Herb Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu.

O. Stefan Dzierżek

"Kalisz jest cząstką mnie samego"

     We wrześniu O. Stefan Dzierżek, jezuita, kapłan zasłużony dla Kalisza obchodził osiemdziesiątą piątą rocznicę urodzin i 70-lecie wstąpienia do zakonu. Z tej okazji drukujemy wspomnienia Jubilata.

Tam, gdzie ziemia styka się z niebem

O. Stefan Dzierżek, jezuita, kapłan zasłużony dla Kalisza.      Chciałem być księdzem od zawsze, jak tylko sięgam pamięcią. Stałem - pamiętam jak dziś - na skraju ogrodu. Patrzyłem w otwartą przestrzeń, a nasze przestrzenie mazowieckie są dalekie, szerokie i gładkie jak stół... Patrzyłem w dal i spostrzegłem, że hen, daleko, ziemia styka się z niebem.

     I wtedy przyszła mi do głowy myśl: Dlaczego dorośli nie wyniosą się tam, by sprawdzić, co jest w tym niebie? I postanowiłem, że kiedy dorosnę to zrobię to.

 

Pod okiem Matki

     Moja Matka była prostą wiejską kobietą, ale Pan Bóg dał jej otwartą głowę, szerokie zainteresowanie światem i ludźmi, głód wiedzy, stąd umiała właściwie podejść do mnie i moich marzeń o kapłaństwie. Powołanie dojrzewało w domu pod czujnym okiem Matki starającej się rozbudzać w nas życie religijne, zwłaszcza we mnie, zawsze skłonnym do świętych rzeczy, które chwytałem w lot. Kiedy miałem niecałe sześć lat, przystąpiłem do I Komunii Świętej. To także mi pomogło utwierdzić się w powołaniu. Myślałem wtedy, żeby zostać księdzem diecezjalnym, marzyło mi się nawet zostanie biskupem, ale prędko mi to przeszło i wystarczyło kapłaństwo, choćby i bez biskupstwa.

Marzenia

     Od dziecka lubiłem marzyć. O rzeczach wielkich i zwykłych. Nauczyłem się czytać, kiedy miałem pięć lat i byłem rozmiłowany w dziejach Polski. Pamiętam, jak ze starszym rodzeństwem siadaliśmy w pokoju pod ścianą, braliśmy historię Polski i przeglądaliśmy ją. Interesowały nas głównie ilustracje. Był tam poczet królów polskich malowany przez Matejkę, a my na tyle już orientowaliśmy się w historii, że wiedzieliśmy, które postacie są ważne i wielkie. Nasze przeżywanie historii polegało na tym, żeśmy sobie wybierali z niej patronów, (co większych, co znaczniejszych. Każdy z nas oczywiście chciał mieć za patrona Chrobrego, ale starszy brat miał pierwszeństwo, więc dla mnie zostawał Stefan Batory, zresztą! też wielki król i do tego jeszcze mój imiennik. Siostry koniecznie chciały mieć Jadwigę, ale i one musiały wybierać spośród innych. To było nasze przeżywanie. nasze uczenie się historii Polski. Kiedy w trzeciej klasie przyszedł czas na lekcję o chrzcie Polski, marzyło mi się jego tysiąclecie. Wyobrażałem sobie siebie jako ważnego kanonika w Łowiczu, biorącego udział w obchodach jubileuszowych. To marzenie się spełniło, oprócz jednego szczegółu. Nie byłem kanonikiem. Byłem przełożonym prowincji wielkopolsko - mazowieckiej ojców jezuitów.

Droga do zakonu

     Powołanie zakonne przyszło do mnie dosyć dziwną drogą. Po skończeniu czwartej klasy szkoły podstawowej na wsi, zdawałem egzamin do gimnazjum w Łowiczu. Niestety, szkołę średnią rozpocząłem fatalnie. Na I okres dostałem pięć dwój. Do dziś pamiętam, z jakich to było przedmiotów. Matematyka, polski, gimnastyka. rysunki, śpiew. Te pięć dwój sprawiło, że chciałem za wszelką cenę wydostać się z tej szkoły, bo czułem, że to była jakaś wielka krzywda. Moja Mama zresztą odczuła to podobnie. Dziwna rzecz, jeśli chodzi o polski i matematykę, to nigdy, czy przedtem czy potem, nie miałem z nimi trudności, lecz raczej wielką łatwość. Zawsze też należałem do najlepszych uczniów, a tutaj taka plajta. Taka katastrofa.

      W naszym domu była sierota Kasia, która mając 18 lat przyszła do nas "na służbę". Była z nami 10 lat jako członek rodziny, przyjaciółka Mamy i jej prawa ręka. Kochaliśmy ją całym sercem. Otóż, po latach u nas Kasia wstąpiła do zakonu sióstr urszulanek szarych Matki Ledóchowskiej i to właśnie od niej Mama się dowiedziała, że w Pniewach istnieje tak zwane Małe Kolegium Piusa X dla małych chłopców, którym marzyło się kapłaństwo. Dzięki pośrednictwu Kasi spędziłem w Pniewach półtora roku.

