ROZDZIAŁ SIÓDMY

WALKA TRWA

Frau Anna Nawrocka nie kryła przed swym otoczeniem, że z wszystkich ludzi i rzeczy na tym świecie kocha tylko męża, muzykę i gwiazdy. W wielkiej przyjaźni była ze szwagierką z Heidelbergu, Heleną Nawrocką. Była to jedyna kobieta, przed którą piękna pani Anna otwierała swoje serce. Prędko też stały się obie przyjaciółkami. Helena każdego roku część swych długich wakacji spędzała u braterstwa, oni zaś, gdy mieszkali w Berlinie, często wpadali do małego Heidelbergu, by w zacisznym mieszkaniu siostry odpocząć po wielkomiejskim gwarze. Ponieważ ludzie nie interesowali zupełnie pani Nawrockiej, zgodziła się porzucić Berlin, wielki świat, w którym żyło im się wygodnie dzięki wysokim parantelom, i wyjechała z mężem „na pustynię", jak mówiła, do domu pod niedużym miastem na świeżo zdobytej przez Niemców ziemi. Nie mogła zrozumieć zupełnie, co pociągnęło męża do tej obcej ziemi, gdzie od początku musiał tworzyć sobie nową egzystencję, gdy tak łatwo żyło im się w Berlinie, ale i to ją niewiele interesowało. Prosiła tylko, by Alfred nie likwidował ich pięknego mieszkania przy Humboldstrasse, na co mąż chętnie się zgodził, bo twierdził, że nie zamierza całkowicie porzucić swych interesów w stolicy Rzeszy. Istotnie raz po raz ruszał z Winiar do Berlina, zabierając zawsze ze sobą małżonkę. Urządzał wtedy u siebie wystawne przyjęcia, na których bywali dygnitarze hitlerowcy, jak generalny prokurator Berlina, Wilhelm Tiegge, generał dywizji SS „Berlin", Otto von Wohensipen i wielu innych. Czasami, ubłagana przez Annę, zjawiała się samo Frau Göring. Wówczas szampan lał się strumieniami, a okrzyki „Sieg heil" i „Heil Hitler!" grzmiały bez przerwy. Dygnitarze ci cenili pionierską działalność na niemieckim już teraz Wschodzie Parteigenosse[1] von Nawrockiego, którego „środki spożywcze" z Winiar coraz wydatniej podnosiły sprawność „niezwyciężonego" Wehrmachtu.

W czasie pobytu w Berlinie Alfred znikał na całe dnie, troskę o przygotowanie hucznych wieczornych biesiad w swym domu zostawiając skrzętnej gosposi, stale pilnującej jego berlińskiej rezydencji, i kucharzowi, którego przywoził ze sobą z Winiar. Cały bagażnik mercedesa był załadowany spirytualiami i wiktuałami, zaopatrzenie było więc znakomite. Sam gospodarz domu zjawiał się dopiero tuż przed przybyciem gości bardzo zaaferowany i często jeszcze musiał przeprowadzać jakieś pilne rozmowy telefoniczne.

Takie zachowanie właściciela winiarskiej fabryki w stolicy wielkiego Reichu mogłoby dziwić wiele ludzi, ale Frau Nawrocka nie zwracała na to najmniejszej uwagi.

—  Trzeba zostawić mężczyznom ich dziwactwa — zwierzała się siostrze męża. — Alfred robi wiele rzeczy, których zupełnie nie rozumiem i nie staram się nawet rozumieć. Nie sądzę, że to nasza palarnia kawy, którą prowadzi w Berlinie mój kuzyn i która daje nam wielkie dochody, tak go absorbuje. Mój wuj Herman, jak wiesz, właściciel wielkich plantacji kawy w Brazylii, przysyła nam przez Szwajcarię duże transporty kawy. Alfred twierdzi, że daje to nam wielką korzyść. Jedno tylko mnie dziwi, że nie ma ochoty jechać ze mną do wuja Hermana. Wuj jest już w podeszłym wieku, nie ma dzieci i bardzo mnie polubił. Ma zamiar zapisać nam cały swój majątek pod warunkiem, byśmy przy nim byli, ale Alfred nie chce o tym nawet słyszeć. Dziwni są mężczyźni, przyznasz to, Heleno.

—  Może właśnie dlatego mnie wystarczają gwiazdy — odpowiedziała profesor astronomii.

—  Jesteś na dobrej drodze, droga Heleno. I mnie zaczynają one coraz bardziej interesować. Gwiazdy wydają dźwięki, prawda?

—  Poetycka przenośnia.

—  Piękna i chyba prawdziwa, bo otacza nas, zgodzisz się z tym, morze fałszu. Nie trzeba walczyć ze złem, można go po prostu nie uznawać.  Nie  uznawać  istnienia  kogoś  lub  czegoś  to  najwyższa negacja. Ja odrzucam istnienie zła. Ono nie może mnie dotknąć, skalać, bo go po prostu dla mnie nie ma. —  Człowiek jednak ma duże możliwości czynienia zła.

—  Ale przecież, Anno, nie wszystkim ludziom przypisujesz te złe intencje. Wyłączasz tu chyba Alfreda, mnie, wuja Hermana.

—  Oczywiście.

—  A widzisz. Nawet największy pesymista znajdzie w tym morzu nieprawości swoich sprawiedliwych. Nie jest tak źle z tym światem, jak sądzisz.

—  Nic mnie to, co czynią, czy myślą inni, naprawdę nie interesuje. Wystarczy mi Bach, Beethoven, Wagner, Brahms, no, może i Chopin, choć jego liryka jest dla mnie zbyt ckliwa. Sentymentalizmu nie znoszę. Toleruję go jedynie u mego Alfreda. Nie jego wina, że nie urodził się Niemcem. On znowu przyznał mi się, że nienawidzi wszystkich Niemców prócz mnie naturalnie. Dla mnie sprawy narodowości nie są istotne.

Na przyjęciu w Berlinie tego wieczora, kiedy pani Helena Nawrocka odwiedziła brata, była zapowiedziana również Frau Göring. Na wieść o tym przyjęło zaproszenie od Nawrockich wielu dygnitarzy hitlerowskich, ale w ostatniej chwili większość z nich odwołała swoje przybycie.

Nie zjawiła się też na przyjęciu wysoko postawiona siostra cioteczna pani domu. Wszystko to bardzo zaniepokoiło Annę Nawrocką. Kontrastowało to ze świetnym humorem jej męża, który powrócił do domu, nucąc pod nosem jakąś piosenkę.

—  Alfredzie, czy coś się nagle stało? Może twoje sprawy... — spytała męża.

—  Tak, stało się, ale to nas nie dotyczy — odparł Nawrocki pogodnie. — Wczoraj padł Stalingrad. Feldmarszałek Paulus z resztkami swej armii poszedł do radzieckiej niewoli. Hitler zabronił wszelkich przyjęć. Ogłosił tajną żałobę narodową, bo jawna zaszkodziłaby jego prestiżowi, na szczęście więc nikogo dziś u nas nie będzie. Upiję się z radości szampanem. Chyba i wy obie ze mną.

