Baszta Dorotka
     
Jan Werner, Jan Żardecki - To oni nas uczyli

Szkoło, gdy cię wspominam
Oczy mam pełne łez ...
Gallia est omnis divisa
In partes tres ...

Sentymentalny wiersz Tuwima znakomicie wyraża nastrój dorosłych, często starszych Państwa, tylko bowiem wspomnienie tego, co się szczęśliwie skończyło, daje poczucie pełnego szczęścia.
     Szkoła - to instytucja, uczniowie, grono nauczycieli.
     O nich skreślimy te kilka migawek z czasów międzywojennych.
      Byli wśród nich synowie rodzin kaliskich, a także przybysze z innych miast, gdzie nauczali poprzednio. Niektórzy opuszczali jednak gród nad Prosną, wezwani często awansem - dokąd indziej.

      A więc - poloniści. Poza wiedzą o języku wprowadzali nas w literaturę, co kształtowało już bezpośrednio osobowość uczniów zarówno w zakresie estetyki jak i analizy rzeczywistości tej literackiej, jak i realiów otaczającego życia. A więc postawy obywatelskiej i etycznej. Polonista chcąc nie chcąc stawał się wychowawcą, nawet jeśli formalnie stanowisko to zajmował nauczyciel innego przedmiotu.

     Prof. Zygmunt Dzierżyński nie mógł choćby ze względu na małopolski akcent wyprzeć się lwowskiego pochodzenia. Miał bardzo bezpośredni kontakt z uczniami. Na lekcjach można mu było zadawać dowolne pytania, powodujące dygresje, ubarwiające suchy program lekcyjny. Uczniowie i ich problemy traktowane były poważnie, choć paradoksem była często żartobliwa forma odpowiedzi. Jednak 

czuliśmy się dowartościowani i nie lekceważeni.

      Był człowiekiem samotnym, mieszkał w pokoju wynajętym przy jakiejś rodzinie i nie utrzymywał chyba z nikim zażyłych stosunków osobistych. Gdy tematem lekcji stała się poezja Asnyka, no i oczywiście wiersz "Rodzinnemu miastu", usłyszeliśmy komentarz zaczynający się stwierdzeniem, że w perspektywie bardzo nastrojowo wygląda każde miasto, będące w rzeczywistości kuźnią plotek i małostkowości. Nie dowiedzieliśmy się jednak, jakie realia zrodziły tę gorzką refleksję.

      Stosował m.in. dwie metody. Po pierwsze każdy uczeń musiał założyć gruby zeszyt, w którym codziennie zapisywał jedną stronicę na dowolny temat. Mógł to być dziennik osobisty lub utwory literackie, refleksje, a nawet proste opisy i notatki. Kto wytrwał w tej pracy, mógł wkrótce osiągnąć sprawność we władaniu piórem, zaostrzyć zmysł obserwacyjny, poprawić język, rozszerzyć krąg zainteresowań. Na lekcjach wyrwani do tablicy uczniowie odczytywali swą codzienną stroniczkę, zanim zadano im pytanie z przerabianego kursu.

      Druga metoda, - powszechniejsza w ówczesnym szkolnictwie, polegała na przygotowaniu comiesięcznych wypracowań domowych - już na zadane tematy. Pamiętam taki: "Siła mody w życiu ludzkim". Mając w rodzinie osobę trudniącą się swego czasu szyciem, od dzieciństwa obserwowa­łem tę pracę, a także przysłuchiwałem się rozmowom z klientkami. W efekcie wypracowanie moje stało się rzutem oka na dzieje ubiorów w Europie i Polsce, co przyniosło poza rozgłosem w klasie, piątkową ocenę od dawna mile widziana.

