ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

„PORTRET SYNTETYCZNY"

Wolant właściciela Żydowa zatrzymał się tuż przy schodach pałacyku Alfreda Nawrockiego w Winiarach. Wprawny woźnica bardzo blisko podprowadził pojazd, że konie prawie dotykały łbami ściany domu. Zawrócił je w ostatniej sekundzie tak, że brzeg powozu z jego niskim zejściem sięgał pierwszego stopnia ganku. Czarnooka smukła pokojówka Nawrockich, Marysia Zimna, wypatrzyła od razu gości i podbiegła otworzyć im drzwi. Wysoki starszy pan wiódł ze sobą młodzieńca dużej urody o niebieskich, bystrych, śmiało patrzących oczach, niższego od siebie o pół głowy.

Marysia pod spojrzeniem jasnych oczu młodzieńca zarumieniła się mimo woli.

—  Czy zastaliśmy pana Nawrockiego? — spytał po polsku Emil Frude.

—  Tak, pan mnie uprzedził, że będzie miał gości — odpowiedziała pokojowa, wprowadziła gości do gabinetu i znikła ze słowami: — Zaraz poproszę pana.

—  Śliczna... — szepnął młody towarzysz pana Frudego.

—  Hę, co pan tam mruczy? — burknął starszy pan.

—  Że te cygara — wskazał ręką młodzieniec — to oryginalne hawana.

—  Rzeczywiście — potwierdził Frude. — Nawrocki to istny cudotwórca. Piąty rok wojny, a u niego ciągle się jej nie czuje.

—  Czym on płaci za to wszystko? Czy my aby jesteśmy we właściwym miejscu? — spytał z nagłym niepokojem młody człowiek. — Bo jeśli chodzi o pana...

— On jest jeszcze bardziej pewny ode mnie — uśmiechnął się smutno Emil Frude. — Nawrocki ryzykuje głową, ja tylko więzieniem, a ono nie będzie... to jest, tfu! — poprawił się właściciel Żydowa  —  nie byłoby już długie.

— Witam pana — przerwał  gościom   rozmowę   gospodarz  domu. — o, widzę, że pan nie sam.

— To Tadeusz  Martynowski,  inspektor  szkolny — przedstawił pan Frude swego towarzysza.

— Aha, słyszałem o panu — kiwnął głową Alfred Nawrocki.

— A o czym by prezes nie słyszał, wie nawet, co w trawie piszczy.

—  Trawę zostawiam rolnikom — odparł Nawrocki — ja muszę wiedzieć, co się wśród ludzi dzieje. Nie są to głosy słowików, niech mi dziedzic wierzy.

—  Jaki ja tam dziedzic — machnął ręką pan Frude. — Z dziesięciu palców i robiącej bokami fabryczki po ojcu doszedłem do pięknej wsi. Mój syn Henryk może już będzie dziedzicem po mnie, jeżeli... Długo to wszystko trwa, a pętla się zacieśnia. Ja już ją czuję na szyi.

—  Cały naród polski ją czuje, pan nie jest tu wyjątkiem — powiedział Nawrocki. — Więc po jaki to haracz przywiózł pan do mnie inspektora? — spytał starszego gościa.

—  Ja tradycyjnie już trzydzieści prawie lat jestem opiekunem nauczycielskiego stanu. Zacząłem pełnić ten „urząd" przed pierwszą wojną światową, gdy odwiedził mnie po raz pierwszy nauczyciel Teodor Dybowski z sąsiednich Piwonic, prosząc o datek na bibliotekę szkolną. Warunki materialne pozwoliły mi na ufundowanie kilku takich biblioteczek szkolnych. W czasie pierwszej wojny światowej trzeba było dożywiać wielodzietne rodziny nauczycielskie, teraz znowu trzeba chronić od śmierci głodowej dziatwę szkolną. Z tym do Pana przyjechałem.

— Domyśliłem się,  gdy dowiedziałem się,  że pan Martynowski

Jest inspektorem — powiedział Nawrocki. — Siedzimy na jednym wózku — zwrócił się do Martynowskiego — bo za to, co robimy, czeka nas stryczek. Za tajne nauczanie po polsku grozi śmierć.

Na to  jestem przygotowany — oświadczył inspektor — ale w naszych szkołach mamy dzieci tak nie dożywione, że serce się —  Oj, serce, serce... — westchnął gospodarz — despota to wielki. Rozum ma za hetkę pętelkę. Mnie te łotry chyba niedługo powieszą. Pół produkcji mej fabryki idzie na lewo. Sam się dziwię, że tak długo to mogę ciągnąć. A tu jeszcze przyszedł pan z głodnymi dziećmi.

—  Więc nie będzie pan mógł? — spytał cicho Tadeusz Martynowski.

—  Na pewno nie mogę — mruknął Nawrocki. — Nie mogę, ale muszę, więc dam — dodał. — Niech pan porozumie się z inżynierem Gerliczem i Krelem, ile wam czego potrzeba. To są magicy od cyfr. W cyfrach musi się wszystko zgadzać.

—  Dziękuję panu, dziękuję. Nie spodziewałem się...

—  Odmowy? Winiary dają coraz więcej na cele konspiracji. Oby się to tylko źle dla mnie nie skończyło... Cóż tam nowego u pana? — spytał starszego gościa.

—  Jakoś się klei dotąd — odparł zapytany. — Córka moja, Hania, prawie cały czas poświęca naszej szkole wiejskiej. O mym synu pan chyba wie więcej niż ja, bo go mało widzimy w domu.

—  Niestety, mam dla państwa niedobrą nowinę — przypomniał sobie gospodarz. — Przyjaciel państwa, Kanadyjczyk Frank Pickersgill, został powieszony w Dachau za próbę ucieczki.

—  Biedna Hania... — jęknął pan Emil.

—  Wysłali go zaraz z Rawicza po wyleczeniu złamanej nogi w więziennym szpitalu w czasie próby ucieczki stamtąd. Pan Martynowski nie słyszy tego, co mówię — zwrócił się do inspektora.

—  Nie słyszę, panie prezesie. Dosyć mam własnych grzechów do zapamiętania.

—  Tak, takich grzechów mamy teraz aż za wiele — westchnął gospodarz.

Marysia Zimna wniosła na tacy koniak francuski i kanapki.

—  Napiją się panowie po kieliszku? — zaproponował gospodarz. — Koniak autentyczny, prawie taki sam w smaku robi mój chemik inżynier Gerlicz.

—  Smutna wiadomość... — powtarzał pan Frude, sięgając drżącą ręką po kieliszek.

—  Oby ostatnia z tej serii — odrzekł Nawrocki wznosząc w górę kieliszek.

Ledwo pożegnał gości, w gabinecie zadzwonił telefon.

A, to ty, Schönrogge — udawał pan Nawrocki radość usłyszawszy głos przyjaciela — cóż dobrego? Chcesz do mnie wpaść? Bardzo proszę. Nie sam? Gość z Łodzi, proszę, proszę, oczywiście, będę rad.

Nawrocki z pewnym niepokojem odłożył słuchawkę. Od czasu aresztowania Trubolskiej stracił dotychczasową pewność siebie. Sekretarka landrata wiedziała bardzo dużo. Każdej chwili mogła się załamać, a wtedy... Zimny pot wystąpił na czoło pana Alfreda. I w dodatku ten bałwan Schönrogge jest taki tajemniczy. „Oczywiście przyjechał ktoś z łódzkiego gestapo — domyślał się Nawrocki, — Skoro jednak Schönrogge przedtem zadzwonił do mnie, a nie wpadli bez ostrzeżenia, nie jest tak źle" — pocieszał się.

