ROZDZIAŁ ÓSMY

POCZĄTEK KOŃCA

Delegat tajnej organizacji, który przybył do Kalisza, wykazał ogromną energię i determinację, zapał i odwagę w organizowaniu powierzonego mu okręgu. Wróg na terenie Warthegau rozporządzał wszystkim, ci zaś, co mu się przeciwstawiali, zepchnięci do poziomu niewolniczego stada, wyzuci ze wszystkiego, niszczeni metodycznie, nieustannie, z naukową precyzją, wzmocnioną potężnym ładunkiem nienawiści, mieli tylko do stracenia własne życie.

Delegat bystrym okiem właściwie ocenił sytuację. Uważał, że niszczony z coraz większą pasją żywioł polski rozbił się pod grozą całkowitej zagłady na trzy grupy. Na bierną większość, zastraszoną, liczącą jedynie na biologiczne przetrwanie przez wykonywanie wszystkich zarządzeń wroga, ten trzon każdego żywego społeczeństwa ludzkiego kierującego się w swej masie tylko instynktem trwania, i na dwa inne skrajne odłamy. Liczniejszym z tych dwóch są ci, co ukochali bardziej ojczyznę niż własne życie. To są nasi ludzie. Na nich można budować, z nich tworzyć mozolnie, czujnie, powoli, z dużą rozwagą, ową armię straceńców, która tyle wszechwładnemu pozornie wrogowi napędza strachu i płoszy sen z powiek butnych najeźdźców. Najgroźniejsza, najbardziej nikczemna jest trzecia grupa rodzimego żywiołu „w kraju Warty". Tę znają dzieje od początków istnienia rodzaju ludzkiego. Wywodzi się ona od biblijnych Kainów i Judaszów aż po nowoczesnych Quislingów i Degrelle'ów.

Tylko w naszej ojczyźnie najbardziej niszczonej przez wroga ta grupa nie była reprezentowana. Polska wprawdzie wydała wielu małych, tuzinkowych łotrzyków z najniższych mętów społecznych, z szumowin ludzkich, ale na szczęście ani jednego większego kalibru — zakończył swoje wywody delegat.

— Tak, ale mamy ich wszędzie — odparła pani Edyta. — Nie wie pan, ile trudu kosztowało nas znalezienie pośród Volksdeutschów znających język polski i dlatego zatrudnionych w biurach, do których napływa korespondencja w języku polskim, ludzi nam życzliwych. Taki Ślązak, Piernikarczyk, z którym mam kontakt, urzędnik Arbeitsamtu, niszczy codziennie kilkanaście donosów pisanych przez Polaków na Polaków. Niektóre z tych listów sama miałam w ręku.

—  Mamy więc własne polskie piekło — pokiwał smętnie głową delegat.

—  Tak, i to jest wieczne piekło, będziemy mieli je zawsze, chodzi tylko o to, aby jak najbardziej ograniczyć zasięg jego działania — rzekła pani Trubolska. — Dzięki stosunkom Alfreda Nawrockiego z władzami hitlerowskimi doszliśmy do tego, kto wydał w ręce gestapo przed rokiem siedzibę ówczesnego dowództwa Tajnej Organizacji Wojskowej. Obie aresztowane wtedy kobiety, Olszewska i Szurczakowa, nikogo oprawcom nie wydały. Rozstrzelali je po najokrutniejszych męczarniach. Donosiciel w liście do gestapo, pisanym bardzo złą niemczyzną, deklarował swoją chęć odkupienia win wobec narodu niemieckiego. List ten pan Nawrocki czytał i na jego naleganie gestapo rozpoczęło poszukiwania donosiciela, który nazywał się Puppe. Na odwrocie koperty umieścił jako adres nadawcy, adres miejscowego dentysty Niemca, który z tą sprawą nie miał nic wspólnego. Donos mógł napisać jeden z jego wielu pacjentów. Pup-pych gestapo znalazło w Kaliszu dwóch, zupełnie sobie obcych ludzi, nie krewnych, ale ekspertyza wykazała, że żaden nie był autorem owego ręcznie pisanego listu. Dopiero parę dni temu pan Nawrocki podał mi nazwisko autora tego donosu, rzekomego Puppego. Jest to członek organizacji kierowanej przez Strzelczyka i Malinkę. Nazywa się on Wojciech Hageman. Zmienił sobie imię na Albert i gdy wreszcie „dojrzał" do tego, by zgłosić się na Volkslistę, przydał się do „zasługi" wydania komendy Tajnej Organizacji Wojskowej.

—  Czy wiecie, gdzie mieszka ten łotr?

—  Właśnie wczoraj dostaliśmy jego adres.

—  Powołam sąd nad Hagemanem. Jeśli wyda on wyrok śmierci, należy odczytać go oskarżonemu przed jego wykonaniem.

—  Będzie to bardzo trudne — zauważyła Edyta.

—  Ale, niestety, konieczne. Takie są nasze zasady walki.

—  A ich?

—  Nie możemy się na nich wzorować.

—  Nawet prawo międzynarodowe uznaje zasadę odwetu. Bezprawne działanie jednej strony uprawnia drugą do stosowania takich samych metod. Oni stosowali wszelkie metody tortur dla wymuszenia zeznań od Olszewskiej, żony Strzelczyka i Szurczakowej. Jeden z naszych ludzi grzebał rozstrzelanych w lesie na Lisach w tej egzekucji i zeznał, że widok obu zmasakrowanych kobiet budził grozę.

—  Wobec tego Hageman na pewno otrzyma wyrok śmierci, skoro Alfred Nawrocki zezna pod przysięgą, że czytał donos Puppego i że Puppe i Hageman to ta sama osoba.

Posiedzenie sądu nad sprawą Hagemana odbyło się w dwa dni później w mieszkaniu pani Trubolskiej.

—  Donos rzekomego Puppego dał mi do przeczytania szef kaliskiego gestapo, Wilhelm Schönrogge — mówił Alfred Nawrocki. — Potraktowałem to jako sensację i poprosiłem Schönroggego, by odszukał donosiciela. Poszukiwania nie dały rezultatu. Autor owego złowrogiego anonimu dłuższy czas nie ujawniał się wobec tych, którym oddał tak krwawą przysługę. Aż dopiero tydzień temu przyjechał do mnie ów Schönrogge wieczorem na kolację i powiedział, że skoro to mnie jeszcze interesuje, poda mi nazwisko rzekomego Puppego.

—  Jest nim Wojciech vel Albert Hageman, zamieszkały przy ulicy Hindenburga 7 m. 2, czy tak? — spytał przewodniczący sądu.

—  Tak — potwierdził Nawrocki.

—  Czy świadek nie ma co do tego żadnej wątpliwości? Zaznaczam, że świadek zeznaje pod przysięgą!

—  Zdaję sobie z tego sprawę — odparł Nawrocki.

—  Sąd udaje się na naradę — oznajmił przewodniczący. Narada odbyła się w kuchni pani Trubolskiej. Trwała krótko.

Zaraz ogłoszono wyrok. Brzmiał on następująco:

W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej wojskowy sąd okręgowy w Kaliszu  rozpatruje w trybie doraźnym sprawę Wojciecha Hagemana, obywatela polskiego, który w dowodzie osobistym przed wrześniem 1939 roku podał, że jest Polakiem i na tej podstawie został przyjęty do Tajnej Organizacji Wojskowej w stopniu kaprala. Wymieniony Wojciech Hageman za kierowane żądzą zysku odstępstwo od narodowości polskiej i zdradę główną, której rezultatem była śmierć wielu najlepszych córek i synów ojczyzny, zostaje skazany na karę śmierci. Wykonanie wyroku zostaje powierzone uprawnionym do tego organom armii podziemnej".

Najtrudniejsze zadanie pochwycenia zbrodniarza powierzono Antosiowi Kutowi. On sam nazywał już teraz siebie żartobliwie „Mädchen für alles" — „służąca do wszystkiego", bo tak wiele spraw organizacji spadało na niego, ale sam zdawał sobie sprawę, że tak być musi.

Do wykonania wyroku na zdrajcy, który naprowadził gestapo na ślad pierwszej w Kaliszu polskiej organizacji wojskowej, zgłosiło się aż pięciu ochotników obeznanych z bronią. Antoś kazał im ciągnąć węzełek chustki; wyciągnął go Maryś Bogast. Trzeba było teraz dowiedzieć się, jak wygląda, co robi, jaki tryb życia prowadzi zdrajca.

I tu pomógł sam przypadek. Okazało się wkrótce, że szeregowiec armii podziemnej Edek Ćwiek, czeladnik krawiecki, pracuje u majstra, który niedawno został folksdojczem.

Hagemanowi jako Polakowi odebrano jego mały własny warsztat krawiecki. Musiał pracować u krawca Niemca za psi grosz dwanaście godzin dziennie. To go tak rozgoryczyło, że wstąpił do tajnej polskiej organizacji wojskowej. Na początku wojny wszyscy Polacy byli przekonani, że potrwa ona bardzo krótko. „Wtajemniczeni" rozmaitego rodzaju, a roiło się od nich, podawali bliskie daty nagłej klęski Niemiec. Po takiej klęsce, ci, co się choć trochę do niej przyczynili, mieli opływać w zaszczyty i dostatki. Hageman w to uwierzył i jako dawny rezerwista w randze starszego strzelca został kapralem armii podziemnej, ścisłe terminy klęski Niemców podawane przez wróżbitów nie sprawdzały się jednak, przeciwnie, odnosili oni triumfy jeden po drugim. Hitler ogłosił całemu światu panowanie tysiącletniej Rzeszy. Mały krawiec o duszy lękliwej i podłej spostrzegł, że wybrał złą drogę do odzyskania swego małego warsztatu. W jego sercu zbudziła się nagle nienawiść do przywódców polskiej organizacji. Przypomniał sobie też dziada Niemca, który za jego dzieciństwa opowiadał o złotych czasach panowania Wilhelmów w Niemczech i o ich przewagach w Europie. Teraz Adolf Hitler zaćmił ich sławę. Szczekaczki wyły stale o jego wielkości, rytm żołnierskich butów wybijał jego chwałę, majster Niemiec wykrzykiwał ją w warsztacie i głosił zagładę całego narodu polskiego. Ta polskość zaczęła już ciążyć małemu kaliskiemu krawczykowi. Rozmyślał, jak wkupić się w łaski narodu panów. Nie chciał już więcej należeć do upośledzonego narodu niewolników. Siedzibę organizacji znał, ponieważ kiedyś chodził tam jako goniec z raportem, zdradził więc. I ta własna nikczemność Hagemana zgotowała mu zgubę.

