by wszystkie prace były wykonane w terminie.

W sierpniu 1944 roku wybuchło powstanie warszawskie, ale Niemcy nie mówili o tym ani słowa, gazety niemieckie także nie informowały o powstaniu. W późniejszym okresie pojawiła się w jednej z gazet notatka, że na ulicach Warszawy "Polnische Banditen" zakłócili spokój, za co ponieśli odpowiednią karę.

Polacy dowiadywali się jednak o powstaniu z różnych źródeł. Najwięcej od kolejarzy, którzy wiedzieli o powstaniu i o tym, że pociągi osobowe i towarowe omijały Warszawę. We wrześniu 1944 roku powołano wachty, czyli stróżów nocnych.

 Były to trzyosobowe grupy wyposażone w widły, kije i latarki, które można było zapalać tylko w razie zatrzymania i zidentyfikowania podejrzanej osoby. W takiej sytuacji stróże mieli obowiązek natychmiast zawiadomić niemieckiego sołtysa. W czasie wachty nie wolno im było palić papierosów, żeby się nie zdradzić.

To wszystko było na rękę Polakom pełniącym wachtę. Mogli swobodnie poruszać się po terenie po godzinie policyjnej, porozumieć się i przenieść żywność. Żywność najczęściej pochodziła z gospodarstw niemieckich, w których pracowali. Żandarmi nie przyjeżdżali w nocy na wieś, lecz w dzień do sołtysa po informacje.

Polscy stróże zachowywali jednak milczenie, mimo że nieraz spotykali w nocy nieznanych ludzi. We wrześniu 1944 r. Niemcy aresztowali 2 osoby z terenu gminy Opatówek: Franciszka Juszczaka z Cieni II (z rozmowy z nim dowiedziałem się, że przyczyną jego aresztowania było zgolenie wąsów) oraz Rafała Żarneckiego z 0patówka, który przewoził towary z magazynów przy ulicy św. Jana na dworzec kolejowy i po rozładowaniu okazało się, że na wozie pozostał jeden skórzany płaszcz. Obaj aresztowani zostali wywiezieni bez żadnej rozprawy do obozu w Łodzi - Radogoszczy.

Więcej o nich napiszę później. Po upadku powstania warszawskiego Niemcy znowu poczuli się panami sytuacji. Na przełomie września i października władze gminne postanowiły wysłać do kopania okopów najmłodszych Polaków - już od 10 lat. Zaczęli od pastuchów na wsi, którzy w tym okresie byli mało przydatni. Zarządzono stawienie się wszystkich chłopców w Opatówku, przed Urzędem Gminy. Ponieważ były to jeszcze dzieci, bauerzy u których pracowali, postanowili dowieźć ich podwodami, by nikt nie uciekł. Dowieziono około 100 chłopców.

Aż strach było patrzeć na te dzieci, które zamiast iść do szkoły, musiały ciężko pracować w gospodarstwach niemieckich, a teraz wysyłano je do kopania okopów. Żaden z tych młodych ludzi nie posiadał odpowiedniego ubioru - nie mieli ciepłych kurtek, niektórzy nie posiadali nawet czapek. Nikt nie miał odpowiedniego obuwia. Wszyscy byli obuci w trepy, tzw. holzschuhe, bo tylko na takie otrzymywali bezugsrecht czyli kartki. Nikt nie nosił skarpetek, tylko onuce, większe trepy były wypchane wiechciami słomy. Chłopcy zostali odtransportowani dwoma wojskowymi samochodami w okolice Warty i Uniejowa do Poddębic. Zakwaterowano ich w stodołach na słomie i sianie. Każdy otrzymał koc. Wstawali o 6 rano, na śniadanie dostawali chleb i czarną kawę, potem skromny obiad i na kolację znów chleb z czarną kawą. Ci, którzy nie posiadali czapek, otrzymali czapki wojskowe, tzw. polówki.

Kiedy nadeszły chłodne noce, chłopcy spali po trzech, czterech przykrywając się kilkoma kocami. W ten sposób chronili się przed zimnem. Praca przy kopaniu rowów była dla nich bardzo ciężka. Natomiast rodziny, jeśli nie były wysiedlone, mogły otrzymać przepustki i odwiedzić dzieci. Można było dojechać tylko rowerem, gdyż autobusy tam nie kursowały, pociągiem można było dojechać do Sieradza i stamtąd trzeba było pokonać jeszcze 40 km do Poddębic. Przepustki były wydawane tylko na jeden krótki dzień do godziny policyjnej, a jesienią godzina policyjna obowiązywała od 20. Rodzice bardzo martwili się o swoje dzieci. Jak sobie radzą? Co jedzą? Czy nie zamarzną w czasie mrozów i jak wrócą do domów? Wszyscy oczekiwali już końca wojny. Bali się, czy Niemcy pozwolą wrócić dzieciom do domów.

Tymczasem w Opatówku smutna jesień. Nadszedł Dzień Zmarłych, ale cmentarza prawie nikt nie odwiedził. Kończył się kolejny rok okupacji

"Opatowianin" 1/65 Styczeń 1996

 

Ostatnie dwa miesiące 1944 roku były dla okupantów niepomyślne. Sytuacja zmieniała się na niekorzyść Niemców. W połowie grudnia powołano w Opatówku komitet ewakuacyjny, w skład którego weszli dobrze znani Niemcy: Beksztajn, Fejcht, Dreszer, Brauer i inni. Pomimo zachowania ścisłej tajemnicy Polacy wiedzieli, że Niemcy przygotowują się do ewakuacji.

Przystąpiono do naprawy wozów i uprzęży końskiej. Miejscowi kowale mieli pełne ręce pracy. Na terenie naszej gminy było ich kilku: W Opatówku - Jan Mosiński, w Michałowie II - Stefan Górecki, w Tłokini Kościelnej - Włóka, w Zmyślance - Burdel, w Zawadach - Cebulski, w Porwitach - Łańduch. Kazano im wykonywać wszystkie zlecenia Niemców. Musieli dokonać przeglądu wozów, przygotować okucia skrzyń i dostosować je do tzw. frachtów, zrobić okucia kół i obręczy żelaznych ( nie było wówczas kół gumowych) oraz wiele innych prac. Kołodzieje przygotowywali i naprawiali koła, zaangażowano także zakłady ślusarskie. Plandeki do nakrycia wozów otrzymali Niemcy ze sztabu wojskowego znajdującego się w Opatówku. Wszystkie prace wykonywano w przyspieszonym tempie do końca grudnia 1944 roku.

Zachowanie Niemców w obliczu zbliżającego się frontu i spodziewanej ewakuacji było zaskakujące - byli bardzo spokojni, normalnie pracowali i utrzymywali w tajemnicy przygotowania do ewakuacji. Święta Bożego Narodzenia przebiegały spokojnie, ale w polskich rodzinach z nadzieją, że to ostatnie święta pod okupacją. W pierwszych dniach stycznia 1945 r. zebrał się komitet ewakuacyjny. Omówiono przygotowania do wyjazdu. Polecono wszystkim Niemcom mieszkającym na wsi zemleć po 200 kg pszenicy na mąkę, pozwalano zabijać świnie - nawet po dwie sztuki. Gospodarze, którzy nie mieli wyrośniętych świń, pożyczali od sąsiadów lub rodziny. Zabijano także drób. Wszystkie te przygotowania były prowadzone w tajemnicy przed Polakami, ale Polacy doskonale o nich wiedzieli.

Termin ewakuacji nie był znany, ale wszystko było przygotowane do wyruszenia w każdej chwili: wozy przykryte plandekami, osznurowane, opatrzone, żywność i odzież, najcenniejsze i najpotrzebniejsze przedmioty zapakowano w worki. Wszystko to było strzeżone na podwórzach przez służbę. Ewakuacja nastąpiła 18 stycznia o godzinie 11 z Borowa. Jako pierwsi wyjeżdżali Niemcy z Michałowi I i II - 26 wozów, później z Cieni I, II, III i Cieni Folwark - 16 wozów, z Szulca - 18 wozów, Trojanowa, Zawad i Zdun - 20 wozów, wszystkie Tłokinie - 22 wozy, Borów i Zmyślanka - 26 wozów. Na końcu Opatówek - 24 wozy, 3 ciągniki, tzw. "pachajce" oraz samochód wojskowy z kuchnią polową.

W ciągu godziny kolumna wozów przejechała nie zatrzymując się w Borowie i skierowała w stronę Dębego i dalej na Konin. Niemcy poinformowali służbę, że wyjeżdżają na 5-6 tygodni i wrócą. Jeżeli w czasie ich nieobecności czegoś braknie lub nastąpią jakiekolwiek zniszczenia, wyciągną w stosunku do Polaków surowe konsekwencje.

Łącznie naszą gminę opuściło około 1000 osiedlonych Niemców na 152 wozach załadowanych dobytkiem, około 160 wozów z pełnym zaprzęgiem, około 550 koni. Niektóre wozy i konie zabierano na zapas pozostawiając gospodarstwa spustoszone, bez wozów i koni, co niezwykle utrudniało prowadzenie gospodarstw Polakom wracającym na swoje. Niemcy zabrali ze sobą wszystko, co było możliwe. Jako osiedleńcy na wsi i w Opatówku wszyscy posiadali akty osiedlenia, opis gospodarstwa, opis budynków, oszacowanie wartości. Mogli na remont tych budynków otrzymać kredyt hipoteczny. W gminie i u sołtysów znajdowały się dokumenty meldunkowe. Wszystkie te dokumenty Niemcy zabrali ze sobą. Nie pozostał żaden ślad po wywłaszczeniach i osiedleniu Niemców.

Dziś trudno jest udowodnić, kto i jak długo użytkował polskie gospodarstwa. W Dębem do kolumny Niemców z gminy Opatówek dołączyli Niemcy z gminy Rajsko i Koźminek. W ciągu pierwszego dnia przejechano około 100 km. Pierwszy postój nastąpił w Jankowie w powiecie konińskim, skąd uciekło kilku parobków. Pogoda nie sprzyjała Niemcom. Wiał północno-zachodni wiatr a temperatura w nocy spadała poniżej -20°C. Drogi były pokryte śniegiem, rzeki skute lodem. Mogli więc jechać na skróty przez rzeki i jeziora.

