Baszta Dorotka
     
Bogumił Kunicki
BALLADY KALISKIE

Bogumił Kunicki

 BALLADY KALISKIE

ilustrowane przez
WŁADYSŁAWA KOŚCIELNIAKA

  

Kalisz 1991
Kaliskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk
I Wydanie Internetowe
Krzysztof Płociński,  grudzień 1997
Wszelkie prawa zastrzeżone

Spis treści

Wstęp, czyli ballada o balladach
O metryce bursztynem pisanej
O złotej trumnie
Tak nam rosło miasto
"Batory" na Prośnie
Mosty, albo o "polskiej Wenecji"
O "Korczaku", Poślednim" i "Słodowcu"
O tarczy kołem miasto otaczającej
Intratna ruina, czyli o starościńskim zamku
Lochy, albo tajemnice Kalisza
Ratusza dzieje burzliwe
Ballada najdłuższa o rynku
Między ratuszem a mostem kamiennym
Trąbka pocztyliona
O "Drezdeńskim" i innych, czyli coś dla ciała...
O Kanonickiej, czyli coś dla duszy
O uśpionym piskorzu
Pejsy, chałaty ......, czyli o świecie minionym
O Ogrodowskiej bez ogrodów
Szewcy, panny franciszkanki i ... fortepiany
O Kazimierzowskiej
Dziwne dzieje ulicy Rzeźniczej
O zadzierżystych piekarzach
O złocistym napoju z białą grzywą
Jezuici, kadeci i działacze kultury
Bomba "Pod Krakusem", czyli o Sukienniczej
Kolegiacka czy Kolegialna?
O "Meksyku" przy Mariańskiej, czyli dzieje eleganckiej ulicy
Katolicy, ewangelicy, prawosławni i masoni
Nad Babinką
O upartych babach
Strzały na Nowym Rynku
W stronę Torunia, Warszawy i Łodzi
O "Dorotkach" i muzyce
"Kaliski Prater", czyli spacery w Alejach
Wędrówki Melpomeny
W stronę Wrocławia
Ballada niedokończona, czyli pożegnanie

Nazwy ulic występujące w tekście

Wstęp, czyli ballada o balladach

Ballady kaliskie str.7Skąd się wzięły "ballady kaliskie"? Mnie samemu trudno na to odpowiedzieć. Urodziłem się i wychowałem w Kaliszu. Już w młodości przejawiałem wyraźne "ciągotki' historyczne, których konsekwencją było porzucenie zaczętych studiów dziennikarskich na rzecz historycznych. W tym czasie wiedziałem o mieście sporo, choć zapewne mniej od prawdziwych pasjonatów jego dziejów. Tuż po studiach, jako początkujący nauczyciel historii, spotkałem w Kaliszu trzech zapalonych miłośników grodu nad Prosną. To oni wywarli na moje zainteresowania Kaliszem niewątpliwy wpływ. Z biegiem lat dostąpiłem zaszczytu być ich bliskim przyjacielem. Pierwszym z nich był nieodżałowanej pamięci gorliwy w poszukiwaniach i namiętny propagator najstarszej przeszłości miasta, przedwcześnie zmarły honorowy obywatel naszego grodu - doktor Krzysztof Dąbrowski. Pod jego światłym kierownictwem i ja włożyłem kawałek swej pracy przy wykopaliskach na Zawodziu. Szczęśliwie dla mnie złożyło się, że zmieniając zawód na muzealnika, przez całe lata miałem w nim nauczyciela, doradcę, a także serdecznego i wypróbowanego przyjaciela.

Drugim był znany w mieście artysta i pasjonat, od lat śledzący dzieje miasta - Władysław Kościelniak. Trzecim - jeden z pierwszych kierowników kaliskiego muzeum, mój bezpośredni poprzednik na tym stołku, niespokojny duch, wręcz rozpierany pomysłami - Wacław Klepandy. Jeszcze jako student z podziwem patrzyłem na zbierane przez niego informacje do planowanej przezeń przed 30 laty (!) "encyklopedii kaliskiej".

Takie pasje udzielają się mimo woli. Bez konkretnego celu, ot tak "na wszelki wypadek", pracując w muzeum zacząłem gromadzić fiszki z informacjami o ulicach, ludziach, wydarzeniach, opierając się przede wszystkim na poczciwym "Kaliszaninie", w którym nawet ogłoszenia, okazywały się po latach ciekawe. Wcale nie mniej interesujące okazały się różnego rodzaju dzienniki urzędowe, a także inna prasa o książkach już nie wspominając. Przez lata uzbierało się tego wcale nie małe pudło.

Kiedy w 1966 roku powróciłem do pierwotnie planowanego zawodu zaczynając dziennikarską pracę w "Ziemi Kaliskiej" zgromadzone szpargały pomogły raptem zacząć procentować. Po opublikowaniu na jej łamach kilku historycznych dysertacji, przyszła kolej na cykl opowieści o dawnym Kaliszu, nazwany właśnie "Balladami kaliskimi".

Dlaczego nazwano je "balladami" trudno dziś dociec; spory na temat genezy i początków nazwy trwają w gronie dawnej redakcji do dziś. W każdym razie cykl ten na łamy :Ziemi Kaliskiej" wprowadził ówczesny jej Naczelny, do dziś doskonały kolega i przyjaciel - Bohdan Adamczak. I tak to się zaczęło od 1967 roku. Początkowo raz w miesiącu, potem dwa razy a bywały i czasy kiedy "ballady" gościły na łamach nawet co tydzień. Trwało to do końca 1972 roku i, ku memu zdumieniu, uzbierało się ich ponad dwie setki. Ku zdumieniu całej redakcji "ballady" cieszyły się znaczną poczytnością, traktowane były jako materiał pomocniczy w nauczaniu historii regionu a nawet doczekały się opracowania w pracy magisterskiej.

Ja wróciłem do muzealnictwa, najpierw w rodzinnym mieście, potem w odległej Łomży a sprawa "ballad" odżyła dzięki inicjatywie Federacji Towarzystw Kulturalnych Ziemi Kaliskiej.

Propozycja wydania ich drukiem zwartym, czyli w postaci książki, szczerze mnie ucieszyła, ale i przysporzyła sporo pracy. Nie chciałem aby była to rozprawa, ani też popularno-naukowe kompendium wiedzy o ulicach miasta. W założeniu miała to być gawęda: młodym dająca pewną nie znaną im wiedzę o mieście, starym tę wiedzę ugruntowującą - wszystkim zaś rozkochanym w Kaliszu przyjemność obcowania z jego dziejami. Czy mi się to udało? - ocenią Czytelnicy. W każdym razie chodziło mi również o to, by książka stała się formą zadość uczynienia tym wszystkim, którzy mnie do jej napisania namawiali i pomagali w jej ukazaniu się.

A teraz, po tym niezbędnym wstępie, zapraszam Czytelników do przechadzki po starym Kaliszu, z góry przepraszając co niecierpliwszych za zbytnie gadulstwo, da którego szczerze i samokrytycznie się przyznaję. Ale co robić, skoro aż tyle jest do powiedzenia o tym najstarszym mieście, o każdej jego ulicy, prawie o każdym domu. Ruszajmy więc wspólnie na tę wędrówkę!

O metryce bursztynem pisanej

Str10.jpg (48339 bytes)      Stare porzekadło mówi, że "nie od razu Kraków zbudowano". Nie od razu zbudowano też Kalisz, podobnie zresztą jak wiele innych miast na świecie. W procesie dziejowym miasta nie tylko zmieniły swój wygląd, ale nierzadko "wędrowały" z miejsca na miejsce.

      Kalisz bez wątpienia należy do najstarszych miast w Polsce. Na jego sędziwy wiek zwrócił już uwagę wychowawca dzieci królewskich i znakomity kronikarz Jan Długosz, poprzez zbieżność nazw identyfikujący średniowieczny Kalisz ze starożytną Kalisią.

      Kalisia!. 0d tej nazwy właśnie wszystko się zaczęło. Kalisia pojawiła się w Geografii Klaudiusza Ptolemeusza - uczonego Greka żyjącego w egipskiej Aleksandrii w II w. n.e. Starożytny mąż umieścił tę nazwę na mapie przez siebie sporządzonej, powtórzył ją w indeksie miejscowości, określając jej położenie geograficzne mierzone... krokami. A że nazwa ta w brzmieniu jest z nazwą naszego miasta podobna, toteż od dawna intrygowała uczonych.

      Po licznych badaniach i dociekaniach, po stworzeniu wielu hipotez, większość uczonych zgodna była co do utożsamienia starożytnej Kalisi z naszym Kaliszem. Ostatnie słowo, jak zwykle w takich przypadkach, należało do archeologii. Miała ona potwierdzić najstarszą pisaną metrykę Kalisza, a tym samym wysunąć go na czoło najstarszych miast polskich. 1 słowo to wypowiedziała, o czym będzie jeszcze mowa.

      Umieszczenie Kalisii na ptolemeuszowej mapie świadczyło o ważności tego ośrodka. Wypada w tym miejscu zapytać, co się na to złożyło.

      Wyobraźmy sobie: szeroka, rozłożysta pradolina Prosny z nasłonecznionymi, wysokimi brzegami; obfitość wody w rzece i w licznych tu pomniejszych rzeczkach, strumieniach i strugach; piaszczyste i lekkie gleby łatwe do uprawy; dostatek łąk żyznych ciągnących się między zakolami. Czyż można sobie wymarzyć lepszą krainę dla pracowitego, zbożnego życia? Nie było w tym nic przeto dziwnego, że od najdawniejszych czasów pradolina Prosny była terenem intensywnego osadnictwa. Jej atrakcyjność podnosił jeszcze jeden znaczący fakt. Otóż, przebiegał tędy ważny szlak komunikacyjny i handlowy starożytności, prowadzący z północy na południe, znad mglistego Bałtyku do słonecznych ziem Imperium Rzymskiego.

      Na rozległych połaciach Słowiańszczyzny kupcy rzymscy szukali nowych rynków dla towarów, które mieli w nadmiarze, dla wyrobów rzemiosła, które budziły podziw, zdumienie i zachwyt naszych praszczurów. W zamian wywozili stąd skóry, futra, miód, wosk i wiele innych dóbr natury, w tym najbardziej poszukiwany bursztyn. On to był wielkim bogactwem Bałtyku, obfitował w niego zwłaszcza półwysep Sambijski. Na podróżników zmierzających nad Mierzeję Wiślaną czyhały liczne niespodzianki i niebezpieczeństwa w nieznanych im, "barbarzyńskich", stronach. A mimo to nie rezygnowali z wypraw, albowiem wszelkie trudy wynagradzały im wysokie zyski. Wędrowali utartym szlakiem, który od głównego towaru sprowadzanego nim do Rzymu nazwany został "Bursztynowym".

      A szlak ów wiódł z Rzymu przez Akwileję i dzisiejszy Wiedeń do nadgranicznych warowni rzymskiego limesu (granicy). Ciągnęły tedy karawany rzymskich kupców wygodnymi, znanymi w starożytnym świecie drogami aż do granicznych strażnic. Stąd, po przekroczeniu limesu, zaczynało się Wielkie Nieznane.

      Oglądając mapę Ptolemeusza trudno nie zauważyć, że Kalisia zlokalizowana jest mniej więcej w połowie drogi od granic Imperium Rzymskiego do morza. To właśnie położenie mogło, jak się dziś przypuszcza, zdecydować o znaczeniu ośrodka. Najprawdopodobniej właśnie w Kalisii brano przewodników na dalszą drogę, wymieniano zwierzęta juczne, zaopatrywano się w żywność. Poszukiwania archeologów - długie i żmudne - zmierzały do odnalezienia starożytnej osady. Jak dotąd zarejestrowano i częściowo przebadano około 200 różnych miejsc z tego okresu, od osad, poprzez cmentarzyska i znaleziska skarbów monet, po nieokreślone punkty. Wszystkie stanowiska występują na stosunkowo niewielkim obszarze wzdłuż brzegów Prosny, Swędrni i Pokrzywnicy. Nie sposób było przebadać wszystkich miejsc, tym bardziej, że część obiektów rozsiana była na dużym obszarze i wymagała znacznych nakładów pracy i czasu wielu zespołów badawczych. Poznane dotąd obiekty znajdują się na Tyńcu, Lisie, w Majkowie, Wesółkach, Zagórzynie i przede wszystkim w pobliskich Piwonicach.

      Dotychczasowe badania archeologiczne w dużej mierze ukazały nam warunki życia mieszkańców przypuszczalnej Kalisii. Osady były porozrzucane w niewielkich odległościach od siebie, zabudowania zaś drewniane, niskie, często wpuszczane w ziemię "kurne" chaty - półziemianki, przed nimi wiele palenisk na otwartym terenie i, co charakterystyczne, ani śladu jakichkolwiek umocnień obronnych. To ostatnie może świadczyć albo o tym, że od dawna musiał tu panować spokój, albo że organizacja zbrojna tego terenu była tak silna, iż nie musiano obawiać się żadnego najazdu.

      Ludność zajmowała się przede wszystkim rolnictwem i trochę hodowlą. W domach, a nawet przed nimi, zachowały się ślady pieców do wypiekania podpłomyków z mąki mielonej na żarnach. Sądząc z ilości znalezionych resztek kości zwierzęcych, myślistwo odgrywało mniejszą rolę w życiu mieszkańców, niż zwykło się to powszechnie uważać.

      Każda rodzina była prawie samowystarczalna. Znanych było też wiele rzemiosł. Okoliczne tereny dostarczały pewnej ilości rudy darniowej, dzięki której rozwinęło się kowalstwo. Ślady kowalskich warsztatów, a jeszcze powszechniej ich wyrobów, napotyka się prawie w każdej warstwie, piękny zaś zestaw narzędzi z grobu kowala z cmentarzyska w Wesółkach, eksponowany w kaliskim muzeum, z powodzeniem może stanowić ozdobę każdej poważnej kolekcji europejskiej. Duże ilości ciężarków tkackich i przęślików świadczą o powszechnej znajomości tkania. Znaleziona także ślady obróbki rogu; można również zakładać, że umiejętności garbarskie oraz kuśnierskie musiały stać na wysokim poziomie, skoro wywożono stąd do dalekiego Rzymu skóry oraz piękne i cenne futra.

      Powód do licznych rozważań dało znalezisko w Piwonicach. Były to resztki warsztatu odlewniczego do wyrobów z brązu z nieźle zachowaną łyżką odlewniczą. Trudno odpowiedzieć na pytanie, czy znalezisko to należało do miejscowego rzemieślnika, czy też, jak sądzą inni, może być to ślad po jakimś przybyszu, być może zbiegłym niewolniku rzymskim.

      0 pobycie kupców latyńskich na tych terenach dowodnie świadczą znajdowane monety rzymskie. Ich ilość stanowi podobno prawie połowę wszystkich monet rzymskich znalezionych na terenie całego kraju. Inna to już rzecz, że sprytni kupcy, zdając sobie sprawę z nieznajomości wartości pieniądza, wymieniali z naszymi przodkami monety, które w Rzymie dawno straciły siłę nabywczą. Przywozili też Rzymianie kolorowe paciorki i inne wyroby z nieznanego tu materiału, jakim było szkło. Świadczy o tym pięknie zdobiony kielich szklany znaleziony w Piwonicach. Prawdziwą rewelację w archeologicznym światku stanowi rzymski miecz z "pieczątką firmową" płatnerza - Altiusa z Italii - znaleziony w grobie wojownika na cmentarzu w Wesółkach.

      Mimo zgłaszanych jeszcze wątpliwości, czy Kalisia Ptolemeusza rzeczywiście leżała w okolicy dzisiejszego Kalisza, prawdziwi lokalni patrioci, a i ja w ich liczbie się znajduję, oraz (na szczęście i pocieszenie dla nas) większość uczonych wątpliwości takich nie podziela. Dręczy jednak wszystkich pytanie: które ze wspomnianych licznych stanowisk jest właśnie tym najważniejszym ośrodkiem Kalisii?

      Na to pytanie, niestety, nikt jeszcze nie jest w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Rozwiązanie tej zagadki możliwe będzie dopiero wówczas, gdy zostaną przebadane wszystkie stanowiska archeologiczne, co chyba tak prędko nie nastąpi. Z tych też względów przyjmijmy, że pod nazwą Kalisia rozumieć będziemy zespół osadniczy porozrzucanych w niewielkiej odległości obiektów w dorzeczu Prosny, Swędrni i Pokrzywnicy.

O złotej trumnie

Boguminł Kunicki - O złotej trumnie      Na długo przed Ptolemeuszem, i na długo po nim, tworzyła się historia i legenda tej ziemi. Wody w Prośnie upłynęło jednak wiele zanim słowo pisane po raz drugi wymieniło nazwę naszego miasta. Uczynił to Gall Anonim w swej Kronice, opisując spór między Bolesławem Krzywoustym a jego bratem Zbigniewem. "Bolesław atoli śpiesznie przybył pod Kalisz - notował Gall - a napotkawszy tam na opór garści wiernych Zbigniewowi w kilku dniach gród ten zajął...", czyli, wyjaśnijmy, spalił. Działo się to jesienią 1106 lub zimą 1107 r. Wydarzenie to potwierdziła m. in. gruba warstwa spalenizny odkryta przez archeologów. Stała się ona - o ironio losu - doskonałą granicą czasową, dzielącą historię osady na okresy przed i po pożarze.

      Okazało się wówczas, że gród istniał tu od dawien dawna. Jego ślady sięgają okresu kształtowania się państwa polskiego. Służył więc pewnie już Mieszkowi i synowi jego Bolesławowi Chrobremu. Zachowane resztki umocnień obronnych wznoszonych z drewna i ziemi świadczą, że obok funkcji strategicznej pełnił on również poważną funkcję administracyjną w młodym państwie pierwszych Piastów.

      Prawdziwy rozkwit przeżywał jednak kaliski gród dopiero w początkach rozbicia dzielnicowego. Razem z całą Wielkopolską, na mocy znanego testamentu Krzywoustego, dostał się Kalisz we władanie księcia Mieszka, zwanego Starym, który uczynił z niego stolicę swego księstwa.

      Niestrudzony był książę Mieszko w walkach i zabiegach o zjednoczenie rozbitych ziem, o zdobycie tronu krakowskiego i tytułu seniora. Energiczny, dzielny, przewidujący jako dyplomata i dbały o gospodarkę, książę nie u wszystkich cieszył się zrozumieniem. Krytykowano go przede wszystkim za metody powiększania dochodów książęcych, tak potrzebnych wszak do realizacji wielkich zamierzeń politycznych. Książę "psuł" monetę, w czym pomagali mu już wtedy doradcy finansowi; wikłał się w coraz liczniejsze walki; wplątywał w coraz bardziej zawiłe akcje dyplomatyczne. Na skalę swych zamierzeń dbał także o splendor swej książęcej siedziby. To za jego czasów poszerzano i umocniono wały i niemalże całkowicie zmieniono wnętrze grodu. Obok domostwa panującego, pomieszczeń dla urzędników i drużynników książęcych, wzniósł książę piękny kościół. Umyślnie sprowadzeni specjaliści z wielkich kamiennych ciosów zbudowali romańską świątynię - kolegiatę pod wezwaniem św. Pawła. Kamienną bryłę kościoła z bogato zdobionymi oknami ukoronowali przysadzistą wieżą. Pewnie i wnętrze było godne książęcej hojności. W niej to właśnie przyszło mu pochować przedwcześnie zmarłego syna imiennika - Mieszka Mieszkowica, a i on sam swe doczesne szczątki po śmierci pochować tu nakazał.

      Obsługiwali kaliski gród liczni rzemieślnicy osiadli na podgrodziu. Było ono fosą od grodu oddzielone, a na pobliskiej Kępie leżała osada targowa, skąd przez Prosnę do grodu droga wiodła.

      Podgrodzie - to dzisiejsze Zawodzie ze starym kościołem św. Wojciecha, osada targowa - to Stare Miasto, kiedyś również z własnym kościołem pod wezwaniem Najświętszej Panny Marii, poprzednikiem dzisiejszej bazyliki na placu św. Józefa. Kościół na Starym Mieście miał się ponoć - według starych legend - zapaść pod ziemię za karę za nieznane nam dzisiaj, ale widać, znaczne grzechy mieszkańców. Poszukiwania śladów tej świątyni, jak dotąd, nie przyniosły rezultatów. Nie znalazła więc potwierdzenia wspomniana legenda.

      Łaskawy dla grodu i jego mieszkańców Mieszko Stary zmarł w 1202 r. Legenda mówi o złotej trumnie, w której na wieczny spoczynek legł książę. Legenda ta, a zwłaszcza jej "złoty" motyw, stały się przyczyną licznych późniejszych, wcale nie naukowych "poszukiwań".

      Przypuszczalne groby księcia i jego syna, położone w pobliżu głównego ołtarza, znaleźli archeolodzy już niestety opróżnione, nawet bez kości zmarłych. Skrupulatne jednak badania resztek zawartości grobów, obok brązowych okuć dużego, niegdyś drewnianego krzyża, odkryły tu także maleńkie kawałki pozłacanej blachy! Blaszki te potwierdzałyby zatem legendę o złotej trumnie, potwierdzałyby też fakt, iż często w od wieków powtarzanych legendach tkwi jakaś cząstka prawdy. A zwłoki księcia i jego syna? Bóg raczy wiedzieć, gdzie się podziały. Zwyczaj usuwania śladów swych antagonistów przetrwał wszak aż do naszych czasów. W każdym razie, te małe złote blaszki, resztki barwnego romańskiego witraża i imponujące relikty romańskiej kolegiaty są po wiekach świadectwem świetności Mieszkowego grodu.

      Ciężkie czasy przyszły na Mieszkową dzielnicę po jego śmierci. Już za swego życia, z różnym skutkiem, toczyć musiał Mieszko walki ze swym synem Odonem. Następcą bowiem uczynił Mieszko swego syna Władysława Laskonogiego, który po śmierci brata Odona toczył z kolei boje z bratankiem Władysławem Odonicem zwanym Plwaczem, Prawie od początku w tych rodzinnych sporach brał udział krewniak - książę śląski Henryk Brodaty, od dawna zainteresowany pobliską dzielnicą. W 1229 r. Laskonogiemu udało się pokonać Odonica i wypędzić go z dzielnicy. Ten schronił się na Śląsk, gdzie wkrótce zmarł, przekazawszy wcześniej Henrykowi swe prawa dziedziczne do Kalisza. W wyprawie z 1233 r. Henryk Brodaty upomniał się o należny mu spadek.

      Ciężka musiała być walka i sroga zemsta zwycięzców. Gród uległ zniszczeniu, dobra wszelkie zrabowano i "bez bojaźni Bożej" Ślązacy nie oszczędzili świętego miejsca i splądrowali kolegiatę, a prawdopodobnie także książęce groby. Mocną nogą zatem stanął Henryk na wielkopolskiej ziemi.

      W zdobyciu grodu zapewne pomogły Ślązakom nie tylko same walki. Gród przez prawie trzy dziesiątki lat był miejscem ataków i zamieszek wewnętrznych. Musiał w nich sporo ucierpieć, a niepewne wojenne czasy nie sprzyjały jego należytemu umocnieniu. Mocno we znaki dawała się woda. Prosna, tak łaskawa i pożyteczna wówczas, gdy gród powstawał, z biegiem lat zdołała odmienić bieg, powodując zmiany w krajobrazie. Przypuszczalnie główny nurt, poprzez kolejne wylewy, odsunął się od grodu, odsłaniając go od strony Rypinka. Pozostałe tu mokradła nie stanowiły już tak wielkiej przeszkody dla wroga.

      Wszystkim tym czynnikom, a zapewne i poważnym zniszczeniom w czasie ostatniego zwycięskiego najazdu należy przypisać, że Henryk Brodaty, jak podaje Rocznik Kapitulny, po zdobyciu grodu na Zawodziu zbudował nowy umocniony ośrodek w innym, lepszym i bezpieczniejszym miejscu. Księciu, który świeżo wszedł w posiadanie nowej ziemi zależało też na ściślejszym powiązaniu jej ze starą dzielnicą. Można to było zrobić przez swoich popleczników, a tych mógł książę sprowadzić do nowego ośrodka, nie wdając się w zawiłe sprawy własności ziemi. Wszystko to wyjaśnia przyczynę budowy przez niego nowego miasta.

      Książęcy wybór padł na niedaleko położoną piaszczystą wyspę otoczoną odnogami Prosny, w miejscu przewężenia się pradoliny. Tu wziął swój początek dzisiejszy Kalisz.

Tak nam rosło miasto

Str19      Trudno dziś dociec, czy książę Henryk zbudował tu gród "na surowym korzeniu", czy też była tu jakaś osada podobna do tych na Tyńcu, Wydartem czy Starym Mieście. Ze starych przekazów wiadomo, że przez dzisiejsze śródmieście w XII w płynęła jakaś odnoga Prosny rozdzielająca ten teren na dwie wyspy: mniejszą, gdzie dziś doszukano się śladów dawnego zamku i gdzie stoi najstarszy kościół w lokacyjnym mieście - św. Mikołaja, i drugą, obszerniejszą, obejmującą resztę dzisiejszego śródmieścia. Budowa fundowanego przez żonę Bolesława Pobożnego Jolantę klasztoru franciszkanów i drewnianej początkowo kolegiaty miały być zachętą dla osadnictwa wokół świątyń.

      Pierwotnie grodzisko księcia Henryka było zapewne bronione drewniano - ziemnymi umocnieniami. Otoczenie miasta murami - przypisywane Kazimierzowi Wielkiemu w połowie w. XIV - nastąpiło po zasypaniu owej rzeczki w środku miasta, a mury objęły obszar obu wspomnianych wysp.

      Koryta rzeki otaczające miasto oraz dodatkowe wzmocnienia obronne murami na długo zaważyły na jego rozwoju. Wiodło ku niemu kilka dróg z przerzucanymi przez wodę mostami, zwieńczonymi przy murach potężnymi basztami. Dwie z nich: Wrocławska i Toruńska były najważniejsze. Dwie dalsze: Piskorzewska - prowadząca na bagniste i zalewowe tereny słabo zaludnione i Łazienna - prowadząca również przez trudny teren do stałych osad: Starego Miasta, Rypinka i Zawodzia - odgrywały rolę pomniejszą.

      Głównym punktem obronności miasta był potężny zamek. Fortyfikacje przebiegały linią dzisiejszych ulic: Nowotki, Kazimierzowskiej, dalej brzegiem parku do kościoła Najświętszej Panny Marii i ulicą Parkową do tyłów obecnego Liceum Asnyka. Na tak zakreślonym murami obszarze miały miejsce wszelkie radosne i smutne wydarzenia.

      Jeszcze w końcu ubiegłego wieku, w poważnej wówczas i znanej do dziś Encyklopedii Orgelbranda. Dziejopis kaliski Cezary Biernacki stwierdzał: "Kiedy Kalisz powstał i kto go założył, tego ani z kronik, ani ze starodawnych akt miejscowych żadną miarą dociec nie można". Dziś wiemy już znacznie więcej. Wiemy nawet (jakkolwiek nie zachował się żaden oryginalny dokument), dzięki. potwierdzeniom późniejszych panujących, że prawa miejskie nadał Kaliszowi dobry książę Bolesław, zwany Pobożny.

      Miało to miejsce w latach 1258-60, a za wzorzec przyjęto prawa Środy Śląskiej. Według takiego też wzorca Kalisz zabudowywano.

      W środku miasta, na obszernym rynku, miejscu targów i ważniejszych składów kupieckich, stanął ratusz - symbol wolności i praw miejskich. Stopniowo budowany i upiększany dumnie górował swą wieżą nad miastem. W nim urzędowały władze miejskie, spoczywały miejskie księgi i królewskie przywileje, a dla tych, którzy o rygorach miejskiego prawa zapomnieli, podziemie na areszt przysposobiono. Stąd, promieniście, rozchodziły się ulice. Tędy przechodziła główna arteria łącząca bramę Wrocławską z bramą Toruńską, czyli dzisiejszymi, licząc od mostu Kamiennego, ulicami: Śródmiejską, placem Bohaterów Stalingradu, Świerczewskiego do okolic Domu Towarowego "Centrum".

      Ulice były wąskie i ciasno zabudowane nie tylko domami ale i stajniami, oborami, chlewami, a także licznymi szopami i składami. Przez długi czas przeważała zabudowa drewniana. Murowany był zamek starościński, kościoły, ratusz i część domów patrycjatu.

      Miasto bogaciło się na handlu tranzytowym przez nadane mu "prawo składu", a także dzięki licznym i dobrym rzemieślnikom. Od nich to właśnie wzięły się późniejsze nazwy ulic: Rzeźnicza, Piekarska, Browarna, Złota, Garbarska.

      Liczne przywileje sprzyjały przestrzennemu rozwojowi miasta i mimo częstych klęsk żywiołowych mury obronne zaczęty z biegiem czasu ograniczać jego rozbudowę. Miasto wyszło więc poza obwarowanie i tak powstały przedmieścia.

      Pierwsze przedmieście, typowe "ulicówki", poczęty tworzyć się wzdłuż głównych dróg wiodących do miasta. Nabierały one specjalnego znaczenia podczas licznych wówczas "morów", kiedy to ci wewnątrz murów dobrze chronieni przed wrogiem zewnętrznym , w chwili epidemii uciekali za mury, na teren otwarty i szeroki.

      Najpierw powstały Przedmieście Wrocławskie (ulica Śródmiejska od mostu Kamiennego do Rogatki) i Przedmieście Toruńskie (mniej więcej okolica dzisiejszego placu Kilińskiego). Ich rangę podnosiły lokowane tu szpitale: św. Ducha na Toruńskim i św. Trójcy na Wrocławskim oraz budowane z pobożnych fundacji klasztory, których liczba znacznie wzrosła w końcu XVII i początkach XVIII w. Na przedmieściach powstały wówczas klasztory bernardynów i reformatów oraz bernardynek, a także zajmujących się szpitalem kanoników de Saxia, zwanych "duchakami". W samym mieście były klasztory franciszkanów i franciszkanek, kanoników laterańskich i potężnych jezuitów. Wszystkie zakony miały za murami nadawane lub ofiarowywane ziemie. Na ziemiach zakonnych, a także i świeckich, tworzono folwarki, które w połączeniu z istniejącymi wcześniej wsiami, jak Tyniec, Dobrzec Mały, Czaszki, Piskorzewie czy Ogrody, stopniowo tworzyły większe skupiska, by w XVIII w. stać się przedmieściami.

      A jednak mimo tego, miasto uparcie trzymało się swych ciasnych granic, chociaż obwarowania dawno już straciły swe pierwotne znaczenie i gwarantowały już tylko symboliczną obronę w obliczu rozpowszechnienia się artylerii. Brak środków na stałą ich konserwację doprowadził do tego, że poniszczone i nieudolnie łatane, nawet drewnianymi parkanami, stanowiły przeszkodę jedynie dla usiłujących, bez obowiązujących opłat, wnieść towar do miasta. Ich kres przyniósł wielki pożar w 1792 r., który strawił je prawie w całości.

      W rok później dostał się Kalisz pod panowanie Prus. Stan miasta był opłakany. Prusacy rozpoczęli jego przebudowę od rozebrania murów, zachowując - Bóg raczy wiedzieć dlaczego - jedynie kilka fragmentów i basztę "Dorotkę". Ale Prusacy panowali zbyt krótko, aby sfinalizować swe plany, a ponadto zbyt silny był opór mieszkańców, pragnących zachować stary wygląd miasta. Jedynym ustępstwem na rzecz "nowego" było wytyczenie na terenie tzw. Rembowszczyzny - Alei Luizy, dziś Alei Wolności.

      Ale w tym czasie w obręb miasta włączono już przedmieście Wrocławskie i Toruńskie, a miejskie rogatki oddaliły się od granic starego miasta w okolice dzisiejszego teatru, więzienia, za klasztor bernardyński i Rogatki do dziś stojącej. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku włączono do miasta Piskorzewie, ale do r. 1906 szlaban rogatek nadal bronił wstępu do miasta mieszkańcom Ogrodów, Czaszek, Wydorów (dzisiejszych ulic: Częstochowskiej, Nowego Świata, Harcerskiej, Górnośląskiej, Lipowej). Rozszerzenie granic miasta spowodował rozwijający się przemysł, a także potrzeby, jak byśmy dziś nazwali, mieszkaniowe, stale rosnącej rzeszy robotników, którzy ze względu na wysokość komornego tu właśnie mieszkań dla siebie poszukiwali.

