Herb Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu.

Jan Zylber
(1936-1997)

Na początku i na końcu: jazz...

      Był kolejno - perkusistą w legendarnym sekstecie Komedy, dziennikarzem, pracownikiem Polskiej Agencji Artystycznej "Pagart", znanym impresario wielu gwiazd polskiej muzyki rozrywkowej, biznesmenem - założycielem jednej z pierwszych firm polonijnych, posłem do sejmu RP 1 Kadencji. Ale - jak to napisano w "Gazecie Wyborczej" - "to muzyka była ufnością Jego życia i dlatego symboliczne znaczenie ma fakt, że zmarł 23 kwietnia, w tym samym dniu co - 28 lat wcześniej - jego guru, Krzysztof Komeda". JAN ZYLBER - (bo to o nim mowa), rocznik 1936. Jeden z najmłodszych maturzystów Liceum im. Adama Asnyka w roku 1952, jeden z najmłodszych absolwentów Politechniki Poznańskiej w 4 lata później. Czy ktoś, kto w wieku 20 lat kończy studia, wie na pewno, czym chce się zajmować w dorosłym już życiu? Janek raczej wiedział czego nie chce robić. Nie chciał więc podjąć pracy w koszalińskim Państwowym Ośrodku Maszynowym, a był do tego zobowiązany "nakazem pracy", tym bardziej, że zawód konstruktora maszyn rolniczych" uzyskał bynajmniej nie z wyboru. Po prostu: "samochody" w nazwie wydziału, na którym rozpoczyna studia zastąpiono - po roku - "maszynami rolniczymi". A więc nie chciał pracować w P0M, ale nie uśmiechała mu się także ustabilizowana mieszczańska egzystencja, do której - niejako - predysponował go dyplom inżyniera. Bardziej niż przykład ojca - kaliskiego adwokata, działał na jego wyobraźnię wizerunek stryja (znanego w latach 30. - pod pseudonimem "Gzyms"), który w przekazie rodzinnym jawił się jako wolna, artystyczna dusza, wielki przyjaciel kaliskiego teatru i kaliskich aktorów.

      Zatem chyba nie tylko los sprawił, że w czasie studiów Janek szybko znalazł się w kręgu młodych ludzi związanych z Krzysztofem Trzcińskim Komedą i ... jazzem. A potem był rok 1956 i I Festiwal Jazzowy w Sopocie, i sława jazzowego perkusisty, która wyszła już poza opłotki wielkopolskiego grodu. Owa "przygoda z jazzem" Janka Zylbera trwała kilka lat, ale można to chyba stwierdzić - wywarła wpływ na całe jego życie. W historię polskiego jazzu wpisał się nie tylko czynnym uczestnictwem w Jazzowym muzykowaniu, ale też słynnymi Jazz - Campingami na Kalatówkach. "Dla mnie - pisze Zofia Komedowa - Trzcińska w swej książce "Komeda, Zośka i inni "

Jazz Camping Kalatówki – J. Zylber, A. Kurylewicz...

Jazz Camping Kalatówki – J. Zylber, A. Kurylewicz,
Z. Namysłowski, W. Jagiełło, J. Tomaszewski, A. Musiał,
J. „Ptaszyn” Wróblewski  (fot. M. Karewicz)

 Jedną z najwspanialszych imprez, które odbywały się na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, były jazzowe spotkania w górach - Jazz Kempingi na Kalatówkach. Wymyślił to Zylber. Był organizatorem i duszą wszystkiego. On dogadał się z władzami Zakopanego, wynajął schronisko i przez dwa lata z rzędu organizował znakomite imprezy dla jazzfanów z całej Polski.(...) W głównej sali stał fortepian, kto chciał i kiedy chciał ten grał, zawsze ktoś dołączał się i o to chodziło. (...) Trwały niekończące się dyskusje nad sposobami improwizacji, pozostaniem czy odejściem od znanych stylów, poszukiwaniem własnych dróg".

      Kalisz, Poznań, Kraków, Warszawa - oto miasta wpisane w życiorys Janka Zylbera. Kalisz - to miasto wczesnego dzieciństwa, szkoła, dom rodzinny. Poznań - studia i Sekstet Komedy. Kraków - rok 1957 i dwa lata następne pierwszy w kraju zespół nowoczesnego jazzu "Jazz Belleviers". I Warszawa - aż do końca ... W Warszawie już nie grał na perkusji. Zasiadł przy niej jeszcze tylko raz na pamiętnym koncercie poświęconym pamięci Komedy, który zorganizował w 20 - lecie jego śmierci. Ale to było wiele lat później. Wtedy, po przyjeździe z Krakowa w roku 1959, zaczął przymierzać się do innych zajęć. Próbował swych sił w dziennikarstwie, współpracował w telewizji z ludźmi propagującymi nową falę muzyki rockowej, związał się z "Pagartem".

