Kalisz.

 

Mieliśmy dwugodzinny wypoczynek w mieście.

Poraź pierwszy mogłem swobodnie rozejrzeć się po najbliższem otoczeniu, ująć mniej więcej całokształt miasta ogólnie, zgóry, boć trudno ostatecznie w kilku godzinach wczuć się w charakter miasta i do tego takiego miasta, jak Kalisz.

Najbliższe granicy niemiecko-rosyjskiej, typem odbiega od naszych miast granicznych schludnych, miłych i czystych.

Kalisz, miasto dalekiego południowego wschodu. Ulice kręte, długie, przechodzą w ślepe zaułki, ciągną się ciemnemi sklepieniami, pasażami, giną w mroku błotnistych podwórz.

Obok gmachów długich, zakratowanych, rządowych, niskie rudery, niekiedy walące się chaty, pochylone chałupy, w ogród cofnięte, z filarkami na bocznych uliczkach, obdrapane, bez tynku; murki, płotki, parkany bez desek, szalety, a wszystko jakieś zagubione, przygarbione latami gnicia i zmurszenia — strasznie prowincjonalne — nieraz pretensjonalne, a zwłaszcza w dzielnicy żydowskiej — brudne, śmierdzące i otoczone gruźliczno-wegetującemi kwiatkami w doniczkach, korytkach. Zapach zgnilizny, kotów, psów i o! o! o! wszędzie cebuli, cebuli i ostrego czosnku. Przelotnie, gdzieś dojrzeć można jakiś domek prosty, kształtny, o możliwym frontonie.

Czasem to i owo zarwie gdzieś zdaleka bliskim zachodem, kulturą. Pozatem zaułki portowe Neapolu, przedmieście Aten, i w pełni żebracza dzielnica Konstantynopola. Warunki higjeniczne jaknajgorsze, właściwie — żadne.

I tak bezmała wszędzie, zarówno w domach prywatnych, jak i urzędowych.

Zdobywaliśmy prochownię. 1 tu ten sam brud, ten sam smród walał się po stołach, po zakurzonych szafkach. Porozlewane płyny, leżące niedopałki, papiery, kilka obrazków na ścianie, portret brodatego cara Mikołaja II, popstrzony od much i nieład, jakby Rosjanie zlali się z jeruzalemskimi żydami.

A przecież miasto bogate. Fabryki, garbarnie, młyny, banki, instytucje, zakłady, szkoły świadczą o finansowem rozwoju miasta, o magnaterji mieszkańców. Tylko ten brak inwencji, rzutkości, poczucia ładu i składu.

Zaszliśmy do kilku domów. Stan posiadania mieszkańców duży. Mieszkania prywatne urządzone niedbale, ale z pewnym komfortem, nawet smakiem. Pokoje małe, wąskie, stąd przeładowanie meblami, sprzętami i srebrem.

Dziwne, a jednak tak: srebrem!

Srebrne kandelabry, złocone sztućce, zastawy, na wierzchu na stołach, szafach, szafkach, stolikach, komodach, ukryte w drugim dniu wojny pod łóżkami, w siennikach, piecach, tajemnych skrytkach, pod schodami, zakopane w piwnicach i ogrodach.

Bogactwo i brud!

Dwie rozbieżne potęgi: pierwsza — klucz, otwierający bramy spokojnego życia!

Druga — niechlujstwo, choroby, gangrena społeczeństw południowych, duszenie się w pełni życia, konanie bez powietrza!

Ohyda!

Bogactwo i brud!

W zestawieniu zwycięża brud, panoszący się wszechwładnie. Bogactwo — jakby niepotrzebne. Ludzie nie umieją go zużytkować, wykorzystać. Puszczają w ruch olbrzymie machiny, pomnażają pieniądze, wzrasta byt materjalny, ale życie pozostaje wtyle, wlecze się ociężale, jakby zbyteczne, zapomniane.

Bogactwo!

Teraz, w dniach wojny, bezpańskie, walające się po śmietnikach, błyszczące wśród trupów, niczyje!

Nie! Nasze — zwycięzców! Mamy prawo. Ale co z tem robić?

Złota, srebra, wspaniałych misternych świecidełek taka ilość, takie mnóstwo, że wagonami możnaby wywozić. Zabieramy to i owo, drobnostki, czasem pierścionek, małą kolijkę, złotą broszę, bez celu, tak sobie, na pamiątkę.