W obecności wysłannika łódzkiego gestapo, Sturmbannführera Kondritza, Wilhelm Schönrogge zachował się wobec pana Nawrockiego zimno, grzecznie, powściągliwie, bez dawnej uniżoności, jaką mu zwykle okazywał. Taką samą zresztą postawę zachował i sam Kondritz. Obaj „goście" popijali znakomity koniak „francuski" produkcji Gerlicza, pytali jakby od niechcenia o to, czy gospodarz domu nie ma jakich kłopotów związanych z prowadzeniem tak potrzebnego dla Rzeszy zakładu, słowem, wizyta ich przebiegała w formie towarzyskiej pogawędki dobrze wychowanych panów.

„Ten łobuz ciągle chowa nóż w cholewie —  myślał o Kondritzu Nawrocki. — No, wyciągnij go już, stary zbóju" — kontynuował swą myśl, uśmiechając się uprzejmie do nieproszonego gościa. Niedługo na to czekał.

Kondritz, zaciągając się wonnym dymem drogiego cygara, zapytał wreszcie jakby od niechcenia:

—  Pańskie  dostawy do Wehrmachtu ciągle wzrastają,  prawda?

—  O, tak. Nie możemy nadążyć z wywiązywaniem się z coraz wyższych kontyngentów. Wszyscy moi ludzie są przepracowani. Z surowcami też coraz większe kłopoty, dostawy często zawodzą.

—  Odczuwa się pewne braki w dostawach na terenie całej Rzeszy — potwierdził Kondritz. — Wróg zadaje nam poważne ciosy. Wróg zewnętrzny i wewnętrzny — dodał z pewnym naciskiem.

—  Czemu więc wysyła pan duże transporty środków żywnościowych do nie istniejących jednostek Wehrmachtu?

Do nie istniejących? — zdziwił się właściciel „Lebensmittel-Winiary". —  Nie rozumiem, o co chodzi.

—  O rzecz, która zdarzyła się u pana nie jeden raz, więc nie może pan nie wiedzieć, o co chodzi. Niektóre transporty zostały nawet podjęte w trudnych do ustalenia okolicznościach, co wydaje się nam bardzo dziwne. Powiem panu szczerze, Herr von Nawrocki, sprawdzaliśmy pańską opinię w Berlinie. Jest jak najlepsza, dlatego rozmawiam z panem w taki, a nie inny sposób. Wydawać się może, że to były pomyłki. Zleciłem memu koledze z Kalisza Sturmführerowi Schönrogge, by przeprowadził w tej sprawie dochodzenie w pańskiej fabryce. Chyba będziemy tu mogli liczyć na pańską pomoc, Herr von Nawrocki, by przekonać się, czy to były niedopatrzenia, czy czyjaś wina?

—  Służę panom — odparł gospodarz.

—  Skontroluję wszystko bardzo dokładnie — przyrzekł swemu zwierzchnikowi komendant kaliskiego gestapo.

—  Panowie mogą od razu zacząć kontrolę, potem poproszę ich na obiad — zaofiarował się Nawrocki.

—  Dziękuję, ale nie mam czasu — odparł łódzki gestapowiec — muszę już odjeżdżać.

Nawrocki odetchnął lżej. Czuł, że tylko przez okazanie zimnej krwi wobec znanego w Łodzi kata może ocalić swą placówkę, i metoda ta chwyciła.

—  Herr Sturmführer chyba jednak tu zostanie, skoro sprawa tak dla mnie przykra, chciałbym ją wyjaśnić jak najprędzej — kontynuował zgodnie ze swoją metodą.

—  Muszę teraz towarzyszyć panu Sturmbannführerowi, przyjadę jutro — oświadczył Schönrogge.

Było to dla Alfreda Nawrockiego zwycięstwo na całym froncie. Komendanta kaliskiego gestapo nie lękał się. Wiedział, że tak jak wszystkich innych lokalnych dygnitarzy hitlerowskich można go sobie owinąć dokoła palca. Tak się też stało. Nazajutrz po przeprowadzonym „surowym śledztwie" przez „głupiego Wilusia", jak pan Alfred wobec żony i bliskich nazywał Schönroggego, obaj przystąpili do pisania raportu do Łodzi. Były fryzjer monachijski bardzo słabo czuł się w roli pisarza. Wyręczył go w niej wspaniałomyślnie sam „kuzyn" Göringa, dyktując słowo po słowie Schönroggemu treść owego raportu.

Okazało się, że wszystko było nieporozumieniem i pomyłką jakichś urzędników poczty  polowej,  którzy mylili  adresy  swych jednostek. Takie żałosne pomyłki zdarzały się raz po raz, tym razem więc szczęście dopisało jeszcze raz konspiratorowi z Winiar. Przeżył on niedawno straszną tragedię rodzinną. Nie na długo udało mu się ocalić braci Stefana i Teodora. Wpadli wkrótce znowu w ręce gestapo i zostali natychmiast rozstrzelani.

Ojciec Julian Stefan Mirochna należał do tych bardzo nielicznych ludzi na świecie, którzy nigdy w życiu nie skłamali. Najzdolniejszy agent gestapo, Zenon Ciemniejewski z Poznania, po wejściu Niemców kat Polaków, przyczynił się do jego ujęcia. Gwardian franciszkanów z Kalisza, schwytany w Warszawie i przewieziony do Poznania do kaźni Wielkopolski, słynnego z tortur fortu VII cytadeli, powtarzał na mękach ciągle te same słowa: „Wiem, ale nie powiem". Torturowano go tak pół roku, lecząc parę razy jego rany, by przypadkiem nie umarł przedwcześnie. Miał ręce skute na plecach tak, że w celu spożycia nędznego posiłku w celi musiał kłaść się na podłodze i chłeptać zupę z brudnej miski, jak to czynią psy.

Zbiry gestapowskie długo nie mogły pochwycić „komendanta zbrojnego ruchu oporu w Kaliszu". Porozklejano w całym Warthegau afisze, w których obiecywano 25 000 marek za jego głowę, nazywając go groźnym bandytą. Dopiero w Warszawie rozpoznał ojca Mirochnę prowokator z Poznania i zwabił w zasadzkę. Przy aresztowanym znaleziono szyfr. Agent Ciemniejewski odkrył jego powiązania z naczelnymi władzami organizacji podziemnej. Żadne jednak najokrutniejsze tortury, jakie mało kto przeszedł na tym padole zbrodni, nie zdołały załamać ojca Mirochny. Teraz wszystko było już poza nim. Po wielomiesięcznych męczarniach przeniesiono go do celi śmierci, zdjęto kajdany z rąk, po raz pierwszy od dnia aresztowania, bo nawet w szpitalu przykuwano go łańcuchem do łóżka, ale powyrywane ze stawów ręce wisiały teraz bezwładnie po obu stronach wychudzonego ciała zakonnika. Gdy wepchnięto go do miejsca ostatniego pobytu na ziemi, pozdrowił gromadkę straceńców, których tam zastał, starając się, by głos z bezzębnych ust wyszedł jak najwyraźniej. Odpowiedział mu chór młodych głosów. Oczekujący na śmierć mieli prawie wszyscy poniżej dwudziestu lat życia. Byli to przeważnie członkowie zdekonspirowanych harcerskich „Szarych Szeregów", dziewczęta i chłopcy.

Po krótkim czasie oprawcy wepchnęli do celi śmierci jeszcze jednego skazańca. Opuchnięta jego, nabrzmiała twarz wskazywała na ślady niedawnego pobicia. Tak zresztą wyglądali wszyscy tu spędzeni. Młody człowiek rozejrzał się bystro dokoła, jakby szukał tu znajomych. Tak zachowywał się w nowym miejscu każdy więzień. Znalezienie kogoś bliskiego stanowiło wielką pociechę.