Ćwiek i Bogast, dawni przyjaciele i obrońcy harcerskiego sztandaru, szybko się dogadali. Bogast zawiadomił zaraz swego zwierzchnika Kuta o dokonanym odkryciu, że jego kolega pracuje w zakładzie krawieckim Hagemana. Antoś aż podskoczył z radości. To, co wydawało mu się prawie niewykonalne, teraz stało się zupełnie proste.

Edward Ćwiek był dotąd jedynym pracownikiem otwartego niedawno zakładu Hagemana. Pracy w nim było wiele i właściciel zaczął przebąkiwać, że niebawem przyjmie dwóch nowych pracowniwów, których miał mu przydzielić Arbeitsamt. Trzeba się było bardzo śpieszyć.

Postanowiono zlikwidować Hagemana nie w domu, gdzie mieszkał z matką i zamężną siostrą, lecz właśnie w warsztacie krawieckim. Oczywiście po takiej operacji pracownik Hagemana, Polak, był spalony i musiał przepaść bez wieści. Większy jeszcze kłopot był z jego rodziną. Groził jej obóz koncentracyjny jako krewnym domniemanego zabójcy. Ustalono więc, że rodzice Ćwieka wyjadą do Generalnej Guberni, gdzie mieli rodzinę, a Edward pod zmienionym nazwiskiem i z fałszywym skierowaniem Arbeitsamtu zostanie przyjęty do pracy u Alfreda Nawrockiego w Winiarach. Jego „Lebensmittel-Fabrik" rozwijała się znakomicie, zatrudniając już prawie 1500 pracowników, w tym kilkuset „spalonych". Dostarczeniem wszystkich fałszywych dokumentów zajmowała się Edyta Trubolska. Działała ona szybko i sprawnie.

W przeddzień rozpoczęcia akcji Maryś Bogast przypomniał sobie, że w metalowej skrzynce zakopanej w ogrodzie rodziców przechowuje sztandar kaliskiego hufca harcerskiego.

— Zastanawiam się nad tym — zwierzył się Ćwiekowi — że w razie gdyby się ze mną co stało, to nasz sztandar mógłby przepaść. Zgniłby w ziemi i nikt by o nim nic nie wiedział, jak i o mnie... Ja tu nieważny, ale sztandar... Ty sam musisz stąd wiać i dobrze, że twoi starzy już wyjechali do Generalnej Guberni. Z tych, co nasz sztandar ratowali, został tylko jako tako bezpieczny Jurek Barst. Trzeba naszą chorągiew w nocy wykopać i niech ją Jurek gdzie skryje. Chodź, pójdziemy do niego, aby się tym zajął.

Barst, wysiedlony z rodzicami ze śródmieścia, mieszkał na dalekim Korczaku w nędznej chałupie. Był tam na szczęście ogród, którego połowę użytkowali rodzice chłopca.

Godzina policyjna bardzo krępowała w mieście ruchy Polaków. Chłopcy ustalili, że Maryś Bogast wykopie sztandar w nocy, aby nikt z sąsiadów go nie podejrzał, gdyż ostrożność nakazywała nikomu nie ufać, i nazajutrz przed rozpoczęciem akcji przeciw zdrajcy odwiezie go swoją śmieciarką Barstowi. Potem miał zażyć środek na wymioty, udając, że boli go brzuch, by uzyskać skierowanie do lekarza. To dawało mu swobodę działania.

Pośród nie dożywionej, żyjącej w okropnych warunkach sanitarnych ludności polskiej w Kaliszu poczęły zdarzać się przypadki tyfusu brzusznego. Wobec tego Niemcy, którzy bardzo bali się wszelkich epidemii, rozesłali po zakładach pracy okólniki nakazujące podejrzanych o początki tej zaraźliwej choroby natychmiast kierować do punktów sanitarnych. Mogło to dać młodemu Bogastowi tak bardzo potrzebne alibi.

Antoś Kut, cieszący się całkowitym zaufaniem swego szefa, mógł swobodnie poruszać się po mieście. Wszystko było przygotowane do najdrobniejszego szczegółu, bo najmniejsze przeoczenie mogło kosztować życie.

Albert Hageman za swe zasługi dla narodu niemieckiego dostał na ulicy przylegającej do śródmieścia zabrany krawcowi Polakowi magazyn z frontowym wejściem i oknem wystawowym. Całość składała się z dwóch dużych izb, małej komórki na skład towaru i kuchni na zapleczu. Pracy dla rzemieślników wszelkiej branży było wtedy nadmiar, brakowało tylko ludzi.

Zostało ustalone, że Antoś i Maryś będą przechadzali się przed zakładem Hagemana między dziewiątą i dziesiątą rano. Nie można było ściśle ustalić godziny, ponieważ nie było wiadomo, kiedy Marysiowi uda się wyrwać z Zakładu Oczyszczania Miasta. Praca u Hagemana trwała od siódmej rano do osiemnastej, z godzinną przerwą na obiad. Edek Ćwiek już przed dziewiątą zerkał czujnie przez okno wystawowe, na którym stały pięknie ubrane manekiny męskie, jeden w dobrze skrojonym mundurze oficerskim Wehrmachtu, drugi w garniturze cywilnym. Zadaniem Edka było zaraz po wejściu „klientów" zamknąć drzwi na klucz i zasunąć żaluzje wystawy. Po wykonaniu wyroku wszyscy trzej mieli wyskoczyć z zakładu przez kuchnię i przez podwórze przejść pusty zwykle o tej porze ogród, by znaleźć się na sąsiedniej ulicy. Ta niezwykła nerwowość chłopca zwróciła wreszcie uwagę jego pryncypała.

—  Co się z tobą dzieje, więcej dziś patrzysz na ulicę niż na swoją robotę — zwrócił mu ostro uwagę. — Aha, dziś poniedziałek. Nie możesz jeszcze pewnie zapomnieć dziewczyny, z którą cię widziałem tamtej niedzieli. Pewnie kręci się gdzieś tu. Już zwąchaliście, że muszę niedługo wyjść do Arbeitsamtu, by upomnieć się o ludzi do pracy. Ciągle mi ich obiecują i dotąd nic z tego.

Edek zdrętwiał. Nic nie wiedział o tym, że Hageman zamierza tego dnia wyjść z warsztatu. Mogło to pokrzyżować plany wykonawców wyroku. Spojrzał ukradkiem na zegar wiszący na ścianie. Było dziesięć minut po' dziewiątej.

„Jak tego łotra tu zatrzymać na godzinę? — zastanawiał się. — Jak go zatrzymać?..."

—  Najlepiej załatwić ważne sprawy rano — odezwał się znowu jego pracodawca.

—  Tak, tak, najlepiej rano — potwierdził machinalnie Edek — ale dziś ma pan pilną robotę. Obiecał pan wykończyć mundur dla komendanta policji. Przed szóstą wieczór mają go odebrać.

—  Prawda — potwierdził Hageman. — Jedno, że muszę, muszę tę robotę wychuchać, a drugie, że tak około dziesiątej mają z komendy Wehrmachtu przywieźć sukno na mundury. Duże zamówienie. Jak nie dostanę pracowników, to umarł w butach.

Zimny pot oblał Ćwieka.

„Jeżeli Niemcy zjawią się w tym czasie —   przemknęła mu przez głowę straszna myśl — to co się z nami stanie? Teraz wszyscy żołnierze mają przy sobie naładowaną broń. Gdyby nadchodzili, wyskoczę na ulicę, wykonanie wyroku trzeba będzie przełożyć na inny dzień — postanowił. — Oby mi się tylko to udało". Znowu zerkną  na zegar. Teraz była za kwadrans dziesiąta. Krytyczny czas zbliżał się nieubłaganie.

— Oj, kręcisz ty się dzisiaj, kręcisz — zauważył majster, który dziwnie tego dnia nie spuszczał z oka swego robotnika. — Zrobię ci na złość i dopiero jutro pójdę do biura pracy. Pokażę im zamówienie wojska na mundury. Muszą mi dać pracowników. O, ktoś tu do nas idzie —  zawołał, patrząc przez wystawowe okno. — Myślałem, że to ta twoja dziewczyna, a to dwóch młokosów. Czego oni mogą chcieć? Może z Arbeitsamtu mi ich przysłali?

Edek spojrzał na ulicę i mrówki zaczęły mu chodzić po grzbiecie. Kut i Bogast oglądali z zainteresowaniem oba manekiny i zaglądali do wnętrza magazynu.

—  Oni nie do szefa — zawołał Ćwiek i poderwał się ze swego stołka, by wybiec na ulicę.

—  Ty, ty, bez takich szpasów — krzyknął Hageman, łapiąc go za rękę. — Chcesz mi odmówić pomocników, ty polska żmijo! Już od paru dni spostrzegłem, że ci wilkiem z gęby patrzy!

Krawiec, uprzedzając swego pomocnika, pierwszy wyskoczył na próg magazynu i zwrócił się uprzejmie do dwóch młodych ludzi, oglądających z zainteresowaniem jego manekiny:

—  Kawalerowie pewno do mego magazynu ze skierowaniem do pracy? Bardzo proszę.

—  Tak — potwierdził starszy z młodzieńców. — My właśnie do  pana, panie Hageman.

—  Zgadłem zaraz — ucieszył się krawiec. — Wejdźcie. To ten mój łobuz pomocnik...

Hageman urwał nagle, bo po wejściu do magazynu rzekomych robotników krawieckich Ćwiek odepchnął go gwałtownie od drzwi i zamknął je na klucz.

—  Czyś zwariował, smarkaczu? — spytał majster zdziwiony tym niezwykłym zachowaniem się pracownika. Ale ten bez słowa podszedł do drzwi wystawowych i począł opuszczać żaluzje. Tego było Hagemanowi za wiele. Nie licząc się z rzekomymi kandydatami do pracy, skoczył ku Ćwiekowi i chwycił go za kołnierz, ale w tej chwili usłyszał ostre słowa starszego z przybyłych „robotników":

—  Ręce do góry, łotrze, bo ci kulę wpakuję w plecy! Hageman z przerażenia odwrócił głowę i zobaczył w ręku przybysza rewolwer skierowany w swoje plecy.