Bo i poco? Pójdziemy dalej; dźwigać w kraj obcy ten ciężar? Zapychać kieszenie i plecaki i nieść w pocie sierpniowych gorących dni?

Głód króla Midasa!

Wysyłać mogą oficerowie. Niektórzy korzystają, ładują na szerokie wozy, co się da. Jadą wozy, na nich zbieranina: fotel głęboki, stylowy, obok zwyczajna deska stołu kuchennego, wspaniały materac, na nim niekształtne stoliki, ciężkie, kute skrzynie, meble, szafy, graty niewiadomego użytku.

Słusznie! Mają, pozbawione właścicieli, gnić na słocie nadciągającej jesieni? Służyć za posłanie psom, kotom, lub paść łupem okolicznych hijen, żerujących na nieszczęściu bliźnich?

Kierunek Ostrów via Skalmierzyce. Tam czekają żony oficerów. Panowie-mężowie sami pilnują ładowania, pomagają, krzyczą, klną. Prędko, prędko, nerwowo. Dziś. Koniecznie dziś. Za godzinę, dwie, dzień, może być zapóźno...

My, szeregowcy, mało bierzemy. Ten i ów chwyci coś, obejrzy, przyniesie do obozu, jeszcze raz zbada, zważy w ręku, pomyśli długo i odrzuci. Inny zapakuje, papierosami przekupi kursorów między Kaliszem i Ostrowem i wyśle do... ojczyzny.

O ojczyzno! Matki! Siostry! Lieschen, Gretchen, Friedchen, Trudchen — gdybyście wy wiedziały?!

Szukajcie! Na lichtarzach srebrnych, na atłasowych siedzeniach zdobycznych foteli, na złotych pierścionkach szukajcie łez i śladów krwi. Znajdziecie.

Są kamienie, które hartują stoczoną łzę; są perły, które, odbite w wieczornem świetle kinkietów balowych, błyszczą krwawo, krwią splamione. Naszyjniki, które palą gołą szyję — kolje zimnym dreszczem przejmujące piersi. Zdjęte z trupów. Zdarte z nagich, zbroczonych ramion.

Gdybyście wiedziały!

Ale wy się nie domyślacie. Intuicja wasza jest bezmyślnością bawiących się lalek. O matki, siostry, kochanki!

-----------------------------

Papiery, pieniądze, jedno ubranie, glejt od Preuskera i — odjazd. Bez łez, bez oglądania się na ojcowiznę.

Byli przecież rodakami, obywatelami niemieckimi.

A w dwie godziny później już grały armaty. Szedł ogień huraganowy na śródmieście, drżały wypadające szyby, waliły się pierwsze dachy i kominy. Pogrom — pierwszy objaw wojny.

Naszych już w mieście nie było.

A żydzi, Polacy?

Późno zorjentowali się w sytuacji. Ratowali mienie własne wówczas, gdy płonące krokwie spadać zaczęły na pochylone karki, gdy w pierś trafiała kula i płynęła krew.

I znowu straszna niezaradność, brak energji, zamarłe życie. Zato szli teraz, szli gromadnie, w popłochu, z płaczem wśród jęku. Uciekali w nocy, przez ogrody, tylne wyjścia, narażając się wskutek przekroczenia przepisów o stanie oblężenia na nowe szykany, na kule. Każdy schwytany w nocy — to szpieg. Najgroźniejszy wróg!

Kula w łeb. Bez sądu. Bez skrupułów.

---------------------------------

Wpadliśmy w nocy, około godz. 11-ej do domu kupca polskiego. Rewizja, poszukiwanie. — Nic nie znaleźliśmy! Była matka i córka, lat może 15, może więcej. Mąż i ojciec nieobecny. Podejrzany był o uprawianie szpiegostwa na rzecz Rosji. Na pytania, obie odpowiedziały z płaczem, że zginął; wyszedł wczoraj i więcej nie wrócił. Jeden z towarzyszy zabrał się ostro; kazał ręce podnieść w górę, poświecić we wszystkich pokojach. Nic. Patrzeliśmy pod łóżka, przerzuciliśmy szafy, nie było go. Feldwebel nawymyślał im i już zabieraliśmy się do odejścia. Wyszliśmy z sypialni do pokoju jadalnego. Wówczas, w progu już, dostrzegłem w oczach dziewczyny jakiś błysk, ulgę, lekkie odwrócenie spojrzenia w kierunku sypialni. Zauważyła, że ją obserwuję. I nagle, jakby złapana na gorącym uczynku, przypadła do moich kolan z jękiem, okrzykiem: „Nie. Ojca niema, poszedł, zginął, umarł, ale go w domu niema. Idźcie panowie, nie męczcie nas. Zlitujcie się nad matką moją".

