Herb Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu.

O. Józef Urpsza

(1880-1974)

   

Samarytanin Kalisza

      Ojciec Józef Urpsza, urodził się 10 sierpnia 1880 na Litwie, w Jakubowie k. Kowna, święcenia kapłańskie otrzymał 4 lipca 1948 w Warszawie, 20 stycznia 1952 wstąpił do jezuitów w Kaliszu i tam pozostał do śmierci 14 lipca 1974, prowadząc intensywną działalność charytatywną.

Ojciec Józef Urpsza.

       Poświęcił się bez reszty chorym i ubogim. Codziennie obchodził kilkadziesiąt mieszkań, niosąc niesprawnym Komunię św. Był też wielkim jałmużnikiem miasta. Tysiącom biednych śpieszył z pomocą materialną, troszczył się zwłaszcza o sprowadzanie chorym potrzebnych lekarstw zagranicznych.
      W 1909 r. uzyskał w Petersburgu dyplom magistra farmacji, następnie ożenił się z Heleną von Zeydler. Kierownik składnicy sanitarnej w Pałacu Zimowym, w 1917 r. opuścił Rosję i zgłosił się jako ochotnik do wojska polskiego. W 1922 r. przyjechał do Warszawy i został farmaceutycznym inspektorem miasta i województwa warszawskiego. Miał 11 dzieci, z których kilkoro zmarło w dzieciństwie. W powstaniu warszawskim stracił żonę.
      Zaraz po wojnie zapragnął wstąpić do jezuitów, ale ówczesny prowincjał, o. Edmund Elter, nie wyraził zgody, motywując decyzję apostolskim charakterem Towarzystwa Jezusowego, gdzie ludzie starsi nie rokują nadziei na czynne zaangażowanie. Otrzymawszy odpowiedź odmowną, leciwy wdowiec zapisał się na Wydział Teologiczny Uniwersytetu Warszawskiego i 2 lipca 1948 otrzymał święcenia kapłańskie jako ksiądz diecezjalny. W 1951 r. po raz wtóry przypuścił szturm o przyjęcie do zakonu. Tym razem uzyskał zgodę prowincjała, o. Bogusława Waczyńskiego, który uważał, że jeżeli nie będzie innej pociechy ze staruszka, to jako doświadczony aptekarz przynajmniej braci zakonnych wykształci na pielęgniarzy. Wtedy pojawiły się trudności ze strony władz diecezjalnych, które kołatanie o. Urpszy do jezuitów uznały za dziwactwo starego uparciucha. Nie chciano, jak się zdawało, obciążać zakonu zbytecznym balastem. Obawy okazały się płonne. Urpsza, który w chwili rozpoczęcia nowicjatu miał 71 i pół roku i Kaliszanie mawiali, że wstępuje do zakonu, aby przygotować się na śmierć, okazał się postacią o niebywałej energii szukającej ujścia na zewnątrz i tylko czynny zakon umożliwił należyte wykorzystanie dla społecznego dobra siły kipiącej w tym człowieku. Przed wojną pasjonowała go praca organizacyjna. Był prezesem Sodalicji Mariańskiej, prezesem Stowarzyszenia Apostolstwa Mężczyzn, prezesem Konferencji św. Wincentego a Paulo, wiceprezesem Caritasu. Tyle, oprócz funkcji zawodowych: prowizor farmacji oraz dyrektor Składnicy Sanitarnej widniało na jednej z jego wizytówek. Nie wiadomo, czy to już pełna przynależność związkowa, czy tylko te stowarzyszenia, w których był najbardziej aktywny. Ta gigantyczna wola pracy społecznej zwielokrotniła się z chwilą, gdy po powstaniu warszawskim odpadła mu troska o własną rodzinę i bez reszty mógł oddać się działalności charytatywnej.

Ojciec Józef Urpsza.

