Kozacy.

 

„Die Kozaken sind da.

Von Osten zieht die russische Feldartilerie".

Oto dwa urywane, krótkie zawiadomienia, jakie do nas dotarły przez specjalnego wysłańca z Pleszewa.

Miasteczko, położone w prowincji Poznańskiej, a więc nasze, oddalone około 30 kilometrów od Kalisza, zostało zaalarmowane niespodziewanem przybyciem kozaków.

Tą wiadomością zelektryzowani, pościągaliśmy oddziały naszego wojska, porozrzucane po Kaliszu i całej okolicy i w kilka godzin po odebraniu tych wieści, ruszyliśmy w stronę Pleszewa.

Sama wiadomość, przez nikogo jeszcze, poza wysłańcem, nie potwierdzona, wydała nam się nieprawdopodobną; wprost niemożliwa, tem więcej, że wszędzie kręciły się oddziały naszego wojska, którym by nieprzyjaciel nie mógł ujść niespostrzeżenie.

Żadnej dokładnej informacji, żadnego rozkazu, tylko dwie krótkie wiadomości.

Część wojska ruszyła na Ostrów, druga w kierunku Pleszewa.

Już w drodze potwierdzono pierwsze zawiadomienie.

Im bliżej Pleszewa, tem wieści coraz gorsze; sytuacja coraz niepewniejsza.

W dodatku, w miarę zbliżania się do Pleszewa, podawane szczegóły napadu kozackiego podkreślały przedewszystkiem wielką ilość kozaków. Od wystraszonej ludności trudno było dowiedzieć się czegoś konkretnego.

Wszystkich nas natomiast uderzyło, że nigdzie nie spotkaliśmy ani jednego niemieckiego urzędnika. Wzdłuż granicy Prosny, wszystkie strażnice celne, wszystkie posterunki żandarmerji opuszczone. Pocztą pantoflową szerzono pogłoskę, jakoby armja rosyjska otaczała nas półkolem, obejmując obu ramionami, ażeby nas zamknąć w spalonym Kaliszu. Nic więc dziwnego ostatecznie, że nasi urzędnicy, nie mając na wsi, u miejscowej ludności żadnego oparcia i nie mając należytego zabezpieczenia, opuścili placówki, wysławszy już znacznie wcześniej rodziny swoje do Niemiec środkowych.

Wśród zachowania wielkiej ostrożności, zbliżyliśmy się po dwóch dniach do Pleszewa.

Oczywiście, po kozakach już nawet śladu nie było. Naoczni świadkowie opowiadali nam z najdrobniejszemi szczegółami o przebiegu tej wyprawy kozackiej.

Wieczorem któregoś dnia, o godzinie 8.15, zjawił się na rynku pleszewskim konny oddział wojska, złożony z około 30-u ludzi. Niemiecki policjant, wziąwszy ich zdaleka za wojsko niemieckie, powitał ich, salutując i podszedł, ażeby udzielić informacji. Dopiero siłą wzięty między dwa konie, zrozumiał biedak, że to kozacy. Pod groźbą wymierzonych rewolwerów zaprowadził ich na pocztę. Policjanta, odebrawszy mu pałasz i browning, postawili pod murem naprzeciwko poczty, grożąc, że najlżejszy objaw obrony, czy chęć ucieczki, skończy się krwawo.

Rozstawiwszy szybko i sprawnie ochronę, zabrali się do otwarcia poczty.

Ponieważ główne wejście było już zatarasowane, wtargnęli bocznemi drzwiami.

Oddawszy na postrach kilka strzałów wewnątrz gmachu, spowodowali ucieczkę wszystkich urzędników i urzędniczek; te ostatnie, w przerażeniu, szukały schronienia na dachu urzędu pocztowego, skąd głośnem wołaniem i krzykiem alarmowały przechodniów o pomoc.

Oberasistent Doepner i drugi asystent Heinrich nie zdążyli ukryć pieniędzy, przeznaczonych tego dnia na wysyłkę.

Okazało się zresztą, że kozacy byli świetnie poinformowani nietylko co do rozkładu wojska i poszczególnych gmachów urzędowych, ale znali nawet takie szczegóły, jak drogę i czas odejścia poczty wieczornej. Zgóry przygotowani na ewentualne niepowodzenie, w ciągu tych kilkunastu minut pobytu na poczcie rozstawili po dwóch konnych szeregowców na drogach, któremi zwykle odchodziła poczta wieczorna.

Sam gmach urzędu pocztowego, odcięty zupełnie przez ich żołnierzy od miasta, splądrowano szybko, przecinając druty telefoniczne i zabierając ponoć 168.000 marek niemieckich.