—  Ojciec gwardian... — uśmiechnął się blado nowy więzień, dostrzegając zakonnika. — Ojciec mnie poznaje? Jestem Marian Bogast, jeden z tych chłopców, których ksiądz gwardian uratował w kościele Franciszkanów w Kaliszu przed łapanką.

—  Poznałem cię, mój chłopcze. Żałuję, że tutaj musieliśmy się spotkać.

—  Znaleźli u mnie broń. Trudno, trzeba umierać — odpowiedział dawny „śmieciarz" kaliski. —  Śmierć lepsza od tego, co ze mną wyprawiali. Gorzej, że całą rodzinę wywieźli do obozu.

— Przeżyją to — odpowiedział kapłan. — Nie martw się.

—  Ojciec to wie?

—  Widzę, widzę ich — jakiś nieziemski uśmiech zajaśniał na sczerniałych wargach zakonnika.

—  Czy ojciec gwardian może mnie wyspowiadać? — zapytał młodzieniec.

—  Synu mój, Bóg już ci wybaczył wszystkie twoje grzechy, ale jeśli chcesz uspokoić twoje sumienie, uklęknij.

Zadudniły na korytarzu fortu ciężkie kroki nadchodzących katów. Usłyszała je pierwsza stojąca najbliżej drzwi siedemnastoletnia harcerka Lusia.  Drżącymi wargami zaintonowała hymn narodowy.

— „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy"...

Podjęli tę pieśń wszyscy skazańcy. Ojciec Mirochna po raz ostatni w życiu upadł na kolana.

Do celi śmierci wpadli gestapowcy, tłukąc batami po twarzach śpiewających. Ale ci nie przerywali pieśni, nie czuli już bólu uderzeń zadawanych przez ludzkie bestie.

—  Każę powyrywać wam języki! — ryczał najstarszy ze zbirów, ale nie wykonał tej groźby, na korytarzu bowiem stał już prokurator Sondergerichtu[1], którego władzy podlegali teraz skazani, Oberscharftthrer Langner. Tego wymagała niemiecka „sprawiedliwość".

On to u stóp szubienic odczytał wyrok śmierci przez powieszenie jako odwet za ucieczkę jednego z więźniów. Wszystko musiało mieć swoje prawne uzasadnienie. Stało się zadość wszelkim przepisom. Egzekucji asystował nawet lekarz. Uważnie obejrzał skazanych, wywołał z ich szeregu dwóch o najlepszych warunkach fizycznych, harcerza z Poznania, Warzechę, i robotnika z Kalisza, Mariana Bogasta. Starannie wysłuchał bicia ich serc i dał znak oprawcom. Tych zbadanych podprowadzono pierwszych do szubienic, stojących na drewnianym rusztowaniu.

—  Trzeciego weźmiemy tego klechę — zdecydował dowódca plutonu egzekucyjnego.

—  Nie — sprzeciwił się Oberscharführer Langner — według prawa najbardziej winny ma zginąć ostatni.

Na miejsce wleczonego już ku szubienicy ojca Mirochny wzięto innego skazańca. Zakonnik zawołał teraz pełnym wewnętrznej siły głosem:

—  Błogosławię was, siostry i bracia, którzy umieracie za świat bez gwałtu i wolną Polskę bez krzywdy!

—  To zwierzę zgrywa się do końca — warknął dowódca egzekucyjnego plutonu do „prokuratora" Langnera. — Nie miałeś racji, Fryc, trzeba było od niego zacząć i wyrwać mu zawczasu parszywy ozór z gęby.

—  Weź go teraz w drugiej kolejce — odparł Oberscharführer. „Najszlachetniejsi giną, Boże, ocal od spodlenia mój nieszczęsny naród" — modlił się prowadzony ku szubienicy zakonnik.

 

Było to wczesną wiosną 1944 roku. W gabinecie „prezesa", jak nazywano Nawrockiego, zebrało się sześciu mężczyzn. Prócz gospodarza byli to Konrad Wünsche z sąsiedniego Opatówka, Bruno Lompe z Dembego, Henio Frude z Żydowa i dwaj pracownicy fabryki: Krel i Gerlicz. Dziewiętnastoletnia Marysia Zimna usługiwała gościom. W ciągu paru lat pobytu w domu Nawrockich zdołała już pozyskać całkowite zaufanie swego szefa i wiedziała o wielu sprawach wymagających wielkiej dyskrecji. Uprzedzeni o tym panowie nie przerywali w jej obecności rozmów.

—  Krótko mówiąc — wiódł główny wątek dyskusji pan Alfred nie na lata już, ale na miesiące należy liczyć dni dzielące nas od klęski Hitlera. Z dwóch stron zbliża się nieuchronnie jego zagłada. Dotychczas byłem przeciwnikiem wszelkiej akcji zbrojnej na naszym terenie, bo za jednego zbrodniarza hitlerowskiego ginęło wielu Polaków. Nie chodzi tu o nasze alibi wobec narodu polskiego, bo odpowiednie władze polskie wiedzą, kim jesteśmy i cośmy zdziałali w tych latach, kiedy każdego dnia czekała nas i może jeszcze czekać śmierć za nasze czyny. Nikt nam nie będzie mógł powiedzieć, że dla własnego interesu podaliśmy się za Niemców. Tego wymagał instynkt samozachowawczy narodu polskiego w tej dzielnicy. Lompe, co pan robi w swoim Dembem? — spytał tęgiego pana ćmiącego spokojnie cygaro.

—  Mam tajną szkołę polską, posyłam do Kalisza stale deputat żywnościowy dla dożywiania dzieci, mój ekonom, zawodowy podoficer, ćwiczy dwudziestu ludzi w sztuce wojennej, przechowuję siedmiu jeńców, zbiegów z obozów.

—  O, właśnie — podchwycił gospodarz. — Lasy roją się od uciekinierów z niewoli. Mamy nowy problem, jak im pomagać. A więc, moi panowie, ów przedostatni dzień walki nie może nas zastać bezczynnymi. Musimy tak działać, aby ani jeden zbrodniarz hitlerowski na naszej ziemi nie uniknął kary. Nie możemy wdawać się w beznadziejną walkę z Wehrmachtem, ale ci miejscowi zbrodniarze, którzy tu działali, muszą tutaj dać głowę. Potrzeba do tego nam i ludzi, i broni. Najpierw ludzie. Musimy radzić sobie sami, bo władz konspiracyjnych mamy aż za wiele. Poznań i Łódź wyrywają nas sobie i nie mogą uzgodnić, komu w końcu miasto Kalisz i powiat ma podlegać. W dodatku nawet nie mogą z sobą uzgodnić, czy tu mamy tylko rejon powiatowy, czy okręg obejmujący kilka powiatów. Co parę tygodni zjawia się u mnie inny delegat i daje inne dyspozycje, jakby tu było, prócz naszych głów, czym dysponować.

— Właśnie otrzymałem wiadomość, że delegat na Wielkopolskę ma przebywać u mnie w Opatówku — odezwał się Konrad Wünsche.

—  To może położy kres dotychczasowemu bałaganowi — stwierdził z zadowoleniem prezes. — Uzgodnimy z nim plan działania na naszym terenie, choć na żadną pomoc nie liczę. Wracam do sprawy ludzi. Ilu ich na wszystko zdecydowanych możesz dostarczyć ze swego sektora, Henryku? — zwrócił się do Frudego. — Masz pod opieką teraz pięć wsi od momentu, gdy sierżant Hys został aresztowany po nieudanym angielskim zrzucie w Ołoboku.