Często czytany w prasie, słyszymy w radio i telewizji o wypędzonych Niemcach. Z naszej gminy nikt ich nie wypędzał. Wyjechali sami, bez pożegnania, w tajemnicy, zacierając za sobą ślady. Nie wszyscy Niemcy wyjechali. Nieliczni, którzy nie mieli niczego na sumieniu, pozostali. Nikt im nie wyrządził krzywdy. Pojednanie nastąpiło szybko. Żyją wśród nas i cieszą się dobrą opinią. Cała kolumna wozów kierowała się na północny-zachód. Towarzyszył im silny wiatr i ostry mróz. Były przypadki zamarznięcia, przeważnie dzieci.

W połowie lutego 1945 r. kolumna dotarła nad Zalew Szczeciński, po drodze dołączały coraz większe grupy uciekinierów, blokując prawie wszystkie drogi. Tymczasem wojska radzieckie i polskie walcząc o Wał Pomorski były coraz bliżej. Najkrótsza droga ucieczki była przez zalew, który był zamarznięty. Niemcy chcieli jak najszybciej przedostać się na drugi brzeg. Nadmiernie obciążony lód nie wytrzymał i załamał się. Część ludzi z całym dobytkiem poszła na dno. Niektórym udało się przedostać i przeżyli.

Byli tacy, którzy w latach siedemdziesiątych przyjechali do Polski odwiedzić strony, w których mieszkali. Od nich dowiedziałem się o tragedii części uciekinierów. Niemcy zabrali do pomocy parobków z Polski. Część z nich także zginęła pod lodem, niektórzy przejechali zalew razem z Niemcami, do Opatówka już nie wrócili.

"Opatowianin" 2/66 Luty 1996

 

Zamieszkali w naszej gminie osiedleni Niemcy z rejonu Morza Czarnego i Bałtyckiego, ziem nadwołżańskich oraz miejscowi volksdeutsche wyjeżdżali w popłochu, bez pożegnania, pozostawiając prawowitym właścicielom ograbione, spustoszone gospodarstwa. W samym Opatówku zostały puste sklepy i mieszkania.

Ale wojna trwała. Zakłady produkcyjne pracowały a ich niemieccy kierownicy, którzy pozostali (rodziny wyjechały), zachowywali się tak, jak gdyby nie wiedzieli o zbliżającej się klęsce. W dniach 19 - 20 stycznia l945 r. wycofujące się wojsko Wehrmachtu, które miało tworzyć tzw. drugą linię zaporową wokół Kalisza, dokonało ostatecznej grabieży resztek pozostawionego inwentarza (krowy, świnie, drób).

Porzuconych przez uciekających Niemców gospodarstw nie mogli zająć prawowici polscy właściciele, gdyż byli rozproszeni w różnych miejscach, oddalonych od własnych domów. Nie było to nawet możliwe ze względu na przebiegającą w naszej okolicy linię frontu, który zbliżał się w bardzo szybkim tempie.

Już w nocy z 21 na 22 stycznia 1945 r. nadciągnęły od strony Koźminka wojska radzieckie, staczając bitwę na trasie. Marchwacz-Opatówek, która przyniosła bardzo duże straty zarówno w ludziach jak i w sprzęcie. Rankiem żołnierze radzieccy znaleźli się już w Opatówku. Wskutek tego Niemcy wycofali się w stronę Marchwacza i w lesie marchwackim zbierali resztki sił. A mieli za zadanie opanować Opatówek i tym samym otworzyć drogę do Kalisza, aby brać udział w obronie miasta.

Niemcy przypuściwszy drugi szturm na szosie Marchwacz - Opatówek zdołali wyprzeć z Opatówka wojska radzieckie. Te z kolei okopały się w parku i w lesie, starając się utrzymać wcześniej opanowany dworzec kolejowy. Z tych pozycji małe jednostki żołnierzy radzieckich nękały Niemców, uniemożliwiając im przejście do Kalisza. Nad Opatówkiem świstały kule przelatując z lasu w Józefowie do lasu w Opatówku i odwrotnie. Jednak nacierające od strony Koźminka wojska radzieckie zostały skierowane do Sierzchowa przez Borów i Tłokinię Kościelną na szosę kaliską na wysokości Zdun.

Działo się to w nocy 22-23 stycznia 1945 roku. Rankiem 23 stycznia Kalisz został wyzwolony. Cała ta operacja przebiegała w czasie 2-5 godzin. Najpierw przeszły kolumny czołgów, następnie jednostki zmotoryzowane, samochody opancerzone i jednostki różnego rodzaju broni. Na końcu jechali pojedynczy żołnierze na koniach, ale nie była to kawaleria. Jechali na oklep, każdy z nich miał na plecach automat lub tylko karabin oraz mieszek (worek) z amunicją.

Ta zaimprowizowana konnica (może rozbitkowie, których sprzęt w czasie działań został zniszczony, a konie zdobyczne) przemieszczała się tak samo szybko jak jednostki zmotoryzowane. Wojska te przekroczyły też linię kolejową w okolicach Trojanowa i Zawad, udając się w stronę Kalisza. W tym samym czasie podobne jednostki podążające od Koźminka skierowane zostały przez Nakwasin i Rożdżały na szosę turecką przecinając Niemcom drogę do Kalisza. Niemcy, odcięci i pozostający w Marchwaczu, chcąc za wszelką cenę dotrzeć w okolice Kalisza, zrezygnowali z przemieszczania się szosą i skierowali swe jednostki na rzeczkę Pokrzywnicę.

Poubierani w białe kożuchy, białe płaszcze, konie okryte na biało, wozy z białymi plandekami, czołgi i działa pomalowane na biało, uzbrojeni po zęby z pozycji rzeki rozpoczęli walkę o Opatówek. Wskutek tego wojska radzieckie zostały wyparte z niektórych ulic a także z dworca kolejowego w kierunku Szulca i Borowa. Podpalili magazyn z odzieżą i obuwiem (magazyn ten znajdował się tam, gdzie obecnie jest magazyn "Antracytu"). Ogromny magazyn (60 m dł. i 20 m szer.) kryty papą palił się tak mocno, że oświetlił całe przedpole wojskom radzieckim, atakującym od strony Szulca. Po paru godzinach Niemcy zostali z powrotem wyparci z dworca, ale od strony Tłokini wkroczyli do Opatówka. Wysadzili w powietrze most kolejowy, co już nie miało żadnego znaczenia strategicznego, ponieważ wojska radzieckie były już w Kaliszu wkraczając od Trojanowa, Zawad, Szałego. Niemcy zaś, po nieudanej obronie na linii Marchwacz-Opatówek, skierował i swe siły w kierunku Cieni I. Zaraz za cegielnią ruszyli w stronę Chełmc i z tego kierunku aż trzykrotnie atakowali Zawady, Szałe i okolice Piwonic.

Wszystkie te ataki zostały odparte przez armię radziecką. Po tej klęsce wycofali się w kierunku Grabowa a stamtąd pewnie w kierunku Wrocławia, do którego być może wcale nie dotarli. I tym sposobem Kalisz został wyzwolony bez zniszczeń. patówek na skutek tych wymienionych działań bardziej ucierpiał niż Kalisz. A jak wyglądał krajobraz po tych walkach? Na szosie od Szulca stało kilka, rozbitych radzieckich czołgów. Przy wjeździe do Opatówka (obok kuźni p. Mosińskiego - dziś narożnik ul. Łódzkiej i Buczka) stał rozbity radziecki czołg, pod którego gąsienicami leżał przyciśnięty jego dowódca: 5 osobowa załoga nie odstępowała swego dowódcy i maszyny. Na drodze od dworca kolejowego do kuźni około 20 ciał żołnierzy radzieckich i niemieckich porozjeżdżanych przez czołgi lub inny sprzęt wojskowy. Droga z Marchwacza do Opatówka zasłana była nie tylko trupami, ale i rozbitym sprzętem nierzadko pospychanym przez czołgi do rowów.

Trudno dziś oszacować straty, a i wtedy nikt ich nie policzył. Władze wyzwolonego Opatówka pod kierunkiem radzieckiego komisarza wojskowego w stopniu majora zarządziły pogrzebanie poległych w boju żołnierzy. Żołnierze radzieccy zostali pochowani przez swych kolegów we wspólnej mogile na rynku, w miejscu, gdzie obecnie stoi pomnik ku czci poległych Polaków w wojnie obronnej 1939 roku i zamordowanych w obozach koncentracyjnych. Poległych żołnierzy Wehrmachtu zbierano na całej szosie od Marchwacza do Opatówka. Zajmowali się tym volksdeutsche, którzy nie uciekli. Ciała ładowano na furmanki, przeważnie po 20 i więcej i przewożono na cmentarz w Opatówku, gdzie zostały pogrzebane we wspólnej mogile na cmentarzu ewangelickim. Zbieranie ciał trwało trzy dni, a wszystko to odbywało się pod nadzorem powstałej już Milicji Obywatelskiej. Ogółem z terenu północno-wschodniego gminy Opatówek, zebrano i pochowano w tych dwóch miejscach (wyżej wymienionych) około 150-200 poległych. W terenie południowo-zachodnim (Zawady-Szałe) pochówkiem zajmowała się gmina Podgrodzie Kaliskie i miasto Kalisz. Żołnierze radzieccy pochowani zostali na cmentarzu powstałym na tę okoliczność za Teatrem im. Wojciecha Bogusławskiego przy ul. Częstochowskiej. Nie wiadomo natomiast, gdzie pochowano żołnierzy Wehrmachtu. Wiadomo zaś na pewno, że wszystkie ciała żołnierzy niemieckich przy zbieraniu były już bez butów i pasów. W te części umundurowania zaopatrzyli się żołnierze radzieccy, którzy tę ogromną część kampanii przeszli nierzadko tylko w walonkach. W ten oto sposób dumni i butni wehrmachtowcy w swą ostatnią drogę poszli boso. We wrześniu 1994 r. nastąpiła ekshumacja żołnierzy armii niemieckiej z cmentarza opatowskiego na cmentarz w Miłostowie w Poznaniu.

"Opatowianin" 3/67 Marzec 1996

 

Działania wojenne w okolicach Opatówka w styczniu 1945 r. ominęły magazyny w Borowie. Dowództwo radzieckie wiedziało o nich, obawiano się jednak, że teren jest zaminowany i nie podjęto próby zajęcia tych magazynów. Niemcy składowali broń, amunicję i sprzęt wojskowy w różnych punktach na terenie lasu w bunkrach pomalowanych na kolor zielono-szary. Arsenału pilnowało około 400 żołnierzy gen. Własowa i 10 oficerów oraz około 100 Niemców.

