Herb Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu.

Cyprian Kościelniak
ur. w 1948 r.

Cyprian Kościelniak - Curriculum vitae
 

Cyprian KościelniakCyprian Kościelniak urodzony w 1948 roku w Kaliszu. Matura w 1966 roku w II Liceum im. T. Kościuszki. Uczniem Liceum A. Asnyka byłem przez pierwsze dwa i pół roku szkoły. Wówczas prof. Józef Goliński zaproponował mojemu ojcu aby mnie przeniósł do innej szkoły, ponieważ nie rokowałem żadnej nadziei na poprawę.

Studia kolejno: Studium Nauczycielskie w Kaliszu w ramach uchylania się od wojska, Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu, Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych w Gdańsku i w końcu Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie. Wszystkie te zmiany wyłącznie z ciekawości studiów. Dyplom w pracowni prof. Henryka Tomaszewskiego w 1974.

Od 1973 projektuję czołówki filmowe dla Wytworni Filmów Dokumentalnych w Warszawie, Wytworni Filmów Fabularnych w Łodzi i Wrocławiu oraz TVP. (m. innymi Czołówka zespołu filmowego "X", Ziemia Obiecana – wersja kinowa i telewizyjna, Panny z Wilka, Człowiek z Marmuru, Umarła Klasa, Sprawa Gorgoniowej, Kartka z Podroży, Seksmisja – pierwsza w polskim filmie animacja komputerowa, serial TV Jan Serce.)

Projektant graficzny w latach 1974–1980 w tygodniku Perspektywy i Szpilki. Plakaty filmowe, okładki książkowe. W 1986 indywidualna wystawa prac w Galerii Zapiecek w Warszawie i w 1987 w Galerii Kordegarda. Wraz z żoną Joanną Wnuk zaprojektowaliśmy dwie duże monograficzne wystawy dla Muzeum Literatury w Warszawie: Jarosław Iwaszkiewicz 1985 i Stanisław Grochowiak 1986 oraz wystawę dorobku Tadeusza Kulisiewicza w Muzeum Ziemi Kaliskiej. Od 1980 adiunkt, asystent Henryka Tomaszewskiego w pracowni projektowania graficznego ASP w Warszawie, a do 1986 docent w PWSSP w Gdańsku.

W 1986 wyjeżdżam do Holandii aby startować na stanowisko docenta w Akademii Sztuk Pięknych w Groningen, gdzie pracuję do 1994. Od 1995 docent ilustracji w Hadze i Utrechcie. Wykłady w Austrii (Linz 1985) i USA Rhode Island School of Design (1990 i 1991). Pracuję jako ilustrator dla następujących klientów: PTT, Akzo Nobel, ABN Amro Bank, Philips, Unia Europejska, Henkel, Lucent itd.

Od 1988 roku związany jestem, jako stały współpracownik z najbardziej renomowaną gazetą w Holandii NRC Handelsblad najpierw jako ilustrator i rysownik polityczny.

Od roku 2002 regularna współpraca z gazetą Frankfurter Allgemeine Zeitung.

Od 1984 ożeniony z Joanną Wnuk – architekt wnętrz. Dzieci: Zuzanna (1985), Patryk (1975).

Źródło: Asnykowiec 2003

      Cyprian Kościelniak

Urodzony w 1948 roku w Kaliszu. W 1966r. ukończył II Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Kościuszki w Kaliszu, jednakże przez pierwsze dwa i pół roku był uczniem I LO im. Adama Asnyka. Jak sam mówi: "Studia kolejno: Studium Nauczycielskie w Kaliszu w ramach uchylanie się od wojska, Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu, Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych w Gdańsku i w końcu Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie. Wszystkie te zmiany "wyłącznie z ciekawości studiów". Dyplom w pracowni prof. Henryka Tomaszewskiego na Wydziale Grafiki Użytkowej Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie uzyskał w 1974 roku.

Od 1973 roku współpracował z Wytwórnią Filmów Dokumentalnych w Warszawie, Wytwórnią Filmów Fabularnych w Łodzi i Wrocławiu oraz Telewizją Polską. Przez wiele lat współpracował z Andrzejem Wajdą. Zaprojektował czołówki filmowe i opracowania graficzne do 25 filmów m.in.: "Wesele", "Ziemia obiecana" - wersja kinowa i telewizyjna, "Panny z Wilka", "Człowiek z marmuru", "Umarła klasa", "Sprawa Gorgoniowej", "Kartka z podróży", "Seksmisja" - pierwsza w polskim filmie animacja komputerowa. Stworzył także czołówkę zespołu filmowego "X", jak i czołówkę serialu telewizyjnego "Jan Serce". W latach 1974-1980 był projektantem graficznym w tygodnikach Perspektywy i Szpilki, tworzył plakaty filmowe i okładki książkowe.