      Inny temat - to refleksja po przeczytaniu wersetu Goethego (w tłumaczeniu własnym): "Kto nigdy nie spędzał oblanych gorzkimi łzami, bezsennych nocy, ten nie zna Was, Moce Niebieskie". Długo zmagałem się z widmem Goethego, które rzeczywiście spędziło mi sen z powiek, wreszcie po prostu rzuciłem ten obraz na papier, wyrzekając się zbędnych dywagacji na rzecz ironii wobec samego siebie. To też znalazło uznanie Profesora. Dzierżyński i teatr to temat nie do pominięcia. Założony w 1800 roku przez Bogusławskiego, nasz teatr gościł go wraz z jego trupą corocznie na występy w ciągu kilkunastu lat. Scena kaliska gościła i potem różne zespoły na konkretny sezon - czasem na parę lat. Stała się przybytkiem mowy ojczystej w repertuarze narodowym i obcym, w dramacie, komedii a nawet operetce. Budynek powiększono w 1891 roku, a spalony w pierwszych dniach wojny 1914 r., doczekał się w pierwszych latach powojennych odbudowy w pięknej formie architektonicznej B. Pniewskiego. Poza próbą w 1937 r. nie doznał jednak uruchomienia - z którym trzeba było czekać aż do pierwszych lat po drugiej wojnie światowej, kiedy stała już scena kaliska zajęła poważną pozycję w życiu teatralnym całego kraju.

      W międzywojniu przybywające do nas na występy zespoły z Poznania, Łodzi i innych miast grały w sali Związku Rzemieślników na Piekarskiej. Profesor nie opuszczał żadnego przedstawienia, kilku z nas - jego uczniów - podobnie. Patrzył na to przychylnie do czasu, kiedy zaczęły zjeżdżać zespoły rewiowe. Był to okres rozwoju tańca akrobatycznego i stopniowej minimalizacji kostiumów ... w miarę przedłużania się kryzysu gospodarczego. Pamiętam, jak spotkałem się z profesorem w kolejce po bilety na występy taneczne sióstr Halama. Ja robiłem wszystko, żeby mu wpaść w oczy, on przeciwnie - starał się nie dostrzec swego ucznia, by uniknąć interwencji: "to nie jest spektakl dla młodzieży szkolnej".

      Rzeczywiście po paru dniach Gimnazjum otrzymało donos jakiegoś pruderyjnego bigota i z trudem udało się (Profesorowi i mnie) uniknąć przykrych dla Szkoły konsekwencji. Jak zwykle okazało się, że 

świętoszkowatość i obłuda są nieśmiertelne.

      Profesor był recenzentem teatralnym "Gazety Kaliskiej" i kontynuował dziewiętnastowieczną tradycję kaliskiego teatru amatorskiego, wystawiając i reżyserując "Fantazego" Słowackiego z udziałem uczniów i Pań - matek i sióstr swych wychowanków.
      W parę lat potem zmarł na posterunku nauczyciela i wychowawcy.

      Inny polonista - to prof. Stanisław Nowosielski, szczupły i oszczędny w mimice, nazywany przez niektórych Jogą. Prowadził lekcje wzorowo zaplanowane. Cenił lapidarność wypowiedzi uczniowskich, jeżeli były trafne. I on reżyserował przedstawienia amatorskie uczniów, m.in. "Wesele" Wyspiańskiego. Uczył także propedeutyki filozofii - w szczególności psychologii i logiki. Pamiętam skierowane do mnie pytanie (końcowe przed dopuszczeniem do matury): "Ile jest światów realnych, a ile indywidualnych?" i odpowiedź: "Istnieje jeden świat realny i tyle indywidualnych, ile jest bytów psychicznych w świecie". Po czym został od razu wezwany do tablicy następny uczeń.

      Psotnicy, jakich nie brak w żadnej szkole, usiłowali antagonizować polonistę, który był przekonanym ewolucjonistą, z prefektem, mawiającym wzgardliwie: "Człowiek nie wyszedł z małpy, jak grzyb spod krzaka". M.in. postawili obu wykładowcom problem, gdzie mieści się w człowieku dusza i gdy chirurg amputuje np. nogę, to czy ucina też kawałek duszy ?
      Profesor był opiekunem szkolnego kółka fotograficznego i specjalizował się bodaj w portretach.

      Od Asnyka odszedł na stanowisko dyrektora gimnazjum w Piotrkowie. Okupację przeżył w Krakowie, czynny w nauczaniu podziemnym. Po wojnie znalazł się w Warszawie i pracował m.in. w pionie kierownika literackiego w odbudowanym przez Szyfmana Teatrze Polskim.