Zdradziła się. Hans, stojący nieco z boku, w cieniu świecy, dojrzał moment wahania — ulgi, chwycił ostrem spojrzeniem zapamiętanie jej wzroku. Przypadł, odepchnął brutalnie, wyrwał starej świecę i wpadł do sypialni. Okrzyk dziewczyny, załamanie rąk matki, kazały domyślić się reszty. On był tam, w pokoju. Szukaliśmy długo, starannie. Wreszcie, wśród przekleństw, Otto chwycił starą za ramię, wrzeszcząc, by pokazała kryjówkę męża. Krzyk, bolesne szamotanie, targanie za włosy i jakieś ciężkie: Jezu, Jezu!

1 wówczas stało się, czego nikt z nas się nie spodziewał. Z szafy, tej szafy, którą Hans tak skrzętnie zrewidował, wyskoczył wysoki mężczyzna, z czarną bródką, odepchnął Ottona od żony i rzucił się ku nam, zdumionym: „Jestem, bierzcie mnie, ale nie znęcajcie się nad bezbronnemi kobietami"!

Za szafą, była druga w ścianie, niewidoczna, tam siedział ukryty.

Zdradził go nerwowy ruch córki.

Sprowadzono ich do Preuskera. W pół godziny później, wyprowadzeni za miasto, pod wiatraki, obok dział, rozstrzelani oboje: mąż i żona.

Córkę trzymało dwóch żołnierzy. Chciała iść pod kule. Darowano jej życie. Widziała śmierć rodziców. Puszczona, osunęła się na ziemię. Zemdlała. Mówiono później, że poszła naprzełaj przez pole; — na trupy rodziców nie spojrzała.

Wyrodne dziecko?!

Nazywała się Maszyńska, może Muszyńska.

--------------------------------

Tymczasem rozkazy nadchodziły coraz to inne.

Zrazu chaotyczne, później dopiero zaczęły się lepiej układać. Wreszcie, po kilku dniach pobytu wśród wroga, wyczuwaliśmy już dokładny plan rozkazu naszego dowództwa.

Pierwsze strzały były zmieszane, nierówne.

Świst ich jakoś głucho odbijał się o mury tego nieprzyjacielskiego miasta.

Była w nich nerwowość żołnierza - człowieka, który strzelał jeszcze do człowieka; nie nauczył się w nim odróżniać wroga.

Nie nauczył się jeszcze strzelać do ludzi, jak do zajęcy: ot, dla zabawki nieraz: trafię — nie trafię.

Kule są.

Widzieć nie będę.

A sumienie?

Przygłuszyła je wrzawa pierwszych dni.

Elastyczne, jak u znacznej części żołnierzy, nie dopominało się o prawa sprawiedliwości.

Zresztą ta sprawiedliwość była zgóry zasugerowana oficjalnym komunikatem o rozstrzelaniu przez mieszkańców Kalisza dziewięciu naszych żołnierzy.

Byliśmy więc już nietylko bezmyślnemi pionkami, posuwanemi ręką dowódcy.

Staliśmy się mścicielami.

Wieść o podstępnem zamordowaniu kamratów wzbudziła w sercach naszych nienawiść do „polskich moskali".

Z zadowoleniem też przyjęliśmy wiadomość, że major Preusker nałożył na miasto wysoki haracz.

Nadto w komunikacie, wydanym do mieszkańców groził, w razie nieujawnienia sprawców śmierci tych dziewięciu, rozstrzelaniem każdego dziesiątego mężczyzny.

Spodziewaliśmy się buntu.

Przygotowani na najgorsze, czekaliśmy.

W tym dniu przed południem odchodziła poczta. Wszyscy niemal wysłaliśmy listy i kartki do swoich najbliższych; ostatnie, zdawało się nam, słowa pożegnania.

Po dwugodzinnym odpoczynku otrzymaliśmy rozkaz posunięcia się w kierunku śródmieścia.