      W rozmowie z wrocławską dziennikarką tak wspominał tamten rozdział swego życia: "Dziś widzę, że to wszystko miało sens, jakbym się stopniowo przepoczwarzał. Politechnika nauczyła mnie precyzji, liczenia, organizacji, prasa - reklamy; telewizja - zasad widowiska. "Pagart" to był uniwersytet, ostatni szlif przed największym wtajemniczeniem , jakim w show businesie jest impresariat".

      Był m.in. menadżerem takich tuzów jak Ewa Demarczyk czy duet fortepianowy Marek i Wacek, mając niemały udział w ich sukcesach zagranicznych. Prowadził Silną Grupę pod Wezwaniem, która w ciągu 2 lat blisko 700 razy wystąpiła na terenie całego kraju, współpracując z WDR w Kolonii wyspecjalizował się - już jako producent - w koncertach nagrywanych na żywo przez niemiecką radiofonię, do udziału w których zapraszał czołowych polskich artystów. Takich koncertów było wiele, a każdy z nich przyczyniał się do zapoznania niemieckiej publiczności z jakąś cząstką polskiej kultury.

      Janek Zylber potrafił pracować, ale także umiał korzystać z uroków życia. Był zapalonym narciarzem, pływał na desce, podróżował, był zwolennikiem czynnego wypoczynku. Swoje urlopy organizował tak samo precyzyjnie jak wszystko, cokolwiek robił. Ci, którzy z nim współpracowali wiedzieli, że nie przyjmował do wiadomości wymówki, że czegoś "nie da się zrobić". Czy przygotowywał z rozmachem jubileusz Wojciecha Pszoniaka w Teatrze Wielkim, czy organizował wielki koncert "Artyści - Rzeczypospolitej" w roku 1989, czy też "Bal mistrzów sportu" i wiele innych imprez - wszystko musiało być bezbłędnie zaplanowane i wykonane.

      Tak było i wówczas, gdy zaczął stawiać pierwsze kroki w biznesie kierując jedną z nowopowstających tzw. firm polonijnych, która to działalność zaprowadziła go w roku 1991 do Sejmu RP. I to była już ostatnia przygoda w jego ciekawym i barwnym życiu: przygoda z polityką, której starał się najlepiej sprostać - jak to zawsze i przy każdej okazji czynił. Wiedział już wtedy, że los wydał na niego wyrok, odroczony - jak się później okazało - o niespełna siedem lat. Ale ani wtedy, gdy dowiedział się o nieuleczalnej chorobie, ani wówczas, gdy czyniła coraz większe spustoszenie w jego organizmie - nie poddał się. I choć z każdym rokiem coraz więcej czasu i starań musiał poświęcać swojemu zdrowiu (a raczej swojej chorobie) nadal był aktywny zawodowo. Nie zasklepiał się też w swym nieszczęściu, a liczne grono znajomych i przyjaciół, z którym i nadal utrzymywał ścisłe kontakty - nie tylko mu współczuło, ale i podziwiało jego męstwo i hart ducha w walce ze śmiertelną chorobą.

      Był Jan Zylber człowiekiem w swym środowisku znanym i popularnym, co owocowało także zainteresowaniem mediów. W archiwach Kroniki Filmowej i TVP nie brakuje taśm utrwalających jego postać. My, widzowie, mogliśmy go zobaczyć na ekranie jak grał na perkusji podczas sopockiego Festiwalu Jazzowego; jak statystuje w filmie Andrzeja Wajdy "Niewinni Czarodzieje"; jak opowiada o historii słynnego klubu "Hybrydy"; jak asystuje przy próbie spektaklu upamiętniającego utwory Jerzego Wasowskiego; jak prezentuje swój ukochany dworek, w którym gościł wiele znanych osobistości ze świata kultury i polityki.

      I jest jeszcze ostatnia już taśma i ostatni kadr z 28 kwietnia 1997 roku: nad trumną na warszawskich Powązkach Jego kolega ze szkolnej ławy ksiądz Jan Sikorski - również asnykowiec - Jan Ptaszyn Wróblewski w swym pożegnalnym przemówieniu. Wokół - najbliżsi oraz tłumnie przybyli znajomi i przyjaciele. I koledzy muzycy, którzy jak każe tradycja - dźwiękami jazzowej melodii pożegnali - Jazzmana...