—  Z radości? Tam zginęły tysiące, tysiące Niemców...

—  Właśnie dlatego. Mówiłaś często, że nic cię oni nie obchodzą.

—  Tak rzeczywiście mówiłam — przyznała pani Anna. — Żal mi jednak moich rodaków, może bardziej tych, którzy dostali się do niewoli.

—  Aha, wyszło szydło z worka — uśmiechnął się złośliwie pan Alfred — więc jednak czujesz się Niemką?

—  Tylko człowiekiem. Wiesz dobrze, że jestem Austriaczką, ale ci ludzie mówią i myślą w tym samym co ja języku i cierpią. Ten szaleniec zresztą, z Austrii jak i ja rodem, zgubi całe Niemcy, prowadzi swój naród do przepaści. Alfredzie, uciekajmy stąd. Przepaść jest przed nami... Wuj Herman...

—  Przestań o tym mówić. Ty masz swoją muzykę i gwiazdy, więc i mnie coś zostaw. Ja mam swoją ojczyznę, rozumiesz?

—  Nie...

— Wielka szkoda. Wszystko, czym żyję, nazywa się Polska.

— Jakiś ty dziwny... Czy to nie wszystko jedno?

—  Nie wszystko jedno. Gdy widzę mój naród tak bardzo gnębiony, niszczony na każdym kroku, skazany na biologiczną zagładę przez klikę zbrodniarzy, to do gardła skoczyłbym każdemu z tych gnębicieli, oprawców, zbirów...

—  Uspokój się, Alfredzie — rzekła łagodnie pani Nawrocka, gładząc męża po rozgorączkowanej twarzy. — Oni przecież wszyscy zginą, ale dlaczego ty masz też zginąć? Ciebie chcę ratować, mój najdroższy — uśmiechnęła się tkliwie. — Tańczysz pośród jadowitych wężów. Może cię jad gada dosięgnąć albo miecz człowieka. Zostaw to wszystko, porzuć. Ojczyzny swojej nie zbawisz. I tak vyjdzie ona cało z huraganu dziejów, a ty możesz tego nie doczekać.

—  Za późno, za późno — szeptał pan Nawrocki. — Teraz już tylko pozostała mi hańba lub śmierć. Wolę śmierć, bo nie mogę porzucić moich towarzyszy. Związałem się z nimi, wiedząc, co mnie może czekać, dobrowolnie, z koniecznej potrzeby walki ze zbrodnią.

—  Boże, ocal Alfreda   — wykrzyknęła z rozpaczą pani Anna.

Geometra Bronisław Józef Kolczyński mieszkał już od dłuższego czasu w dawnym domu ojcowskim na Zagorzynku w pokoiku na facjatce. Oszczędności pozostawione przez żonę, zaszyte w kołdrze, wystarczyły mu na długą rekonwalescencję. Właśnie kończyły się już, gdy poczuł się na tyle dobrze, by móc przyjąć pracę kreślarza w powiatowym urzędzie mierniczym. Gdy utykając wlókł się z Zagorzynka do placu Świętego Józefa, gdzie mieściły się urzędy landratury, a więc dobre dwa kilometry, prawie zawsze znalazł się jakiś litościwy chłop, który pozwolił mu przysiąść się na wóz. Szosa piwonicką, później ulicą Częstochowską zwana, okazała się bardzo ruchliwa. Był to dawny łódzki trakt na Brzeziny, Błaszki i Sieradz. Roił się zawsze od chłopskich furmanek, jadących z Godziesz, Stobna, Wolicy, Lisa i Piwonic z jakimiś tam interesami do miasta. Kolczyńskiego zżerała jednak troska o rodzinę biedującą gdzieś tam pod Radomiem i tęsknota za nią.

W jednym z rzadkich listów pani Kolczyńska pisała do męża: „Cieszę się i jest to teraz jedyna moja radość, że ty masz na jakiś czas z czego żyć". Korespondencja od niej przychodziła nieregularnie. Wiele listów ginęło. Wyglądało to na świadomie stosowaną metodę ucisku podbitego narodu, a nie na zaniedbanie.

Jednego poranka mroźnej zimy 1942 roku mierniczy obudził się z silnym bólem głowy. Całą noc miał dreszcze, zimny pot spływał mu z czoła. Z wielkim trudem dowlókł się do pracy, bo jak na złość nie natrafił po drodze na żadną furmankę chłopską. Spóźnił się do biura przeszło pół godziny, ale jego szef, geometra gdzieś z Westfalii, tytułujący go kolegą, co było dowodem wtedy wielkiej kultury owego Niemca, spojrzawszy na twarz pana Kolczyńskiego zawołał:

—  Ależ proszę się nie tłumaczyć ze spóźnienia, kolega jest chory. Zaraz zadzwonię do powiatowego lekarza, by przyjął pana bez kolejki i dał zwolnienie na kilka dni. To jest mój dobry znajomy.

I tak pan Bronisław mógł pozostać parę dni w domu i leczyć się, co bardzo rzadko zdarzało się Polakom. Na ogół osobnikom „niższej rasy" chorować i leczyć się wtedy nie było wolno. Powrócił do domu z dużą gorączką. Facjatka jego, dość przewiewna, nie była opalana, bo Polakom węgla nie przydzielano. Bratowa, widząc jego stan, przyniosła z piwnicy kubeł węgla i napaliła w piecu. Przyniosła też herbatę z mięty, lipy i rumianku, „firmową mieszankę" Kolczyńskich, i talerz gorącej zupy, wszystko, na co ją było stać.

Zapadł wczesny zimowy mrok. Ostry kaszel dłuższy czas nie pozwolił usnąć panu Bronisławowi, zapadł wreszcie w ciężki, gorączkowy sen. Obudziło go ciche skrzypnięcie drzwi i czyjeś kroki. Choremu zdawało się, że ktoś wszedł do jego izdebki, potarł zapałkę i usiłował zapalić trzymaną w ręku świecę. Wątły jej blask rozświetlił nieco twarz niespodziewanego przybysza. Geometra spojrzał! na niego i był pewien, że majaczy. Obok niego stał starszy jego syn, Jurek, który został wysiedlony przed blisko dwoma laty do Generalnej Guberni.

—  Źle ze mną, Jurek mi się zjawił — szepnął chory.

—  To naprawdę ja, tatusiu — usłyszał głos syna. — Uciekłem stamtąd do ciebie. Mama ciągle mówiła, że musisz mieć opiekę, więc zaryzykowałem.

—  Moje kochane dziecko — zawołał pan Bronisław, wyciągając ręce do najmilszego gościa.

—  Ciocia mówiła, że jesteś chory. Będę ci teraz potrzebny.

—  Zawsze, zawsze, synku, będziesz mi potrzebny — odpowiedział chory pełnym wzruszenia głosem. — Martwię się tylko o twoje bezpieczeństwo.

—  Nie mówmy o tym teraz, tatusiu — odparł Jurek — dam sobie jakoś radę.