W mieście, jak dnia poprzedniego, panował właściwie spokój; czuć było jednak pewne rozdrażnienie.

Na jednej z ulic widniały barykady, ustawione z wyrwanych kamieni kostkowych.

Niespodziewanie zaczęła się strzelanina.

Dwa karabiny maszynowe, ukryte za barykadą, w nerwowych odstępach wyrzucały pociski, które, świszcząc i bzykając, odbijały się o mury, nie wyrządzając nikomu szkody.

Pod osłoną karabinów weszliśmy na rynek.

Przed głównem wejściem do ratusza leżało kilku ludzi; twarzą do ziemi; sami mężczyźni; widać to było po obrośniętych, obnażonych nogach. Wszyscy byli w koszulach tylko. Jeden z nich, podobno prezydent miasta, ustawicznie poruszał głową. Siwe włosy kręciły się w miarę przesuwania głowy. Na niego przedewszystkiem baczną uwagę zwracał strażnik.

Mówiono nam później, że w celu ułatwienia zakładnikom tej niewygodnej pozycji leżenia na brzuchu, dopomagano im uderzeniami karabinów.

Raz w głowę kolbą i leżał godzinę spokojnie, bez odwracania się i podnoszenia głowy! Wygodnie!

Trudno! Prawo wojenne!

Nieprzyjaciel we wrogim kraju! Inaczej nie wolno nam postępować.

Wprawdzie niektórym z nas wydawało się, że układanie żywych choćby i nieprzyjaciół razem z krwawiącemi trupami, może być jednak przykre. To tortury XX wieku. Tortury moralne, gorsze od średniowiecznych skomplikowanych łóżek męczeńskich i krzeseł kurczących.

Przemawiało za nami prawo zwycięzców. Może jednak, tak nam się zdawało, było ono źle zastosowane? Może jego forma była nieodpowiednio wyrażona?

Powiedział nam dzisiaj komendant naszego plutonu, że nie umiemy czuć się jeszcze żołnierzami - zwycięzcami.

Ma rację! Potrzeba nam ćwiczeń, wiele ćwiczeń praktycznych.

Za mało wojny!

Każdy nasz powrót do miasta miał odtąd być nacechowany nową falą rozstrzeliwań, nową, prawdziwą okupacją miasta.

Za nieposłuszeństwo! Za cichy bunt!

Za śmierć kolegów!

Z naszych kilku poległo. Nikt nie wiedział, kiedy i jak. Znaleziono ich zwłoki z twarzami sinemi, jakby przejętemi grozą śmierci. Wyłupiaste oczy, wygałuszone były jakby poprzez mgłę. Zdawało się, że leżą zwaleni na ziemię wódką, zmożeni snem. Ale małe, ledwo widoczne czarne otwory, u jednego na plecach, u innego na głowie, u tamtego znowuż na piersiach i niewielka pod ciałami kałuża zakrzepłej krwi, powiedziały o wszystkiem.

Nie żyli! Padli na posterunku! Zginęli!

Bohaterzy!

Uroczyście i manifestacyjnie odbyło się złożenie ich zwłok do grobów na miejscowym cmentarzu.

Dowódca von Kirchbach żegnał ich w imieniu ojczyzny, stroskanej rodziny i współtowarzyszy:

„Poszli, — tak mówił, — pierwsi.

„Cześć im!

„Pionierzy naszych zwycięstw, ofiary barbarzyństwa nieprzyjacielskiego. Pamięć o nich nie zginie. My, pozostali, pójdziemy pomścić ich śmierć bohaterską.

„Za życie ich wziąć musimy życie podwójnej, potrójnej liczby wrogów. Towarzysze! Pamiętajcie!

„Żegnajcie umarli! Cześć wam!"

Przemówienie to wywarło na nas głębokie wrażenie. Salwa, oddana nad grobem zabitych, zbudziła nas z odrętwienia.

Usłyszeliśmy hasło do boju.

Szliśmy mścić śmierć tych dziewięciu. Tak bywa zawsze.

Wojna, raz zaczęta, sama dostarcza powodów do wzajemnego zabijania się, do mordowania, do grabienia, do palenia.

Żołnierz, zrazu pionek tylko, w ogniu nieprzyjacielskim zatraca swoje człowieczeństwo, ale życie swoje chce drogo oddać i życie to umie cenić.