—  Tylu ich dostarczę, ilu będzie trzeba — odparł młody Frude. —. To fanfaronada młodzieńcza — skrzywił się Nawrocki. — Ilu ty możesz ich mieć, Konradzie? — spytał właściciela Opatówka.

—  Tylu, ilu będzie trzeba — powtórzył za Frudem porucznik Wünsche.

— Tam do licha, prawdziwie polska determinacja.

—  A polska, polska — potwierdził Lompę — u mnie szkoli się dwudziestu, ale, gdy będzie trzeba, staną wszyscy od piętnastu do sześćdziesięciu lat.

—  Więc nie sprawa ludzi będzie naszą troską, lecz zdobycie broni. Zrzuty z Zachodu zawiodły zupełnie. To zbyt ryzykowne i odległość za wielka. Za dużo ponieśliśmy ofiar w Ołoboku. Zginęli tam nasi najdzielniejsi ludzie. Broń trzeba brać tam, gdzie ona jest pod ręką. W odpowiednim momencie uderzymy na magazyny niemieckie. Na to wystarczy mały oddział z bronią ćwiczebną i z bronią krótką. Decydujące będzie zaskoczenie. Musimy jednak dysponować dużą ilością ludzi, którzy potrafią posługiwać się bronią. Szkolenie przyszłych żołnierzy to nasze główne na dzisiaj zadanie.

—  A co mają robić nasze kobiety? — spytał Henryk Frude.

—  To samo co dotąd — padła odpowiedź. — Zbierać informacje o ruchach wojsk, o morale armii hitlerowskiej, uczyć i dożywiać naszą dziatwę, informować o akcjach gestapo i policji, no i po cichu, jak najciszej szerzyć defetyzm pośród ludności niemieckiej i wojska. Armia, która w swej masie straci wiarę w zwycięstwo, a co gorsza w jakąkolwiek celowość dalszej walki, jest już z góry pobita. No i rzecz bardzo ważna: kolportaż tajnej prasy w języku polskim i niemieckim. Ta druga nawet jest ważniejsza, bo mało który Polak wierzy w zwycięstwo Hitlera, trzeba natomiast kolportować prasę podziemną wśród Niemców. Skoro delegatura rządu na Wielkopolskę będzie pod naszym bokiem w domu porucznika Wünschego, łączność z władzą najwyższą będziemy mieli świetną. Tylko, Konradzie, ostrożnie z krótkofalówkami. Trzeba je ciągle przenosić z miejsca na miejsce, bo technika ich wykrywania bardzo poszła naprzód.

—  Wiem o tym — odpowiedział właściciel Opatówka.

—  Wracam do naszych towarzyszek walki. One chcą się bić tak, jak i my w jednym szeregu — upomniał się o swoją sprawę Henryk Frude.

—  A czyż robią co innego? — spytał Nawrocki. — Są na pierwszej linii walki, narażając się bardziej niż my. One są teraz naszymi najodważniejszymi żołnierzami. Włożenie tajnej gazetki do kieszeni żołnierza niemieckiego to czyn odważniejszy i bardziej niebezpieczny niż atak na bagnety. To im powiedz ode mnie, Henryku. A że nie szkolimy ich w używaniu broni, która bezpośrednio zabija, to tylko dlatego, że mamy nadmiar chętnych do tego mężczyzn, a bardzo mało automatów czy karabinów.

Młody człowiek pokiwał głową ze zrozumieniem. Był tu rzecznikiem płci słabej, bo obracał się stale w jej kręgu. W Żydowie miał siostrę Hanię, w Kaliszu dwie siostry cioteczne Elwirę i Wandę Fedegerówny, narzeczoną Irenę Starkówna, mieszkającą w domu rodziców na Wodnej, Edytę Hesner, a przy nich cały wieniec przyjaciółek, kuzynek, znajomych. Łączyła go z nimi wspólna sprawa, walka konspiracyjna, której poświęciły się bez wahania. Pragnęły one, by dopuszczono je do wszystkich form walki na równi z braćmi, narzeczonymi, kolegami. Gdy Henryk powtórzył Irenie instrukcje Nawrockiego, odpowiedziała tylko:  —  Zazdroszczę wam...

—  Przecież wy stanowicie pierwszą linię uderzenia na pozycje wroga.

—  Tak, ale odpowiedzialność wobec narodu — odparła zatroskana. — Co będą kiedyś wiedzieć o nas przyszłe pokolenia? To, że podpisałyśmy Volkslistę. Reszta zginie w mrokach niepamięci, pozostanie tylko hańba. Hańbę zmywa się tylko krwią, dlatego my wszystkie chciałyśmy walczyć z wrogiem z bronią w ręku. Odpowiedzialność — ciągnęła cichym głosem, nabrzmiałym wewnętrznym bólem — to rak, co toczy duszę ludzką.

—  Tylko sprawiedliwych, łotr tego nie odczuwa — wtrącił Henryk.

—  Po prostu ludzi, o nich mówię, bo do nich się zaliczamy. Jakże ten rak toczył serce Śmigłego Rydza — przypomniała sobie. — Wiesz, przyjaźniłam się z siostrą adiutanta. Adiutant przepadł gdzieś razem z marszałkiem, uciekli do Rumunii, ona została. Szłyśmy razem ulicą Warszawy, będzie to już ze trzy lata temu, aż tu drogę zastępuje nam jakiś pan, wysoki, brwi i oczy ciemne, i pyta nas:

—  Jesteście Polkami? Prawda?

—  Oczywiście — odparłyśmy.

—  Kto jest winien naszej klęsce wrześniowej? — spytał jakimś podnieconym głosem. — Myślimy sobie: jakiś prowokator czy kto. A on, widząc, że milczymy zakłopotane, zaczął sam mówić głośno: To ten tchórz, ten łajdak, ten pięknoduch, ten kłamca Rydz Śmigły winien wszystkiemu! Powiesić go trzeba, powiesić za te zbrodnie!" — krzyczał prawie z pianą na ustach. Uciekłyśmy od niego przerażone, a on zaczepiał następnych przechodniów i mówił to samo. Gdy już byłyśmy daleko, moja przyjaciółka zapytała:

—  Czy wiesz, kto to był ten, co tak pomstował na marszałka?

—  Skądże mogę wiedzieć? — wzruszyłam ramionami. — Wariat jakiś czy co?

—  To on sam! Poznałam go. Już szeptano mi, że wrócił do Warszawy potajemnie, ale nie wierzyłam temu, póki go sama nie zobaczyłam.

—  Jak to? On sam tak siebie publicznie oskarża?

—  Załamał się pod ciężarem opinii publicznej. Bóg raczy wiedzieć, do czego go ten stan doprowadzi — odpowiedziała mi przyjaciółka. — Widzisz, Henryczku, to jest właśnie ten ciężar odpowiedzialności, który wszyscy dźwigamy. Od Wschodu idzie nowe. Co z nami się stanie wówczas, gdy nadejdzie? — pytała z niepokojem Irena.

—  Znaczyć będzie zawsze naród i liczyć się będzie to, co kto dla niego uczynił w latach, gdy groziła mu zagłada, tak powiedział mi kiedyś pan Nawrocki.

—  Piękne słowa... oby to nie były tylko słowa — westchnęła Irena. — Ta sprawa naszej przyszłości to największa tragedia mego życia — szepnęła.

—  Przeze mnie, wszystko przeze mnie — oskarżał się Henryk. — To ja cię namówiłem, byś tu przyjechała. Było to niemożliwe bez przyjęcia  Volkslisty.

—  Za zgodą naszych władz wojskowych — odparła dziewczyna. — Winy tu niczyjej nie ma, jest nasz wspólny los — dodała, ujmując rękę narzeczonego.