      Tutaj zetknąłem się bliżej zarówno z życiem zakonnym ,jak z Matką Ledóchowską, z którą później utrzymywałem kontakt aż do jej śmierci w 1939 roku. To właśnie siostry urszulanki podsuniętyˇ mi myśl o kapłaństwie zakonnym. Im zawdzięczam to. że zdecydowałem się na małe seminarium ojców jezuitów w Chełmie. Im, a właściwie tym pięciu dwójom.

Wileński fałszerz

      Pan Bóg uparł się, żeby zrobić ze mnie kapłana. Mam tu na myśli szczególnie jeden moment. Było to w Wilnie, gdzie studiowałem fizykę na Uniwersytecie Stefana Batorego po ukończeniu naszej zakonnej filozofii we Francji. W Wilnie zastała mnie wojna. Razem z dwoma przyjaciółmi zgłosiłem się do kompanii sanitarnej, która odjeżdżała na front. wędrowaliśmy aż pod Lwów i tam przeżyliśmy kapitulację. 30 września wróciłem do Wilna. Ojciec Kucharski, legenda tamtejszego podziemia, wciągnął mnie do współpracy. W naszym domu powstała komórka legalizacyjna zajmująca się wystawianiem fałszywych dokumentów. Zaangażowałem się w pracę podziemną na całego. W naszej fabryce lewych papierów" pracowałem jako fotograf i punkt kontaktowy. Tak było aż do roku 1942, kolejno pod okupacją litewską, radziecką i niemiecką. 26 marca 1942 roku gestapo niemieckie i litewskie aresztowało wszystkich zakonników, siostry zakonne i seminarzystów. Zostałem wzięty sprzed domu. więc nie zdążyłem zniszczyć dowodów mojej "winy". Siedziałem w więzieniu i byłem przekonany, że zaraz zacznie się śledztwo. Byłem przygotowany na badanie w gestapo, czekałem więc, obmyślając, jak mam zeznawać, żeby nikogo nie narazić. Czekałem jeden dzień - nic. Drugi - nic. Trzeci - nic. Tydzień, trzy tygodnie, miesiąc, kilka miesięcy. Wreszcie po kilku miesiącach doszedłem do przekonania, że coś się musiało stać i przesłuchania nie będzie. Do dziś nie rozumiem dlaczego. Gdyby doszło do śledztwa, niewątpliwie skończyłbym na Ponarach, wileńskim miejscu straceń. Dziś tłumaczę sobie. że Bóg się uparł, żeby zrobić ze mnie księdza, bo wtedy byłem klerykiem.

Parafia w Juraciszkach

      3 października byłem wyświęcony na kapłana, a 11 listopada. w święto narodowe, objąłem parafię w Juraciszkach miedzy Lidą a Mołodecznem, na Zachodniej Białorusi. Sytuacja była trudna. Kościół przez pół roku zamieniony był w meczet, krzyże postrącane, ołtarz zniszczony, konfesjonałów brak. Plebanię zajęło wojsko i władze radzieckie, więc trzeba było mieszkać kątem u gospodarza paręset metrów dalej. Bardzo chciałem tam zostać, bo wiedziałem, że będzie jeszcze gorzej. Dla mnie najważniejsza w kapłaństwie jest służba ludziom. Ale dostałem formalny nakaz, że mam wracać, a w zakonie nakaz to jak rozkaz w wojsku.

Boża pedagogia

      W moim życiu zakonnym ciągle musiałem uczyć się nowych rzeczy. I tak jest aż do dziś. praca w Polsce Ludowej zaczęła się od przełożeństwa w Lublinie. Po roku mianowano mnie mistrzem nowicjatu. Zlecono mi formację młodych chłopaków, którzy przychodzili do zakonu. Praca była szalenie trudna. Duże grono chłopców w różnym wieku - i bardzo młodych, którzy mieli po 15 lat i takich po maturze czy nawet po studiach uniwersyteckich. Sam musiałem ciągle się dokształcać, żeby przekazywać im rzeczy pewne wartości autentyczne. To wszystko wymagało wielkiego wysiłku, tak intelektualnego jak i psychicznego. Nic dziwnego, że skończyło się chorobą wrzodową. Kiedy już miałem wprawę w prowadzeniu nowicjatu, przełożeni dołożyli mi przełożeństwo domu w Kaliszu. Stąd w 1961 roku odwołano mnie na stanowisko prowincjała, czyli przełożonego całej zakonnej prowincji. Znów trzeba było zaczynać od nowa, uczyć się od początku. To były trudne lata. Musiałem staczać ustawiczne walki, prowadzić ciągłe utarczki z władzami, z Urzędem do Spraw Wyznań, z ubowcami... Trzeba było odwagi, zaufania Bogu.