Zmieniło się wiele. Cała sympatja jaką skrycie niejeden z nas obdarzał nieszczęśliwych mieszkańców, ustąpiła nienawiści. Śmierć towarzyszy rozpętała w umysłach żołnierskich pragnienie zemsty, głuchą chęć odwetu.

Odtąd każda istota ludzka, spotkana na ulicy, była wrogiem, dla którego mieliśmy tylko kulę w zapasie. Każdy dom był fortecą, w której czaiły się wrogie nam siły. Szliśmy zdobywać! Nieśliśmy śmierć.

Żołnierz zapomniał się, szedł naoślep, szedł zadawać cios po ciosie. Szedł grabić i niszczyć wszystko, co nosiło ślad własności wroga. Pchał naprzód, pędził, podżegany słowami dowódcy, oszołomiony wódką...

A tam, z cmentarza wołały na niego świeże mogiły.

Zdala, z chat wiejskich odległej Wirtembergii szły do niego szlochy opuszczonych rodzin...

„Za mało trumien Polaczkowie!"

„Braknie ich dla was!" — wołał Hans, gdyśmy mijali skład z trumnami.

Nie starczy, nie starczy Polaczkowie! Ani dla was, ani dla waszych shańbionych żon, ani dla dzieci. Niech z wodą popłyną wasze trupy, niech psy rozniosą wasze kości!

Za naszą krew! Za naszych bohaterów.

Tak myśleli wszyscy żołnierze-Niemcy.

------------------------------

Jednego popołudnia komendant Preusker wydał rozkaz do mieszkańców, nakazując otwarcie wszystkich składów. W mieście rozniosło się już pewnie echo przemówienia na cmentarzu dowódcy von Kirchbacha. Kupcy, jakby przeczuwając jakiś podstęp, niechętnie podnosili ściągnięte żaluzje. Lotne patrolki, rozrzucone po śródmieściu, czuwały jednak nad wykonaniem rozkazu. Gdzie nie pomogły słowa, skutecznym był topór. Kilka ciosów w zamknięte drzwi i wnet ukazywał się brodaty żyd, któremu zwykle, dla nastraszenia, zabierało się kilka cenniejszych drobnostek. Ot, nie dla grabieży, ale z pustoty żołnierskiej.

Pod wieczór miasto przybrało dość normalny wygląd. Tu i ówdzie ślady kul karabinowych; tam znowuż jakby zeschła krew, ale poza tem ruch, jak zwykle. Ulice ożywiły się trochę. Ciekawe panie załatwiały nawet swoje codzienne zakupy. Chodziły po sklepach, jakby pragnęły stwierdzić, czy nie zabraknie produktów żywnościowych. Tu i ówdzie, w sklepach sukienniczych, rozbiwakowali żołnierze. Takie składy kobiety skrzętnie omijały. Zmuszone do wejścia, z grozą patrzały na zamykające się za niemi drzwi, na rozrzucone wewnątrz sukna... Niektóre wychodziły po długim czasie, dziwnie podniecone, ze sztukami towarów...

-------------------------------------

Wypadki kaliskie rozgrywały się z błyskawiczną szybkością. Walka była nierówna. Z jednej strony my, najeźdźcy, z drugiej strony 60-tysięczny tłum mieszkańców, idący, jak barany, na rzeź. Czasem okrzyk grozy, przeciągły, długi; czasem chrapliwe rzężenie. Poza tem nic, najmniejszego bodaj odruchu samoobrony.

I to było męczące.

Walka zamieniła się w rzeź. Piętrzyły się stosy trupów, cuchnąc na słońcu, śmierdząc uchodzącą krwią.

Na rozkaz komendanta wyprowadzono w kierunku dworca około siedmiuset ludzi, samych mężczyzn.

Konwojenci oświadczyli zakładnikom, że od spokojnego zachowania się mieszkańców, pozostałych w mieście, zależy ich życie. Moralna groźba zawisła nad głowami zakładników. Szli w głuchem milczeniu, z głowami pochylonemi. Tylko niespokojnie rzucane raz poraz spojrzenia zdradzały burzę wewnętrzną, straszną męczarnię, obliczanie tego „dziesiątego", skazanego na rozstrzelanie.