      Niemały wpływ na rozwój przestrzenny miasta miała kolej żelazna, która pociągnęła rozbudowę wzdłuż dawnego traktu wrocławskiego, choć jeszcze przez długi czas po obu jego stronach rozpościerały się liczne niezagospodarowane puste place, ogrody i obsiane zbożem pola. Dziś już tych zielonych enklaw nie ma, terenów pod rozbudowę miasta szuka się na niedawnych jeszcze wsiach podmiejskich.

       Długo trwał proces rozrastania się Kalisza z terenu małej wyspy do dzisiejszego obszaru. Trwał wieki, mimo że tempo wzrostu, im bliżej naszych czasów, było coraz szybsze.

"Batory" na Prośnie.

Str23      Inaczej przed wiekami wyglądała Prosna. Rzeka była potężna, płynęła kilkoma korytami, zataczała liczne zakola, tworząc łachy, kępy i wysepki. Przypuszczalnie główny jej nurt, albo jedna z większych odnóg, przepływał kiedyś pod tarasem, którym biegnie dziś ulica Częstochowska, odgradzając tym samym Zawodzie od Tyńca.

      Grodzisko na Zawodziu, którego początki datują się na przełom IX i X wieku, położone w dolinie rzeki na sztucznym wzgórzu, bronione było korytami i rozlewiskami Prosny oraz podmokłymi łąkami i młakami. Rzeka była wszakże kapryśna, to broniła wrogom dostępu doń, to, zmieniając koryta, odsłaniała stopniowo gród zmniejszając jego bezpieczeństwo, a częstymi wylewami niszczyła umocnienia i rozwijające się podgrodzie.

      Po upadku starego grodu, nowi osadnicy szukali terenu pod nowe miasto. Wybrali wysepkę okoloną ramionami rzeki, leżącą w najwęższym miejscu doliny. Koryta Prosny, które ją otulały, przebiegały zapewne inaczej, niż to widać na najstarszym planie miasta z 1785 r. Może sami mieszkańcy trochę poprawili ich nurt, chcąc lepiej je wykorzystać. Inaczej też wyglądała okolica miasta pełna rozlewisk, "oczek" czy ślepych odcinków starorzecza. I tak, płynęła jakaś rzeka w poprzek dzisiejszej Alei Wolności, a resztki starorzecza jeszcze w XVIII w. Ciągnęły się dzisiejszymi ulicami Fabryczną i Kościuszki. Zakola i odnogi rzeki tworzyły naturalne fosy przed murami dodatkowo strzegąc miasta, ale równocześnie hamując i ograniczając jego rozwój przestrzenny. Wykorzystywali wodę mieszkańcy do celów gospodarczych; najpierw do poruszania różnych młynów i foluszy, później dla tworzącego się w XIX w. kaliskiego przemysłu. To wtedy rozwinęło się puste dotąd Piskorzewie i najbardziej uprzemysłowione ulice: Babina i Nadwodna. Przemysł w mieście stwarzał jednak nieznane dotąd niebezpieczeństwa. Co prawda od samego początku mieszkańcy miasta bez żadnych ograniczeń wszelkie brudy spuszczali do rzeki, jednak takie fabryki, jak folusz, farbiarnia czy garbarnia stan ten ogromnie pogarszały. Zważyć trzeba, że zanim wprowadzono wodociągi, znaczna część ludności, szczególnie na przedmieściach, używała tej wody do picia. Trudno sobie nawet wyobrazić, jakie zagrożenie niosła, nie istniejąca już, Babinka, do której, "wypuszczały swe ścieki liczne wzdłuż brzegów stojące fabryki, spływała woda z rynsztoków", a przy dzisiejszej ulicy Nowotki, "rzeźnicy płukali w niej bydlęce kiszki". 

      Prosna, choć na ogół leniwa, była jednak rzeką groźną i niebezpieczną. Od lat pustoszyła okoliczne wsie i przedmieścia, zalewała park i co niżej położone ulice, zrywała mosty, niszczyła brzegi i wały ochronne. Co roku też ginął w jej nurtach ktoś z licznej grupy amatorów kąpieli, najczęściej jakiś niefrasobliwy młodzian. Na nic się zdały drewniane, stojące w wodzie łazienki. Słynny "Diabelski Dołek" za starą Strzelnicą uparcie, aż do naszych czasów, pochłaniał najmniej jedną ofiarę w sezonie. Dziś, patrząc na piaskowe łysiny, trudno uwierzyć, że jeszcze przed dwudziestu pięciu laty, odbywały się tu regaty wioślarskie, w tym tak pięknych ósemek.

      Kaprysy Prosny, a głównie przez lata powtarzające się wylewy, zmuszały władze do szukania sposobów zabezpieczenia się przed nimi. Były pewne projekty regulacji rzeki już za czasów pruskich, potem Księstwa Warszawskiego, wojenne lata zaprzepaściły jednak szansę ich realizacji. Dopiero w 184l r. zdecydowano się na urzeczywistnienie projektu ppłk. inż. Teodora Urbańskiego, opartego zresztą na wcześniejszych opracowaniach. Koszty całości prac wyniosły niebagatelną sumę blisko 66 tysięcy rubli, nie licząc dni szarwarkowych o wartości 40 tysięcy rubli.

      W latach 1842-43 kosztem 53 tysięcy rubli wykopano kanały Rypinkowski i Bernardyński. Stare koryta i odnogi w niektórych miejscach pogłębiono, w innych poszerzono, a w innych jeszcze wyprostowano. W efekcie osuszono znaczne obszary, co pozwoliło poszerzyć m. in. tereny parku.

      Nie zrealizowano jednak całości założeń projektowych i los srogo pokarał za to miasto. W dwa lata po tych wielkich pracach, w 1845 r. kolejna powódź zalała Aleję Józefiny, Przedmieścia Wrocławskie i Piskorzewskie, zerwała most koło bernardynów , dwa inne uszkodziła i rozmyła część świeżo usypanych wałów przeciwpowodziowych. Kolejna wielka powódź przyszła w 1854 r. Trwająca od 19 sierpnia do 2 września, zapisała się na trwale w dziejach miasta. Cała okolica stanęła pod wodą. W samym mieście woda przerwała waty, szerokim strumieniem wlewając się do parku, który kompletnie zdewastowała. W Alei zalała Trybunał i sąsiednie domy, uniosła ze sobą drewniane łazienki przed teatrem. Wszystkie mosty, poza Kamiennym, zagrożone były falą powodziową.

      Pierwszy uległ wodzie drewniany most koło dzisiejszego Urzędu Wojewódzkiego. Most Bernardyński chwiał się niebezpiecznie, a woda przelewała się jego wierzchem, aż wreszcie runął, przy okazji zwalając połowę stojącego obok domu. Potem zatonął most przy dzisiejszym "Wistilu". W podziemiach klasztoru franciszkańskiego fale uniosły ojca gwardiana, który chciał sprawdzić szkody. W oda zniszczyła niemal całe Piskorzewie, część Wrocławskiego i Warszawskiego Przedmieścia, podmyte były gmachy publiczne: wspomniany już Trybunał, wewnątrz którego pływano łódką, dzisiejszy Urząd Wojewódzki i Urząd Skarbowy na placu św. Józefa.

      Zniknęły całe odcinki wałów przeciwpowodziowych, zwaliło się kilka podmytych domów, zniszczona została garbarnia Kleista, zniesiona zupełnie rogatka Rypinkowska. W sumie w różnym stopniu ucierpiało 590 posesji, a straty oceniono na kilkadziesiąt tysięcy rubli.

      Nauka nie poszła jednak w las. Po kilku latach wznowiono prace nad regulacją rzeki: wyprostowano bieg zachodnich kanałów, umocniono brzegi, usypano nowe wały. W 1873 r. zasypano dawną odnogę Prosny w parku i biegnący w innym kierunku kanał. Prace te przyniosły pożądane skutki. Odtąd wylewy powtarzały się rzadziej i nie na tak wielką skalę, choć woda w Alei bywała jeszcze w naszych czasach.

      Kolejną regulacją było zasypanie przez Niemców Babinki podczas okupacji.

      Dziś rzeka jest płytka, pozarastana i brudna. Wierzyć się wprost nie chce, że kiedyś była duża i spławna. W 1363 r. król Kazimierz Wielki nadał wszak Kaliszowi wieś Tyniec w zamian za utrzymanie spławu na Prośnie od Ołoboku do miasta. Przypominał o tym fakcie jeszcze w końcu minionego wieku mały stateczek, a właściwie łódź parowa, pływający ze spacerowiczami od teatru do Strzelnicy. A później, nie licząc kajakarzy, wioślarzy i z rzadka żeglarzy, do jednostek pływających zaliczyć można było prom zwany "Batorym", łączący na wysokości przystani KTW park ze Starym Miastem.

      Kochali kaliszanie Prosnę mimo jej licznych kaprysów. Poświęcali jej wiersze, malowali i fotografowali jej malownicze brzegi. Na wodzie odbywały się uroczystości, pokazy i inne "galówki"; urządzano barwne wianki świętojańskie: jej brzegi obrastały modne niegdyś łazienki kąpielowe, przystanie sportowców z zasłużonym Kaliskim Towarzystwem Wioślarskim, na czele. Stała się też Prosna przedmiotem trybunalskiego procesu. W 1883 r. doszło do głośnego sporu fabrykanta Repphana z miastem o koszty naprawy urządzeń wodnych na Prośnie, tzw. przewałów, a pośrednio o odpowiedź na dość zasadnicze pytanie: czy Prosna jest rzeką publiczną, czy prywatną?

      Rzecz poszła o to, że Repphan w 1817 r. wydzierżawił, a w 1876 kupił od rządu dawny młyn wodny przy Alei Józefiny, zamieniony następnie na folusz do sukna. Folusz ten, stojąc nad rzeką, uzależniony był od jej kaprysów s Kiedy w ramach wspomnianej regulacji Prosny znaczną ilość wody skierowano kanałami Rypinkowskim i Bernardyńskim, folusz zaczął odczuwać jej niedostatek. Zabezpieczono interesy Repphana przewałami, spiętrzającymi wodę przy wejściu do kanałów , kierując odpowiednią jej ilość w miejsce, gdzie stał folusz. Kiedy w 1882 r. powódź zniosła przewały, a miasto na wezwanie Repphana nie kwapiło się z ich naprawą, fabrykant zrobił to sam, ale wystąpił do sądu z żądaniem zwrotu poniesionych kosztów. Repphan, którego interesy w trybunale reprezentował adwokat Odzicki, uważał, że kupując folusz nabył go z prawem do biegu i siły wody potrzebnej do jego utrzymania, i że miasto kopiąc kanały pozbawiło go tego prawa, a nie powinno prowadzić żadnych prac bez jego, tj. Repphana zgody. Dalej strona skarżąca twierdziła, że Prosna jako rzeka niespławna nie jest rzeką państwową (!), bo choć kiedyś spławną była, to dokumenty z lat 1616 i 1631 spławność tę podważają, jako że dotyczą młynów królewskich, które w myśl praw, jako istotne przeszkody w spławie, na rzekach spławnych powstawać nie mogą.

      Występujący w imieniu miasta adwokaci Łopuski i Parczewski powoływali się ze swej strony na Statut Piotrkowski z 1447 r. według którego osobom prywatnym było zabronione urządzenie jakichkolwiek przeszkód na rzekach spławnych. Zakazy te, potwierdzone w latach 1522 i 1598, dotyczyły, jako się rzekło, osób prywatnych, a nie królewskich, czyli państwowych młynów Prosna zdaniem obrony jest "iuris publici" i zakazy te nadal obowiązują, bowiem po 1830 r. nikt tych praw nie uchylał, ergo: Prosna stanowi nadal własność rządu. A skoro rzeka nie jest "prywatna", to samo prawo do posiadania na niej prywatnego folusza jest wątpliwe, bo na błędnej podstawie oparte. Nadto, ani w sprawie dzierżawy, ani sprzedaży folusza miasto nie uczestniczyło, gdyż załatwiał to rząd. Kanały także przekopano na polecenie rządu, a więc miasto nie może odpowiadać za skutki takiego kroku. Wywody te poparł prokurator, ale obrońca skarbu państwa wycofał się ze sprawy, uprzednio postulując przysądzenie kosztów Repphanowi. Sąd uznał, że przewały są własnością miasta, jego więc sprawą jest ich remontowanie i zasądził zwrot kosztów naprawy, jakie poniósł Repphan wraz z odsetkami i kosztami sądowymi. Wyrokiem tym sąd uznał więc, że Prosna jest ... rzeką "prywatną", czyli stanowi własność miasta, a nie państwa. Repphan co prawda z kosztów miastu 1/3 "ustąpił", ale czy przez to rzeka stała się choć w części państwową, pozostanie wieczną zagadką.

Mosty, albo o "polskiej Wenecji"

Str28      Mosty łączą przeciwległe brzegi, ułatwiają przeprawy, usprawniają komunikację. Średniowieczne miasta, zewsząd otoczone murami i głębokimi fosami, połączone były ze światem właśnie mostami o bardziej lub mniej wymyślnych konstrukcjach. Nic przeto dziwnego, że w starej piosence dziecięcej o jaworowych ludziach, którzy z jaworowego drzewa budowali mosty dla pana starosty, przebrzmiewa echo poważnego zainteresowania dawnych włodarzy miast i ziem sprawami mostów. Zachęcali oni do ich budowy, nakazywali stałą konserwację i nie żałowali grosza na bezpieczne przeprawy.

      Pierwsza wzmianka o kaliskich mostach pochodzi z 1258 r. choć, jak wskazują badania, musiały one istnieć tu wcześniej. Wiadomo, że istniały dwa, leżące na przeciwległych krańcach miasta, na przeprawie ważnego szlaku handlowego Śląsk - Pomorze. Musiał też być trzeci - jeśli nie most, to przynajmniej mocna kładka - w samym mieście, gdyż, jak sobie przypominamy z poprzedniej gawędy, w połowie XIV w. jedno z nie istniejących już koryt Prosny wiodło przez Rynek. W XVI w., zgodnie z przywilejem Zygmunta I Starego brano po 6 denarów opłaty od wjeżdżającego do miasta wozu, przeznaczając je na naprawę mostów.

      Aż po osiemnaste stulecie trudno było ustalić ich pełną ilość. Na planie Kalisza z 1785 r. widnieją jedynie dwa: jeden na Przedmieściu Wrocławskim, drugi na Toruńskim. A przecież dzięki archeologom wiemy, już, że na tym pierwszym znajdowały się kiedyś aż... trzy mosty, z których do dziś na tych samych miejscach tylko dwa mają zastępców. Był most Wrocławski, "Młyńskim" też zwany, od stojących na rzece obok niego młynów; dalej, w kierunku Rogatki był most zwany "Topionym" lub wprost - "Topielcem", od częstego zalewania go wodą; za nim, na wysokości dzisiejszej ulicy Fabrycznej i Kościuszki, był most trzeci o niewiadomej dziś nazwie, przerzucony zapewne przez resztkę jakiegoś starorzecza.

      Na Przedmieście Toruńskie wiódł most z bramy Toruńskiej, z racji bliskości starościńskiego zamku zwany zamkowym. Dalej, przy klasztorze bernardyńskim był most zwany oczywiście Bernardyńskim lub Stawiszyńskim od nazwy pobliskiego miasta. Nie było jednak mostu wiodącego na Tyniec, jak to ma miejsce dzisiaj. Nie było też mostu łączącego miasto z Piskorzewiem, a od bramy Piskorzewskiej prowadził tam tylko bród.

      Powstała na początku XIX w. Aleja miała połączenie ze śródmieściem tylko przez most Wrocławski. Ten dzisiejszy, u wylotu Sukienniczej, pojawił się niemal równocześnie z budową Trybunału i Trybunalskim go też nazwano. Był on, jak większość mostów, drewniany. W tym czasie pojawił się kolejny most przy Alei, łączący ją z parkiem. W samym parku pojawiło się kilka dalszych mostów. Największym jednak wydarzeniem było budowa mostu Kamiennego, oficjalnie zwanego Aleksandryjskim. Powstał on w 1825 r. według projektu Sylwestra Szpilowskiego, a pracami kierował budowniczy wojewódzki Franciszek Reinstein. Ten zabytkowy dziś staruszek ostał się do naszych czasów niemal w niezmienionym kształcie. Omijały go powodzie i wszelkie inne nieszczęścia trapiące pozostałe mosty. Dopiero w naszych czasach nadszarpnęły go trochę przejeżdżające samochody, tak że trzeba go było miejscami łatać.

      Połączenie z Piskorzewiem zyskało miasto dopiero w połowie ubiegłego wieku. Najpierw był most u wylotu Piskorzewskiej, potem przy Ogrodowskiej i dopiero przy Kanonickiej, co w 1876 r. uwiecznił w nastrojowej litografii znany pan Napoleon Orda.

      Wszystkie te mosty, oprócz jednego były drewniane i wymagały stałych napraw. W latach dwudziestych XIX w. w związku z budową tzw. traktu fabrycznego, czyli dzisiejszej ul. Łódzkiej, i traktu warszawskiego z obecnego placu Kilińskiego przewieszono nad Prosną most prowadzący na Tyniec i nazwano go Warszawskim.

      Było więc w danym Kaliszu wiele mostów i każdy z nich nosił jakąś nazwę.

      Niezastąpiony "Kaliszanin" w 1874 r. podawał prawidłowe nazwy wszystkich czternastu ówczesnych mostów, leżących w granicach miasta. Wymieńmy je dla porządku.

      Najważniejszym z "pochodzenia" i urody był niewątpliwie most Aleksandryjski, zwany też Kamiennym. Za nim, w kierunku Rogatki, dawny "Topielec" zmienił nazwę na Reformacki. Most z Alei na Sukienniczą zwano, jak się rzekło, Trybunalskim. Most na grobli rypinkowskiej, za teatrem, na dzisiejszej ulicy Częstochowskiej od dawna zwano Rypinkowskim. Wiodący z Alei do parku, koło dawnej cukierni a, dziś lokalu KTW, zwano Parkowym. W samym parku, obok cukierni, nad wałem w kierunku Domku Szwajcarskiego zwał się Wiosennym. Nad tym samym korytem, w głębi parku, był most Majowy, a przy kolegiacie, w kierunku Tyńca - most Panny Marii lub Tyniecki. Na Przedmieściu Warszawskim, na Babince stał most zwany Toruńskim lub Bernardyńskim. Na Tyniec zaś prowadził most Warszawski, a przy klasztorze bernardyńskim - Stawiszyński, zwany też Żelaznym, reklamowany jako "jeden z pierwszych mostów żelaznych w kraju". Przy starym browarze Weigta, na ówczesnej Ogrodowskiej był most Ogrodowski, u wylotu Piskorzewskiej - Piskorzewski, a na Kanonickiej - Kanonicki.

      W spisie jest ich więc czternaście, a przecież nie były to wszystkie mosty Kalisza. Od wymienionego mostu Tynieckiego, aby dostać się na Tyniec trzeba było jeszcze przebyć jedno koryto Prosny - Kanał Bernardyński.

      Aby, po przejściu mostu Ogrodowskiego, dojść na Ogrody, również trzeba było przebyć jeszcze raz rzekę. Woda stanowiła też przeszkodę w drodze z Alei na Czaszki. Ile więc tych mostów było? W głowie się kręci. Słusznie więc chyba, choć z pewną przesadą, jeden z bohaterów Nocy i dni skojarzył sobie Kalisz z Wenecją. Nazwę "polska Wenecja" słyszało się wówczas nie raz.

      Mostów przybywało i ubywało. Niszczyły je głównie woda i kolejne wojny. Wraz ze zniknięciem Babinki zmniejszyła się znacznie ich liczba. Dziś na planie miasta naliczyłem ich dwanaście, wliczając w to i most Kolejowy i trzy parkowe, przerzucone przez Bernardynkę. Dużo to czy mało? Każdy sobie sam odpowie. A przecież są jeszcze i takie miejsca w mieście, jak choćby między ulicami Ciasną i Towarową, gdzie po zlikwidowaniu mostu nawet kładki dla pieszych nie pobudowano.

      Zmienia się nie tylko ich ilość, lecz także konstrukcje i nazwy. Nie zmienia się tylko ich funkcja - łączenie dwóch brzegów rzeki. Bez mostów, Kalisz na wieki sprzęgnięty z Prosną, nie mógłby być Kaliszem.

0 "Korczaku", "Poślednim" i "Słodowcu"

Str32.jpg      Niełatwo sobie doprawdy rzekę w mieście bez mostów wyobrazić, tym bardziej przypuścić nawet, żeby te ilości wody, jakie przez Kalisz Prosną przepływały, nie były wykorzystywane do gospodarczych czy, później, do przemysłowych celów. Rozwijając wszystkie bez mała rodzaje rzemiosła, musiał Kalisz, a to chociażby z racji najwcześniejszych umiejętności ludzkich, i młynarstwo rozwijać. Minęły wieki, nim tradycyjne żarna kołem wodnym zastąpiono. Ale kiedy się to już stało, długo z tej naturalnej siły przyrody nie rezygnowano.

      Pierwsza wzmianka o kaliskich młynach pochodzi z 1394 r., kiedy to Mikołaj, sędzia kaliski, przyznał kuśnierzowi Pawłowi prawo do użytkowania drogi, przez grunty plebana dobrzeckiego wiodącej do młyna na Starym Mieście. Młyn ten stał tu bardzo długo. W 1558 r. nazwano go "Miejskim", a wspominano przy różnych okazjach w wiekach następnych do czasów, gdy Stare Miasto wraz z młynem przejęli jezuici.

      Drugi młyn "Korczakiem" zwany, od którego późniejsza dzielnica nazwę swą zapożyczyła, znajdował się "we wsi podmiejskiej Dobrzec Mały". W 1638 r. miasto oddało go w dzierżawę Kasprowi Nieśmiałkowi, rajcy miejskiemu. Był też jakiś młyn wodny w Nędzerzewie, ale mało o nim wiadomo.

      Ale o sile kaliskiego młynarstwa nie one decydowały, lecz młyny "pływającymi" zwane. Był to rodzaj wielkich pontonów czy też drewnianych tratw unoszących się na powierzchni, na których właściwy młyn stawiano. Zaletą takiej konstrukcji było uniezależnienie się od zmiennych poziomów lustra wody.

      Czy właśnie tak były zbudowane, czy też - co wydaje się bardziej prawdopodobne - były to młyny jednak tradycyjne, tyle tylko, że osadzone na palach wbijanych w dno rzeki? Wątpliwość taka budzi się po przeczytaniu opisu młynów z 1778 r., w którym mówi się, że "pale pod tą młynicą z gruntu złe". Niestety nie rozwiązują tej wątpliwości ani pozostałe dokumenty, ani najstarsza panorama miasta malowana w początkach XVIII w. przez brata zakonnego Jatkowskiego. Widać na niej, tu gdzie obecnie most Kamienny, a gdzie dawniej stał most Młyński, zespół kilku młynów. To najprawdopodobniej o jednym z nich pochodzi wzmianka z 1402 r., kiedy to Władysław Jagiełło, ze względu na potrzeby miasta i zamku postanowił zbudować na Prośnie "młyn z piłą tarczową do rżnięcia drewna". Stojąc lub pływając w rzece obok siebie, traktowane były jako jeden młyn. Wespół miały 7 kół wodnych: największy "Korczak" - 4, najmniejszy "Słodowiec" - jedno koło "do wyrobu słodu na potrzeby miejscowych browarów" służące, a pośredni, czyli "Pośledni" - 2 koła.

      Z obecności licznych młynów można sądzić, iż znaczny zysk miasto z nich czerpało. Tym znaczniejszy, że powiększony o dochody Zygmunta Augusta, których król w 1578 r. zrzekł się na rzecz miasta. Jeśli tak było w istocie, to czym wobec tego wytłumaczyć fakt, iż mieszczanie w 1584 r. prawo do całości dochodów z młynów przekazali staroście generalnemu wielkopolskiemu Błażejowi, aby następnie, za słoną oczywiście opłatą te same młyny... wydzierżawić?! Istotnie, trzeba było mieć nie lada głowę do interesów, by taką transakcję przeprowadzić. Być może chodziło tu o jakieś chytre kruczki, czy "inne wiązane transakcje", o których dokumenty milczą; albo też miasto, pod pozorem prawa, starostom regularny haracz płaciło.

      Młyny te, jako starościńskie, a więc państwowe, przeszły później rzeczywiście na własność państwa - najpierw Prus, potem Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego. Ich pozostałością jest do dziś stojący budynek po dawnym foluszu w Alei Wolności. W początkach XIX w. stał tu młyn państwowy świadczący usługi dla miasta. Już nie "pływał", a twardo na brzegu był osadzony, koło tylko mając zanurzone w rzece. Był piętrowy, w pruski mur stawiany i z reguły dzierżawiony przez prywatnych młynarzy. Kiedy zaczął rozwijać się przemysł kaliski, fabrykant Repphan upatrzył go na folusz dla swego zakładu. W 1817 r. rząd wydzierżawił młyn Repphanowi, ten go przerobił, przebudował na ceglany, a w 1876 r. odkupił od rządu. Ale, jak wiemy Repphan miał kłopoty z foluszem z powodu kapryśnej Prosny

      Nic też dziwnego, że i on z wody zrezygnował, a zainstalował w starym młynie maszynę parową. l tak skończyła się kaliska tradycja wodnych młynów. Daleko dłużej, bo do czasów międzywojennych przetrwały wokół miasta, na wzgórzach okolicznych, inne młyny - wiatraki, ale to już osobny temat.

O tarczy kołem miasto otaczającej

Bogumił Kunicki - O tarczy kołem miasto otaczającej      Jak każdy znaczny gród, i dawny Kalisz opasany był murami. Tradycja mówi, iż to "król budowniczy", Kazimierz Wielki zafundował miastu obwarowania. Miało się to stać około połowy XIV w. Do dziś przyjmuje się, że chodzi tu nie tylko o same umocnienia, lecz o mury ceglane. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by doświadczony w bojach Henryk Brodaty, budując gród w nowym miejscu, nie zadbał o jego odpowiednie zabezpieczenie przed wrogiem, tym bardziej, że wokół grodu tworzyło się podgrodzie. Być może w pierwszej fazie miasto miało umocnienia drewniano-ziemne, podobne do tych na Zawodziu. Przypuszczalnie samo wznoszenie murów ceglanych trwało wiele lat. Wiemy bowiem z przekazów historycznych, że Krzyżacy, którzy zdobyli gród na Zawodziu i Stare Miasto w 1331 r., nowego miasta zdobyć nie zdołali; że dwa lata później wojowniczy Ziemowit z Mazowsza także musiał odstąpić od oblężenia miasta, spaliwszy tylko jedną z baszt.

      Były więc wcześniej i mury, i baszty. Świadczy o tym również wzniesienie już w 1283 r. Bramy Toruńskiej. Wobec tych faktów tradycyjny przekaz o otoczeniu Kalisza murami z woli Kazimierza Wielkiego potraktujmy tak, jak wiele innych, nie do końca sprawdzonych informacji, a rok 1350 uznajemy za datę zakończenia prac przy murach.

      Od tego czasu mówiło się, że Kalisz, poza pięknym gotyckim zamkiem, miał 4 bramy i 15 baszt, choć wyliczenie tych ostatnich budzi do dziś wiele wątpliwości. Baszty i bramy połączone były murem miejskim biegnącym wzdłuż kręgu utworzonego przez odnogi Prosny. Ten krąg murów pokrywał się z owalem dzisiejszego śródmieścia.

      Miasto leżące na ważnym szlaku handlowym Śląsk-Pomorze chroniło odcinek tej drogi i stąd dwie jego najważniejsze bramy nosiły nazwy Wrocławska i Toruńska. Mniej ważnymi z punktu widzenia handlowego były bramy Piskorzewska, zwana kiedyś także pyzdrską, oraz Łazienna. Ta ostatnia, kiedyś ponoć Wschodnią zwana, leżała przy wylocie ówczesnej ulicy Furtecznej, czy też Furtowej. Dopiero fundacja jezuicka w mieście "przesunęła" ją na dzisiejszą Łazienną, zmieniając i nazwę. W części południowo-wschodniej murów umieszczona była brama "Nad Kanałem", która służyła jednak nie do przejazdu, lecz do wyjścia na zewnątrz ścieku - przypuszczalnie pozostałości po niegdyś przez środek miasta płynącej odnodze Prosny.

      Zamek kaliski leżał w okolicy dzisiejszego Liceum im. Adama Asnyka; był ceglany, gotycki i zajmował blisko 7 tysięcy łokci kwadratowych powierzchni. Jego bryła stanowiła ważny punkt w całości miejskich umocnień.

      Zbudowany był w kształcie nieregularnego czworoboku. Korpus główny, leżący w linii murów obronnych i podparty od zewnątrz potężnymi, murowanymi skarpami, miał cztery kondygnacje i mieścił najważniejsze i najbardziej reprezentacyjne sale w mieście. Tej samej wysokości były dwa prostopadłe doń skrzydła, przy czym w skrzydle od ulicy Toruńskiej mieściły się również jakieś pomieszczenia, chyba pośledniejszej funkcji, a skrzydło od strony kościoła św. Mikołaja tworzy wysoki mur, u podnóża którego być może stały jakieś drewniane szopy, stajnie, składy itp. Równolegle do korpusu głównego, od ulicy Grodzkiej stały potężne zabudowania, a w nich brama wiodąca na dziedziniec zamkowy. Obok zamku był jeszcze tzw. przygródek z zabudowaniami gospodarczymi, oddzielony od murów zamku głęboką fosą i zwodzonym mostem. Przed całym kompleksem zamkowym rozciągał się sporej wielkości pusty plac, mający znaczenie obronne, a ściślej, utrudniający ewentualnym napastnikom dostęp do murów, bowiem wystawiający ich na strzały obrońców. Obok niego, gdzie dziś Dom Towarowy, znajdowała się brama Toruńska. Jej odpowiedniczka - brama Wrocławska - leżała przy wylocie na dzisiejszy most Kamienny, bramy Łazienna i Piskorzewska zamykały wyloty ulic o tych samych nazwach - przy wejściu do parku i przed plantami.

      Brama Wrocławska broniła dostępu do drogi wiodącej ku miastu i wychodzącej na rozsiadłe wzdłuż niej Przedmieście Wrocławskie. Przez Prosnę wiódł zwodzony drewniany most, a po obu stronach tzw. przedmościa stały dwie okrągłe baszty kryte dachówką. Za nimi, stanowiącymi pierwszy punkt oporu, ciągnął się około 20-metrowy korytarz, zwany wtedy "szyją" albo "rękawem", zbudowany także z cegły, którym dochodziło się do bramy właściwej. Ta była piętrowa, z "górnym pomieszczeniem" nad sklepieniem, pod którym opuszczana krata broniła wejścia do miasta. Właściwej bramy strzegła stojąca tuż przy niej, po prawej stronie wysoka, prostokątna baszta kryta czterospadowym dachem. Po lewej stronie od bramy, kilkanaście metrów w stronę plantów stała następna baszta określana "Prosto w Młyny", bowiem sąsiadowała z młynami na Prośnie. Dalej w tym kierunku, tu gdzie kiedyś wpływała Babinka, stała okrągła baszta z racji swej wielkości zwana Wielką. Od niej mury miejskie ostro skręcały na wschód, biegnąc wzdłuż nie istniejącego dziś koryta rzeki, skrajem dzisiejszej ulicy Nowotki. Na tym odcinku kolejne baszty stały u wylotu ulicy Złotej, przy Piskorzewskiej, św. Mikołaja, przy dzisiejszej Szklarskiej i, tuż przed zamkiem, stała baszta zwana Zamkową. W baszcie przy Piskorzewskiej umieszczona była brama, czy furta wjazdowa zwana Piskorzewską. Bramą tą, przez bród na rzece, można było przejechać na Piskorzewie i dalej w kierunku Pyzdr.