      Po moim prowincjacie, po długich sześciu latach wróciłem do proboszczowania, jak kiedyś w Juraciszkach, ale w warunkach zupełnie odmiennych. Znowu uczyłem się, jak być proboszczem. Potem przez cztery lata byłem sekretarzem prowincjała. A później wróciłem do Kalisza. Bez entuzjazmu, ponieważ uważałem, że nie należy wracać na to samo miejsce, kiedy przybyło człowiekowi lat. Ale posłuszeństwo bierze się w zakonie na serio jako wyraz woli Bożej.

Chrystus rzucony na druty

      Wróciłem do Kalisza. Nie przewidywałem, że przyjdzie stan wojenny. Wszelka niesprawiedliwość budziła we mnie zawsze żywe reakcje, a to nawet w świetle konstytucji, która istniała, było bezprawiem. Bolało mnie to poniewieranie człowiekiem, dlatego postanowiłem zaprotestować. W pracy duszpasterskiej zawsze się starałem, żeby moje głoszenie Słowa Bożego było umieszczone w kontekście współczesnym. Stąd powstała myśl żeby przygotowany właśnie żłobek Bożonarodzeniowy umieścić w warunkach stanu wojennego. Taką propozycję dałem artyście, panu Oźminie, który znakomicie się z niej wywiązał. Żłobek był, tak jak zwykle, umieszczony w bocznym ołtarzu. Główne tło stanowiła grupa górników z Kopalni "Wujek". W tę grupę wdzierała się krew, spływająca z obrazu aż na sam jego dół i przechodząca dalej w czerwień tkaniny spływającej na ołtarz i dalej, do stopni ołtarza. W górze była twarz Maryi Częstochowskiej z wielką krwawą łzą. Z Iewej strony biała płyta na której niby na śniegu - wymalowane ślady transporterów i czołgów. U jej stóp przewrócony żłobek. Pan Jezus wyrzucony na zwój kolczastych drutów.

     Byłem gotowy na aresztowanie czy na proces. I rzeczywiście doszło do procesu, który się odbił głośnym echem. Pierwszy termin wyznaczono w Wielkim Tygodniu na środę. Potem go przełożono, bo sąd się zorientował, że to by wyglądało na zbyt wielką szykanę, a do tego za bardzo by przypominało inną rozprawę, sprzed 2 tysięcy lat. Na to posiedzenie sądu przyszło ponad 500 osób. Tak oceniał sam sąd. (Cała ta historia jest opisana w mojej książce "Gdy odwaga kosztowała"). Proces trwał równy rok. Zakończył się wyrokiem skazującym na rok więzienia z zawieszeniem na trzy lata. Przyznam, że dla mnie nieważne było, czy dostanę rok, czy też więcej. Ja chciałem tę rozprawę wygrać moralnie w oczach całego społeczeństwa, żeby ludzie spojrzeli we właściwy sposób na to, co się dzieje. I żeby przestali się bać. I nic zatrzymał się proces odzyskiwania wolności, choć mnie samemu przyszło jeszcze posiedzieć w więzieniu, tym razem za pomoc represjonowanym.

Mój Kalisz

     Ody po raz pierwszy przyjechałem do Kalisza w 1928 roku, były w nim jeszcze ślady I wojny światowej. W nowicjacie był dla mnie prawdziwą terra ignota, czyli ziemią nieznaną. Mój Kalisz to był nasz dom jezuicki, ogród ze starą lipą nad Bernardynką przy murze. To był nasz kościół i inne kościoły, do których zachodziliśmy jako nowicjusze w szeregu, trochę jak wojsko, mijane domy ratusz, teatr... To były lasy, rzeki i pola, na które się wychodziło na dłuższe wycieczki.

      W dużej mierze Kalisz dla mnie pozostał właśnie taki. Zacząłem go poznawać dopiero wtedy, kiedy zainteresowałem się jego historią. On się tak bardzo nie zmienił. Przybyło trochę domów, ale to co najcenniejsze było już wtedy - kościoły, teatr, park, Prosna, lasy tu dookoła. Ten Kalisz wszedł we mnie, jest cząstką mnie samego, podobnie jak wrosłem w Wilno. A kaliszanie: stosunek kapłana do ludzi, z którymi się styka jest specyficznym stosunkiem. Jakby trochę rodzinnym. Te więzy poszerza się na wszystkich, z którymi człowiek się styka. Tak jakoś jest u kapłana, przynajmniej ja tak to przeżywam. I tak przeżywam właśnie kaliskie społeczeństwo, Jako te moją rodzinę, w który jestem kapłanem, za którą w jakiejś mierze odpowiadam i której pragnę służyć.