— Czego panowie ode mnie chcą? — spytał przerażony. — Pieniędzy mam niewiele, ale mogę je panom dać, jeżeli trzeba.

—  Nie trzeba — odparł szorstko Kut. — Przechodź zaraz do drugiej izby — rozkazał delikwentowi.

—  Lepiej do kuchni  —  radził Ćwiek — tam będzie ciszej.

—  I ty jesteś w zmowie z tymi — syknął Hageman. — Pieniądze mam w domu, tu tylko kilkadziesiąt marek, jeśli panowie chcą się pofatygować — proponował głosem, w którym zabrzmiała nuta nadziei, że zdoła się ocalić.

—  Powiedziałem, że nie o pieniądze nam chodzi, stary lisie — odrzekł Antoś.

—  Mamy mało czasu, panie podchorąży — ostrzegł go Edek. — W każdej chwili mogą zjawić się ludzie z Wehrmachtu z zamówieniem dla Hagemana.

—  Więc dobrze, przechodzimy do rzeczy. Marianie, weź na cel tego łotra.

—  Czego panowie ode mnie chcą? — jęknął krawiec.

—  Zaraz się dowiesz — usłyszał odpowiedź. — Przyszliśmy wykonać na tobie wyrok władz wojskowych Rzeczypospolitej Polskiej.

—  Wyrok na mnie? Za co?

—  Nie udawaj niewiniątka, ty zbrodniarzu — zawołał Maryś Bogast. — Strzelajmy do tego zbira bez ceregieli, czasu szkoda.

—  Będzie huk. Ludzie usłyszą — zaniepokoił się Edek Ćwiek. — I na ulicy będzie słychać. Wkoło pełno Niemców. Sam mu wbiję w serce ostrze tych długich nożyc krawieckich. Wyostrzyłem je dobrze.

—  Edwardzie, Edziu, ty chcesz mnie zamordować, co ci złego zrobiłem? — spytał drżącym głosem delikwent.

—  Mnie zrobiłeś tyle złego, co każdy z was czyni Polakom, nie mniej ani więcej, ale zginiesz, bo przez ciebie gestapo wystrzelało blisko trzystu najlepszych Polaków. Twój donos wprowadził ich na ślad.

—  Czytam wyrok — oznajmił uroczyście Kut. Obaj chłopcy stanęli na baczność. Szczęki Hagemana drgały nerwowo, dzwonił zębami ze strachu.

—  To nie ja zrobiłem, to nie ja zrobiłem — usiłował bronić się rozpaczliwie.

—  To ja go, komendancie, teraz pchnę ostrzem tych nożyc — zaofiarował się Ćwiek. — Muchy bym nie zabił, ale tego zbója zabiję!

—  Nie. Nasza procedura nakazuje wykonać wyrok przez rozstrzelanie — sprzeciwił się Kut.

Strzelił pierwszy prosto w serce prowokatora. Zawtórował mu drugi strzał pistoletu Bogasta. Hageman jęknął i zwalił się na podłogę. Prawie jednocześnie odezwało się mocne łomotanie od ulicy do  drzwi  magazynu krawca.

—  Uciekajmy stąd, oni już są! — zawołał Edek.

Wszyscy trzej wyskoczyli na podwórze, kierując się w stronę pustego ogrodu, graniczącego z posesją na drugiej ulicy. Właśnie wspinali się na płot, gdy z tyłu padły strzały. Edek Ćwiek uczuł w plecach ostry ból, ciało jego zwisło bezwładnie na płocie. Maryś, dostrzegając to już po drugiej stronie, odwrócił się odruchowo, by ratować przyjaciela.

—  Nie wolno! — usłyszał stanowczy zakaz podchorążego — uciekaj, bo zginiemy wszyscy!...

Weszło ich trzech. Jednym z nich był szef gestapo w Kaliszu Wilhelm Schönrogge. Często bywał u landrata i zawsze miał jakieś uprzejme słowo dla Frau von Trubolski. Dwóch innych nie znała. Skoro tylko ich zobaczyła, wyczuła, że zanosi się na coś bardzo złego. Landrat po powrocie z Warszawy przywitał ją lodowato i zamienił ledwie parę urzędowych słów, a teraz ten niespodziewany nalot.

—  Jesteśmy z łódzkiego gestapo, Frau Trubolski — odezwał się do niej jeden z nie znanych jej przybyszów. — To pani wystawiała paszport waszemu landratowi?

—  Tak — potwierdziła, siląc się na spokojny ton głosu.

—  Może nam pani pokaże dwa dokumenty: jeden, ile i komu wydała pani paszporty i drugi, ile ich pani powinna mieć i jak one wyglądają, chcemy to sprawdzić.

„Jak to dobrze, że delegat niedawno przywiózł mi dwieście fałszywych paszportów, drukowanych w mennicy warszawskiej, bym mogła uzupełnić braki. Są takie same jak oficjalne. Zrobili je według oryginalnego wzoru" — pomyślała, szukając w szufladzie biurka żądanych dokumentów.

Gestapowcy sprawdzili, ile paszportów powinno być w kasie pancernej landratury i policzyli je. Wszystko się zgadzało. Zaczęli teraz bardzo skrupulatnie oglądać paszporty. Brali je pod światło, porównywali z przywiezionym przez siebie paszportem. Tu coś im nie pasowało. Edyta przyglądała się tej ich pracy z pozorną obojętnością.

„O co im chodzi? — zastanawiała się. — Przecież sama sprawdzałam, że podrobione książeczki paszportowe są identyczne z autentycznymi. Litografowie warszawscy spisali się znakomicie".

—  Widzi pani różnicę między tymi dwoma drukami paszportowymi? — spytał nagle jeden z gestapowców, pokazując Edycie dwie książeczki.

—  Nie widzę — odpowiedziała zupełnie szczerze po dokładnym obejrzeniu obu podanych jej egzemplarzy.

—  Jeden egzemplarz jest obcięty po oprawieniu książeczki, brzeg jest równy, drugi zaś przed oprawieniem, bo okładka o dobry milimetr jest szersza od druku wewnątrz niej.

—  Nie ja robiłam te książeczki — wzruszyła ramionami pani Edyta.

—   Odpowiedź prawidłowa, Frau Trubolski — potwierdził agent łódzki.

—  Frau von Trubolski — poprawił go grzecznie Schönrogge. Niech  będzie  —  zgodził  się  jego  kolega.   —  Chodzi  tylko o drobnostkę! Waszego landrata zatrzymano na granicy Generalnej Guberni pod zarzutem, że jego paszport jest fałszywy. „Jestem zgubiona" — pomyślała Edyta.

—  Przyszło pismo z Berlina, że oni tam drukują oddzielnie okładki i oddzielnie ich wnętrze, a więc te paszporty obcięte równo...

„Boże, miej w opiece moje dzieci" — westchnęła w duchu pani Trubolska.

—  Mogłyby wydawać się fałszywe. Widzimy tu jednak u Frau von Trubolski — ciągnął gestapowiec — jedne i drugie paszporty ze sobą pomieszane. Widocznie drukarnia zmieniła system pracy — wnioskował. —  Więc, Frau von Trubolski, przepraszamy, wszystko jest w porządku.

Trzej gestapowcy uprzejmie podali rękę pani Edycie i odeszli. Odetchnęła z ulgą. Bezpośrednie zagrożenie minęło, ale złowrogi cień zawisł nad jej głową.

Przecież te łotry napiszą do Berlina o swej kontroli, a tam mogą nie przyjąć tezy o dwojakim sposobie druku paszportów. Przy tym zaczną im się nie zgadzać numery i serie tych dokumentów. Skoro raz na to wpadli, pójdą dalej.

Pani Edyta stała się teraz bardzo czujna. Okna jej mieszkania wychodziły na ratusz. W parę dni po tej kontroli zauważyła, że ktoś obserwuje wnętrze jej domu przez lornetkę. Wyraźnie widziała błyszczące jej szkła przylepione do szyby jednego z okien ratusza. Zorientowała się, że jest to okno biura policji. Zauważyła też dziwną zmianę w zachowaniu się swych stołowników. Byli tylko pozornie tak samo uprzejmi jak dawniej. Nawet uderzyło to i Antosia Kuta. Stołujący się u pani Trubolskiej oficerowie policji nie prowadzili już z nim poufnych rozmów. Na propozycję wypicia wódki przy obiedzie dostał suchą odprawę:

—  Sznaps jest na kartki, nie możesz go tyle mieć.

To było już bardzo groźne. Antek niedawno cudem prawie uniknął śmierci likwidując zdrajcę Hagemana. Nie był zupełnie pewny, czy nikt go nie rozpoznał, gdy uciekał z Bogastem z miejsca akcji. Zmiana stosunku do niego stołowników Edyty nie wróżyła nic dobrego. Jakiś niewidzialny krąg począł się zacieśniać wokół całego środowiska Edyty. Każdy wydany fałszywy paszport, każda wyprawa w konspiracyjnych celach do Opatówka, gdzie działał niezawodny Konrad Wünsche, czy też do Winiar, mogła zakończyć się nieszczęściem. A te stałe raporty do Warszawy, wysyłane umówionym szyfrem, a nadsyłanie prasy konspiracyjnej i jej kolportaż.

—  Coraz więcej min na naszej drodze. Każdej chwili możemy wylecieć w powietrze —  trafnie określiła obecną sytuację w rozmowie z Kutem pani Edyta. — Zbyt wiele ludzi dopuściliśmy do konspiracji. Nasze bezpieczeństwo zależy nie tylko od zachowania się nas samych, ale także i tych wszystkich, którzy zostali dopuszczeni do organizacji. Mówił mi też Alfred z Winiar, że gestapo ma w Kaliszu coraz więcej konfidentów. Zgłaszają się nawet na ochotnika. Najwięcej między nimi jest, niestety, kobiet... Wojna trwa za długo. Coraz trudniej tyle lat prowadzić podwójną grę — westchnęła.

—  Jest na pewno tak, jak pani mówi, i ja też to widzę —  powiedział Kut. — Gdy przyjedzie delegat z Warszawy, trzeba będzie mu przedstawić naszą groźną sytuację. Niech sam wyciągnie z niej wnioski.

