Nach Osten!

Mobilizacja!

Na wschodnich rubieżach cesarstwa przyczailiśmy się gotowi do krwawych zapasów.

Z ręką na cynglu.

Z armatami gotowemi do wystrzału!

Gdy rozległo się donośne „nach Osten" — pierwsze zastępy 155 pułku piechoty wyruszyły.

Na bój!

Na krwawy „für Got, Kaiser und Vaterland“ bój! Wysunęły się czołowe patrole. Czujnem okiem objęły okolicę — szukając nieprzyjaciela.

Poszły pierwsze kompanje.

Cicho — potajemnie — by niespodziewanym wypadem zaskoczyć wroga.

Silnem uderzeniem oszołomić go.

Objąć w śmiertelnym uścisku.

Opasać odrazu mackami i wyssać żywotną siłę.

Złamać pierwszy zapał; w zarodku zdusić podświadome drgnienia samoobrony i przerazić okrucieństwem.

A potem iść!

Pchać otumanionych moskali.

Tropić! Mordować! Bić!

Śladami genjuszów wojny.

Nasycić się rozlewem krwi i wreszcie światu całemu obwieścić błogosławiony pokój.

Zatwierdzić go dziesiątkami układów i hegemonją naszą na morzu i na lądzie.

Kraj przywiślański dołączyć do Ostmarkvereinprovinzen!

I spocząć na laurach!

--------------------------

W granicznym Kaliszu był wróg; wnet wycofał się w popłochu — pozostawiając w pierwszym dniu wojny smugę dymiącego śladu — podpalony dworzec.

Od strony Ostrowa — przez Skalmierzyce — skradały się oddziały naszej piechoty.

Zdala słyszeliśmy bicie dzwonów na wieżach kościołów kaliskich.

Była niedziela.

2 sierpnia 1914 r.

Mimo ciepłego, pięknego południa sierpniowego, zimny dreszcz przebiegł mnie od stóp do głowy.

Wszystkich.

Staliśmy kilka kilometrów od Kalisza.

Wysłane czujki długo nie wracały.

Tymczasem odgłos dzwonów rozlegał się coraz donośniej; huczał w uszach złowrogiem requiem odbity tysiącem ech, powracał w rozedrganym pyle igrających promieni słonecznych.

Wydano rozkazy.

Karabiny nabite! Zaczęliśmy się zwolna posuwać.

Podeszliśmy do podmiejskich peryferyj.

Oczy badawczo obejmowały domy — drzwi — ba, każde okno oddzielnie.

Spodziewaliśmy się głuchego trzasku karabinowego.

Z poza węgła chat spozierały — w złudzeniu zdawało nam się — lśniące lufy armat.

Wróciły czujki. Przyniosły wieści, że nieprzyjaciel opuścił miasto — że nastrój ludności spokojny.

Trudno było uwierzyć.

To też posuwaliśmy się może nie z obawą — ale z pewnego rodzaju lękiem — jaki człowieka ogarnia wówczas — gdy mu wyobraźnia podsuwa skrajne obrazy śmierci.

Szliśmy z ubezpieczeniem.

Dopiero w pierwszej ulicy — na widok mieszkańców — spokojnie i z zaciekawieniem przechadzających się — ogarnęło nas zdziwienie.

Jakto?

Spodziewaliśmy się wroga i kul — a tymczasem na głowy nasze posypały się kwiaty.

Rozlega się gromkie „hoch".

Panie w białych sukienkach witają nas owacyjnie.

Na twarzach żydowskich mieszkańców i mieszkanek Kalisza maluje się raczej - miast spodziewanej chytrej nieufności — radość onieśmielona.

Dziwne było to powitanie.

Przygotowani na najgorsze, z gotowym planem pierwszego wystąpienia, byliśmy zaskoczeni.

Ten pierwszy etap naszych działań mieliśmy sobie zabezpieczyć świstem kul, jękiem rannych.

Jakżesz tu w biały, słoneczny dzień strzelać do ludności bezbronnej.

Na przyjazne okrzyki powitania odpowiedzieć karabinem i bagnetem?

Czuliśmy się nieswojo!

Nadając sobie pozorny wygląd zwycięzców, czuliśmy jednak, że ta buńczuczność ośmiesza nas.

Niewiadomo było co ze sobą zrobić.

Ogłoszenie zajęcia miasta, nakazanie ładu i spokoju było sztuczne; wydawało się czczym rozkazem wobec rozradowanych tłumów.

Zapadła noc. Niepokój wzrastał.

Zrozumieliśmy nasz obowiązek.

Westchnienie ulgi wyrwało się z piersi wszystkich na wiadomość o nadchodzących kompanjach pod dowództwem majora Preuskera.

Całą noc spędziliśmy pod grozą niewidzialnego wroga.

Czyhał w zakamarkach zabrudzonych ulic — czaił się w cieniach mroku — zagubiony wśród rozlicznych zaułków i ślepych uliczek.