      Ale zatrzymaliśmy się w swej wędrówce wokół murów przy baszcie Zamkowej. podążajmy więc dalej. A dalej stał zamek z własną basztą niewielkich rozmiarów i wspomnianymi już potężnymi skarpami-przyporami. Za nim była brama Toruńska, podobnie jak Wrocławska zbudowana, tyle że, jak wynika z opisów, dodatkowo "pięknymi malunkami zewnątrz wyzdobiona". Na tyłach kolegiaty strzegła miasta baszta zwana kiedyś "Skarbcem" lub "Carceres", inaczej więzienna, a jeszcze później, aż do dziś, "Dorotką". Dalej mury skręcały na południowy zachód wsparte kolejnymi trzema przyporami. I dochodzimy do odcinka, który budzi największe zainteresowanie. Otóż, po sprowadzeniu do miasta jezuitów, którym poczęto budować wielki kompleks gmachów, plany budowniczych przewidywały wyjście z częścią budowli poza obręb murów. Jezuici zgodę na to od miasta uzyskali, pod warunkiem wszakże, iż przesunięta w ten sposób linia obronna miasta na nowo zabezpieczona będzie murem i basztą. Zniknęła więc dawna baszta z furtą stojącą przy zlikwidowanej ulicy Furtecznej, a powstała nowa, w innym trochę miejscu. Nowa, dwupiętrowa baszta ulegała jednak dziwnym przemianom. Najpierw przerobiono ją na modną basteję, skuteczniej ponoć broniącą przed ogniem artyleryjskim i mogącą razić wroga na otwartym tutaj terenie. Przypuszczalnie już w XVIII w. basteję przerobiono na browar, wyrabiający piwo dla jezuitów i uczniów kolegium. Jeszcze później, wstyd wyznać, ową kiedyś obronną basztę przerobiono na szkolną... latrynę. Może z tych względów XVIII-wieczny opis nie uwzględnił tak pohańbionej baszty.

      Za tą basztą, stała inna z furtą, zwana też Łazienną. Od niej stały znacznie oddalone wspomniane już baszty - "Nad kanałem" i Franciszkańska, nazwana tak od pobliskiego klasztoru. I zamek i mury wiele lat służyły dobrze miastu i chroniły jego mieszkańców. Dbano o nie, łatano je skrzętnie.

      Kiedy rozwój broni palnej, a szczególnie artylerii przesądził los umocnień z cegły, służyły jeszcze długo handlowym interesom miasta, pomagały bowiem w pobieraniu wszelkich opłat od wchodzących w jego obręb.

      Ale świetność murów minęła bezpowrotnie. Opis zatytułowany Wizyta Miasta J K Mości Kalisza w roku pańskim 1778 przedstawia już stan zupełnego ich upadku. Brama Wrocławska miała tak popękane mury, że "miejscami rękę włożyć można", baszty bez dachów i też spękane szpetnie, w murach dziury tylko sztachetami zasłaniane, zrujnowany wierch bramy Toruńskiej, a wieża zamku "stoi, lecz co się tylko ma obalić". Nic też dziwnego, że Komisja Dobrego Porządku rozpoczęła rozbiórkę bezużytecznych murów. W 1790 r. rozebrano bramę Wrocławską. Czasy pruskie przyniosły dalszą ich likwidację. Los ten spotkał bramy, baszty i większą część murów. W dwadzieścia lat później, na planie Bernhardta, długie odcinki murów były jeszcze zarysowane przy kościele św. Mikołaja, między ulicami Piskorzewską a Złotą, na tyłach synagogi; biegły też prawie wzdłuż całej dzisiejszej Kazimierzowskiej. Stopniowo i one się kurczyły. Dziś została nam "Dorotka" i trzy niewielkie kawałki murów, częściowo głęboko schowane w późniejszej zabudowie. Mało to z dawnej okazałości prawdziwej "tarczy miasta".

      Może dlatego resztki te otaczane są takim pietyzmem. Broniły Kalisza przed wrogiem, dziś trzeba je bronić przed zębem nieubłaganego czasu. Stąd też remont "Dorotki" i resztek murów przez kaliskich rzemieślników w 1969 r., upamiętniony skromną tablicą, ma tak wielką wymowę. Kiedyś rzemieślnicy na tychże murach bronili miasta, teraz, po latach, bronią samych murów. To bardzo piękny pomysł.

Intratna ruina, czyli o starościńskim zamku

wpe1B.jpg (18810 bytes)     Miał kaliski zamek swe dni chwały. Gościł w swych murach książąt i królów. Był świadkiem uroczystości lennych hołdów, zawiłych pertraktacji i brzemiennych w skutki decyzji. Zawierano w nim przymierza i podpisywano uroczyste i wieczyste porozumienia i pokoje. Od XVI w. jako siedziba starosty był miejscem sądów i zatwierdzeń władz miejskich. Różne też koleje przechodził. Wielokrotnie niszczony i tyleż razy odbudowany zaczął ostatecznie podupadać od XVII w. Nie bardzo bowiem dbali o niego starostowie, niechętnie przykładając się finansowo do remontów i bieżących napraw. Reszty dopełnił wielki pożar w 1792 r., po którym pozostały "jeno wypalone mury".

      Zamek przestał istnieć bezpowrotnie, ale jego mury musiały posiadać jako materiał budowlany znaczną wartość, skoro ubiegały się o ich nabycie wcale ważne osoby.

      Jako pierwszy wystąpił z propozycją kupna krawiec, z Wrocławia tu przybyły, o nazwisku Pantz. Przedstawił on miejscowej Kamerze projekt wykorzystania ruin zamku na "kaffehaus", czyli kawiarnię. Ofertę jednak odrzucono. Następnym kandydatem do kupna pozamkowych cegieł był budowniczy Dulitz, pragnący na miejscu po zamku wytyczyć wielki plac, a także... więzienie, a przy nim oczywiście własną kamienicę. Mimo widocznego sprytu, niczego nie wskórał. Ruiny te upatrzyła bowiem dla siebie daleko poważniejsza osoba. W lipcu 1803 r. plac i wypalone mury za sumę 2055 talarów jako wieczystą dzierżawę oddano "bratu" Fryderykowi Wiedermannowi, założycielowi masońskiej loży "Hesperus" w Kaliszu. Był on ponadto radcą kamery, a w Kaliszu wsławił się wraz z innym "bratem" - pastorem Karolem Hertzbergiem - projektem zniemczenia kaliskich szkół. Po kilku miesiącach Wiedermann odsprzedał ruiny kolejnemu "bratu" chirurgowi Ernestowi Fryderykowi Leonhardtowi, a ten w 1804 r. Winiarzowi kaliskiemu Jerzemu Myszkiewiczowi. Na całej tej transakcji obaj krótkotrwali posiadacze pruscy nieźle zarobili. Tymczasem skończyło się pruskie panowanie, skończyły się czasy Księstwa Warszawskiego. Plac przedzamkowy został częściowo zagospodarowany przez prywatnych nabywców, a sprawa odprzedaży resztek zamku wypłynęła na nowo.

      Drobiazgowe postanowienia namiestnika Zajączka co do "upiększenia miasta" zmieniły zasadniczo wygląd tej części Kalisza. W 1819 r. na części placu pozamkowego powstał gmach szkół wojewódzkich. W 1829 r. postanowiono pobudować nowy most na pobliskiej Babince, a resztę gruntów, między szkołą a planowanym mostem, przeznaczyć na cele publiczne, tworząc reprezentacyjny plac miasta.

      Motywacja dokonywanych zmian była jasna; nowy plac był potrzebny "dla odsłonięcia widoku na gmach rządowy, a bardziej jeszcze dla ochronienia, iżby gmachowi szkół wojewódzkich okien bocznych nie zamurowano" - wyjaśniło pismo Zajączka.

      Rychło okazało się jednak, że sprawa nie była taka prosta. Mimo, że właściciel Myszkiewicz sprzedał budulec z placu zamkowego, a sam przez siedemnaście lat niczego tu nie zbudował, to na domiar złego przez cały ten czas zalegał z opłatą należnych podatków. Trwały więc zaciekłe spory i targi, już nie z Myszkiewiczem, lecz z wdową po nim i nieletnimi sukcesorami. Po wielu tarapatach zakupiono rzeczony plac za 12 tysięcy złotych polskich, z równoczesnym umorzeniem zaległych podatków na rzecz miasta.

      Tak to na ruinach dawnego zamku i placu doń należącego zarobili kolejno: Wiedermann, Leonhardt, a w końcu Myszkiewiczowie. Straciły władze miejskie rezygnując z zapłaty zaległych podatków. Zyskało jednak przecież miasto. Przybył mu bowiem nowy, piękny plac odsłaniający widok na inny, również niedawno powstały plac św. Józefa z imponującym gmachem Komisji Wojewódzkiej, piękną klasycystyczną kamienicą z filarami, zwaną frywolnie "Między Nogi" (stojącą tu gdzie dziś Dom Towarowy) i na równie nowy gmach szkół wojewódzkich, od nowego placu odgrodzony jedynie ozdobną, drewnianą barierą. Przybyszom od strony Przedmieścia Warszawskiego, a bywały wśród nich i koronowane głowy, miasto pokazywało się od swej najnowszej, najbardziej reprezentacyjnej strony.

Lochy, albo tajemnice Kalisza

str43a      Nie do pomyślenia byłby fakt, żeby Kalisz - miasto tak stare - mógł nie mieć swoich lochów, tworzących drugie podziemne miasto. I mnie o istnieniu ich przekonywano twierdząc, że szczególnie po zniszczeniu miasta w pierwszej wojnie światowej, przy odbudowie natykano się na kilkupiętrowe (?) piwnice, głównie w rynku. Dawno też mówiło się o lochach pod dzisiejszym Liceum Adama Asnyka prowadzących w stronę kolegiaty. Wersje to mocno wiarygodne, zważywszy, że tu właśnie znajdował się, jako się rzekło, najsilniejszy punkt obrony - zamek i że w rynku stały najznakomitsze domy, a liczni winiarze musieli mieć dobre piwnice. W nowszych już czasach, w latach sześćdziesiątych, trwały poszukiwania lochów starego Kalisza. Posługiwano się nowoczesnym sprzętem, przeróżnymi urządzeniami, nie licząc sporego zastępu ludzi. Ale, Bóg wie dlaczego, poszukiwania rozpoczęto tam, gdzie niczego znaleźć nie można było - na Korczaku. Odkryto wówczas zaledwie obmurowaną ze wszystkich stron "komnatę'' bez wyjścia. I nic dziwnego. Wiadomo przecież, że z Korczaka wychodził stary średniowieczny wodociąg kaliski i trafiono - przypuszczalnie na cysternę do gromadzenia wody. Zachowały się opisy tego wodociągu, a jeszcze niedawno drewniane rury łączone metalem spotykano w różnych punktach śródmieścia podczas prowadzenia różnych podziemnych prac. Z nieznanych powodów nie rozpoczęto poszukiwań od miejsca, w którym istnienie podziemnego przejścia potwierdzone było jeszcze w połowie ubiegłego wieku. A mianowicie od klasztoru franciszkanów, gdzie z lochów korzystano jeszcze w 1865 r. Stary klasztor, bo fundowany jak pamiętamy przez żonę Bolesława Pobożnego - Jolantę, przechodził różne koleje i kilkakroć był przebudowywany. Położony tuż przy murach miejskich spełniał rolę ważnego punktu obrony. Kazimierz Wielki ufundował klasztorowi piękny refektarz. Z niego właśnie można było wejść do lochów, a nimi, pod rzeką, w kierunku Rypinka i Starego Miasta. Nie wiadomo, czy ojcowie franciszkanie przez cały czas o przejściu tym wiedzieli, czy też z biegiem czasu tajemnica ta uległa zapomnieniu. Sprawa lochów odżyła bowiem dopiero w 1854 r.

      Wtedy to, podczas jednej ze straszniejszych powodzi, kiedy pod wodą znalazła się pobliska Aleja, żywioł wdarł się również pod stary klasztor mocno mu zagrażając. Jak przystało na dobrego gospodarza, ówczesny gwardian - ojciec Erazm Niedzielski - zszedł do starych podziemi, aby o rozmiarach nieszczęścia przekonać się osobiście. W podziemiach, gwałtownie cofająca się fala powodziowa wciągnęła zacnego gwardiana w głąb tajemniczych lochów. Tak zginął ojciec gwardian, którego ciała nawet nie odnaleziono, bowiem nadgryzione wodą stare stropy częściowo zawaliły się, broniąc dostępu niosącym spóźnioną pomoc. Smutne to i tajemnicze wydarzenie natchnęło Eligiusza Kor-Walczaka do napisania legendy, w której, korzystając z praw literatury, uczynił gwardiana Niedzielskiego - niezasłużenie, ale pięknie - ofiarą sił piekielnych, które go za skąpstwo żywcem uniosły do piekła. Następca ojca Erazma, gwardian Sebastian Martyński, na szczęście w żadne siły piekielne nie wierzył (tym bardziej, że legend kaliskich nie czytał jeszcze), a lochami zainteresował się, wiążąc z nimi pewne, jak się okazało, wcale niepłonne nadzieje. W 1857 r., kiedy to według powszechnego przekonania miał nastąpić koniec świata, nasz gwardian myśląc o życiu doczesnym zdołał w tajemnicy wyremontować stare lochy, a przynajmniej doprowadzić je do stanu używalności. Przydały się one wkrótce. Cóż się bowiem okazało. Ojciec Sebastian miał kontakty ze spiskowcami, niebawem powstańcami z 1863 r. Sprawa musiała być poważna, bo osobą zakonnika zainteresowały się władze carskie. Mimo krótkotrwałego zaaresztowania, właściwa akcja dramatu rozegrać się miała dopiero w dwa lata po upadku powstania. Dopiero to świadczyło o konspiratorskiej wprawie naszego gwardiana. Już na pierwszy rzut oka widać, że terenem swej działalności spiskowej ojciec Sebastian uczynił miejsce prawdziwie niebezpieczne. 0d czasów pruskich w klasztorze mieściło się więzienie polityczne i siedziba zarządu policji. Na domiar wszystkiego decyzją rządu w 1864 r. kaliski klasztor przyjął w swe mury wszystkich zakonników likwidowanych w tym czasie klasztorów z, kongresówki. W tej sytuacji tym większy podziw budzi ojciec Sebastian, że zachował w tajemnicy swe wiadomości, że żadna wieść nie doszła do wrogich czy tylko do lekkomyślnych uszu. W 1865 r nastąpiła "wsypa"- Nie wiadomo, czy zdradził któryś z byłych towarzyszy powstańczych, czy sami szpicle carscy odkryli w końcu dobrze dotąd zamaskowane ślady działalności zakonnika. Pewnego dnia wokół klasztoru zaroiło się od dragonów i żandarmów. Oficerowie wpadli do środka. Aliści ojca Sebastiana, który miał zostać zaaresztowany i który od dawna był śledzony, w klasztorze nie było. Znikł, przepadł bez śladu. Okazało się, że uszedł przez lochy, uprzednio w tajemnicy zapobiegliwie przygotowane. Lochy ujawnione w czasie powodzi w 1854 r. po 11 latach wypełniły swe zadania. Z polecenia carskich władz wejście z refektarza do podziemi zostało zamurowane. W całej tej opowieści, zamieszczonej w Monografii Kalisza Józefa Raciborskiego, musi być wiele prawdy. Książka ta została wydana w 1912 r., a więc podczas zaboru. Jest rzeczą wprost niemożliwą, aby tak zwykle czujna cenzura "puściła" rzecz źle świadczącą o sprawności carskiej żandarmerii, gdyby sprawa nie była dobrze znana współczesnym. Mamy więc dowód, że lochy przynajmniej w tej części miasta - istniały rzeczywiście i to jeszcze w drugiej połowie ubiegłego wieku. Czy były też w innych miejscach - trudno dociec, choć wydaje się, że hipotezy takiej nie należy odrzucać.

      Może, gdyby wspomniane poszukiwania rozpoczęto od franciszkanów , dziś byśmy wiedzieli więcej. A może dowiemy się czegoś jeszcze przez przypadek, natrafiając na jakieś inne wejścia do podziemi? Temat jest intrygujący. Na razie każdy z nas może sobie do woli puszczać wodze fantazji: są te lochy, czy też ich nie ma? Odpowiedź autora niniejszego podania jest twierdząca.

      Sądząc z ryciny pt. Rynek W Kaliszu w 1797 roku zamieszczonej w "Przyjacielu Ludu" z 1835 r. mury ratusza i stercząca potężna wieża - mimo skutków pożaru - jeszcze robiły imponujące wrażenie na widzach. W latach 1799 -1802 miasto nadał pobierało opłaty za dzierżawę piwnicy pod spalonym ratuszem.

      Po zajęciu Kalisza przez Prusaków, władze zaborcze W ramach porządkowania miasta wyasygnowały pewną sumę pieniędzy na usunięcie grożących zawaleniem i nieprzydatnych do odbudowy ruin. Planowano też budowę nowego gmachu, ale po kolejnej zmianie politycznej przeznaczone na ten cel środki zarekwirowali zwycięzcy Francuzi. W 1808 r. pod nadzorem budowniczego Kocha 16 więźniów pilnowanych przez żołnierzy rozebrało resztki murów. Kamienie i gruz sprzedano. Część cegieł w czerwcu 1812 kupił Józef Marx na budowę browaru. W 1819 r. prezydent miasta Hertz uważał, że znaczne jeszcze ilości cegieł i murów tkwiące głęboko w ziemi są bezwartościowe ze względu na wysokie koszty ich ewentualnego wydobycia. Upływał czas, zmieniały się rządy, a ratusza nadal nie było. Były natomiast plany. W 1821 r. tak dbały o upiększanie miasta namiestnik Zajączek przewidywał budowę ratusza, wskazując jako miejsce plac franciszkański. Na razie jednak, prześwietny Magistrat miasta Kalisza był bez własnej siedziby. Błąkał się przeto - wraz z biurami, kasą i aresztem - po wynajmowanych sezonowo lokalach prywatnych. Najpierw urzędował na Nadwodnej w domu Schmidta, potem, w drugiej połowie wieku, w gościnnym Hotelu Polskim na rogu Alei Józefiny; następnie w byłej bursie karnkowskiego w Rynku (na rogu Piekarskiej) i na Nowym Rynku (dziś plac 1 Maja). Ponad 85 lat trwała ta tułaczka, ponad pół wieku toczyły się burzliwe dyskusje o potrzebie posiadania ratusza i jego przyszłej lokalizacji. Opozycjoniści podważali sens budowy gmachu dla administracji, skoro miasto miało niezaspokojonych wiele innych potrzeb, jak choćby szkoły elementarne. W końcu jednak zwyciężyli zwolennicy budowy ratusza, ale wcale, jak by się mogło wydawać, nie ze względu na prestiż władzy. Zaważył prosty rachunek ekonomiczny. Okazało się bowiem, że kilkudziesięcioletnie wynajmowanie lokali i ich konieczna adaptacja na potrzeby magistrackie kosztowały więcej niż budowa nowego gmachu od razu na ten cel przeznaczonego. W r. 1887, po przezwyciężeniu różnych zastrzeżeń władz carskich, miejscowi przedsiębiorcy Schnerr i Prager wygrali przetarg na budowę ratusza.

      Koszt wyniósł 45.500 rubli, a projektantem był architekt gubernialny Józef Chrzanowski, nie wiadomo, czy zwycięzca konkursu, który według ówczesnej prasy ogłoszono kilka lat wcześniej, bo w 1879 r. czy też pomysłodawca całkiem nowego projektu.

      W kwietniu 1888 r. protojerej - głowa miejscowego soboru Piotra i Pawła - Guriew, w towarzystwie gubernatora Michała Piotrowicza Daragana i prezydenta miasta Franciszka Przedpełskiego oraz licznie zgromadzonych gości, poświęcił wznoszoną budowlę. Gmach miał być jednopiętrowy, ale wysoki. Część parteru przeznaczona na sklepy.

      Budowa szybko postępowała naprzód. Po pięciu miesiącach budowy, we wrześniu 1889 r. stanęła wiecha, od lipca następnego roku magistrat już wydzierżawił pomieszczenia na sklepy na parterze, a dokładnie 12 lipca 1890 r., po niemalże stu latach tułaczki, municypalność kaliska wprowadziła się do wykańczanego jeszcze gmachu. 0d ulicy Mariańskiej na pierwszym piętrze znalazły pomieszczenia biura magistrackie. 0d frontu - gabinet prezydenta, sala posiedzeń, kancelaria, gabinet sekretarza policyjnego, kasa, archiwum. 0d strony ulicy Warszawskiej znajdował się Klub Kaliski, czyli Resursa z biblioteką i czytelnią. W ratuszu mieściło się też służbowo mieszkanie prezydenta.

      Magistrat zadbał również o odpowiedni wystrój nowego gmachu, według ówczesnej mody bogaty , a na nasz dzisiejszy gust może trochę przesadzony. Były tu i figury alegoryczne sprowadzone aż z Charlottenburga, żeliwne kopuły, ażurowe barierki, wszelaka żeliwna ornamentacja, balkony i gazony. Piękny zegar zaś w brzmieniu łudząco podobny do dzwonów przeciwpożarowych, siał nie lada zamęt wśród strażaków biegających na jego sygnał na plac zborny jak do pożaru.

      Któż mógł przypuszczać, że ratusz z takim trudem budowany, tak wypieszczony i od razu umiłowany przez władze i mieszkańców, będzie miał tak krótki żywot. Jego mury stały się świadkami i ofiarą tragedii w sierpniu 1914 r.

      Stąd bowiem, spod ratusza, w prawie teatralnym pochodzie, z białą flagą, która trzymał w ręce strażak, prezydent Bukowiński w asyście obywateli Scholtza i Deutschmana, udał się na Rogatkę, gdzie wręczył pruskiemu oficerowi symboliczne klucze miasta.

      Tu, pod ratuszem, toczyły się w nocy rozmowy prezydenta z osławionym już wkrótce majorem Preuskerem. Stąd, 3 sierpnia rano, skonfiskowali Prusacy z kasy miejskiej 29 tysięcy rubli i ogłosili znaną odezwę. Tu w końcu, przed ratuszem, 4 sierpnia około 11 wieczorem padły pierwsze strzały i tu też padły pierwsze niewinne ofiary. Ratusz, oblany naftą przez rozszalałe pruskie żołdactwo, począł się palić. Ludzie, wybiegający z płonącego gmachu byli zabijani na miejscu. Zbity kolbami prezydent miasta, rozstrzelani pod murem ratusza woźni, trupy gubernialnego kasjera Sokołowa w carskim mundurze urzędniczym - były zapowiedzią tragedii całego miasta, a później i innych ziem. Mury ratusza spłynęły krwią. Ominęły go co prawda kule armatnie podczas ostrzeliwania miasta, ale za to strawił doszczętnie celowo i planowo wzniecony pożar. Przez prawie dwa tygodnie trwały pożary, umierało miasto, którego on - ratusz - stanowił serce.

      Minęła wojna. Nastała niepodległa Polska. Na rynku, pełnym jeszcze ruin, 17 października 1920 r., tym razem w obecności "chłopskiego" premiera Wincentego Witosa wmurowano kolejny kamień węgielny pod ratusza. Ale budowa szła bardzo niemrawo. Inne byty czasy, inni ludzie, inne obyczaje. Oto na posiedzeniu Rady Miejskiej pan Kazimierz Masło, mający jakieś prawa do części gruntu zajętego pod budowę ratusza, zapowiedział, iż jeśli magistrat nie uwzględni jego roszczeń to... wysadzi budowę w powietrze! Rok później rozpoczął się spór, który wstrzymał i tak wolno postępującą budowę. Trudno dziś rozstrzygnąć, ile w tym sporze było istotnych racji i troski o dobro publiczne, ile zaś prywaty i rozgrywek personalnych, którym sprzyjała niezdecydowana postawa władz centralnych. Okazało się bowiem, że Ministerstwo Robót Publicznych, jeszcze w końcu 1919 r. odrzuciło, a Ministerstwo Kultury i Sztuki nie zatwierdziło projektu ratusza pana Szyllera. Wówczas to, latem 1920 r. własny projekt przedstawił pan Pajzderski i on otrzymał zgodę Ministerstw. Budowa w końcu ruszyła, a kierował nią sam Pajzderski, wtedy inżynier miejski Kalisza. Kiedy budowa była już zaawansowana, zaczęły się jakieś tarcia, swary i narzekania i Pajzderski złożył posadę, rezygnując tym samym z dozoru budowlanego. Jego następca, inżynier architekt Wroczyński, za zgodą Rady Miejskiej zwrócił się w początkach 1921 r. do władz wojewódzkich w Łodzi i do ministerstwa o wydelegowanie specjalnej komisji, która miała zbadać stan budowy i wyrazić opinię co do "stwierdzonych błędów technicznych popełnionych przez b. inżyniera miejskiego p. Pajzderskiego". Co było wykonane wadliwie? Podobno zarysowały się ściany sali posiedzeń, w tyle gmachu wybrzuszyła się ściana, a fundamenty pod wieżą miały wątpliwą trwałość. Rzecz jasna, że budowę wstrzymano. Pajzderski odpierając zarzuty twierdził, że niewielkie błędy przy tylnej ścianie zostały spowodowane przez murarzy i łatwo je usunąć bez stawiania tam skarpy, co sugerowali jego przeciwnicy, a on sam uważał za marnotrawienie pieniędzy; że fundamenty i trwałość gmachu badali specjaliści - statycy i znani architekci. Mimo to prezydent miasta B. Koszutski zastanawiał się, czy nie wytoczyć Pajzderskiemu procesu, albowiem wezwana przez miasto komisja stwierdziła jednak szereg usterek. Główną było "niedostateczne obmyślenie całokształtu budowy", przy czym nie dotyczyło to architektury, ale wszelkich instalacji wewnętrznych. Sporo błędów i usterek wytknięto murarce, co spowodowało obrażenie się miejscowych wykonawców i kolejne kłopoty na budowie.

      Rzeczona komisja nakazała mimo wszystkiego położyć dach na budowli, aby ją zabezpieczyć przed deszczem, zrobić nową kalkulację kosztów i program wykończenia gmachu łącznie z wszelkimi instalacjami oraz poszukać środków na dokończenie budowy! Ale to jeszcze nie wszystko! W końcu 1922 r. toczyła się sprawa sądowa z oskarżenia prywatnego p. Pajzderskiego przeciwko p. Wroczyńskiemu o oszczerstwo, którego ten miał się dopuścić, twierdząc, że ratusz posiadał liczne błędy i braki techniczne. Sąd uniewinnił jednak p. Wroczyńskiego, uznawszy iż krytyka, której się dopuścił, była jego obowiązkiem prawnym i moralnym. W tym samym czasie okazało się, że Ministerstwo Robót Publicznych nie zatwierdziło planu budowy ratusza (sic!) a tylko zaaprobowało budowę na podstawie przedstawionych przez p. Pajzderskiego planów i szkiców, uzależniając formalne zatwierdzenie od przedstawienia statystycznych obliczeń.

      Obliczeń jednak nie przedstawiono, przeto i zatwierdzenia budowy nie było, mimo że trwała ona już dwa lata. Ponieważ nie było akceptacji, a budowa wykazywała pewne wady techniczne, ani Okręgowa Dyrekcja w Łodzi, ani Ministerstwo Robót Publicznych nie kwapiły się do podjęcia ostatecznej decyzji w obawie przed odpowiedzialności.

      Po burzliwej dyskusji Rada Miejska zobowiązała magistrat do przygotowania obliczeń statystycznych i planów zamiennych dla wątpliwych odcinków budowy, w tym także wieży, i na tej podstawie do uzyskania w końcu zatwierdzenia planów przez centralne administracje. Na szczęście jakoś się z tymi kłopotami uporano, gdyż w przeciwnym wypadku kto wie, czy w ogóle doczekałby się Kalisz swojego ratusza.

      Spory te i zamieszania stały się pośrednio przyczyną śmierci kolejnego architekta miejskiego, który w grudniu 1923 r., nie chcąc zapewne być posądzony o brak dbałości, tak gorliwie doglądał postępu robót na budowie, że aż ześlizgnął się z oblodzonego dachu i, spadając, poniósł śmierć na miejscu.

      Wspomniane spory i chroniczny już podówczas brak gotówki kasie miejskiej, a także systematyczne nieporozumienia z pracującymi na budowie robotnikami wstrzymywały postęp prac. Z wolna i one przecież dobiegły kresu i pod koniec 1925 r. oddano ratusz do użytku społecznego. (...)

Ratusza dzieje burzliwe

Bogumił Kunicki - Ratusza dzieje burzliwe      Po zgonie Henryka Brodatego i tragicznej śmierci jego syna Henryka Pobożnego w 1241 r. na legnickich polach, powrócił Kalisz we władanie wielkopolskich Piastów. Pochodzący z tej linii książę kaliski Bolesław Pobożny około 1260 r. nadał nowemu ośrodkowi prawa miejskie. Być może że względu na pochodzenie i kontakty pierwszych osadników wybrał książę prawo średzkie, wzorowane na Środzie Śląskiej, będące odmianą powszechnie znanego w Europie prawa magdeburskiego. Miasta na nowych prawach lokowane wyróżniały się posiadaniem samorządu i planową zabudową. Samorząd miejski widomym znakiem swego znaczenia czynił specjalnie budowany dom rady miejskiej, z niemieckiego zwany ratuszem. Bartłomiej Groicki, znawca prawa, który w XVI w s artykuły prawa magdeburskiego po polsku wyłożył, pisał, że "ratusz jest tym budynkiem, w którym winni się schodzić rajcy, by nad dobrem publicznym radzić, rozsądzać spory, dokonywać wyboru władz miejskich". Z tych względów ratusz chroniony był mirem miejsca, a każdy czyn przestępczy wymierzony w kogokolwiek w jego wnętrzu, traktowany był jako "zgwałcenie ratusza" i podlegał surowej karze. Tak ważny budynek znacznej przestrzeni i stosownego miejsca wymagał.

      No i nieodzowna była w nim wieża. Nic przeto dziwnego, że na środku rynku został wzniesiony. Kiedy jednak dokładnie? Zapewne wtedy, gdy i rynek wytyczono, czyli, jak się dziś przypuszcza, w końcu XIII stulecia. Tezie tej przeczy trochę dokument z 1303 r. podający, że przez rynek - "medium forum" płynął, wspomniany już, kanał, czy odnoga rzeki, stanowiący granicę między starą parafią św. Mikołaja, a nową - Najświętszej Marii Panny, wówczas jeszcze z siedzibą na starym Mieście. Czy ratusz ówczesny stał nad tą tajemniczą wodą, czy powstał po jej zasypaniu - trudno jednoznacznie odpowiedzieć.

      Pierwsza wzmianka o ratuszu, pochodzi dopiero z 1426 r., ale tradycja uparcie przesuwa jego powstanie na koniec XIII w. przypisując jego budowę czasom Przemysła II.  Wygląd ratusza znamy więc z dużo późniejszych opisów i przekazów ikonograficznych: był gotycki, murowany, dwukondygnacyjny, zbudowany na rzucie prostokąta, z północnego narożnika z wysuniętą poza linię murów wieżą. Ta, od dołu prostokątna, przechodząca wyżej w ośmiobok, była, jak na te czasy, zaiste ogromna. Zwieńczona blaszanym hełmem, z gankiem, na którym dniem i nocą czuwał trębacz (tubicius), ostrzegający miasto przed wrogiem i pożarem, liczyła ponoć dziesięć pięter.

      Nie przesadził więc zbyt wiele brat Jatkowski, który na swym obrazie umieścił ją wysoko ponad miastem, w niebo wystrzelającą. Jej wielkość potwierdził ksiądz Władysław Łubieński w książce pt. "Świat we wszystkich częściach opisany" wydanej w 1740 r., pisząc, że ratusz kaliski był "wieżą między najwyższymi w Europie". Taki to właśnie ratusz stał aż do końca Rzeczypospolitej.

      Ratusz był siedzibą dla władz miasta i sądu miejskiego; znajdowało się w nim archiwum ksiąg miejskich, ale także i sklepy, a W piwnicach piwo wrocławskie i gdańskie według specjalnych przywilejów królewskich. Pod wieżą mieściło się więzienie nazywane, ze względu na podłe warunki tam panujące, "Kiełbaśnią". Z najniższą, a więc najgorszą, częścią ironicznie nazywaną "Skarbcem". W podziemiach, obok więzienia, mieściła się także izba tortur nazywana "Męczennicą".

      Różne bywały losy tej świetnej budowli. W 1537 r. ratusz spalił się, a z nim akta rady wraz z miejskimi pieczęciami. Szybko go jednak odbudowano. Już w 1542 r. sprowadzony z Wrześni zegarmistrz założył na wieży ratuszowej nowy, powszechnie podziwiany zegar. Skutki kolejnego pożaru w 1693 r. również szybko zdołano zlikwidować, przy okazji trochę gmach przebudowując, do czego być może ręki swej przyłożył "murator" Albin Fontana, wtedy już obywatel kaliski.