Pani Kolczyńska nosiła teraz „na górę" dwie miski zupy i po pajdzie razowca z mąki mielonej skrycie na chłopskich żarnach. Pod troskliwą opieką syna pan Bronisław prędko powrócił do zdrowia. Trzeba było pomyśleć o pracy dla Jurka, by mógł ubiegać się o zalegalizowanie swego pobytu. Inaczej każdej chwili groziło mu zesłanie na roboty lub do obozu koncentracyjnego, gdyby został schwytany podczas częstych kontroli ulicznych, a i w samym domu nie było zbyt bezpiecznie. W razie niespodziewanego nalotu policji niemieckiej Jurek miał wejść na strych po drabinie stojącej tuż obok drzwi izby ojca na poddaszu, wciągnąć ją za sobą i schować się tam w skrytce za główną belką stropu. Ta z góry przewidziana ostrożność okazała się konieczna. Właśnie nazajutrz młody Kolczyński miał się udać z ojcem do Winiar do Alfreda Nawrockiego, by prosić go o pracę, gdy o zmroku w pobliżu domu na szosie piwonickiej rozległy się strzały, jęki i przekleństwa w języku niemieckim.

— To pewnie znowu Kalita postrzelał koło nas Niemców! — zawołał przerażony pan Bronisław.

Jan Kalita, młody chłop rodem z Piwonic, był postrachem Niemców i wywoływał swymi napadami na nich krwawe represje wobec Polaków mieszkających w pobliżu. Całą jego rodzinę wystrzelali Niemcy za rzekomy sabotaż. Ocalony od śmierci jakimś zbiegiem okoliczności młody, rosły parobczak zaprzysiągł zemstę hitlerowcom. Żołnierzy Wehrmachtu nie tykał, ale każdy inny umundurowany przedstawiciel Reichu był celem dla jego pistoletu. Kalita, nieuchwytny dotąd, grasował w okolicach Kalisza, a i od samego miasta nie stronił. Urządzane na niego zasadzki zawodziły. Cena za jego głowę rosła. Rozklejano afisze z jego fotografią i wyznaczono nagrodę za wydanie zuchwałego napastnika, ale nikt się z tym nie kwapił. I tak rosła legenda o zuchwałych czynach Kality, a także strach przed nim wśród bezkarnych dotąd prześladowców Polaków.

Pan Bronisław nie mylił się. To właśnie w pobliżu ich domu dwóch niemieckich policjantów zatrzymało wracający z Kalisza chłopski wóz, żądając dokumentów od woźnicy, jego małżonki i towarzyszącego im potężnej budowy młodego chłopa. Ten sięgnął do kieszeni niby po dokumenty i wypalił z pistoletu do obu policjantów, ciężko ich raniąc. Furman zaciął konie i ruszył galopem naprzód. Lżej ranny policjant dowlókł się do najbliższego telefonu i wezwał pomoc. Już w dziesięć minut po tym zdarzeniu zawarczały na szosie piwonickiej motocykle niemieckiej służby bezpieczeństwa. Za chwilę kilku policjantów wtargnęło do domu Kolczyńskich. Weszli do izby pana Bronisława na poddaszu. Pokazał on policjantom swoje papiery inwalidzkie, kule zawieszone na krześle i zaświadczenie z landratury, że jest zatrudniony jako inwalida wojenny. Policjanci nawet nie zajrzeli na strych, gdzie ukrywał się Jurek, nie zabrali też nikogo z domowników. Dobrze wiedzieli, że Kalita działał sam i uciekł gdzieś daleko, bo tak zeznali obaj ranieni przez niego funkcjonariusze policji.

Nawrocki życzliwie wysłuchał obu Kolczyńskich. Rekomendował ich jego zaufany pracownik Władysław Krel.

—  Tak, tak, oczywiście, przyjmę od razu do pracy tego młodzieńca. Nic mnie nie obchodzi, skąd się tu wziął. Potrzeba mi ciągle nowych robotników, fabryka rozwija się. Pan Krel wystawi ci, chłopcze, zaświadczenie o przyjęciu do pracy potrzebne dla Arbeitsamtu[2]. Tam się z nim musisz zameldować i wszystko będzie dobrze.

Pan Nawrocki zbyt optymistycznie ocenił jednak sytuację. Nazajutrz Jurek udał się do urzędu pracy, ale ani wieczorem, ani na noc nie wrócił do domu. Pan Bronisław poszedł nazajutrz do pracy bardzo zaniepokojony. Całą noc spędził bezsennie.

— Jurka aresztowali... — szeptał do siebie z przerażeniem. Gdy przechodził przez most na Prośnie obok klasztoru Franciszkanów, opustoszałego po ucieczce ojca Mirochny, podszedł do niego jeden z dawnych kolegów gimnazjalnych syna.

—  Widziałem wczoraj, proszę pana — oświadczył mu ów młody człowiek — jak dwóch policjantów prowadziło Jurka zakutego w kajdanach do więzienia.

—  Wywiozą go do obozu koncentracyjnego, zginie, jeśli nie będzie ratunku... — przeraził się pan Bronisław.

W pracy przy kreśleniu drżały mu ręce. Był blady jak ściana. Dostrzegło to czujne oko „starszego kolegi", jak kazał mu się nazywać mierniczy powiatowy.

—  Widzę, że kolega się jeszcze nie wychorował — stwierdził. „Powiedzieć mu prawdę  czy nie powiedzieć?... — zastanawiał się pan Bronisław. — Nie, raczej nie”.

—  W takim stanie kolega nie może dziś pracować — zdecydował szef. — Proszę wracać do domu, dzień dzisiejszy ma pan zaliczony. A jutro, skoro nie będzie lepiej, uda się pan znowu do lekarza.

Pan Bronisław stwierdził, że istotnie bardzo źle się czuje, podziękował za zwolnienie i wyszedł z landratury.

„Muszę ratować Jurka — pomyślał — wybiorę się do Krela do Winiar — zdecydował. — Niech prosi Nawrockiego, by wstawił się za Jurkiem. On jeden tu może pomóc, nikt inny".

Gdy wszedł na dziedziniec fabryki Nawrockiego i mijał jedną z hal, usłyszał śpiew. Przystanął i własnym uszom nie wierzył. Wewnątrz hali chór kilkudziesięciu głosów kobiecych nucił polski hymn narodowy. Można było odróżnić nawet słowa. Raptem śpiew ucichł, ale nie na długo, bowiem po chwili dały się słyszeć słowa „Roty”:

Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród,

Nie damy pogrześć mowy...

Pan Kolczyński płakał. Łzy ciekły mu ciurkiem po wychudzonej twarzy, wykrzywionej spazmatycznym skurczem radości.

—  Co się stało? Ja chyba śnię... — powtarzał. — Przecież za tę pieśń idzie się na śmierć, a tu rozbrzmiewa ona jak za czasów wolnej Rzeczypospolitej.