      Historię wykładała prof. Melania Brokman-Kozłowska. Krótkowzroczna, trapiona migrenami i zażywająca przeciw nim coraz nowy proszek, kładła specjalny nacisk na ekonomiczno-socjalny rozwój społeczeństw. Gdy padały pytania uczniów, odsyłała ich do encyklopedii, propagując sięganie do źródeł. Była długoletnią opiekunką Samopomocy Uczniowskiej  prowadzącej m.in. bufet z herbatą bułkami i parówkami. Zyski lokowano bieżąco w dodatkowych bułkach i parówkach, bezpłatnie rozdawanych tym uczniom, którzy nie dostawali szkolnych śniadań z domu, a przebywali np. jako dzieci chłopskie codzienną, nieraz i długą drogę z rodzinnej wsi do szkoły i z powrotem.

      Wielki benefis Samopomocy, to był coroczny bal szkolny, absorbujący młodzież i opiekunkę przez wiele tygodni przygotowaniami sali, bufetu, dekoracji, orkiestry. Efektem poza towarzyskim były stypendia dla uboższych uczniów.

      Zaindagowana na lekcji przez jednego z uczniów, że mówi jak socjalistka, (co w społeczeństwie o bardzo rozpowszechnionych poglądach prawicowych nie było komplementem) Prof. Brokmanowa odpowiedziała: "Nie  wstydzę się tego, bo tak widzę drogę postępu". W ocenie uczniów kierowała się zawsze bezstronnością i tolerancją dla innych poglądów, dając młodzieży osobisty przykład prawdziwego pedagoga.

      W czasie okupacji ukrywała się z rodziną w Warszawie. Tu w czasie Powstania zginął na barykadzie jej syn Jerzy. Po czasowym opuszczeniu Stolicy powróciła do niej. Niedługo potem padła ofiarą śmiertelnego wypadku ulicznego.

      Z języków współczesnych uczono nas francuskiego i niemieckiego. Romanista i historyk Prof. Kłossowski był starszym, bardzo opanowanym w ruchach panem. Miał niewielu uczniów, więc dysponował czasem na wspólną  młodzieżą dokładną analizę zawartych w programie klejnotów przebogatej literatury francuskiej. W życiu pozaszkolnym znany był jako bywalec cukierni - gdzie grywał w szachy.

      W 1929 r. 

Kaliszanki wystąpiły w Żywych Szachach.

      W pięknych stylowych krynolinach tańczyły menueta i gawota na Stadionie Miejskim, gdzie przygotowano plenerową szachownicę o blisko dwumetrowych polach biało-zielonych. Następnie ustawiły się na tych polach w przepisowym porządku jako Królowie i Damy, Giermki, Koniki, Wieże i Pionki, aby rozegrać partię. Na podawane szachowym alfabetem hasła przesuwały się kolejno tak jak żądali rozgrywający na trybunach gracze. Jednym z nich był Prof. Kłossowski.
      Z okazji Powszechnej Wystawy Krajowej zespół i gracze wyjechali na gościnne występy do Poznania, gdzie wzbudzili niemniejszą sensację, jak w Kaliszu.

      Później powiększył grono romanistów Prof. Goldwasser, niejako dopełniający "Szachistę" pełną szyku i wdzięku postawą zewnętrzną, wysoki, szczupły brunet - lubiany przez uczniów i grono nauczycielskie. Zalety umysłowe i pedagogiczne wzbogacał aktywnością w różnych imprezach szkolnych.

      Germanistką była Prof. Bronisława Weryho-Darewska, pani w dojrzałych latach, łącząca na lekcjach konwersację z programem literatury niemieckojęzycznej. Zadała kiedyś wypracowanie, mające przedstawić ulubioną (nie koniecznie niemiecką) nowelę z dorobku czytelniczego piszącego ucznia. Jeden z nich wybrał pewną "Awanturę Arabską" Makuszyńskiego, pisząc za autorem, że bohater był "synem Jussufa i jeszcze jednego piekarza". Pani, po wystawieniu oceny zwróciła uwagę piszącemu, że ojcostwo bywa tylko jednoosobowe, gdyż nie dostrzegła przewrotności Makuszyńskiego w autentyku, ani ucznia w referowaniu utworu. Cóż? Problemy prokreacji w rodzinie nie były wówczas objęte tematyką szkolną.

      Pani Profesor przyjaźniła się (w najniewinniejszym tego słowa znaczeniu) z Dyr. Pacholskim. Starsi państwo szli czasem na wspólny spacer, a podejrzliwi uczniowie, obserwujący to, zastanawiali się, kiedy ta para pobierze się. W rzeczywistości Pani Profesor była matką rodziny, a jej śliczna córka wyszła za mąż za znakomitego lotnika, kpt. Pełczyńskiego. Prof. Darewska zmarła jako emerytka jeszcze przed wojną poza Kaliszem.