Było to dnia 4 czerwca 1943 roku. Rano przed rozpoczęciem pracy w biurach zjawił się delegat z Warszawy i zaraz zapukał do drzwi Edyty. Przyjęła go spłoszona.

—  Proszę nie wchodzić do pokoju frontowego — ostrzegła go. — Jest pod obserwacją z okna ratusza.

—  Czy pani jest tego pewna?

—  Całkowicie. Nie mogę, niestety, zapuścić rolet, bo nigdy tego dotąd nie robiłam, a to obudziłoby dodatkowe podejrzenie.

—  Ma pani rację  —  odparł jej zwierzchnik. — Wobec tego lepiej byłoby, abym się tym razem u pani nie zatrzymał — dodał.

—  Nie sądzę, aby było tak źle. Oni między sobą też się obserwują i mają nakaz pisania o kolegach tajnych raportów. Taki system.

—  Postaram się być jak najkrócej. Wieczorem zrobimy odprawę i jutro wyjadę.

Wieczorem pod pozorem urodzin starszego synka pani Edyty, jedenastoletniego Tadeuszka, pomagającego już matce w jej pracy konspiracyjnej, przybyło do pani Trubolskiej sporo „gości" ze sztabu konspiracji. Byli więc: Alfred Nawrocki, porucznik Konrad Wünsche, właściciel majątku Opatówek, Elwira Fedeger i Halina Szwarc z sekcji kobiecej oraz Antoni Kut. Przybyły delegat z Warszawy jako pierwszą sprawę podniósł zmianę siedziby sztabu.

—  Dowiedziałem się — oświadczył — że mieszkanie naszej nieocenionej gospodyni jest od pewnego czasu pod obserwacją. Dlatego mieliście państwo instrukcję, by wchodzić do niego kuchennymi schodami pojedynczo i będziemy tu bardzo krótko, jedynie by załatwić najpilniejsze sprawy. Musimy zmienić lokal, i to jak najszybciej.

—  Proponuję punkt zborny u mnie — odezwała się Elwira Fedeger. — Dom mych rodziców przy naszej dawnej fabryce fortepianów obecnie pod niemieckim zarządem jest bardzo obszerny. Obie z moją siostrą Wandą dotąd tam pracujemy i jesteśmy traktowane jako dawni właściciele. Za takich uważają nas pracownicy. Bywa ich u nas tak wielu, że zjawienie się kogoś jeszcze nie będzie budzić podejrzeń. Obie z siostrą jesteśmy młode... Więc możemy przyjmować w domu wizyty panów — dokończyła spłoniona urocza panna Elwira — bez podejrzeń.

—  O ile wiem — odezwał się delegat — panie mieszkają razem z mamą. Czy pani Fedeger...

—  Mama nasza myśli tak samo jak my, choć nie wie, co robimy obie, bo wiedzieć nie może. Na jej całkowitą dyskrecję zawsze można liczyć — żywo przerwała mu Elwira.

—  Propozycja panny Elwiry przychodzi więc w samą porę. Czy ktoś z państwa jest innego zdania?

—  Nowego lepszego miejsca naszych zebrań w Kaliszu nie znajdziemy — stwierdził Alfred Nawrocki.

—  Akceptuję więc nowe nasze lokum — zdecydował delegat. — Idę jednak dalej i od jutra na pół roku zawieszam wszelką działalność konspiracyjną pani Trubolskiej.

—  Ależ ja się nie boję — oponowała zaskoczona pani Edyta.

— Ale ja boję się o panią i jej dzieci. Zrobiła pani dotąd tak wiele. Ileż to razy brnęła pani w wichurze, burzy i śniegu z mroźnym wiatrem w oczy do folwarku pana Wünschego o dziesięć kilometrów stąd, do Opatówka, by przekazać mu najpoufniejsze pilne wiadomości.

—  Święta to prawda — potwierdził porucznik — oboje z żoną jesteśmy pełni podziwu dla pani.

Powiedziawszy to pan Wünsche wstał i ucałował ręce pani Edyty. Wszyscy obecni za jego przykładem podnieśli się z miejsc.

—  Niczym w tej chwili nie dysponuje nasza biedna Rzeczpospolita, ale zdradzę tajemnicę, że z Warszawy poszły wnioski o przyznanie pani krzyża Virtuti Militari za jej ogromne zasługi. Teraz udzielam pani półrocznego urlopu. Funkcje pani przejmie porucznik Elwira Fedegerówna. Pan Alfred Nawrocki zaś — ciągnął delegat — otrzymał awans na kapitana i kwatermistrza grupy „Zachód". W związku z tym spadną na pana nowe obowiązki.

—  Wszystkie rozkazy wykonam, za nominację dziękuję — oświadczył krótko po żołniersku nowy kwatermistrz.

—  Czy prócz tych dwustu paczek, które dwa razy w miesiącu wysyła pan pod wskazane adresy do obozów jenieckich i obozów koncentracyjnych, mógłby pan podjąć się zaopatrzenia w żywność pewnych naszych oddziałów wojskowych w Generalnej Guberni? Mamy duże trudności z ich wyżywieniem, a nasze oddziały leśne rosną jak na drożdżach.

—  To jest sprawa do dokładnego omówienia — odparł Nawrocki. — To, czym mógłbym dysponować, musiałbym wysyłać na adres jakiejś nie istniejącej niemieckiej jednostki wojskowej. Musielibyście się pod nią podszyć.

—  Właśnie to jeden z powodów, które mnie tu sprowadziły — rzekł delegat. — Czy mogę być jutro u pana w Winiarach?

—  Tak, proszę bardzo — zgodził się Nawrocki. — Lepiej może będzie, gdy zaraz po naszym posiedzeniu zabiorę pana ze sobą. Przenocuje pan w mym domu. Tam będzie chyba najbezpieczniej.

—  Dziękuję, chętnie skorzystam z tego zaproszenia — zgodził się delegat. — Ale byłbym zapomniał, mam dla pana ważny dokument. Nawet będzie dobrze, jeżeli wszyscy państwo z nim się zapoznają. Jest to portret przybliżony jednego z najniebezpieczniejszych prowokatorów gestapo — mówił, wyjmując ze swej teczki fotografię młodego mężczyzny. — Oto on. Właściwie nazwisko jego brzmi Zenon Ciemniejewski. Podawał się przed wojną za Polaka. Kończył studia w Poznaniu i tam działał w prawicowej organizacji młodzieżowej. Po wejściu Niemców całą listę członków tego związku wraz z adresami wydał gestapo i zaraz rozpoczął „pracę" jako tajny agent. On to w Warszawie wydał ojca Juliana Mirochnę.

—  O, Boże... — jęknęła pani Trubolska.

—  Może ktoś z was widział człowieka podobnego do tego z fotografii? — spytał delegat. — Niestety, to nie oryginał, ale, jak już owiłem, portret syntetyczny, odtworzony z opisu kilku członków przedwojennej organizacji prawicowej z Poznania, którzy znali osobiście Ciemniejewskiego i żyją dotąd tylko dlatego, że po wrześniu nie  wrócili  do  domu.

Portret przywieziony z Warszawy wędrował z ręki do ręki. Wszyscy obecni na odprawie przyglądali mu się badawczo, ale co chwila brzmiały te same słowa:

—  Niestety, nie znam...

—  Grasuje ten łotr ciągle pod innym pseudonimem, nawet twarz czasem podobno mu zmieniają  - mówił delegat. — Nasi są już na jego tropie, ale ciągle się im wymyka. Proszę — zwrócił się do Alfreda Nawrockiego — panu zostawiam ten portret, bo pan ma rozmaite kontakty, więc...

—  Rozumiem —  odparł Nawrocki, chowając portret prowokatora do swej teki. — Taki „dokument" może mi się przydać. Nigdy nic nie wiadomo. Dziękuję.

Gdy omówiono już wszystkie sprawy, część zebranych dyskretnie opuściła mieszkanie pani Trubolskiej, pilotowana przez Antosia Kuta, który czuł się tu jak u siebie w domu i raz po raz wysuwał nos na ulicę, czy nie ma tam czegoś podejrzanego. Wkrótce także Nawrocki i delegat zaczęli się żegnać z panią Edytą. Nagle z sąsiedniego pokoju wysunęli się jej dwaj synkowie, jedenastoletni Tadzio i ośmioletni Januszek.

—  Wujku — zawołał starszy chłopiec — dzisiaj są moje urodziny. Wujcio obiecał mi narysować polskiego orła.

—  A mnie polskiego żołnierza — dodał młodszy. — A tu wujcio odjeżdża i nic.

—  Jutro wam narysuję — próbował wykręcić się Bratkowski. —  Ale dzisiaj  są moje urodziny, wujcio obiecał — upierał się starszy chłopiec.

—  A jutro wcale do nas nie przyjdzie — stwierdził żałosnym głosem młodszy Januszek.

—  Nie puścimy teraz wujka, nie puścimy — zawołał Tadzio, chwytając Bratkowskiego za ręką. Januszek przypiął się do niego z drugiej strony i zaczęli „wujcia" tarmosić tak, jak mrówki muchę.

—  Co ja z wami zrobię? — zastanawiał się delegat.

—  Może pan u nas zostać do jutra. Pokój gościnny obok kuchni pusty. Chyba do jutra nic się nie stanie. Antek Kut przed chwilą meldował, że na ulicy spokojnie — zapraszała pani Trubolska.

—  Proszę czekać jutro na mnie na ulicy Łódzkiej, trzysta kroków za więzieniem w stronę Winiar o godzinie dziewiątej rano. Podjadę pod pana moim autem — zdecydował Nawrocki, widząc, że jego gość ma ochotę zostać, by dopełnić swych przyrzeczeń wobec obu malców.

Był to piękny wieczór jakże pamiętny dla wszystkich, którzy w nim uczestniczyli. Gość z Warszawy spędził go w dużej jadalni pani Trubolskiej. Mogli sobie wieczorem na to pozwolić, bo od zmroku obowiązywało zaciemnianie okien, nikt więc nie mógł zobaczyć, co dzieje się za szczelnie opuszczonymi żaluzjami zdublowanymi dodatkowo zasłonami z czarnego papieru. Bratkowski narysował obu chłopcom orła i żołnierzy, bo miał duże zdolności plastyczne. Po skromnej kolacji synkowie pani domu poszli spać. Gość zdecydował, że będzie nocować o piętro niżej u Antosia Kuta, by nie narażać gospodyni. Pani Edyta postawiła na stół butelkę kilkuletniego wina owocowego własnego wyrobu. Chwilę pozostali sami.