Spisała: Jolanta Delura

Innego rodzaju konsekwencje

 

Dzieciątko, sianko, figury Matki Bożej i św. Józefa w pokłonie, Trzej Królowie, uboga stajenka, choinka - tak najczęściej jest ujmowane Boże Narodzenie. Nieczęsto żłóbki zapadają w pamięci, wzbudzają dyskusje, jeszcze rzadziej przechodzą do historii. Jaki jest sens ich wystawiania, jaką niosą symbolikę? Rozmowa z o. Stefanem Dzierżkiem TJ.

 

Jeżeli zapytać w Kaliszu o nasze lokalne tradycje wystawiania bożonarodzeniowych żłóbków, wszyscy odsyłają do Księdza. Wspominają te z lat 80.

Ja sam już nie pamiętam wszystkich. Niektóre pozostały mi w pamięci, ale tylko niektóre. Zdjęcia? No, może zdjęcia by się znalazły, ale nie tych najciekawszych żłóbków, te najciekawsze pozostaną już tylko w nas. Trudno mi będzie chyba odpowiedzieć zgodnie z pani oczekiwaniem... Zresztą... i mój wiek już mnie tłumaczy... Na stare lata dobrze się pamięta wydarzenie dawne, te nowsze, aktualne, bieżące uciekają, pamięć już jest słabsza, nie tak plastyczna, aby w niej odciskać trwałe znaki... Ale z pewnością tym żłóbkiem, który wywołał najżywsze echo, który przyniósł innego rodzaju konsekwencje, to był żłóbek wystawiony zaledwie dwa tygodnie po wprowadzeniu stanu wojennego. On na ogół jest znany nie tylko z autopsji, nie tylko tym, którzy wówczas go oglądali, ale z mojej książki... Ja jedną rzecz zaniedbałem, mianowicie zdjęcia. W tamtych latach nawet nie przyszło mi do głowy, że to mogą być historyczne szopki, że tak się stanie z tą szopką wystawioną w stanie wojennym.

Te "innego rodzaju konsekwencje" to był proces sądowy, który po wielu miesiącach zakończył się wyrokiem skazującym Księdza na rok więzienia w zawieszeniu, to były kolejne rozprawy, które zamieniały się w społeczno-polityczne manifestacje. Szczegółowo dzieje tamtego procesu opisuje Ksiądz we wspomnianej, wydanej przed 11 laty książce pt. "Gdy odwaga kosztowała". Ale jeżeli nie mamy książki i nie mamy zdjęć, to jak sobie poradzimy? Jak wyglądał tamten żłóbek?

Jak wyglądał? Umieściłem pana Jezusa w realiach stanu wojennego. To był realizm symboliczny, ale bardzo czytelny, a więc ślady gąsienic czołgów, a więc Chrystus rzucony na zwój kolczastych drutów, a więc wywrócony żłóbek, rozsypane siano. Takie były wtedy realia - wojenne, bo stan wojenny to była wojna wydana społeczeństwu. Figura Pana Jezusa ubrana w białą koszulkę, przepasana czarną wstążką, w tle sylwety górników w kaskach, między którymi rozerwał się granat i stąd czerwona plama, jakby krew rozbryzgana. Czytelna aluzja do tragedii kopalni "Wujek" w Katowicach. Od tej plamy spływał czerwony materiał na mensę ołtarzową, jakby rzeka krwi. Na górze, nad tą planszą z górnikami twarz Matki Najświętszej z płynącą, krwawą łzą, symbolizującą tragedię wielu matek polskich.

Szopki, które wyraźnie nawiązują do aktualnych, społeczno-politycznych wydarzeń, mają swoich zwolenników i przeciwników.

A to musimy porozmawiać o znaczeniu wystawiania żłóbków na Boże Narodzenie. Rok liturgiczny, przeżywania tajemnic życia Chrystusa, to nie tylko wspominanie wydarzeń historycznych. Oczywiście sięgamy do tamtych wydarzeń, bo tam jest źródło całej liturgii, ale trzeba zaznaczyć, że liturgia jest przeżywaniem Chrystusa w sposób autentyczny, żywy. Stąd wzięła się koncepcja, aby tajemnice życia Jezusa, jeżeli przedstawia się je symbolicznie, umieszczać na tle aktualnych wydarzeń. Dlatego szopki, jako znak liturgii świąt Bożego Narodzenia, symbol przyjścia Chrystusa do człowieka, do ludzi, do społeczeństwa, do świata, starałem się umieszczać w kontekście bieżącym, chciałem żeby żłóbek nie tylko przypominał i przedstawiał tajemnicę Bożego Narodzenia, ale aby był budowany na tle aktualnych wydarzeń. W ten sposób powstał ten najgłośniejszy żłóbek stanu wojennego. Oczywiście żłóbek przede wszystkim musi podkreślać realia religijne, ale powinien je ujmować w kontekście życia codziennego poszczególnych ludzi. Dlatego w żłóbkach na ogół obok liturgicznych tajemnic, odnajdujemy realia zewnętrzne.