      Skargi na zły stan ratusza zaczynają się mnożyć. Z początkiem XVIII w. ponownie budowla płonie, razem z całym miastem, w 1706 r. W 1755 r. z wieży zrzucało się gruz, który leżał tam chyba od wspomnianego pożar i może i z tych przyczyn sześć lat wcześniej zawaliło się główne sklepienie gmachu.

      W 1768 r. Sejm uchwalił, aby Trybunał Koronny, najwyższy sąd dla stanu szlacheckiego, który dotąd dla Wielkopolski zbierał się w Piotrkowie (stąd Trybunalskim zwany), odtąd odbywał na przemian raz w Piotrkowie, raz w Kaliszu. Była to duża szansa na zwiększenie znaczenia miasta. Aliści z braku środków stan kaliskiego ratusza, w którym Trybunał miał obradować, był wręcz fatalny. Opis z 1778 r. wymienia gnój w piwnicach, zarysowane sufity i ściany, itp. Powołana w 1779 r. Komisja Dobrego Porządku, której miasto tak wiele zawdzięczało, urzędowała co prawda na ratuszu, ale izbę, którą zajmowała, należało najpierw wyremontować, "bo przez upadek sufitu niebezpieczeństwem i niewygodą groziła". Stan ratusza uległ poprawie w latach 1787-88, a to z racji pewnej sumy pieniędzy wydatkowanej na ten cel przez miejscowych ewangelików, którzy za 72 złote polskie rocznie wynajmowali w nim izbę na dom modlitwy.

      Wielki pożar w 1792 r. i pozbawił miasto centralnego ośrodka władzy administracyjnej na dziesiątki lat. Lustrator z wyraźnym żalem pisał wówczas: "Ratusz miasta tego z wieżą wspaniałą, na której kopuła miedziana pokryta, z zegarem (...) niemniej izbami sądowymi aż do dołu pogorzał, którego mury poprzepalane zostały".

      Sądząc z ryciny pt. Rynek W Kaliszu w 1797 roku zamieszczonej w "Przyjacielu Ludu" z 1835 r. mury ratusza i stercząca potężna wieża - mimo skutków pożaru - jeszcze robiły imponujące wrażenie na widzach. W latach 1799 -1802 miasto nadał pobierało opłaty za dzierżawę piwnicy pod spalonym ratuszem.

      Po zajęciu Kalisza przez Prusaków, władze zaborcze W ramach porządkowania miasta wyasygnowały pewną sumę pieniędzy na usunięcie grożących zawaleniem i nieprzydatnych do odbudowy ruin. Planowano też budowę nowego gmachu, ale po kolejnej zmianie politycznej przeznaczone na ten cel środki zarekwirowali zwycięzcy Francuzi. W 1808 r. pod nadzorem budowniczego Kocha 16 więźniów pilnowanych przez żołnierzy rozebrało resztki murów. Kamienie i gruz sprzedano. Część cegieł w czerwcu 1812 kupił Józef Marx na budowę browaru. W 1819 r. prezydent miasta Hertz uważał, że znaczne jeszcze ilości cegieł i murów tkwiące głęboko w ziemi są bezwartościowe ze względu na wysokie koszty ich ewentualnego wydobycia. Upływał czas, zmieniały się rządy, a ratusza nadal nie było. Były natomiast plany. W 1821 r. tak dbały o upiększanie miasta namiestnik Zajączek przewidywał budowę ratusza, wskazując jako miejsce plac franciszkański. Na razie jednak, prześwietny Magistrat miasta Kalisza był bez własnej siedziby. Błąkał się przeto - wraz z biurami, kasą i aresztem - po wynajmowanych sezonowo lokalach prywatnych. Najpierw urzędował na Nadwodnej w domu Schmidta, potem, w drugiej połowie wieku, w gościnnym Hotelu Polskim na rogu Alei Józefiny; następnie w byłej bursie Karnkowskiego w Rynku (na rogu Piekarskiej) i na Nowym Rynku (dziś plac 1 Maja). Ponad 85 lat trwała ta tułaczka, ponad pół wieku toczyły się burzliwe dyskusje o potrzebie posiadania ratusza i jego przyszłej lokalizacji. Opozycjoniści podważali sens budowy gmachu dla administracji, skoro miasto miało niezaspokojonych wiele innych potrzeb, jak choćby szkoły elementarne. W końcu jednak zwyciężyli zwolennicy budowy ratusza, ale wcale, jak by się mogło wydawać, nie ze względu na prestiż władzy. Zaważył prosty rachunek ekonomiczny. Okazało się bowiem, że kilkudziesięcioletnie wynajmowanie lokali i ich konieczna adaptacja na potrzeby magistrackie kosztowały więcej niż budowa nowego gmachu od razu na ten cel przeznaczonego. W r. 1887, po przezwyciężeniu różnych zastrzeżeń władz carskich, miejscowi przedsiębiorcy Schnerr i Prager wygrali przetarg na budowę ratusza.

      Koszt wyniósł 45.500 rubli, a projektantem był architekt gubernialny Józef Chrzanowski, nie wiadomo, czy zwycięzca konkursu, który według ówczesnej prasy ogłoszono kilka lat wcześniej, bo w 1879 r. czy też pomysłodawca całkiem nowego projektu.

      W kwietniu 1888 r. protojerej - głowa miejscowego soboru Piotra i Pawła - Guriew, w towarzystwie gubernatora Michała Piotrowicza Daragana i prezydenta miasta Franciszka Przedpełskiego oraz licznie zgromadzonych gości, poświęcił wznoszoną budowlę. Gmach miał być jednopiętrowy, ale wysoki. Część parteru przeznaczona na sklepy.

      Budowa szybko postępowała naprzód. Po pięciu miesiącach budowy, we wrześniu 1889 r. stanęła wiecha, od lipca następnego roku magistrat już wydzierżawił pomieszczenia na sklepy na parterze, a dokładnie 12 lipca 1890 r., po niemalże stu latach tułaczki, municypalność kaliska wprowadziła się do wykańczanego jeszcze gmachu. 0d ulicy Mariańskiej na pierwszym piętrze znalazły pomieszczenia biura magistrackie. 0d frontu - gabinet prezydenta, sala posiedzeń, kancelaria, gabinet sekretarza policyjnego, kasa, archiwum. 0d strony ulicy Warszawskiej znajdował się Klub Kaliski, czyli Resursa z biblioteką i czytelnią. W ratuszu mieściło się też służbowo mieszkanie prezydenta.

      Magistrat zadbał również o odpowiedni wystrój nowego gmachu, według ówczesnej mody bogaty , a na nasz dzisiejszy gust może trochę przesadzony. Były tu i figury alegoryczne sprowadzone aż z Charlottenburga, żeliwne kopuły, ażurowe barierki, wszelaka żeliwna ornamentacja, balkony i gazony. Piękny zegar zaś w brzmieniu łudząco podobny do dzwonów przeciwpożarowych, siał nie lada zamęt wśród strażaków biegających na jego sygnał na plac zborny jak do pożaru.

      Któż mógł przypuszczać, że ratusz z takim trudem budowany, tak wypieszczony i od razu umiłowany przez władze i mieszkańców, będzie miał tak krótki żywot. Jego mury stały się świadkami i ofiarą tragedii w sierpniu 1914 r.

      Stąd bowiem, spod ratusza, w prawie teatralnym pochodzie, z białą flagą, która trzymał w ręce strażak, prezydent Bukowiński w asyście obywateli Scholtza i Deutschmana, udał się na Rogatkę, gdzie wręczył pruskiemu oficerowi symboliczne klucze miasta.

      Tu, pod ratuszem, toczyły się w nocy rozmowy prezydenta z osławionym już wkrótce majorem Preuskerem. Stąd, 3 sierpnia rano, skonfiskowali Prusacy z kasy miejskiej 29 tysięcy rubli i ogłosili znaną odezwę. Tu w końcu, przed ratuszem, 4 sierpnia około 11 wieczorem padły pierwsze strzały i tu też padły pierwsze niewinne ofiary. Ratusz, oblany naftą przez rozszalałe pruskie żołdactwo, począł się palić. Ludzie, wybiegający z płonącego gmachu byli zabijani na miejscu. Zbity kolbami prezydent miasta, rozstrzelani pod murem ratusza woźni, trupy gubernialnego kasjera Sokołowa w carskim mundurze urzędniczym - były zapowiedzią tragedii całego miasta, a później i innych ziem. Mury ratusza spłynęły krwią. Ominęły go co prawda kule armatnie podczas ostrzeliwania miasta, ale za to strawił doszczętnie celowo i planowo wzniecony pożar. Przez prawie dwa tygodnie trwały pożary, umierało miasto, którego on - ratusz - stanowił serce.

      Minęła wojna. Nastała niepodległa Polska. Na rynku, pełnym jeszcze ruin, 17 października 1920 r., tym razem w obecności "chłopskiego" premiera Wincentego Witosa wmurowano kolejny kamień węgielny pod ratusza. Ale budowa szła bardzo niemrawo. Inne byty czasy, inni ludzie, inne obyczaje. Oto na posiedzeniu Rady Miejskiej pan Kazimierz Masło, mający jakieś prawa do części gruntu zajętego pod budowę ratusza, zapowiedział, iż jeśli magistrat nie uwzględni jego roszczeń to ... wysadzi budowę w powietrze! Rok później rozpoczął się spór, który wstrzymał i tak wolno postępującą budowę. Trudno dziś rozstrzygnąć, ile w tym sporze było istotnych racji i troski o dobro publiczne, ile zaś prywaty i rozgrywek personalnych, którym sprzyjała niezdecydowana postawa władz centralnych. Okazało się bowiem, że Ministerstwo Robót Publicznych, jeszcze w końcu 1919 r. odrzuciło, a Ministerstwo Kultury i Sztuki nie zatwierdziło projektu ratusza pana Szyllera. Wówczas to, latem 1920 r. własny projekt przedstawił pan Pajzderski i on otrzymał zgodę Ministerstw. Budowa w końcu ruszyła, a kierował nią sam Pajzderski, wtedy inżynier miejski Kalisza. Kiedy budowa była już zaawansowana, zaczęły się jakieś tarcia, swary i narzekania i Pajzderski złożył posadę, rezygnując tym samym z dozoru budowlanego. Jego następca, inżynier architekt Wroczyński, za zgodą Rady Miejskiej zwrócił się w początkach 1921 r. do władz wojewódzkich w Łodzi i do ministerstwa o wydelegowanie specjalnej komisji, która miała zbadać stan budowy i wyrazić opinię co do "stwierdzonych błędów technicznych popełnionych przez b. inżyniera miejskiego p. Pajzderskiego". Co było wykonane wadliwie? Podobno zarysowały się ściany sali posiedzeń, w tyle gmachu wybrzuszyła się ściana, a fundamenty pod wieżą miały wątpliwą trwałość. Rzecz jasna, że budowę wstrzymano. Pajzderski odpierając zarzuty twierdził, że niewielkie błędy przy tylnej ścianie zostały spowodowane przez murarzy i łatwo je usunąć bez stawiania tam skarpy, co sugerowali jego przeciwnicy, a on sam uważał za marnotrawienie pieniędzy; że fundamenty i trwałość gmachu badali specjaliści - statycy i znani architekci. Mimo to prezydent miasta B. Koszutski zastanawiał się, czy nie wytoczyć Pajzderskiemu procesu, albowiem wezwana przez miasto komisja stwierdziła jednak szereg usterek. Główną było "niedostateczne obmyślenie całokształtu budowy", przy czym nie dotyczyło to architektury, ale wszelkich instalacji wewnętrznych. Sporo błędów i usterek wytknięto murarce, co spowodowało obrażenie się miejscowych wykonawców i kolejne kłopoty na budowie.

      Rzeczona komisja nakazała mimo wszystkiego położyć dach na budowli, aby ją zabezpieczyć przed deszczem, zrobić nową kalkulację kosztów i program wykończenia gmachu łącznie z wszelkimi instalacjami oraz poszukać środków na dokończenie budowy! Ale to jeszcze nie wszystko! W końcu 1922 r. toczyła się sprawa sądowa z oskarżenia prywatnego p. Pajzderskiego przeciwko p. Wroczyńskiemu o oszczerstwo, którego ten miał się dopuścić, twierdząc, że ratusz posiadał liczne błędy i braki techniczne. Sąd uniewinnił jednak p. Wroczyńskiego, uznawszy iż krytyka, której się dopuścił, była jego obowiązkiem prawnym i moralnym. W tym samym czasie okazało się, że Ministerstwo Robót Publicznych nie zatwierdziło planu budowy ratusza (sic!) a tylko zaaprobowało budowę na podstawie przedstawionych przez p. Pajzderskiego planów i szkiców, uzależniając formalne zatwierdzenie od przedstawienia statystycznych obliczeń.

       Obliczeń jednak nie przedstawiono, przeto i zatwierdzenia budowy nie było, mimo że trwała ona już dwa lata. Ponieważ nie było akceptacji, a budowa wykazywała pewne wady techniczne, ani Okręgowa Dyrekcja w Łodzi, ani Ministerstwo Robót Publicznych nie kwapiły się do podjęcia ostatecznej decyzji w obawie przed odpowiedzialności.

      Po burzliwej dyskusji Rada Miejska zobowiązała magistrat do przygotowania obliczeń statystycznych i planów zamiennych dla wątpliwych odcinków budowy, w tym także wieży, i na tej podstawie do uzyskania w końcu zatwierdzenia planów przez centralne administracje. Na szczęście jakoś się z tymi kłopotami uporano, gdyż w przeciwnym wypadku kto wie, czy w ogóle doczekałby się Kalisz swojego ratusza.

      Spory te i zamieszania stały się pośrednio przyczyną śmierci kolejnego architekta miejskiego, który w grudniu 1923 r., nie chcąc zapewne być posądzony o brak dbałości, tak gorliwie doglądał postępu robót na budowie, że aż ześlizgnął się z oblodzonego dachu i, spadając, poniósł śmierć na miejscu.

      Wspomniane spory i chroniczny już podówczas brak gotówki kasie miejskiej, a także systematyczne nieporozumienia z pracującymi na budowie robotnikami wstrzymywały postęp prac. Z wolna i one przecież dobiegły kresu i pod koniec 1925 r. oddano ratusz do użytku społecznego. (...)

Ballada najdłuższa - o rynku

wpe10      Łatwo zrozumieć pomysł pobudowania ratusza na centralnym placu miasta. Ale kiedy rynek wytyczono i dlaczego właśnie w tym miejscu? Tego dokładnie jeszcze nie wiadomo. Jak się przypuszcza, mogło się to stać pod namową lub pod wpływem przybyłych do Kalisza ze Śląska w końcu XIII w. zamożnych i znacznych mieszczan, którzy w tym właśnie miejscu rozpoczęli wznosić swoje kamienice. W 1289 r. Przemysław II nadał miastu prawo stawiania kramów i jatek, a nawet i sukiennic, z czego wynikałoby, iż rynek już istniał w tym czasie lub że go właśnie wytyczano. Kłóci się to jakoś z treścią wspomnianego już dokumentu z 1303 r., choć mowa w nim o forum, a tak właśnie po łacinie rynek nazywano.

      Ważniejsze jednak od daty powstania jest to, że układ przestrzenny, jaki powstał w tym czasie i w tym miejscu, potwierdzony zresztą przez najstarsze opisy i przekazy kartograficzne, jest prawie niezmienny do dziś i łatwo go sobie współczesnym, nawet najmłodszym wyobrazić. Stąd właśnie rozchodziły się ulice Wrocławska i Toruńska, równoległe do nich - św. Stanisława i Najświętszej Marii Panny; stąd brały początek Piskorzewska i Złota, a po drugiej stronie placu - Łazienna, Szkocka, Szczupakowa. Omówimy je wszystkie nieco później.

      Od samego początku, stał się rynek najważniejszym miejscem miasta, już to z racji stojącego tu ratusza - jedynej bodaj wówczas murowanej budowli świeckiej w mieście, już z powodu stojących naprzeciw niego kramów, sukiennic, kupieckich magazynów (zwanych "kupuszami"), bud, jatek, browarów ("mielcuchami" zwanymi). Tu właśnie, wszelkie - dobre i złe - nowiny i zarządzenia ogłaszano; tu skupiało się życie publiczne miasta.

      Przez długie lata przeważała w mieście zabudowa drewniana, a nieliczne początkowo kamienice murowane, poza głównymi ulicami, stawiano właśnie w rynku. W końcu XVI w. musiało być ich tu wiele, gdyż wtedy to sam mistrz Albin Fontana, przedtem przy budowie zespołu klasztornego jezuitów zatrudniony, ponoć piękną attyką zwieńczył ratusz i wiele domów w rynku poprzerabiał według ówczesnej mody. W początkach XVII w. mieli swe domy w rynku: Jan Zemełka - wywodzący się z Tyńca, z łaciny "Zemeliusem" zwany; znany lekarz i kilkakrotny burmistrz kaliski, a zarazem aptekarz - Joachim Kurowski; sekretarz królewski - Józef Orzechowski. Resztę posesjonatów stanowili najbogatsi rzemieślnicy i kupcy z coraz silniejszymi piwowarami na czele, słowem: patrycjat miejski.

      Z końca osiemnastego stulecia pochodzą szczegółowe opisy zabudowań. Znajdowały się w rynku już tylko dwa domy drewniane, 38 murowanych i ratusz. Zwartym blokiem, obok ratusza stały jatki, kupusze, budy śledziowej inne, a także domy kilku obywateli. Jatki piekarskie byty piętrowe, mieściły 21 stołów do sprzedaży chleba. Nad nimi były bardzo już zniszczone jatki szewskie. Za jatkami stały kupusze, w czasach Komisji Dobrego Porządku również już mocno zrujnowane. Górny należał do kolegium jezuickiego, drugi stanowił własność Andrzeja Podbowicza, trzeci Ambroziewicza. Obok był drugi rząd kupuszów i kramów, między którymi wiodła uliczka wprost ku Bursie. Bardziej w bok od ratusza stały rzędy drewnianych jatek odgrodzonych parkanem oraz kamienica Chylewskiego pobudowana na miejscu pięciu jatek. W dwu rogach rynku stały publiczne studnie funkcjonującego od XV w. wodociągu.

      Z inwentarzy miejskich kaliskich z drugiej połowy XVIII w. opublikowanych przez W Rusińskiego znamy nazwiska części właścicieli posesji i opisy ich domów. Mieli więc domy w rynku: Jan i Elżbieta Chmelikowie, Kłoniccy, Gieccy, Barbara Midalska (lub Migdalska), Łączkiewiczowie, Zawszewscy cała rodzina Podbowiczów - piekarzy i piwowarów pełniących różne funkcje w mieście, po prezydentów włącznie, Anna Chęcka (na rogu Piskorzewskiej, z apteką na parterze), Nickiewiszowie (z kramem kupca korzennego, Włocha z pochodzenia - Perfetto), Gibasiewiczowie, a także Franciszek Ksawery Sokolnicki - podkomorzy kaliski i jego sąsiad - łowczy kaliski Skórzewski. Wszystkie te domy były murowane, z reguły dwupiętrowe, jeden nawet pięknie malowany na czerwono. Większość miała piwnice z wejściami z rynku, a w nich szynkownie lub magazyny, kramy z okiennicami na parterze.

      Wyjątek stanowiła kamienica "o 4-ch kondygnacjach, równająca się wysokością ratusza", ale za to fronton ostatnich dwóch pięter groził zawaleniem się na ulicę. Był też dom Walderowiczów ze ścianami szczytowymi z cegły, a bocznymi w "pruski mur stawianymi" (ale z szynkownią!). Miał też rynek swój cudzoziemski koloryt. Grecy , a może zważywszy na bardzo szybki proces polonizacji raczej słowiańscy Macedończycy, osiedlili się w Kaliszu w XVIII w., szukając w Rzeczypospolitej azylu przed tureckim jarzmem. Większość z nich trudniła się handlem, w tym - może wykorzystując dawne kontakty i znajomość rzeczy - głównie winem. Przesadził jednak J. Raciborski w swej znanej Monografii Kalisza pisząc, iż zajmowali większość domów w rynku. W 1786 r. ,jak drobiazgowo wyliczył W. Rusiński, na 32 domy w Rynku Grecy mieli ich raptem 7. Cztery lata wcześniej kupili sobie tu kamienicę za 33 tysiące złotych polskich, aby w niej urządzić kaplicę. Z nazwiskami owych Greków, a raczej już Polaków greckiego pochodzenia: Baranowskimi, Koźmińskimi, Molińskimi, Mikułowskimi, Rogalskimi, Grabowskimi spotkamy się jeszcze nie raz. Nie zawsze wygląd rynku stanowił powód do chluby, miał bowiem ten centralny plac miasta swoje miejsca wstydliwe. Nie najlepsze świadectwa naszym przodkom wystawiają niektóre zarządzenia władz miejskich. Kilkakrotnie zakazywano, by na rynku "chlewów świńskich nie trzymać a trzody na sam rynek nie wypuszczać", aby "gnojów na rynek, na ulice albo puste grunta, osobliwie chowający bydło, konie wyrzucać się nie ważyli", aby od czasu do czasu rynek i ulice z błota i nieczystości "skrzybali". Nawet "prewety", czyli późniejsze "sławojki" niektórzy w środku rynku przy jatkach stawiali, a sami więzienie przy ratuszu "in fundo gnojem i fasessami" było zawalone. Zastanawia, co w tym niemałym wszak bałaganie mogły pomóc pierwsze w dziejach miasta latarnie, wystawione w 1776r. w czterech rogach rynku, z dodatkową piątą przed odwachem.

      Kataklizmy dotykały rynek równie często, jak i całe miasto. A może nawet częściej, boć to przecież było jego serce, dające życie całemu ciału. W początkach XVIII w., w r. 1706, po słynnej bitwie pod Kaliszem sprzymierzonych sił pod wodzą Augusta II przeciwko wojskom szwedzkim pod dowództwem gen. Arvida Axela Mardefelda, w której sromotną klęskę ponieśli Szwedzi, spaliły się dwie części rynku. Ale najstraszniejsze miało dopiero nadejść.

      W nocy z 13 na 14 września 1792 r. od ulicy Wrocławskiej zaczął się wielki pożar, który strawił prawie całe miasto z rynkiem i ratuszem. W rynku pozostało jedynie 9 domów, konwikt, czyli Bursa, i kaplica grecka. Pożar poprzedził drugą klęskę - zajęcia miasta przez Prusaków, którzy "gospodarzyli" tu przez trzynaście lat.

      Prusacy usiłowali uporządkować rynek i, korzystając z klęski pożaru, zlikwidować część budynków, poszerzyć sam plac targowy. Niestety, mimo obiecanych odszkodowań, żaden z właścicieli nawet słyszeć nie chciał o wyniesieniu się poza obręb rynku. Z tych czasów, a dokładnie z 1797 r. zachował się pierwszy widok części rynku, zamieszczony w "Przyjacielu Ludu" z 1835 r. Obok ruin zniszczonego, choć potężnego jeszcze ratusza, widać na nim fragment pierzei od ulicy Piskorzewskiej do Kanonickiej. Dokładnie są to trzy domy zwrócone szczytami do ratusza o typowych barokowych zwieńczeniach. Nikt nie rozstrzygnie jednak, ile w tej rycinie prawdy, a ile fantazji artysty. Pewnym natomiast jest to, że Prusacy rozebrali spalony ratusz, na jego miejsce postawili nowy odwach, a do Bursy przenieśli uczniów byłego kolegium jezuickiego. 

      Z niemałym trudem udało mi się znaleźć mniej lub bardziej ważne informacje o prawie każdym domu stojącym w rynku. Jeszcze trudniej było mi je wszystkie dokładnie zlokalizować, a kolejność numerów hipotecznych bądź opisów w rodzaju "obok domu p. Rosena" wcale mi tego zadania nie ułatwiała. Zacznijmy tedy od środka.

      Najwięcej strat na skutek wielkiego pożaru w 1792 r. ponieśli szewcy. Był to cech liczny i zacny, ale jakoś u władz miejskich zrozumienia należytego nie mający. Dawno, dawno temu, zapisał cechowi szewskiemu dom na budowę jatek, mieszczanin Marcin Cegas. Dom stał w rynku na wprost Bursy. Obok był plac, o który szewcy z miastem długo się procesowali. Ponieważ przywilej Zygmunta Augusta z 1507 r. nadany szewcom zastrzegał, iż tylko 24 majstrów może być w mieście - jatek było tyleż samo. To tłumaczyłoby czas ich powstania. Czy szewcy przerobili dom Cegasa, czy też na jego miejsce wybudowali specjalny budynek - trudno dociec. Wiadomo, że był on murowany, piętrowy, ze sklepami na dole i na górze. Na piętrze miał też dużą salę, którą w 1782 r. chcieli od szewców wynająć ewangelicy na dom modlitwy. Na parterze dodatkowe 24 sklepy mieli piekarze, być może dzierżawiący od szewców.

      Rząd pruski uznał prawa cechu do zniszczonych przez pożar jatek i placu i w 1801 r. niejaki Fuks miał odbudować jatki za 300 talarów. Ale w cztery lata później podczas porządkowania rynku resztki nie odbudowanych dotąd jatek usunięto, choć Kamera nadal zapewniała szewców, iż je wystawi na koszt skarbu miasta. Pieniądze z rozbiórki wpłynęły do kasy miejskiej. Rychło pruskie panowanie się skończyło, ale wojenne czasy Księstwa Warszawskiego tym bardziej nie sprzyjały procesowaniu się szewców z władzami. Majstrowi Neugbauerowi udało się mimo to uzyskać chociaż tyle, że miasto przestało w końcu pobierać opłaty za jatki, których od lat przecież nie było. Wskazywało nawet miejsce pod ich przyszłą zabudowę - na placu koło klasztoru franciszkanek. W 1815 r. już ponoć zapadła decyzja o budowie 24 drewnianych jatek szewskich przy odwachu, ale mimo wysiłków mistrzów dratwy sprawa ciągnęła się nadal bez widoków na szczęśliwe zakończenie. W 1823 r. pozwolono szewcom sprzedawać wyroby na stołach obok jatek mięsnych (też oczywiście koło ratusza), do których w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku część zdesperowanych mistrzów za ekstra opłatami po 150-200 rubli, nie widząc innych szans, z bólem się wprowadziła. Mimo zapewnień władz, nigdy szewcy nie odzyskali swojej własności.

      Nie mieli oni też szczęścia do swej ulicy. Ulicą Szewską nazywano kiedyś dzisiejszą Franciszkańską, a jeszcze wcześniej, wymiennie, ulicą św. Stanisława. W latach siedemdziesiątych XIX w. nazywano tak dzisiejszą ulicę Szopena. Dziś mają mistrzowie buta malutką, skromną uliczkę na Ogrodach. Jeśli kaliskich szewców czasem, a ponoć nawet często, mogła ogarniać pasja, oczywiście szewska pasja, to nie można się im dziwić - nie kochała ich władza miejska, oj, nie kochała. Czy jednak zlikwidowanie w rynku szewskich jatek nie było pod jednym chociaż względem trafną decyzją - oto pytanie, które po latach można sobie zadać. Jak bowiem pisał w Przewodniku dla podróżujących w Polsce i Rzeczypospolitej Krakowskiej J. Krasiński, "czworograniasty - wielki rynek, cały murowanemi otoczony domami, byłby jeszcze daleko piękniejszy, gdyby zanadto we środku zabudowany nie był" - jatkami i domami oczywiście.

      Ale, jak już powiedzieliśmy był rynek, z ratuszem czy bez niego - centrum administracyjnym miasta, z jatkami czy bez nich - głównym ośrodkiem handlu Kalisza, spalony czy odbudowany - miejscem zamieszkania patrycjatu. A patrycjat - z uwagi na swoją społeczną i ekonomiczną pozycję - kształtował charakter, atmosferę i koloryt miasta. Przyjrzyjmy mu się więc dokładniej.

      W domu pod numerem 4 będącym wtedy własnością Kosteckiego, w 1814 r. ogłaszał się dentysta A. Angel, który leczył, czyścił i wstawiał (sztuczne) zęby. Dom ten, a także drugi pod numerem 5, stanowiące własność tegoż Kosteckiego, poszły na licytację. Kolejne dwa domy, pod numerami 6 i 7, pozostawił spadkobiercom w 1831 r. garbarz Henryk August Ulrych. Tu także, obok drugiego domu na Toruńskiej, miał kamienicę znany "spiskowiec niemiecki" z powstania listopadowego - Fryderyk Wilhelm Mentzel.

      W latach czterdziestych ubiegłego stulecia dom pod numerem 8 "obok odwachu" był własnością Gierszewskiej vel Gierszalowej, a w nim lekarz Skitniewicz otworzył "Zakład Łaźni Parowej przenośnej wynalazku Ossowskiego".

      Na wprost Bursy, w latach siedemdziesiątych prosperowała znana cukiernia Gussmana, z werandą dla gości, wyściełanymi kanapami i lampami gazowymi. Ci, dla których zabrakło w rynku miejsca pod budowę domów, stawiali je wokół niego. Na rogu Toruńskiej w domu pod numerem 9 handlował winem znany pan Roman. W sąsiednim domu pod numerem 10 stanowiącym w początkach ubiegłego wieku własność Miszkiewiczów (być może krewnych tych samych Myszkiewiczów "0d murów zamkowych"), właściciel również winem handlował. Na piętrze mieszkał komornik Trybunału Cywilnego - Stanisław Markowski, a pochodzący z Sieradza i zamieszkały tu dr Flamm "aprobowany Lekarz i Akuszer" deklarował się na łamach "Dziennika Urzędowego Wojewódzkiego Kaliskiego" bezpłatnie leczyć niezamożnych pacjentów. W 1840 r. dom ten, do Grabowskich już należący, wystawiono na sprzedaż. Miał on dwa piętra i dach kryty dachówką, sień wjezdną na podwórze i sklep na parterze. W podwórku była murowana oficyna, w niej pokój z kuchnią i "kuźnia czyli laboratornia", stajnia z piwnicą, drwalniki i "wychódki" z bali pod gontem. W domu tym, obok sukcesorów zmarłych właścicieli, mieszkał i sklep prowadził niejaki pan Hersz Lejb Spiro oraz Fryderyk Suck - złotnik (zajmował całe pierwsze piętro, piwnicę pod stajnię i wspomnianą - "laboratornię"). Był to ten sam Jan Fryderyk Suck, znany z ogłoszeń w ówczesnej prasie jako złotnik, którego srebra posiada kaliskie muzeum i który w 1829 r. "obrał sobie stałe miejsce zamieszkania w mieście. Wojewódzkim Łomży", o czym informowała jego żona Anna, ale który widać po pewnym czasie do Kalisza powrócił.

      Dom nr 11 posiadał bardzo urzędowy charakter. W czasach Księstwa Warszawskiego mieściła się w nim Dyrekcja Skarbu i jako gmach urzędowy służył kwaterami oficjalnymi gościom. W nim bowiem mieszkał w 1808 r. marszałek napoleoński Davout, a dwa lata później książę Józef Poniatowski.

      W 1821 r. ten rządowy gmach przerobiono na dom mieszkalny dla biskupa nowo utworzonej diecezji kalisko-włocławskiej. Po upływie pół wieku znajdujemy 90 w rękach prywatnych. Ten bogobojny niegdyś pałac biskupi tętnił wówczas zgoła innym życiem. Właściciel Eyger przekazał sutereny pod "Piwnicę Gdańską", czyli "bawaryę", a po naszemu pijalnię piwa. Trunek ten dostarczany był z browaru Trąbczyńskiego. "Bawarya" sąsiadowała z zakładem... czyszczenia pierza Moszkowicza. Tu również mieścił się "Klub Ruski" - miejsce ostrej gry karcianej, kawalerskich wieczorów i śpiewów "duszeszczypatielnych". To zbyt głośne sąsiedztwo zmusiło prowadzącą tu pensję dla panien p. Więckowską do wyprowadzenia się. Natomiast nie przeszkadzało ono aptece Stanisława Hildebrandta; może ze względu na bardzo modny i ponoć świetny kumys, idealny - jak produkowany w niej twierdzili znawcy - środek na kaca. W 1877 r. aptekę kupił niejaki Bryndza i urządził ją "z prawdziwie europejskim komfortem". Pan Bryndza nie musiał się bać hałaśliwych sąsiadów ze wspomnianego "Klubu", uczestniczył bowiem w uroczystościach koronacyjnych imperatora Wszechrosji w Petersburgu, cóż więc mogli mu zrobić byle oficerowie prowincjonalnego garnizonu.