Na ulicy przed pocztą zgromadził się już tłum ciekawych; kozacy, z zachowaniem zimnej krwi i największego spokoju, zdołali wypytać się o ilość wojska w Pleszewie; od właściciela sąsiedniego sklepu zabrali kilkaset papierosów, pożyczyli sobie na drogę zegarek i, nim ktokolwiek zdołał pomyśleć o zawiadomieniu miejscowego garnizonu, dosiadłszy koni i wystrzeliwszy z brawurą do wiszącego nad sklepem zegara, zniknęli w zapadającej mgle wieczornej.

Spotkawszy jeszcze tuż za miastem powózkę z jadącym księdzem, jakimś panem i jego małoletnią córeczką, rozkazali im wysiąść, zabrali konie, a wyprowadziwszy ich na otwarte pole, zapowiedzieli im, że otoczą kołem i wszystkich rozstrzelają.

Ksiądz za swoim towarzyszem, w przerażeniu i strachu, przeleżał całą noc w polu. Kozacy, wystrzeliwszy kilka razy w powietrze, zniknęli w mrokach nocy.

Co nas najbardziej uderzyło, to fakt, że kozacy w drodze do Pleszewa przejeżdżali obok wystawionego na przedmieściu posterunku niemieckiego.

Fakt, że w mieście, w którem znajdowały się odwachy wojskowe, niespodziewanie znaleźli się moskale, wzbudził pewne podejrzenia, że prawdopodobnie wśród naszych żołnierzy muszą się kręcić szpiedzy rosyjscy; przypuszczenia te tem bardziej znajdowały potwierdzenie, bo w czasie napadu kozaków na Pleszew, całe dowództwo wojska niemieckiego grało, po wesołej podobno libacji, w karty w hotelu, oddalonym zaledwie o kilkadziesiąt kroków od poczty.

Landrat, urzędujący w gmachu obok poczty, znalazł schronienie wraz ze wszystkimi urzędnikami w ogrodzie, bezpiecznie ukryty w krzewach; wszystkie biura pozostawiono, naturalnie w popłochu, otwarte.

Brak należytej organizacji i dyscypliny.

Dyscypliny przedewszystkiem!

Pierwsze, odniesione nad moskalami zwycięstwa, spowodowały więc raczej jakieś uśpienie czujności wśród obywateli niemieckich:

„Steh ich in finsterer Mitternacht

So einsam hier auf Stiller Wacht".

Tak, podczas gdy my przebywaliśmy w piekle kaliskiem, wśród niebezpieczeństwa, narażając ustawicznie życie w obronie ojczyzny, tu, na najbliższych „tyłach”, panowie komendanci grali w karty i ochoczo zabawiali się w towarzystwie przygodnie poznanych dziewczynek.

A wróg czuwał.

Do miasta, opasanego potrójnemi rowami strzeleckiemi, pilnie strzeżonego, przez którego ulice dzień przed napadem i w dzień po nim maszerowało kilka pułków, zdołał przedrzeć się nieprzyjaciel zupełnie swobodnie, przez nikogo niespostrzeżony i nie powstrzymany.

Ludność cała solidaryzowała się z brawurą kozaków, dowodzonych, jak głoszono, przez wielkiego Budionnego.

Landrat uciekł.

Dowódcy stracili głowę. Jeno mieszkańcy żydowscy widząc, że Polacy przed drzwiami wywiesili obrazy Matki Boskiej, jako jedyny skuteczny ratunek przed rabunkiem kozaków, w mgnieniu oka niemal wykupili w całem mieście wszystkie te obrazy, zawieszając je nad wejściami do składów i mieszkań prywatnych.

Rozniosła się bowiem, niewiadomo przez kogo rzucona, pogłoska, że kozacy są wiernymi katolikami, którzy jawną cześć oddają Matce Najświętszej.

Niemiec w obliczu niebezpieczeństwa pił, albo uciekał, żyd odrazu znalazł drogę wyjścia.

Krótka groźba odjeżdżających kozaków, rzucona kilku mieszkańcom, zapowiadająca przybycie za kilkanaście minut całego pułku, wywołała w mieście taką panikę, że zamiast w pierwszym rzędzie zawiadomić garnizony sąsiednich miast, urzędnicy rzucili się na ratunek własnego mienia i swoich rodzin. Wagony miejscowej kolejki były przepełnione.

Szosą płynęły długie szeregi wozów, na których wywożono w pospiechu zabrany majątek.

Reichsbank, landratura i wszystkie urzędy w przeciągu kilku godzin tej nocy wysłały pieniądze i papiery.

Po naszem wejściu do Pleszewa nie zastaliśmy dosłownie ani jednego urzędnika, no, i ani jednego żyda.

Hańba!

Dla nas moralny policzek za Kalisz.