Fliegende Division!

 

Lotna dywizja.

Żołnierza obowiązuje:

Mobilizacja — to jest pierwszy dzień wojny.

Długie tułanie się z licznemi bagażami domowemi po koszarach: szukanie miejsca spoczynku.

Iluż cywilów-żołnierzy musiało te pierwsze noce spędzić pod gołem niebem, na podwórzach koszarowych?!

Latanina, bieganie, szukanie przydziału — to chaos pierwszych dni wojennych, którego nawet w państwie niemieckiem, w państwie „trwogi i porządku”, nie można było uniknąć. Było wielu takich, którzy, spóźniwszy się o godzinę, dwie, nie zastali już w oznaczonem miejscu swojej kompanji; zmuszeni jej szukać, włóczyli się, zwiększając jeszcze bardziej zamęt mobilizacyjny.

Nieraz oficer, przypadkowo spotkany, kazał na ulicy porzucić ciężkie paczki z żywnością, zabrane na wojnę, na zapas.

Dopiero wtedy taki cywil, pozbawiony balastu, zaczynał naprawdę gończy pościg za swoimi.

Drugiego dnia wojny odbywało się nudne stwierdzanie obecnych, potem wyznaczanie kwater.

Po godzinie znowu zbiórka, znowu wywoływanie nazwisk, rozdzielanie mundurów, pakowanie rzeczy cywilnych.

Pierwszy, wraz z wysyłką tych rzeczy, króciuteńki list do domu; potem odbiór karabinów; kompletny rynsztunek; pierwszy wojskowy posiłek, potajemnie wylany do kubłów i ścieków i pierwsza wspólna żołnierska noc na słomie.

Zbiórki, apele, krótkie musztry i ustawiczne przerzucanie z jednych koszar do drugich — z jednej kwatery na drugą, z jednej miejscowości do drugiej! Zawsze wśród śmiechów i śpiewu niezgranych jeszcze plutonów.

W tydzień później pierwszy Löhnungsappell. Za dekadę jedną markę! Dla ojczyzny i cesarza!

Czasem, w marszu, udało się temu i owemu wpaść na minutę do domu rodzinnego. Gorączkowe żegnanie się ze wszystkimi, uściski, ostatnie pocałunki; doganianie kompanji; zdała dochodzący płacz najbliższych, kiwanie ręką, czy chusteczką, wśród dwuznacznych żartów współtowarzyszy.

Czasem łza staczająca się na wąsy! Ostatnia! Głębokie zadumanie się w sobie.

Po kwadransie: „Lieb Vaterland, mag's ruhig sein"... niosło się już szeroko, drgało na falach powietrznych ściszone, coraz dalej, dalej od domu, od swoich, jeszcze odbite echem, aż wreszcie rozpływające się na ostatniem „sein” w beztroskiej przestrzeni!

Żołnierz zaczynał czuć łączność i pragnienie towarzystwa tylko żołnierzy. Na biwakach wzdychał jeszcze głęboko, ale coraz częściej myślał o jedzeniu, słomie i spaniu.

-----------------------

Przekroczenie granicy nieprzyjacielskiej.

Wsłuchiwanie się w głęboką ciszę, dopytywanie o drogę, o strzały, o armaty!

Notquartier! Kwatera, jak nazywaliśmy, z biedy!

Początkowo łagodne prośby o trochę słomy, o możliwe legowisko.

Później oswajanie mieszkańców wrogiego kraju z kolbą karabinową.

Z Notquartier urządzało się najwygodniejsze podczas wojny locum wypoczynkowe.

W pierwszej wiosce wywieszona biała chorągiew, na znak pokojowego nastroju ludności, ale zamknięte składy miejscowe i deskami zakryte okna.

Mieszkańcy przejęci strachem.

W drodze wejście do kościoła; wspólny dla katolików różaniec, suplikacje i błogosławieństwo księdza.

W kraju nieprzyjacielskim!

Błogosławieństwo na mordowanie, grabież i gwałt!

Dla Boga, cesarza i ojczyzny!!!

A wreszcie, w pół godziny później, pierwsze strzały i krew! Odgłosy kanonady ciężkiej artylerji, dochodzące z odległości 10 km. Blisko prawdopodobnie front.

Ubezpieczenie; wyłamanie długiego płotu i pospieszne, gorączkowe kopanie rowów strzeleckich, ażeby do miasteczka nie dopuścić nieprzyjaciela, obsadzającego podobno sąsiedni most. W nocy pożar mostu, wysadzonego przez naszych i pożar kilku gmachów; dla „oczyszczenia” horyzontu widzenia.

Cała noc spędzona w prowizorycznych szańcach, a rano, o godzinie czwartej, o świcie, zmarznięci, głodni, wycofani nagłym rozkazem, przerzuceni na „drugie skrzydło".

Linja niewidzialnego frontu ciągle się zmienia. W ciągu dnia bezcelowe wędrówki z miejsca na miejsce, by wreszcie na drugi dzień przybyć na pierwotne stanowisko.

Jeden Ruhetag.

Kąpiel w przepływającej rzece.

Popołudniu pogrzeb kolegi-żołnierza, zmarłego wskutek udaru słońca. Nikogo ze swoich na pogrzebie, tylko westchnienia kolegów, krótkie słowa komendanta i trzy salwy.

W nocy nowy wypadek. Patrolka niemiecka zastrzeliła przez pomyłkę żołnierza z własnego oddziału (Sikora z Walentynowa). Rano wymarsz z kwatery, pełnej pchieł i smrodu.

Nawiązywanie utraconej łączności z pułkiem—marsz 30 kilometrowy — długa włóczęga. Słońce przyświeca.

Żołnierzom wydaje się, jakoby, wśród uśmiechającej się do nich złocistej jesieni, szli gdzieś na wielką uroczystość, na odpust. Mimo ogólnego znużenia, humor dopisuje wszystkim.

Na ściernisku: „Halt”; obiad — a potem znowu powrót do miejscowości przed godziną opuszczonej.

Ze względów strategicznych.

Nieprzespana noc przy muzyce wystrzałów armatnich i znowu forsowny marsz... wtył!

Komunikaty o zwycięskiej bitwie i przełamaniu frontu.

3.000 jeńców.

Marsz w kierunku frontu.

W drodze mijamy transport 30 jeńców okaleczonych, zmęczonych. Długie szeregi wozów z rannymi. Wbrew komunikatom, jeńców więcej nie widać, natomiast coraz liczniej spotykani ranni w mundurach armji niemieckiej.

Wkrótce, w czasie marszu, nowy rozkaz.

I znowu przerzucenie na lewe skrzydło.

Fliegende Division!

I ja obecnie należę do tej lotnej dywizji. Jestem bez pułku i bez kompanji!

Dorywczo przydzielony do komp. II. baonu 46 pułku.

Ale takich, jak ja, jest znacznie więcej. Jeden z nowopoznanych kolegów szuka swojego przydziału od trzech tygodni, a teraz już nawet pułku nie może odnaleźć, zgoła oczywiście nie wiedząc, gdzie znajduje się jego kompanja. Przebywa z nami pod Kaliszem i „zbiera" wiadomości. Pułk ponoć wyjechał na front zachodni!

Takich wszędzie chętnie przyjmują. Oni sami zresztą głośno przyznają się do przynależności do tej osławionej już w pierwszych dniach wojny lotnej dywizji.

Oficjalnie nazwą tą oznaczono całą dywizję niemiecką, maszerującą w kierunku miasta Łodzi, przeciwko Rosjanom. Wnet jednak przyjęła się ona, jako określenie wszystkich rozbitków kompanijnych.