Jeden ze żłóbków u jezuitów przedstawiał Chrystusa na tle kartek żywnościowych.

To było, bodajże, dwa lata po wprowadzeniu stanu wojennego, wypadałoby zatem w 1983 roku. Ukazywał on Chrystusa na tle ówczesnych realiów gospodarczych. Tło stanowiły kartki, na które można było wtedy kupić pewne artykuły. W naszym żłóbku ze względów oczywistych zostały wyeksponowane szczególnie kartki dla dzieci. Koło maleńkiego Jezusa nie było ani św. Józefa, ani Matki Najświętszej. Społeczeństwo bez większej trudności odczytało, jaki był wydźwięk takiego ujęcia tej sceny.

W Kaliszu w tym czasie krążyła nawet pewna anegdota. "Gdzie podziali się Św. Józef i Matka Najświętsza ze żłóbka u jezuitów?"

Stoją w kolejce, żeby wykupić kartkowy przydział. Taka była wówczas rzeczywistość, na całe szczęście, ludzie nawet wtedy potrafili się śmiać... Przypominam sobie inny żłóbek, powstały w odpowiedzi na ogólnoświatową dyskusję toczącą się wokół rozbrojenia. Niepokój społeczny był wtedy mocno odczuwalny. Pokazałem Pana Jezusa na tle ruin ogromnego miasta, zniszczonego przez bomby. Oczywiście nie zawsze aktualna sytuacja jest tak bardzo napięta. Jeżeli nie działy się rzeczy, które rzutowały na przyszłość, wtedy pojawiały się żłóbki bez aluzji zewnętrznych, bardziej tradycyjne. Ostatecznie inwencja też się wyczerpuje, a życie toczy się dalej i różnie: raz burzliwie, a raz jego nurt jest uspokojony...

Tradycyjny będzie również żłóbek powstający w tym roku przy bazylice Świętego Józefa. Ciekawy o tyle, że po drewnianej stajence budowanej według koncepcji scenografa Wojciecha Stefaniaka, będą chodziły żywe zwierzęta. Św. Józef, Dzieciątko i Matka Boska też staną "jak żywi". Ludzie lubią takie bajkowo-teatralne szopki. Nawet nie wiedziałem, że taka powstaje. Ale to przypomina mi dzieciństwo i mój zachwyt, gdy w domu zjawiali się kolędnicy i w swoim przenośnym teatrzyku kukiełkowym przedstawiali cud Pańskich Narodzin. Nie potrafiłem jeszcze wtedy wypowiedzieć poprawnie słowa "szopka", mówiłem "sopka"... Myślałem o tamtych "sopkach", kiedy doszło do procesu o bożonarodzeniowy żłóbek w naszym kościele w Kaliszu.

Ksiądz był twórcą koncepcji żłóbków na dany rok, ale ktoś musiał je wykonać.

Estetyczne wykonanie tamtych żłóbków odpowiadało wymaganiom autentycznej sztuki, bo ludzie, którzy je tworzyli byli prawdziwymi artystami, znali się na sztuce. Przez jedenaście lat wychowywałem naszą młodzież zakonną. Wśród nich znalazł się jeden chłopiec, który miał zdolności artystyczne. Został posłany na Akademię Sztuk Pięknych, a jednocześnie skończył teologię. Szopki według moich pomysłów projektował właśnie on, a wykonywał inżynier. Dlatego to była robota bardzo uczciwie zrobiona, bardzo porządnie, bardzo starannie. Tylko taka idzie w parze z głębokimi przeżyciami religijnymi, z tajemnicą Chrystusa, który przychodzi do ludzkości i staje się jednym z nas.

Rozmawiała Anna Tabaka, Kalisia Nowa nr 12/97/2002

 

Ojciec Stefan Dzierżek: rocznik 1913.

W 1928 r. wstępuje do nowicjatu księży jezuitów w Kaliszu. Maturę zdaje w Pińsku, po czym przez cztery lata studiuje filozofię we Francji. W 1937 r. zapisuje się na fizykę na uniwersytecie wileńskim. Uczestnik kampanii wrześniowej jako ochotnik 261 kompanii sanitarnej. Za działalność podziemną w szeregach AK aresztowany przez gestapo w 1942 r. Siedem miesięcy przebywa w więzieniu na Litwie. Po wyjściu z więzienia otrzymuje święcenia kapłańskie 3. 10. 1944 r. w ostrobramskiej kaplicy. Na rozkaz przełożonych w 1946 roku przyjeżdża do Polski Ludowej. W latach 1962-67 kieruje całą prowincją zakonną. Najdłużej pracuje w Kaliszu. Podczas stanu wojennego za wystawienie "nieprawomyślnego" żłóbka skazany na jeden rok więzienia w zawieszeniu. Za pomaganie represjonowanym otrzymuje karę dwóch miesięcy więzienia. Odznaczony: Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami (1943 r.), Krzyż Walecznych (1944 r.), Medal Wojska po raz pierwszy, drugi, trzeci, czwarty (Londyn 1948 r.), Krzyż AK (Londyn 1968 r.), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (1991 r.), Odznaka i tytuł Zasłużonego dla Miasta Kalisza (1991 r.).