Gdy zbliżał się front, próbowali oni wysadzić magazyny w powietrze. Na szczęście udało im się wysadzić tylko kilka bunkrów. Gdyby eksplodowała amunicja zgromadzona w magazynach, wówczas uległyby całkowitemu zniszczeniu okoliczne wioski.

Własowcy i Niemcy po wysadzeniu części magazynów zaczęli uciekać na północ w kierunku miejscowości Dębe. W Nakwasinie i Kobiernie wpadali w ręce żołnierzy radzieckich. Rosjanie rozstrzeliwali Własowców na miejscu jako zdrajców. Tylko niektórym udało się ukryć i uciec.

W pierwszych dniach wolności zaczęli wracać do swoich domów mieszkańcy naszej gminy. Już 25 stycznia przyjechali na czołgach i samochodach armii radzieckiej młodzi chłopcy wywiezieni do kopania rowów w okolice Poddębic, Uniejowa i Warty. Ponieważ w Opatówku trwały walki musieli opuścić pojazdy wojskowe w Szulcu. Wielu z nich było silnie przeziębionych, mieli poodmrażane uszy, nosy, nogi. Ratowali się okładając odmrożone miejsca śniegiem.

Niektórzy śmiałkowie przedostali się przez linię frontu do swoich domów. Starsi wracali, gdy front przesunął się na zachód. Wracali więźniowie obozów koncentracyjnych, którym udało się przeżyć. Byli bardzo wycieńczeni, niektórzy wkrótce umierali.

Powracający opowiadali o straszliwych przeżyciach obozowych, o prześladowaniach, głodzie, ciężkiej pracy i komorach gazowych. Wielu więźniów nie przeżyło. Rodziny niektórych pomordowanych otrzymywały paczuszki wielkości pudełka od zapałek z prochami z krematorium. Wrócił także Żyd, który w latach trzydziestych przyjął wiarę katolicką - Jakub Braun. Na początku wojny wyjechał z Opatówka i ukrywał się w Łodzi, w piwnicy domu siostry żony. Wejście do nieoświetlonej piwnicy znajdowało się w podłodze pod szafą, i tak przeżył prawie 5 lat nie wychodząc na zewnątrz. Po wojnie wrócił do Opatówka jako jedyny Żyd. O pozostałych brak wiadomości. Wszystkich wywieziono do obozów, gdzie prawdopodobnie zginęli.

Żołnierze niemieccy, którzy w wyniku działań wojennych dostali się do niewoli, byli transportowani na wschód. Przez Opatówek przeszło kilkanaście tysięcy jeńców niemieckich. Nie byli to dumni i butni pogromcy Polaków, lecz obdarci, brudni i głodni żołnierze. Przez dwa dni droga z Kalisza do Błaszek była zablokowana przez olbrzymi konwój jeńców niemieckich pilnowanych przez żołnierzy radzieckich. Konwój zatrzymał się na odpoczynek w Opatówku. Jeńców rozlokowano w Fabryce Mebli - w halach produkcyjnych i na placu oraz w majątku w Józefowie. Jeńcy byli tak głodni, że jedli nawet surowe ziemniaki. Często słyszało się wówczas słowa: "Hitler kaput". Po odpoczynku w Opatówku jeńcy dołączyli do konwoju. "Drang nach Osten" był tym razem przymusowy. O ile wiem, konwój doszedł do Sieradza, gdzie czekały pociągi z wagonami towarowymi, które wywiozły ich w głąb Związku Radzieckiego.

"Opatowianin" 4/68 Kwiecień 1996

 

W czasie okupacji w latach 1942-1945 Niemcy zatrudniali przy Urzędzie Gminy grupę około 40 osób, która wykonywała różne prace na terenie gminy. Byli to Polacy, wśród nich rolnicy, którzy nie zostali wywłaszczeni i w ramach szarwarku musieli nieodpłatnie odrabiać 5-10 dni w miesiącu. Niemcy uruchomili dla własnych potrzeb małą kopalnię torfu w Józefowie. Zatrudnieni robotnicy kopali tort szpadlami i przewozili taczkami na wyższy, suchy teren. Tam błoto było wyrabiane przez deptanie nogami i ubijane w specjalnych formach. Po wyjęciu z form, przekantowaniu brykiety były suszone i nadawały się na opał.

Była to bardzo ciężka praca wymyślona przez okupantów. Wykonujący ją Polacy pracowali niezależnie od pogody, niejednokrotnie tracąc zdrowie. Druga grupa była zatrudniona przy szlamowaniu stawu w Opatówku. Szlam z tego trzęsawiska wywożono nie bacząc na pogodę, także w słotne i zimne dni. Trzecia grupa wykonywała prace porządkowe na terenie Opatówka i przy odnawianiu rowów melioracyjnych i naprawie dróg.

Niemcy konsekwentnie prowadzili akcję germanizacyjną. Jedną z form tej akcji było tzw. Leistung-Polen. Niemcy proponowali młodym, ładnym i przystojnym Polakom i Polkom korzyści materialne, zwiększone kartki żywnościowe, talony na materiały ubraniowe, płace równe płacom Niemców, poruszanie się po godzinie policyjnej itp. W zamian za to młodzi Polacy byli zmuszeni wiernie służyć Niemcom i wykonywać ich rozkazy. Ci, którzy odmówili, byli wysyłani do Rzeszy na przymusowe roboty, do ciężkiej pracy w fabrykach lub wywożeni do kopania okopów.

W Opatówku akcja niemiecka była bardzo niepopularna, większość opatowian wolało wywózkę lub okopy niż służenie Niemcom. Wśród Polaków zatrudnionych przy Urzędzie Gminy w Opatówku był Jan Kordas, z zawodu rzeźnik. Przed wojną prowadził sklep masarski, był aktywnym członkiem Stowarzyszenia Rzemieślników Chrześcijańskich i cieszył się bardzo dobrą opinią w miejscowym środowisku. Jan Kordas nie mógł się pogodzić z utratą niepodległości przez Polskę, prześladowaniami Polaków i germanizacją.

W porozumieniu z właścicielem majątku Niemcem Konradem Wünsche, porucznikiem Wojska Polskiego przed wojną, postanowili utworzyć na terenie Opatówka konspiracyjną grupę Armii Krajowej. Organizacja miała na celu walkę z okupantem i przygotowania do zbrojnego powstania przeciw Niemcom. Zebrania członków organizacji odbywały się w domu Jana Kordasa i w innych miejscach. Spotykały się małe grupy, by członkowie organizacji jak najmniej o sobie wiedzieli. Do organizacji należało też wielu robotników zatrudnionych w majątku Wünschego, gdzie także odbywały się konspiracyjne spotkania. W 1944 roku do organizacji w Opatówku należało około 60 osób.

W lutym 1944 r. jeden z urzędników pracujących w Urzędzie Gminy, Adolf Ploetzke, ostrzegł Jana Kordasa przed niebezpieczeństwem aresztowania. Mimo to Jan Kordas nie zdecydował się na ucieczkę. Być może liczył na pomoc Konrada Wünschego. Przede wszystkim jednak obawiał się, że Niemcy zemszczą się na jego rodzinie. Na bieg wydarzeń nie trzeba było długo czekać. W nocy z 2 na 3 marca 1944 r. do jego domu wkroczyli żandarmi z nakazem aresztowania. Dwudziestoletni syn - Wiesław, który zawsze stał na straży w czasie tajnych zebrań uniknął aresztowania, ponieważ wcześniej został wywieziony do Poznania do pracy w fabryce. W rodzinie zapanował smutek i niepokój o los męża i ojca.

Żona aresztowanego - Jadwiga Kordasowa przejrzała sołecki kufer męża i spaliła wszystkie nieznane sobie dokumenty. Wkrótce nastąpiła rewizja, w czasie której nie znaleziono niczego podejrzanego.

Niemcy przewieźli Jana Kordasa do Kalisza. Stamtąd przewieziono go do więzienia przy ul. Roberta Kocha w Łodzi, skąd żona otrzymała 2 kartki pisane obcą ręką po niemiecku - z podpisem męża, zawiadamiające o dobrym zdrowiu i samopoczuciu. Tymczasem do rodziny dotarły wieści, że był bity i katowany. 11 września 1944 r. został przewieziony z łódzkiego więzienia do obozu koncentracyjnego Gross Rosen, gdzie został zamordowany 21.XI.1944 roku.

Rodzą się pytania. Jak doszło do aresztowania Jana Kordasa? W Jaki sposób Niemcy wpadli na trop jego działalności? Czyżby w organizacji był szpicel? A może doniósł któryś z konfidentów, którzy kręcili się po Opatówku i donosili Niemcom o wszystkich "podejrzanych" sytuacjach i osobach. Nakaz aresztowania został wydany przez łódzkie gestapo, które zdobyło notatkę z nazwiskiem "Kordas". Może łącznik przenoszący wiadomość wpadł w ręce gestapo i zdradził? Tego się prawdopodobnie już nigdy nie dowiemy.

"Opatowianin" 5/69 Maj 1996

 

W lipcu 1943 roku zostałem zatrudniony w Zakładach Koncentratów Spożywczych w Winiarach k/Kalisza. Właścicielem Zakładu był Alfred Nowacki. Zakład zatrudniał w tym czasie ok. 1500 osób. Byli to głównie Polacy.

Naczelnym dyrektorem był inżynier Karol Gerlicz - były właściciel fabryki "Prosna" w Kaliszu. Był on odpowiedzialny za całokształt produkcji. Dyrektorem do spraw technicznych był jego brat inż. Jan Gerlicz, głównym księgowym - Niemiec Jan Werner, ale cały zespół księgowych stanowili Polacy. Kierownikami poszczególnych wydziałów produkcyjnych byli także Polacy.

Czas pracy był nieograniczony. Jeżeli zachodziła potrzeba pracowaliśmy po 12-14 godzin na dobę, a nawet dłużej. Wśród pracowników było wielu wywłaszczonych chłopów, którzy nie zostali wywiezieni do Reichu, ale ponieważ stracili stałe zameldowanie byli zmuszeni koczować w stodołach, na strychach budynków i na innych podobnych miejscach, ponieważ stracili stałe zameldowanie. Z chwilą otrzymania stałej pracy mogli się zameldować, ale nikt ich nie pytał, w jakich warunkach mieszkają. A warunki te były często fatalne.