      Wykorzystał bogate doświadczenie z dawnej działalności społecznej w Konferencji św. Wincentego i w Caritasie. Z zapałem kilkunastolatka przystąpił do likwidowania w Kaliszu plagi domokrążnego żebractwa, sporządził kartotekę biednych, chorych, rodzin wielodzietnych oraz ubogich studentów i udzielał im systematycznej pomocy. Będąc realistą znającym ludzkie słabości, które w niejednym wypadku doprowadziły człowieka do skrajnej nędzy, trzymał się zasady nie dawania pieniędzy, bo te łatwiej mogą być obrócone na alkohol, ale kupował środki potrzebne do życia: artykuły spożywcze, odzież, obuwie, proszki do prania, mydło i obdzielał nimi swoich podopiecznych. Zatroszczył się nie tylko o miejscowy dom starców lecz także o wszystkich zniedołężniałych rencistów żyjących we własnych mieszkaniach. Szczególną opieką otaczał chorych obłożnie. Tych częściej doglądał osobiście, prześcielał im posłanie, poprawiał poduszki. Widząc ich cierpienie, niejednokrotnie ronił nad nimi łzy. Nie ukrywał swojego rozrzewnienia, świadomy, że i Chrystus zapłakał nad grobem Łazarza. Wzruszony ludzką niedolą potrafił swoim ogniem zapalać otoczenie. Uwrażliwiał proboszczów na obecność chorych i biednych w ich parafiach; mobilizował do działania świeckich i każdemu wkładał robotę w ręce. W samym Kaliszu współpracowało z nim czterech kapłanów, dziewięć zakonnic i ponad czterdzieści osób świeckich, w tym lekarze i prawnicy, których bezinteresownej, ofiarnej pomocy potrzebowali ludzie skrzywdzeni przez los. Zespół pozyskanych dla sprawy osób dobrej woli sprzątał zniedołężniałym mieszkania, robił zakupy, stojąc czasami w kolejkach, uprzyjemniał dłużące się godziny cierpienia czytaniem książek lub czasopism.

Ojciec Józef Urpsza.

      Za równie ważne, a nawet ważniejsze od pomocy materialnej uznawał wsparcie moralne. Systematycznie odwiedzał domy, w których mieszkali chorzy lub niepełnosprawni. Wspinał się po stromych, często nadwątlonych schodach na poddasza, schodził do wilgotnych suteren, aby pogawędzić z ludźmi, którym oprócz innych udręk dokuczała samotność, aby zanieść im pociechę religijną oraz eucharystycznego Chrystusa. Spowiadał, następnie w mieszkaniach osób złożonych niemocą odprawiał Mszę Świętą. Był pionierem tej akcji w Polsce. Uzyskał zezwolenie na sprawowanie u chorych dwu Mszy w dni powszednie oraz trzech w każdą niedzielę. Ostatnia z dostępnych statystyk, pochodząca z r. 1972, mówi, że mając w swojej pieczy 57 starców i 99 chorych odprawił u nich 255 Mszy z homiliami oraz rozniósł 4.182 Komunie. Taki owoc zebrał w jednym roku licząc sobie wtedy już 92 wiosny.
      Czuł konieczność wprowadzenia techniki w służbę apostolską.
      Najpierw kupił motocykl WSK. Mając lat ponad osiemdziesiąt, uczęszczał na kurs dla kierowców. W czasie jazd próbnych potłukł się nieraz, ale w końcu otrzymał prawo kierowania pojazdami mechanicznymi, z którego jednak przełożony domu zakazał mu korzystać. Zachodziła uzasadniona obawa, że może wyrządzić krzywdę nie tylko sobie, ale również innym użytkownikom ulicy.
      Akcja, którą prowadził wymagała sporych nakładów finansowych. Wiedział do kogo kołatać o pomoc. Przed wojną miał powiązania zawodowe z wieloma renomowanymi firmami zachodnimi. Do nich więc kierował listy prosząc o wsparcie i dlatego miał dobrze zaopatrzoną bazę leków potrzebnych jego chorym. Pomocy finansowej udzielały mu solidaryzujące się z polską biedotą Caritas-y RFN, Francji, Holandii i Stanów Zjednoczonych. Dzięki temu oprócz sprostania potrzebom bieżącym mógł nabyć dwa samochody: jeden osobowy, drugi mikrobus. Pierwszym jeden z kleryków podwoził go do chorych, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, gdy było wyjątkowo dużo mieszkań do obejścia; drugim tych, którzy mogli poruszać się jeszcze, wożono na polanę do pobliskiego lasu, aby wygrzali się na słońcu i dotlenili płuca oddychające na co dzień jedynie zatęchłym powietrzem piwnic lub przegrzanych poddaszy. Czasami organizowano dla nich pielgrzymki do któregoś z sanktuariów maryjnych, jak Licheń lub nawet Częstochowa. Do tych wyjazdów ze starcami w plener przywiązywał wielkie znaczenie. Kiedyś, pod koniec swoich dni, czuł się już tak osłabiony, że przyjął sakrament namaszczenia chorych.
      W pewnej chwili uświadomił sobie, że na najbliższą niedzielę była planowana wycieczka, na którą cieszą się już jego podopieczni. Wstał natychmiast z łóżka, zadzwonił do kierowcy, aby gotował się do wyjazdu, sam zaś poświęcił resztę czasu na spacer po pokoju, chcąc dojść do formy przed wyjazdem.