Obym jeno miłować umiała

Rozmowa z o. Stefanem Dzierżkiem SJ,
duchowym synem św. Matki Urszuli Ledóchowskiej

 

Kiedyś Ojciec powiedział, że beatyfikacja Matki Urszuli Ledóchowskiej - cytuję - "nie może się odbyć beze mnie". Dlaczego?

Ojciec Stefan Dzierżek - Honorowy Obywatel Miasta Kalisza.To był rok 1983. Stan wojenny. Byłem bardzo mocno zaangażowany w pomoc osobom represjonowanym oraz potrzebującym. Przychodziły do nas TIR-y z darami. Było to możliwe dzięki pewnej mieszkance Kalisza, którą w czasie wojny dosłownie zgarnięto z ulicy na roboty do Holandii. Tam pozostała, wyszła za mąż, wychowała dzieci. Kiedy w Polsce nastał kryzys gospodarczy postanowiła pomóc swojemu rodzinnemu miastu. Zorganizowała pomoc w postaci darów i poprosiła, by rozprowadzali je ojcowie jezuici. Służba Bezpieczeństwa w pomocy osobom represjonowanym dopatrzyła się pewnych nieprawidłowości. Chodziło o to, że zbierałem pieniądze na zapłacenie mandatów nałożonych przez władzę. Zostałem wezwany przez SB i zatrzymany. W więzieniu spędziłem całą noc. Rano odbyła się rozprawa, zostałem skazany na 2 miesiące więzienia. Trafiłem do Strzelina. To było 10 maja 1983 roku. Odwołałem się jednak do sądu.

Ojciec Święty miał przyjechać do Polski w połowie czerwca. Na 20 czerwca przewidziana była beatyfikacja Matki Urszuli Ledóchowskiej. Doszedłem do wniosku, że nie może się ona odbyć beze mnie. Jakie ku temu miałem racje? Po pierwsze była ona moją Matką duchową, przechowywałem jej 22 listy, byłem jednym ze świadków w czasie procesu beatyfikacyjnego. Jakże beatyfikacja mogłaby się odbyć beze mnie? Matce generalnej sióstr urszulanek powiedziałem, że choćby na koniec świata, ale na beatyfikację muszę pojechać.

10 lipca kończyła się kara. Kiedy się odwołałem, sąd zawiesił jej wykonanie, zostałem uwolniony. Wszyscy cieszyli się z mojej wolności. Wtedy przyszła pewna pani i zapytała czy wiem, komu zawdzięczam wypuszczenie na wolność? Odpowiedziałem, że z pewnością Opatrzności Bożej. Ale kto najbardziej się o to modlił? – zapytała. Cała diecezja – odpowiedziałem, bo wiedziałem, że biskup w liście prosił o takową modlitwę w mojej intencji. Ona na to odpowiada – A ja myślę, że to Ojca mama wymodliła uwolnienie. Przecież dzisiaj Dzień Matki, 26 maja. Zapewne myślała ona o mojej prawdziwej mamie. Wtedy uprzytomniłem sobie, że przecież ja mam dwie mamy. Jedną, która mnie urodziła i wychowywała do jedenastego roku życia. I drugą, którą miałem szczęście poznać w Pniewach. To z pewnością jej „sprawka”, że wyszedłem z więzienia wcześniej. Wydobyła mnie stamtąd, bym mógł uczestniczyć w jej beatyfikacji.

Jak to się stało, że została Ona Ojca drugą Matką?

Byłem wtedy w małym seminarium jezuickim w Chełmie. Był to rok 1927. Dostałem telegram o chorobie matki. Pojechałem do domu. Mama była chora na tyfus brzuszny. Ciężko było mi wyjeżdżać, z drugiej jednak strony ksiądz prefekt obawiał się, że moja dłuższa nieobecność spowoduje braki w nauce. Nie posiadał mojego rodzinnego adresu. Wiedział jednak, że dostałem się do seminarium dzięki Matce Ledóchowskiej. Prefekt napisał do niej list, by na mnie wpłynęła, abym powrócił do szkoły, bo potem nie dam sobie rady z nauką. Matka Urszula napisała do mnie, bym się nie martwił i że jest przekonana, iż mama wyzdrowieje, „a gdyby mama zmarła to ja ci zastąpię matkę”. Czuła się tym zobowiązana jeszcze w niebie.

Czy Ojciec pamięta Wasze pierwsze spotkanie?