Wanda Kołacińska

      Poniżej zamieszczamy obszerne fragmenty rozmowy z Janem Zylberem - absolwentem kaliskiego Liceum im. A. Asnyka (1952 r.) i Politechniki Poznańskiej (rok 1956), który był już w swoim życiu jazzmanem - perkusistą w sekstecie Komedy, dziennikarzem, impresariem i biznesmenem. Obecnie jest posłem na Sejm RP I kadencji z klubu parlamentarnego Polski Program Liberalny. Rozmowa ta (w całości) opublikowana została we wrześniu 1992 r. w czasopiśmie "Dom i ogród".

Wolę życie aktywne

     Wciąż się spalasz, coś tworzysz, gdzieś pędzisz... Czy można, czy trzeba i czy w ogóle warto wyciskać życie jak przez sokowirówkę?

   - Podejmowanie wyzwań, które stawia ono przed nami odbywa się dużym kosztem psychicznym. W moim przypadku jednak cena bierności byłaby chyba wyższa. Decydując się na nią, wbrew swemu usposobieniu, musiałbym ponieść konsekwencje ciągłej walki z samym sobą. Ja wolę życie aktywne, czynne, biorę to co mi los podsuwa.

     Czy los mówi ci czasem - nie?

   - O tak, wiele razy. Moje sukcesy są wynikiem wyborów dobrych, ale były też okropne, niezwykle kosztowne. Jestem święcie przekonany, że istnieją w życiu lata tłuste i lata chude, układające się w pewne ciągi. Miewałem okresy fantastycznej prosperity, gdy wszystko mi się udawało, nawet to, co nie powinno. Po nich przychodziła zła passa, kompletny niefart. Czegokolwiek się dotykałem rozsypywało mi się w rękach.

      W tym, co mówisz jest sprzeczność. Z jednej strony fatalizm, z drugiej filozofia czynnego życia. To się kłóci.

   - Wcale nie. Pogoda jest, jaka jest. Raz się żegluje z wiatrem, raz pod wiatr. Dopóki mam kompas, trzymam ster i coś dmucha, w końcu dopłynę. Najgorsza bywa flauta. Powiem ci więcej: ten los, który tak mną rzucał zdawałoby się przypadkowo - w różne strony, okazał się w końcu dość sensowny i logiczny. Jakby wiedział, czego mi kiedyś będzie trzeba. Oto przykład. Mój inżynierski dyplom konstruktora maszyn rolniczych przydał mi się jeden, jedyny raz. Właśnie, gdy kupowałem ten zabytkowy dworek, w którym obecnie mieszkam. Było to gospodarstwo z dziesięcioma hektarami ziemi, więc musiałem mieć jakiś papier, jakiś dokument, że jestem rolnikiem. I ja go miałem.

     Skąd ci przyszły do głowy maszyny rolnicze?

   - Do głowy przyszła mi Politechnika Poznańska, konstrukcja samochodów. Na drugim roku zmieniono profil na maszyny rolnicze. Wielu kolegów odeszło, zostałem do dyplomu, słusznie, co się okazało po kilkudziesięciu latach. Projekt dyplomowy, kombajn z możliwością workowania zboża, kreśliłem w dzień. W nocy z Krzysiem Komedą, ćwiczyliśmy przed I Festiwalem Jazzowym w Sopocie. Byłem już na tyle dobry, że dostałem się do Sekstetu Komedy, który był wtedy wiodącym w kraju. Studia się jednak skończyły i stanąłem przed decyzją, kim właściwie chcę być? Czy inżynierem okręgowym w Bobolicach koło Kołobrzegu, z ilomaś POM-ami pod sobą, czy muzykiem jazzowym? Poszedłem na przygodę, cudowną zresztą Ten jazz był wówczas czymś bardzo ważnym.(...) To trwało do roku 1960. Przyjechałem wtedy do Warszawy z zespołem Ptaszyna-Wróblewskiego. Mieliśmy jechać na swój pierwszy kontrakt zagraniczny: koncerty w Finlandii, ale nie dostałem paszportu, zakapował mnie przyjaciel. Spędziłem bezsenną noc, rano wiedziałem: kończę z jazzem. Zadzwoniłem do Ptaszyna: ja już nie gram. Od tego dnia w zasadzie nie usiadłem do perkusji.

     Wariactwo! Mówisz, że los tobą miotał, ale to ty zmieniłeś kurs.