      Obok dawnego pałacu biskupiego, pod numerem 12, stał dom, a w nim sklep pana Tschinkla, z polska nazywanego Czynklem, od którego cała pierzeja nazwana została "Czynklówką". Tschinkel prowadził najbardziej znany i podobno znakomicie zaopatrzony ("dwa rodzaje kawioru, ostrygi sprowadzane z Francji, wszelakie wina i różne delicje") sklep kolonialny. Dom miał widać dobrą opinię i tradycję. W 1843 r. Tschinkel kupił dom jako spadek po Mikołaju Antonim Perfett, którego przodkowie już w XVIII w. prowadzili sklep korzenny w rynku. Ponieważ w każdym mieście tworzy się zwyczajowa trasa spacerowa, a obecna trasa "R-R", czyli Ratusz-Rogatka nikomu się nawet nie śniła, bowiem "prawdziwe miasto" liczyło się tylko do mostu Kamiennego, przeto tradycyjny deptak aż do pierwszej wojny światowej przebiegał właśnie "Czynklówką".

      Ostatnią na "Czynklówce", pod numerem 13., już na rogu ul. Mariańskiej, była dwupiętrowa kamienica z oficyną w pruski mur stawiana. W pierwszej połowie XIX w . stanowiła własność Gibasiewiczów. W latach dwudziestych tegoż wieku mieścił się w niej przejściowo urząd municypalny, czyli "zastępczy ratusz". Potem dom zasłynął z handlu winami prowadzonego przez bardzo bogatego Żyda Rosena, który też rychło kupił i kamienicę. Ta część rynku miała szczęście do utrwalania swego wyglądu na nielicznych dla miasta przekazach ikonograficznych. Całą pierzeję podziwiać można na obrazie Lehmana z 1834 r., znajdującego się w miejscowym muzeum. Dom biskupi uwiecznił na litografii Ehrentrauth w 1835 r., a ostatni, pięknie i bogato zdobiony dom znajduje się na rycinie Barcikowskiego z 1866 r.

      Tak, jak poprzednią pierzeję zdominował w XIX w. sklep Tschinkla, tak nad tą, ciągnącą się od Łaziennej do Rzeźniczej, górował konwikt, czyli Bursa. Był to piękny i stary, tradycją obrosły dom. Aby jednak w kolejności dojść do Bursy, trzeba zacząć od narożnika. Na rogu Łaziennej stała kamienica opatrzona numerem 14., własność kupca Chrystiana Schneidera, który w 1812 r. splajtował, a dwa lata później dom poszedł na licytację. W 1821 r. wyprzedała się tu kolejna firma - J.D. Münkelbek i S-ka ("materiały żelazne, brązy i urządzenia domu, fajanse"). Mieściła się tu również, choć krótko, pensja pani Anny Stanke, sam dom w połowie ubiegłego wieku, wraz z sąsiednim, stanowił własność Wilhelma Eiselina. Pan ten umierając, pozostawił w spadku jeszcze trzeci dom w Rynku pod numerem 20 i dwie posesje na Tyńcu.

      W sąsiednim domu, w 1821 r. pan Wilke - "królewsko-książęcy Budowniczy przy Intendenturze Kaliskiej i Geometra Departamentowy" - sprzedawał swe dzieło o "konduktorach", czyli o... piorunochronach.

      W kilka lat później ogłaszała swój "magazyn Mód Damskich" pani Ewa Witkowska - jedna z pierwszych kaliskich emancypantek. Mieściły się w tym domu także cukry, wina i cukiernie. Najwcześniej miał tu cukiernię Jan Golniewicz (później przeniósł ją na drugą stronę rynku, do domu Trotzowej). Po nim takiż interes prowadził Karol Miriarn, którego poleca klienteli W. Eiselin, właściciel domu, prowadzący także handel cukrern i winami. W 1843 r. znowu jest tu cukiernia, tym razem p. Wiesiołowskiego, a w 1872 r. "Kaliszanin" zamieszcza smutną wieść, że istniejący tu od lat kilkunastu znany handel korzeniami i winami p. Wojciecha Szymanowskiego, ponoć Greka, właśnie zakończył swą działalność.

      O kolejnym domu wiemy tyle, że za zgodą rektora Przybylskiego przyjmował tu na stancje uczniów profesor języka francuskiego z Korpusu Kadetów niejaki L. F. Gravin, a w 1839 r. od żony sukiennika Augusta Beslera - Karoliny, przejął dom, za długi, farbiarz kaliski Dawid Schnerr. I tak doszliśmy do Bursy. W 1583 r. arcybiskup Karnkowski, aby ustrzec Kalisz od nowinek religijnych pleniących się w całym kraju, sprowadził do miasta jezuitów, wybudował dla nich kościół i klasztor ufundował też kolegium, a co uboższej młodzieży szlacheckiej oddał zbudowaną w rynku Bursę, którą ozdobił swym rodowym herbem. Bursa, od nazwiska fundatora zwana "Carnkowiacy' była jak na owe czasy imponującej wielkości: zajmowała ponad 1/3 pierzei rynku, całą stronę Piekarskiej i kawałek Sukienniczej. Czy budował ją sam mistrz Bernardoni z Corno - budowniczy obiektów jezuickich w Kaliszu, czy jego pomocnik - "murator" i architekt Albin Fontana, też z Italii - trudno dociec. Obok ratusza przez długi czas Bursa stanowiła największy obiekt w rynku. Do kasaty zakonu jezuitów była internatem uczniów kolegium. Prusacy , zajmując pomieszczenia pojezuickie na siedzibę władz administracyjnych i Korpusu Kadetów, przenieśli tu ówczesne szkoły. Po wybudowaniu gmachu Szkoły Wojewódzkiej, od 1819 r. Bursa stała pusta. Miasto nie skorzystało z okazji, aby ją kupić na siedzibę władz miejskich, mimo że były ponoć takie sugestie samego księcia namiestnika.

      Gmach przeszedł w ręce przemysłowców -- warsztaty do przędzenia wełny zainstalował tu Wilhelm Meyer przybysz z Brzegu na Śląsku. Od 1819 r. zaczął pracować w starym budynku szpitala przy ulicy Babina, ale obawiano się, że rudera może się zawalić i pozwolono mu produkować w rynku. Dwa lata później Meyer zmarł, a dom wraz z przędzalnią poszedł na licytację. Kupił go inny, niezbyt szczęśliwy przedsiębiorca kaliski - Wincenty Dominik Przechadzki. W 1822 r. mieszkało tu już trzech sukienników, później dziesięciu oraz jakiś szynkarz. Ale dom nie nabrał jakoś fabrycznego charakteru. Był zbyt duży na taką ilość pracowników. Zatem Przechadzki, nim oficjalnie przerobił go na kamienicę czynszową (podobnie zresztą jak i fabrykę na ulicy Babinej), przypuszczalnie już wcześniej poszczególne pomieszczenia wynajmował na mieszkania. Z ogłoszenia prasowego z 1823 r. wiadomo, że mieszkał tu, jak sam się nazywał, "księgarz kaliski" Aleksander Pilichowski, oferujący książki szkolne, materiały, "portrety narodowe", a także przyjmujący zapisy na książki, które w ciągu dziesięciu dni gwarantował sprowadzić z Warszawy. Z innych źródeł wiadomo, że Pilichowski był również nakładcą drukującym u Mehwalda w Kaliszu i Korna we Wrocławiu. U Mehwalda wydał również własny dramat w - 3 odsłonach, zatytułowany "Oswobodzenie Poznania czyli Władysław i Bolesław, królowie polscy". Druk ukazał się w Kaliszu w l819 r.Prawie w tym samym czasie miał tu też handel win węgierskich kupiec Maciński. W czasie powstania listopadowego w Bursie urządzono lazaret wojskowy, skład amunicji i areszt. Z 1866 r. pochodzi rysunek Barcikowskiego przedstawiający popis czy ćwiczenia kaliskich strażaków. Ukazuje on nam surowy, dwupiętrowy dom o prawie płaskim dachu, z ozdobnym wejściem między kolumnami i balkonem nad tym wejściem. Niedługo później dom stał się własnością handlarza win Adolfa Kempnera. Nowy właściciel podwyższył go o jedno piętro, a w latach osiemdziesiątych po kolejnej przeróbce, stała się Bursa pierwszym czteropiętrowym domem mieszkalnym w Kaliszu.

      Nic więc dziwnego, że w tak dużym budynku mieściło się też wiele różnych znanych firm i instytucji. W latach 1852-82 znalazła tu miejsce piekarnia, od 1862 r. "skład tabaczny" J. E. Wałłacha. W 1871 r. przeprowadził się do niego "wędrujący" magistrat z kasą i aresztem. W tym samym czasie była tu znana "bawarya" Baranowskiego - Greka, choć piwem się zajmującego. Rok później, zaczyna działalność bardzo chwalona i, jak twierdziła prasa, potrzebna "Cafe-Restaurant" Bronisława Krotkiewskiego. Był tu też znany magazyn bławatu Leopolda Grossa i krótko, bo tylko rok, warsztat ślusarski W. Kulisiewicza - ojca znanego dziś w świecie grafika Tadeusza Kulisiewicza.

      W 1874 r. podtrzymano tradycje szkolne gmachu, przenosząc tu, z parafii św. Mikołaja, elementarną szkołę miejską ze 130 chłopcami i 120 dziewczętami. Warunki nauki były jednak fatalne zarówno w gmachu, jak i na boisku - wąskim podwórku otoczonym ze wszystkich stron murami. We wrześniu 1890 r. przybyła do budynku jeszcze jedna "instytucja" - "Bazar Szkolny" Marii Gałczyńskiej. Był to sklep sprzedający podręczniki szkolne, książki dla dzieci, materiały piśmienne, przybory szkolne itp. Ale nie był to taki sobie zwykły sklep. Była to istotnie instytucja. Stanowił on bowiem ważny punkt w życiu kulturalnym miasta, gromadząc wokół właścicielki liczne grono kaliskich działaczy i społeczników. "Bazar" utrwalony został w Nocach i dniach Marii Dąbrowskiej, bo i sama autorka bywała tu często, jako że Maria Gałczyńska była jej ciotką.

      Na tle tego ówczesnego "giganta", inne domy na tej pierzei wypadają dość skromnie. Resztę, od Piekarskiej do Rzeźniczej, zdominowali Grecy. Domy pod numerami 19 i 20 w połowie ubiegłego wieku stanowiły własność wdowy Krystyny z Koźmińskich Argierowej. Pierwszy dom narożny był piętrowy i zlicytowano go. Drugi, dwupiętrowy zajął za długi znany już Jan Tschinkel. Dom między nimi położony, noszący nr 20, od 1782 r. stanowił kaplicę kaliskich Greków. Po przeniesieniu Kaplicy na pobliską Rzeźniczą budynek powtórnie przerobiono na dom czynszowy. Również budynek położony jako drugi od ulicy Rzeźniczej był kiedyś własnością handlarzy winami, także greckiej rodziny Peskary. Wspomniane tu cztery domy, z byłą kaplicą grecką włącznie, w 1847 r. stanowiły obok innych posesji masę spadkową po śmierci bogatego żydowskiego kupca Józefa Samuela Redlicha. W następnych latach pobudowano w tym miejscu okazały i ozdobny gmach Dyrekcji Szczegółowej Towarzystwa Kredytowego. Na samym rogu Rzeźniczej aż do czasów pierwszej wojny stał zupełnie nietypowy dla rynku mały, ale za to z wysokim dachem dom, pełen jakichś sklepików na parterze. Następna pierzeja, od ul. św. Stanisława do Wrocławskiej przeszła do historii rynku i miasta pod wcale niezabawną nazwą "Piekielnej". Zanim jednak wyjaśnimy jej źródłosłów, prześledźmy pokrótce losy stojących na niej budynków. Pierwszy dom po tej stronie również pośrednio należał do Greków, bo od połowy stulecia był własnością wdowy po niewątpliwym Greku Pachali. Po niej przejęli go Wilkanowiczowie. W 1879 r. mieszkający tu geometra przysięgły Ottomar Wolle sprzedawał po 4 ruble ("mogło być w ratach") wykonane przez siebie plany Kalisza z lat 1785 (odrys z Politalskiego), 1825 i 1879 - dziś niezastąpione źródło do poznania zabudowy miasta.

      Po sąsiedzku stał dom Stanisława Hirszla "doktora Medycyny i Akuszera, Starszego Lekarza P-tu Kaliskiego", który dwa razy w tygodniu darmowo udzielał porad "biednym na oczy cierpiącym". Mieścił się tu również "skład fruktów zagranicznych (...), wszelkich araków, tudzież handel korzeni i jedwabiu kręconego" - najpierw F. Roetala, później Roberta Wernera. Przez kilka lat była tu też apteka, o której będzie mowa dalej.

      Dom pod numerem 26, własność Szmeklów w 1812 r., mieścił "małą szynkownię z pokoikiem do przyjmowania gości" oraz "dużą szynkownię z 4 piwnicami". Potem był tu skład bawełny i lnu Dawida Lande - późniejszego przedsiębiorcy z Łodzi. Zaopatrywał on w surowiec kaliskich drobnych tkaczy i sukienników. W pierwszej połowie ubiegłego stulecia był tu także znany skład galanterii, strojów damskich i kapeluszy Anny Elżbiety z Hornów Freudenreich, a Anna Słucka dawała "lekcje tańców w najwyższym guście przyjętych w zabawach" tudzież zajmowała się "ułożeniem i wykształceniem nową metodą figór" (sic!). Dom stanowił własność Żyda Samuela Nelkena, który w 1842 r. ogłosił zamiar wyemigrowania do Prus. Był to zapewne jeden z tych bogatszych Żydów, którzy zjechali do Kalisza jeszcze w czasach pruskich i po "sezonowych" rządach zaborcy pruskiego .nie czuli się tu najlepiej.

      Sąsiedni dom opatrzony numerem 27 do 1828 r. był własnością Olszewskich. W czasach Księstwa Warszawskiego w ich sklepie odbywały się licytacje "towarów moskiewskich": kożuchów, kawioru, mydła, świec itp., traktowanych jako kontrabanda w okresie napoleońskiej blokady kontynentalnej. W 1833 r. dom od spadkobierców Olszewskich przeszedł za długi na własność kupca winnego Józefa Kachelskiego, który usiłował sprzedać go dalej. Wówczas okazało się; że pół parteru trzymał za długi wspomniany już Żyd Samuel Redlich, a resztę dzierżawili małżonkowie Jakub i Krystyna z Szulzów Lubijewscy. O panu Jakubie i jego interesach przyjdzie nam jeszcze wspomnieć mówiąc o teatrze. Wkrótce cały budynek stał się własnością wspomnianego już Żyda Redlicha. Godzi się jeszcze wymienić pana Maurycego Schindele prowadzącego w tym właśnie domu drukarnię, którą dopiero w 1845 r. przeniósł na Mariańską.

      I tak doszliśmy do domu, który zyskał sobie kiedyś fatalną opinię. Stał jako drugi od strony Wrocławskiej i w XIX w. nosił nr 28. W tym miejscu od niepamiętnych czasów stała apteka - chyba najstarsza w Kaliszu. Aptekarze dla prostego ludu stanowili wówczas coś pośredniego między lekarzami a czarownikami, nic przeto dziwnego, że ten i ów mijając aptekę "na wszelki wypadek" kreśli na piersiach znak krzyża. Nieufności tej nie zmienił nawet fakt przejęcia potem apteki przez jezuitów, nie podejrzanych wszak o kontakty z siłami nieczystymi.

      Zła passa kamienicy zaczęła się od 1609 r., stąd bowiem zaczął się pożar niszczący znaczną część miasta. Prawie sto lat później, dokładnie w 1704 r., w czasie wojny północnej, niedbały woźnica szwedzki zaprószył ogień w szopie, na kwaterze znajdującej się u wylotu Wrocławskiej. Rozprzestrzeniający się szybko pożar znalazł w składach aptecznych tyle łatwopalnego materiału, że mógł rozhulać się na całego. Wtedy to dom zyskał niepochlebną nazwę "Piekło", a dalsze lata miały tę opinię jeszcze ugruntować.

      Plac po spalonym do cna "Piekle" kupił niebiedny mieszczanin Andrzej Podhowicz i, nie przejmując się fatalną opinią, wystawił rychło nową kamienicę. Od niego z kolei odkupił ją kolejny aptekarz - Karol Kass. W 1792 r. pożar znalazł tu znowu doskonałą pożywkę i stąd właśnie, "Piekła", płomienie niesione wiatrem dotarły do sąsiednich dachów i pięknej wieży starego ratusza.

      Ale i tym razem "Piekło" odbudowano i nadal był to dom aptekarski, a firmę od 1806 r. prowadził syn Karola - Stanisław Kass. W 1843 r. Sprzedał ją przybyszowi z Warszawy - Aleksandrowi Spiessowi, który - być może na wszelki wypadek - przeniósł ją do domu, znajdującego się bliżej ulicy św. Stanisława, pod numerem 25. Apteka ta, później Hildebrandta i Bryndzy, zawędrowała, jak już mówiliśmy, na "Czynklówkę".

      Sam dom zwany "Piekłem" pozostawał w posiadaniu Kassów do 1837 r., później stanowił własność kupca Frenkla, a w początkach naszego wieku - Majznera. Jaki był udział "Piekła" w pożodze miasta w sierpniu 1914 r. - nie wiadomo, ale sam dom ogniowi się nie oparł. Po odbudowie, miejsce apteki zajęła kawiarnia. Przed ostatnią wojną i krótko po jej zakończeniu prowadzili ją Hertzowie. Znana była nie tylko z wybornej kawy, ale i z bilardu na piętrze. Następnie kawiarnię upaństwowiono, nadając jej pseudoludowy wystrój i nową nazwę "Dorotka", by w bliskich już nam czasach dokonać kolejnego przeobrażenia, tym razem w stylu secesyjnym. Mamy więc kawiarnię "Wiedeńską", choć w Kaliszu w ogóle trudno znaleźć jakieś ślady C. K. monarchii, w rynku w szczególności. Ślady po "Piekle", niestety, zatarły się dokumentnie, a prawdziwego "szatana" nawet w filiżance trudno dostrzec. Oj, czasy.

      Ostatnia kamienica na "piekielnej" stronie, na rogu Wrocławskiej, w połowie ubiegłego wieku należała do kamienicznika Wilhelma Eiselina. Od początku też, mimo zmian właścicieli i kilkakrotnych przebudowań, że względu na bardzo dogodny punkt pełna była sklepów różnych branż, i taki charakter nosi do dziś.

      Ostatnią już pierzeją na rynku, od dawnej Złotej do Kanonickiej z Piskorzewską w środku, można by nazwać "Redlichową". Mieliśmy już "Czynklówkę", "Piekielną", to możemy mieć "Redlichową". Na rogu Złotej, pod numerem 30, w czasach Księstwa Warszawskiego żył we własnej kamienicy żydowski kupiec, znany już nam, Józef Samuel Redlich. W kwietniu 1812 r. podczas przygotowań do wielkiej wojny, kiedy przez Kalisz zaczęły ciągnąć ku wschodowi różnojęzyczne oddziały armii napoleońskiej, bez zbytnich korowodów właściciela usunięto z domu, a na jego miejsce wprowadził się francuski komendant. Kiedy po wojnie miasto zajęli Rosjanie, kwaterę przeciwnika zajął natychmiast kozacki pułkownik. Nie pomogły skargi i zażalenia. Dom wrócił do właściciela dopiero po czterech latach, czyli w rok po kongresie wiedeńskim.

      Kamienica stała w doskonałym punkcie, nie narzekano więc na brak dobrych lokatorów. Sam właściciel prowadził tu handel win, a jeszcze w kilka lat po jego śmierci spadkobiercy hurtem wyprzedawali stare wina: węgierskie, francuskie, reńskie i szampańskie. Ale nie tylko wino zostawił stary Redlich swym sukcesorom. Mimo początkowych krzywd, miał widać tęgą głowę do interesów, bo w spadku zostawił nie jedną, o którą się nawojował, ale sześć dalszych kamienic w rynku, nie licząc innych dóbr.

      Sąsiedni dom, przy Piskorzewskiej, mieli w posiadaniu Czekayscy , znani z firmy "Habisz i Czekayski", która po wielkiej reklamie zrobiła głośną plajtę i dom też musiał iść pod młotek licytatora. W domu tym w 182l r. mieścił się skład szkła fabrykanta Karola Wolfa. W następnym domu mieszkał zegarmistrz Dawid Benitz, który w tym samym czasie ogłaszał, że wyrabia "zegary ścienne (...) bądź na 14 (?), bądź na 24 godziny, bądź na jeden tydzień, bądź na 4 tygodnie, bądź do budzenia...." W ostatnim domu, na rogu Piskorzewskiej miał skład papieru Rafał Sachs. Dom był własnością najpierw Flamma, potem przeszedł w posiadanie Redlichów, później Rybarskich, a w latach osiemdziesiątych Holtza. Na drugim rogu Piskorzewskiej mieszkał księgarz Juliusz Mittwoch, prowadzący od 1863 r. księgarnię na Wrocławskiej. W lecie 1883 r. sprzedał sklep na parterze (przeniesiony tu z Wrocławskiej), ale nadal w swym mieszkaniu na drugim piętrze prowadził "księgarnię nakładową-komisową i agenturę księgarską". Dom był wówczas własnością Perlego - ojca znanego w okresie międzywojennym żydowskiego hurtownika.

      Kolejny dom - znanej już nam Trotzowej - w początkach XIX w. mieścił cukiernię Golniewicza przeniesioną z przeciwnej strony rynku. Tuż obok, w domu pod numerem 37 znów mamy wino. Był to dom znanych kaliskich Greków - Molińskich. W 1821 r. dom został za długi zlicytowany, ale handel win nadal prowadził Leon Moliński. Trzy lata później firma ogłosiła upadłość, przy okazji wyprzedając leciwe trunki pochodzące jeszcze z piwnicy starego właściciela - Pawła Molińskiego. Pięć lat później interes Molińskich raz jeszcze wrócił na łamy prasy - tym razem przy okazji wyprzedaży starych gąsiorów, zawierających wystałe i ponoć znakomite octy winne. W kamienicy królowało kiedyś wino. Właściciele - Wichrzyccy w sąsiedniej - od końca XVIII w. prowadzili znany skład win, potem sklep z wyrobami tabacznymi, a następnie sprzedawali papier stemplowy i prowadzili kantor loterii. W 1874 r. Dionizy Wichrzycki sprzedał firmę, która jako skład wini towarów kolonialnych Jana Pieniążka była, jak to wyliczył "Kaliszanin",już siódmym wówczas składem win w rynku. Ostatni dom, na rogu Kanonickiej pod numerem 19., stanowiący własność Myszkiewiczów, wyłamał się z winnego monopolu. W 1843 r. Jerzy Sznejder otworzył w nim "skład wszelkich wędlin, jako to: szynek, ozorów wołowych i wieprzowych, faszerowanych głów wieprzowych, salami, kiełbas hamburskich, getyńskich, kapucyńskich i różnych innych kiełbas i kiszek".

      Tak więc obeszliśmy wspólnie dawny rynek dookoła. Pozostało nam jednak jeszcze kilka uwag, dotyczących już nie poszczególnych domów, ale jego jako całości. Z początkiem naszego stulecia zniknęło z rynku targowisko, związane z tym starym placem od jego powstania. Dokonał tego ówczesny prezydent Halpert, przenosząc je na plac św. Mikołaja (dziś: plac 1 Maja). Sam zaś rynek ozdobiono pięknymi lampami gazowymi, a pod odwachem otwarto wypożyczalnię koni wierzchowych na przejażdżki podmiejskie. Potem przed Bursą umieszczono postój omnibusów wożących stąd pasażerów do Łodzi.

      Z chwilą wybudowania nowego ratusza plac przed nim uprzątnięto i upiększono. Miały tu postój konne dorożki, potem nieliczne taksówki, jeszcze później - aż do naszych czasów, do lat sześćdziesiątych - większość linii komunikacji miejskiej. Ba, istniała tu od 1925 r. do wybuchu wojny pierwsza stacja benzynowa firmy "Vacuum Oil Company".

      Na szczęście, mimo kompletnego zniszczenia miasta i rynku w sierpniu 1914 r. późniejsza odbudowa, choć powolna, może służyć jako dobry przykład zachowania starego układu przestrzennego śródmieścia. Rynek otrzymał nowy ratusz; domy, choć nieco wyższe od oryginalnych, zyskały jednolite fasady; poza pierzeją między Piekarską i Rzeźniczą, gdzie na kilku dawnych placach powstał, bardzo nowoczesny - jak na ówczesne czasy - dom Apta, zachował się tradycyjny, od średniowiecza powtarzany układ urbanistyczny. Nadal wokół rynku skupiały się sklepy, także te tradycyjne z winami - Ziółkowskiego, Wyrębowskiego, "Central" (na rogu Łaziennej), przybywały także inne branże: magazyny bławatne, artykuły elektryczne, kawiarnie itp. A ruch w czasach nam najbliższych wcale nie zmalał.

      Wielkie zmiany nastąpiły tu w ostatnich już latach. Ratusz i stare domy pokryte zostały nową elewacją; przybyło kilka nowych i potrzebnych sklepów, jak chociażby "Desa" na rogu ulicy Rapackiego (dawna Mariańska); zamknięto ruch kołowy; plac wyłożono płytami chodnikowymi, zachowując jednocześnie na ciągach komunikacyjnych kostkę granitową; założono stylizowane lampy dodające co prawda temu miejscu uroku, lecz światła chyba zbyt mało. Jednym słowem, ostał się rynek w swej istocie głównym placem miasta, choć jednocześnie wiele stracił ze swego poprzedniego charakteru. Być może przyczyniły się do tego zmiany jego nazwy: po raz pierwszy, gdy w euforii odzyskania niepodległości nadano mu miano Placu 11 Listopada: po raz drugi, gdy okupant zmienił ją na Rathausplatz; po raz trzeci zaś, gdy po wyzwoleniu otrzymał nazwę Placu Bohaterów Stalingradu. Sama Maria Dąbrowska protestowała w swoim czasie przeciwko zmianie nazw ulic - Wiejskiej na Pułaskiego (nic przeciw temu ostatniemu, jako bohaterowi narodowemu nie mając), czy Wrocławskiej (używanej niemal od zarania dziejów miasta) na banalną Śródmiejską.

      Mają swój "Rynek" takie historyczne miasta, jak Poznań, Kraków, Gdańsk i wiele innych, a Kalisz, tak mocno tradycją stojący, nie zdołał go w swej nazwie zachować. Warto się nad tym zastanowić, szczególnie ojcom tego miasta i jego miłośnikom.

Między ratuszem a mostem Kamiennym

wpeF.jpg (18566 bytes)      Trudno dziś dociec, co w istocie było przyczyną zmian historycznych nazw ulic, placów, skwerów. Może zaważyły na tym jakieś szczególne względy, a może były to tylko nie do końca przemyślane czyjeś decyzje. Faktem jest, iż istniały w tym względzie dwie jakby tendencje: pierwsza polegała na całkowitym zniesieniu nazwy ulicy z planu miasta; druga - jedynie na przeniesieniu nazwy na inną ulicę, a w miejsce poprzedniej pojawiała się zupełnie inna. Tak było ze wspomnianą w poprzednim rozdziale ulicą Wrocławską.

      Dzisiejszą ulicę Wrocławską a historyczną dzieli odległość przeszło kilometra i kilkudziesięciominutowy spacer, poczynając od skraju miasta na wysokości dworca PKS, przez ulicę Górnośląską, Rogatkę i część ulicy Śródmiejskiej, a kończąc na moście Kamiennym. Między tym właśnie mostem a historycznym rynkiem rozciągała się od czasów najdawniejszych jedna z dwu najważniejszych ulic, świadcząca swą nazwą o odwiecznych powiązaniach Polski ze Śląskiem, nawet wtedy, gdy Wrocław znajdował się poza granicami kraju.

      Dostępu do miasta od tej strony w czasach średniowiecznych strzegła Brama Wrocławska, srodze ufortyfikowana, ze zwodzonym mostem. Po przebyciu jej wędrowiec znajdował się pomiędzy - im bliżej rynku tym gęściej ustawionymi - domami zamożnych mieszczan, ważniejszych mistrzów rzemieślniczych i obrotnych kupców.

      Długi czas przeważała na niej zabudowa drewniana. Nawet Albin Fontana, wielokrotnie już wspomniany Italczyk, budowniczy jezuickiego kolegium w Kaliszu, kiedy stał się obywatelem miasta, miał na Wrocławskiej dom także drewniany.

      Z biegiem lat przybywało jednak na niej domów murowanych. Ulica, do dziś ciasna, a niegdyś gęsto zabudowana domami z licznymi oficynami, stajniami, dobudówkami, drewniakami i inną lichotą na tyłach, łatwo i często padała pastwą pożarów. Niszczona - stale się odbudowywała. Lustracja z 1778 r., kiedy miasto dawno już miało za sobą okres rozkwitu, wymienia na niej tylko dwa puste place, w tym jeden sławnego Podbowicza, członka znanej i szeroko rozsiadłej w mieście familii. Kilka lat później liczyła Wrocławska 10 domów murowanych, 11 drewnianych i nadal dwa puste place. Tuż przed wielkim pożarem znajdowało się na niej 13 domów murowanych, nadal jednak aż 18 drewnianych, ale nie było już na niej tzw. "pustek". To właśnie na Wrocławskiej zaczął się ten straszliwy pożar. Przyczyną był nieopatrznie zostawiony w drewnianej stajni ogarek świecy, koło kamienicy Dymitrów, mającej na facjacie pięknie wymalowany obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Święty obraz nie ustrzegł przed nieszczęściem. Ogień przerzucił się na sąsiednią, narożną kamienicę Niewierskich, a stąd na rynek i drewnianą, zatłoczoną dzielnicę żydowską. Spłonął rynek i ratusz, w ruinie legło prawie całe miasto. Na Wrocławskiej ogień zniszczył 29 domów, ocalało tylko 10 w różnym stopniu uszkodzonych, w tym 4 stanowiące własność franciszkanów. Uważny czytelnik szybko spostrzeże, że liczba domów po pożarze jest większa niż w spisie sporządzonym przed klęską. Nie pierwsza to nieścisłość dawnej sprawozdawczości, której przyczyny trudno dociec. Być może policzono po pożarze także jakieś oficyny czy budynki stojące w głębi posesji. Jakkolwiek by jednak liczyć, w ruinie legło prawie 2/3 substancji mieszkaniowej.

      Potem przyszły czasy pruskie i wśród nazwisk osiadłych tu od lat mieszkańców, szczególnie rzemieślników, pojawiły się obco brzmiące. Ich liczba znacznie się powiększyła w okresie Królestwa Polskiego, kiedy sprowadzono licznych cudzoziemskich fachowców wszelkich rękodzieł dla tworzącego się przemysłu.

      Nim jednak nastało Królestwo, ulica przeżywała różne wzloty i upadki burzliwego okresu napoleońskiego. Widziała uroczyste wjazdy różnych gości: wodza naczelnego wojsk Księstwa księcia Józefa Poniatowskiego; generała Zajączka - dowódcę tworzonej Legii (czyli dywizji) kaliskiej i generała Fiszera - szefa jej sztabu; księcia warszawskiego i króla saskiego w jednej osobie - Fryderyka Augusta brata Napoleona a króla Westfalii Hieronima, dowódcę skrzydła Wielkiej Armii szykującej się do pochodu na Rosję, a z nim całą wielką i barwną świtę towarzyszących mu generałów i dostojników dworu francuskiego. Widziała też ulica odwrót jej żałosnych resztek i zobaczyła zwycięzcę - cara Aleksandra I, który w 1813 r. spotkał się w naszym mieście ze swym sprzymierzeńcem królem Prus.