Wielu pracowników musiało dotrzeć do Winiar z odległych wiosek: ze Smółek, Ksawerowa, Kalinowej i Kobylnik, Sędzimirowic i innych - odległych nawet o 30 km. Na ich prośbę właściciel zakupił dla fabryki 200 rowerów i wypożyczał je dojeżdżającym. Alfred Nowacki udzielał także bezzwrotnej pomocy materialnej robotnikom, których spotkało jakieś nieszczęście. Dawał pracę ludziom, którym groziło wywiezienie do Niemiec na przymusowe roboty, a nawet takim, którzy obawiali się aresztowania.

W zakładzie były 4 wydziały produkcyjne. Jeden wydział produkował buliony w kostkach i przyprawę w płynie (po niemiecku zwane Circa). Kierownikiem (tego wydziału był Jan Trzeciak, a jego zastępcą Kazimierz Urbański z Tłokini Małej. Ze względu na opary kwasu solnego, który był używany przy produkcji przyprawy, praca na tym wydziale była bardzo szkodliwa dla zdrowia. Podstawowymi urządzeniami na wydziale były 4 kotły po 10 tysięcy litrów każdy. Kotły były wyłożone kafelkami umocowanymi specjalną zaprawą. Musiały być bardzo szczelne.

W kotłach gotowano surowce białkowe i roślinne: kazeinę, makuchy, mielone kości przywożone głównie z Wrocławia, tłuszcze zwierzęce i dodatki smakowe. Do produkcji używano kwasu solnego i sody kaustycznej. Przykre zapachy z tego wydziału rozchodził się w promieniu 3 km. Brak było odpowiedniej wentylacji, a wydział pracował na 3 zmiany, także w niedzielę i wszystkie święta.

Następny wydział nazywał się białą salą i produkował zupy o różnych smakach, proszki do pieczenia ciast itp. Na tym wydziale pracowały głównie kobiety i dziewczęta powyżej 10 lat. I tutaj praca była na 3 zmiany. Kierowniczką i głównym technologiem wydziału była Polka Halina Sztark, majstrami na poszczególnych zmianach były także Polki.

Praca na tym wydziale była lżejsza niż na innych wydziałach, dlatego starało się o nią wiele kobiet i młodzieży w wieku od 10 do 16 lat. Trzeci wydział - to była suszarnia. Zajmowała duże pomieszczenie, w którym znajdowały się 24 urządzenia - suszarnie. Każda z nich miała -3 m długość i 2 szerokości i pięć poziomów. Suszone produkty były przenoszone z piętra na piętro. Do obsługi każdej suszami potrzebni byli dwaj sprawni i silni mężczyźni. Wydział pracował na 3 zmiany i nie mogło być przerw w produkcji.

Suszono zarówno owoce jak i warzywa. Najpierw suszono truskawki, które były skupowane przez Kreis Genossenschaft w Kaliszu, potem maliny i owoce jagodowe. Susz był przeznaczony dla wojska, a jego dysponentem były szpitale wojskowe. Susz pakowano do worków i ładowano na ciężarówki. Zdarzało się, że papierowe worki pękały i wówczas przy zbieraniu rozsypanego suszu mogliśmy schować trochę do kieszeni. A susz malinowy był dla nas cennym lekarstwem przeciw przeziębieniom i grypie.

Na terenie zakładu był lekarz, ale nie udzielał zwolnień z pracy w razie choroby, musieliśmy więc sami bronić się przed chorobami.

Po zakończeniu suszenia owoców miękkich rozpoczynano suszenie gruszek i śliwek. Technologia suszenia była łatwiejsza, suszono bardzo duże ilości tych owoców. Od października do marca trwał susz ziemniaków. W sezonie przerabiano ponad 1600 t. surowca. Była to najcięższa praca na wydziale. Ziemniaki wsypywano do tzw. ocieraczek (bez przerwy pracowały 4 ocieraczki, a następnie kobiety zatrudnione w suszarni dodatkowo dokładnie oczyszczały każdy ziemniak. Następnie ziemniaki były sypane do krajalnicy, krojone w paski i blanszowane, czyli sparzone w blaszanych pojemnikach z otworami w gotującej wodzie od 10 do 13 minut. Sparzone ziemniaki podawano na sita suszarni.

Wykonywanie tej pracy było bardzo niebezpieczne - zdarzały się wypadki poparzeń. Warunki panujące w suszarni sprzyjały przeziębieniom.

Po wysuszeniu ziemniaki wyglądały jak kluski z pszennej mąki, były pakowane w papierowe worki. Każdy worek ważył około 15 kg. Suszone ziemniaki przeznaczone były dla szpitali i wojska.

Czwartym wydziałem była ślusarnia i oddział elektryczny. Ich kierownikami byli także Polacy. Kierownikiem ślusarni był Jan Kiełbasa, a oddziału elektrycznego Stanisław Kościelniak. Obaj współpracowali ze sobą bardzo solidnie, bo awarie zdarzały się często i musiały być szybko likwidowane. Najczęściej psuły się pompy i silniki elektryczne. Szybko wymieniano je na inne, sprawne, a uszkodzone naprawiano w warsztacie.

Naprawy były pracochłonne i zatrudniano przy nich najmłodszych robotników - dzieci od 10 do 15 lat. Pracowały one przy rozmontowaniu i czyszczeniu pomp dopasowywaniu części zamiennych i ponownym montowaniu. Młodzi uczyli się bardzo szybko i stali się niezastąpionymi pracownikami na tym odcinku pracy. Wykonywali nieraz nawet poważne naprawy pod nadzorem fachowców.

Kierownictwo zakładu przestrzegało zasady, by młodzież do lat 15 pracowała tylko 6 godzin dziennie. Niektórzy jednak zostawali dłużej, choć nie otrzymywali zapłaty za dodatkową pracę. Przyczyną były obiady, które otrzymywali wszyscy pracownicy. Obiady składały się z zupy z bulionem bez mięsa i suchego chleba. Robotnicy mogli jeść bez ograniczeń, ale nie wolno im było zabierać żywności do domu. Młodzi pracownicy mogli się najeść, ponadto na terenie zakładu czuli się bezpieczni.

W zakładzie na wszystkich wydziałach było zatrudnionych około 160 młodocianych pracowników i wszyscy mieli zagwarantowane 6 godzin pracy i było to przestrzegane, co było wyjątkiem wśród zakładów pracy w okresie okupacji.

"Opatowianin" 6/70 Czerwiec 1996

 

Produkcja zakładów żywnościowych w Winiarach była bardzo duża. Aby dostarczyć surowiec do produkcji i wywieźć wyroby gotowe potrzebny był sprawny transport. Zakład posiadał 12 samochodów z przyczepami, 6 ciągników z przyczepami, 1 samochód tzw. trzykołowy i 3 motocykle. Wszystkie te pojazdy były napędzane na benzynę lub ropę.

Ponieważ w warunkach wojennych brakowało tych paliw, więc wszystkie pojazdy musiały być przerobione na tzw. holzgas, czyli gaz drzewny. W zakładowym warsztacie szybko przerabiano i montowano 200 litrowe kotły na samochodach przy szoferkach. Kotły musiały być bardzo szczelne. Pod spodem znajdowało się palenisko zabezpieczone specjalnymi klamrami, tak by po rozpaleniu ognia nie doszło do wybuchu. Pokrywa była także szczelna zamknięta, gwintowana, zabezpieczona specjalną klamrą.

Do wytwarzania gazu w zainstalowanych kotłach używano specjalnych gatunków drewna. Musiało to być drewno najwyższej jakości; dębowe, bukowe, wiązowe bez kory pocięte na pile mechanicznej na kostki. Do kotła ładowano około 200 kg drewna i na takim paliwie samochód mógł przejechać około 400 kilometrów. Zależało to od trasy i od warunków klimatycznych.

Każdy kierowca musiał mieć w samochodzie zapas suchego drewna, co najmniej 200 kg. Kierownikami działu transportu byli Polacy: Targański i z-ca Biegański. Byli to wspaniali ludzie, gdyż wykorzystując swoje możliwości starali się, by pomagać mieszkańcom Kalisza i okolic w trudnych, okupacyjnych warunkach. Ludność była wygłodzona i jakakolwiek pomoc żywnościowa była bardzo cenna.

Produkcja zakładu szła pełną parą na wszystkich odcinkach. Przerabiano wiele tysięcy ton surowców na produkty żywnościowe. Potrzebne były olbrzymie magazyny nie tylko na terenie zakładu, ale również w mieście. Przejęto część magazynów kolejowych przy dworcu w Kaliszu, które należały do przedsiębiorstwa spedycyjnego Stępnia. To jednak nie wystarczało. Władze przeznaczyły na magazyn kościół św. Mikołaja przy ulicy Kanonickiej. Składowano tam surowce do produkcji bulionów; sól, sodę, kazeinę, a także wyroby gotowe.

Wyjazdy samochodów do magazynów w różnych częściach miasta umożliwiały kierowcom dostarczanie mąki, cukru i innych artykułów, mieszkańcom miasta. Kradziono całe worki, dowożono na umówione miejsca, nieraz na śmietnik. Kierownictwo transportu doskonale o tym wiedziało. Jednak w wyniku tej działalności musiały nastąpić braki w magazynach. Zabrakło około 100 t mąki i 60 t cukru. Magazynierzy znaleźli się w trudnej sytuacji, nie umieli się wytłumaczyć, nie mogli też rozpisać tych produktów na potrzeby produkcji.

W nocy z 25 na 24 października 1943 r. wybuchł pożar w magazynie, który mieścił się przy główny wejściu do zakładu. Mąka znajdowała się parterze, zaś cukier na I piętrze. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Ponieważ zdarzyło się to w nocy straży zakładowej prawie nie było.

Tego dnia panowała gęsta mgła, widoczność była tylko do około 10-20 m. Kiedy rano jechałem rowerem do pracy i skręciłem w lewo do zakładu, zamarłem w bezruchu. Na drodze stało pełno żandarmów i wojska. Wszystkich legitymowali. Jeśli do pracy - to raus, i wpuszczano nas na teren zakładu nie przez portiernię lecz bramą. Tu byliśmy poddani pod rozkazy straży wojskowej i straży zawodowej. Robiliśmy, co nam kazano. Trzeba było zabezpieczać pomieszczenia przyległe do magazynu. Ogień z palącego się magazynu przedostał się na dach. Zawalił się strop I piętra, razem ze znajdującym się tam cukrem. Ogień stawał się coraz silniejszy. Tymczasem w studni głębinowej zabrakło wody, co nigdy się nie zdarzało.

