Herb Kalisza Jan Parandowski
o Kaliszu
Cienka żółta linia

KALISZ

Jan ParandowskiNie od dziś drąży nas pragnienie, by rozwiać mrok okrywający najwcześniejsze dzieje Polski. Czyż nie to samo pragnienie było u źródła wszystkich podań i klechd jeszcze za pierwszych Piastów, które notował albo i sam wymyślił mistrz Wincenty? Powtarzano je później bez końca, wzbogacano i urozmaicano, poeci i powieściopisarze sięgali wyobraźnią do czasów, o których nie mówiła żadna historia, z których nie zachowały się żadne pomniki.

Wiele się na to złożyło — i nieustanne burze przeciągające nad naszą ziemią, a odbierające niemal każdemu pokoleniu sporą część tego, co poprzednie stworzyło, i pewne właściwości bytowania naszych przodków, na przykład przewaga drzewa nad kamieniem w budownictwie. Archeologia wydobywa spod ziemi same okruchy, wzruszające zresztą i na swój sposób wymowne: to z nich poznajemy życie codzienne naszych przodków i rozmieszczenie pierwotnych osad na naszych ziemiach.

Jeszcze niejedno czeka nas odkrycie, niejedna niespodzianka. Lecz trudno marzyć o dokumentach piśmiennych, inskrypcjach czy pergaminach, które by nam przyniosły bezpośredni głos bodaj z początków państwa polskiego, nie mówiąc już o dobie wcześniejszej. Zdani jesteśmy dotąd na luźne wzmianki u autorów obcych, którzy mieli niejasne pojęcie o naszym kraju. Nigdy nie spoczęło na nim tak bystre oko, jak Juliusza Cezara, który Francji, jej miastom i ludom zapewnił nieśmiertelność. Tacyt z daleka koło nas krążył i każde imię w jego Germanii nastręcza mnóstwo kłopotów. Każda zresztą nazwa spotkana w starożytnych źródłach jest przekręcona i w wymowie, i w kształcie graficznym. Nie można mieć do autora o to pretensji, przecież my sami, kiedy zaczniemy pisać, oddawać będziemy dźwięk naszych słów i imion w postaci często trudnej do odcyfrowania.

W tym stanie rzeczy wyraźne i niedwuznaczne: Kalisia u Ptolemeusza jest osobliwym i bezcennym wyjątkiem. Oczywiście i ono podlegało wątpliwościom tak co do brzmienia, jak i lokalizacji, ale te wątpliwości dały mu tylko mocniejszą podstawę i dziś wiemy więcej i o samej nazwie, i o miejscu, które zajmuje na mapie Ptolemeusza. Dziwnie związało się to imię z Polską: kosmografowi starożytnemu zawdzięczamy tę pierwszą wiadomość z naszej ziemi, a on z kolei w naszym kraju, w czternaście wieków później, poniósł ostateczną klęskę, gdy Kopernik obalił jego system, tak wszechwładnie panujący.

Wszystkie nasze miasta z okazji Tysiąclecia przedstawiają swe metryki i dokumenty. Liczy się ich dawność od roku, w którym po raz pierwszy zostały wymienione w jakimś źródle historycznym. Żadne nie posiada metryki starszej od Kalisza i nietrudno pojąć dumę, z jaką gród nad Prosną patrzy na tysiąc osiemset lat swoich dziejów. Następna po Ptolemeuszu data pojawia się w dziesięć wieków później w kronice Gala-Anonima: Calis ma tutaj tytuł castrum.

Miasto istniało bez przerwy nie 1800 lat, ale z pewnością dłużej, zamieszkiwali je ludzie naszego języka, bo tylko on tłumaczy jego nazwę, może należeli do szczepu Lugiów, w tych stronach osiadłych, ale czyż da się o nich powiedzieć więcej niż w znanej opowieści perskiej, streszczającej dzieje ludzkie w zdaniu: „Rodzili się, cierpieli, umierali?" Cierpieli z pewnością, bo nigdy na ziemiach naszych nie było spokoju, ale nikt już nam nie poda wieści o ich przejściach, walkach, wodzach.