Za chwilę dotarł do Krela. Ten wziął go na bok i zaczął szeptać:

—  Mamy kłopoty z szefem. Nie wytrzymał nerwowo na wieść o wielkiej klęsce hitlerowców pod Stalingradem, wypił za dużo z radości po powrocie z Berlina, wpadł do hali, gdzie pracuje kilkadziesiąt naszych kobiet i pierwszy zaintonował hymn narodowy, a potem „Rotę". To może nas wszystkich zdekonspirować, to jest — zmitygował się — narobić nam kłopotu jako Polakom. Teraz, gdy Hitler po kilku dniach milczenia ogłosił żałobę narodową, musimy być szczególnie czujni. Sytuację może uratować majster Niemiec nie znający polskiego. Zaraz pobiegł do pani Nawrockiej, by zabrała szefa. Pani Nawrocka pobiegła natychmiast do hali i z pomocą pokojówki Marysi zabrała męża do domu. Majster dostanie zaraz dobre porękawiczne i będzie milczał. Na szczęście kapitan Lefeld, który z ramienia Wehrmachtu, a właściwie gestapo ma nadzór nad fabryką, wyjechał do Kalisza. Z nim byłoby trudniej. On zna język polski.

—  Co ja teraz zrobię? — skarżył się Krelowi strapiony ojciec — mego syna zamknięto w więzieniu, gdy zgłosił się do urzędu pracy.

—  Niech pan będzie spokojny, poruczniku — usłyszał odpowiedź Krela. — Wszystko przekażę szefowi. Wbrew jego woli nikomu z jego ludzi w Kaliszu włos z głowy nie spadnie, a on już podpisał zaangażowanie do pracy pańskiego syna. Postaram się wszystko panu załatwić.

Już na drugi dzień po tej rozmowie Jurek powrócił do domu. Głowę miał ostrzyżoną do skóry i bardzo zmizerniał przez dwa dni pobytu w kaliskim więzieniu.

—  Wiesz, tatusiu, oni ubrali mnie już w więzienne pasiaki, dali trepy na nogi i onuce. Miałem jechać z transportem do Oświęcimia.

.— Pan Nawrocki cię uratował — wyjaśnił Jerzemu ojciec. — Mówił mi Władysław Krel, że takich jak ty „spalonych" mają tam już parę setek.

Dom Edyty Trubolskiej naprzeciw kaliskiego ratusza stał się głównym ogniskiem polskiego ruchu oporu w tym mieście. Tutaj zatrzymywali się kurierzy z Łodzi i Poznania, a nawet z Warszawy, przywożąc instrukcje i tajną prasę, tutaj odbywały się narady i odprawy szefów grup w razie przyjazdu kogoś wysoko postawionego w organizacji podziemnej, tutaj też zaprzysięgano nowych członków. Poczęto stopniowo odbudowywać organizację oporu od podstaw po całkowitym prawie zniszczeniu grupy Strzelczyka. Jeden Hys w Ołoboku wyszedł cało po tym krwawym pogromie i działał nadal w powiatach ostrowskim i kaliskim. Z nim utrzymywał stały kontakt Antoni Kut. Pod okiem Edyty Trubolskiej rozwijał szeroką działalność konspiracyjną. Zręczny, sprytny, odważny i towarzyski miał wszystkie zalety konspiratora. Wyłącznie teraz w jego rękach był kolportaż tajnej prasy przywożonej aż z Warszawy, on prowadził akcję wywiadowczą i stale posyłał meldunki do centrali w Warszawie. Pomógł mu w tym przypadek. Informacje wojskowe należało zbierać tam, gdzie gromadzili się ci, od których można je było zdobyć. Przebiegły Antoś „zarzucił sieci" na kantynę oficerską Schutzpolizei, którą kierował Niemiec z Trewiru, Liebknecht. Kut poznał go w czasie jakiejś alkoholowej libacji, urządzonej specjalnie w tym celu przez panią Trubolską. Gdy Antoś w czasie tego przyjęcia poczęstował szefa kantyny policyjnej dobrym cygarem, Liebknecht był w siódmym niebie.

—  Są jeszcze u nas w Rzeszy takie cuda? — delektował się wonnym dymem stary policjant. — Taki przysmak miałem w ustach... zaraz, kiedy to było? Aha, w Trewirze, będzie temu dziesięć lat.

—  Mogę panu dostarczać stale te cygara — szepnął przebiegły konspirator policyjnemu emerytowi do ucha.

—  Czy to możliwe? — nie wierzył własnym uszom szef oficerskiej kantyny policyjnej.

Od tego momentu Oberleutnant[3] Liebknecht był „kupiony" przez Antosia. Przy każdej okazji Oberleutnant chełpił się przyjaźnią z nadburmistrzem Kalisza, jakimś dawnym kolegą i również zaprzysięgłym amatorem cygar. W zamian za cygara przeciekały do rąk polskiego wywiadu bezcenne dokumenty uprawniające do legalnego poruszania się po całym Warthegau. Takich zezwoleń in blanco wycyganił Kut od obu trewirczyków co najmniej pięćdziesiąt. Wszystkie one spełniły swoje zadanie, co było wielkim ułatwieniem w pracy konspiracyjnej.

Któregoś dnia pani Trubolska szepnęła Antosiowi, że spodziewa się kogoś ważnego z Warszawy. Dostała już hasło, pod którym miał się zgłosić. W dwa dni potem starszy synek pani Edyty, Tadeuszek, chłopczyk o bystrych oczach, używany już do niejednej przesyłki, zapukał do drzwi „magazynu", w którym mieszkał najbliższy współpracownik jego matki.

—  Mamusia prosi wujka do nas na górę — zaśpiewał Tadeuszek  dźwięcznym, dziewczęcym prawie głosikiem. Był to już wieczór po godzinie policyjnej. W mieszkaniu „szefowej" zastał Kut trzydziestoletniego może mężczyznę o ogorzałym obliczu z błyskiem energii w oczach.

—  Podchorąży Kut, jeden z najdzielniejszych mych pomocników — przedstawiła pani Trubolska Antosia owemu panu.

—  Wiemy już o tym w Warszawie — odpowiedział gość. — Będę u was dłużej. Myślę, że będę mógł korzystać z waszej pomocy? — dodał przybysz, wyciągając do młodzieńca rękę.

—  Rozkaz, panie komendancie — wyprężył się Antoś przed dowódcą.

—  Ale nasi kurierzy opowiadają prawdziwe cuda o pani — zwrócił się gość z Warszawy do pani Trubolskiej.  —  Jakąż to potężną siłą jest miłość ojczyzny, skoro pani codziennie ryzykuje swe życie, mając dwoje dzieci w domu. To największe bohaterstwo.

—  Twardy obowiązek, nic więcej — odparła skromnie pani Edyta. — Kocham bardzo moich synków, lecz miłość do Polski stawiam ponad wszystko.

—  Mam nadzieję, że nie zapomni ona o takich Polkach — powiedział delegat. — Sztab nadal uznaje, że bezpośrednia akcja zbrojna na waszym terenie nie jest wskazana, natomiast stąd właśnie możemy czerpać informacje o potencjale zbrojnym Rzeszy, ruchach wojsk ku Wschodowi i ich nastroju. Trzeba by zorganizować stałe dyżury na stacji kolejowej i notować ruch pociągów na Wschód z wojskiem i sprzętem wojennym. Do tego najbardziej nadawałyby się kobiety, bo mniej zwracają uwagę.