      Germanistykę męską reprezentował Prof. Adamczewski, spokojnie lecz elegancko ubrany w jasny, dwurzędowy garnitur, znawca odcieni wykładanego języka, ale niedostatecznie chyba uczulony na synonimy w polszczyźnie, co stawało się powodem sporów z uczniami przy preparacji tekstów. Dbał o staroświeckie maniery towarzyskie, co wyrażało się np. w ganieniu uczniów, którzy widziani byli przez niego w parku, gdy spacerując czytali gazety (o lekturę gazet jako informacji o życiu nawoływali inni nauczyciele). Zwany był "Pastorem", gdyż tak sobie w szkolnych ławkach wyobrażano pro­testanckiego duchownego - człowieka opanowanego, godnego, zwracają­cego szczególną uwagę na formy zewnętrzne.

      Klasykę reprezentowali łacinnicy. Prof. St. Krzysik, brunet o przerzedzonej czuprynie i krótkim wąsie, suchą twarzą przypominający górala, męczył nas przerabianiem "Eneidy" i wymagał uczenia się na pamięć długich wyjątków, co zresztą było zapisane w programie. Cytaty łacińskie świadczyły wówczas o poziomie intelektualnym i używano ich w poważniejszych rozmowach. Bywało, że wezwany do odpowiedzi uczeń ledwie zaczął tłumaczenie zadanego urywka, gdy Profesor wpadał w słowo, aby wyjaśnić jakiś problem słowotwórczy lub składniowy, przejść od niego do uwag o rzymskich obyczajach, logice i stylu. Tyrada taka przeciągała się nawet do końca lekcji, po czym - na dzwonek z korytarza - Profesor nagle kończył i sadzał bez stopnia ucznia, rozgoryczonego tym, że musiał stać w ławce przez długi czas i nie został skwitowany najskromniejszym nawet stopniem. Mężo­wi towarzyszyła w szkole Prof. Krzysikowa, polonistka i romanistka, a ich syn, także Stanisław był uczniem rodzicielskiego gimnazjum. Od wybuchu wojny Państwo Krzysikowie osiedli w Krakowie, gdzie on dożył 100 lat.

      Łacinę wykładali również Dyrektorzy szkoły, ale o tym przy omawianiu ich kierowniczej roli. Tak samo potraktujemy przedstawicieli innych gałęzi wiedzy.

      Nauki ścisłe w naszej szkole to byty matematyka, fizyka, chemia, biologia, w ogólnym i dość ograniczonym zakresie.

      Prof. Teodor Botner, Kaliszanin, tutaj sam się uczył w latach chłopięcych, tu wrócił po studiach i zrósł się z Gimnazjum Asnyka. Zacinający się z lekka w mowie, flegmatyk w postępowaniu lakoniczny w słowie - był konsekwentny w stosunku do uczniów, co nie zawsze ich cieszyło. Nie zważał na incydenty uboczne. Kiedyś rysując na tablicy schemat geometryczny jakiegoś dowodzenia, przewidzianego bieżącym programem, usłyszał uczniowskie szmery i rozmowy za plecami. Potrafił nie odwracając się zarządzić: "Pawłowski i Werner - proszę wyjść z klasy".

"Przecież my nic nie robimy ...".

      "A to właśnie dlatego". Urazy w sercu nie chował, zawsze można było podnieść ocenę, rzeczową i sprawiedliwą. Był wykładowcą matematyki, fizyki i chemii - wraz z zajęciami praktycznymi, co w pracowni - w przyćmionym świetle, przy płonących palnikach Bunsena i bieżącej wodzie dawało możliwość wielu uczniowskich figlów.

      Był opiekunem koła literackiego "Kalina" i redakcji "Sztubaka", ale nie wtrącał się do światoburczych dyskusji młodzieży. Opiekował się też drużyną harcerską, a kiedy chłopcy wybrali się w 1931 r. do Pragi Czeskiej na Zlot Skautów Słowiańskich, przywdział na swą zwalistą postać mundurek z krótkimi spodenkami i błękitną chustką na szyi i towarzyszył w tej podróży, nie narzucając się radami młodemu drużynowemu i zapuszczając najgęstszą zasłonę na antagonizującą przeszłość lekcyjną.. W połowie lat trzydziestych awansował na dyrektora gimnazjum w Pabianicach i, bardzo żałowany, opuścił Kalisz.