      Więcej informacji o ulicy posiadamy z późniejszych czasów. Przed 1820 r. dom pod numerem 187 wraz z apteką był w posiadaniu Jana Henkiela, a w 1821 r. przejęła aptekę wdowa po Henkielu - Julianna i wydzierżawiła ją Janowi Rochlińskiernu z Warszawy. Po jej śmierci spadkobiercy odprzedali aptekę wraz z domem Bogumiłowi Jenszowi, poprzednio aptekarzowi z Jarocina. W 1871 r. choć stary Jensz jeszcze żył, aptekę prowadzili jego synowie Julian i Adolf. Potem posiadał ją Rygier, a od 1888 r. Stanisław Wołoszyński, choć apteka nadal uparcie nazywana była "apteką Jenszów". Przed pierwszą wojną światową apteka, już H. Makarczyńskiego i M. Sydora, znacznie poszerzyła asortyment, głównie o "środki techniczne". W pierwszej ćwierci ubiegłego wieku, w wynajętym na ten cel prywatnym domu, mieścił się na ulicy Wrocławskiej Urząd Konsumpcyjny. Kupiec starozakonny Abraham Nelken reklamował posiadane na składzie doskonałe cytryny po “60 groszy sztuka”, namawiając usilnie do zakupu od razu większej ilości. Sprzedawali na licytacji “kamienicę z zabudowaniami zatylnymi”. spadkobiercy Salikowiczów , żądając za nią 19.033 złotych i pół grosza. Ogłaszał się też nowo osiadły złotnik i jubiler Johan Schingele, który sprzedawał swe wyroby w dużym wyborze, ale i przyjmował “różne obstalunki, które w gustownym i modnyrn kształcie odrabiać” deklarował. W 1823 r. pani Józefa Bobrowa, mieszkająca “w miejscu przyzwoitym, w domu Pana Sidorowskiego” ogłaszała, że przyjmują na stancję “oficjalistów lub Studentów, za mierną cenę pieniężną”. Dwadzieścia lat później, za zgodą władz szkolnych Henryk de Deybel (mieszkający w domu siodlarza Kaja) otworzył “instytut prywatny naukowy płci męskiej” przygotowujący uczniów “chcących się dostać do Gimnazjum lub Szkoły Obwodowej”. “Majster Professyi Szewskiej Józef Fitterer” przeniósł się tu z Warszawskiej i ogłaszał swe usługi “różnej wybornej roboty Męskiej”. Żyd Dinte reklamował się jako introligator, a Ludwika Jonas jako akuszerka.

      W latach czterdziestych w domu pani Ejzelin reklamował się Teodor Willnow z Berlina jako ”Malarz Portretowy i Daguerotypista, robiąc wszelkie portrety nadzwyczaj podobne rnetodą pana Daguera uzupełniane własnym kunsztem”. W tym samym roku, w domu pod numerem 174 Wolf Saks “optykus”, zajmował się szlifowaniem wszelkich szkieł optycznych. jak: “okulary, monokle, lorynetki, mikroskopy, peryskopy itp.”. Pan T. Vollert,

      "Rękawicznik i Bandarzysta”, oferował przedmioty od “passów dla Rypturzystów” do "innych rzeczy do wygody służących, jak poduszki, spodnie i rękawiczki jelonkowe, a także długie i krótkie rękawiczki wyglansowane do nadchodzącego karnawału”. Listę tych ogłoszeń z ubiegłego wieku zamyka "Dzwonolej Mosiężnik W. Richter", który za umiarkowaną cenę oferował na sprzedaż bogaty wybór różnych “dzwonów kościelnych, zegarowych i dzwonków dźwięcznie nastrojonych, jak również sikawek ogniowych i ogrodowych paryskich patentowanych - sztuka po rb. 4”.

      Znacznie więcej informacji, dzięki "Kaliszaninowi", pochodzi z ostatnich trzydziestu lat minionego stulecia. Wiemy więc, że w 1871 r., obok księgarni Juliusza Mittwocha (działającej od 1863 r., znanej z fortepianu, na którym kupujący nuty mógł sobie przegrać), otworzono na Wrocławskiej drugą księgarnię Jakuba Fingerhutha. Firma Fingerhuth była w Kaliszu dobrze znana. Istniała 0d 1859 r. jako zakład. fotograficzny i sklep galanterii, prowadzona we własnym domu przez S. Fingerhutha, zmarłego w 1874 r. Spadek po nim przejął syn księgarza. “Tata” Fingerhuth, mający zakład w rynku, przeniósł go w 1871 r. na Wrocławską, gdzie wybudował specjalną "altanę" do zdjęć, ulepszył laboratorium, pozwalające tu wykonać zdjęcia na porcelanie i szkle. W tym samym roku Jakub Fingerhuth - syn, otworzył koło mostu Kamiennego czwartą w mieście księgarnię - po Hurtigu i Grabowskim na Toruńskiej i Mittwochu na tej ulicy Księgarnia miała czytelnię polską i niemiecką, prowadziła prenumeratę pism krajowych i zagranicznych, sprzedawała materiały piśmienne oraz prowadziła “ekspedycję gazet, sprzedaż tytoniu i cygar, herbaty i galanterii”. Firma ta występowała jako spółka “Fingerhuth i Lubelski” , a od jesieni 1879 r. już jako “J Lubelski.”

      W 1871 r. otwarto przy Wrocławskiej pierwszą na niej cukiernię K. Hildebrandta. Firma była stara, działała najpierw w rynku, gdzie ustąpiła miejsca składowi win A. Heinsa, później przeniosła się na Łazienną do domu Blocha. Karol Hildebranat prowadził firmę przez 11 lat i w 1882 r. sprzedał cukiernię K. Frankemu, który lokal wyrestaurował i znacznie powiększył. Obok tak poważnych firm były na tej ulicy i mniej poważne "przedsiębiorstwa”, jak ganiona w “Kaliszaninie” tzw. “loteria bez przegranej”, gdzie przy kapeli złożonej z trzech Żydów, w brudnej izbie i tłoku wszelka biedota, żołnierze i uczniowie naciągani byli w głupi a bezwzględny sposób. Gazeta żądała usunięcia tego procederu.

      Ulica tętniła życiem. Pan F. Arndt polecał mieszkańcom znakomite piwo z kaliskiego browaru Weigta. W domu pana (pani?) Gross zamieszkały tam “pieczętarz” L. Skórnik zachwalał swe wyroby. Z kolei w domu cukiernika Hildebrandta bracia Król, muzycy dobrze znani w Kaliszu i jego okolicy tak oto ogłaszali swe umiejętności: “Nasz komplet tak pod względem muzycznego uzdolnienia, jak i odpowiedniej liczby osób, znany jest Szan. Publiczności i z chlubą to wyznajemy zaszczycany Jej względami”. Zespół grywał w cukierni parkowej i na licznych zabawach i balach w mieście.

      Cały ten barwny i ruchliwy, bardzo różnorodny i żywy świat ulicy Wrocławskiej w sierpniu 1914 r. legł w gruzach. Nie ostał się na niej ani jeden cały dom. Odbudowa zaś przychodziła z ogromnym trudem, choć wbrew pozorom postępowała stosunkowo szybko. Wśród ruin zawalających ulicę i usuwanych intensywnie przez “roboty miejskie”, od 1916 r. powstawały pierwsze domy, a w nich reklamowały się nowe już firmy. W 1920 r. rozpoczął pracę zakład fotograficzny "Czary", prowadzony przez “uzdolnionego fotografistę” z Warszawy. Rok później ogłaszała się już, znana przez cały okres międzywojenny, firma A. Ulrycha, oferująca swym starym i wypróbowanym klientom doskonałe wina, wódki, koniaki, delikatesy i towary kolonialne. Na rogu ulicy św. Stanisława usadowiła się także znana firma “Radio” T. Malanowskiego, polecająca wielki wybór radioodbiorników, głośników, akumulatorów - słowem najmodniejszego wówczas sprzętu radiowego.

      Na Wrocławskiej mieściła się także w okresie międzywojennym firma “Cecylia”, sprzedająca stroje gimnastyczne, "koszulki futbolowe", mundury harcerskie i gumowe płaszcze, wówczas arcymodne.

      I znów wszystko się skończyło w 1939 r. Zniknęły żydowskie firmy, wysiedlono i wydziedziczono Polaków, a ulica przybrała charakter "Nur für Deutsche".

      Po wyzwoleniu nie powróciła już do swego dawnego charakteru, choć w dalszym ciągu była ona częścią starego kaliskiego deptaka, czyli trasy Ratusz-Rogatka.(...) Zmianą, która istotnie wyszła ulicy na dobre było wyeliminowanie niemal całkowicie ruchu kołowego. Dziś ulica przyciąga bibliofilów i czytelników do dwóch księgarń - Literackiej, prowadzonej od lat przez panią Halinę Biesiadę, oraz Naukowo-Technicznej, kierowanej przez jeszcze bardziej znaną panią Barbarę Majchrzak. Przychodzą na ulicę także filateliści zaopatrujący się w swoim sklepie w najnowsze znaczki. (...)

Trąbka pocztyliona

wpeE      Nie zachowała swej dawnej atmosfery także i druga pod względem ważności ulica - Toruńska. I ona utraciła swą tradycyjną nazwę: początkowo przemianowano ją na Warszawską, następnie na Pocztową, a obecnie na imię generała Świerczewskiego. Jej trakt wyznaczały dwa punkty: z jednej strony ratusz, z drugiej - brama Toruńska. Pełniła w mieście ważną rolę i od lat cieszyła się ogromnym wzięciem w kołach kupiectwa i bogatego rzemiosła. Dodatkowym jej atutem były budowane na pobliskiej Grodzkiej zajazdy oraz niedaleko stojący zamek. Wokół zamku powstało całe skupisko dworków prawników i okolicznej szlachty, co również dodawało Toruńskiej splendoru.

       Z XVIII-wiecznych inwentarzy mieszczańskich wiemy, jak wyglądała wówczas jej zabudowa. Dom na rogu Poprzecznej, przez pewien czas zwanej Kanoniczną, czyli dzisiejszej Chodyńskiego, tu gdzie dziś restauracja "Pięterko", należał do Błażeja Wąsowicza. Był to parterowy, w pruski mur budowany domek z oknami na Toruńską i Poprzeczną, z wejściem od tej pierwszej. Parkan od Poprzecznej odgradzał posesję od stajni Greka Baranowskiego. Przy tej też ulicy stała oficyna z piwnicą i "kramnicą", albo inaczej lepszym straganem. Na podwórzu rosła śliwa i włoski orzech, a w kuchni mieszkał i pracował jakiś kotlarz.

      Dom położony bliżej bramy Toruńskiej, należący do handlarza wołów i świń, Sebastiana Góreckiego, przypominał raczej tradycyjne XIX-wieczne chłopskie chałupy. Był parterowy, drewniany i składał się z sieni, wielkiej izby i alkierza. Otaczał go częściowo brukowany dziedziniec z trzema drewnianymi stajniami. Lepiej prezentował się domek Michała Zbytniewskiego - piekarza, dodatkowo "palącego wódkę". Parterowy domek, zwrócony frontem ku wylotowi Grodzkiej, leżał widać w dobrym punkcie, bo graniczył z posesją rajcy Kazimierza Rysińskiego i "landzwójta" Mateusza Czemplewicza. Domek ten miał już "prawie piętro", bo jedna izba była "w dachu od przodu". W domu był "garniec murowny" i dwie dębowe kłody do zacieru, na podwórzu chlewik dla krów i rozwalony chlewik dla wieprzy. Ulica była wówczas gęsto zabudowana: w czasie lustracji w 1778 r. naliczono na niej tylko 7 pustych placów i to głównie na starościńskim gruncie, koło zamku. Osiem lat później wyliczono na niej 4 domy murowane, 32 drewniane i 3 puste, a w roku wielkiego pożaru, liczyła już 10 kamienic i 22 drewniane domy. Po pożarze ocalały tylko dwa domy i to uszkodzone. W czasach pruskich szybko się odbudowała. W okresie Księstwa Warszawskiego, w domu Mikłaszewskiej blisko Rynku, kwaterował sam generał Fiszer, towarzyszący księciu Poniatowskiemu podczas wizyty w mieście. W tym samym czasie zamieszkiwali ją dwaj patroni Trybunału - Antoni Bogdański i Franciszek Herra.

      W czasach Królestwa Polskiego ulica wyraźnie się ożywiła, a przyczynił się do tego rozwijający się od niedawna przemysł, lokalizowany na pobliskim Piskorzewiu i przedmieściu Toruńskim. Dudniły po niej koła ciężkich frachtowych wozów przewożących przez kilka lat (dopóki nie przerzucono mostu Trybunalskiego) sukno z fabryki Repphana do folusza w Alei i z powrotem. A kiedy w latach dwudziestych ubiegłego wieku zbudowano trakt warszawski, na ulicy od niego tak dotąd nazywanej, wzniesiono - istniejący do dziś w tym miejscu - "dom pocztowy".

       Kolejną zmianę przyniosło wybudowanie w sąsiedztwie Szkoły Wojewódzkiej. W 1821 r. reklamowali swój sklep "najmodniejszych towarów łokciowych i galanteryjnych" bracia Weise, a dwaj krawcy - A. Drozdowski i J. Popp szyli mundurki szkolne z repphanowskiego sukna.

       Posiadały tu wówczas swe domy rodziny: Pachali, Kretschmerów, Kowalewskich, Wieczerskich, Elblów, Rzewuskich, Rafałowiczów. Mieszkał tu także cukiernik Fryderyk Mentzel, ten sam, który wraz z Repphanem usiłował przeprowadzić w mieście niemiecki "pucz" tuż przed upadkiem powstania listopadowego.

Ze starych ogłoszeń wiemy, że pracował tu dentysta z Warszawy (tylko przejazdem) Julian Assur; mieszkał rejent Główczyński, a także rodowity Francuz - Józef Bertrandt, który prowadził stancje dla młodzieży z nauką francuskiego włącznie; praktykował Antoni Skirniewicz ("Med. Chir. Licentiant") - były lekarz wojskowy. Sprzedawał swe wyroby bawełniane kaliski fabrykant przybyły tu z Liberca w Czechach - Franciszek Krauze, a kupiec Rzewuski oferował świetną herbatę chińską, świece stołowe i "zawsze świeży kawior". Ten sam Rzewuski był "starszym kupiectwa" i przyjmował kandydatów na sprzedawców (co najmniej 14 lat i umiejętności czytania, pisania i rachowania). Usługi swe oferował fryzjer Bernhardt i majster murarski Fryderyk Otto; reklamowała się "Fabryka Piór i Magazyn Strojów Damskich" ("także pióra wojskowe") Eufrozyny Wichińskiej i Jan Leopold Wiese, który od 1828 r. prowadził handel wszelkich win. W 1834 r. w domu Macińskiego, otworzyła "szkołę wyższą płci żeńskiej" pani Maria Wohlemuth, przybyła z Piotrkowa.

      Przemysł reprezentowany był, obok wspomnianego już Krauzego, przez Filipa Schnerra, który w 1824 r. założył tu skład przędzy bawełnianej, rozprowadzanej do małych zakładów rękodzielniczych. Rok później przypominał już swym dłużnikom o terminie przypadających spłat za pobrany towar, a przy okazji niejako informował, że handluje też suknem zagranicznym. Miała też ulica wielu znanych księgarzy. W 1828 r. pani Borodziczowa sprowadziła prenumeratorom "Zbiór Pisarzów Polskich", "Themis Polską", "Rozrywki i Podróże Szirmy". W tym samym jednakże roku "zmuszona okolicznościami" wyjechała z Kalisza, wyprzedając swe zbiory i sprzęt księgarni. Puste miejsce zajął w 1841 r. H. Hirszel. Jego księgarnia oferowała "literaturę polską francuską, niemiecką, a także książki do nabożeństwa, duchowe, szkolne, historyczne, jeograficzne, statystyczne i prawnicze, słowniki, atlasy i mapy, pisma periodyczne". Przy księgarni znajdowała się czytelnia francuska i polska (500 tomów), skład materiałów piśmiennych, a właściciel otworzył też niebawem zakład litograficzny.

      Zakład Hirszla wypełnił inną jeszcze bolesną lukę, jaką właśnie miasto odczuwało. Otóż działający tu od końca lat dwudziestych księgarz i litograf Tomasz Jan Jänisch (pisany też jako Jaenisch lub wręcz z polska Janisz) ogłosił upadłość. Jänisch miał tu swój dom pod numerem 47 i bardzo znaną firmę, szczególnie zasłużoną w propagowaniu literatury w okresie powstania listopadowego. W jego zakładzie ukazał się pięknie wydany "Marsz wchodzących Kosynierów Gminy Mayków do Miasta Kalisza w dniu 8-go Grudnia 1830 r." ofiarowany "Walecznej Młodzi Polskiej Szkoły Podchorążych" z nutami na "Piano Forte", a także ozdobiony orłem narodowym kalendarz ścienny (egzemplarz w kaliskim muzeum). Jänisch opuścił miasto cichcem, jego księgarnię i zakład litograficzny zabezpieczono na poczet długów, a kuratorami majątku zostali: Antoni Glatz - "Mecenas Sądu Najwyższej Istancji" i Fryderyk Ehm - aptekarz z Kalisza, sąsiad z tej samej ulicy. Z listu gończego z 1843 r. wynika, że Jänisch poza długami, był również za "pobyt w pasie granicznym bez legitymacji" ścigany. Treść tego listu gończego wydaje się nam obecnie o tyle dziwna, że dotyczy w sumie błahej sprawy, tym bardziej, że poszukiwanym był, jakkolwiek byśmy na to patrzyli, były właściciel domu. Być może jednak carskim urzędnikom bardziej chodziło o to, że Jänisch mocno wypowiadał się za polską sprawę i mieli okazję do rewanżu.

      A w domu po zlicytowanym uciekinierze nowy właściciel Henryk Hurtig otworzył w 1846 r.... nową księgarnię. Hurtig sprzedawał tradycyjne artykuły - książki, materiały piśmienne nuty - ale prowadził też "Kantor Spedycyjny Gazet i Pism periodycznych" , oferując abonentom wszelkie pisma krajowe i zagraniczne "po cenie prenumeracyjnej". Wzorem innych księgarni, sprzedawał również herbatę, wodę mineralną, a także wyroby metalowe, a nawet fortepiany. Zakład i mieszkanie prywatne H. Hurtiga było miejscem ożywionych spotkań tutejszego świata literackiego i intelektualnego. Po śmierci Hurtiga w 1873 r., krótko i już nie z takim rozmachem, prowadził tu księgarnię Alfons Hurtig, ale po roku dom został sprzedany na licytacji. Nowy właściciel - Bloch zmienił całkowicie wnętrze, przerabiając byłą księgarnię na sklep i restaurację. Na piętrze zaś dobudował balkon. Nie pierwszą to zresztą księgarnię w Kaliszu spotkał taki los.

      Po tej samej stronie ulicy znajdowała się inna księgarnia prowadzona przez Grabowskich. Jej założycielem w 1856 r. był Jan Grabowski wywodzący się z kaliskich Greków. W 1873 r. przeszła na własność Michała Grabowskiego, a nieco później znana była pod firmą "Braci Grabowskich", aby w 1879 r. przejść na własność Katarzyny Grabowskiej. Księgarnia Grabowskich sporadycznie bywała też antykwariatem. Można tu było czasem kupić jakiś obraz, złote monety, pamiątkowe medale. Wróćmy jeszcze na chwilę do domu Janischa. Mieszkał w nim także magister farmacji Fryderyk Ehm, legitymujący się dyplomem Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Ożeniony z córką właściciela apteki panną Sachs, przejął po śmierci teścia w 1821 r. aptekę i prowadził ją szereg lat. W tym samym domu mieszkał także Józef Glotz oraz lekarz Adam Helbich. Ten ostatni zapisał się w pamięci kaliszan jako ten, który sprowadził do miasta Kazimierza Asnyka - ojca przyszłego poety. Helbichowie i Asnykowie, od lat zaprzyjaźnieni, mieszkali po sąsiedzku i w tym właśnie domu przyszedł na świat Adam Asnyk, co upamiętnia dzisiaj odpowiednia tablica. 0 poecie wiemy wiele, o ojcu zaś jedynie tyle, że chwytał się różnych zawodów. W 1837 r. był w Kaliszu "dystrybutorem tabacznym", któremu podlegało 10 "poddystrybutorów" Żydów z jednym Polakiem na okrasę.Po zmarłym w 1852 r. Fryderyku Ehmie aptekę z właścicielką przejął Emil Lesser. Po nim prowadził aptekę (kroniki milczą niestety na temat właścicielki) niejaki Kalusz, a w końcu ubiegłego wieku Olechowski. Ale kaliszanie nadal nazywali tę aptekę - "apteką Lessera".

       Syn starego aptekarza Ehma - Władysław , na dachu domu poustawiał różne przyrządy meteorologiczne, dzięki którym prognozował pogodę na następny dzień. Wyniki swych obserwacji podawał do publicznej wiadomości w witrynie pobliskiego zakładu zegarmistrzowskiego - Fuldego.

       Zakład Fuldego stał się bohaterem wydarzenia, które wstrząsnęło ulicą i prawie całym miastem. Oto w r. 1869 dokonano tu wielkiej kradzieży - łupem włamywaczy, zatrzymanych aż w Hamburgu, padło 108 zegarków, 4 tuziny złotych kluczyków, 50 rubli gotówki i różne inne precjoza na łączną sumę 4 tysięcy rubli.

       Druga apteka na Warszawskiej, leżąca bliżej dzisiejszego placu Kilińskiego, miała również starą metrykę. Założył ją w 1820 r. Walenty Langowski i prowadził do 1861 r., kiedy to, sam już zbyt stary, wydzierżawił zakład Stanisławowi Thuguttowi. Po roku Thugutt wyjechał do Warszawy, a stary Langowski sprzedał ją A. Rzączyńskiemu, który w latach siedemdziesiątych zasłynął w mieście z wyrobu wody sodowej i wód mineralnych sprzedawanych w parku, w cukierni Gesnera. Potem aptekę tę kupił Feliks Prusinowski.

      W drugiej połowie XIX w. ulica nabierała coraz bardziej wielkomiejskiego szyku. W 1871 r. rozebrano na niej ostatni parterowy w pruski mur budowany domek, liczący około stu lat, ongiś własność piekarza Faltza, a w chwili sprzedaży szewca Wiesiołowskiego. Domek kupiła Henrietta Kohn po to, aby go rozebrać i na jego miejscu postawić przyzwoitą kamienicę. Bardzo znany był inny dom Kohnów, na rogu Poprzeczno-Warszawskiej, od strony placu św. Józefa. W 1872 r. przeniósł tu z rynku znany handel win Zygmunt Wartski, urządzając na parterze piękną restaurację - winiarnię. Tu działała też Pralnia Wiedeńska Heleny Filipowskiej, która ogłaszała, że "żadnych wcale chemicznych środków nie zna i nie używa, lecz używa rąk doskonale wyuczonych", co oczywiście powodowało wzrost ceny usługi. Tu także była pracownia krawiecka Jana Alwingera, na pierwszym piętrze zaś przyjmował pacjentów doktor Franciszek Czajczyński. Pierwszy na stałe osiadły w mieście dentysta - Bronisław Dreżewski mieszkał i przyjmował w domu Ehma.

         Nadal upodobali sobie ulicę księgarze. Na krótko, około 1880 r., chyba po wycofaniu się ze spółki z Lubelskirn, miał tu księgarnię znany nam z ulicy Wrocławskiej Jakub Fingerhuth. Pod numerem 64, w siódmym dziesięcioleciu miał księgarnię Napoleon Wartski wielce dla miasta zasłużony, bowiem on to własnym nakładem wydał znakomite calisiana - Dawne ustawy m. Kalisza. Dzieje kościoła i klasztoru OO. Reformatów Adama Chodyńskiego. Trochę później przeniósł na Warszawską swą drukarnię, litografię i księgarnię znany kaliski społecznik Bronisław Szczepankiewicz. Ten założyciel i prezes Towarzystwa Muzycznego, inicjator i opiekun Szkoły Handlowej, w czasie walk o polską szkołę organizator sprzedaży polskich podręczników, również w swej księgarni nie tylko książką handlował. Szczepankiewicz przejął pozostałości po księgarni Wartskiego, wzbogacił zbiór książek i ich asortyment, prowadził skład nut i materiałów piśmiennych, dewocjonalia, przedstawicielstwo Towarzystwa Ubezpieczeniowego "Rossija" i sprzedaż instrumentów muzycznych. W jego księgarni rozprowadzano też bilety na wszelkie przedstawienia amatorskie i bale dobroczynne, zaproszenia koncerty itp. Była to kolejna, nieformalna, placówka kulturalna w ówczesnym Kaliszu. W 1911 r. pan Bronisław, już w podeszłym wieku, przekazał księgarnię córce Felicji Lubinowskiej. Ta zasłużona księgarnia spłonęła sierpniu 1914 r. Warto tu jeszcze odnotować, że była ona znana z propagowania wszelkich nowinek technicznych, jak choćby reklamowanego w 1913 r. "największego, najnowszego wynalazku współczesnego - "KOK" Salonowego Kinematografu, działającego za pomocą samowyzwalającej się elektryczności", a także "Pathefonów" i "orkiestrjonów".

      Zawodowo muzyką zajmował się zamieszkały na Warszawskiej Feliks Krzyżanowski. Najpierw, w 1871 r., bezskutecznie usiłował prowadzić w domu, na wprost poczty, szkołę muzyczną, aż przeniósł się na Łazienną, gdzie również nie znalazł kandydatów. Dziesięć lat później pan Feliks wrócił na Warszawską i na rogu Kanonickiej, w domu gdzie Brachfeld miał znany sklep cementu, maszyn Singera i narzędzi rolniczych, na piętrze udzielał lekcji gry na fortepianie i prowadził stancję dla uczniów. Obok stancji Krzyżanowskiego działały jeszcze dwie szkoły: pensja pani Więckowskiej i męska szkoła przygotowawcza Idzikowskiego.

       W latach osiemdziesiątych rząd kupił stary klasycystyczny dom z kolumnami, zwany "Między Nogi", stanowiący wówczas własność Nergera. Dom rozebrano, a na jego miejsce pobudowano potężną cerkiew – sobór św. Piotra i Pawła. Stała ona na rozwidleniu między ówczesną Warszawską a placem św. Józefa, gdzie dziś Dom Towarowy. To sąsiedztwo nadawało ulicy, a przynajmniej jej części w pobliżu cerkwi, trochę niepolskiego charakteru, a o to przecież rządzącym w Priwislanskim Kraju chodziło.

      Obok cerkwi, w sklepie J. Lubelskiego można było kupić wszystko - od albumów fotograficznych, poprzez lampy i kandelabry, aż po "szkatułki samogrające z bębnami, dzwonkami i kastaniecikami". Ten sam sklep oferował także inne nowości: mydło w kartkach (tak, tak - w kartkach, a nie na kartki) i "talerzyk do trucia much". Kolejny, bo już trzeci na ulicy pan Wartski, o inicjałach J.M. prowadził skład towarów galanteryjnych, norymberskich i zabawek dziecinnych. W. Galanternik oferował kapelusze i filcowe bambosze, a Ludwik Porto buty najnowszych wiedeńskich fasonów.

       Był tu znany zakład zegarmistrzowski S. Neugebauera, później T. Bibersteina. Mimo szumnych reklam szybko zrobił plajtę skład towarów żelaznych i stołowych E. Berhemana, natomiast dobrze się miał skład wszelkich lamp Jana Małeckiego, być może dlatego, że właściciel lampy sprzedawał, naprawiał, ale także... wypożyczał odpłatnie na różne uroczystości publiczne i prywatne.

        Na Warszawskiej działały też aż trzy dzielne emancypantki: Franciszka Brudnicka, żona urzędnika Trybunału, prowadziła pralnię kapeluszy ryżowych i modnych ozdobnych piór; Maria Moniuszko - zakład obuwia damskiego; a nieznana z nazwiska pani Teodora B. ("na wprost poczty") prowadziła w 1896 r. jeden z pierwszych w mieście sklepów z rowerami i przyborami “welocypedowymi” .0d początku lat siedemdziesiątych na rogu Grodzkiej znajdowała się znana cukiernia Fibigierów, najpierw Karola, od 1882 r. jego brata Rudolfa. Cukiernia poza kawą i ciastkami posiadała też bilard i czytelnię czasopism. W niej to tradycyjnie zbierali się panowie, żeby pogawędzić o polityce, ale słynęła ona także z oświetlenia. Był to ponoć najlepiej oświetlony lokal w Kaliszu, a właściciel dziennie płacił po 2 ruble za gaz. W 1896 r. pan Rudolf sprowadził także pierwszy w mieście "Polifon", czyli rodzaj dzisiejszej grającej szafy. Zamiłowanie do muzyki chwalebne, ale ponieważ pan Rudolf był bratem Arnolda Fibigiera, tego od kaliskich fortepianów, może była to swoista forma rodzinnej konkurencji.

      Początek stulecia zaczynał się wielkimi wydarzeniami. Rok 1905 przyniósł wrzenie rewolucyjne i narodowe. To z Grodzkiej ruszył pochód strajkujących gimnazjalistów. Tędy też, po przyłączeniu się dziewcząt ze szkoły z dzisiejszego placu Kilińskiego, przewędrował tłum młodych demonstrantów przez Rynek, Wrocławską do Nowoogrodowskiej (dziś Kościuszki). Próby rozbicia pochodu w tej fazie nie dały rezultatu. Dopiero powracający na Warszawską coraz większy i bardziej rozgorączkowany tłum dopadli od strony cerkwi osławieni dragoni aleksandryjskiego pułku. Płazowany szablami i roztrącany bez pardonu rosłymi dragońskimi końmi pochód młodzieży szkolnej został rozpędzony.

      W tym burzliwym roku stała się Warszawska swoistym centrum życia narodowego. W sklepie ,,Bonbons de Varsovie'' przyjmowano zapisy do Narodowego Związku Kobiet, a w domu Lesserowej w 1906 r. mieściła się redakcja i administracja "Kaliszanina" - organu narodowego Ziemi Kaliskiej, wydawanego przez Stanisława Bibińskiego.

      Cztery lata później wydarzenie na Warszawskiej - innego już formatu i charakteru - zbulwersowało miasto. W lombardzie Czarnożyła i Płockiego dokonano kradzieży w najlepszym stylu. Sprawcy wyłamali ścianę w pierwszym pomieszczeniu, fachowo wybili dziurę do drugiego, “zoperowali” zamek pomieszczenia ze skarbcem, przecięli palnikami kasę ogniotrwałą, aby zdobyć... 30 rubli! Ale w lombardzie były przecież "fanty" - przedmioty zastawiane pod pożyczaną gotówkę. Ich kradzież przyniosła złodziejom ponad 10 tysięcy rubli. Władze, mając niewielkie zaufanie do właścicieli lombardu, prawie natychmiast ich aresztowały, podejrzewając o sfingowanie kradzieży. Urząd policmajstra oblegały tłumy żądające wypłacenia sum równoważnych z przepadłymi w lombardzie przedmiotami zastawnymi. Śledztwo uwolniło właścicieli od podejrzeń. Uwolnieni zaś właściciele wyznaczyli tysiąc rubli nagrody za wskazanie sprawców kradzieży i dodatkowe dwa tysiące za odzyskanie skradzionych "fantów". Nie wiemy, jakie były dalsze losy tej sprawy. Lombard został jednak definitywnie zamknięty.

       Po tragicznym zbombardowaniu i spaleniu miasta w 1914 r. na ulicy Warszawskiej pozostały tylko dwa domy - na rogu Grodzkiej i po drugiej stronie ulicy, na wprost poczty. Według przekazów świadków tamtych wydarzeń, dom ten stanowił własność Niemca, którego syn służył w armii pruskiej. Byłby to więc nieodparty dowód, iż miasto zostało zniszczone planowo i celowo.

      Po odbudowie ulica zachowała swój handlowy charakter. W 1923 r. pojawił się tu pierwszy w mieście "chrześcijański" skład gotowych ubrań "T. Dzierżawski i S-ka". Tradycje cukiernicze Fibigierów podtrzymywała firma “Szaube i Kozłowski”, szyku zadawala świetna firma kuśnierska Wiktora Bussoniego, przybyła restauracja “0bywatelska” (“restauracja-kawiarnia-dancing!”), a “Damski Raj” M. Kleina zapewniał wszelkie stroje na bale i maskarady. Z poważnych instytucji wymieńmy jeszcze: Biuro Melioracyjno - Pomiarowe i Budowlane “W. Łada i S-ka”, a także pierwszą siedzibę Kasy Chorych założoną w 1923 r. 0d tamtego czasu niewiele się tu zmieniło, choć z dawnej gwarnej, pełnej ruchu i urozmaicenia, handlowej ulicy pozostało jedynie wspomnienie. Nawet wybudowanie w latach pięćdziesiątych na miejscu spalonej podczas pierwszej wojny światowej cerkwi, Domu Towarowego nie wprowadziło jakiegoś ożywczego ducha. Brak na niej przede wszystkim tego, czym zasłynęła w zeszłym stuleciu - księgarni. Nie zdołały utrzymać dawnej atmosferami co rusz przerabiane sklepy, ani “wesołość” płynąca z “Pięterka”, ani nawet główna poczta - budynek świeżo odnowiony i unowocześniony. Nie słychać na niej już odbijającego się o mury budynków stukotu końskich podkówek, bo i ruch kołowy na niej wstrzymano. Tylko gdzieś tam, wśród kominów, jak dalekie echo powraca melodia trąbki pocztyliona.