W gaszeniu ognia brała udział cała załoga, a akcją kierowali żołnierze z jednostki straży wojskowej. Około godz. 11 pożar został stłumiony. Mimo tego nie zwolniono pracowników, którzy pracowali na nocnej zmianie. Zaczęło się przesłuchiwanie kierowników działów i robotników. Jednocześnie przygotowano produkcję, tak, że zmiana popołudniowa rozpoczęła normalną pracę. Po wstępnych przesłuchaniach zwolniono po godz. 16 robotników z nocnej zmiany pod warunkiem, że stawią się do pracy na swoją zmianę. Wszystkich robotników pouczono, że w razie pożaru powinni zachować tajemnicę i nikomu nie rozpowiadać o wypadku. Do porządkowania zakładu po pożarze została zatrzymana grupa podwórzowa aż do odwołania. Grupie tej zapewniono kolację w stołówce, a o 1 w nocy - obiad i jedną godzinę przerwy w pracy na odpoczynek. Wszystkie przeszkody powstałe podczas pożaru zostały usunięte.

Wygospodarowano miejsce na cukier i mąkę w baraku, który znajdował się na placu przyzakładowym. Około godz. 10 nadeszły pierwsze dostawy cukru i mąki do bieżącej produkcji. W biurze szefa Nowackiego gestapo i specjalna komisja prowadziły przesłuchania w celu ustalenia przyczyn pożaru i wartości powstałych strat. Czasowo zatrzymano kierownika oddziału elektrycznego Stanisława Kościelniaka. Po długich i żmudnych przesłuchaniach komisja ustaliła, że pożar w magazynie powstał na skutek zwarcia instalacji elektrycznej.

Zwolniono wszystkich zatrzymanych, pod warunkiem, że nie będą się oddalali od miejsca zamieszkania. Pozostało do wyjaśnienia, jakie ilości cukru i mąki znajdowały się w magazynie w momencie wybuchu pożaru. Trzeba było przyjąć stany księgowe, gdyż kartoteki magazynowe również spłonęły. Po stopieniu się dużej ilości cukru, która wg stanów księgowych miała być w magazynie powinna pozostać duża ilość tzw. melasy. Tymczasem było jej niewiele. W końcu ustalono, że duża ilość mąki i cukru spłynęła z wodą podczas gaszenia pożaru.

W czasie śledztwa kierownik zakładu Alfred Nowacki podkreślał, że przyczyną pożaru nie mogło być podpalenie, że pracownicy są uczciwi i żaden z nich nie zdziałałby na szkodę zakładu.

Szybko przystąpiono do odbudowy spalonego magazynu, która trwała 2 miesiące. W odbudowanym magazynie stropy zostały zalane betonem. Produkcja szła normalnie, tak jakby nic się nie stało. Nie zaprzestano także pomocy żywnościowej dla mieszkańców Kalisza poprzez kierowców i zaufanych robotników.

Należy przyznać, że tym ludziom nie brakowało odwagi, ryzykowali własnym życiem. Wiedzieli o tym dobrze, bo większość widziała na własne oczy konwoje transportowanych Polaków do lasu w Winiarach na stracenie. Droga do lasu prowadziła obok zakładu. Konwoje wyglądały zawsze tak samo. Na czele jechał samochód z esesmanami w czarnych płaszczach i kapeluszach. Potem jechał samochód z żołnierzami, którzy przygotowywali miejsce egzekucji. Kolejny samochód wiózł skazanych i na końcu samochód osobowy z żandarmami uzbrojonymi w broń automatyczną gotową do strzału. Po dokonanej egzekucji starannie zabezpieczano ślady zbrodni. Ofiary powiązane drutem kolczastym musiały przyglądać się, jak oprawcy kopią im grób.

Nie ustalono, ile osób stracono w winiarskim lesie podczas wojny. Egzekucje odbywały się przeważnie dwa razy w miesiącu, prawdopodobnie na ustne polecenie komendy żandarmerii, bez sądu. Wszyscy widzieliśmy konwoje ze skazańcami, wiedział o nich także Alfred Nowacki. Droga do lasu prowadziła obok jego domu. Słyszał strzały i widział wracających oprawców. Wszyscy byliśmy bezsilni.

"Opatowianin" 7,8/71,72 Lipiec-Sierpień 1996

 

W lesie winiarskim okupanci przeprowadzali egzekucje raz lub dwa razy w miesiącu. Odbywały się one do końca 1944 r. Dokładnie nie wiadomo, kim były ofiary: prawdopodobnie członkowie ruchu oporu lub ludzie, którzy ze względu na swoją pozycję społeczną przed wojną mogli nimi być. Na pewno skazywano Polaków także za drobne przewinienia, takie jak posiadanie artykułów żywnościowych bez podania źródła ich pochodzenia czy brak pokory i uniżoności w kontaktach z Niemcami.

W okresie od listopada 1939 roku do lutego 40 roku w lesie w Winiarach k/Kalisza rozstrzeliwano więźniów przywożonych z Ostrowa, więzienia kaliskiego, Ostrzeszowa, Krotoszyna i innych miejscowości. Podczas ekshumacji przeprowadzonej w 1945 roku wydobyto szczątki 327 ofiar (dane na podstawie pracy zbiorowej pod redakcją Antoniego Czubińskiego pt. Zbrodnie hitlerowskie na Ziemi Kaliskiej w latach 1939-1945 wydanej w Kaliszu, 1979 r.)

Na początku 1944 r. nie działo się w zakładzie w Winiarach nic szczególnego. Polacy dowiadywali się o klęskach Niemców na froncie wschodnim i to pozwalało żywić nadzieję na zakończenie koszmaru wojennego. Tymczasem trzeba było żyć, by doczekać wolności. Na terenie zakładu w małym drewnianym budynku mieścił się niewielki sklep prowadzony przez Niemkę Ilzę Werner czynny w godz. 10-13 i 18-21.W kantynie, bo tak powszechnie nazywano sklep, można było kupić masło, niektóre tłuszcze, papierosy, pastę do zębów, pastę do butów i niektóre niezbędne do życia artykuły. Wszystko oczywiście na kartki. Niektórzy starali się zdobyć "na lewo" kartki niemieckie, na które można było kupić dobrej jakości papierosy i później wymienić je na mięso, masło i inne artykuły żywnościowe. Kierowniczka sklepu dostawała za taką "usługę" 5 marek i tak handel wymienny stał się nagminny.

Ludzie wydawali wszystkie swoje oszczędności, żeby jakoś przeżyć, ale trzeba było być bardzo ostrożnym, bo w razie wpadki groziła surowa kara. Żyli w niepewności i strachu, ale z nadzieją, że wojna wkrótce się skończy.

Pamiętam 3 lub 4 marca 1944 r. Dzień był pogodny, na niebie ani jednej chmurki. Około godziny 11 usłyszeliśmy ryk syren alarmowych w Kaliszu, włączono także syrenę zakładową. Ryk syren był tak straszny, że trudno sobie wyobrazić. Zatrzymano produkcję, wyłączono maszyny, robotnicy weszli do piwnic, a Niemcy pouciekali poza teren zakładu. Robotnicy podwórzowi, do których i ja się zaliczałem, schronili się pod wiatą. Po około 15 minutach usłyszeliśmy ryk samolotów, które przelatywały nad Kaliszem i Winiarami na wschód. Wyglądało to tak, jakby leciało wielkie stado gołębi srebrzących się na tle błękitnego nieba. Po przelocie pierwszej grupy samolotów po dziesięciu minutach pojawiła się druga.

Zastanawialiśmy się, dlaczego niemiecka artyleria przeciwlotnicza w Kaliszu i Ostrowie nie zaatakowała lecących samolotów. Później dowiedzieliśmy się, że samoloty leciały tak wysoko, iż były poza zasięgiem dział niemieckich. Jak się okazało i był to przerzut sił powietrznych w ramach współpracy Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Samoloty te startowały w Ottawie i lądowały w Moskwie na lotnisku Wnukowo i na innych lotniskach.

Dzięki dużej wysokości lecące samoloty mogły bezpiecznie przelecieć nad terenem Rzeszy Niemieckiej i krajów okupowanych przez Niemcy. Niebo nad Niemcami zostało opanowane przez lotnictwo alianckie, ale Niemcy nie dali po sobie poznać, że doznali tak wielkiej porażki. Około godziny 12 alarm został odwołany i wróciliśmy do pracy, tak jakby nic się nie stało.

Kilka dni później w godzinach popołudniowych pracowaliśmy przy załadunku ziemniaków z kopców. Nagle usłyszeliśmy eksplozję, tak silną, że aż nami zatrzęsło. Okazało się, że Niemcy robili próby z rakietami V-1 lub V-2 i jedna z nich spadła w Sierzchowie pomiędzy obecną remizą strażacką a sklepem. Powstał lej o średnicy około 15 m i głębokości 4 m. Prawie natychmiast przybyła żandarmeria i żołnierze Wehrmachtu, aby nie dopuścić miejscowej ludności do miejsca wybuchu. Zebrali pozostałe części rakiety i opuścili teren. W promieniu 100 m od miejsca wybuchu pozostały odpryski w postaci gwoździ, pociętych starych fajerek i innego żelastwa. Był to wybuch doświadczalny.

Cztery dni później w godzinach popołudniowych taka sama rakieta spadła w Rożdżałach. Wybuch zniszczył budynek szkolny, ale na szczęście nikogo w szkole nie było. Siła podmuchu musiała być bardzo duża, gdyż murowany budynek rozpadł się a rakieta spadła o 150 m dalej. Pozostał olbrzymi lej i resztki różnego żelastwa. Podobne rakiety spadły w lesie w Brończynie koło Błaszek. Doświadczenia były prowadzone przez dłuższy czas w różnych miejscach na terenie Polski. Rakieta miała być przystosowana do przenoszenia broni atomowej, do której wyprodukowania Niemcy się przygotowywali.