—  Mamy przecież kolejarzy —  odezwała się pani Trubolska. — Oni mogą...

—  Informacji proszę dostarczać naszym łączniczkom. Oczywiście przewidujemy i kontakty z kolejarzami, będą wam podane. Wasze młode dziewczęta powinny pełnić dyżury na dworcu. W Kaliszu są dłuższe postoje pociągów wojskowych, ułatwi to dziewczętom kontakt z żołnierzami. Informacje o morale armii niemieckiej są dla nas bardzo cenne. Pani ma taką grupę dziewcząt?

—  Tak — odparła z uśmiechem gospodyni.

—  Melduję posłusznie — odezwał się Antoś Kut — że już udało mi się nawiązać znajomość z szefem kasyna Wehrmachtu.

—  To dobrze — ucieszył się delegat. — Wielu oficerów przysyłają tutaj z frontu wschodniego na wypoczynek, możecie uzyskać od nich sporo cennych informacji. Właśnie to chciałem wam zlecić, a widzę, że już w tym kierunku działacie.

—  Tak jest —  mówił dalej Kut. — Kierownik kasyna nazywa się Menzel, berlińczyk, w cywilu zarządca restauracji. Pierwszy mi się wygadał, że jego zdaniem Hitler tę wojnę przegra i że on ma to wszystko gdzieś. Jest łasy na tytoń, bo przydzielają go nawet wojskowym bardzo mało. Zacząłem wieczorami w tym kasynie podawać do stołu. To najlepsza okazja do złapania języka. Alkoholu też mają mało, więc pan Nawrocki za moim pośrednictwem dostarcza do kasyna świetnie oczyszczany bimber. Jego chemicy, inżynierowie: Gerlicz, Jerzy Dreszer i inni, robią z tej wódki istne cuda. Podrabiają najlepszy francuski koniak. Mam tu jedną butelkę, zaraz ją przyniosę.

— Może później. Więc ten Menzel? - Już je z ręki. Coś tu mam dla pana jako dowód, że mówię prawdę. Zaraz skoczę po to „coś" do mego mieszkania, to parę kroków stąd, piętro niżej przez kuchenne schody.

Po kilku chwilach młody człowiek powrócił i począł rozwijać jakąś naoliwioną szmatę. Za chwilę wysupłał z niej nowiutki małokalibrowy pistolet.

—  Proszę, to dar dla pana ode mnie — rzekł. — Są dwa zapasowe magazynki naładowane i pudełko z "pięćdziesięcioma nabojami.

—  Wspaniała broń, można ją nosić w kieszeni, dziękuję wam bardzo — rzekł delegat. — To od tego Menzla?

—  Za kilogram tytoniu — potwierdził Kut. — Powiedział tylko: „Abyś do mnie z tego nie strzelał, to reszta mnie nie obchodzi".

—  Więcej takich Menzlów wśród nich to i wojna prędko się skończy — stwierdził delegat.

Pani Edyta podała skromną wieczerzę: jajka i masło, kupiony na „zorganizowane" kartki chleb oraz krążek kiełbasy. Antoś Kut przyniósł butelkę „francuskiego” koniaku firmy „Nawrocki — Winiary”.

—  Teraz możemy się napić po kieliszku tego trunku — zgodził się komendant. — Rzeczywiście, smak prawie autentyczny.

—  W kasynie Menzla uchodzi on za autentyczny, drań robi na nim kokosy, dlatego taki miękki, firma „Nawrocki i spółka" nie pracuje bezinteresownie — uśmiechnął się szelmowsko podchorąży.

—  Więc zdrowie Alfreda Nawrockiego — delegat podniósł w górę kieliszek — ale nie, nie, to później. Pierwszy toast w tym domu niech będzie na cześć... — tu gość z Warszawy spojrzał wymownie w stronę pani Edyty.

—  Na cześć wolnej Polski — dokończyła za niego gospodyni domu. — Taki toast i ja do dna wypiję, choć nie gustuję w mocnych trunkach.

Wielkie nieszczęście z początku odczuwa się jak uderzenie obuchem w głowę. Pan Nawrocki, otrzymawszy szyfr z komendy głównej organizacji podziemnej z wieścią, że obaj jego starsi bracia, Stefan i Teodor, mechanicy rusznikarze, prowadzący w Tarchominie pod Warszawą tajną fabrykę broni, wpadli w ręce gestapo, stracił wprost głowę z rozpaczy.

— Biedni... lepiej by było, żeby się nie urodzili — szeptał do siebie. — Jakież tortury teraz przechodzą... biedni, kochani moi bracia — powtarzał bladymi wargami. Kilka godzin tak rozpaczał, aż wreszcie jego czynny umysł począł podsuwać mu sposoby ratunku nieszczęśników.

—  Najpierw muszę się z nimi zobaczyć — zdecydował. — Piekielnie to będzie trudne, ale od czego głowa? Kogo mogą do nich dopuścić? — zastanawiał się. — Tylko jakąś wielką figurę z Berlina. Zaraz, zaraz... Ten bałwan Tiegge, chytry na mój fałszywy koniak francuski, może przecież mieć sobowtóra. Generalny prokurator Berlina czyż nie może mieć polecenia samego Führera, by osobiście przesłuchał sprawców tej groźnej dla Rzeszy zbrodni? — rozważał i zabrał się bez zwłoki do przeprowadzenia swego planu. Miał w domu kilka oficjalnych blankietów, na których Tiegge przesyłał mu co roku życzenia noworocznie i dwie fotografie generalnego prokuratora, jedną zrobioną w cywilnym ubraniu, drugą w mundurze Gruppenführera[4] SS. Na jednym z blankietów generalnej prokuratury, po wywabieniu tekstu listu Tieggego, a pozostawieniu oryginalnego podpisu dygnitarza Rzeszy, Nawrocki postanowił wysłać pismo do szefa gestapo w Warszawie z żądaniem, aby wstrzymano śledztwo przeciw Nawrockim do czasu przyjazdu generalnego prokuratora. Nawrocki zdecydował się zostać sobowtórem Tieggego, by w ten ryzykowny sposób, bo innego nie było, ratować braci. Trzeba było jeszcze uzyskać na to zgodę organizacji w Warszawie i Łodzi oraz ich pomoc.

Pan Nawrocki zabrał się z żelazną energią do przeprowadzenia swego trudnego planu. Zgoda sztabu organizacji wkrótce nadeszła. Otrzymawszy ją pojechał zaraz do Berlina, by stamtąd wysłać pismo „generalnego prokuratora" do szefa gestapo w Warszawie. Gdy się to stało, odetchnął lżej po raz pierwszy od chwili otrzymania hiobowej wieści o aresztowaniu braci.

„Oni muszą przerwać ich męki, przecież »prokurator generalny« pisał wyraźnie, że działa z najwyższego rozkazu...” — rozważał. Na wszelki wypadek zadzwonił na zastrzeżony numer w Berlinie do mieszkania Tieggego. Telefon przyjęła gosposia domu, która znała „Herr Generaldirektora”, jak tytułowała Nawrockiego, z najlepszej strony, bo z bardzo hojnych napiwków.

