Major v. Preusker.

 

Na siwym koniu, buńczuczny, dumny, rozkazujący. Major v. Preusker.

Wejście jego odbyło się bez żadnego wypadku. Odetchnęliśmy.

Był wódz — którego znają żołnierze i który zna swoich.

Zajął miasto; ulokował się w hotelu Europejskim. Wydał rozkazy. Zażądał dostarczenia kawy, mięsa i chleba dla ludzi — furażu dla koni. Szybko i sprawnie.

Pod grozą rozstawionych już w mieście karabinów maszynowych. Najlżejszem drgnieniem powiek nie zdradził się, że spokojna postawa mieszkańców zaskoczyła go.

Dopiero po wydaniu pierwszych rozkazów zagłębił się w plany. Szukał punktu zaczepienia dla swoich zamiarów.

Chciał działać.

Zatracił się w sobie — zapomniał o uciekającym moskalu i widział jeno przy sobie rozpalone twarze znienawidzonych Polaków.

Postanowił uciec się choćby do subtelnej, niedostrzegalnej prowokacji.

Wydał odezwę w formie ciężkiej, niemal obraźliwej.

Ogłosił stan wojenny.

Odesłał furaż, podobno zatruty.

Pienił się, złościł i szukał — ciągle szukał jakiej myśli — planu, któryby w oczach świata usprawiedliwił jego wystąpienie.

Pierzchły wnet obawy.

Odpowiedzialny był tylko wobec cesarza, a nie wobec świata, cywilizacji i kultury.

Szedł przecież zwyciężać!

Przystąpił do wykonania swoich zamiarów.

Nałożył 30.000 rubli kontrybucji na mieszkańców.

Tym pierwszym czynem zaznaczył, że jest w kraju wrogim — wśród nieprzyjaciół.

On, zwycięzca, silną rękę dumnie kładzie na miasto, ujmuje w nią życie i mienie mieszkańców.

Zamyślił się.

Rzucił się, jakby przed zbudzonem sumieniem.

Zagasła w nim dusza krzyżackiego majora.

Ale wnet pogrążył się w wizjach cudnej przyszłości.

Ujrzał się, po ukończonej wojnie, otoczony przyjaznemi twarzami, ozdobiony orderami zasługi, jako ten, który z pierwszych najpierwszy szedł torować drogę.

Ordery błyszczały chwałą zdobywania — spojrzenia przyjaciół wyrażały hołd i uwielbienie.

Zwycięzca! Bohater!

Ocknął się.

Przebudził i ujrzał szarą rzeczywistość.

Plan dojrzał.

Wyprowadzić hufce na bój! Rechotać każe karabinom — grzmieć armatom. I bić, bić — mordować, i palić, i niszczyć, i grabić!

Poszły rozkazy.

Zamknięty w murach ciasnego hotelu, przechadzał się Preusker niecierpliwie.

Czekał. Długo czekał.

Aż oto zdała, het, gdzieś od rogatki, odezwał się suchy trzask. Odbił się echem w ścianach pokoju szefa i zamilkł.

Chwilę później strzał drugi, jakby przyspieszony, nerwowy, niespokojny.

Znowu zaległa cisza długa, aż w uszach dzwoniło.

Znieruchomiał major. Stanął w otwartem oknie i czekał.

Słyszał bicie własnego serca. Przerażała go ta eh sza, gnębiło milczenie.

Czyżby nie zrozumiano rozkazów?

Ale oto nagle, wybuchowo, przy zapadającym zmroku rozległa się żywiołowa wrzawa strzałów. Przemówiły trajkocące karabiny. Rozlegały się miarowe salwy ręcznych i przeciągłe ta-ta-ta- maszynówek.

Zadrgały fale powietrzne, roznosząc popłoch wśród zdumionych mieszkańców.

Tu i owdzie otwierały się okna, wychylały głowy.

Wyszedł nowy rozkaz. Pozamykać wszystkie domy, oświetlić okna! Odezwa do mieszkańców głosiła stan wojenny i nałożenie kontrybucji w wysokości 50.000 rb.

Poprzecinano druty telefoniczne. Zamknięto miasto, opasane wojskiem i strzeżone przez armaty.

Salwa strzałów umilkła. Słychać było jakby dudnienie kroków. Gonienie i uciekanie.

Nowa fala strzałów przepłynęła ulicami. Zatrzasły się gwałtownie okna. Kule świstały dalej nad głowami.

Z za węgłów domów ukazywały się w zmroku i świetle lamp cienie raz za razem dymiące jakby ogniem karabinów.

Ktoś uciekał — ktoś kogoś gonił.

Rozległy się jęki rannych.

Zaczęło się wykonywanie właściwego planu.

Zamknięto hotele i restauracje. Nad mieszkańcami zawisła groza rozstrzelania. Odezwa Preuskera groziła śmiercią co dziesiątemu mieszkańcowi. Przy akompanjamencie rechocących karabinów przygotowaliśmy się do wykonania planu.

Rozkazy szły jeden za drugim.

My — byliśmy tylko wykonawcami.

Już tu i ówdzie potykaliśmy się o leżących ludzi. Na środku jednej z ulic zgromadzono stos trupów.

Kto zorganizował akcję niesienia pomocy? Nikt z nas nie mógł odgadnąć. Kto zbierał rannych i zabitych? Trudno było dojrzeć w mrokach nocy. My strzelaliśmy tylko. Do kogo? Do cieni, które, jak nocne widziadła, snuły się pod murami, przekradały się chyłkiem, zapadały w ziemię, ginęły w zaułkach i kanałach.

Strzelaliśmy, bo taki był rozkaz.

Trzeźwość i spokój, jakie nas ogarnęły w chwili zajęcia miasta przez Preuskera, ustąpiły teraz tej złowrogiej niepewności. Byliśmy chartami, wystawiającemu zwierzynę.

Każde „en avant", albo „apportez" dowódcy — spełnialiśmy z iście germańską dokładnością. Nie chcieliśmy chybić nawet na milimetr.

Tylko jak tu wystawiać zwierzynę, gdy człowiek nie widzi nic, zgoła nic?

Rozkaz, święte słowo!

Obowiązek nałożony; mus, pod grozą kuli w łeb.

Tak — było zawsze tak!

Nie — pozostało nie!

Byliśmy wojskiem karnem jego cesarsko-królewskiej wysokości.

Strzelaliśmy!!!