—  Aż dziwne mi się to wydaje — stwierdził gość, sącząc z kieliszka aromatyczny napój — że tak wiele jest w naszej konspiracji urodziwych młodych kobiet. Tutaj w Kaliszu mamy istny bukiet najpiękniejszych kwiatów z królową różą w jego środku.

—  Elwirą Fedegerówna.

—  Nie, myślałem o pani.

Pani Edyta pokazała w uśmiechu dwa rzędy białych zębów.

—  Prawdziwe perły — szepnął Bratkowski. — Jest pani istotą pod każdym względem niezwykłą. Gdybym kiedy mógł wybrać sobie żonę, nie widziałbym nikogo poza panią.

—  Mówi przez pana nastrój chwili. Prędko pan o tym zapomni.

—  Nie. Przypomnę pani kiedyś to, co dziś powiedziałem. Teraz nie mam prawa o tym marzyć. Za mroźny czas na wiosnę. Przeżywamy pełnię zimy, mimo że o kilkanaście kroków stąd zakwitają kwiaty w ogrodach i na ulicach. Dziś mamy wieczór czwartego czerwca.

—  A jednak, choć dla nas to pełnia zimy, jak pan powiedział, w sercach zakwita tyle kwiatów. Nie widzi pan tego?

—   W moim sercu właśnie jeden zakwitł — szepnął młody człowiek.

A jeżeli i w czyimś jeszcze?... —  Edyto, byłbym najszczęśliwszy...

—  Pomyśl, jaka to potężna siła... Nawet w takim czasie, gdy jesteśmy ze wszech stron osaczeni i szczuci jak dzikie zwierzęta — rzekła cicho.

—  Przez dzikie zwierzęta — poprawił ją młodzieniec.

—  Czy można ich porównywać ze zwierzętami? One kierują się tylko instynktem. Silniejsze zwierzę rozszarpuje słabsze tylko, gdy jest głodne, a oni...

W tym momencie do drzwi kuchennych ktoś zapukał parę razy dyskretnie, potem mocniej. Pani Trubolska poderwała się z kanapy.

—  Boże, o tej porze ktoś się dobija — szepnęła przerażona.

—. Właśnie dochodzi dwudziesta trzecia. Prosiłem Kuta, by o tej godzinie przyszedł tu po mnie — uspokoił ją gość.

—  Ty o wszystkim pamiętasz.

—  Tak, dlatego nigdy ciebie nie zapomnę — odpowiedział. Padli sobie w ramiona. Usta ich się spotkały.

—  Gorzki smak — szepnęła Edyta przez łzy.

—  Dlaczego?   —  spytał  Marian.

—  Nie wiem, sama nie wiem, skąd mi się wzięły te słowa. Może los nam na to nie pozwala.

—  Nasza miłość nie będzie mdła, może więc być słodka, bardzo słodka — mówił Marian gorącym szeptem. Kołatanie do drzwi stało się głośniejsze. Gość pani Edyty pocałował ją spiesznie w oboje oczu i ze słowami: — Abyś o mnie nie zapomniała — podszedł do drzwi.

—  Kto tam? — spytał.

—  Anioł — usłyszał zza drzwi.

—  To Antek, jak mówiłem — uspokoił Edytę, otwierając z klucza drzwi.

—  Stawiam się na rozkaz — meldował podchorąży.

—  Na rozkaz... — westchnęła pani Trubolska. — Zostały nam już tylko rozkazy, które coraz trudniej wykonać. Proszę do mnie jutro na śniadanie — zwróciła się do delegata. — I pana też, Antosiu, zapraszam na siódmą rano. O ósmej zaczynam pracę, pan Antoś zdąży na wpół do ósmej, bo ma blisko.

—  Dziękuję pani za zaproszenie, ale jutro mam inne plany. Wyjeżdżam o dziewiątej z moim pryncypałem do Poznania, więc darował mi te półtorej godziny.

—  To dobrze, że mi przypomniałeś, Antosiu, iż jutrzejszy dzień jest nietypowy, bo i ja mam protokółować na zjeździe rolnym w landraturze. Chcą więcej wycisnąć ze wsi żywności. Zjazd zaczyna się też o dziewiątej. Mam dodatkowo wolną godzinę.

—  A ja nie, bo muszę rano przed dziewiątą wpaść aż w dwa miejsca w sprawie kolportażu prasy podziemnej. Coś mi zaczyna kuleć. Wrócę do siebie dopiero przed dziewiątą.

Delegat i podchorąży pożegnali panią Edytę i zeszli na dół do pokoju Antosia z murowanym alibi na drzwiach w postaci dużej tablicy,  na której  napis głosił:  Tabakfabrik,  Karol   Seidack.  Magazyn Nr 2.

—  Nikt nie wie, że tu ktokolwiek mieszka — powiedział Antoś, wskazując tablicę. — Szkoda, że mam tak małą izbę, bo tutaj byłby idealny punkt spotkań dla nas.

—  Trochę tu ciasno u pana — rzekł delegat po wejściu do pokoju — ale od biedy... Trzeba będzie o tym pomyśleć. W pałacyku Fedegerów wszystko jak na patelni, a tu jak w mysiej dziurze, ciasno, ale bezpieczniej.

Kut nastawił budzik na godzinę szóstą. Chciał jak najprędzej być u swoich kolporterów, by ich „podkręcić", jak się wyraził. Zapadli obaj w twardy sen bez marzeń. Obudził ich dopiero dzwonek budzika.

—  Pan jeszcze ma pół godziny do siódmej — odezwał się gospodarz. — Ja wyskoczę na miasto wcześniej. Wrócę o wpół do dziewiątej, aby się ogolić i ogarnąć przed wyjazdem do Poznania.

—  Jak długo tam będziecie?

—  Wieczorem mamy wrócić. Pryncypała jedzie autem. Na pewno uda mi się urwać na jakieś dwie, trzy godziny, bo ma tam przyjaciół, do których chce wpaść po załatwieniu spraw urzędowych. W tym czasie będę mógł załatwić nasze sprawy gazetowe. Poznań, jak wiadomo, sporo nam dostarcza tajnej prasy.

—  Tak, my to przecież finansujemy. Okazja sama się nadarza, bym tym razem jeszcze nie musiał jechać do Poznania. Czy będziesz mógł spełnić tam jedno moje polecenie?

—  Jestem na rozkazy.

—  Dobrze. Pojedziesz tramwajem na Ritterstrasse 11 mieszkanie 11. Łatwe do zapamiętania: jedenastu rycerzy. Tam zadzwonisz zapytasz o Wacusia. Powiesz mu, że masz prezent od cioci i wręczysz mu 5000 marek. O, tu je mam w tej teczce. Zaraz ci je  dam.

Dodasz jeszcze, że ciocia przyjedzie później. Da znać kiedy. Mają dla niej przygotować kotlety. Czy to wszystko będziesz pamiętał?

—  Jedenastu rycerzy, ciocia, kotlety — powtórzył Kut. — Zapamiętam. Aha, jeszcze jedna ważna rzecz: co mam zrobić, jeśli tego kotleta, tfu, Wacusia — poprawił się młodzieniec — nie zastanę w domu?

—  On ma żonę i dwie córki, to zawsze kogoś z nich zastaniesz, bo będziesz tam po godzinach pracy. Zostawisz jednej z nich pieniądze i poprosisz, by mu powtórzyła bajeczkę o cioci. On będzie wiedział, o co chodzi.

Antoś spiesznie się umył i gotował do wyjścia. Wręczone mu pieniądze włożył do szuflady.

—  Klucz do mego mieszkania proszę włożyć pod cegłę ściany w korytarzu. Jest tam odbity tynk i widać gołe cegły. Jedna z nadbitą krawędzią jest tak spreparowana, że wyjmuje się. Zaraz to panu pokażę — rzekł otwierając drzwi na schody wyjściowe.

—  A, to ta, widzę — spostrzegł delegat „nadgryzioną" cegłę.

—  Proszę teczkę zostawić u mnie, a jeśli będzie pan miał jeszcze jaką sprawę, to proszę pamiętać: punkt wpół do dziewiątej będę w domu. Wrócę przez biuro Seidacka. O, te małe drzwi w moim korytarzu wewnętrznym prowadzą do fabryki.

—  Zabiorę się o siódmej już ze wszystkim na górę — oświadczył delegat. — Chyba już nie zobaczymy się aż do następnego mego przyjazdu.

Obaj mężczyźni uścisnęli sobie ręce i Antoś pędem zbiegł po schodach na podwórze, z którego było wyjście na ulicę. Jego gość ogolił się staranniej niż zwykle, starannie też poczesał włosy i gdy jego zegarek wskazywał godzinę siódmą, ruszył na górę. Dziwnie niespokojnie biło mu serce.

„Jej też teraz bije ono silniej niż zwykle. I ona się dziwi, że tak nagle przyszło na nas oboje to uczucie. Królewicz i królewna obudzili się o tej samej godzinie — uśmiechnął się do swych niedorzecznych myśli, które często przychodzą do głowy tym, co odkryli miłość. — Mam coś dla Edyty — przypomniał sobie, biorąc teczkę do ręki z zamiarem niepowracania już do mieszkania Kuta. — Są, są, na swoim miejscu" — ucieszył się otwierając teczkę. Trzymał w ręku długi sznur surowych bursztynów, które sam nie wiedząc dlaczego kupił na wyjezdnym z Warszawy od ulicznego sprzedawcy.

Kolor ich, jakby umyślnie dobrany, harmonizował z urodą tej, co tak nagle stała mu się najcenniejszym darem losu. Schował bursztyny do teczki i nie zamykając jej nawet, raźnym krokiem ruszył w górę. Od strony drzwi kuchennych mieszkania pani Trubolskiej nie było dzwonka, zapukał więc śmiało do nich. Otworzyły się zaraz, a tuż za drzwiami oplotły go miękkie ramiona jego wybranej.

—  Czy myślałeś o mnie trochę w nocy? — spytała.