Nagle, od strony miasta, padł strzał rewolwerowy. Konwojenci bez namysłu oddali salwę do zakładników, którzy w tej niemal samej chwili rzucili się na ziemię. W ostrym galopie nadjechał Preusker i z miną, która zbyt wiele kazała się domyślać, zaczął krzyczeć na żołnierzy:

„Himmelkreuzdonnerwetter! Halunker! Czego strzelacie? Kto wam kazał? — Kreuzdonnerwetter!"

A żołnierze, pierwszy raz od czasu opuszczenia przez nas koszar, żołnierze roześmiali się niedyskretnie wobec przełożonego. Spoglądali na siebie porozumiewawczo...

Preusker odjechał.

Zakładnikom oświadczono, że będą rozstrzelani. Feldwebel kazał im zrobić rachunek sumienia.

W grupie zakładników było kilku księży katolickich i kilku rabinów. Zaczęli oni wypełniać swój obowiązek kapłański. Na twarzach zarówno ich, jak i ich penitentów malowało się zmęczenie.

Spowiedź w obliczu śmierci!

Czyż wielki Bóg nie musi grzechów odpuścić? W takiem położeniu?

Zamiera wówczas w człowieku całe jego życie dotychczasowe. Jak w kalejdoskopie przesuwają się wypadki tego życia.

Potem przychodzi głębokie zrozumienie jego treści i wielka, wielka rezygnacja.

Bóg wysoko, a śmierć tuż czyha, wyszczerzając długie zęby...

Dziwiliśmy się, że żaden z zakładników nie umarł, nie zemdlał nawet. Ze strachu, z grozy nadchodzącej śmierci. To nas, zamiast wzruszyć, rozwściekliło.

Z rozkazu Preuskera wyprowadzono wszystkich zakładników do Szczypiorna. Ale nasz komendant mądry, chytry! Znał naturę ludzi; kombinował; obliczył, że potęgujące się zmęczenie ciała, zdoła i ducha znużyć.

Czekał!

Kazał zakładników sprowadzić tą samą drogą koło dworca kaliskiego. Czekał ciągle, czekał na przyznanie się do winy. Zrozumieliśmy: komendantowi chodziło o ślady. Chciał usłyszeć od zakładników jedno tylko słowo: „strzelaliśmy".

Zrozumieli i zakładnicy. Przejrzeli plany Preuskera. Niewiadomo, czy nic nie wiedzieli, czy też pragnęli prawdę zataić. Milczeli.

A Preusker ciągle jeszcze czekał i liczył na zmęczenie.

Ustawiono zakładników pod wiatrakami... celem rozstrzelania. Minuty oczekiwania na strzał stawały się coraz dłuższe, męczące zarówno dla jednej jak i dla drugiej strony.

Setki ludzi, z pozornym spokojem, patrzało w wymierzone lufy karabinów; mała garstka rozstrzeliwujących z biciem serca obserwowała zachowanie się dowódcy.

Nadjechał Preusker. Widać było, że postanowił rzucić na szalę ostatni atut: przemówić do kobiet, matek i żon...

Wybrał jednego z pośród zakładników i wysłał go do miasta, ażeby oznajmił mieszkańcom, że wszyscy zakładnicy będą rozstrzelani za strzelanie do żołnierzy, jeżeli nikt dobrowolnie do winy się nie przyzna.

-------------------------------

Część zakładników zwolniono. Pozostałych ulokowano w wiatrakach. Oznajmiono im, że będą spaleni.

Zamknięci przez trzy dni z rzędu, storturowani moralnie, wygłodzeni, tłoczyli się jeden przy drugim, wstrząsając się za każdym odgłosem z zewnątrz. Żadnej łączności, żadnej wiadomości o bliskich rodzinach. Nic, zgoła nic. Tylko ciężkie dudnienie wokół całej ziemi kazało im się domyślać, że z armat strzelają. Strzały padały coraz częściej i coraz pewniej.

Preusker biegał jak opętany. Pomylił się w swoich rachubach. Liczył na zmęczenie ciała, ale nie przewidział twardej wytrzymałości ducha.

Trzeciego dnia wyprowadzono zakładników i popędzono, nie każąc im się oglądać, w kierunku Skalmierzyc. Obaj z Hansem należeliśmy do konwoju. Przydzielono nas do podoficera Hirschmanna, znanego z okrucieństw. Na jego rozkaz ulokowaliśmy zakładników w wagonach bydlęcych. Musieli stać z rękami wzniesionemi nad głową. Najlżejsze opuszczenie rąk, odruch zmęczenia, wywoływały tysiączne pioruny ze strony podoficera, częściej plucie w twarz.