Od 1980 był adiunktem, asystentem prof. Henryka Tomaszewskiego w pracowni projektowania graficznego ASP w Warszawie, a w latach 1984-1986 docentem w Państwowej Wyższej Szkole Plastycznej w Gdańsku.

W 1986 roku wyjechał na stypendium królewskie do Holandii i zamieszkał w Amsterdamie. Do 1994r. pracował na stanowisku docenta w Akademii Sztuk Pięknych "Minerva" w Groningen. Od 1995 roku jest docentem ilustracji w Akademii Sztuk Pięknych w Hadze i w Utrechcie. Gościł z wykładami w Austrii (Linz 1985) i USA (Rhode Island School of Design 1990 i 1991). Pracuje jako ilustrator i projektant graficzny dla czasopism i dużych firm jak: PTT, Philips, Akzo-Nobel, ABN Amro Bank, Unia Europejska, Henkel, Lucent itd.

Od 1988 roku związany jest, jako stały współpracownik z najbardziej renomowaną gazetą w Holandii NRC Handelsblad najpierw jako ilustrator i rysownik polityczny. Od roku 2002 regularnie współpracuje z gazetą Frankfurter Allgemeine Zeitung.

WYSTAWY:

1985 - projekt wystawy monograficznej "Jarosław Iwaszkiewicz" dla Muzeum Literatury w Warszawie

1986 - projekt wystawy monograficznej "Stanisław Grochowiak" dla Muzeum Literatury w Warszawie

1986 - projekt wystawy dorobku Tadeusza Kulisiewicza w Muzeum Ziemi Kaliskiej

1986 - indywidualna wystawa w Galerii Zapiecek

1987 - indywidualna wystawa w Galerii Kordegarda

2003 - wystawa "Grafika prasowa" w Hadze

2004 - wystawa "Grafika prasowa" w Harlem

Turecki Mercedes
 

W pewnym momencie życia odkryłem, że w trakcie bezustannego biegu do przodu można oglądać się do tylu. Zacząłem się zastanawiać jakie to fakty i momenty w przeszłości zadecydowały o tym, że w tej chwili jestem gdzie jestem i myślę to co właśnie usiłuję tu zanotować.

W filmie Charlie Chaplina "Gorączka Złota" jest scena, która stanowi metaforę dla mojej opowieści: Bohater filmu, Chaplin idzie, wydaje się bez celu przez Clondikę. Drewniane baraki stanowią sieć małych, skrzyżowanych uliczek. Widzimy go z tylu, tak jakby on sobie z tego nie zdawał sprawy. Nagle z bocznej uliczki tuż za plecami Charliego wychodzi olbrzymi niedźwiedź. To oczywiste, że zwierzę zaatakuje od tyłu niczego nie spodziewającego się bohatera. Po paru momentach niedźwiedź, jednak jak gdyby nigdy nic, skręca w lewo i znika w bocznej uliczce. Trudno jest nam wcielić się w postać bohatera tej sceny, gdyż ten kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego w czym właśnie wziął udział. Bohaterem właściwym tej sceny jesteśmy my, którym dane jest przyglądać się sobie samym z pewnej odległości. Także ostatni zrobiony tuż przed śmiercią film Stanleya Cubricka, "Eyes Wide Shot" jest właśnie traktatem o tym, jak często podejmujemy ryzyko, szukając granic naszej egzystencji i jak blisko ocieramy o te granice, nie zdając sobie sprawy, że są one często ostateczne i że przekroczyć je można tylko raz. Takie myśli chodzą mi po głowie kiedy patrzę na swoje życie z perspektywy lat i świadomości, że w moim życiu parę razy oddech niedźwiedzia czułem na karku.