      Prof. Janowicz przybył około 1930 r. jako drugi "naturalista", chyba wprost z Uniwersytetu. Postanowił zorganizować wystawę mineralogiczną i prosił Prof. Botnera o pomoc. Ten zainteresował sprawą jednego z uczniów, Zygmusia Kijowskiego, i we dwóch przynieśli jakiś duży kamień. "Co to jest ?" spytał organizator wystawy. "Ttto jest kkkalcyt" powiedział uczeń. "A dlaczego on tak dziwnie mówi" spytał nowy nauczyciel. "Boo on się jąąąka" wyjaśnił zaaferowany Prof. Botner. "Kkkalcyt" przeszedł do szeregu przysłowiowych wyrażeń w języku asnykowców.

      Prof. Janowicz uległ ciężkiemu wypadkowi na wyboistej drodze, jadąc na swym motocyklu (jeździł w wolnych chwilach). Potem odszedł do pracy na inną placówkę.

      Prof. Łysek, przyrodnik mówił niemal szeptem z powodu przestrzelonego na wojnie gardła. Miłośnik radia, był jego pionierem w szkole - uruchomił zestaw kryształkowych odbiorników, których bateria pożyczona została z czarnym w kształcie tuby głośnikiem akustycznym. Jak zwykle - pierwsza próba skończyła sil fiaskiem, ale następne były udane i z biletów wstępu do auli szkolnej pozyskano środki na dalszy rozwój tej amatorskiej radiofonii. Koncerty grano przeważnie na fali szwajcarskiej. Największe powodzenie uzyskał koncert harmonijek ustnych. Profesor odszedł po cichu z gimnazjum i zniknął  na długie lata. Pojawił się niespodziewanie w Kaliszu już po wojnie,

w czasie obchodów 1800-lecia miasta.

      Prof. Ciumkiewiczowa była postrachem uczniów z powodu potężnej figury, a chociaż uczyła przyrody, zwana była przez wychowanków "Horpyną”. Jej syn był również Asnykowcem, kolegą klasowym piszącego te słowa. Oboje z matką wyjechali wkrótce z Kalisza.

      Politechnizacja w międzywojennych programach szkolnictwa ogólnokształcącego nie istniała. Pewne elementu praktyczności zawarto w tzw. ze szwedzka "slojdzie" czyli robotach ręcznych. Pokrewna z nimi była kaligrafia, czyli nauka pięknego pisma, czym zajmowała się Prof. Tyblewska. Niejako dodatkową trudnością był fakt, że pięknego pisma uczono w najmłodszych klasach - gdy dziecięca ręka nie nawykła jeszcze do stalówki i łatwo drżała, co szczególnie wyraźnie odbijało się na obowiązkowo dużego rozmiaru literach. Nauczycielka chciała polepszać wyniki pracy uczniów surowością, ale wrodzona łagodność i wesołość niweczyła tę metodę.

      Prof. Kindlerówna z zasiedziałej rodziny kaliskiej uczyła rysunków. W gimnazjum humanistycznym traktowano nie kładąc nacisku na dokładność techniczną, a raczej jako na umiejętność towarzysko-estetyczna. Rysowano modele gipsowe lub inne przedmioty z natury, a choć z samej swej istoty rysowanie było pewną formy ruchu, wykładowczyni jako jedyna osoba z grona pedagogicznego zarządzała obowiązkowe dla wszystkich obecnych ćwiczenia gimnastyczne przy otwartym (jesienią i zimą) oknie.

      Długoletni nauczyciel robót rocznych, Prof. Niedojadło, stworzył dla nich specjalną pracownic. Rubaszny i bezpośredni - nic wahał się w zdenerwowaniu przed pradawnym pseudopedagogicznym obyczajem trzaskania po łapie krnąbrnego ucznia, ale incydenty te były starannie przemilczane. Dodatkowo prowadził chór, nie ucząc zasad śpiewu, ale umiejętnie wykorzystując muzykalnych uczniów do incydentalnego przygotowywania czterogłosowych zespołów na uroczystości szkolne. Żeby wzmocnić efekt, ustawiał za grupą tenorów trąbkę, baryto­nów waltornię, basów zaś puzon. To być może zbliżało go także do szkolnej orkiestry dętej, gdzie czasem dyrygo­wał poza prowadzącym ją zawodowo sierżantem wojska.