Wiadomość o Kaliszu zawdzięczamy kupcom, ciągnącym słynnym „szlakiem bursztynowym”, i to z ich zanadrza spadło to mnóstwo monet rzymskich, wyrobów złotniczych, broni, wszelkich „importów", które wsiąkły w ziemię kaliską, i dziś spod łopaty archeologów wschodzą skromną opowieścią o stosunkach z dalekim Rzymem. To oni, ci łowcy bursztynu, a z pewnością i jasnowłosych niewolników, rozpowszechnili imię „miasta błotnego", jak się wykłada Kalisz, który stał niegdyś wśród moczarów.

Podobnie w relacji o śmierci Attyli pojawia się wyraz „strawa" na określenie stypy, jaką wyprawili na pogrzebie wodza Hunów jego słowiańscy wojownicy, ten sam wyraz co i dziś istnieje w naszym języku; bierzemy tę notatkę ze wzruszeniem, słuchamy tego pierwszego głosu naszej mowy, który w piątym wieku zatrzymał uwagę greckiego historyka. Językoznawstwo nie potrzebuje takich dokumentów dla odtworzenia pradziejów naszego języka, innymi drogami dociera do czasów, o których wszelka historia milczy, tak samo archeologia, odnajdując ślady osad, grodziszcza, wszelkie przedmioty codziennego użytku, od tych niemych świadków otrzymuje wiadomości o mieszkańcach naszej ziemi, naszych przodkach, wcześniejsze od najdawniejszych wzmianek historycznych. Tak i Kalisz, zanim wszedł do geografii Ptolemeusza, miał za sobą długie dzieje, jak miały je inne prastare grody Polski. Lecz z głęboką wdzięcznością przyjmujemy datę ofiarowaną nam przez starożytnego kosmografa, ponieważ daje nam ona bezsporne prawo obchodzić jubileusz Kalisza, na jaki żadne inne miasto w Polsce nie może sobie pozwolić.

Kalisz jest dumny ze swej dawności. To piękne miasto, tak urocze, gdy się je widzi w wiosennych kwiatach i zieleni, mówi z przejęciem i z zapałem o swych osiemnastu wiekach. Na ten jubileusz wybiło medal, gdzie Rzymianin i Kaliszanin podają sobie dłonie, a na odwrocie śliczny herb miasta, na którym trębacz między dwiema wieżami wygrywa hejnał czy pobudkę, obiega napis: „Calisia Poloniae urbs vetustissima''. Spędziłem tam dwa piękne czerwcowe dni, z których jeden wypadł w Zielone Świątki.

Zaraz zawieziono mnie do wykopalisk. Prowadzone od dziesięciu lat, odsłoniły grodzisko w zamiejskiej dzielnicy, na Zawodziu. Jest to bagnista okolica, która przed wielu tysiącami lat była doliną Prosny, zanim rzeka zmieniła swój bieg. Nasi przodkowie często osiedlali się wśród moczarów i trzęsawisk, które chroniły od nagłego napadu nieprzyjaciół. Zdrowie stawiali na drugim miejscu, bezpieczeństwo na pierwszym. Okolica, w której prowadzone są wykopaliska, ma pewien romantyczny urok w swej wilgotnej zieleni, w otoczeniu drzew osnutych jakby lekką mgłą, w swej samotnej ciszy.

Lecz teren wykopalisk wre życiem. Ze dwadzieścia osób krząta się w dole wykopaliskowym z łopatami i innymi narzędziami, odrzuca warstwy ziemi, przesiewa każdą jej garść, czuwa nad każdym kamieniem, bo może on być okruchem jakiejś budowli. Nie ma tu nic oprócz fundamentów, ale i one mają swoją wymowę. Najważniejszy należy do kolegiaty Św. Pawła. Był to jednonawowy kościół romański, skromnych rozmiarów, ale i tak zapewne swym kamiennym majestatem oszałamiał nielicznych pacześnych mieszkańców chat drewnianych, którymi gród był zabudowany.