Ale wróćmy na podwórko szkolne do momentu, kiedy to wszystko dopiero musiało lub mogło się dopiero zdarzyć. Nie mam tutaj na myśli jedynie tego, czym była dla nas wówczas nasza szkoła. Byliśmy w końcu bandą zdominowanych przez hormony idiotów, odpornych na te trochę wiedzy, którą zrezygnowani nauczyciele usiłowali nam wbić do głów. Nikt z nas tak naprawdę, opuszczając szkołę nie wiedział co z niej wynosi. Trzydzieści lat doświadczeń jako nauczyciel akademicki nauczyło mnie jednego: nigdy nie oczekuj bezpośrednich rezultatów swojego nauczania. Dlatego zjeżdżamy się tu wszyscy z różnych stron świata co pięć lat, aby się nad tym raz jeszcze zastanowić.
Stan mojego ducha i poziom inteligencji w latach licealnych był taki, że każdy miał gotowe pomysły na studia, podczas kiedy ja po prostu zastanawiałem się czy przebrnę przez maturę.

Jakże inspirujący mogą być w takich sytuacjach nauczyciele. Pani prof. D. od angielskiego wypowiedziała wówczas do kogoś następujące słowa: "jak ten K. dostanie się na studia to mi kaktus wyrośnie na dłoni". Słowa te sprawiły, że przez lata miałem jak mało kto jasną i oczywistą wizję przyszłości – pokazać, że potrafię. Nie przypuszczałem, że upokorzenie może tak głęboko i trwale mną zawładnąć, że nauczyciel osiągnie sukces pedagogiczny stosując metodę wiadra z zimną wodą i młotka. Innym razem analizowaliśmy Słowackiego na lekcji z prof. J.Ch. – nagle dokonałem własnego odkrycia – moja konkluzja brzmiała prosto –" każda epoka postrzega i interpretuje poetę na własny sposób i w odniesieniu do własnej rzeczywistości i to go właśnie czyni wieszczem". Był to jeden z tych bardzo nielicznych momentów, kiedy byłem z siebie dumny – reakcja Ch. była prosta – wyrzuciła mnie z klasy. Za jaką karę kochał się w tej osobie nasz wspaniały Jezusek, biegając za nią i służąc jej, zresztą ku jej irytacji wiernie przez lata? – nie wiem. Coraz jaśniejsze stawało się też dla mnie to, że właściwie całe nasze postępowanie w życiu dorosłym zostaje wytyczone w trakcie bieganin dziecięcych po podwórkach i zabawach w chowanego po piwnicznych korytarzach, czy w czasie letnich kąpieli nad rzeką.

Koledzy z ulicy, pejzaż, zapach, matka kolegi wieszająca bieliznę. Byłeś zakochany kiedyś w matce kolegi z klasy to do końca życia będą ci się podobały dojrzale kobiety. W pewnym momencie jednak spostrzegasz, że te wszystkie piękne dojrzale kobiety są w twoim wieku.

Muszę wracać do miejsc w których to wszystko się zaczęło – tylko tu wiedzą jak wyglądałem z "pustymi rękoma". Stąd mam też najlepszy widok na wszystko, co potem się zdarzyło. Tam rodziły się te wszystkie, w późniejszych latach skrupulatnie jeden za drugim realizowane, marzenia niezależnie o tego, czy u źródła leżał zachwyt czy motywem była przegrana. Kiedy bawiłem się w piaskownicy udając, że prowadzę auto mając jedynie kilka patyków wbitych w ziemię wykonywałem wszystkie czynności z niezwykłą skrupulatnością, aby nadać mojej zabawie jak najwięcej cech realnych i aby fantazje jak najbardziej zbliżyć do rzeczywistości. Po dziś dzień zachowuje się w samochodzie podobnie – warkotu silnika na szczęście nie muszę imitować. Oczywiście, realizacja marzeń ma zawsze charakter dynamiczny, i punkt docelowy nie ma wiele wspólnego z punktem wyjścia. Chodzi mi raczej o pewien patron postępowania i o fakt niezbędnego w życiu punktu odniesienia. Tym punktem odniesienia był dla mnie przez ostatnie 30 lat mój zawód.

Dwa małżeństwa, dwoje dzieci, kilkanaście przeprowadzek, Toruń, Gdańsk, Warszawa aż w końcu Amsterdam – wszystko to życiowa kołatanina i konflikty, emocje i bezustanna walka o przetrwanie. Jedno co to wszystko łączy i trzyma do kupy to mój zawód. Poprzez lata stał się on dla mnie wehikułem i częścią mojego życia. To jedyne, co naprawdę od początku do końca jest moje – jedyna własnoręcznie zdobyta wartość, struktura mojego życia.