—  Myślałem przed zaśnięciem i zaraz po obudzeniu się — wyznał szczerze.

—  Niedobry — szepnęła Edyta ciepłym głosem. — Ja całą noc nie mogłam spać przez ciebie. Żartowałeś chyba wczoraj?

—  Edytko, nie pora teraz na takie żarty — odpowiedział poważnie. — Obawiam się tylko...

—  Czego? — spytała z niepokojem.

—  Czy będę dość dobrym ojcem dla Tadzika i Januszka? Zamknęła mu usta pocałunkiem i nagle wyrwała się z jego ramion.

—  Ja tu zabieram ci czas — rzekła —  a ty jesteś przecież głodny. Śniadanie czeka w jadalni. Zasłoniłam okna gęstszymi niż zwykle firankami. Nic przez nie nikt nie dojrzy. Wiesz, mamy na śniadanie nawet szynkę. Przyniósł ją wczoraj Nawrocki. Aż wierzyć mi się nie chce, jak byłam wczoraj roztargniona, że zapomniałam ten przysmak podać do kolacji.

—  I ja mam też coś dla ciebie. Nie jest to wprawdzie brylantowa kolia, której jesteś warta — uśmiechnął się młody człowiek, wyciągając z teczki sznur bursztynów — ale...

Tu urwał nagle, bo do wejściowych drzwi ktoś gwałtownie zaczął się dobijać.

—  Coś tu niedobrego — szepnęła pani Edyta wstając od stołu. — Czekaj, zobaczę — dodała kierując się ku głównym drzwiom wejściowym. Za chwilę odwróciła ku Bratkowskiemu twarz, na której malowało się najwyższe przerażenie. Machnęła ręką w jego stronę, dając mu znak, by natychmiast wyszedł. Marian poderwał się jednym susem i przez kuchenne, drzwi wyskoczył, zbiegając po schodach piętro niżej. Było tam na korytarzu obok drzwi Antosia okno z widokiem na podwórze. Zbieg wyjrzał przez nie z największą ostrożnością, by nie być widzianym ż dołu. Trzech cywilów z rękami w kieszeniach stało na podwórzu u wylotu klatki schodowej. Aby nie było żadnej wątpliwości, wejściem od ulicy wszedł na podwórze czwarty w mundurze SS i skierował się do tej grupy. Bratkowski szybko wyciągnął z muru cegłę, za którą schował klucz, wydobył go i wszedł do azylu Kuta, zamykając drzwi. Po paru sekundach chwycił się za głowę.

„Teczka... została na krześle u Edyty w jadalni — przypomniał sobie. — Jezus Maria, przecież w niej był mój fałszywy paszport z fotografią. Boże, Boże, co ja zrobiłem — pomyślał z rozpaczą. Rzucił się na łóżko Antka i ukrył twarz w dłoniach. — Zgubiłem ją, zgubiłem"... — powtarzał.

Po pewnym czasie drzwiami od strony fabryki Seidacka wszedł Kut.

—  O, pan jeszcze u mnie — ucieszył się, widząc delegata leżącego na łóżku. —  Jak to dobrze — ciągnął — że wpadłem do fabryki wcześniej. Coś mnie tknęło, że auto starego nie będzie gotowe na dziewiątą rano. Mieli naprawić drobny defekt, ale i u Niemców zdarza się bałagan. Podstawią auto dopiero na jedenastą. Co się stało? — spytał nagle młodzieniec, widząc kamienną twarz swego dowódcy.

—  U Edyty gestapo — usłyszał hiobową wieść. — Jak się tu dostałeś? Przecież oni są też tam na dole.

—  Gestapo... — wyszeptał Kut ze zgrozą. — Ja szedłem przez fabrykę. Seidack wściekły, że mu opóźnili remont wozu, ale to nie ma już żadnego znaczenia. Biedna Edyta. Ja pana stąd jakoś wyprowadzę, przez pomieszczenia fabryczne. Oni nie znają tego przejścia. Jeszcze zdąży pan dotrzeć w porę na Łódzką, gdzie będzie czekał Nawrocki.

—  Już mi tam iść nie wolno, jestem u was spalony, paszport mój jest fałszywy, wystawiony na nazwisko Lorentz, ale fotografia prawdziwa. Gestapo mnie szukało u pani Edyty.

—  Skąd oni mają pański paszport? — zdziwił się podchorąży.

—  Przekleństwo na moją głowę! Sam go na górze zostawiłem! — jęknął delegat.

—  Przecież na fałszywe nazwisko.

—  Ale z moją fotografią. Dzięki pomocy organizacji zbiegłem przed pół rokiem z więzienia w Turku. Gestapo ma moje zdjęcie. Robili je kilka razy i odciski palców również. Rozumiesz, jakie to groźne?

—  Ano, jest źle — westchnął ciężko Antoni. —  To ta ciocia chyba do Wacusia nie tak prędko przyjedzie. Co mam w Poznaniu powiedzieć?

—  Powiedz im, że przyjedzie inna ciocia — polecił mu delegat.

—  Czy wszystkie pieniądze mam zabrać? Może panu będą teraz potrzebne?

—  Mam ich dosyć przy sobie.

—  Więc uda się pan teraz na nasz punkt rezerwowy obok dworca do zwrotniczego Trzeciaka?

—  Tak, tylko tam. Mamy u niego krótkofalówkę. Zawiadomię, by mi kurier przywiózł inne papiery i mundur oficera Wehrmachtu Inaczej nie będę mógł się stąd ruszyć. Szkoda, że nie zabrałem z Warszawy tym razem ze sobą broni. Pistolet, który mi kiedyś podarowałeś, oddałem w ostatniej chwili komuś, kto go wtedy bardziej potrzebował.

—  Więc i ja zrobię teraz to samo jeszcze raz — zdecydował Kut. wyjmując z szuflady swój rewolwer. — Działa dobrze, sprawdzony — rzekł wręczając broń delegatowi.

—  Dziękuję. W mojej sytuacji celny strzał może uratować mi życie. Ty chyba znowu postarasz się o nową broń dla siebie?

—  Oczywiście, będę ją miał za tydzień — upewnił Antoś swego gościa. — No, a teraz proszę za mną. Wyprowadzę pana przez pomieszczenia fabryki na drugą ulicę. Proszę mi dać znać przez synka tego Trzeciaka, że dotarł pan do niego spokojnie. W najgorszym razie nasi kolejarze przewiozą pana do Łodzi w węglarce.

—  O, widzisz, to lepszy pomysł niż czekanie na kuriera — ucieszył się delegat. — Myślę, że do jedenastej, nim wyjedziesz do Poznania, będę miał możliwość przesłania ci znaku życia. Nasi kolejarze spisują się na medal.

Przejście przez teren fabryki Seidacka udało się. Wszystko poszło gładko. Nikt nie zwrócił uwagi na obcego człowieka, z którym szedł Kut. Zdarzało się często, że prowadził z sobą jakichś klientów fabryki.

Na podwórzu Antoś na chwilę zostawił swego „klienta" w jakimś kącie i sam wyszedł na ulicę, by rozejrzeć się w sytuacji. Nie dostrzegł z tej strony nic podejrzanego. Za chwilę obaj młodzi ludzie rozstali się. Gdy Kut wracał do biura fabryki, dopadł go goniec Seidacka.

—  Szef kazał pana szukać — mówił chłopiec. — Dostał jakąś złą wiadomość. Szef siedzi jak struty.

—  Do diabła — zaniepokoił się Kut. — Czyżby już gestapo tam po mnie sięgnęło? — zastanawiał się.

—  Ma tam szef u siebie jakichś gości? — spytał gońca.

—  Gości to teraz nie ma — usłyszał odpowiedź. — Ale coś przyniósł listonosz i w szefa jakby piorun uderzył — mówił chłopiec.

—  Z poczty... — uspokoił się konspirator. — To jeszcze może nic o  mnie. Oni by w pocztę się nie bawili — rozumował.

Papa Seidack kurczowo trzymał w ręku jakiś zgnieciony papier, gdy Kut wszedł do jego gabinetu.

—  Dietrich... — wyszeptał stary Niemiec, widząc wchodzącego ulubieńca. — Długo z nim walczyliśmy, by nie wstępował do ochotniczej kompanii Hitler-Jugend, aż wreszcie, jak wiesz, uciekł z domu i zrobił, co chciał. Nie mam już następcy. Poległ pod Mińskiem. Oni cały rok już się cofają stamtąd. Przeklęty ten, co to wszystko na nas sprowadził! — jęknął. — Polegli już obaj narzeczeni moich córek. Czym to się skończy, Anton?

—  Klęską Hitlera! — rzucił Kut otwarcie w twarz staremu Niemcowi słowa prawdy.

—  So, so[1]... ale co będzie z nami, Anton? Co wy z nami zrobicie?

—  To, na co każdy z was sobie zasłuży.

—  Ja... ja nie byłem dla was katem, jak tylu innych. Ja wiem, że was spotkała wielka krzywda.

—  I my to wiemy, szefie, że pan był ludzki dla nas — uspokajał obawy Seidacka Kut. — Czy jedziemy do Poznania, szefie? — spytał po chwili pryncypała, pamiętając o swych obowiązkach konspiracyjnych.

—  Do Poznania? Po co? Miałem tam starać się o zwiększenie przydziału tytoniu do przerobu w mojej fabryce. To już niepotrzebne. Nie mam dla kogo robić pieniędzy, męczyć się. Dla żony mojej i córek wystarczy, co mam. Dużo wywiozłem ze sobą z Rygi.

I tak to wszystko na nic się nie przyda — machnął ręką zupełnie załamany. Był tak zgnębiony, że Antkowi żal się zrobiło w gruncie poczciwego  papy  Seidacka.

—  W razie czego, szefie — odezwał się do niego — wielu poświadczy, że był pan uczciwym człowiekiem. Wszyscy będą panu współczuli po tej stracie. Dietrich też nie był dla nas przykry, choć codziennie w Hitler-Jugend szczuli go na nas.

__, Tak, to było dobre dziecko,  biedny mój  Dietrich... — westchnął papa Seidack. — Słuchaj, Anton, mam do ciebie prośbę. Ty musisz o tym, co się stało, zawiadomić moją żonę. Ja nie mam odwagi powiedzieć o tym mojej Bercie. To ponad moje siły i przy tym boję się o jej serce. Frau Seidack nie zniosłaby tak wielkiej rozpaczy, gdybym i ja na jej oczach załamał się, a czuję, że tak by było.