Zakładnicy podlegali prawom wojennym. Odwieźliśmy ich do Ostrowa. Oddani kolegom koszarowym, doznali jeszcze podobno wiele przykrości ze strony oficerów i ich żon. Później wywieziono ich do Poznania.

--------------------------------

Indagacje Preuskera były daremne. Pytania, kto strzelał, czy nie żydzi? A może młodzież polska? — rozbijały się o mur milczenia.

Jedna tylko była możliwa odpowiedź: prowokacja!

W południe już tego dnia zaczęła się ostra strzelanina. Równo, miarowo, jak na ćwiczeniach podczas ostrego strzelania. Żołnierz już nie otwierał zamku karabinowego nerwowo, z drżeniem rąk Odezwała się w nim karność.

Pierwsze strzały przygłuszyły gwałtowne bicie serca. Teraz szło inaczej. Za każdorazowem „Feuer" rozlegał się huk, ukazywał się dym, który na chwilę przysłaniał cały widok. Potem słychać było tylko długie, przeciągłe wićć, wićć ś-ś-ś, wreszcie głuche krrrapp; to kule uderzały o mur. Odpadał tynk. Jęczały rekoszety, i nieraz odbite, spłaszczone, o podrapanej powierzchni, staczały się do naszych stóp. Następowało w międzyczasie tępe trzaskanie zamkami karabinów. Łuski wyskakiwały momentalnie; powtórny trzask, zamknięcie i nowe strzały. Cała ta, niewiele skomplikowana praca, odbywała się błyskawicznie, spokojnie i mechanicznie.

Pojedynczym, miarowym salwom karabinów towarzyszyło trajkotanie karabinów maszynowych. Ukryte za barykadami odzywały się raz po razie z przerwami, grając całą gamą nieskoordynowanych tonów, świszcząc przeciągle, to jęcząc, to urywając na chwilę, by znów odezwać się jakiemś równiejszem ta-ta-ta.

Cudowne maszynki. Śmialiśmy się do nich, do ich rozgrzanych luf, do ich błysków.

----------------------------------

Trąbki alarmowe wezwały nas do natychmiastowego opuszczenia miasta. Była godzina jedenasta wieczorem; miasto wydawało się pogrążone we śnie. Wiedzieliśmy jednak, co znaczy taka cisza. Należało obawiać się ataku ze strony mieszkańców. Cicho cofaliśmy się w stronę dworca, by pod ochroną armat zająć pozycję przygotowawczą. Ciemne ich paszcze ziały oczekiwaniem; nie widzieliśmy ich, ale raczej przeczuwaliśmy ich obecność. Za bardzo byliśmy bowiem spokojni. Instynkt żołnierski, ten instynkt ściganego zwierza, kazał nam domyślać się, że, stojąc pod pełną bronią przy wiatrakach miejskich, znajdujemy się w obrębie bezpiecznego zasięgu naszych dział.

Nie wiem dlaczego, ale ogarnęło mnie w tej chwili jakieś dziwne roztkliwienie. Czułem, że obejmują mnie niewidzialne ręce, które niosą ukojenie. Spragniony byłem snu. Może to całodzienne czuwanie w mieście dało nam się tak we znaki?

Nietylko ja taki byłem; moi towarzysze również byli jakby senni, niezadowoleni.

Ta cicha, ciepła noc sączyła w duszę niezrozumiały pokój. A może tęsknicę?

Jarzyły się mdło światełka niebardzo odległego miasta, a nam zdawało się, że to błędne świetliki snują się po nocy i wypatrują bladych twarzy zamordowanych?!

Preuskera nie widzieliśmy od rana; tylko jego adjutant przybiegał raz po raz do naszego prowizorycznego obozowiska w mieście, zrywał krótkim rozkazem wszystkich na równe nogi, kazał stać z karabinem przy nodze, stać, długo stać w rozprażonych promieniach sierpniowego słońca, Adjutant kręcił się, to przystawał, jakby wyczekiwał kogo, to nadsłuchiwał...