Ucałował jej dłoń. Ich związek duchowy był coraz silniejszy, życie wspólne odkładali na inny czas, w wolnej już Polsce. Henryk, wielbiciel wieszczów, nazwał siebie Wallenrodem, Irenę — Aldoną i często powtarzał słowa poety: „Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie".

—  Ale będzie! — dodawał zawsze z mocą, całując dłonie narzeczonej. Wystarczał mu jej  uśmiech  jasny,  ciepły,  słowa  płynące z serca, które chłonął całą duszą.

—  Śmieszny ze mnie romantyk — powtarzał często ze smutnym uśmiechem. — Patrz, jak się pomieszały epoki. Teraz „Czterech jeźdźców Apokalipsy" Blasco Ibaneza, powieść o okropnościach pierwszej wojny światowej, wygląda jak dziecinna idylla wobec koszmaru tej wojny.

—  Teraz przewodzi nam duch. Wyśpiewała to już w „Rocie" Konopnicka —  rzekła Irena. — I ja powtarzam słowa romantyczne, ja trzeźwa absolwentka wydziału nauczającego o prawach materii.

—  Bo widocznie romantyzm to największa siła, ostatnia potężna rezerwa śmiertelnie zagrożonego w swym istnieniu narodu — powiedział w zamyśleniu Henryk Frude.

—  Ci, którzy przyjdą po nas, nie uwierzą, że tacy byliśmy naprawdę — dodała Irena.

Pan Nawrocki jechał swym autem z nieodstępnym „adiutantem" Władysławem Krelem do folwarku Konrada Wünschego w Opatówku. Jechali powoli przez piękny winiarski las, uświęcony już wtedy licznymi mogiłami masowo rozstrzeliwanych tam Polaków. Prowadzący auto pan Alfred lubił ciszę leśną. Uważał, że nie ma nad nią lepszego wytchnienia, i często powtarzał swym przyjaciołom, że jako Polak tęskni za wolnością, a jako człowiek za lasem.

— Zatrzymamy się na chwilę w tym zakątku — zwrócił się nagle do swego towarzysza. — Słyszę kucie dzięcioła. Muszę zobaczyć, gdzie ten lekarz leśny ostukuje swego pacjenta.

—  Ja także chętnie rozprostuję nogi — ucieszył się Krel. Przystanęli obok kępy niebotycznych świerków. Ledwie wysiedli jednak z wozu, w gęstym poszyciu leśnym coś zatrzeszczało.

—  Sarna chyba tu gdzieś podeszła — zwrócił uwagę Nawrocki — chodź, Krel, popatrzymy na nią. Wolę widzieć sarnę w lesie niż na półmisku. Myśliwi i rybacy to zwyczajni mordercy słabszych od siebie. — Pan Alfred zanurzył się w kępie leśnej. O kilka kroków od siebie jednak zamiast sarny dostrzegł skulonego za krzakiem człowieka. Człowiek ten na widok obcego nie uciekał, lecz podniósł się i Nawrocki spostrzegł, że jest ubrany w zniszczony mundur polowy Polskiego oficera.

Czy pan jest Polakiem? — zwrócił się nieznajomy do zaskoczonego tym widokiem pana Nawrockiego.

— O co panu chodzi? — spytał przemysłowiec grzecznie, lecz zimno, po polsku.

—  Chyba nie potrzebuję tego mówić — padła odpowiedź człowieka z lasu.

Pan Alfred obrzucił go bacznym spojrzeniem. Stał przed nim zarośnięty, brudny, wynędzniały zbieg z obozu jeńców, jakich wielu w owym czasie można było napotkać w leśnej głuszy.

—  Tak, nie potrzebuje pan tego mówić — potwierdził właściciel fabryki. — Z jakiego oflagu[2] pan uciekł? — spytał zbiega.

—  Z Murnau. Lekarz obozowy wysłał mnie na badanie specjalistyczne do szpitala miejskiego. Choroba moja to był tylko pretekst. Udało mi się uciec po drodze, choć dwóch strażników mnie transportowało. Mam rodzinę w Łodzi, matkę i narzeczoną.

—  Musi pan być ostrożny, bo Niemcy mogą na pana czatować w domu. Pisał pan przecież do swoich? — spytał Nawrocki.

—  Naturalnie.

—  Mają tedy adresy. Nic prostszego...

—  Wiem, ale miałem w Łodzi mnóstwo przyjaciół i znajomych. Ktoś musiał tam pozostać. Za ich pośrednictwem...

—  Zobaczymy, zobaczymy... — kręcił głową Nawrocki. — Czy pan tam chce pozostać?

—  Skądże znowu — żachnął się kapitan. — Chcę tylko uściskać moich bliskich i zaraz idę do lasu. Po to zbiegłem, by dalej walczyć z Niemcami. W obozie mieliśmy wiadomości, że w kraju jest liczna partyzantka. Słuchaliśmy nawet radia. Zbudowali je nasi koledzy elektrotechnicy.

—  Chętnie pomagam innym, ale pańska sprawa jest szczególna. Muszę to rozważyć... Dobrze pan trafił spotykając mnie, kapitanie — powiedział „prezes".

—  Od razu tak sobie pomyślałem — odparł zbieg.

—  Po czym pan tak sądził?

—  Pan ma dobre oczy, oczy dobrego człowieka — rzekł zbieg.

—  To źle. Dobrzy ludzie źle się chowają. Długowieczność ich unika, a ja chciałbym jeszcze wiele zobaczyć w życiu.

—  Zobaczy pan jeszcze, tyle niespodzianek przed każdym z nas — odparł kapitan.

Z zarośli wyszedł Krel. Stał chwilę dyskretnie na uboczu, widząc, że jego szef rozmawia swobodnie z człowiekiem w polskim mundurze ale wreszcie zdecydował się przypomnieć swemu zwierzchnikowi o jego obowiązkach.

__ Czekają na nas — powiedział zbliżając się do rozmawiających.

,__ To mój pracownik pan Krel — przedstawił swego podwładnego oficerowi. — A pan?

—  Właśnie. Fujara ze mnie, żem się dotąd nie przedstawił — odparł zbieg. — Kapitan Zbigniew Zdzierski.

—  Stopniem wojskowym przedstawiają się tylko oficerowie zawodowi,   więc  pan?...

—  Tak, jestem oficerem zawodowym —  potwierdził zapytany.

—  Zobaczymy, zobaczymy — kręcił ponownie głową pan Nawrocki. — Mamy na to czas. Na razie biorę pana do siebie. Mam fabrykę o kilometr stąd, w Winiarach.

—  Czy jestem blisko Kalisza? — spytał zbieg.

—  Tak, miasto jest o pięć kilometrów stąd.

—  Więc to już blisko Łodzi.

—  Bardzo, nie pomylił pan kierunku.

—  Czymże się odwdzięczę...

—  Nie wiem, czy będzie pan miał powody do wdzięczności — uciął sucho Nawrocki. — Na razie trzeba będzie pana ukryć. Jedziemy do Kalisza, Krel — zdecydował. — Proszę przykucnąć obok mego pomocnika. Władku, przykryj pana swoją marynarką. To nie wzbudzi niczyich podejrzeń. Zawiozę pana do mego magazynu w Kaliszu. Mieści się w dawnym kościele Kanoników. Nad zakrystią mam pusty pokój. To będzie na razie dobra skrytka. Polecę memu kierowcy, by dowoził panu tam jedzenie. Kilka dni musi pan odpocząć, by przyjść do siebie. Przez ten czas pomyślimy, co dalej robić.