Niemcy wystrzeliwali rakiety V-1 na Londyn, powodując wielkie straty i zniszczenia w mieście. Alianci zmobilizowali wszystkie siły, by zniszczyć niebezpieczną broń. Udało się to dzięki Polakom, którzy nie tylko odkryli bazę doświadczalną pocisków V1, V2 w Peenemünde na wyspie Uznam, ale zdobyli całą rakietę V 2. Polscy naukowcy dokładni zbadali rakietę i wyniki badań przekazali aliantom razem z częściami rakiety.

To właśnie Polacy wykryli większość zakładów zbrojeniowych na terenie Niemiec i w krajach okupowanych przyczyniając się w dużym stopniu do zniszczenia tej broni. To również polskie dywizjony lotnicze broniły Londynu przed atakami rakiet. Pomimo niepowodzeń na froncie wschodnim Niemcy wierzyli w zwycięstwo, w którym miała pomóc nowa broń - rakiety bez pilotów, mogące zniszczyć każdy obiekt. Nawet silne lotnictwo nie było już w tej sytuacji tak ważne. Mówiono o tym w zakładzie na informacyjnych spotkaniach Niemców. Jednocześnie ostrzegano przed wrogiem. Na ulicach, na terenie zakładów, na murach, budynkach i wszędzie, gdzie było to możliwe wywieszano duże plakaty, przedstawiające mężczyznę ubranego na czarno w czarnym kapeluszu, który przykłada ucho do ściany. Napisy głosiły: "strzeż się wroga - wróg jest wszędzie". Takie plakaty wisiały także w Opatówku na budynku Urzędu Gminy, na domu p. Szalińskiego, na budynku byłej fabryki sukna. Dodatkowe napisy informowały, że w razie spotkania podejrzanej osoby należy natychmiast zgłosić to na żandarmerii lub zaufanej osobie np. sołtysowi.

W zakładzie praca trwała normalnie, ale utrzymywała się surowa dyscyplina, wydłużony był czas pracy i w ten sposób część-robotników była niepotrzebna. Wzmagane były wywózki na roboty przymusowe do Niemiec, nie ustawały łapanki, przeważnie łudzi młodych.

Przeznaczeni do wywózki na roboty byli doprowadzani do Arbeitszamtu przy obecnej ulicy 3 Maja w Kaliszu. Gdy zgromadzono odpowiednią ilość złapanych osób, to na stacji kolejowej w Kaliszu były przygotowane wagony towarowe (bramkarzy). Były to wagony z budką, w której siedział żandarm pilnujący transportu. Ludzi ustawiano czwórkami i prowadzono na dworzec. Niektórzy mieli przy sobie niewielkie tobołki, ale byli i tacy, których zabrano prosto z ulicy i nie mieli przy sobie niczego. Również ich rodziny często nie wiedziały, co się stało z najbliższymi. Do wagonu ładowano po 50-60 osób. Drzwi wagonów były zamknięte i okratowane, zasuwę na drzwiach dodatkowo mocowano grubym drutem. W dachach wagonów były niewielkie okienka. Tak przygotowane wagony z zamkniętymi ludźmi czekały nieraz wiele godzin na bocznicy na przyjazd pociągu. Uwięzieni ludzie przebywali w nich w ciasnocie i smrodzie bez żywności i picia. Takie widoki nożna było zobaczyć dwa razy w tygodniu. Tak Niemcy traktowali podbity przez siebie naród.

"Opatowianin"9/73 Wrzesień 1996

 

Polacy ciężko doświadczeni przez wojnę z niecierpliwością oczekiwali wiadomości o porażkach Niemców i zakończenia okupacji. Niektórzy potajemnie słuchali radia, czytali podziemną prasę i zdobyte wiadomości przekazywali innym. Bardzo ważną rolę w zdobywaniu i przekazywaniu wiadomości odegrali kolejarze, którzy z racji swego zawodu podróżowali po kraju. Przywozili najnowsze wiadomości z innych części kraju i interesowali się tym, co dzieje się w Kaliszu i okolicach. Zdarzało się nieraz, że pociągi towarowe były kierowane na bocznicę, by przepuścić transporty z wojskiem i sprzętem, wówczas kolejarze mieli czas, by kontaktować się z miejscową ludnością.

To przede wszystkim od nich dowiedzieliśmy się o przygotowaniach do powstania warszawskiego i porażkach Niemców. Kolejarze przekazywali zebrane wiadomości do protektoratu. Interesowały ich formy i zakres prześladowań a także doświadczenia z bronią V-1, V-2, zachowanie Niemców i volksdeutschów. Miejscowi Polacy wiedzieli nie tylko o pociskach, które upadały w okolicy, ale także o tych, które przelatując dalej odpalały pierwszy człon rakiety, czemu towarzyszył niesamowity huk i błysk.

W ten sposób funkcjonował przepływ informacji między Polakami zamieszkałymi tzw. Wartegau i tzw. Protektorat. Ustna droga przekazywania informacji była najbezpieczniejsza. W zakładzie praca toczyła się normalnie. Panował ład i iście niemiecka dyscyplina. Zawsze jednak była możliwość podzielenia się ze współpracownikami najnowszymi wiadomościami, które podnosiły na duchu i dawały nadzieję na zakończenie wojny.

Zbliżały się imieniny szefa zakładu - Alfreda Nowackiego (polski odpowiednik imienia Alfred - Wojciech). Ktoś zaproponował składkę na prezent dla szefa. Pomysł podchwycili pracownicy wszystkich wydziałów i za zebrane pieniądze zakupiono prezenty. W dniu imienin delegacje wydziałów od samego rana udawały się do domu Alfreda Nowackiego. Solenizant częstował wszystkich ciastem i herbatą. Tak się złożyło, że i ja jako pracownik grupy podwórzowej zostałem wytypowany do składania życzeń.

Tego dnia było bardzo dużo pracy. Trzeba było rozładować kilka wagonów soli i kazeiny w magazynie, który mieścił się w kościele św. Mikołaja - dzisiejszej katedrze. Worki z solą i kazeiną były układane w sztaple 5-cio metrowej wysokości i wyżej. Wchodziliśmy z workami po tzw. raflykach. Były to dwie zbite deski, nabite szpagami. Przypominały drabinę.

Po zakończeniu pracy wróciłem na plac podwórzowy. Kierownik Stanisław Pilarczyk poinformował mnie, że pójdę razem z Józefem Krzyżaniakiem, Stefanem Waszakiem i Marianem Andrzejakiem. Szybko umyliśmy się, wyczyściliśmy buty i zabraliśmy z magazynu wcześniej zakupioną palmę. Palma była duża, w pięknej drewnianej donicy i do willi szefa mieszczącej się około 50 m od magazynu musiało ją nieść 4 ludzi.

Do naszej delegacji dołączył kierownik gospodarstwa rolnego Józef Zimny i sekretarka naszego działu p. Sztark. Przed wejściem do willi czekał solenizant w towarzystwie żony. Kierownik złożył życzenia po niemiecku, ale szef powiedział, by powtórzył je po polsku, bo on zna język polski i tego dnia będziemy rozmawiać po polsku. Następnie zaproszono nas do stołu. Rozmawialiśmy i nasz kierownik często tłumaczył rozmowę żonie szefa, która nie znała języka polskiego.

Pamiętam, że Alfred Nowacki powiedział, że jeżeli ta wojna skończy się pomyślnie, to zakład, będzie miał duże możliwości rozwoju. Robotnicy nie będą już tułaczami, bo planuje się nie tylko rozbudowę zakładu, ale także budowę domów mieszkalnych po obu stronach szosy.

Przyjęcie odbyło się w miłej atmosferze, czas biegł szybko, zbliżała się godzina policyjna. Szef już wcześniej przygotował dla wszystkich przepustki, tak, że mogliśmy szczęśliwie dotrzeć do swoich miejsc zamieszkania. Następnego dnia wszyscy rozmawiali o przyjęciu imieninowym. Mogło ono się zdarzyć tylko w Winiarach, bo Nowacki nie bał się władz zwierzchnich. Tego typu spotkania z Polakami były zabronione, a ich organizatorom groziły ostre sankcje.

Na terenie zakładu dały się zauważyć pewne przygotowania, zwłaszcza w transporcie. Gromadzono paliwo, smary, różnego rodzaju oleje, ogumienie. Coraz częściej docierały do nas wieści o powstaniu warszawskim, które miało wybuchnąć w czerwcu 1944 r. Potem dowiedzieliśmy się, że termin został przesunięty na lipiec. O tym wszystkim donosili nam wspaniali kierowcy: bracia Woźniakowie, pan Biegański, Józef Janiak.

Tymczasem wywiad niemiecki wzmógł działania w celu zlikwidowania ogniw Armii Krajowej. Do organizacji przysyłano konfidentów, by rozbić ją od środka. W lipcu do Alfreda Nowackiego kontrwywiad niemiecki przysłał swojego człowieka w stopniu majora wojska polskiego. Agent zgłosił się w nocy na portierni i zażądał widzenia z szefem zakładu w pilnej sprawie. Początkowo Nowacki zawiadomiony telefonicznie przez portiera nie chciał przyjąć w swojej willi nieznajomego. Ponieważ jednak tamten był nieustępliwy Nowacki w końcu wyraził zgodę na spotkanie.

Agent przedstawił się jako polski major przerzucony przez dowództwo wywiadu z Londynu w celu organizowania pomocy dla akcji zbrojnej, która była przygotowywana w Warszawie. Nowacki nie zorientował się, że jest to podstęp. Przez 5 dni agent przebywał w jego domu. W tym czasie zastanawiano się, gdzie go umieścić. Proponowano w Opatówku u Wünschego, ale Wünsche nie chciał się zgodzić motywując odmowę tym, że ukrywa się u niego już 2 oficerów. Proponowane majątki w Żydowie i Dębem nie odpowiadały agentowi ze względu na utrudniony kontakt z Kaliszem.

Sam agent sugerował, że najlepiej byłoby mu w jednym z magazynów na terenie Kalisza. Magazynier Stanisław Skrzypek zaproponował magazyn w kościele św. Mikołaja. W zakrystii kościoła urządzono skromny pokoik z łóżkiem, z biurkiem i kilkoma krzesłami. Wyznaczał tam spotkania z członkami organizacji. Miał doskonałe warunki do działania, gdyż mógł od razu donosić o wszystkim na Gestapo, które miało klucze od magazynu. My pracowaliśmy w magazynie normalnie. Nie wiedzieliśmy wówczas o agencie. Zastanawiało nas tylko, dlaczego nie wolno się zbliżać do zakrystii. Tymczasem agent w krótkim czasie miał rozpracowaną całą organizację Armii Krajowej na terenie Kalisza.