„A to cholerna sytuacja — pomyślał Kut. — Ja mam pocieszać Niemkę, że jej synek poległ za Hitlerland".

—  Dobrze, panie szefie — odpowiedział grzecznie Antoś swemu pryncypałowi. — I mnie będzie ciężko mówić o śmierci Dietricha z Frau Seidack, ale może tak będzie rzeczywiście lepiej, gdy ktoś obcy...

—  Tak, tak, zrób to delikatnie, drogi Anton — mówił papa Seidack pełen niepokoju. — Frau Seidack będzie teraz sama w domu, bo Trudi, Greta i Hilda są w pracy. Może to i lepiej, gdy nikt nie będzie wtórował jej rozpaczy. Bądź ostrożny, Anton.

—  Spróbuję, szefie — obiecał młodzieniec.

—  Znowu Karl czegoś zapomniał — tymi słowami przywitała Berta Seidack ulubieńca swego męża, Antka, gdy zjawił się u niej o tak niezwykłej porze. — Co zostawił? Okulary, pieniądze czy jakieś papiery przed podróżą do Poznania?

—  Nic z tych rzeczy, niestety, Frau Seidack — odpowiedział młodzieniec najsmutniejszym, na jaki go było stać, głosem. — Dietrich pisał...

—  Nareszcie, dawaj list — ucieszyła się matka.

—  Listu nie mam, Frau Seidack, bo on jest... — odpowiedział jeszcze smutniejszym głosem zwiastun złej nowiny, urywając w pół zdania.

—  Ranny? O, Boże... — jęknęła Niemka.

—  W samej rzeczy i tak by można powiedzieć — plątał się Kut — rana jest skomplikowana... Dietrich stracił głowę.

—  Dla kogo? Amory w tym wieku... No, to ostatecznie... — On stracił głowę dla Hitlera, Frau Seidack — powiedział żałosnym głosem Kut.

—  Już dawno. Dlatego poszedł na front wbrew naszej woli. Takie czasy! My już nic nie znaczymy dla naszych dzieci — skarżyła się „gruba Berta".

—  Ale, Frau Seidack, jemu urwało głowę — prowadził młodzieniec rzecz do końca.

—  Co mu urwało? — spytała zdziwiona matka Dietricha, nie rozumiejąc,  o co  chodzi.  — Co ty pleciesz?

—  Bomba urwała mu głowę — powiedział wreszcie wyraźnie.

—  O Boże!... — wyrwał się rozpaczliwy krzyk z ust nieszczęsnej matki i korpulentne jej ciało osunęło się bezwładnie na podłogę.

—  Stasiu, Stasiu! — krzyknął Kut w głąb domu, przyzywając służącą Polkę. — Chodź, pomóż mi przenieść Frau Seidack na kanapę. Sam nie dam rady.

—  Co jej się stało? — spytała Stasia, przybiegając z kuchni i dostrzegając swą panią bez oznak życia leżącą na dywanie.

—  Otrzymała złą wiadomość — odparł młodzieniec. — No, weź panią za nogi. Tak, dobrze, kanapa blisko. Ależ ciężka — sapał dźwigając Frau Seidack. — Przynieś teraz miskę z zimną wodą i ręcznik. Skropimy jej twarz, jeżeli nie wróci do przytomności, trzeba będzie wezwać pogotowie.

—  Coś ty jej zrobił? A może Dietrka zabili czy co? — dziwiła się dziewczyna.

—  Właśnie — potwierdził jej przypuszczenie Kut.

—  Patrzcie! Wprawdzie to Niemcy, ale swoją drogą tego chłopaka trochę mi żal. No, krop Frau Seidack wodą — zwróciła się do Antka. — Widzisz, już trochę dycha. O, otwiera oczy.

—  Co się stało? — spytała półprzytomna nieszczęsna matka.

—  Nic takiego, Frau Seidack — odparła Stasia — Dietrek kaputt[2], a poza tym...

—  Boże, Boże, jaka straszna twoja kara. I za co? Za co?

—  Może byłoby za co — mruknęła dziewczyna.

—  Dietrich nie żyje, a ja muszę żyć — jęczała. — Gdzie są moje córki? — spytała.

—  Wedle porządku, w robocie — odparła służąca.

—  Chciałabym mieć je przy sobie. Trzeba je wezwać, ja umrę bez nich.

—  Jeśli tylko bez nich to w porządku — szepnął Kut do dziewczyny  — Stara nie najgorzej to zniosła. Ty wal po te panny, a ja wracam do moich zajęć. Zrobiłem już, o co mnie prosili.

Powiedziawszy to Antek na palcach opuścił mieszkanie swego pryncypała.

—  Trzeba będzie uprzedzić Bogasta o aresztowaniu pani Trubolskiej i ucieczce szefa  — zdecydował. —  Może być generalna wsypa.

Wyszedł na ulicę i skierował się w stronę domu Bogasta, by zostawić mu tę konieczną informację. Ledwo uszedł kilkaset kroków, dostrzegł idącego naprzeciw dobrze mu znanego Wilhelma Schultza z Schutzpolizei. Zastępca szefa policji kaliskiej też już go dostrzegł i jadowity uśmiech wykrzywił mu twarz. Zrobił spiesznie parę kroków w kierunku dawnego swego znajomego z obiadów u pani Trubolskiej i wyciągając rewolwer z kieszeni ryknął nagle:

—  Ręce do góry, ty polski bandyto, nareszcie wiemy, kim jesteś! Masz przy sobie broń z angielskiego zrzutu, co?

—  Nic nie wiem o żadnym zrzucie — odpowiedział Antoś blednąc.

—  Ale my wiemy. Zrewidować — rozkazał Schultz dwom towarzyszącym mu policjantom.

—  Broni przy sobie nie ma — meldowali mu podkomendni po dokładnym przeszukaniu Kuta. — Ale znaleźliśmy dużo pieniędzy.

—  Przelicz je, Franc — rozkazał Schultz.

—  Pięć tysięcy marek, panie komendancie — meldował za chwilę policjant.

—  Dobrze ci płacą Anglicy — warknął oficer policji.

—  To nie są moje pieniądze — odparł napadnięty Polak.

—  Też mówię, że dostałeś je od Anglików za swoją robotę — uśmiechnął się okrutnie Niemiec. — Wam wolno płacić za pracę za miesiąc najwyżej sto trzydzieści marek, więc...

—  To są pieniądze pana Karola Seidacka. Miałem jechać z moim pryncypałem dziś do Poznania, by zapłacić ratę za transport tytoniu. Szef kazał mi zabrać tę sumę, bo sam nie lubi mieć przy sobie dużo pieniędzy. Musiałem spełnić jego polecenie.

 To kłamstwo na nic się nie przyda, Kut — odparł kapitan niemieckiej policji. — Przecież i tak prędko to sprawdzimy.

—  Sprawdźcie — powiedział Antek pewnym głosem.

—  No, no, dosyć o tobie wiemy, abyś wisiał, ty bandyto — mruczał Schultz, — Możesz tylko uratować swój łeb, jeśli wysypiesz wszystko, co wiesz o wszystkich — dodał z naciskiem.

Policjanci skuli ręce aresztowanego kajdanami i zaprowadzili go do więzienia na ulicę Łódzką, gdzie gospodarowało gestapo. Zaraz za bramą kapitan Schultz pożegnał Antka silnym uderzeniem w twarz.

—  Masz to ode mnie, oszuście! — zawołał. — Inni się tobą tu zajmą. Nie chciałeś skorzystać z dobrodziejstw naszego wspaniałomyślnego narodu, które ci ofiarowaliśmy, poznasz teraz jego surowość!

Oficer policji splunął w twarz Kutowi i odszedł. Rzuciło się na niego teraz dwóch zbirów w czarnych mundurach z trupimi czaszkami na czapkach i zapędziło, kopiąc go, do celi. Jeden z nich mocnym uderzeniem zwalił swą ofiarę na cementową posadzkę i żelazne drzwi zamknęły się za nim ze zgrzytem. Antek otarł chustką, którą mu jeszcze zostawili, krew i plwocinę z twarzy.

„Zginąłem — pomyślał. — No, trudno, oby tylko ich ocalić. Edyta jest mądrzejsza, inteligentniejsza od tych katów, może uda się jej jakoś wykręcić".

Za chwilę zazgrzytał znowu klucz w zamku. Ten sam gestapowiec, który go uderzył, ryknął od drzwi:

—  Stawaj na baczność, ty śmierdzielu, przed niemieckim mundurem!

Antek zrozumiał, że wszelki opór pogorszy tylko jego sytuację, i spełnił polecenie siepacza.

—  Marsz na górę! — rozkazał mu człowiek z trupią główką na czapce.

Poszli po schodach na drugie piętro ogromnego gmachu więziennego i tam dozorca wepchnął Antka do dużego pokoju, w którym za biurkiem siedział mężczyzna bez marynarki mundurowej. Z powodu upału zawiesił ją na poręczy krzesła. Obok niego na stojaku wisiało kilka batów, od zwykłej dyscypliny zaczynając aż na groźnym bykowcu z ołowianą kulką kończąc.

—  Antoni Kut, zgadza się, to ty — odezwał się gestapowiec zza biurka. — Dużo pracy nas kosztowałeś, ptaszku, nim złowiliśmy cię w sidła. Gdzie jest teraz Bratkowski? — spytał, mierząc groźnym spojrzeniem aresztowanego młodzieńca.

—  Bratkowski... Bratkowski? — próbował przypomnieć sobie Antek. — Aha, znam jednego takiego.

—  No, no? — czekał oficer gestapo. — Gadaj! —  Pracuje w piekarni Tobera.

—  Jak mu na imię? —  Jan, chyba Jan.

—  Rudolf, przypomnij mu, o jakiego Bratkowskiego nam chodzi —  rzucił polecenie badający więźnia Henryk Nolte, zastępca szefa kaliskiego gestapo.

Oprawca, który przyprowadził Kuta na badanie, uderzył go dwukrotnie z całej siły w twarz. Antek zatoczył się i poczuł w ustach smak krwi.