Gdy Nawrocki ulicą Łódzką wracał do siebie na Winiary, dopędził człapiącą przed nim dorożkę. Mignęła mu w niej jasna głowa żony. Zatrzymał auto. I pani Anna dostrzegła męża. Kazała się zatrzymać dorożkarzowi. Pan Alfred wyskoczył ze swego wozu i podbiegł do dorożki, by pomóc wysiąść z niej żonie. Ucałowali się oboje serdecznie na powitanie.

—  Czemuś nie dzwoniła, Anno, bym czekał na ciebie na dworcu? — spytał.

—  Nie chciałam sprawiać ci kłopotu. Ciągle jesteś zajęty. Dorożkarz, nie pytając o nic, spiesznie przeniósł walizki pasażerki do auta. Wiedział, że dostanie za cały kurs, który mu się w połowie zakończył. Nawrocki rzucił mu niedbale dwadzieścia marek. Woźnica zgiął się w pas, dziwiąc się tak nie spotykanej u Niemców hojności.

—  Oh, Alfredzie, ty się nigdy nie zmienisz. On zgodził się jechać za pięć marek — szepnęła mu żona.

—  Ten człowiek też chce żyć. Dorożkarze nie mają zbyt wielkich zarobków. Trzeba to wyrównywać przy okazji. Nie ma o czym mówić, Anno.

—  Ja za to będę miała o czym mówić — odpowiedziała pani Nawrocka, gdy zajęła miejsce obok męża w jego aucie. — Wszystko załatwiłam już w Berlinie. Możemy jechać.

— Przecież już jedziemy — odpowiedział pan Alfred z roztargnieniem. Nie pytał nigdy żony, po co wyjeżdża i kiedy wróci. Uważał, że nie ma prawa ingerować w niczyje życie osobiste, nawet najbliższej mu istoty. Tylko dziećmi wolno kierować, i to do pewnego stopnia — powtarzał często. Był wyznawcą idei całkowitej wolności osobistej człowieka i dlatego terror hitlerowski, odmawiający prawa do życia jednostkom i narodom, budził w nim żywiołowy wprost odruch sprzeciwu. Anna znała dobrze męża z tej strony i dlatego postanowiła wygrać własną kartę, działając bez jego wiedzy.

—  Mamy już gotowe paszporty na wyjazd do Brazylii — odezwała się po chwili. — Nie masz pojęcia, ile mnie to kosztowało zabiegów. Ta Göringowa to wprost pijawka. Zażądała za tę przysługę połowę schedy po wuju Hermanie. Biedny staruszek nie doczekał się naszego przyjazdu, ale cały jego majątek możemy przejąć dopiero po zamieszkaniu w Rio de Janeiro. Musiałem Göringowej odpisać po długich targach trzecią część naszego spadku, i to u notariusza.

—  Za co? — spytał pan Nawrocki, który udawał grzecznie, że słucha szczebiotu żony, myśląc o czym innym.

—  Doprawdy, Alfredzie!... To szczyt wszystkiego! — wybuchnęła pani Anna bardzo zgorszona zachowaniem męża. — Ja dwa tygodnie walczyłam jak lwica o naszą przyszłość, a ty nawet nie raczysz mnie słuchać!...

—  Bardzo cię przepraszam, Anno, zamyśliłem się — przyznał się do winy pan Nawrocki.

—  Ileż było z tym kłopotu. Wyobraź sobie, że gestapo miało wobec ciebie jakieś zastrzeżenia. Göring musiał dwukrotnie u nich interweniować. Dużo go kosztowała rozmowa z Himmlerem, ale za trzecią część majątku wuja Hermana... uzyskałam to, o co mi chodziło. Także z ambasadą brazylijską były trudności. Powiedzieli, że członkom partii narodowych socjalistów wiz nie udzielają.

—  Więc ich nie dostałaś? — spytał fabrykant bez żalu.

—  Ty byś sobie z tego nic nie robił, prawda? Czy naprawdę chciałbyś się ze mną rozstać?

—  Nigdy o tym nie myślałem.

—  No, choć tyle... Wyobraź więc sobie, że mam te wizy. Możemy ruszyć w drogę choćby jutro. Przekonałam ich, że mały fabrykant... przepraszam cię.

—  Nic nie szkodzi, jestem właśnie małym fabrykantem — przyznał mąż.

—  Więc powiedziałam, że mały fabrykant gdzieś na peryferiach Rzeszy nie może mieć nic wspólnego z polityką. Ostatecznie zdecydowało twoje nazwisko i miejsce urodzenia, bo oni sprawdzali wszystko bardzo skrupulatnie. Spytali mnie nagle, czy mówisz po polsku. Gdy to potwierdziłam, uśmiechnęli się jakoś życzliwie i dali nam tę przepustkę.

—  Winszuję ci sukcesu, Anno, i dziękuję za troskę o mnie, ale ja nigdzie nie pojadę.

—  Zadziwiasz mnie! Właśnie teraz trzeba tam jechać, teraz albo nigdy. Sam o tym mówiłeś i w Berlinie wiedzą już o tym wszyscy, mówią nawet półgłosem, że Hitler przepadł. Największy popłoch zaczyna się między członkami partii. Ty należysz do niej. Zastanów się, co cię czeka.

—  Zawsze twierdziłaś, że interesuje cię tylko muzyka i gwiazdy.

—  I los mego męża! — dodała pani Nawrocka. — Pierwszy raz w życiu podjęłam coś na własną rękę i to mi się...

—  ... nie udało — dokończył za nią mąż. — Anno, ja teraz nie mogę stąd wyjechać.

—  Sprzedażą twej fabryki może zająć się nasz kuzyn. Nic cię tu nie trzyma. Najwyżej trochę stracimy.

—  Trzyma mnie tu moja ojczyzna... — wyznał głuchym głosem Pan Nawrocki.

—  Ojczyzna?... Czy człowiek ma ojczyznę na tej ziemi, na jednej małej planecie, którą w pył rozbije znowu wicher kosmosu? On tworzy planety z pyłu i znowu w pył je zamienia. To krótkie istnienie na ziemi należy tylko do nas, tylko do nas, Alfredzie! Możemy tu robić to, co nam odpowiada, reszta to nicość! — mówiła pani Anna z głęboką wiarą w słuszność swej racji głosem nabrzmiałym łzami.

—  Jesteśmy innymi ludźmi, Anno, ty i ja — odpowiedział jej łagodnym tonem pan Nawrocki.

—  Chcesz powiedział, że obcymi sobie? — spytała z drżeniem.

—  Wierzę, że wszyscy ludzie są braćmi, jeżeli przyjmują ludzkie konwencje współżycia.

—  Więc człowiek do końca istnienia ludzkości będzie mordował człowieka — wyciągnęła Anna wniosek z rozumowania męża — ale mnie nie interesuje los wszystkich ludzi, tylko twój i mój.

—  Nasz, chciałaś powiedzieć.

—  Dziękuję ci za to słówko, Alfredzie. Więc będę mogła przy tobie pozostać? — spytała nieśmiało.

—  Ależ tak, ale to nie będzie raj.

—  Cokolwiek się stanie, ja cię nie opuszczę — oświadczyła pani Nawrocka.

Mąż przytulił ją lekko do siebie.

—  Przegrałam... — wyszeptała ledwie słyszalnym głosem. — Przegrałam nasz los, ale uniknęłam największej straty.

Od chwili kiedy spotkany w winiarskim lesie człowiek, podający się za zbiega z oflagu, ukrywał się na poddaszu kościoła Kanoników, Alfred Nawrocki począł odczuwać dziwny niepokój.

—  Kto to jest naprawdę? Czy to rzeczywiście polski oficer? — zastanawiał się. — Bo jeśli nie, to trzeba by mu palnąć w łeb.

Jednak takich zbiegów było wielu. Kilku z nich przechowywali u siebie Wünsche i Lompę.