       Rzeczywistą naukę śpiewu prowadził Prof. Wiśniewski, młody absolwent konserwatorium, człowiek subtelny i bardzo kulturalny. Ustawiał nam emisję głosu, pilnował dykcji, dbał, żebyśmy nieprzemyślanym wysiłkiem nie zrywali głosu. Ograniczał do minimum teorię, natomiast prowadził naukę kolejnych utworów ze "Śpiewnika Domowego" Moniuszki, akompa­niując na skrzypcach, które były praktyczniejsze przy dyrygowaniu zespołem, niż istniejące w szkole pianino.

      Śpiewu uczyła też Prof. Bohowiczowa, żona rejenta, jedna z autentycznych postaci "Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej. Prowadziła chór uczniowski. Zmarła tuż po wojnie w Piasecznie w wieku 102 lat. Czy b. uczniowie troszczą się o grób Seniorki Seniorów?

      Wspomnijmy dla kontrastu o najmłodszej swego czasu nauczycielce, Prof. Ziółkowskiej-Wende, która rozpoczęła nauczanie u Asnyka, gdy jej młodsze rodzeństwo (brat i dwie siostry) chodziły jeszcze do szkoły Ona sama uczyła historii. Spotykała się z dość spokojnym traktowaniem przez młodzież, która chciała wciąż widzieć ją jako koleżankę. Nie bardzo dawała sobie radę z klasą. Rada pedagogiczna ingerowała jednak, m.in. przenosząc niektórych uczniów do równoległych klas, a nawet do innych szkół i w ten sposób życie przytarło rogów niesfornym.

      Wychowaniem fizycznym zajmował się początkowo Prof. Tyma, przedkładający sport nad gimnastykę. Kiedy czasem zjawiał się na poranną lekcję w dobrym humorze, pytał: 

"Czy wiecie, co to jest sport?"

      Na milczenie słuchaczy odpowiadał sam: "Wszystko to, co z przyjemnością robi się na świeżym powietrzu". Dopiero wówczas pytano: "Czy z dziewczynkami też", na co padała odpowiedź ostateczna: "Jeżeli z przyjemnością, to też". Przypadł mu zaszczyt prowadzenia popisowej lekcji otwierającej świeżo zbudowaną staraniem rodziców salę gimnastyczną.

      Jego następcą był Prof. Baworowski, przykładający dużą wagę do gimnastyki korekcyjnej: wkładał wiele wysiłku w poprawienie wad uczniów mających zgarbioną postawę itp. Jako harcmistrz zasilił kaliską kadrę instruktorska ZHP.

      I jeszcze kilka sylwetek oryginałów.

      Prof. Mustafa Gębicki, matematyk, był potomkiem rzeczywistej tatarskiej rodziny. Cichy, małomówny, jakby onieśmielony, potrafił walczyć o klasę, której był wychowawcą. W czasie wojny znalazł się we Francji, gdzie wówczas, a i po wojnie, był nauczycielem polskiego gimnazjum w Paryżu. Po powrocie do kraju zamieszkał w Warszawie, gdzie zmarł jako emeryt i pochowany został na Służewcu.

       Prof. Walecki, historyk, wysoki pan z łysiną i binoklami na nosie, przeniesiony został z żeńskiego Gimnazjum im. Anny Jagiellonki. Tam zwracał się pradawnym zwyczajem do uczennic per "Pani". Chciał również do uczniów mówić "Panie". Mylił się jednak w rodzaju gramatycznym i stale pozostawał przy jagiellońskiej "Pani", co budziło wiele sztubackiej radości. Równocześnie rozbrykali się uczniowie zarówno w klasie jak i na korytarzach w czasie pauz. Z żalem i poniewczasie dowiedziano się, że porzucił nauczycielstwo, gdyż nic mógł dać sobie rady z psotnikami. Otrzeźwienie wychowanków przyszło zbyt późno.