"Opatowianin"11/75 Listopad 1996

 

O wybuchu powstania warszawskiego dowiedzieliśmy się z przecieków, gdyż w niemieckich środkach przekazu nie było ani słowa o tym, że w Warszawie trwają walki i powstańcy odnoszą sukcesy. Na naszym terenie członkowie konspiracyjnego podziemia oczekiwali rozkazu podjęcia walki zbrojnej. W zakładzie najbardziej zaangażowani w działalność podziemną byli kierowcy - bracia Woźniakowie, Biegański, Owsiak, mechanik - Jarek, niektórzy kierownicy działów oraz główny dyrektor - Karol Gerlicz. Spotkania odbywały się w małych grupkach. Przekazywano informacje, że jeszcze nie nadszedł czas walki zbrojnej, apelowano o szczególną ostrożność, zwłaszcza w kontaktach z nieznajomymi. Alfred Nowacki często wyjeżdżał na spotkania poza teren zakładu. Nie było jednak żadnych konkretnych rezultatów spotkań kierownictwa Armii Krajowej w Kaliskiem. Ktoś umiejętnie blokował wszelkie decyzje i skutecznie wpływał na hamowanie nastrojów antyniemieckich.

Tym kimś był agent niemiecki umieszczony przez samego Alfreda Nowackiego w kościele św. Mikołaja. Agent prawie codziennie organizował spotkania, w czasie których przekazywał rzekome wytyczne otrzymywane z Londynu o konieczności powstrzymywania akcji zbrojnej na naszym terenie. Potrafił wszystkich przekonać, a jednocześnie miał okazję osobiście poznać przywódców Armii Krajowej, słuchać ich sądów i wypowiedzi a nawet nagrywać je. Uczestnicy spotkań niczego nie podejrzewali. Byli przekonani, że mają do czynienia z oficerem polskim przerzuconym z Londynu. Dlatego niczego przed nim nie ukrywali i w dobrej wierze wykonywali jego polecenia. W ten sposób agent niemieckiego wywiadu rozpracował siatkę Armii Krajowej na terenie kaliskiego.

Gdy agent zebrał dostateczną ilość dowodów istnienia i działania organizacji podziemnej przystąpił do akcji jej likwidacji. 25 sierpnia ok. godz. 22 lub 23 Alfred Nowacki otrzymał anonimowy telefon ostrzegający go przed groźbą aresztowania. Anonimowy rozmówca proponował natychmiastową ucieczkę przez płot zakładu do lasu i wyznaczył miejsce spotkania. Rozmowa była prowadzona po polsku. Słyszała ją gospodyni państwa Nowackich - Maria Zimna. Żona Alfreda Nowackiego nie znała języka polskiego i nie została wtajemniczona w treść ostrzeżenia. Nowacki zlekceważył je. Był pewien, że jemu, mającemu powiązania rodzinne przez żonę z marszałkiem Rzeszy Goeringiem, nic nie grozi. Podobne ostrzeżenia otrzymali także inni. I oni także zlekceważyli je, sądząc, że obywatele niemieccy są bezpieczni.

Konrad Wünsche - właściciel majątku w Opatówku także został ostrzeżony i mimo że żona radziła mu ucieczkę pozostał w domu. Z ostrzeżenia skorzystali natomiast Polacy. Karol Gerlicz, który mieszkał w starym browarze w Winiarach, uciekł prosto do lasu. Ukrył się Jan Krzywda, Kwiatkowski i inni. Większość z nich przeżyła wojnę. Do dziś nie wiadomo, kim była tajemnicza osoba, która na kilka godzin przed akcją ostrzegała członków konspiracji.

"Opatowianin"12/76 Grudzień 1996

 

Alfred Nowacki wierzył w swoją nietykalność, a jednak anonimowy telefon zaniepokoił go. Nie położył się spać i czekał na rozwój wypadków. 26 sierpnia między godz.2 a 3 w nocy podjechały pod zakład dwa samochody z gestapo. Portier otrzymał polecenie, by zadzwonić do szefa. Nowacki kazał ich wpuścić. Okazało się, że są to funkcjonariusze z łódzkiego gestapo. Mieli oni nakaz przeprowadzenia rewizji i aresztowania Alfreda Nowackiego, który usiłował tłumaczyć, że jest oddanym obywatelem Rzeszy i musiała nastąpić jakaś tragiczna pomyłka. Chciał także dzwonić do Berlina, ale powiedziano mu, że to nie na sensu, gdyż władze w Berlinie są dokładnie poinformowane o akcji, a powinowactwo z Goeringiem nic mu nie pomoże. Jeden z oficerów nałożył mu kajdanki i odprowadził do samochodu. Następnie wylegitymowano panią Nowacką i gosposię - Marię Zimną. W tym samym czasie także pod bramę pałacu Konrada Wünschego w Opatówku podjechało gestapo. W pałacu kwaterował niemiecki pułkownik i dwóch majorów. Po krótkiej rozmowie z oficerami, gestapo przedstawiło Wünschemu nakaz aresztowania, nałożono mu kajdanki i brutalnie wypchnięto z mieszkania tak, że nie zdążył się nawet pożegnać z żoną i z dziećmi. Tej samej nocy aresztowani zostali właściciele majątków w Dębem i Żydowie. Łącznie w Kaliszu i okolicy aresztowano w nocy z 25 na 26 sierpnia 1944 roku 72 osoby. Akcja ta była przeprowadzona na terenie całego Warthegau. Nie stosowano żadnych ulg wobec aresztowanych obywateli niemieckich. Wszystkich zgromadzono w siedzibie gestapo przy ulicy Jasnej w Kaliszu. Nie zdjęto im kajdanek, nie pozwolono usiąść, a gdy domagali się wyjaśnień, do sali wszedł niemiecki agent, ten, który ukrywał się w kościele św. Mikołaja i którego wszyscy znali jako polskiego oficera. Powiedział krótko, że ma dowody świadczące o zdradzie państwa niemieckiego przez aresztowanych. Wszystkich przewieziono do kaliskiego więzienia. Tymczasem rodziny aresztowanych zwracały się do władz o uwolnienie swoich bliskich lub choćby o umożliwienie widzenia się z nimi. Prośby te były ignorowane. Polecono rodzinom prowadzenie majątków i zakładów produkcyjnych, na co prawie wszyscy wyrazili zgodę. Pani Wünschowa powiedziała, że będzie prowadziła majątek, bo otrzymała go od swoich rodziców i jest to jej własność. Powiedziała także, że nie wierzy w winę swego męża. Do zakładu w Winiarach przyjechali przedstawiciele policji i SS. Przewodził im agent wywiadu bez nogi, działający wcześniej w kościele św. Mikołaja, który po zlikwidowaniu siatki AK został, szefem policji i SS w Kaliszu. Zaproponowano pani Nowackiej prowadzenie zakładu do czasu, aż sprawa jej męża wyjaśni się. Pani Nowacka odrzuciła propozycję, oświadczając, że jej mąż padł ofiarą prowokacji i jest niewinny. Świadkiem tej rozmowy była gosposia państwa Nowackich. - Maria Zimna.

"Opatowianin"1/77 Styczeń 1997

 

Po aresztowaniu właściciela "Lebensmittel Fabrik" Winiary - Alfreda Nowackiego i ucieczce dyrektora Gerlicza w fabryce praca toczyła się normalnie, ale gestapo wzmagało kontrolę pracowników, przesłuchiwano podejrzanych, niektórych zatrzymywano. Nie znalazł się nikt, kto zechciałby prowadzić tak ważny zakład, dlatego zapadła decyzja, by oddać zakład pod administrację Kreissgenossenschaft (Powiatowy Związek Spółdzielczy) w Kaliszu. Prezes tej instytucji - rzekomy Polak - przed przejęciem zakładu zażądał, by żona Alfreda Nowackiego mieszkająca na terenie zakładu wyprowadziła się. Tydzień po aresztowaniu męża Nowacką wyprowadzono z willi i odwieziono na dworzec kolejowy, skąd pociągiem musiała udać się do Berlina. Została internowana we włościach Hermana Goeringa i pozbawiona możliwości jakiegokolwiek kontaktu z mężem. Mieszkanie Nowackich w Winiarach zostało zamknięte i zaplombowane, gospodyni Marii Zimnej polecono stawić się następnego dnia na gestapo. Znajomy kierowca - Stanisław Targański poradził jej, by nie wracała do domu, nie poszła na gestapo i ukryła się, ale ona czuła się niewinna, miała nadzieję, że znając język niemiecki doczeka końca wojny pracując w zakładzie. Następnego dnia rano zjawiło się w domu gestapo. Zabrano ją na ulicę Jasną, potem wywieziono do obozu Gross Rosen, gdzie poddawano ją torturom, ale niczego się od niej nie dowiedziano. Prezes Kreissgenossenschaftu zjawiał się codziennie w zakładzie o godz. 12 i zostawał do godz. 15. Był to bardzo okrutny człowiek, chodził po zakładzie ze szpicrutą. Kiedy zaglądał do biura i na wydziały, ludzi ogarniał strach. Po paru dniach tego urzędowania gestapo aresztowało głównego ekonomistę - Edwarda Kolma, który uchodził za nietykalnego, jako członek SA, pracownik solidny, nie mieszający się do spraw kadrowych. Dopiero z przecieków dowiedzieliśmy się, że Kolm był z pochodzenia Żydem. Aresztowano także jego żonę, czteroletnią córkę i trzyletniego syna. Zaginął po nich wszelki ślad. Dwa dni później aresztowano zastępcę Kolma - Artura Wernera, który był rodowitym Niemcem z okolic Magdeburga. Po dwóch dniach został zwolniony, ale nie wrócił już do zakładu, tylko wyjechał do rodziny w Niemczech. W zakładzie w Winiarach, jak i w innych kaliskich zakładach, wyszukiwano ludzi z wyższym wykształceniem i byłych wojskowych. Oczywiście wszyscy starali się ukryć swoje wykształcenie i wojskową przeszłość, ale zdarzali się donosiciele, głównie volksdeutsche, którzy informowali gestapo i przyczyniali się do aresztowania Polaków. W zakładzie znaleziono 2 osoby, które przed wojną służyły w wojsku. Byli to - Jan Ostapinko ze Smółek gm. Rajsko i mieszkaniec Dobrzeca - Antoni Suwała. Obaj zostali aresztowani. Następnie zażądano 20 młodych ludzi z zakładu, których wywieziono na przymusowe roboty do Niemiec. Mieli trochę szczęścia, bo zostali zatrudnieni w rolnictwie, gdzie łatwiej było przeżyć. Od kierownika działu administracyjnego - Franca Klapacha - Niemca, pochodzącego z Piły - dowiedzieliśmy się, że nowy zarządzający zakładem wprowadza taki terror, bo jest wściekły, że nie pozwolono mu zamieszkać w willi Nowackich. W zakładzie pracowali głównie Polacy, kilku Niemców w administracji i grupa kilkunastu osób innych narodowości: 6 Ukraińców, 4 Litwinów, 2 Łotyszów i 1 Estończyk. Byli oni uprzywilejowani podobnie jak Niemcy, otrzymywali kartki żywnościowe, takie jak Niemcy i mieli lekką pracę. Po aresztowaniu Nowackiego większość z nich nie przyszła do pracy. Jeden z nich - białogwardzista Józef Wosko - powiedział nam, że pozostali byli donosicielami i zostali przerzuceni do innych miejsc. Z powodu aresztowań zmniejszyła się liczba pracowników, dlatego pozostali musieli pracować dłużej, nawet do 12 godzin na dobę. Nowy szef kazał sporządzić listy wszystkich pracowników z dokładnymi danymi, tak, że w razie aresztowań gestapo miało ułatwioną pracę.