—  Czy ja mam być gorszy od nich? Czy miałem tam w lesie odpędzić od siebie tego nieszczęśnika? Jak bym wtedy wyglądał wobec Lompego i Wünschego? — rozważał.

W tym czasie przyjechał do Winiar komendant kaliskiego gestapo. Często odwiedzał on Nawrockiego, by radzić się go w rozmaitych swych kłopotach, a i trunki, i kuchnia były w Winiarach doskonałe Schönrogge ostatnio zaczął narzekać, że ma ciągle kłopoty ze schwytanymi zbiegami z głębi Rzeszy.

—  Ludzi mi już nie starcza, by ich odsyłać do obozów koncentracyjnych, a ze zbiegami w mundurach trzeba się jeszcze certować. Ich trzeba kierować do kompanii karnych. To duży dla nas kłopot.

__ Często ich panu przywożą?

—  Teraz prawie codziennie. Co to się dzieje, Herr von Nawrocki? Czy ich teraz gorzej pilnują?

Właściciel winiarskiej fabryki odetchnął lżej. „Więc jednak mój zbieg jest jednym z wielu" — pomyślał.

„Gerliczówka" robiła swoje. Po kilku jej kieliszkach konspirator i oficer znaleźli wspólny język. Na poddaszu zakrystii kościoła Kanoników było zacisznie, bezpiecznie, prawie przytulnie. Zbigniew Zdzierski wyznał swemu dobroczyńcy, że spełnia się jego największe marzenie: walka ze znienawidzonym okupantem.

—  Wszyscy mi teraz w obozie zazdroszczą — mówił. — Duch jest silny między naszymi kolegami, ale tam ich tak pilnują, że ucieczka jest właściwie niemożliwa. Mnie spotkało wielkie szczęście.

—  Winszuję, panie Zbigniewie — odparł Nawrocki — i cieszę się, że los nas zetknął.

—  Tak. Dla mnie to wielka szansa... — wyznał szczerze kapitan.

—  Takiego jak pan człowieka było nam potrzeba, zawodowego, doświadczonego oficera. Mamy tylko jednego, i to z rezerwy. Porucznik Wünsche jest z zawodu rolnikiem. Niewiele się zna na sztuce wojennej, ale na bezrybiu i rak ryba.

—  To mój zawód — wtrącił skromnie Zdzierski. — Jestem żołnierzem z powołania.

—  Takiego nam potrzeba — powtórzył pan Alfred. — Czy zgodziłby się pan zostać w wojskowej grupie kaliskiej?

—  Miałem inne plany, chciałem dotrzeć do oddziałów w Generalnej Guberni. Podobno w lasach piotrkowskich...

— Tam mają dosyć oficerów, tutaj tylko mamy jednego Wünschego.

—  Dobrze, zgadzam się — zgodził się Zdzierski — najpierw jednak muszę być w Łodzi.

—  Ależ oczywiście, to zrozumiałe. Sam pana tam zawiozę choćby jutro. Ile czasu będzie pan potrzebował na sprawy rodzinne, ostrzegani...

—  Wiem, wiem, mogą tam na mnie polować — przerwał Nawrockiemu Zdzierski — więc, powiedzmy, kilka godzin. Przywitam się tylko z matką i narzeczoną, pogadam trochę i już mnie nie ma.

—  Będziemy więc czekali na pana tam na miejscu.

—  Zgoda. Tak będzie najlepiej. Postaram się wszystko szybko załatwić.

—. Zabiorę ze sobą mego pomocnika Krela, bo i my mamy tam nasze interesy. Załatwimy je, gdy pan będzie u rodziny. Chce pan od razu jechać do domu matki? Nie radzę.

—  Oczywiście zrobię przedtem małe rozpoznanie, by nie wpaść wilkowi w paszczę. Jakoś dam sobie radę.

—  Tak, to bardzo ważne umieć się poruszać na podminowanym terenie...

—  Robił to pan prezes wiele lat.

—  Skąd pan to wie, że nazywają mnie prezesem? — spytał Nawrocki.

— Pan Krel tak pana tytułował, zresztą wygląd pana świadczy, że jest pan kimś znaczniejszym.

Pan Alfred uśmiechnął się. Wymienił z kapitanem serdeczny uścisk dłoni. Wyczuł przy tym uścisku dziwny chłód ręki swego podopiecznego.

Nazajutrz o świcie kierowca fabryki przywiózł w pudle do pakowania konserw do Winiar żywy ładunek. Kapitan zjadł śniadanie w pięknej jadalni państwa Nawrockich. W samochodzie czekał już Krel. Ruszyli we trzech szosą w stronę Łodzi. Nikt ich nie kontrolował po drodze. Chorągiewka ze swastyką powiewająca na karoserii była najlepszym „ausweisem". Kapitan podał dokładny adres swej matki, pojechali więc tam, gdzie wskazał, na dawną ulicę Kościuszki. Gdy stanęli przed oznaczonym domem, Zdzierski gorąco podziękował za przysługę i prosił, by przyjechać po niego za pięć godzin.

—  Tylko proszę punktualnie, bo będę czuł się nieswojo bez pańskiej opieki — zwrócił się do Nawrockiego.

—  Zawsze jestem punktualny, kapitanie — odparł Nawrocki. — Da pan sobie tutaj już sam radę? Może ja uprzedziłbym pańską matkę i spytał, czy pana już u niej nie szukali.

—  Dziękuję, to zbyteczne. Żyliśmy dobrze z sąsiadami, stróż też pewny. Ktoś tu musiał zostać, rozpytam się sam.

—  Więc za pięć godzin przed tym domem?

—  Za pięć godzin — odpowiedział Zdzierski.

Pan Nawrocki pojechał teraz do wydziału gospodarczego rejencji łódzkiej w sprawach swej fabryki, by mieć na wszelki wypadek alibi, potem do zakonspirowanej „meliny", kontaktującej go z władzami konspiracyjnymi. Chciał od nich wydębić trochę broni dla nowo formowanych oddziałów kaliskich. W niespełna cztery godziny wszystkie sprawy zostały załatwione. Pan Nawrocki spojrzał na zegarek.

—  Do spotkania ze Zdzierskim pozostało jeszcze prawie półtorej godziny — stwierdził. —  Wiesz co, Krel? Pojedziemy tam wcześniej. Chciałbym poznać matkę kapitana. Zawsze na co oczami patrzysz, to pewniejsze niż przyjęte na wiarę.

—  A nie przyskrzynią nas tam czasem? — spytał Krel. — Gestapo mogło u pani Zdzierskiej zrobić „kocioł".

—  Jeśli tak, to w samą porę zjawilibyśmy się na ratunek kapitana. Mamy obaj broń i głowy na karku. Walmy tam — zdecydował Nawrocki.

Gdy zatrzymali się przed domem, do którego wszedł Zdzierski, „prezes" odezwał się do swego towarzysza:

—  Wywiad trzeba zacząć od dozorcy. On może dużo wiedzieć. Zadzwonili do stróżówki. Drzwi uchylił wąsaty cerber w ciężkich butach i maciejówce. Spojrzał nieufnie na przybyszów, rzucił okiem na ich auto i zapytał:

—  Was wünschen Sie?[3]

—  Czy pan jest Polakiem? — spytał go pan Nawrocki.

—  O co się rozchodzi? — odpowiedział po polsku stróż.

—  Właśnie. My tu chcemy zobaczyć się z panią Zdzierską. Mieszka pod siódemką z jedną młodą panną. Czy są w domu?

— Pan szanowny ma jakieś pomylone numera. Ten dom należy do pana Thiela, znaczy się Niemca. Same Niemcy tu mieszkają — informował dozorca.