O ,,Drezdeńskim'' i innych, czyli coś dla ciała...

str84.jpg (65189 bytes)      Przeniesienie w XVII w budynku poczty z ulicy Mariańskiej na główny trakt miasta, tuż przy Bramie Toruńskiej podyktowane było zapewne między innymi wygodą pasażerów. Stąd właśnie z miejsca postoju dyliżansów powszechnego przez lata środka lokomocji po kraju i świecie - mieli oni do najbliższego miejsca odpoczynku po niełatwej - co tu mówić - podróży przysłowiowych kilka kroków. Jeśli bowiem nie zatrzymywali się u rodziny czy znajomych, korzystać musieli z zajazdów, licznie usytuowanych przy ulicy Przygrodzkiej (Grodzkiej). To właśnie dzięki nim, przemienionym następnie w hotele, zawdzięczała ulica swój rozkwit. w 1835 r. Podczas pamiętnego zjazdu monarchów, zamieszkało w nich wielu znakomitych gości. Trzydzieści lat później stały tu trzy hotele, dwa dalsze zaś na ulicy Garbarskiej, będącej przedłużeniem Przygrodzkiej.

      Ale nim stanęły tu hotele, działy się od wieków rzeczy dziwne i barwne. W XIII w. jej bieg, do dzisiaj generalnie nie zmieniony, wyznaczał z jednej strony najstarszy murowany kościół pod wezwaniem św. Mikołaja, z drugiej starościński zamek. To od niego właśnie przyjęła ulica nazwę Zamkowa. W XVII w. zmieniono ją na Przygrodzką, a w czasach nam bliższych na Grodzką.

      0d niemal samego początku istnienia ulica zamieszkiwana była przez co godniejszych mieszkańców miasta. Gdy zamek służył między innymi za więzienie dla “jedynie dobrze urodzonych”, w jego pobliżu, w drewnianych i murowanych dworkach mieszkali “panowie suscespanci grodzcy”, przeważnie okoliczni ziemianie, niejako “z urzędu” zmuszeni do zamieszkania w mieście. W 1608 r. stał tu na przykład dom “wielmożnych Kobierzyckich”, rodziców znanego później historyka, wojewody gdańskiego, którego pośmiertny nagrobek znajduje się w kościele św. Mikołaja. Sto lat później mieli tu swe kamieniczki “dobrze urodzeni” i “sławetni”, czyli mieszczanie, jak na przykład Kazimierz Myśliński, jejmość panna Teresa Borysławska, sam “wiceregens grodzki kaliski” Kąsinowski, drukarz Andrzej Dworecki i inni.

      U schyłku Rzeczypospolitej szalejący przez trzy dni pożar pozostawił na ulicy jedynie - co za widomy cud poczytywano - kościół św. Mikołaja i, co chyba cudem też istotnie być musiało, drewniany dworek Witowskich. Pozostała część ulicy - wraz ze starym zamkiem i mieszczącym się w nim archiwum kancelarii grodzkiej - doszczętnie zgorzała

      Pewne próby przebudowania ulicy podejmowali Prusacy, pragnąc na przykład wykorzystać jakoś ruiny zamku i place postarościńskie, ale zarówno w czasach ich panowania, jak i w czasach Księstwa Warszawskiego, niewiele się tu zmieniło. Dopiero zajazdy i hotele przekształciły tę ulicę w atrakcyjną pod każdym względem.

      Najbliżej Szkoły Wojewódzkiej stał Hotel Drezdeński, własność Thana, a na przełomie XIX i XX w. Henryka Biskupskiego. Hotel znany był też z restauracji, gabinetów i piwiarni z piwem Haberbuscha. Obok, jego konkurent Oleszkiewicz postawił Hotel Lipski, któremu w 1876 r. złej sławy przysporzyło samobójstwo 18-letniego ucznia J. Dobrskiego, który jak podawała ówczesna prasa - “z miłosnych i szkolnych kłopotów" zastrzelił się w jednym z pokojów. Nadszarpniętą reputację próbowano ratować wyborną kuchnią mistrza Matuszewskiego. Z niewielkim jednak skutkiem, skoro następny nabywca hotelu Władysław Trąbczyński - właściciel browaru z Tyńca - zamienił nazwę na Hotel Polski. Następni jego gospodarze Józefowicz, a po nim “znany hotelista” z Częstochowy Skupiński unowocześnili wnętrza, a ten ostatni nawet w stajniach “żłoby higieniczne” zainstalował. Trzeci z kolei, Hotel Saski Klemensa Krzepisza, słynął był ze “światła elektrycznego”, co było ogromnym wydarzeniem zważywszy, że w powszechnym użyciu było oświetlenie gazowe. Znajdowała się w nim też bogato ozdobiona sala balowa i restauracja. W początkach naszego wieku minęła moda na niemieckie nazwy, czemu nie należy się skądinąd dziwić. W 1910 r. stał na Grodzkiej hotel "Victoria", a w 1922 r. Stanisław Przybylski otworzył Hotel Francuski. Uchodził kiedyś Kalisz za miasto atrakcyjne tak pod względem handlowym i turystycznym, jak i rozrywkowym. Przybywali doń liczni kupcy, handlarze, bogaci przemysłowcy. Przyciągał Kalisz urokiem starych uliczek, krajobrazowym parkiem, Prosną, mostami. Bogate ziemiaństwo po sielsko-wiejskich miesiącach szukało rozrywki w bądź co bądź "gubernialnym mieście". Mamy na to wiele dowodów. między innymi bohaterowie Nocy i dni Marii Dąbrowskiej zatrzymywali się w Hotelu Drezdeńskim. I może przez długie, długie lata byłaby Grodzka “hotelową” ulicą, gdyby nie przeprowadzenie przez Kalisz kolei żelaznej i usytuowanie jej dworca po przeciwnej stronie miasta, daleko poza centrum. Oj, przeklinają hotelarze, przeklinali. Niemalże z dnia na dzień opustoszała ulica, a nieliczni wierni zarówno dyliżansom, co i “swym” hotelowym pokojom goście nie mogli zatrzymać naturalnego biegu historii. Reszty dokonało zniszczenie miasta w 1914 r. Po wojnie, na krótko, ulica na nowo odżyła gwarem hotelowych gości, choćby wspomnianym Francuskim, ale daleko im było do dawnej atrakcyjności.

      W latach międzywojennych próbowano tu jeszcze stworzyć “centrum rozrywki”, otwierając “lokale dancingowe”. Znany był “Louvre”- sala balowa Józefa Kielera, powstała na miejscu poprzedniej “Cafe Imperial”. Reklamowy był tu bar angielski z “napojami na lodzie Mixes”, grała “sensacyjna” pięcioosobowa “Jazz-orkiestra”, co dzień wieczorem organizowane były “souper dansant”, a w niedziele i święta “Five o'clock tea”. Nie rezygnował właściciel z żadnych możliwości uzyskania klienteli i tak reklamował w prasie swój lokal:

“Piękną i przewiewną salę
Codzień (?) “Dansingi” i Maskowe Bale
Wyborne wódki, likiery i wina
Wytworną kuchnię, aż się bufet zgina!
Przednie zakąski, obiad czy kolacje
Dobrze, tanio, szybko i smacznie!
Zewsząd więc każdy do “Louvru” umyka
bo w “Louvrze” gra nawet najlepsza muzyka".

     Lata mijały. Z  "Louvre” zniknął szyld, na jego miejsce pojawił się “Moulin Rouge” z niemniej ciekawym programem. A co! mógł mieć Paryż, mógł też mieć i Kalisz!

      Choć przez lata całe odwiedzało Grodzką towarzystwo przeróżnego autoramentu od wytwornej arystokracji, poprzez mieszczaństwo i ziemiaństwo, a skończywszy na bez grosza przy duszy różnych przypadkowych poszukiwaczach przygód - cieszyła się ulica opinią spokojnej. Ówczesna prasa nie odnotowywała prawie w ogóle awantur, bijatyk, czy burd. Może to wpływ stojących przez długie lata na Grodzkiej koszar granatowej policji? Dziś po światowym życiu pozostały jedynie wspomnienia najstarszych mieszkańców miasta. Spostrzegawczy przechodzień zauważy jeszcze gdzie niegdzie szklane daszki nad wejściami, szerokie paradne hole w często wąskich budynkach. Dzisiejsza Grodzka, uśpiona i zadumana, rozbrzmiewa jeszcze jedynie gwarem młodzieży szkolnej I Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka, którego gmach powstał jeszcze w latach Królestwa Polskiego, kiedy to na miejscu starościńskiego zamku wybudowano Szkołę Wojewódzką. Szacowna to szkoła i szacownością swych wychowanków do dziś się szczycąca. Przed kilku laty, staraniem prężnego i zakochanego w swej “starej budzie” Koła Asnykowców, ustawiono przed wejściem na dziedziniec szkoły, wzorem pierwotnym niemalże, szeroką bramę z żelaznym ogrodzeniem.

      Tradycje hoteli i samej ulicy starał się jeszcze podtrzymać do niedawna niewielki i ledwo zauważalny Hotel Grodzki. Nie ma już Grodzka szczęścia do hoteli. Jej rola na tym polu minęła bezpowrotnie. Dziś swym charakterem przypomina hotel, a raczej dawne pokoje do wynajęcia, Dom Aktora na pobliskiej Szklarskiej, ale to już jednak nie to co dawniej. Ulica chyba pozostanie już taka, jaką jest dzisiaj: spokojna, cicha, jakby zadumana nad własną, kiedyś tak barwną przeszłością. Może zazdrościć swym często dużo młodszym “siostrzycom” współczesnych karier, a chyba tylko dlatego, że liczy sobie kilka wieków zgodnie i pogodnie przyjmuje zasłużoną emeryturę po latach męczącej jednak roli reprezentantki “światowego życia”.

O Kanonickiej, czyli coś dla duszy

wpe12.jpg (21395 bytes)      O ile łatwo zrozumieć powody , dla których tak świetnie rozwijała się ongiś “hotelowa” Grodzka, o tyle trudno uwierzyć, iż przylegająca doń prostopadle "świątobliwa” Kanonicka mogła to "niemoralne, lokalowo-rozrywkowe” sąsiedztwo znosić. A że to właśnie było że współistnienie tych dwóch ulic przez lata, ba! wieki całe, układało się harmonijnie, wskazuje chociażby zbieżność okresów ich rozkwitu.

      Zapewne bywało tak, że niektórzy z hotelowych gości widząc w Kaliszu szansę zarobienia sowitego grosza, osiedlili się tu na stałe, otwierając na Kanonickiej sklepy, składy, przeróżne zakłady produkcyjne. Nie będzie wszelako nadmierną śmiałością przypuszczenie, że większość z nich po odbytych balach i mocno nadszarpniętych finansowo kieszeniach szukała w murach pobliskiego kościoła św. Mikołaja spokoju, ukojenia i pokuty, nie szczędząc z tych powodów ostatniego już grosza do kościelnej szkatuły. A może było zupełnie odwrotnie: to kupcy i pielgrzymi, po spełnieniu celów swej podróży do Kalisza, szukali na Grodzkiej jedni rozrywki, drudzy odpoczynku. Dziś trudno doprawdy kwestię tę przesądzić. Faktem jest jednak niezbitym, iż obie ulice stanowiły jakby wzajemnie uzupełniający się zespół: coś dla ciała, coś dla duszy. Dzisiaj, kiedy wchodzimy w ulicę Kanonicką zarówno od Grodzkiej, jak i od strony ratusza, nie uświadamiamy sobie, iż stąpamy po najstarszej części nowego Kalisza, po tak zwanym ostrowie i że z góry, z murów kościoła św. Mikołaja, spogląda na nas kilka wieków.

      Wytyczenie tej części miasta i ulicy, a także pobudowanie kościoła historia przypisuje założycielowi grodu Henrykowi Brodatemu ze Śląska, lecz przekaz ustny kaliszan woli raczej wspominać dobrego księcia Bolesława Pobożnego.

      Szczególną rolę w kształtowaniu charakteru i atmosfery ulicy odgrywał kościół św. Mikołaja. Jego monumentalna budowla górowała nad ulicą, a jej losy wiązały się ściśle z jego dziejami. Kościół powstał w połowie XIII w., a w początkach następnego stulecia wytyczono teren pod nową parafię. Szybko wokół kościoła osiedlać się zaczęli zwykli ludzie rzemieślnicy i, sądząc po patronie kościoła, zapobiegliwi kupcy. Wdzięczni wierni, wspierani hojnością panującego, rychło wystawili nowy murowany kościół gotycki.

      Aż przybyło pierwsze nieszczęście. W kwietniu 1358 r. proboszcz Mikołaj w nieprzystojnym uniesieniu zabił jakiegoś rzemieślnika i po czynie tak nie licującym z pełnioną funkcją i sutanną, chyłkiem nocą z miasta uciekł. Wówczas to król Kazimierz Wielki, za zgodą arcybiskupa gnieźnieńskiego i przełożonego opactwa kanoników lateraneńskich Panny Marii na Piasku we Wrocławiu, ze wsi Męka pod Sieradzem sprowadził do Kalisza zakonników i, przywilejem z 29 czerwca 1358 r. oddał im w zarząd kościół i przypisaną doń parafię i rządzili tu kanonicy ponad cztery i pół wieku, do 1810 r.

      Przy kościele wzniesiono w 1448 r. murowany , piętrowy klasztor kanoników, połączony później murowanym gankiem z kościołem, który był już podniesiony do godności kolegiaty zakonnej. Z drugiej połowy XV w. pochodzi najstarszy według tradycji, wizerunek kościoła (choć nowsze badania to podważają). Chodzi o gipsową kopię (oryginał zniknął bezpowrotnie) płaskorzeźby, przedstawiającą scenę ścięcia gilotyną. Uważano dotychczas, że jest to egzekucja niesfornego Włodka z Donaborza - kasztelana i starosty nakielskiego, którego skazano na śmierć w 1467 r. Scena ścięcia odbywa się na tle surowej bryły zamku i kościoła św. Mikołaja z prostą wieżą i wyraźną sygnaturką.

      W ciągu pół wieku dwa pożary - jeden w 1569 r., drugi w 1609 r. - poważnie uszkodziły kościół i klasztor, a w nim bibliotekę kanoników. Ucierpiała też bardzo ulica. W trzy lata po ostatnim pożarze do odbudowy zniszczonego kościoła przystąpił, już osiadły w mieście, Albin Fontana, przy okazji wzbogacając świątynię o modne naówczas elementy barokowe. W 1621 r. starosta bydgoski Piotr Żeromski posłując do Stanów Niderlandzkich, przywiózł i ofiarował kościołowi Zdjęcie z krzyża mistrza Rubensa - skarb prawdziwy, którym szczyciliśmy się do niedawna. Rządził wówczas kaliskimi kanonikami wielce uczony ksiądz Stefan Domalewicz; w podziemiach kościoła pochowano między innymi Stanisława Kobierzyckiego - pisarza i historyka czasów Władysława IV, posła do dalekich krajów, kasztelana i w końcu wojewodę gdańskiego. Kanonicy prowadzili szkołę parafialną, mieli obok kościoła pięć domów, a za murami pola i pastwiska. Miał więc kościół sławę i uznanie możnych protektorów, mimo że jezuici starali się różnymi sposobami osłabić jego wpływy wśród wiernych. A było ich niemało, wciąż przybywali nowi mieszkańcy .

      Zagęściła się zabudowa ulicy, głównie zresztą drewniana, co było przyczyną kolejnych nieszczęść. W 1706 r. po bitwie, jaka rozegrała się na polach pod Kaliszem między Szwedami a wojskami elektorskimi miasto uległo zniszczeniu, a pożar strawił ulicę i kościół wraz ze starą gotycką wieżą. Taki właśnie kościół bez wieży widać na znanym obrazie brata Jatkowskiego z 1715 r. Ale ulica podniosła się z ruin. Lustracja z 1778 r. wymienia tylko cztery puste place i jedną zrujnowaną kamienicę ofiarowaną z pobożności kanonikom. Stał wtedy na niej również mielcuch, inaczej browar, sławetnego Kazimierza Podbodowicza. Mielcuchów było tu chyba więcej i to także kanonickich, a wiemy to stąd że produkowali oni rocznie ponad 400 garnców piwa, wyprzedzając o 1/3 kanoników kolegiaty kaliskiej. Cała ta piwowarska sprawa nie przysporzyła kanonikom sympatii ze strony mieszczan, którzy z trudem mogli z zakonem konkurować, bowiem mieszczanie płacili podatki, a kler był od nich zwolniony.

      Przed pożarem w 1792 r. miała ulica, prócz kościoła i klasztoru, pięć innych murowanych domów i 14 drewnianych. Za klasztorem, pod murem miejskim, ciągnęły się ogrody kanonickie, a za murem jakieś przylepione do niego nieliczne budynki. W latach 1757-71 odrestaurowano sam kościół, chociaż wieży jeszcze nie odbudowano.

      Wielki pożar dziwnie sobie jakoś poczynał na tej ulicy co poniektórzy gotowi byli nawet uznać za oczywisty cud. Oto, kiedy płonęły domy, ogień objął drewnianą dzwonnicę i zaczął się tlić dach świątyni. Sami zakonnicy zdołali ugasić ogień i ocalić kościół, choć browar do murów przyparty, spłonął jak wiecheć suchej słomy. Ogień ominął też kilka dalszych domów, a osobliwie dom Łukasza Grześkiewicza, który "wonczas był z całą rodziną na pobożnej pielgrzymce w Częstochowie". Ocalał też drewniany dworek Witkowskiego na rogu Grodzkiej i trzy domki stanowiące własność zakonników. Rzecz o tyle dziwna, że gdzieś tu, w piwnicy jednego z domów, zgromadzony był proch w beczkach, których nie zdołano wynieść na czas. I choć ogień z wielką gwałtownością i strasznym hukiem rozszalał się na nowo, nie wszystkie domy na ulicy zdołał zniszczyć.

      W czasy pruskie wkroczyła więc ulica zniszczona, choć nie w takim stopniu, jak się to przydarzyło innym. Pruskie porządki zapoczątkowała w 1795 r. likwidacja cmentarza, istniejącego od początku przy tej starej świątyni, szczątki zaś spoczywające w podziemiach kościoła ekshumowano. Polityka władz pruskich zmierzała do rozebrania samego kościoła, a wraz z nim do kasacji zakonu. Na szczęście nie doszło do spełnienia tego zamiaru. Kiedy bowiem w 1806 r. poczęto dokonywać pomiarów przed zamierzoną rozbiórką, w obronie kościoła pośpieszył kto żyw z parafian. Mierniczych rozpędzono. Sytuacja stawała się groźna. Dowódca garnizonu odmówił użycia wojska do stłumienia rozruchów. Wiedział co robi, albowiem sytuacja była i tak już dość skomplikowana. Toczyła się wówczas wojna z Francją i wieści z niej nie były zbyt budujące. Należało dbać o względny spokój wewnątrz kraju. Pod koniec października wojsko pruskie stacjonujące w Kaliszu wyruszyło na front. Kilka dni później, 9 listopada, miasto zostało przejęte przez polskich powstańców, a po nich wkroczyli do Kalisza Francuzi. W ocalałym kościele odśpiewano uroczyste Te Deum laudamus. Rozpoczęły się czasy Księstwa Warszawskiego - nie bez pewnych wstrząsów wszakże. Wyjątkowo rozrzutny Hieronim Bonaparte, król Westfalii, wraz ze stacjonującym w Kaliszu wojskiem pustoszył miejską kasę. Gdyby i tylko o kasę chodziło; niebezpieczeństwo zagrażało obrazowi wielkiego Rubensa. jedynie sprytowi i umiejętności przekonywania, jakimi obdarzony był miejscowy prefekt, zawdzięczać można, że obraz pozostał w ołtarzu kościoła. Oto marszałek Davout podczas swej wizyty w mieście w 1808 r. zamierzał go zabrać. Prefekt zdołał odwieść marszałka od tej myśli twierdzeniem, iż miejscowa ludność ma do tego obrazu nabożny stosunek. Inna wersja powiada, że prefekt, grając na zwłokę, obiecał go jednak wydać wracającej armii po... zwycięstwie nad Rosją.

      Coś się jednak na .ulicy zmieniło i to nieodwracalnie. Oto w 1810 r. zniesiono zakon kanoników lateraneńskich i kościół św. Mikołaja wraz z parafią przeszedł w ręce księży świeckich. Władze wojskowe zajęły też czasowo parter klasztoru i refektarz na areszt i lazaret chorych żołnierzy. Czasy Królestwa Polskiego, które przyniosły gorączkową rozbudowę miasta, zmieniły wygląd ulicy. Wzniesiono kilka nowych, okazałych domów, a przez most przerzucony nad Babinką ulica wyszła na Piskorzewie, gdzie żywiołowo zaczął się rozwijać kaliski przemysł.

      W tychże latach trwała restauracja kościoła i gruntowna przeróbka starego klasztoru z przeznaczeniem go na dom proboszcza. W 1833 r. Wstrząsnęła mieszkańcami miasta zbrodnia świętokradztwa. Złodzieje po przystawieniu drabiny i wyłamaniu okna wdarli się do kościoła, skąd wynieśli srebrne wota i sukienki z obrazów świętych, różne naczynia liturgiczne, stare ornaty, skarbonki itp.

      Znacznie gorzej zaczęła się dla ulicy druga połowa wieku. W bliskiej odległości od kościoła, na rogu Garbarskiej stały naprzeciw siebie dwa murowane hotele: Wiedeński i Gdański. Hotel Wiedeński, bardzo znany w mieście od wielu lat, nabył w 1847 r. po dawnym właścicielu Maxie, Robert Pusch, czy też, jak się ogłaszał w "Dzienniku Urzędowym", z polska pisany Pusz. Drewniane stajnie hotelu stały się przyczyną kolejnej tragedii. W 1852 r. przez zaprószenie ognia powstał tu pożar, który szybko objął okoliczne domy i przeniósł się na zatłoczoną i pełną drewnianych budynków dzielnicę żydowską. Spłonęła część miasta ze starą, pamiętającą czasy Kazimierza Wielkiego, zabytkową synagogą. Zniszczeniu legł też Hotel Gdański, a miejsce po nim jeszcze przez wiele lat nosiło jego nazwę.

      Szczęściem w nieszczęściu ów pożar, być może przez wypalenie najbardziej zatłoczonej i zaniedbanej dzielnicy, zahamował rozprzestrzenianie się wielkiej epidemii panującej tegoż lata. Biły więc dzwony św. Mikołaja na trwogę i do pożaru, ale skończyło się ponure dzwonienie pogrzebowe, kiedy to, według naocznych świadków, ponoć po trzydzieści osób dziennie chowano na opuszczonej dziś "Cholerynce" przy ulicy Widok, czyli bardzo daleko za ówczesnym miastem.

      Być może dręczony wyrzutami, iż to z jego posesji wyszedł niszczący ogień, właściciel Hotelu Wiedeńskiego, wspomniany już wyżej Robert Pusch, przybysz z Brzegu i były buchalter u Repphana, a później hotelarz, tak długo zabiegał o utworzenie w Kaliszu Straży Pożarnej, aż w 1863 r. dopiął swego. Stanął na jej czele i kierował nią przez dziesięć lat, do dnia swojej śmierci. Siedziba straży, do chwili zbudowania specjalnego, nie istniejącego już budynku na dzisiejszym placu 1 Maja, mieściła się w Hotelu Wiedeńskim i na jego zapleczu. Skąd więc w wydanych w 1977 r. Dziejach Kalisza wzięto datę budowy hotelu, podając iż nastąpiło to w 1860 r. i dlaczego z Puscha (w indeksie) zrobiono... budowniczego - nie wiem.

      Z upływem lat ulica św. Mikołaja, czy raczej Kanonicka, bo wówczas już obie nazwy występują na równych prawach, choć oficjalna była ta pierwsza, staje się więc poważnym ośrodkiem handlowym. Tutaj, już od 1867 r., działał “Rektyfikacja i destylarnia M. Freund i S-ka”, zaopatrująca w trunki większość kaliskich zakładów z wyszynkiem. Była też znana firma rolniczo-przemysłowa (później "Dom Handlowy") Gustawa Heimana, magazyn strojów F. Zagajewskiego, pierwsza w mieście drogeria Joachima Beatusa, skład żelazny Aptowej i bielizny Mameloka. Magazyn St. Stefańskiego oferował uprzęże, siodła i inne wyroby skórzane, a w sklepie H. Krakauera można było kupić, obok innych delikatesów, także "kawior astrachański po 90 kp. za funt" Oprócz powyższych było tu także mnóstwo mniejszych sklepików, wytwórni i zakładów rzemieślniczych, że - jak się skarżył "Kaliszanin" - "ulica stała się do tego stopnia zapchana, iż trudno nią przejść". Przyczynił się do tego obyczaj, że chodniki zwykle zastawiano różnymi przedmiotami handlu czy wyrobami rzemiosła dla reklamy, a także ze względu na ciasnotę większości zakładów. Część drobnych kupców zapraszała do sklepów, stojąc w drzwiach, a nawet ciągnąc za poły surduta co oporniejszych potencjalnych nabywców. Kręcili się też po ulicy dość egzotyczni dziś “naganiacze” i żydowscy faktorzy. Prosperowała "przenośna" giełda, dopóki nie wyniosła się w Aleje "pod kasztany". Atrakcji dodawała żydowska "mykwa", czyli łaźnia nad nie istniejącą dziś Babinką przy końcu ulicy. Jeżeli dodać do tego, że w tym właśnie czasie, tuż za rzeką, powstał plac targowy (pl. 1 Maja), zwany wówczas przez pewien czas także placem św. Mikołaja, możemy sobie wyobrazić, jaki na tej - do dziś, wąskiej ulicy panować musiał gwar, ścisk i ruch, szczególnie w dni targowe. Spokojniej, ale i odświętniej było tu w niedziele, ale też i w soboty, kiedy to świętowała liczna tu żydowska część handlu.

      Nic przeto dziwnego, że w tak ruchliwym punkcie planowano wznieść nowy ratusz. Rozważano dwie możliwości: zaadaptowanie na ten cel stojącego na rogu Kanonickiej i Garbarskiej domu Blicha albo postawienie gmachu na miejscu tak zwanych "stajni żandarmskich". Ratusza nie zbudowano, a plac po stajniach wykorzystywany był rozmaicie: w 1883 r. miał tu wystąpić cyrk Blumenfelda z akrobatami, koniami, tresowanymi łososiami(!) i psami irlandzkimi. Niestety, ta szumnie reklamowana impreza nie odbyła się; wcześniej "renomowany" cyrk... splajtował za granicą, czyli w pobliskim Ostrowie Wielkopolskim.

      Minione stulecie to “wiek pary i elektryczności”, rozwój wszelkich nauk i techniki. Panowała moda na różne nowinki techniczne i często urządzano ich publiczne pokazy. W 1879 r. H. Herwan przez tydzień demonstrował w hotelu Wiedeńskim fonograf Edisona, “który słowa lub pieśni w takowy wmawiane lub wśpiewane dokładnie natychmiast powtarza lub po długim przeciągu czasu a nawet po roku”. Pokaz objął również prezentację telefonu i mikrofonu, ”z których ten ostatni szczególniej jest bardzo zaciekawiającym przyrządem”. W 1882 r. jakiś artysta bawiący tylko przejazdem obiecał nauczyć każdego “w ciągu 3 lekcji malowania na szkle lub papierze, a także pomnażać fotografie i inne rysunki oraz z “negativu” przenosić na papier, jedwab lub inne materie bez użytku aparatu”. Później prowadzono tu kursy "heliominiatury", odrębnie dla pań i panów, po 3 ruble od osoby. Zmieniło się otoczenie kościoła św. Mikołaja. Powstał koło niego skwer z ogrodzeniem, a sama świątynia po gruntownym remoncie w latach 1869-76 otrzymała pseudogotycką wieżę projektu Franciszka Tournelle'a. W 1874 r. z byłego klasztoru wyprowadzono szkołę elementarną. Uczyło się w niej wówczas 250 dzieci w trzech obszernych pomieszczeniach. Dzierżawa sal wynosiła 75 rubli rocznie. Przeniesiona do konwiktu w rynku miała 10 pokoi, ale płacono za nie już 600 rubli. Przed pierwszą wojną światową naprzeciw kościoła znajdowała się lecznica dla niezamożnych mieszkańców. Przyjmowali w niej lekarze: J.Beatus, B. Koszutski, L. Mroczek i dentysta Szmigielski. Innego rodzaju klinika istniała na rogu Garbarskiej (gdzie dziś "Ars Christiana") - była to "klinika lalek" Aronfelda i Combera.

      Zniszczenia z sierpnia 1914 r. nie ominęły Kanonickiej, choć odbudowa jej szła wyjątkowo szybko. Po trzech latach działała już na ulicy apteka i laboratorium analityczne Juliusza Kijewskiego a na wprost kościoła mieściła się rządowa (wówczas niemiecka jeszcze) firma skupująca bydło - "Bracia Frankowscy", z biurami w nowym hotelu "Corso". Trochę później zaczęła pracę "Drukarnia Pośpieszna" J. Szczecińskiego. I tak stopniowo przybywało sklepów, warsztatów, firm, aż było tu znów jak przed wojną. Warto w tym miejscu odnotować, że w Hotelu Wiedeńskim zatrzymywał się podczas wizyt w Kaliszu minister spraw wewnętrznych gen. Felicjan Sławoj Składkowski, który ostał się we wdzięcznej pamięci rodaków jako twórca słynnych "sławojek".

      Na tak ruchliwej i bogatej ulicy musieli grasować różni “kawalerowie księżyca”. Potwierdza to wielka kradzież futer w składzie Chaima Rosenfelda. Sprytni złodzieje włamali się do składu, wybijając dziurę w ścianie sąsiedniego pomieszczenia, i zrabowali puszystego towaru na sumę stu tysięcy złotych. Zważywszy, że rzecz działa się w 1930 r., kwota była naprawdę niebagatelna.

      Aż przyszła druga wojna światowa, o ileż straszniejsza od swej poprzedniczki. Zlikwidowano tętniącą życiem dzielnicę żydowską i cały żydowski handel, który i na Kanonickiej dominował. Wyrzucono część Polaków z mieszkań. Zamknięto kościół, przeznaczając go na magazyny, co zresztą nie przeszkadzało konspiratorom, którzy wyznaczyli tu miejsce swoich spotkań. Skrzętnie schowany obraz Rubensa uszedł chciwym rękom "kulturträgerów".

      Po wojnie, w stopniowo porządkowanych i ujednolicanych, niestety, sklepach tak na Kanonickiej, jak i w całym mieście, nie było już takiego ruchu, nawet w dni targowe. A kiedy targowisko przeniesiono na plac 1 Maja, kiedy zakazano wjazdu wozom konnym, ulica uspokoiła się zupełnie. Dziś trudno sobie nawet wyobrazić, jak tu kiedyś było gwarno i tłoczno. (...)

      Tylko obrazu Rubensa już nie ma. Tajemniczy pożar kościoła w 1973 r. strawił główny ołtarz, a wraz z nim i Zdjęcie z krzyża. Zaiste tajemnicza to sprawa. A strata? Niepowetowana - nie tylko dla kaliskiej, polskiej czy europejskiej, ale i światowej kultury. Niektórzy powiadają, że obraz został w umiejętny sposób skradziony, a pożar wnętrza kościoła miał jedynie pozorować wypadek. Któż to teraz wie, któż to wie...?

0 uśpionym piskorzu

Bogumił Kunicki - 0 uśpionym piskorzu      Różne losy przechodziły ulice śródmieścia. Jedne z latami rozwijały się w zawrotnym tempie, inne - stopniowo traciły swe pierwotne znaczenie, inne jeszcze, pomimo dogodnego usytuowania nigdy nie zdołały pozbyć się swego prowincjonalnego charakteru.