Ojciec Józef Urpsza.

      Oddał bez reszty swoje siły oraz czas ludziom strapionym i był świadomy, iż człowiekowi ubogiemu potrzebna jest zarówno jałmużna jak i serce, i że jałmużna podana bez serca ma smak piołunu. Wiedział, że w świecie, gdzie szuka się wyłącznie interesu, gdzie liczy się tylko pieniądz, załamanemu człowiekowi pomóc może jedynie miłość posunięta do granic heroizmu. W imię tej miłości nie tylko obchodził poddasza, gdzie leżeli powaleni cierpieniem ludzie, lecz także godzinami wysiadywał w rozmównicy klasztornej i z anielską cierpliwością wsłuchiwał się w żale wypowiadane przez strapionych. Biedę obcych przeżywał tak, jakby ona była troską kogoś z najbliższych. Obojętne na co jakaś babcia się użalała: na córkę, wnuków, zięcia, migrenę czy żylaki, zawsze znalazła u niego współczucie. Zdarzały się kłopoty błahe, niekiedy wytwory chorej, starczej wyobraźni, w większości jednak były to prawdziwe, raz małe, kiedy indziej duże tragedie ludzi bezradnych, zaszczutych przez otoczenie, w skrajnych wypadkach maltretowanych nawet przez własne dzieci. Tym wszystkim starał się dopomagać, jak potrafił. Był bardzo popularną postacią w mieście. W latach programowego antyklerykalizmu, gdy stosowano szczególnie represyjną politykę względem duchownych katolickich, w Kaliszu zdarzało się, że milicjant zatrzymawszy pojazd za złamanie jakiegoś przepisu drogowego, gdy zauważył, że wewnątrz siedzi Urpsza, zamiast mandatu salutował i bez upomnienia pozwalał jechać dalej.
      W udzielaniu pomocy innym nigdy nie był zaściankowy. Nie chciał ograniczać się do Kalisza, w którym pracował. Wspomagał kilka ośrodków duszpasterstwa akademickiego oraz organizował wysyłanie żywności do Indii. Świadomy, że Chrystus wśród warunków zbawienia, oprócz pomocy chorym i biednym, wymienił również pamięć o więźniach, im także dostarczał paczki.
      Podkreślał swoje pochodzenie z rodziny kniaziów żmudzkich, wyniszczonej przez carat za udział w powstaniu styczniowym. Może właśnie płynąca w nim krew krzepkiego Żmudzina pozwoliła udźwignąć ciężar, który nałożył sobie mając już wiek, w którym inni tęsknią za odpoczynkiem.

Felicjan Paluszkiewicz SJ


Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej jest rodzina Płocińskich w osobach Iwony i Krzysztofa - rodziców, niekiedy razem z dziećmi: Mateuszem, Szymonem, Marią, Piotrem i Aleksandrą. E-mail: krisplo@op.pl
Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
© 1996-2016 by Płocińscy