Był rok 1973, byłem na ostatnim roku studiów ASP w Warszawie. Andrzej Wajda był w tym czasie swoim najlepszym uderzeniu. Poprzez zbieg okoliczności mogłem zaprojektować czołówkę do filmu Wesele. Potem przyszła Ziemia Obiecana, Panny z Wilka, Człowiek z Marmuru itd. Kto te czasy pamięta rozumie, że miałem poczucie bycia w środku ważnych wydarzeń. Mało tego, byłem przekonany, że moja kariera zaczęła się we właściwym miejscu i od razu na odpowiedniej wysokości. Słowem – znacie to poczucie gęsiej skórki na duszy. Kiedy przy którymś tam filmie Wajda nie poprosił mnie więcej do współpracy czułem, że świat się zawalił. Świat się ZAWALIŁ! Bezgraniczne upokorzenie. Kosztowało mnie to parę lat aby odzyskać wiarę w siebie. Potem każde następne "zawalanie się świata" omijałem tak jak omija się kałuże w czasie deszczu.

Dużym błędem było, i to widzę po latach – ta niebywała konieczność bycia w pobliżu autorytetu, niezbędność "tlenu", który ci mistrz podaje. Chłopak z Kalisza chciał przede wszystkim być blisko wielkich i mądrych. Być kiedyś takim jak mój ówczesny idol Henryk Tomaszewski czy Saul Steinberg i w końcu kariery akademickiej zostać profesorem. Afirmacja zastanego porządku.

Nigdy nie nauczono mnie, aby ustanawiać własne standardy, aby negować zastaną rzeczywistość, być w stanie sformułować alternatywę. Podziwiając naszych idoli mamy nadzieję kiedyś zając ich miejsce, lecz ten rodzaj myślenia kryje w sobie wielką zasadzkę. W takich wypadkach działa zawsze tak zwane (jedno z wielu) Prawo Murphiego, które brzmi: "Kiedy przychodzi na nas kolej, to ONI zmieniają zasady".

Jedynym sposobem na to, aby się tej mentalności pozbyć było wyjechać daleko, gdzieś gdzie nie znają twojej przeszłości i gdzie ty nie wiesz jak się poruszać. Nauka nieznanego idzie szybciej niż nam się wydaje.

Zwłaszcza, jeśli postanawiasz pojechać do kraju, którego język kompletnie nie przystaje do twojego podniebienia, a spiker zaczyna dziennik TV od słów "huje avond". Słowem wszystko jest nowe, jesteś niemowlę w wieku lat czterdziestu. Uczysz się mówić, poruszać, zachowywać, tylko pieluch brakuje. Na szczęście masz coś, co łagodzi ból twardego lądowania – zawód. Po dwóch dniach od przyjazdu zacząłem normalnie pracować, jakby nigdy nic. No może trochę przesady, po tygodniu. Tym niemniej, piętnaście lat pobytu w Holandii w odniesieniu do mojego zawodu, mogę liczyć podwójnie. Nastąpiła wielka rotacja – w zamian za to co nowego się nauczyłem, musiałem tyle samo się oduczyć. Jedno co pozostało to logika i sposób myślenia, który otrzymałem od Henia Tomaszewskiego, mojego profesora na ASP w Warszawie..

Cykle sezonu i trendu dotyczą każdej dziedziny twórczej. Konieczność sezonowych przeobrażeń i innowacji jest tak silna, że niemal co roku, jako ilustrator komercyjny przygotowuję własną nową "kolekcję", albo innymi słowy serie fikcyjnych ilustracji, które pokazują jakimi estetycznymi i stylistycznymi środkami mam zamiar się posługiwać w najbliższym czasie. Słowem przynęta na klienta. Tu właśnie działa prawo Murphiego. Wydaje ci się, że jesteś dobry, robisz wspaniałe rzeczy, masz ogromne doświadczenie, jesteś świadomy szczytu własnego zawodowego potencjału i myślisz "yes!". Niestety zmieniły się upodobania, kapryśna moda, nastąpiło przesuniecie środka ciężkości, duch czasu powiewa nad innym kolorem. Jak co rano stoisz na przystanku autobusowym, lekka mgła czyni wszystko nieostre. Twój autobus przejeżdża, nie zatrzymując się. Wtedy zauważasz, że przystanek przeniesiono o 100 metrów dalej.

Mieszkając w Amsterdamie, sam jako obcy, zacząłem obserwować innych obcych w tym mieście. Odkryłem pewien schemat zachowań imigrantów.