      Skręciwszy z Kanonickiej w Garbarską znajdziemy się po kilku krokach na Piskorzewskiej: uliczce wąskiej, ponurej, cichej i bez blasku. Zawsze taka była. Sąsiadujące z nią ulice: Wrocławska, Toruńska, Grodzka, Kanonicka czy rynek posiadały jakiś szczególny punkt, od którego pojawienia się rozpoczynał się ich rozwój. Był to ratusz, budynek poczty, hotele, kościół. Piskorzewska zaś mogła poszczycić się jedynie - jeśli to za chwałę w ogóle uznać można - drewnianym dworkiem miejscowego... kata. Kat, zwany nie wiedzieć czemu "małolepszym", mieszkał obok bramy Piskorzewskiej, już poza murami miasta, gdyż z zasady nie utrzymywano z nim towarzyskich kontaktów; zbyt wielką trwogę budził wykonywany przez niego zawód, choć był przecież jedynie etatowym pracownikiem miejskiej sprawiedliwości, wcale z niemałym wynagrodzeniem.
      Umieszczenie dworku w tym miejscu podyktowane było także względami higieny, jako że kat był jednocześnie hyclem usuwającym wszelką padlinę z miasta.

      Skąd się wzięła ta uliczka i skąd jej nazwa? Już w XV w. spotykamy w tym miejscu ulicę o nazwie Piskorzewska; zapewne wzięła się od obszernych pól leżących za murami, często zalewanych, mulistych i bagiennych, "piskorzewiem" zwanych, a to chyba dlatego, że piskorz - ryba smaczna acz dziwna - takie sobie właśnie miejsce do życia zwykła wybierać. I chociaż przy murach ulica zwieńczona była bramą to jednak aż do XIX w. - rzekę przebywało się to na łodziach, to brodem, widocznym choćby na mapie miasta z 1785 r.

     W latach dwudziestych XIX w. mieli tu swe domy również zamożni mieszczanie, nie dość jednak bogaci, skoro ich domy były w większości parterowe, kryte gontem, drewniane lub w pruski mur stawiane. Rzadko trafiała się piętrowa kamienica. 0 stanie poszczególnych posesji dowiedzieć się można z ogłoszenia, jakie przy okazji sprzedaży domu drewnianego z zabudowaniami Państwa Karzyckich (w separacji) ukazało się: "budynki te przystawione są do muru miejskiego i przeznaczone są ze strony Rządu do obalenia". Ze znaczniejszych posesjonatów wymienić wypada burgrabiego Sądu Pokoju Powiatu i Departamentu Kaliskiego Józefa Nieradzkiego, a także znanego w mieście patrona Trybunału Jana Mieczkowskiego. W 1836 r. na gruncie kupionym od Korytowskich, niedaleko rzeki, Żydzi - wspierani przez współwyznawcę bankiera Mamrotha - pobudowali dla siebie szpital. Z biegiem lat służył on także ludziom nie tylko mojżeszowego wyznania, choć właściwie oni przede wszystkim zamieszkiwali ulicę.

      Napływ Żydów datuje się gdzieś od lat czterdziestych zeszłego wieku. W 1843 r. dzierżawiony przez Szaję Sachsa dom, będący własnością żony "muzykusa" Katarzyny Etmajer (zapamiętajmy to nazwisko) i Balbiny Dąbkiewiczowej, przeszedł za długi w ręce Abrahama Izaaka Brokmana.

      W tym samym niemal czasie krawiec damski J. S. Mayzner "nowoprzybyły do Kalisza poleca się szanownej Publiczności ze swym nowo założonym warsztatem, w którym podług najnowszych Żórnali Lipskich odrobionem zostaje". Rok później ten sam, lecz już jako Majzner pisany, zawiadamiał, że w swym warsztacie utrzymuje "czeladź której podług życzenia dla własnych domów na wsiach lub miastach na prowincji, dla uskutecznienia tam zadanej roboty użyć można: za gust i akuratność której zaręczam". Potem w 1874 r. w domu tegoż Majznera zamieszkał założyciel szkoły muzycznej w Kaliszu Feliks Krzyżanowski, "Artysta Muzyczny". I jest to chyba jedna z ostatnich wzmianek prasowych o tej ulicy. Następne bowiem dotyczyły jedynie narzekań na brud, złe warunki sanitarne itp. Można oczywiście przyjąć za pewnik iż napływ znacznej ilości Żydów spowodował przeniesienie się polskiej i niemieckiej społeczności w inne punkty miasta. Na ulicy, prócz Żydów, pozostała jedynie miejska biedota, a o niej, cóż, nie warto już było pisać.

      Miała Piskorzewska swój handel i rzemiosło, choć nie rozwijały się one z takim rozmachem, jak na innych ulicach. W 1840 "aprobowany Mechanik" Majer Lubelski sprzedawał "różne wyroby fizyczne i chemiczne, jak: termometry (także do zacieru), barometry do wódek i foluszy", a nawet i "Lutterprób do próbowania odchodu". Z kolei lakiernik Karol Sznajder zapewniał, że przedmioty przezeń lakierowane "połysk podobny do lustra w całej swej okazałości okażą". Dawid Hertz zaś -"piekarz paryzki" - polecał swe bułki i "rogale najwięcej używane do herbaty i kawy", którymi handlował "za najpomniejsze ceny" nie w jatkach, a we własnym domu "każdego czasu, dnia i godziny".

      Jak wszystkie inne ulice miasta i Piskorzewska nie uniknęła swojego losu. Większość jej drewnianych domów, stojących tu stajni, obór, wozowni, drwalni i innych zabudowań spłonęła w sierpniu 1914 r. Podczas okupacji hitlerowskiej wysiedlono prawie całkowicie Żydów. Nie pozostały po nich nawet małe sklepiki, wąskie kramy, tanie jatki. Na ich miejscu, po wyzwoleniu, pojawiły się jakieś biura i instytucje, powodując naturalne obumarcie kramicznego charakteru ulicy. 0d wyzwolenia też nosi ona nazwę ulicy Waryńskiego.

      Czym jest dzisiaj ta ulica? Czy z uwagi na wąską jezdnię można ją jeszcze nazwać ulicą? Jest to raczej pasaż łączący rynek z plantami na Babinej. Ma ona jednak niewątpliwą zaletę: odsłania piękny widok na ratusz, co skwapliwie wykorzystują i fotograficy, i malarze, i ci wszyscy, którzy lubią błądzić cichymi zaułkami. Uśpiona, odpoczywa sobie po trudach przeszłości w samym środku miasta. Z rzadka tylko odwiedzają ją panie pragnące stać się jeszcze piękniejsze w nowo utworzonym salonie kosmetycznym, szukające nowego kapelusza, czy też jakiejś stylowej lampy.

      A gdzie tytułowy piskorz? Jeśli pozostał gdzieś w jej zakątkach, to z równym smakiem ucina sobie drzemkę. A jeśli wraz ze zlikwidowaniem pobliskiej Babinki odpłynął gdzie indziej, to zapewne tu już nigdy nie powróci.

Pejsy, chałaty... czyli o świecie minionym

Bogumił Kunicki - Pejsy, chałaty... czyli o świecie minionym      Niejeden z czytelników po przeczytaniu poprzedniej gawędy zapyta, skąd w Kaliszu i to niemal w samym centrum miasta znalazła się tak liczna społeczność żydowska, która z taką siłą potrafiła oddziaływać na, bądź co bądź, polską większość. Ano stąd, że jak długie i bogate są dzieje tego miasta, tak niemal od samego początku ludzie tej narodowości w nim przebywali, zawsze znaczną rolę odgrywając. Docierali na nasze ziemie już w X w., przykładem choćby słynny Ibrahim Ibn Jakub, podróżnik z mauretańskiej Hiszpanii, głoszący chwałę księcia Mieszka i jego kraju. Trudno nawet przypuszczać, żeby tenże Abraham syn Jakuba (bo tak brzmi bardziej swojsko jego imię) dotarł do dawnego, przedlokacyjnego Kalisza. Na pewno jednak byli tam jego pobratymcy. Byli i zajmowali wysokie pozycje jako mincerze i jako doradcy finansowi księcia, pomagając tu zdobywać fundusze na realizację ambitnych planów politycznych.

      Mieszkali wówczas gdzieś na dzisiejszym Rypinku, nie wśród gojów (czyli niewierzących) w grodzie, ale na tyle blisko, aby zawsze być pod ręką. W latach osiemdziesiątych XIII w. dobry Przemysł II zgodził się na sprzedanie im wzgórza na późniejszych Czaszkach, aby mogli założyć własny cmentarz. Czynsz za niego opłacany był przez gminę żydowską pieprzem, szafranem i innymi korzeniami. Forma zapłaty świadczyła i o bogactwie gminy, i o jej rozległych kontaktach handlowych. Tak więc, znany przywilej dla Żydów wydany przez księcia Bolesława Pobożnego w 1264 r. brał w opiekę ludzi bogatych i potrzebnych panującemu. Nie jest też rzeczą przypadku, że król Kazimierz Wielki rozszerzając wspomniany przywilej na Żydów w całej Polsce, dokument ten wydał w ręce kaliskiego Żyda Fulka. Tradycja utrzymuje również, że tenże król dał kaliskim Żydom przywilej na budowę w mieście murowanej synagogi. Oznaczałoby to, że byli oni osiedleni w mieście lokacyjnym, bezpieczni w obrębie miejskich murów. Dzielnica żydowska. zwana zwykle "Kanałem" (od przekręconego słowa "kahał", czyli gmina) rozciągała się wzdłuż murów miejskich. a jej granicę stanowiły ulice Wrocławska i św. Mikołaja. Główną ulicą była Złota, a przy Końskim Targu (o którym będzie jeszcze mowa) leżało centrum dzielnicy ze wspomnianą synagogą i szkołą. W początkach istnienia dzielnicy ulice Wrocławska, św. Mikołaja, część Piskorzewskiej i Złota od rynku zabudowane były domami chrześcijan, Żydzi mieszkali natomiast nieco w głębi, bliżej murów.

      Mieli kaliscy Żydzi przywilej nadany przez Zygmunta Augusta w 1555 r., potwierdzający prawo do zamieszkiwania w królewskim mieście Kaliszu i do uprawiania tu rzemiosła i handlu. Przywilej ten potwierdzali wszyscy kolejni królowie. Według niego mogli Żydzi zajmować w mieście tylko 6 domów, a za każdy następny płacić mieli grzywnę groszy rocznego czynszu. Już przed wydaniem tego przywileju, bo w 1540 r., mieli 11 domów, a więc o 5 więcej, niż na to zezwalano, w 1629 r. natomiast już 23 domy. Ilu ich zatem mieszkało w dzielnicy? W 1579 r. według podatku zwanego "pogłównym", czyli od głowy, było 170 osób, co wydaje się liczbą mocno zaniżoną. W połowie XVII w. szacuje się ich liczbę na około 400 osób, a spis ludności w 1789 r. obok 2,5 tysiąca chrześcijan ujawnił około tysiąca Żydów. Stosunki między nimi a ludnością chrześcijańską układały się poprawnie, daleko lepiej niż w wielu innych miastach. Owszem, i tu zdarzały się oskarżenia o szerzenie chorób, ale też wynikały one po części ze złego stanu sanitarnego dzielnicy. Niekiedy burdy antyżydowskie wywoływali studenci kolegium jezuickiego. Mieszkający w Kaliszu - były lekarz króla Zygmunta III Sebastian Śleszkowski wsławił się ciętymi i poczytnymi drukowanymi paszkwilami antyżydowskimi, skierowanymi głównie przeciw żydowskim lekarzom, ale też on sam musiał w Kaliszu ostro konkurować właśnie z dwoma medykami żydowskimi. I takie były przyczyny wszelkich niesnasek i zatargów. Stan napięcia silnie wzrósł w XVIII w., kiedy w podupadłym gospodarczo mieście najbardziej intratnym zajęciem stały się szynkownie, browary i "palenie gorzałki". Wtedy to do sądów, z królewskimi włącznie, napływały liczne skargi mieszczan na Żydów. Głównie dotyczyły one nie przestrzegania przepisów przeciwpożarowych, niedbalstwa w dzielnicy żydowskiej, a także uchylania się od różnych opłat na rzecz miasta.

      Bo też dzielnica żydowska od dawna żyła odrębnym życiem. Podlegając własnemu prawodawstwu, rządzona przez własny samorząd, mając nad sobą opiekę podstarościego, od jednych opłat i obowiązków wykupując się, a innych przez lata nie respektując - stanowiła dość wyraźną enklawę w mieście. Była też od dawna solą w oku władz miejskich.

      Zabudowana ciasno i nietrwale, z przewagą domów drewnianych lub w pruski mur stawianych, otoczonych ciasną warstwą stajenek, kramów, pogrodzona parkanami, pełna składów nierzadko łatwopalnych materiałów przedstawiała poważne zagrożenie pożarowe. Wąskie uliczki "zatylne" czy zaułki tak dalece zagracone, iż przejść było trudno - uniemożliwiały w przypadku pożogi jakikolwiek ratunek. Nic zatem dziwnego, że pożary z reguły największe tu czyniły spustoszenia, a często właśnie tu miały swe źródło. Trudno także utrzymać było jakiś ład i czystość w tak zatłoczonym miejscu. Na domiar złego, kupcy żydowscy zakupywali często bydło na podtuczenie, co dawało pretekst do zarzutów, iż stanowiło ono poważną przyczynę szerzenia się rozmaitych morów, tak przecież dotkliwie dających się we znaki dawnym miastom. Zarzut rozprzestrzeniania się różnych chorób czy epidemii od Żydów wiązał się również z wodą. Otóż miejski wodociąg sprowadzający do miasta wodę z pobliskiego Korczaka, pierwszą studnię miał właśnie w dzielnicy żydowskiej, w okolicy Końskiego Targu. Woda według ponawianych oskarżeń przechodząc przez tę brudną dzielnicę, w głąb miasta docierała już mocno zanieczyszczona.

      Falę skarg w XVIII w. spowodowało jeszcze jedno zjawisko, powszechne zresztą w całej Polsce. Otóż gminy żydowskie przechodziły w tym czasie najostrzejszy kryzys finansowy. W Polsce nie było wówczas jeszcze banków ani im podobnych instytucji, które przyjmowałyby większe kapitały, aby przez obrót nimi przynosić właścicielom zysk. Osoby prywatne nie dawały należytej gwarancji, a kościół w myśl ówczesnych zwyczajów nie mógł pobierać odsetek od chrześcijan. Obchodząc te przepisy, można jednak było lokować pieniądze u Żydów, ściślej "na synagodze", bowiem gwarantem ich wypłacalności stawał się żydowski samorząd, czyli kahał. Ogólne osłabienie gospodarcze kraju spowodowało, że gminy żydowskie przestały być wypłacalne. Zaczęło się błędne koło - kahał wyciskał ostatnie grosze ze społeczności żydowskiej, aby pokryć rosnące wydatki, gdy to nie wystarczało, zaciągał nowe, łatwo dostępne pożyczki u chrześcijan. Dochody ledwie starczały na pokrycie wydatków i zapłatę części odsetek od pożyczonych kapitałów, rosły zadłużenia. W latach siedemdziesiątych XVIII w. poczęło się w kraju obliczanie żydowskich długów. Okazało się, że kaliski kahał winien był szlachcie, duchowieństwu, Komisji Edukacji Narodów (po jezuitach) i nielicznym mieszczanom prawie 400 tysięcy złotych polskich, a dokładnie 397.627,19 złotych w tym prawie 100 tysięcy za należne odsetki Zachwiało to zaufanie do żydowskiego samorządu, wzmogło też, często utajone dotąd, pretensje innego rodzaju.

      Ale przecież nie tylko lichwą i interesami finansowymi żyła dzielnica. Byli tu bogaci, nawet bardzo bogaci, ale i biedni, byli uczeni w piśmie dostojni mężowie i wszelaka czeladź i służba. Według spisu dokonanego przez Prusaków w 1793 r. okazało się, że mieszkańcy dzielnicy żyli głównie z handlu i rzemiosła. Na 88 kupców w mieście aż 80 było Żydami, a 18 dodatkowo zajmowało się specyficznym żydowskim zajęciem - faktorstwem, czyli pośrednictwem w interesach. Wśród rzemieślników na 100 krawców - 90 było Żydami, na 31 rzeźników Żydów było 12, na 37 kuśnierzy aż 30 to Żydzi. Monopol mieli żydowscy guzikarze (20), pasamonicy (3) i złotnicy (2). Przewagę mieli żydowscy siodlarze (3 na 4), szklarze (3 na 4), pasiarze (6 na 9), natomiast tylko 3 Żydów było szewcami na 31 wszystkich szewców w mieście i 2 na 5 introligatorów.

      Wśród zajęć nie zrzeszonych w cechach mieli Żydzi niemalże monopol także wśród faktorów, tragarzy, lekarzy, przeważali wśród balwierzy ( 15 Żydów na 17 zatrudnionych w mieście), akuszerek (4 na 6), garbarzy (6 na 8) oraz utrzymujących szkoły, gdzie na 13 osób aż 12 stanowili Żydzi. Chodziło tu jednak głównie o prywatne szkoły religijne, prowadzone przez nauczycieli "mełamedów", nie licząc znanej szkoły przy synagodze, potwierdzanej od początków istnienia gminy żydowskiej w Kaliszu. Był tu też podobno także "jeszybot", czyli wyższa szkoła religijna. Faktem jest, iż jeszcze w następnym wieku ilość analfabetów wśród chrześcijan była wyższa niż wśród Żydów, i to nie tylko w Kaliszu, ale w całym kraju.

      Względnie mało Żydów, bo tylko 4 na 16 właścicieli, prowadziło tak intratny wówczas interes, jak szynkowanie napojów alkoholowych. Był to wynik "ugody generalnej" miasta z Żydami dokonanej jeszcze w 1788 r. przez Komisję Dobrego Porządku, w której między innymi zakazano im produkcji i sprzedaży trunków poza swą dzielnicę, w zamian za potwierdzenie dawnych przywilejów handlowych.

      W 1792 r. dzielnica żydowska spłonęła ze szczętem. Na 107 wszystkich domów zniszczeniu uległo aż 106. Ucierpiała też stara kazimierzowska synagoga, którą jednak szybko doprowadzono do dawnej świetności. Co dziwniejsze, i dzielnica odbudowała się w zastanawiającym nawet dziś tempie. Pokrzyżowało to nawet plany władz pruskich, które chciały tu wprowadzić jakiś ład - zmniejszyć liczbę domów, zabudować Koński Targ, przenieść część ludności za mury. Nie udało się tego dokonać. Szybko, byle jak, z byle jakiego materiału, ciasno i bezładnie, żywiołowo odbudowali mieszkańcy swą dzielnicę. Przy okazji wzrosła liczba jej mieszkańców. Rozwój ludności żydowskiej spowodowany był również czynnikami zewnętrznymi. Po pierwszym rozbiorze napłynęła fala z ziem polskich zabranych przez Prusy. Po drugim, kiedy i Kalisz znalazł się w granicach państwa pruskiego, władze zaborcze w ramach szerszej polityki osiedleńczej i gospodarczej chętnie widziały tu Żydów z Niemiec, jako element pewniejszy, powiązany ekonomicznie z ziemiami niemieckimi. Przez krótki okres rządów pruskich liczba ludności żydowskiej w Kaliszu podwoiła się. Stara dzielnica była zbyt mała, żeby przyjąć wszystkich przybyszów, stąd co bogatsi zaczęli zajmować posesje na innych ulicach śródmieścia, nie wyłączając rynku, inni natomiast, biedniejsi, osiedlali się na Piskorzewiu, za Babinką.

      Druga połowa XIX w. dostarcza nam stosunkowo mało informacji o dzielnicy. We wspomnieniach Adama Chodyńskiego jej stan przedstawiał się fatalnie: złe bruki, cuchnące rynsztoki, błoto i smrodliwe podwórka pełne chlewików i obórek, jedynych już ponoć w środku miasta. Główna ulica - Złota, a także sąsiadujące z nią: Garbarska, Targowa, Piskorzewska oraz liczne zaułki i uliczki bez planu i nazwy wieczorami tonęły w ciemnościach, a były tak zagracone towarami i różnymi kramikami, że swobodne przejście nimi wymagało umiejętności ekwilibrystycznych. Zabudowa ciasna i licha z przewagą drewnianych domów, a nierzadko wręcz chatek, była straszliwie zagęszczona. Na jedną izbę przypadała jedna rodzina, zwykle bardzo liczna, a zdarzało się, że i dwie rodziny zajmowały nie największe pomieszczenie. Potwierdza to ogłoszenie z r. 1843, gdy na licytację szedł dwupiętrowy murowany dom przy Złotej. Ogłoszenie wymienia, że w tym niedużym budynku zamieszkiwało 15 lokatorów z rodzinami, a oprócz nich znajdował się jeszcze lokal publiczny, wynajmowany przez synagogę. Z innych ogłoszeń dowiadujemy się o dwóch domach przy Garbarskiej, jednopiętrowych, budowanych w pruski mur, z których jeden kryty był dachówką, a drugi gontem. Obok nich Zachariasz Flasz reklamował swój skład, w którym między innymi trzymał znaczny zapas terpentyny. I jak w takich warunkach ta część miasta mogła się nie palić? Toteż i paliła się, a jakże!

      Ale nim nastąpił pożar, w 1852 r. wybuchła w dzielnicy żydowskiej epidemia cholery, która rychło objęła całe miasto, najokrutniejsze żniwo zbierając właśnie tutaj. A kiedy latem zaraza zaczęła jakby ustawać, 18 lipca od stajni hotelu Puscha rozpoczął się pożar. W ciasnej, drewnianej dzielnicy pożar hulał zupełnie bezkarnie. Nie pomogła doraźna pomoc. Ogień strawił 63 domy mieszkalne i 67 budynków gospodarczych. Ponad 200 rodzin zostało bez dachu nad głową. Pośpieszyło z pomocą miasto, pomogli również współwyznawcy z innych miast. Wtedy to uległa zagładzie piękna, stara, pamiętająca czasy Kazimierza Wielkiego synagoga kaliska. Ta, którą postawiono na jej miejscu nie mogła się równać z poprzedniczką. Znów jednak nadspodziewanie szybko stanęły nowe domostwa, choć tradycyjnie już wzniesiono je bez planu, chaotycznie, byle jak. Powtarzały się też narzekania na jej fatalny stan sanitarny i higieniczny, a także na estetykę całej dzielnicy.

      Narzekał więc "Kaliszanin" na plac przed synagogą zawalony zgniłą słomą, błotem i końskimi odchodami. Proponowano na jego łamach, aby tu właśnie, do specjalnie w tym celu wybudowanego drewnianego bazaru przenieść wszystkie dotąd bez ładu i składu stojące kramy i stragany, od których roiło się na wąskich uliczkach. Narzekano, że na Złotej, wśród utrudniających przejście drewnianych kramików, w tłoku zdarzają się nawet napady rabunkowe. Pisano o tym wówczas, kiedy Złota przez most na Babince przeszła już na Piskorzewie i sięgnęła ulicy Szewskiej (dziś Szopena), dalej ciągnąc się bez nazwy: później odcinek ten nazwano ulicą Nową. Pisano o potrzebie reorganizacji szkół żydowskich, gdyż np. w szkole przy synagodze chłopcy w wieku od 3 do 13 lat przez całe dnie wbijający w ozdobione pejsami "łepetyny" zawiłości uczonych tekstów tłoczyli się w ciasnych i brudnych izbach. A przecież szkoła ta miała ponoć jeszcze niezłe warunki w porównaniu z tym, co działo się w małych, prywatnych szkółkach.

      Podejmowane też były energiczniejsze działania. W roku 1876 specjalna komisja gubernialnego budowniczego, magistratu, policmajstra i biegłych dokonała wizji części ulic dzielnicy. Podjęto wówczas decyzje nakazujące wyburzenie kilku domów i wyremontowanie innych. Zwracano uwagę, że w małych zatłoczonych klitkach gnieździły się, oprócz samych lokatorów, drób i drobny inwentarz, stwarzając w ten sposób poważne zagrożenie epidemiami i chorobami. Decyzje władz doprowadziły do wysiedlenia części mieszkańców dzielnicy za koryto Babinki. Do nowej dzielnicy przyciągały też fabryczki haftów i koronek, głównie żydowskie, w których współwyznawcy łatwiej dostawali pracę. Powstawał też coraz liczniejszy żydowski proletariat fabryczny.

      Ale ci, którzy pozostali na starym miejscu przeżyli jeszcze jeden wstrząs. W czerwcu 1878 r. podczas procesji Bożego Ciała wokół kościoła św. Mikołaja graniczącego szerokością ulicy z dzielnicą żydowską, przypadkowy czy sprowokowany wystrzał dał sygnał do "nieporządków", jak to dziwnie oficjalnie nazwano. Ktoś, kogo do końca nie odnaleziono, rzucił w tłum hasło, że to Żydzi strzelali do procesji. Nie pomogły próby uspokojenia tłumu, podejmowane przez księży. Rozfanatyzowany tłum - kierowany przez kilku najbardziej aktywnych prowodyrów, wśród których przodował były kapelmistrz Etmajer (ten sam, którego żona straciła dom na Piskorzewskiej zabrany przez Żyda za długi) ze szpadą (!) w dłoni - ruszył w głąb dzielnicy żydowskiej. Poturbowano i zraniono kilku jej mieszkańców, rozbito i obrabowano kilka sklepów i straganów i w bezmyślny sposób zdemolowano synagogę. Tego w Kaliszu nikt się nie spodziewał. Świeża była jeszcze pamięć patriotycznych nabożeństw w tejże synagodze w latach sześćdziesiątych, żywy był udział Żydów w podobnych nabożeństwach w katolickich kościołach, ich sympatie i pomoc dla powstańców. Był to prawdziwy wstrząs dla obu stron - tak dla Żydów, jak i dla Polaków. Sprawa była zawstydzająca. Robiono więc wspólnie co było można, aby owe "nieporządki" szybko stały się nieważnym incydentem. Nawet ówczesna prasa sugerowała, że na rozprawie w sądzie zabrakło prawdziwych przywódców i inspiratorów, a ukarano przedstawicieli miejskiej biedoty i przybyłych na uroczystość okolicznych chłopów. A przecież to nie oni konkurowali z żydowskim handlem i rzemiosłem. Rychło też przyszło do budującej zgody. Miejscowi notable publicznie potępili sprawców i pośpieszyli z pomocą, także finansową, poszkodowanym. W rewanżu "oświeceni" Żydzi przekazali wcale pokaźną sumę na... nowy dzwon do kościoła św. Mikołaja.

      Warto tu dodać, że w owych czasach poza zdecydowaną większością ortodoksyjnych, tradycyjnych Żydów, tych z brodami i pejsami, w czarnych chałatach, albo zacofanych i fanatycznych chasydów wierzących w cadyków - cudotwórców, była też w mieście wcale pokaźna i powiększająca się stale warstwa zasymilowanych czy wręcz spolonizowanych Żydów, których od ludności polskiej odróżniała tylko religia. Ta część "oświeconych" Żydów nawet zbudowała na swój użytek odrębną synagogę, poza dzielnicą żydowską, bo na Krótkiej. Rekrutując się ze sfer inteligenckich, bogatych kupców, często przemysłowców, bardziej byli oddaleni choćby przez pozycję społeczną - od swych współwyznawców niż od Polaków. W ubiegłym wieku zasłynęli przecież w Kaliszu bankierzy żydowscy (jedyni w mieście) Mamrothowie, Beatusowie, Landauowie, Lichtenbaumowie, wielcy kupcy, kamienicznicy czy fabrykanci, jak Rosen, Redlich, Abramski, Perle, Hamburger, Frenkel, Majzner i wielu innych, których potomkowie zostawali lekarzami, prawnikami, dziennikarzami itp. Oni od dawna mieszkali poza tradycyjnym skupiskiem społeczności żydowskiej.

      W końcu wieku i ta dzielnica mocno się zmieniła. Poszerzył się i udoskonalił szpital, przybyło lekarzy i towarzystw zajmujących się higieną, chorymi i ubogimi. Koło synagogi urządzono skwer, wyburzono sporo ruder i na ich miejsce wzniesiono porządniejsze domy, położono bruki i chodniki, uporządkowano ulice.

      Tak się jednak składa, że wśród mnóstwa ogłaszających się firm żydowskich sprzed pierwszej wojny światowej, najmniej było tych zlokalizowanych właśnie w tej dzielnicy. A wiemy, że przy Złotej była znana fabryka miodu, maliniaku, wiśniaku Izaaka Katza. Tu też Beniamin Russ wypożyczał na bale w mieście i okolicy różne stroje, a na zamówienie wykonywał inne, według pomysłów samych zamawiających. Na Garbarskiej znajdował się skład kości zwierzęcych J. Zalewskiego, dysponujący własnym wozem, jedyny, który odbierał kości z domów. Nadto były tu sklepy i sklepiki, warsztaty i warsztaciki, w domach, piwnicach i na podwórzach, handel uliczny, wymiana pieniędzy itp., nie potrzebujące gazetowej reklamy, bo od lat pracujące dla swoich, miejscowych, którzy najlepiej wiedzieli, czego u kogo szukać. W sierpniu 1914 r. spłonęła cała ulica Targowa, znaczna część Piskorzewskiej, okolice Końskiego Targu na Złotej, sama zaś Złota po obu stronach od rynku do Garbarskiej, i jeszcze dalej do synagogi, która również została spalona. Tu także pruskie żołdactwo najokrutniej potraktowało ludność cywilną.

      Dzielnicę odbudowano porządniej niż przed spaleniem, przerzedziły się domy, a i ludzi było mniej jak kiedyś. Znacznie gęściej zasiedliła ludność żydowską część miasta za Babinką, a także dość masowo pojawiła się na przedmieściach. Nabrały one charakteru dawnej, przedwojennej Złotej. Panował tłok, gwar, ludzie "mówili" rękoma w zawziętej gestykulacji, częściej słyszało się jidisz niż polski, nadal wciągano wahających się klientów do sklepów - tu bowiem głównie się handlowało. I nie pomogły naciski "narodowo" nastrojonych agitatorów, nawołujących aby "swój do swego po swoje" chodził. Handel żydowski nie narzekał na brak klienteli. W Kaliszu mówiło się, że owszem - "swój do swego, a jak nie ma, to do Perlego", bowiem akurat ten obcy "narodowo" kupiec miał bogatą hurtownię, w której i "chrześcijańskie" firmy się zaopatrywały. Częściej niż w innych dzielnicach bywała tu policja, i to nie tylko szukając różnych kanciarzy czy złodziejaszków, których i tu przecież nie brakowało, ale przede wszystkim zawzięcie tropiąc nieprawomyślnych, nielegalnych działaczy zakazanych partii, wszelkiej maści wywrotowców, spod znaku jak to podówczas mówiono - "żydokomuny". I tak tu się toczyło życie aż do września 1939 r., który przyniósł początek końca żydowskiej dzielnicy i jej mieszkańcom. Ci, z rodzin tu osiadłych od wieków, znaleźli się w getcie. Tym razem nie odsunęli się od gojów z powodów religijnych. Teraz ze względów rasowych zostali ściśle oddzieleni od "aryjczyków". Widzieli ich kaliszanie, jak pod lufami karabinów niemieckich wachmanów, na placu św. Józefa, oznakowani żółtą gwiazdą dawidową rozbijali pomnik 29 Pułku Strzelców Kaniowskich. Może wśród nich byli wnukowie tych, których żony i siostry haftowały i ofiarowywały powstańcom z 1863 r. sztandar "0d Polek Izraelitek z Kalisza"? ... Potem większość z nich zginęła w Chełmie nad Nerem, część podzieliła losy ludności żydowskiej z gett Warszawy i Łodzi, jeszcze inni, jak choćby starcy z miejscowego domu opieki, zostali zamordowani w podkaliskich lasach. Po wyzwoleniu, zostało ich w mieście około setki - z kilkudziesięciu tysięcy przed wojną!!! Zginęli ludzie, zginęła dzielnica. Przebudowane, uporządkowane i "wyporządniałe" ulice nie zabrzmią już dawnym gwarem jidysz, nie ożyją dawnym handlem, atmosferą, kolorytem, słowem, nie wróci już w te mury dawne życie. Ta część miasta zmieniła się najbardziej. Po prostu jest teraz czymś zupełnie innym. Dawna dzielnica żydowska trwa jeszcze tylko we wspomnieniach, które wraz z ludźmi także odejdą w zapomnienie.

 

   Ten link przeniesie Cię na górę strony