Pochodzę ze wsi. W czasach mojego dzieciństwa trudno było ze wsi „wylądować” w szkole. Mama chciała, by jak najwięcej jej dzieci zdobyło wykształcenie. Wynajęła korepetytora, który przygotowywał mnie do egzaminów. Przeszedłem przez nie bez problemu. W czasie pierwszej wywiadówki mama dostała „cios obuchem w głowę”. Dowiedziała się, że mam pięć dwój. Była zaszokowana, bo wiedziała, że z przedmiotów, które lubiłem nie powinienem ich mieć, zwłaszcza z języka polskiego i matematyki. Problem polegał na tym, że pięciu nauczycieli brało łapówkę. Stałem się jedną z ofiar tego łapówkarstwa. Moja mama nie dała oczywiście łapówki. Miałem dosyć tej szkoły. Mama też. Zaczęła się rozglądać za inną szkołą. Wiedziała, że od dziecka pragnąłem być księdzem. Dowiedziała się, że Matka Ledóchowska ma w swoim klasztorze Małe Kolegium Piusa X dla małych chłopców. Wysłała list z prośbą o przyjęcie i dostała pozytywną odpowiedź. Pojechała ze mną do Pniew. Zaraz po moim przyjeździe pierwszy raz zetknąłem się z Matką Urszulą. Było to 17 kwietnia 1925 roku. Spotkanie to głęboko zapadło mi w pamięci. Tego dnia Matka Ledóchowska obchodziła 60 rocznicę swoich urodzin. Co przede wszystkim mnie wtedy uderzyło? Radość, która od niej biła, jej zawsze uśmiechnięta twarz. To nie był jakiś sztuczny, przylepiony uśmiech. Czuło się, że ona raduje się ze spotkania z drugim człowiekiem. To jej sprawiało wewnętrzną radość. Biła od niej życzliwość. Trzymała się zasady: „Jak nie pomóc, jeśli można”.

Dla niej radością było czynić dobrze. Naprawdę martwiła się problemami drugiego człowieka. Umiała ująć za serce. Od pierwszego wejrzenia urzekła swą osobą. Obudziły się we mnie jakieś synowskie uczucia. Wtedy zrodziła się przyjaźń. Macierzyństwo przyszło z czasem. Dopiero w małym seminarium uświadomiłem sobie to synostwo. Ona mnie nie wychowywała, od tego była inna siostra. Matka Ledóchowska miała wtedy mnóstwo pracy w zgromadzeniu. Od początku jednak była dla mnie ideałem. Kimś bardzo dobrym, życzliwym. Zastanawiałem się kiedyś, dlaczego ludzie do niej tak lgną? Otóż ona najpierw dawała swoje serce. Dawała swą życzliwość i zainteresowanie troskami drugiego człowieka.

Prowadził Ojciec z Matką Ledóchowską korespondencję. Ma Ojciec jej 22 listy.

Ta korespondencja rozpoczęła się od mojego wyjazdu z Pniew do Kalisza. Trwała także w czasie moich studiów. Na każdy list odpisywała. Są one pisane z matczyną miłością. Przebija przez nie dobroć, zainteresowanie, zatroskanie.

Jak wyglądało Wasze ostatnie spotkanie?

Właściwie to nie było ostatniego spotkania, a przynajmniej nie wiedzieliśmy, że jest ono ostatnie. Powróciłem w 1937 roku ze studiów filozoficznych we Francji. W drodze powrotnej odwiedziłem Pniewy i zostałem tam kilka dni, odświeżyłem wspomnienia. Moje ostatnie spotkanie z nią odbyło się w Wilnie, gdzie studiowałem na Uniwersytecie im. Stefana Batorego. W Wilnie siostry urszulanki mają swój dom na Skupówce. Ile razy była tam Matka Urszula, zawsze ją odwiedzałem. Spotkanie wyglądało jak i pozostałe. Nie przeżyłem go specjalnie, gdyż nie wiedziałem, że jest ona ciężko chora. Zmarła w Rzymie 29 maja 1939 roku. Od początku jej przejścia do nieba byłem przekonany, że kiedyś zostanie wyniesiona na ołtarze. Na wzór Matki Ledóchowskiej wyobrażam sobie świętych XX wieku.

Dlaczego uważa Ojciec Matkę Urszulę za osobę świętą?

Przede wszystkim z powodu jej zakochania w Bogu, ogromnej dobroci i życzliwości dla człowieka, żarliwości w trudach apostolskich, ogromnej ofiarności w służeniu Bogu. Miała serce szeroko otwarte na potrzeby człowieka XX wieku. Źródłem tego wszystkiego była miłość. W liście pisanym do brata, przyszłego generała jezuitów, napisała wymowne słowa: „Obym jeno miłować umiała”.

Czym jest dla Ojca kanonizacja Matki Urszuli? Jak Ojciec ją przeżył?