"Opatowianin"2/78 Luty 1997

 

Władzom okupacyjnym bardzo zależało na tym, by rozprawa oskarżonych o zdradę III Rzeszy odbyła się jak najszybciej. Datę rozprawy ustalono na 15 października 1944 r. Pojawiły się jednak trudności z ustaleniem składu sędziowskiego. Sędziowie nie chcieli prowadzić tej sprawy. Wobec tego przysłano trzyosobowy skład sędziowski z Berlina. Byli to młodzi ludzie po studiach prawniczych (sędzia główny liczył podobno 24 lata). Wszyscy wywodzili się z organizacji Hitler Jugend. Po zapoznaniu się przez sędziów ze wstępnymi aktami oskarżenia wyznaczono nowy termin rozprawy - koniec października 1944 roku. Rozprawa była prowadzona przy drzwiach zamkniętych. Wiadomości, które podaję, pochodzą z przecieków. Oskarżonym zarzucano współpracę z Armią Krajową, zdradę państwa niemieckiego i przygotowania do wystąpienia przeciw władzom III Rzeszy. Rozprawa trwała 8 dni i po każdym docierały do nas skromne informacje. Podobno jeden z oskarżonych - Henryk Fulde miał powiedzieć, że ani on, ani żaden z oskarżonych nie zdradził swojej ojczyzny, bo ich prawdziwą Ojczyzną jest Polska. W podobny sposób wypowiedział się Konrad Wünsche. Fulde podobno dodał, że morderców i krwiopijców, jakimi są oskarżyciele, nikt z oskarżonych nie będzie prosił o łaskę. W ósmym dniu proces został przerwany. Po siedmiu dniach miał być ogłoszony wyrok. O ile dobrze pamiętam, było to 15 listopada. Wyrok, który ogłoszono przy drzwiach zamkniętych brzmiał: kara śmierci. Do gmachu sądu nie przywieziono wszystkich oskarżonych. Teren wokół gmachu był otoczony przez gestapowców i żandarmów i pilnie strzeżony. Nie powiadomiono rodzin oskarżonych, nie podano także terminu wykonania wyroku. Tymczasem w środowisku niemieckim, na zebraniach, w których musieli uczestniczyć wszyscy Niemcy, podawano, jaki los spotka każdego Niemca, który ośmieli się współpracować z "polskimi bandytami". Jako przykład podawano oskarżonych z kaliskiego październikowego procesu. Propaganda niemiecka nawoływała Polaków do współpracy z Niemcami w obliczu zbliżających się bolszewików. Pamiętam olbrzymie plakaty, które rozwieszano na murach ratusza, koszarach wojskowych przy Rogatce i na dworcu kolejowym w Kaliszu. Jeden z plakatów pokazywał dumnego oficera niemieckiego. Na innym pokazywano żołnierzy niemieckich odkopujących masowe groby pomordowanych oficerów poległych w Katyniu. Nad ekshumacją czuwała komisja składająca się z 5 Niemców i 5 polskich profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nie wiem, czy byli to rzeczywiście polscy profesorowie. Pod plakatami znajdowały się napisy, że ofiarami zbrodni w Katyniu są polscy oficerowie, że przywożono ich na miejsce egzekucji z obozów w Ostaszkowie i Starobielsku, i że mordu dokonali bolszewicy. Jeszcze inny plakat pokazywał gen. Władysława Sikorskiego w galowym mundurze. Podpis pod plakatem informował, że generał zginął nad Zatoką Gibraltarską na rozkaz Stalina. Kolejny plakat pokazywał braterstwo żołnierzy, niemieckich i polskich oficerów z organizacji WIN ("Wolność i Niepodległość"). Pod spodem była informacja, że jednostki WIN współpracują z wojskiem niemieckim i pomagają w zwalczaniu bandytów bolszewickich. Informowano także o naborze do polskich jednostek WIN na Podkarpaciu. Tymczasem było już wiadomo, że Niemcy ponoszą coraz większe klęski na wszystkich frontach. Od wschodu zbliżała się Armia Czerwona i zamożniejsi Niemcy zaczęli opuszczać nasz kraj wywożąc zagrabiony i własny dobytek. Mimo to okupanci nie osłabiali represji i prześladowań, trwały aresztowania, wywózki i egzekucje Polaków. W takiej atmosferze spędziliśmy ostatnie okupacyjne święta Bożego Narodzenia. W czasie świąt pracowaliśmy w zakładzie, tak jak w inne dni. Niestawienie się do pracy było surowo karane. Kolejne dni bardzo się dłużyły. Zewsząd nadchodziły informacje o zbliżających się wojskach radzieckich, o wyzwoleniu Warszawy. Na ulicach i drogach coraz więcej było niemieckich uciekinierów. Skazani wyrokiem z listopada czekali w kaliskim więzieniu na wolność. Wszyscy byli przekonani, że więźniowie przeżyją. Stało się jednak inaczej. Kalisz opustoszał, rodziny niemieckie wyjechały, pozostało gestapo, żandarmi i wojsko do obrony miasta przed nacierającymi wojskami radzieckimi. W tym czasie oprawcy niemieccy postanowili wykonać wyrok na skazanych. Decyzja zapadła prawdopodobnie 18 stycznia. Wyrok miał być wykonany w wielkiej tajemnicy, bez świadków. A jednak znalazł się świadek, który widział egzekucję. 19 stycznia rano gajowy - Bąbel wyszedł do skarszewskiego lasu. Nagle zauważył samochody wojskowe, które wjeżdżały na teren leśny. Wdrapał się na wysoką sosnę i z dala obserwował miejsce egzekucji. Słyszał głosy, ale nie mógł rozróżnić poszczególnych słów. Widział, że jeden z Niemców nie miał nogi i chodził o kuli. Niemcy wyprowadzali z samochodu po dwóch, trzech skazanych, podprowadzali do wcześniej wykopanego dołu i strzałem w głowę pozbawiali życia. Gajowy nie umiał określić jak długo trwała egzekucja i ilu ludzi stracono. Był przerażony tym, co widział. Po egzekucji Niemcy zasypali grób i zamaskowali śniegiem, który wówczas padał. Gdy samochody odjechały obserwujący ich człowiek po prostu spadł z drzewa. Wrócił do domu roztrzęsiony, obolały, w podartym ubraniu. Kilka dni później do Kalisza wkroczyli Rosjanie. Gajowy poszedł do komendanta, opowiedział o egzekucji, jakiej był świadkiem w lesie skarszewskim. Pokazał grób pomordowanych i drzewo, z którego obserwował miejsce mordu. Po ustąpieniu mrozów w marcu 1945 r. władze Kalisza podjęły decyzję o ekshumacji. Ciała przywieziono na cmentarz tyniecki w Kaliszu. Wszyscy pomordowani mieli powiązane ręce drutem. Większość ciał została zidentyfikowana i rodziny starały się zabrać zwłoki swoich bliskich, by pochować na swoich cmentarzach. Pozostałych 16 ofiar zbrodni pochowano we wspólnej mogile na cmentarzu tynieckim. Tydzień później dokonano ekshumacji w lesie winiarskim. Wykopano 130 ciał ofiar, ułożono je przy drodze w miejscu, gdzie dziś znajduje się przystanek KLA. Widok był straszny, identyfikacja szczątków prawie niemożliwa. Tylko nieliczne zwłoki zostały zabrane przez rodziny. Do dziś nie wiadomo, kim byli ci ludzie i za co zostali zamordowani. Tych zbrodni dokonali członkowie narodu uważającego się za kulturalny, ludzie noszący na paskach napis "Got mit uns". W lesie skarszewskim zginęły 72 osoby, w lesie winiarskim - 130, a może więcej. To tylko 2 miejsca straceń, a miejsc takich było wiele i chyba nigdy nie poznamy prawdziwej liczby ofiar tej straszliwej wojny.

Zamieszczane w "Opatowianinie" od września 1995 do kwietnia 1997

Źródło: http://www.biblioteka.opatowek.pl/002/hist0023/wojn0003.html

 

Więcej informacji:

Janusz Teodor Dybowski "Saga grodu nad Prosną"

Praca magisterska Przemysława Mańki  Hołd czy prowokacja? - Wokół „Sagi grodu nad Prosną”Janusza Teodora Dybowskiego

Biografia Janusza Teodora Dybowskiego

Cztery dni, które wstrząsnęły III Rzeszą

Przemysław Mańka - „Saga grodu nad Prosną” – hołd czy prowokacja?

Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej jest rodzina Płocińskich,
62-800 Kalisz, ul. Sułkowskiego 2, tel. (0-62) 7671842 w osobach Krzysztofa Płocińskiego
- głowy domu, oraz dzieci: Mateusza, Szymona i Marii, Piotra i Aleksandry Płocińskich, e-mail: kplocinski@info.kalisz.pl.
Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
© 1996-2008 by Krzysztof Płociński i rodzina.