—  Jaka szkoda, że pan generalny dyrektor nie zastał pana pro kuratora. Mój pan tak by się ucieszył. Wyjechał na tydzień na urlop w Alpy tyrolskie z Frau Tiegge.

„Świetnie się złożyło — pomyślał pan Nawrocki — bo te łotry mogłyby w czasie mego »urzędowania« w Warszawie zadzwonić na wszelki wypadek do generalnej prokuratury. Dowiedzieliby się, że Tiegge jest na urlopie, a to całkowicie pokrzyżowałoby moje plany."

Henryk Frude bardzo ucieszył się na wieść, że szef zabiera go „na robotę" do Warszawy. Spełniło się skryte marzenie młodzieńca, by wreszcie mógł zobaczyć Irenę. Już i matka, bez entuzjazmu odnosząca się do tego narzeczeństwa z powodu różnicy wieku, po owym tragicznym dniu, kiedy Henryk obciął sobie palce prawej ręki, zmiękła zupełnie dla jedynaka i nie sprzeciwiała się jego planom sprowadzenia Starkówny do Kalisza. Piękna panna na razie nie była jeszcze zdecydowana, czy przyjmie ów trudny do urzeczywistnienia projekt wobec zamknięcia Generalnej Guberni w jej ciasnych granicach. Tu jednak mogły pomóc stosunki i protekcje, przede wszystkim znajomości Alfreda Nawrockiego w Berlinie.

—  Gdybym ją mógł zobaczyć — wzdychał młody Frude — na pewno namówiłbym Irenkę, by zgodziła się przyjechać do Kalisza, ale na razie ani marzyć nie mogę, bym mógł się dostać do Warszawy.

I oto nagle Henryk dowiedział się, że jedzie do Warszawy, i to na jakąś akcję.

—  Czy będę mógł mieć, szefie, parę godzin dla siebie? — spytał młody Frude z niepokojem pana Nawrockiego.

—  Rozumiem... — uśmiechnął się zwierzchnik. — Sam nie wiem jak tam się nam powiedzie, przed nami trudne zadanie, ale może wykroi się dla ciebie trochę wolnego czasu. Do Łodzi jedziemy na „Reisegenehmigungi"[5] od Antka Kuta. Z Łodzi walimy do Warszawy na całkiem wariackich papierach. Tam zmienimy skórę. Ty będziesz młodszym referentem Ministerstwa Sprawiedliwości Rzeszy. Dobrze, że znasz język niemiecki i masz berliński akcent. Ja stanę się  jedną  z  najgrubszych  ryb  niemieckiego  wymiaru  sprawiedliwości. Miałem nią być w cywilnym garniturze, że to niby bardzo poufna misja, ale nie mogę sobie odmówić paradnego munduru Gruppenführera SS. Już mi go w Łodzi przygotowują. Mundur zawsze robi swoje. Na poufność mej misji będą wskazywały cywilne ubrania Wünschego i twoje. To wystarczy. Tylko wielka bezczelność popłaca u tych zbirów. Musicie jednak włożyć czarne garnitury i białe rękawiczki, by podkreślić wysoką funkcję osoby, której towarzyszycie. Maskarada musi być odegrana na cały regulator.

Z Litzmanstadt zadzwoniono do szefa gestapo dystryktu Warschau, że osobistość z Berlina przyjeżdża o określonej godzinie i żąda, by nie witano jej oficjalnie na dworcu. Do jej dyspozycji ma być dostarczone tylko jedno auto i drugie dla zapewnienia bezpieczeństwa. Komendant policji z Litzmanstadt polecił jeszcze, aby powstrzymać się od wszelkiej ostentacji.

Sam komendant warszawskiego gestapo, Stamm, prężył się na peronie berlińskiego ekspresu na dworcu warszawskim przed zaufanym członkiem Himmlera, stojącym o wiele wyżej od niego w hierarchii SS, mimo że on sam piastował cywilny urząd w Ministerstwie Sprawiedliwości. Walter Stamm przed wyjazdem na powitanie generalnego prokuratora Berlina dobrze obejrzał w tajnym archiwum fotografię Tieggego, by, jeśli przyjedzie on po cywilnemu, móc go zaraz rozpoznać. Wilhelm Tiegge przyjechał jednak w paradnym mundurze. Kropla w kroplę był żywym wcieleniem dygnitarza z fotografii, jak stwierdził szef warszawskiego gestapo. Ten sam mundur, monokl w oku, mars na czole.

„Jakaś burza się zbiera nad moją głową" — pomyślał Stamm, bo dostojnik z Berlina powitał go z chmurną twarzą, zimno podając dwa palce.

—  Najlepszy apartament w naszym skromnym hotelu SS na Szucha czeka na pana Generalprokuratora, zaraz tam będziemy.

—  Ani mi się śni u was zatrzymywać — odparł opryskliwie i wyniośle berliński dygnitarz. — Proszę mi przygotować apartament w Bristolu. Jestem incognito!

— Rozkaz! Ośmielę się tylko zwrócić uwagę pana generała na jego mundur. Względy bezpieczeństwa... — Co? Niemiecki wyższy oficer nie może w Warszawie pokazać się w mundurze? Spytam Himmlera, dlaczego jego podwładni nie mogą nam zapewnić bezpieczeństwa — odpowiedział gniewnie znakomity gość.

—  Zechciał mnie pan niewłaściwie zrozumieć — jąkał się Stamm. — To tylko wielka troska o jego osobę, na wszelki wypadek... my jesteśmy odpowiedzialni...

 Spodziewam się. „Na wszelki wypadek" — podchwycił złośliwie dostojnik z Berlina — mogą mnie tu poczęstować bombą, co?! To się już raz zdarzyło.

—  Ale się już więcej nie powtórzy, my czuwamy.

—  Czy to pewne?

—  Nic nie jest zupełnie pewne — rozłożył bezradnie ręce szef warszawskiego gestapo.

—  Z odpowiedzi niedostatecznie — burknął arogancko gość z Berlina. — Całkowicie pewne są rozkazy Führera i jego plany urządzenia świata.

—  Nie ośmieliłbym się nigdy tego kwestionować. My jesteśmy najgorliwszymi wykonawcami i stróżami planów Führera — oświadczył Walter Stamm.

—  Tak ich pilnujecie, że aż mnie tu musiano przysłać — warknął „generalny prokurator". — Tuż na zapleczu naszej bohaterskiej armii, która osłoniła Europę przed Rosją sowiecką, wyrasta nagle fabryka broni dywersantów. Pracuje spokojnie dwa lata pod waszą „czułą" opieką i tylko dzięki przypadkowi, gdy wybuchł u nich dynamit, dowiedzieliście się o jej istnieniu. No, tego nie mogliście już nie usłyszeć, ale zachowaliście się bardzo nierozsądnie. Strzelanina, straty w ludziach, no i złapaliście dwa pionki. Zamiast udawać, że nic nie wiecie, otoczyć ich czujną siecią, przekonać się, kto, co, jak, z kim, to wy zaraz izolowaliście ich. To nie są nowoczesne metody działania. To mi się nie podoba. Słyszy pan?!