Wśród milczących ruin tylko w tej jednej możemy posłyszeć echo: przynosi ono te same słowa liturgii, jakie wnikają w ściany każdego kościoła. Głosu chat nie możemy posłyszeć. Z ich wieku nie dociera do nas żadne słowo w swym kształcie i dźwięku. Możemy je tylko zgadywać. Wszystko zresztą jest domysłem. Nasza wczesna historia jest okrutnie małomówna — garść imion, strzępy zdarzeń, tu gdzieś bitwa, tam najazd. I ruiny wtrącają tu własną relację: widać zwęglone wały, popiół ze spalonych budynków, rozwichrzone groby. Oprócz bezimiennych nieboszczyków, których szkielety bieleją na słońcu, moglibyśmy tu spotkać dwóch książąt — Mieszka Starego i jego syna, ale nic z nich nie zostało, ani ich szczątki, ani grobowce, samo tylko obmurowanie w rogu nawy. Jest tak, jak sam Mieszko kazał napisać w jednym ze swych dokumentów, datowanym z Gniezna w roku 1188: „Rzeczy ludzkie łatwo wpadają w otchłań zapomnienia, jeśli nie zostaną podane potomnym przez pismo lub świadectwo...” Jego grób, jak i sama kolegiata uległy splądrowaniu i zniszczeniu bardzo wcześnie.
Widziałem w życiu tyle ruin, tyle wykopalisk, a oto stojąc nad tym dołem, który w jednym miejscu zalewa woda przenikająca z ziemi, już pokryta kożuchem rzęsy, odkrywam w sobie emocje i wzruszenia, odrębne od tych, jakie mnie nawiedzały w Grecji czy na Sycylii. Cóż — tam odzywała się ciekawość, zamiłowanie do świata, z którym się wiele przeżyło, tu zaś jest po prostu miłość. Jest ona w nas od dzieciństwa, wyssana z mlekiem matki, krąży w nas jak krew, jak powietrze w płucach, i tak samo nieświadoma. Lecz w takiej chwili z zapachem rozkopanej ziemi — naszej ziemi — przenika nas do głębi wzruszenie: każdy okruch tu znaleziony — sprzączka od pasa, klucz, pieniążek, garnek gliniany — wciąga nas w zamęt pytań i obrazów.

Kto miał ten pas na biodrach? jakie drzwi otwierał ten klucz? z czyjej sakiewki wypadł ten pieniądz? komu podawano strawę w tym garnku? I z mgły wyłania się sto twarzy, sto postaci. Smagłe ręce sięgają po garnek na palenisku, w dwóch palcach waży się nikły krążek metalu. Zdaje mi się, jakbym znał tych ludzi, jakby wychodzili do mnie ze starego albumu rodzinnego. To nie urojenie: to byli w istocie ludzie z mojej rodziny, tak jak i każdego z was. Każdy Polak, gdyby mógł odczytać swój ród w ciągu wieków, znalazłby własnych pradziadów w tym grodzisku.

Po cóż się opędzać od majaków w miejscu, które jest ich schroniskiem? Oto widzę młodą kobietę, jak stawia na szorstkim stole garnek z mlekiem i obok kładzie kawał razowca. Odwraca Się i patrzy w otwarte drzwi, jakby wyglądała gościa. Kto ma przyjść? Nie wie. Tak przez tysiąc lat otwierały się tu drzwi na nieznaną przyszłość — i dziś są otwarte.

Cienka żółta linia

Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej jest rodzina Płocińskich w osobach Iwony i Krzysztofa - rodziców, niekiedy razem z dziećmi: Mateuszem, Szymonem, Marią, Piotrem i Aleksandrą. E-mail: krisplo@op.pl
Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
© 1996-2015 by Płocińscy