Spójrzmy na Marokańczyków – dzięki kolonialnemu pokrewieństwu z Francją jeżdżą wyłącznie używanymi Peugeotami i Renault. Citroen – nie, jest zbyt elegancki i jest poza estetycznym zasięgiem. Tureccy gastarbeiterzy dla odmiany zaczynali inwazje Europy od Niemiec (mam na myśli inwazję najnowszą). Jadąc latem do kraju rodzinnego zabierają wszystko, co mają najlepszego i pakują to do jedynego symbolu zachodu, jakim mogą udowodnić swoją ekonomiczną stabilizację – Mercedesa. Turek nie kupuje innego auta niż niemiecki. Lecz na tym koniec europejskości. Europejczyk jedzie w swoim samochodzie sam, w tureckim mercedesie siedzi pięciu Turków. Pięciu Europejczyków natomiast jedzie pięcioma samochodami. Patrzą w bok i widzą pięciu Turków w mercedesie. Włos im się jeży na plecach, gdyż Europejczyk mimo pięćdziesięciu lat w Europie nie zna tureckiego oraz wie, że takiego mercedesa nie można darzyć zaufaniem.

W Amsterdamie, Berlinie Paryżu czy Brukseli, żyjące na kupie całe dzielnice tureckie czy marokańskie wydają się całkowicie odizolowane od reszty świata. Młode pokolenie rozdarte między rodziną i religijną tradycją, a współczesną europejską kulturą i sposobem życia doznają psychicznego szpagatu. Co w domu zakazane, to na ulicy jest OK, i na odwrót. Marokańczyk że swoim śródziemnomorskim libido, chętnie przeleci Europejkę, nikt mu tego nie zabroni, a Europejka nawet nie spróbuje. Ten sam Marokańczyk ma siostrę. Siostra jest wyemancypowana. W niej zakochał się amsterdamski z dziada pradziada chłopak. Oczywiście przespał się z dziewczyną i nic by się nie stało, lecz jej ojciec i brat wiedzą co znaczy hańba w rodzinie. Nóź ląduje w brzuchu marokańskiej dziewczyny.

Język i obyczaje zabrane z rodzinnej wsi podtrzymywane są przez ustawioną na Maroko antenę satelitarną, a imam, który po dwudziestu latach pobytu w Europie nie zna języka, mówi im jak mają żyć w kraju, o którym on nie ma pojęcia, a którego oni nie powinni darzyć zaufaniem.

Co zatem mam zabrać ze sobą z mojej nowej ojczyzny Holandii, aby na Częstochowskiej 8 pokazać, że mi się udało? Czasy, w których Mercedes robił wrażenie dawno minęły. Wiem!

Nieświadom miałem ze sobą całe życie szpulkę z nitką, nitką Ariadny. Całe tysiące kilometrów odwiniętej nitki. Od kilku lat zajęty jestem jej zwijaniem, a prowadzi ona dokładnie w to samo miejsce, gdzie tyle lat temu itd.

Przychodzisz po tylu latach pod dom rodzinny i okazuje się że okna parteru, do których zawsze musiałem się ostro wspinać w rzeczywistości sięgają mi do pasa. Monumentalny budynek traci perspektywę, zamienia się w kamienicę. Jarzębiny, których zapach od 55 lat kojarzy mi się jedynie z tym miejscem są wycięte. Wędrówką przez dom mojego dzieciństwa zamazałem ten jedyny i prawdziwy obraz wspomnień, gdyż ta nitka tak naprawdę prowadzi jedynie do mojej głowy, do wizerunku, który jest jedyną rzeczą, jaka pozostała. Reszta istnieje w głowach innych ludzi.

Kiedy opuszczasz dom rodzinny – nie zabieraj ze sobą całego bagażu, powiem więcej, zabierz go jeszcze mniej, a jeśli Ci czegoś zabraknie – wrócisz po to innym razem. To jedyny sposób, aby po przyjeździe do obcego kraju, twoje pierwsze pytanie nie brzmiało – którędy się idzie do klubu polonijnego?

Źródło: Asnykowiec 2003

Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej  jest rodzina Płocińskich,
62-800 Kalisz, ul. Sułkowskiego 2, tel. 062 7671842 w osobach Krzysztofa Płocińskiegoe-mail:kplocinski@info.kalisz.pl
 żony Iwony oraz dzieci: Mateusza, Szymona i Marii, Piotra i Aleksandry.

 Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
1996-2006 by Krzysztof Płociński i rodzina.