—  Tak jest Herr Gruppenführer — meldował posłusznie Brigadeführer[6].

—  Mogliście przy tej okazji przechwycić cały ten piekielny ich sztab. Po nitce idzie się do kłębka, a nie rwie się jej grubymi łapami. Kogo złapaliście? Toć wiem z waszego szumnego raportu. Dwóch zwykłych robotników. Cóż oni mogą wiedzieć? Czego się od nich dowiecie? Sam chcę przesłuchać tych durniów. Jak się oni nazywają?

Komendant warszawskiego gestapo spiesznie wyciągnął notes z kieszeni, przekartkował go i odczytał: „Stefan Nawrocki, były technik rusznikarz fabryki broni w Stalowej Woli i Teodor Nawrocki, jego młodszy brat, mechanik przyuczony, pierwszy urodzony..."

—  Nie trzeba. Sam ich przesłucham.

—  Ma być przy tym tłumacz i protokolant czy...

—  Nikt! Absolutnie nikt. Nie życzę sobie tego — oświadczył kategorycznie dygnitarz z Berlina.

—  Ale tłumacz...

—  Czy myśli pan, że my tam w Berlinie nie przygotowaliśmy się do tej wojny, przewidując wszystkie jej ewentualności? Na rozkaz samego Führera już pięć lat przed zajęciem Polski polecono nam nauczyć się języka tubylców. Pan go zna?

—  Nie, Herr Gruppenführer.

—  To bardzo źle. Obejdę się bez pana przy przesłuchiwaniu tych łotrów. Sam ocenię, do czego mogą nam się przydać. Nie zabijaj owcy, z której możesz mieć złote runo. Wie pan, kto to powiedział?

—  Nie wiem.

—  Nic więcej od pana nie słyszę, tylko stale „nie wiem". Front wschodni chyba już tylko mógłby pana czegoś pożytecznego dla Reichu i Führera nauczyć, Herr Stamm. Otóż zacytowałem właśnie słowa naszego wodza. Zawierają prawdę tak cenną, że łatwo się domyślić, kto je wypowiedział.

Zaraz po przybyciu do siedziby warszawskiego gestapo w alei Szucha mąż „najwyższego zaufania" rozsiadł się bez ceremonii w gabinecie komendanta i zażądał, by postawiono przed jego oblicze obu braci Nawrockich. Po niedługim czasie dwóch oficerów gestapo wprowadziło do gabinetu słaniające się na nogach i skute w kajdany niepodobne do ludzi postacie.

—  Tak wyglądają ci, którzy mogliby nam oddać cenne usługi Ileż upłynie czasu, nim przywrócimy im ludzki wygląd — odezwał się ostro do Stamma „berliński dostojnik". — Zdjąć im kajdany z rąk! — rozkazał strażnikom.

Zza drzwi wyskoczył jeden z podoficerów i szybko wykonał polecenie.

—  A teraz odejdźcie stąd wszyscy! — komenderował dostojnik. — Z panem, Herr Brigadeführer, porozmawiam, gdy skończę badanie.

—  Siadajcie — zwrócił się po polsku do braci, gdy zostali sami, wskazując im miękkie fotele luksusowo urządzonego gabinetu. Obaj stali bez ruchu, jakby nie rozumiejąc wyrzeczonych do nich słów.

„Licho wie, czy nie ma tu jakiego podsłuchu — zastanawiał się Alfred Nawrocki. — Kto by tam kontrolował szefa gestapo w Warszawie, ale Himmler do wszystkiego jest zdolny — rozważał w myślach. — Trzeba jednak być ostrożnym" — zdecydował.

—  A wy dranie! — huknął na braci — czy nie rozumiecie, gdy się do was gada w waszym parszywym języku? Siadajcie mi zaraz, gdy każę!

Po długim czasie kaźni taki ton był zrozumiały dla obu nieszczęśników. Przysiedli zaraz na krawędziach foteli, oczekując nowych, bardziej wymyślnych mąk. Tymczasem ich domniemany kat podszedł do nich i szepnął każdemu do ucha:

—  Jestem waszym bratem. To tylko mistyfikacja, aby was ratować. Słuchajcie mnie.

Wyraz bezgranicznego zdziwienia rozjaśnił umęczone twarze obu Nawrockich. Ich brat krzyczał teraz, ile sił w płucach.

—  Podnieśliście rękę na wielką Rzeszę Adolfa Hitlera! Wasza perfidna zbrodnia wymaga najwyższej kary! Ale nasz Führer pamięta nawet o takich jak wy wyrzutkach ludzkiego rodzaju. Przywożę wam jego łaskę. Podpiszcie, że będziecie mu odtąd wiernie służyć i wykonywać polecenia jego podkomendnych. Z opryszków i bandytów staniecie się teraz ludźmi drugiej wprawdzie kategorii, ale i to dla was za wiele. Zrozumiano?

Stefan i Teodor pokiwali głowami na znak, że zrozumieli.

—  Trzymajcie się, kochani, jakoś was stąd wyciągnę — szepnął im ponownie pan Alfred i zaraz nacisnął dzwonek na biurku. Za chwilę stanął przed nim dyżurny oficer gestapo.

—  Poproś do mnie waszego szefa — rzucił mu wyniosłym tonem rozkaz dygnitarz.

—  Jawohl, Herr Gruppenführer! — ryknął w postawie na baczność dyżurny oprawca.

—  Z zabitego wołu możesz mieć pieczeń, z zabitego człowieka tylko ścierwo — rzekł wysłannik Berlina do wchodzącego komendanta. — Trzeba umieć korzystać z żywych ludzi.

—  Według instrukcji każdemu z aresztowanych proponujemy współpracę — raportował Stamm.

—  Wybijając mu najpierw zęby i tłukąc do utraty przytomności. To nie są metody naukowe, dziś my ich już nie stosujemy — rzekł z naciskiem na „my" domniemany prokurator generalny. — Będę teraz badał tych dwóch przestępców w pańskiej obecności. Naturalnie nie znają oni niemieckiego języka, będę więc zmuszony plugawić swoje usta ich okropnym żargonem. Niech pan wezwie tłumacza, by na bieżąco orientować się w toku śledztwa.

Gdy do gabinetu wszedł tłumacz i stanął obok fotela Stamma, przybysz z Berlina rozpoczął swą perorę:

—  Już wam mówiłem, łotry, których święta niemiecka ziemia nosić nie powinna, a na niej tu stoimy, że zbrodnie wasze godne są najokrutniejszej kary. Myślę jednak, że Führer mógłby je wam wybaczyć, choć nie byliście godni, by urodzić się Niemcami. Na tę wielką wspaniałomyślność największego ze wszystkich ludzi świata wszystkich czasów trzeba jednak zasłużyć, wynagrodzić narodowi niemieckiemu szkody, jakie wyrządziliście. Tylko pod rządami Niemców ludzkość może być szczęśliwa, zrozumieliście?