   - Nie całkiem dobrowolnie. Ilekroć strumień odnowy przepływał przez kraj, mnie pierwszego wymywał. Tak mnie wymył w 1964 r. z telewizji, z ludźmi zajmującymi się nową falą muzyki rockowej, a później, w 1968, z Agencji Artystycznej Pagart. Nawiasem mówiąc właśnie w Pagarcie, raz w życiu, byłem urzędnikiem z prawem do emerytury. Miałem biurko, telefon i ołówki. Dziś widzę, że to wszystko miało sens, było tak, jakbym się stopniowo przepoczwarzał. Politechnika nauczyła mnie precyzji, organizacji, liczenia; prasa - reklamy; telewizja - zasad widowiska. Pagart - to był uniwersytet, ostatni szlif przed najwyższym wtajemniczeniem, jakim w show-businessie jest impresariat. Kiedy więc i z Pagartu mnie wymyło, byłem już gotowy do pójścia na własny chleb. I poszedłem. (...) Prowadziłem tuzy artystyczne: Ewę Demarczyk, duet fortepianowy Marek i Wacek, Silną Grupę pod Wezwaniem z Grześkowiakiem, Nieżychowskim, Chyłą, później Litwinem. Przedsiębiorstwo było małe, ale dobrze zorganizowane, z profesjonalną koncepcją. Mieliśmy reklamę i marketing. Jedna ekipa instalowała światła, sprzęt - wcześniej, artyści dojeżdżali wprost na scenę. W ciągu dwóch lat daliśmy blisko 700 koncertów w całej Polsce, co jest chyba wynikiem bezkonkurencyjnym. Grupa narobiła tyle hałasu, że gdy przyszedł Gierek, natychmiast, politycznie, skreślono ją z firmamentu estrady. Pamiętam moment, gdy to na mnie spadało. (...) Znów do mnie, jak bumerang, wrócił dylemat, co robić?

     Jaki jest w takich sytuacjach twój tok myślenia?

    - Nie czepiam się kurczowo przeszłości. Było, minęło - trudno. W działaniu trzeba iść zawsze krok dalej. Miałem już dosyć uzależnienia od jednego artysty, dość jednostronności w pracy z nim. Tyle rzeczy mnie wtedy interesowało, pragnąłem animować życie artystyczne. Zostałem producentem.
     Wyspecjalizowałem się w koncertach (show'ach) nagrywanych na żywo przez radiofonię niemiecką. Te koncerty były różne: okolicznościowe, dziwne, wymyślne. Miałem koncert, w którym prezentowałem polską poezję śpiewaną i wynalazłem wiele metod jej prezentacji tak, aby była zrozumiała dla Niemców. Do Krakauer Nacht, Krakowskiej Nocy w Kolonii, zaprosiłem 54 artystów z Krakowa. Całą czołówkę. Wziąłem nawet trębacza z wieży Kościoła Mariackiego. Miał na imię Lucjan. W złotym kasku i stroju strażaka CK Austrii, trąbił z dachu teatru w Kolonii co godzinę, a potem już co kwadrans. I jeszcze na zakończenie koncertu, długo i rzewnie.
Zrobiliśmy tych koncertów ogromną ilość, nieraz bardzo skomplikowanych i ciągnęło się to przez blisko dwadzieścia lat. Coś mnie jednak znowu zaczęło korcić. Kiedy powstała w Polsce możliwość organizowania przedsięwzięć, w których człowiek stojący na czele rzeczywiście mógłby być sternikiem, skorzystałem z tej szansy. Jedna z pierwszych firm, tak zwanych polonijnych, była kierowana przeze mnie. Tak rozpoczął się mój nowy romans z biznesem, już nie show, ale tym większy. Trwał przez lata lepsze i gorsze, aż zaprowadził mnie do parlamentu.

     Czego szukasz wśród tego rozgadania?

   - Nie sądź Sejmu po debatach plenarnych. A co do mnie... Naturalnym etapem rozwoju mężczyzny, który przechodzi przez świat interesu i ma w nim sukces, jest polityka. Całe życie pracowałem dla siebie i rodziny. Nigdy nie zrobiłem niczego dla ogółu, bo nigdy nie zgadzałem się z kierunkiem jaki ten kraj obrał. Aż tu nagle ich już nie ma, jesteśmy tylko my. Czy mam nadal stać z boku? Znowu była to kwestia wyboru i dokonałem go świadomie.(...).

Rozmawiała Elżbieta Szpitalak

 Powrót do początku strony.