—  Przypomniałeś już sobie? — spytał go drwiąco Nolte. — O, to ten. — Oberscharführer[3] pokazał Antkowi paszport delegata. — Weź to w swoją łapę, bandyto, i obejrzyj sobie dobrze zdjęcie swego herszta.

—  To jest jakiś Heinrich Lorentz — odczytał Antek nazwisko posiadacza  paszportu.

—  Dobrze go znasz —  oświadczył gestapowiec. — Gadaj zaraz, gdzieście go skryli?

—  Nie znam tego człowieka — rzekł Antoś.

—  Ostrzegam cię, Kut, że wykręty twoje nic ci nie pomogą. Masz być odesłany razem z Trubolska do Litzmanstadt, tam nie będą się z tobą certowali. Trubolska znasz, prawda?

—  Znam — potwierdził Kut.

—  No, choć tyle. I u niej spotykałeś tego drania Bratkowskiego.

—  Kto to jest? — spytał Antek.

Scharführer[4] poderwał się z krzesła, pochwycił z wieszaka bykowiec z ołowianą kulą — i z całej siły uderzył nim w twarz więźnia.

—  Już wiesz teraz, kto to jest, czy mam ci jeszcze raz przypomnieć? — spytał gestapowiec.

Ofiara przecząco pokręciła głową.

—  Badanie was to sprawa gestapo w Litzmanstadt, myśmy im tylko chcieli pomóc. Tam ci tak dadzą do wiwatu, że sam będziesz Prosił, by móc mówić prawdę. W jednej tylko sprawie z nią się nie minąłeś. Pieniądze, znalezione przy tobie, rzeczywiście należały do Karola Seidacka.

„Seidack nie zawiódł, choć ta jedna pociecha — pomyślał z ulgą Antek. — Nic o mnie nie wiedzą, trzeba się trzymać dalej" — zdecydował.

Sturmbannführer[5] Kondritz, „specjalista" od spraw polskich w łódzkim gestapo, chętnie sam bił przesłuchiwanych więźniów i nawet doszedł po dłuższych ćwiczeniach do dużej perfekcji w tym „sporcie". Ołowiana kulka bykowca, którą chłostał gołe plecy Edyty Trubolskiej, trafiała zawsze w to samo miejsce, sprawiając nieludzki ból. Była tam już tylko krwawa miazga, ropiejąca z czasem i grożąca gangreną. Drugą specjalnością Kondritza było wybijanie zębów jego ofiarom zręcznym uderzeniem metalowej pałeczki. Mistrzostwo uderzenia Sturmbannführera polegało na tym, by jednym zamachem wybić tylko jeden ząb. Taka metoda przedłużała torturę badanego, o co właśnie bardzo chodziło oprawcy. Edyta jeden po drugim wypluwała swoje piękne zęby. Usta jej tworzyły już jedną ranę. Po każdym mistrzowskim ciosie Kondritz pytał:

—  No więc co cię łączyło z Bratkowskim?

—  Znałam tylko Heinricha Lorentza —  odpowiadała niezmiennie.

—  I poznałaś go w pociągu?

— Tak. Podobał mi się, a ja jemu. Mówił, że jest agentem jakiejś niemieckiej firmy handlowej. Jestem wdową. Miałam prawo dać mu mój adres, gdy o to prosił. Pytał, czy przy okazji swych handlowych podróży może mnie odwiedzić. Tyle razy już wam to powtarzałam. Jeśli nie mówił prawdy, skądże ja mogłam to wiedzieć. Interesowałam się mężczyzną, a nie tym, co robi. Podobałam mu się, powtarzam.

—  Już teraz nikomu nie będziesz się podobała!  — warknął oprawca. — My cię skonfrontujemy z człowiekiem, który w oczy ci powie, jakie to sprawki łączyły cię z szefem polskiej bandy.

Edyta w duchu zadrżała. „Antek Kut... — pomyślała. — Jeśli jego aresztowali i załamał się na torturach, jestem zgubiona".

Do konfrontacji jednak nie doszło. Któregoś dnia Edyta widziała, jak wleczono przez korytarz chwiejącego się na nogach Antka. Kondritz wybiegł naprzeciwko niego i wymierzył więźniowi potężny policzek, potem otarł ze wstrętem rękę o połę munduru.

„Antek nie zdradził" — pomyślała z ulgą pani Trubolska.

—  Twarde macie łby i grzbiety — warknął do niej oprawca. — Nie chcecie przyznać się do niczego ani sypać innych. Taki opór mogą stawiać tylko tacy barbarzyńcy, jak wy. Cóż, dowodów przeciw wam, niestety, nie mamy. Wyślemy cię do obozu koncentracyjnego.

—   Czy będę mogła zobaczyć przedtem moje dzieci, by się z nimi pożegnać? — spytała pani Edyta. To było teraz jej jedyne, najdroższe marzenie: zobaczyć jeszcze raz przed śmiercią, której rychłego nadejścia spodziewała się, najukochańsze istoty. Tadzik i Januszek Przebywali w Łodzi, a więc w pobliżu miejsca jej kaźni, u jej ciotecznej siostry.

—  Dzieci? — podchwycił Kondritz zimnym głosem — tak, to jest myśl. Niech cię zobaczą, nim pojadą na wychowanie w głąb Rzeszy. Zrobimy z nich dobrych Niemców. Powinny przedtem nabrać wstrętu do matki. Zobaczysz ich.

Zobaczyła swych synków w dwa dni potem w pokoju Kondritza. Stała naprzeciw nich w brudnym więziennym pasiaku, z dwiema podłużnymi ranami na zapadniętej bezzębnej twarzy, pohańbione żywe widmo ludzkie, w jakie zamieniło ją okrutne bezprawie Herrenvolku.

—  Poznajecie tę ladacznicę? — spytał chłopców hitlerowski oprawca. — Spotkała ją zasłużona kara.

Chłopcy spojrzeli na matkę wzrokiem pełnym największej czułości i obaj z płaczem rzucili się jej do nóg, obejmując je i okrywając pocałunkami jej wychudłe, umęczone ręce.

—  Mamusia, nasza mamusia — powtarzali obaj szlochając.

—  Precz stąd, szczeniaki! — ryknął na nich Kondritz. — Ostatni raz oglądacie tę łajdaczkę. Widzę, że źle was wychowała, w Rzeszy wychowają was inaczej!

Po tych słowach oderwał siłą dzieci od matki i dwoma kopniakami wypędził z pokoju.

—  Jaka suka, takie szczenięta — warknął ze wściekłością — ale my damy sobie z nimi radę.

Edytę odprowadzono z powrotem do celi. Do jej udręk fizycznych dołączył się straszny lęk o dzieci. Widmo ich zniemczenia spędzało matce sen z powiek.

—  Nie, nie. To się nie może stać — powtarzała.

Głęboka rana na plecach, nie leczona zupełnie, bo skierowania do więziennego szpitala jej odmówiono, jątrzyła się niepokojąco. Edyta opadała z sił z każdym dniem. Poranione ciało, głód i udręka moralna niszczyły coraz bardziej młody jeszcze organizm. Słabła z dnia na dzień coraz bardziej.

„Nie będzie potrzebny obóz koncentracyjny, oni tu czekają na moją śmierć — pomyślała. — A jednak ja muszę żyć, muszę dla nich, dla moich synków. Przecież Hitler prędko już skręci kark. Od czasu Stalingradu ponosi stale klęski. To początek jego końca. A potem muszę odnaleźć ich, dać im matczyne ciepło i żyć dalej ich życiem, gdy moje szczęście osobiste odebrali mi ci zbrodniarze".

Pewnego dnia, gdy, słaniając się na nogach, wynosiła kibel więzienny, spotkała na korytarzu sanitariusza szpitalnego. Wydawało jej się, że ma jakąś ludzką twarz. W pobliżu nie było nikogo z gestapowców, zwróciła się więc do niego z prośbą:

—  Niech mnie pan ratuje. Nie jestem kryminalistką. Mam ranę na plecach od bicia. Ropieje coraz bardziej. Zagnieździło się też w niej robactwo.

Sanitariusz, nie patrząc na nią, odpowiedział:

— Nie wolno mi pomagać więźniom, ale tobie pomogę. Jak się nazywasz i w której siedzisz celi? — Usłyszawszy nazwisko, mruknąć — No tak, Polka, ale ja ci pomogę. Przyniosę ci kilka pastylek dezynfekujących. Masz w celi wodę i jakiś kubek?

—  Mam.

—  Rozpuścisz jedną pastylkę w niedużej ilości wody. Płynem tym przemywaj ranę dwa razy dziennie. Podrzucę ci to lekarstwo tak, aby nikt nie widział. Czy jutro też będziesz wynosiła kibel o tej samej godzinie?

—  Tak.

—  No, to i ja tu się zjawię i wsunę ci pastylki do ręki.

—  Dziękuję panu — szepnęła Edyta.

Sanitariusz dotrzymał słowa. Gdy nazajutrz dawał jej przyrzeczone lekarstwo, obejrzawszy się parę razy dookoła powiedział ściszonym głosem:

—  Ty jesteś Trubolska, zapamiętałem to trudne nazwisko. Kondritz szuka dzieci jakiejś Trubolskiej, co przepadły gdzieś bez wieści. Masz dzieci?

—  Tak, dwoje.

—  Zgadza się. One uciekły. Sturmbannführer się wścieka.

— Jakże jestem panu wdzięczna za tę wiadomość — odpowiedziała Edyta bardzo wzruszona. — Niech Bóg panu za to zapłaci.  Masz tu kawałek chleba ze słoniną. Schowaj to prędko, ktoś tu idzie.

W głębi korytarza zadudniły ciężkie podkute buty strażnika więziennego. Sanitariusz oddalił się spiesznie. Lekarstwo pomogło. Jątrząca się rana zabliźniała się powoli. Muszę  żyć dla moich dzieci — powtarzała sobie  z uporem Edyta. To postanowienie dawało jej siłę przetrwania.


[1]  So, so, (niem.) — tak, tak.

[2]  Kaputt   (niem.) — tu — już po nim.

[3]  Der Oberscharführer (niem.)  —  stopień  w SS  odpowiadający feldfeblowi, starszemu sierżantowi.

[4]  Der  Scharführer   (niem.) — plutonowy w formacjach SS.

[5]  Sturmbannführer   (niem.) — major w formacjach SS.