Bardziej niż kanonizację przeżyłem beatyfikację, szczególnie dlatego, że „wyciągnęła” mnie wówczas z więzienia dając w ten sposób sygnał, że i w niebie nie zapomina o tym, iż jest moją matką. Kanonizację natomiast przeżyłem radośnie, ale spokojnie. Dla mnie bowiem jej wyniesienie na ołtarze było naturalną konsekwencją jej życia.

Rozmawiała Joanna Walczak (wywiad nieautoryzowany)

Fot. arch. 'Ojciec Stefan Dzierżek ze Sługą Bożym Janem Pawłem II" opublikowano w "Naszym Dzienniku", w numerze 145 (2858) z dnia 23-24 czerwca 2007 r.


Ojciec Dzierżek uhonorowany

Obchody Święta Kalisza

Ojciec Stefan Dzierżek SJ Uroczystą Sesją Rady Miasta w kaliskim ratuszu 5 czerwca zainaugurowano już po raz trzynasty obchody Święta Kalisza. Wśród wyróżnionych w tym roku Kaliszan znalazł się o. Stefan Dzierżek, który otrzymał Godność Honorowego Obywatela Miasta. Parafia p.w. Wniebowzięcia NMP (bazylika św. Józefa) zaś otrzymała odznakę „Zasłużony dla Miasta Kalisza”.

Ojciec Stefan Dzierżek jest osobą znaną w środowisku kaliskim. W pamięci mieszkańców zapisał się jako kapelan „Solidarności”, patriota i działacz opozycji, mecenas kultury. Przyznanie najwyższego wyróżnienia - Godność Honorowego Obywatela Miasta – zbiegła się z jego podwójnym jubileuszem: 90-leciem urodzin i 75-leciem życia zakonnego. - Wyrażam moje szczere podziękowania. Przyznam, że jestem wzruszony. Może dlatego, że nie robiłem nic nadzwyczajnego poza kroczeniem moją kapłańską drogą. Zapisaliście na mój rachunek to, co robili także moi bliscy, najpierw moi współbracia – ojcowie jezuici, potem świeccy, dzięki którym mogłem pomagać tysiącom. Wasza uchwała sprawiła mi podwójną radość. Przyznaliście ją kapłanowi, przyznając się jednocześnie do Boga, do wiary, po drugie, bo uczyniliście to jednomyślnie. Jakbyście wiedzieli, że nie można budować jedności Europy bez Boga i wiary – mówił o. Dzierżek dziękując za wyróżnienie.

Rada Miasta przyznała także 5 odznaczeń „Zasłużony dla Miasta Kalisza”. Wśród wyróżnionych znalazła się obchodząca 700-lecie istnienia parafia p.w. Wniebowzięcia NMP (bazylika św. Józefa), która poprzez kult św. Józefa rozsławiła także miasto. - Bardzo się cieszę, że św. Józef znów został doceniony – powiedział ksiądz prałat dr Jacek Plota, kustosz sanktuarium odbierając nagrodę.

Odznaczenie otrzymali także: Tadeusz Krokos - dziennikarz i działacz kultury, prof. Jerzy Rubiński – wykładowca UAM, dziekan Wydziału Pedagogiczno- Artystycznego UAM w Kaliszu; dr Stanisław Szponder - lekarz, działacz Związku Sybiraków; pośmiertnie nadano je także Stefanowi Piotrowskiemu, długoletniemu nauczycielowi szkół handlowych i ekonomicznych.

Ponadto przyznano Nagrodę Miasta Kalisza za działalność charytatywną. Otrzymała ją firma „Fructon” z Kalisza, przekazując jednocześnie na ręce ks. dra Sławomira Grześniaka, dyrektora Caritas Diecezji Kaliskiej oraz ks. Ryszarda Krakowskiego, kierownika kaliskiego Domu Opieki Caritas, z przeznaczeniem na kaliski Dom Opieki Caritas.

W czasie sesji Wolfgang Behrendt, były wiceprzewodniczący Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy przekazał na ręce dra Janusza Pęcherza, prezydenta Kalisza, Honorową Plakietę Rady Europy. Jest ona wyrazem uznania za aktywną współpracę między narodami oraz za promowanie idei jednoczącej się Europy.

W Uroczystej Sesji w Ratuszu uczestniczył ksiądz biskup ordynariusz Stanisław Napierała, przedstawiciele władz i delegacje miast, z którymi Kalisz współpracuje, parlamentarzyści, radni miasta Kalisza, władze województwa wielkopolskiego oraz wyróżnieni nagrodami Miasta Kalisza z lat poprzednich.

Joanna Walczak


Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej jest rodzina Płocińskich w osobach Iwony i Krzysztofa - rodziców, niekiedy razem z dziećmi: Mateuszem, Szymonem, Marią, Piotrem i Aleksandrą. E-mail: krisplo@op.pl
Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
© 1996-2016 by Płocińscy