      Prof. Marian Wróbel, polonista, był synem komisarza policji w Warszawie i został pobity przez policjantów w czasie demonstracji studenckich. Mimo uszkodzenia kręgosłupa skończył studia i nauczał m.in. u Asnyka w Kaliszu. Był pogodnego usposobienia, za co młodzież bardzo go lubiła. Gdy ktoś z rodziców chciał usprawiedliwić syna za jakieś przekroczenia, mawiał: "Za stary Wróbel ze mnie, żeby dać się nabrać na plewy". Po odejściu od zawodu nauczycielskiego (zły stan zdrowia) poświecił się problematyce szachowej i opublikował ponad tysiąc zadań, zdobywając 430 wyróżnień i 161 nagród, w tym 8 pierwszych. Już w 1925 r. zajął w championacie światowym IV miejsce, a w 1947 i 1949 - I miejsce. Aktywista społeczny w ruchu szachowym, zmarł w 1960 r. w Warszawie.

      Prof. Pstrokoński uczył geografii. Potężnej postury, grzmiał nieraz na lekcjach donośnym barytonem, nie strasząc tym jednak nikogo. Z uczniami, spotkanymi w parku na przechadzce lub nad Prosną na wycieczce, grał w "bary" lub inne gry ruchowe, wykazując mimo zwalistej postaci wiele zręczności. Z czasem, gdy podupadł na zdrowiu, przestał uczyć w szkole, jednak dawał lekcje prywatne.

     Wielkim oryginałem w asnykowskim gronie pedagogicznym był prefekt, ks. Bolesław Osadnik, absolwent teologii studiowanej m.in. w Belgii.

      Nauczanie w zakresie znajomości Biblii, historii Kościoła katolickiego, dogmatyki czy etyki nikło w cieniu innych zajęć prefekta, nazwanego (zasłużenie) "Wielkim Jałmużnikiem" i niestrudzonym organizatorem inwestycji szkolnych. Doglądał osobiście murarzy budujących salę gimnastyczną, kiedy indziej remontujących sanitariaty; zbierał składki na misje afrykańskie, to znów na poznański pomnik Chrystusa Króla - zarówno od katolików jak i wyznawców Mojżesza (w szkole było do 30% uczniów Żydów, z którymi łączyło katolików absolutnie indyferentne koleżeństwo. Konkurując z prefektem gimnazjum im. Kościuszki, finansował dużą orkiestrę dętą, prowadzącą nas co niedzielę 

w zwartym szyku ze szkoły do kościoła.

       Pośredniczył w przydzielaniu korepetycji uczniom wyższych klas, przymawiając się o "porękawiczne" na cele filantropijne. Wraz z Prof. Brokmanową stanowili doskonały przykład, jak wychodząc z różnych postaw światopoglądowych można idealnie (a zarazem w pełni ideowo) współdziałać w pięknym dziele pomocy materialnej potrzebującym tego, niezamożnym uczniom.

      Był jednak czasem zazdrosny o wpływy. Wymagał na przykład, żeby harcerze uczestniczyli w niedzielę obowiązkowo w szkolnej mszy o godz. 10-ej przed południem! To niweczyło harcerski program wycieczkowy, realizowany od wiosny po późną jesień, kiedy chłopcy, respektując świąteczny obyczaj byli na nabożeństwie już o godz. 6 rano, a o 7-ej maszerowali do lasu, by spędzić tam czas do wieczora. Drużynowy oparł się więc żądaniom prefekta, za co ten, nie kryjąc odwetowych intencji, postawił mu trójkę z religii i zmusił w ten sposób do rzeczy niesłychanej - zdawania z niej na bliskiej już maturze. Egzamin został przed komisją złożony celująco, przewodniczący (Dyrektor gimnazjum) zaproponował ocenę bardzo dobrą, ale prefekt zaparł się i wyżej czwórki nie dopuścił.

      Naszkicowaliśmy sylwetki nauczycieli. Teraz na zakończenie, przypomnijmy postacie kierowników gremium pedagogicznego w tych latach.

      Dyr. St. Pacholski, nieodrodny Wielkopolanin, studiował klasykę w Niemczech i przetłumaczył kiedyś imię Władcy Olimpu, Zeusa, na fonetykę niemiecką "Cojs". Cojs stał się przydomkiem tego klasycysty, który objął stanowisko dyrektora od początku upaństwowienia szkoły w 1919 r. Zachował sobie zajęcia dydaktyczne z klasą maturalną, w której przerabiał z uczniami lirykę Horacego, wprowadzając w tajniki różnorodnej wersyfikacji poety. Odszukał melodie, skomponowane przez któregoś współczesnego kompozytora i śpiewaliśmy te horacjańskie pieśni, unisono, zgodnie z obyczajem starołacińskim. Wpajał też w nas cytaty z innych pisarzy rzymskich oraz przysłowia.