—  Zrozumieliśmy — rzekł starszy z braci, Stefan.

—  Ja także zrozumiałem — bąknął młodszy, Teodor. Komendant gestapo kiwnął z uznaniem  głową.  Ten  wysłannik Berlina, którego tak się obawiał, wydał mu się w tej chwili jakimś cudotwórcą. Żadna kaźń nie dotąd nie zdołała wydobyć z tych ludzi, a oto zjawienie się dostojnika z Berlina dokonało zupełnej ich przemiany.

—  Więc podpiszecie, że będziecie służyć prawym władcom tej ziemi, funkcjonariuszom wielkiej Rzeszy? — pytał dalej „prokurator".

—  Ano, czemu nie, jeżeli coś z tego będziemy mieli — bąknął Stefan Nawrocki.

—  Czemu nie? Podpiszemy i zaczniemy nową robotę, jeżeli się opłaci — potwierdził decyzję brata Teodor.

—  Tych łajdaków można było wcześniej kupić. Nie umieliście z nimi rozmawiać — zwrócił się Gruppenführer do szefa gestapo. — Odprowadzić tych ludzi, wykąpać ich, ubrać przyzwoicie i wypuścić — rozkazał. — Za miesiąc, gdy przyjdą do siebie, mają rozpocząć robotę.

—  Ośmielam się zwrócić uwagę — odezwał się szef gestapo — że w takim stanie trudno ich wypuścić. Chyba zabierzemy ich przedtem do naszego szpitala.

—  O, co to, to nie — sprzeciwił się wysłannik Berlina. — Właśnie ten ich stan wzbudzi zaufanie ich wspólników. Na nich musimy zapolować.

—  Któż uwierzy z tych łotrów, że wypuściliśmy z rąk fabrykantów broni dla band polskich?

—  Mało sprawnie pan myśli, Herr Brigadeführer — skrzywił się Gruppenführer. — Czy nigdy się wam nie zdarzyło, by ktoś uciekł?

—  Były takie przypadki niedopatrzenia, niestety — przyznał szef gestapo — ale rzadko się zdarzały.

—  Więc może się zdarzyć jeszcze jeden. Czy ja mam was wszystkiego uczyć? — dodał niecierpliwie dostojnik SS.

—  Rozkaz, Herr Gruppenführer — wyprężył się komendant.

—  No, to zakończyliśmy tę sprawę; być może uda mi się w Berlinie obronić pana przed wcieleniem do armii wschodniej — rzekł łaskawszym tonem dygnitarz.

—  Każda służba dla Führera będzie dla mnie zaszczytem — wyrecytował gładko oprawca warszawski — ale to odpowiedzialne stanowisko...

— Właśnie, właśnie — podchwycił pozornie dobrodusznie jego rozmówca — tutaj jednak żyje się tak wygodnie. Tego wszystkiego nie ma na Wschodzie. Tam jest biały rosyjski mróz i czerwona śmierć. No, kochany Stamm, przejrzę jeszcze kilka tajnych akt waszych tutaj i czas mi wracać do Berlina.

— Jawohl, Herr Gruppenführer — prężył się znowu kat Warszawy przed swoim domniemanym zwierzchnikiem.

Henryk stał onieśmielony w progu pokoju Ireny. Wstydził się swego dobrowolnego kalectwa i chował za sobą okaleczoną prawą rękę, czuł się nieswojo wobec tej pięknej panny o dużych jasnych oczach i jasnych włosach, wijących się w naturalnych lokach, które nie zasłaniały jednak jej wysokiego czoła. Irena Stark ukończyła niedawno studia na tajnym uniwersytecie, on ich nawet nie zaczął. Zielone oczy panny patrzyły na niego tkliwie. Starkówna, widząc zażenowanie tak długo oczekiwanego gościa, przywitała się z nim bardzo serdecznie.

—  Jak się tu dostałeś? To dla mnie zupełna niespodzianka. Pisałeś już dość dawno, że będziesz się starał o zezwolenie na wyjazd do Warszawy, ale nie uprzedziłeś, że już je masz.

—  Bo go nie miałem. Jestem tu w specjalnej misji.

—  Właśnie. Wy wszyscy macie sprawy, a ja jedynie dotąd uczyłam się. I to było wielkie ryzyko, ale w porównaniu... Teraz już i to się skończyło.

—  Moja mama zaprasza cię do Kalisza.

—  Dziękuję, pisała mi o tym i o twoim wypadku z ręką też. Zaraz domyśliłam się, o co chodziło. — Nie pogardzasz mną? — spytał cichym głosem.

—  Skądże znowu... Wiem, że masz „sprawy". I teraz znowu. Wiem, jak się narażasz, gdy ja tu żyję prawie bezpiecznie.

—  Nikt w Polsce nie żyje teraz bezpiecznie — zaoponował młodzieniec.

—  No, ale jest różnica.

—  Irenko, czy zgodzisz się przyjechać do Kalisza? — spytał tonem, który zdradzał, jak bardzo mu na tym zależy. — Nie wiem wprawdzie, czy mam prawo to ci proponować, bo u nas jeszcze niebezpieczniej, ale...

— Jak mało mnie jeszcze znasz...

—  Toczymy walkę z ukrycia, straszną, nieubłaganą, podstępną z obu stron. Niemcy ją nam narzucili.

—  Wiem i jeśli będę mogła dostać się do Kalisza, to pod warunkiem, że stanę w tej walce obok ciebie — oświadczyła panna.

—  Bardzo mi ciężko przyjąć tę ofiarę — odpowiedział po pewnym wahaniu. Znać było, że walczy z samym sobą. — Czy wiesz, że to są wyrafinowani kaci, że ziemia nie wydała dotąd tak okrutnych, drapieżnych zwierząt?

—  Właśnie dlatego chcę ponosić to samo ryzyko co ty. Chcę być godna ciebie — dodała ciszej.

—  Oh, Irenko, przecież to niepotrzebne. Ja i tak...

—  Nie mogę być gorsza od moich rówieśnic — rzekła bardzo poważnie panna. — Powtarzam: to mój warunek nieodwołalny. Dopiero gdy go przyjmiesz, masz prawo zacząć starania, abym mogła wyjechać do Kalisza. Powiedzą o nas kiedyś — rzekła kładąc narzeczonemu rękę na ramieniu — że należeliśmy do pokolenia ludzi obłąkanych ojczyzną... A przecież czy można inaczej?

Henryk pochylił się i ucałował rękę Ireny.

—  Odtąd razem, najdroższa... —  szepnął — tylko cóż ja ci mogę ofiarować?...


[1]  Der  Parteigenosse   (niem.) — towarzysz partyjny.

[2]  Das  Arbeitsamt   (niem.) — urząd pracy.

[3]  Der  Oberleutnant   (niem.) — porucznik.

[4]  Der  Gruppenführer (niem.) — generał dywizji w formacji SS.

[5]  Die  Reisegenehrnigung (niem.) — zezwolenie na podróż.

[6]  Der  Brigadeführer   (niem.) — w SS odpowiednik rangi generała brygady.