Najdrobniejszy ruch któregoś z żołnierzy nie uszedł jego uwagi. Natychmiast słyszeliśmy ostre, jakby monosylabowe „Stillstehen". Widzieliśmy jasno, że jest zdenerwowany. Przywykli do karności, zaczęliśmy się wreszcie sami niepokoić. Częściej padało „Ruhig da", Adjutant gniewnie rzucił okiem na żołnierza, oprowadzającego jego konia, wreszcie po godzinie milczenia, bez słowa skoczył na konia i wnet zniknął na zakręcie ulicy.

Spojrzeliśmy jeden na drugiego; nasz długowąsy feldwebel podkręcił wąsa, zapalił papierosa i skinął przyjaźnie na nas.

Jakoś raźniej zrobiło się nam na duszy, chociaż nie mogliśmy pojąć, z jakich powodów nasz bezpośredni przełożony nie ver Auchtuje dzisiaj, a tylko uśmiecha się. Czuliśmy, że pobyt w tem dziwnem mieście, wspólność niejasnej sytuacji więcej nas zbliżyła, bardziej zespoliła. Już przedtem byliśmy złączeni, ale teraz te węzły jakoś zacieśniły się. Staliśmy się jakby członkami jednej rodziny, której patrjarchą był nasz feldwebel, a członkami my gemeini.

Teraz, gdy stoimy zdała od miasta, znowu z karabinami przy nodze, wyciągam mój pamiętnik i spisuję wydarzenia dnia. Właściwie nie wiem poco piszę. Towarzysze śmieją się ze mnie. Naprzykład w tej chwili: Noc ciemna, tylko gwiazdy świecą, jesteśmy wszyscy ogromnie zmęczeni i wyczerpani; zgromadzona cała kompanja czeka niecierpliwie na hasło spoczynku. Tu i ówdzie kopci mdła lampa żołnierska. Towarzysze jakoś niechętnie opowiadają sobie o przeszłości, a ja piszę. Piszę na plecach Hansa, mojego druha z Lipska. Hans trzyma w jednej ręce zamkniętą ręczną latarkę naftową, drugą opiera się o karabin. Muszę czasem przerywać pisanie, bo Hans niewiadomo czego rechoce, potrząsając ciężkim plecakiem. Towarzysze też się śmieją. Nazwali mnie dawniej, gdyśmy przebywali jeszcze w Ostrowie w koszarach, poetą. Napisałem wierszyk „Lieb ich dich Elli und küsse dich". Dałem im na budzie. Podobał się ogólnie i już w kilka dni później cały nasz pluton wesoło rozbrzmiewał tą piosenką, śpiewaną zresztą na grubo naciągniętą melodję „Ich hatt einen Kameraden". Było nam wówczas dobrze i wesoło. Od tego czasu wszyscy już wiedzą, że piszę pamiętnik, Ale czy to pamiętnik? Sam nie wiem. Takie luźne żołnierskie uwagi. Hans mówi, że to dla Heli.

Co do Heli: jest to dziewczyna w Lipsku; uczęszcza do 6-ej klasy liceum żeńskiego. Młoda, pewnie 17-letnia, o czarnych oczach, które tak głęboko na mnie zawsze patrzały. Poznałem ją w szkole. Przypominam sobie, gdy pierwszy raz przełożona tego liceum przedstawiła mnie we wszystkich klasach jako gimnazjallehrera, który ma wykładać język niemiecki i historję w wyższych klasach. Hela była wówczas w klasie 5-ej. Byłem trochę nieśmiały, i wiem, że często, wchodząc do klasy, rumieniłem się. Oczy, ciemne oczy Heli, siedzącej w kącie w ostatniej ławie, drażniły mnie. 1 do tego to dziwne jej nazwisko: Jewlonsky. Zawsze sprzeczała się, że nie nazywa się Jewlonsky, tylko Jewlonska. Podobno Polka, chociaż nigdy się z tem nie zdradziła.

Dziwnym jakimś zbiegiem okoliczności zainteresowałem się nią. Ona uczenica, ja jej nauczyciel. Widziałem, że polubiła mnie. Nie mogłem tylko pojąć, dlaczego mnie tak unikała. Powiedziałem jej to raz w cztery oczy w klasie podczas przerwy i zapytałem, czy to prawda, że ona jest Polką. Tak jakoś na mnie spojrzała; zdawało mi się, że te czarne źrenice więcej się rozszerzyły, potem jakby się wyprostowała i...

-------------------------------

Preusker przyjechał.

-------------------------------