      Mieszkał w szkole i codziennie o go­dzinie za pięć ósma do początkowego dzwonka stał w drzwiach wejściowych, napominając niektórych spóźnialskich : "Pamiętaj, że w życiu nie zawsze będziesz miał dyrektora, pilnującego twojej punktualności".

      Był prawicowym demokratą, lubił otwartość działania przy poszanowaniu cudzych poglądów. Gdy rządzący obóz piłsudczykowski próbował wzmóc upadającą popularność Marszałka i zorganizował wysyłanie listów z pozdrowieniami dla niego na Maderę, gdzie wyjechał na urlop, a potem nakazano wszystkim uczniom napisać wypracowanie pt. 

"Dlaczego trzeba kochać Marszałka"

jeden z uczniów napisał, że nakaz takiego kochania jest sztuczny, bo człowiek powinien sam budować swój autorytet. Uczeń został zagrożony wydaleniem ze szkoły i tylko interwencja Dyrektora wybroniła go przed konsekwencjami. Gorzej rozwinęły się sprawy w 1932 r., gdy uczniowie zorganizowali w parku wiec na poparcie protestów studenckich przeciwko polityce ministra oświaty. Bronił uczniów, których parkowe zgromadzenie rozpędziła policja, ale sam został zwolniony z dyrektury i odszedł na stanowisko nauczyciela do innego miasta.

      W 1929 r. wprowadził szkolne mundurki dla młodzieży z kurtkami ozdobionymi na kołnierzu srebrnymi lub złotymi odznakami wysokości uczęszczanej klasy. Zacierało to różnice ubrań cywilnych, odzwierciedlających zamożność rodziców i pozwalało bezstronniej oceniać zdolności i pracowitość uczniów.

      Następnie dyrektorował przez rok Dyr. Wojciechowski, dotychczasowy nauczyciel w Gimnazjum im. Kościuszki. Surowy, niedostępny, nie cieszył się sympatią młodzieży, która w ten sposób manifestowała sympatię do usuniętego Dyr. Pacholskiego.

      Następnie pojawił się znów łacinnik - Dyr. Badzian, bardzo rygorystyczny, ale sprawiedliwy. Zamieszkał przy szkole. Miał trzy córki, w tym dwie w wieku gimnazjalnym. Starsi nasi uczniowie próbowali nawiązać z nimi stosunki towarzyskie. Za wadę uważano stosowanie przez Dyrektora odpowiedzialności zbiorowej klasy za postępowanie pojedynczego ucznia. Wydaje się, że źródłem konfliktu było nie rozróżnianie solidarności od zbiorowej odpowiedzialności.

      Ostatni w okresie międzywojennym, to historyk Prof. Fabrycy, który uczył przez kilka lat w naszej szkole i z czasem powołany został na dyrektora. Legionista II Brygady Legionów, stryjeczny brat inspektora armii gen. Fabrycego, w nauczaniu wprowadził zeszyty do historii, która do tej pory była jedynie przedmiotem ustnym. Trzymał się nieco sztywno, czym zasłużył na przydomek "Sztywniaka". Po przerwie wojennej wrócił na stanowisko dyrektora szkoły, a po dojściu do emerytury zamieszkał w Warszawie, gdzie zmarł i został pochowany na Powązkach.

      Tyle przypomnieliśmy sobie o naszych nauczycielach i wychowawcach, o naszych dyrektorach.

      Czy pominęliśmy kogoś?
      Tak. Był to nauczyciel niemieckiego, który po wybuchu wojny w 1939 r. uzyskał dokument Reichsdeutscha i stanął w szeregu hitlerowskich prześladowców Polaków i tępicieli polskości.
      Sądzimy, że lepiej będzie, gdy pozostanie bez nazwiska.

Jan Werner, Jan Żardecki, kwartalnik "Kaliszanie w Warszawie", nr 4, kwiecień 1993

 

   Ten link przeniesie Cię na górę strony