—  Od jak dawna?

—  Przecie zaraz, gdy te hitlery weszły, i pan Thiel wypędził Polskich lokatorów.

Zaraz po ich wejściu... — powtórzył zdławionym głosem pan Nawrocki. — A kto mieszka pod numerem siódmym?

—  Pod siódemką siedzi pan Tothenkopf. Chodzi w mundurze z naszywkami. Przyjeżdżają po niego osobistą taksówką.

—  Dziękuję panu. Wiem już wszystko — powiedział bezbarwnym głosem konspirator, wsuwając markę do ręki stróża.

—  O, nie, nie, panie, od swoich ja nie biorę. Wy nie macie za dużo — certował się dozorca, ale pan Nawrocki nie słyszał tych jego słów. Jego wóz ruszał już sprzed zapowietrzonego zdradą domu. Ledwie przejechał ze sto metrów, zawarczały tuż przed jego wozem motocykle z przyczepami pełne esesmanów. Podejrzany huk motorów dochodził i od tyłu.

—  Już i z drugiej strony zamykają ulicę — zauważył Krel.

—  To na naszą cześć taka obstawa. Jesteśmy spaleni. „Syntetyczny portret"... — wyszeptał pan Alfred. — Ten „Zdzierski" kubek w kubek do niego podobny. To był Ciemniejewski, najlepszy ich agent. Miałem fotografię jego syntetycznego portretu od naszego delegata w Kaliszu, co go przed rokiem ścięli w Poznaniu. „Mądry Polak po szkodzie". Esesmani odczytali numer mego wozu. Na pewno ten opryszek podał im go. Niedługo będziemy mieli sforę wściekłych psów na karku.

Pan Nawrocki włączył trzeci bieg. Pędzili teraz ku Kaliszowi z największą szybkością, jaką dało się rozwinąć. Zapadł już zmierzch, co dawało dobrą widoczność sygnałów świetlnych na szosie. Niebawem Krel, siedzący w tyle wozu i obserwujący z tej strony jezdnię, poinformował swego szefa:

—  Trzy punkty świetlne za naszymi plecami, poruszają się bardzo szybko.

—  To pościg esesmanów, byłem tego pewien. „Syntetyczny portret" szybko działa. Głupiec ze mnie, zbyt dużo mam zaufania do ludzi. Moja wina, że z takim charakterem zacząłem konspirować, ale czyż mogłem postępować inaczej, Krel?

—  Z pańskim usposobieniem trudno było inaczej.

—  Te łotry walą na cały regulator, zdążymy przed nimi do Winiar najwyżej o kwadrans wcześniej. Już widzę ich światła w lustrze mego wozu. Zdążę tylko zatelefonować do najbardziej obciążonych, by się ratowali. Przedtem w Opatówku uprzedzę Wünschego.

—  A szef?

—  Ja nie mogę. Kapitan tonie razem ze statkiem. Gdybym uciekł, gestapowcy zabraliby do więzienia moją żonę. Ja jeden mogę tylko oczyścić niewinnych i zmylić niektóre ich ślady. Wezmę wszystko na siebie, tylko na siebie...

Pędzili na trzecim biegu, motor grał na najwyższym tonie. Wpadli do dworu Wünschego jak huragan. Niestety, Konrad wraz z żoną byli w Kaliszu. Pan Alfred napisał na kartce z notesu jedno słowo — „pożar"... Podał tę kartkę służącej, by ją oddała porucznikowi zaraz po jego powrocie z miasta. Ruszyli pełnym gazem do Winiar. W lesie Nawrocki zatrzymał auto:

—  Uciekaj! — rzucił spiesznie polecenie Krelowi.

—  Niech Bóg szefa prowadzi — odparł pełnym wzruszenia głosem pan Władysław.

—  Bóg oddaje mnie w ręce szatana — odpowiedział z sarkazmem niefortunny konspirator, ruszając spiesznie ku swemu domowi. Brama do zabudowań fabryki była na szczęście otwarta mimo wieczornej godziny. Pan Alfred pędem wbiegł do swego gabinetu, drżącymi rękami pozbierał kompromitujące papiery, wrzucił je w piec i podpalił. Gdy płonęły, podniósł słuchawkę telefonu, by podać hasło „pożar" do Dembego i Żydowa, ale zbladł z przerażenia. Telefon był głuchy.

„Oni już działają" — uzmysłowił sobie. Podjął słuchawkę aparatu wewnętrznego, łączącego go z najbliższymi współpracownikami. Ten na szczęście działał. Podał umówione hasło najbardziej skompromitowanym towarzyszom walki. Odetchnął lżej, bo zastał wszystkich w domu. Sprawdził teraz, czy wszystkie papiery wypaliły się do końca, i wolnym krokiem ruszył na górę do Anny. Usłyszał z górnego salonu muzykę. Anna grała Chopina.

„Pewnie już wie, że wróciłem i chce mi zrobić przyjemność — pomyślał ze wzruszeniem. — Biedna nie wie... nie wie, że prawie jest już wdową" — uprzytomnił sobie swą sytuację. W tej chwili zawarczały przed domem złowieszcze motocykle. Po schodach biegła za nim spłoszona czarna Marysia.

—  Panie szefie —  mówiła zdyszana — przyjechało dużo tych czarnych z trupimi głowami na czapkach. Klną bardzo i dopytują o pana. O, już tu idzie trzech za mną — wskazała rękę ku hallowi parteru.

— Dobrze — odparł pan Nawrocki pozornie spokojnym głosem. — Wejdę na chwilę do salonu mej żony, powiedz tym panom, że zaraz ich przyjmę.

Marysia Zimna zbiegła w dół.

—  Anno — zawołał z daleka pan Nawrocki dziwnie ciepłym tonem —  kochana, nie mam już ani chwili czasu, chcę się z tobą pożegnać.

—  Co się stało? — spytała pani Nawrocka, wychodząc ze swego saloniku. W tej chwili dostrzegła na dole w hallu kilku obcych ludzi w złowrogich mundurach. Jeden z nich uderzył właśnie w twarz pokojówkę Marysię, aż zatoczyła się i o mało nie upadła.

—  Jak pan śmie, co za brutalność! Oficer niemiecki bije po twarzy kobietę! — zawołała pani Nawrocka z największym oburzeniem.

—  To pani nie dotyczy, Frau Nawrocki — usłyszała gniewny głos oficera SS. — Herr Nawrocki zejdzie tu na dół — rzucił polecenie gospodarzowi domu.

„Powinienem palnąć sobie teraz w łeb — przemknęła rozpaczliwa myśl przez głowę konspiratora. Ręką dotknął rewolweru, z którym się nie rozstawał. — Tak byłoby dla mnie najlepiej, ale muszę jeszcze bronić ostatnich pozycji"...

—  Czy jesteś aresztowany, Alfredzie? — spytała jego żona z niepokojem.

—  Tak, Anno, żegnaj... — odpowiedział zdławionym głosem. Podbiegła do niego i rzuciła mu się w ramiona.

—  Prędzej, Nawrocki! — zawołano z dołu.

—  Jeśli oni... jeśli oni ci co zrobią, to ja nie daruję im tego do śmierci — załkała pani Nawrocka. — Trzymaj się dzielnie. Ja pojadę do Frau Göring, by cię ratować. Dopnę tego, choćbym miała oddać całą moją schedę po wuju Hermanie.


[1]  Das   Sondergericht   (niem.) — sąd specjalny.

[2]  Oflag   właść.   Offizierlager   —   obóz  oficerski,   niemiecki   obóz jeniecki dla oficerów (1939—1945).

[3]  Was   wünschen   Sie? (niem.) — czego pan sobie życzy?