ROZDZIAŁ SZÓSTY

KREW I MIŁOŚĆ

Antoni Kut, zwolniony ze służby listonosza, dostał teraz pracę w prywatnej hurtowni tytoniu łotewskiego Niemca Karola Seidacka.

Seidack nie był hitlerowcem. Ze wzruszeniem wspominał Łotwę i rodzinne miasto Rygę, skąd przemocą wyrwała go wojenna zawierucha. Zatrudniał samych Polaków, odnosił się do nich życzliwie i dobrze traktował, choć w pracy był wymagający. Miał trzy pulchne córki i jednego, najmłodszego, syna. Nie czuł się pewnie jako właściciel firmy ongiś państwowej i powierzonej w zarząd znanym w Kaliszu braciom Wieczyńskim. Nie czuł się zbyt pewnie w Kaliszu i wszystko tu wydawało się Seidackowi tymczasowe.

— Piasek, piasek... —  mówił zaniepokojony do żony, gdy byli sami. —  Zobaczysz, Berto, że wszystko tu się rozsypie, nie zobaczymy więcej naszej kochanej Rygi, a co będzie z Dietrichem?

Los dorastającego jedynaka najbardziej niepokoił oboje małżonków. Był to okres, gdy przed wojskami hitlerowskimi otworzyła się wielka, bezdenna przepaść, która chłonęła całe armie. Rozpoczęła się właśnie wojna z Rosją. Początkowo wznoszono nieustanne okrzyki: Sieg heil!,[1] wywieszano flagi co parę dni, tłumy wyły na mityngach, portrety Führera obrzucano kwiatami, powracające do domu gromady Niemców i folksdojczów pluły na Polaków i spędzały ich z chodników na jezdnię, ale już po kilku miesiącach zapał ten przycichł. Coraz więcej wracało pociągów z rannymi, coraz więcej młodzieży powoływano pod broń. Papa Seidack niepokoił się też coraz bardziej o swego Dietricha, który już od roku wybijał tempo parade-marszów w Hitler-Jugend i, ulegając nastrojowi otoczenia, gotów był przelać krew za wodza wielkiej Rzeszy.

Polacy, pracujący w firmie tytoniowej Seidacka, zorientowali się wkrótce, że trafili wyjątkowo szczęśliwie.. Na poufnym zebraniu uradzili więc, że należy u Seidacka pracować uczciwie, zadowalać się tylko przydzielonym przez szefa deputatem tytoniowym, a „organizować" ten cenny produkt, którego powszechnie brakowało nawet i Niemcom, jedynie na potrzeby akcji podziemnej.

W tym okresie Antoś Kut zetknął się z Edytą Trubolską, kierowniczką biura landratury, która zajmowała się wydawaniem paszportów i innych urzędowych zaświadczeń oraz zezwoleń, tak potrzebnych w hitlerowskiej maszynie biurokratycznej. Była to niewiasta około trzydziestki, nieprzeciętnej urody, wdowa po oficerze, który zaginął na wojnie. Po kilkumiesięcznych wahaniach powróciła do Kalisza z tułaczki wojennej z dwojgiem dzieci, siedmioletnim Tadeuszkiem i czteroletnim Januszkiem.

Pewnego dnia Edyta uklękła u stóp konfesjonału, w którym spowiadał ojciec gwardian Mirochna. To był dla niej w owej chwili najwyższy autorytet, skoro wszystkie inne zawiodły.

—  Córko moja — usłyszała łagodny, natchniony głos — nie jesteś zobowiązana mówić prawdy swym wrogom. Nie jest też grzechem wobec Boga oszukiwać ich, skoro dążą do naszej zagłady, to tylko podstęp wojenny. Skoro chcesz służyć braciom swoim zagrożonym śmiertelnie, ojczyźnie dławionej przez oprawców, możesz wstąpić do ich służby, pod tym jednak tylko warunkiem, że nie dla własnej korzyści to uczynisz.

—  Nie dla własnej!... — wyszeptała żarliwie penitentka.

—: Niech ci Bóg pomaga, córko. Nikt sprawiedliwy nie rzuci na ciebie kamieniem.

I stało się. Dobra znajomość niemczyzny, wyniesiona z łódzkiego gimnazjum, poparta wrodzonymi zdolnościami językowymi, okazała się dla Edyty Trubolskiej nieoceniona. Zyskała sobie zaufanie landrata tak dalece, że powierzono jej dział paszportów, kenkart i ausweissów. Wkrótce stała się również aktywnym członkiem tajnej polskiej organizacji. W obszernym mieszkaniu Edyty, naprzeciw ratusza miejskiego, nastąpiła osobliwa symbioza. W jadalni urządziła stołówkę dla samotnych dygnitarzy hitlerowskich, których wziął pod swą „kuratelę" Antoś Kut, ugrzeczniony, nadskakujący im totumfacki gospodyni, zawsze z pełną butelką w kieszeni dla rozwiązania języków stołowników pani Trubolskiej.

Cenne były też rozmowy, jakie prowadzili między sobą przy obiedzie owi ludzie, Antoś, znając dotąd „po łebkach" niemiecki język z gimnazjum, szybko się go poduczył w pracy i w domu, kując z podręcznika na pamięć całe zwroty. Mógł już wkrótce rozmawiać swobodnie w tym języku, a co ważniejsze, rozumieć go. Gospodyni domu przedstawiła go jako swego siostrzeńca i tak pozory ich komitywy zostały zachowane.

Pani Trubolska mieszkała obok Kuta na drugim piętrze domu przy Rynku. O piętro niżej prowadziły drewniane schody do drzwi z napisem:

Tabakfabrik, Karl Seidack Magazin Nr 2.

Sprytny młodzieniec wyprosił sobie u poczciwego papy Seidacka pokoik przy magazynie, który był bardzo przydatny dla celów konspiracyjnych. Liczne aresztowania w mieście nakazywały największą ostrożność.

Pewnego dnia stołujący się u pani Trubolskiej zastępca szefa Schutzpolizei,[2] Hauptmann[3] Wilhelm Schultz, przyjechał na obiad w wyraźnie złym nastroju. Spode łba patrzył na krzątającego się przy stole Antosia i na jego propozycję wypicia na frasunek kieliszka sznapsa burknął niechętnie:

—  Ty się nazywasz Kut, prawda?

Antoś zdrętwiał, ale odpowiedział pewnym głosem:

—  Tak, Herr Hauptmann.

—  Czemu nie Kutze? Tylko dwie litery dodać i byłbyś człowiekiem, a nie Untermenschem.[4] Dlaczego dotąd nie złożyłeś papierów na Volkslistę? Dobrze znasz nasz język. Skąd? Musisz pochodzić z niemieckiej rodziny.

—  Nie, jestem Polakiem.

—  Polakiem? Jak można się do tego przyznawać? Przecież to są barbarzyńcy! Barbarzyńcy i bandyci. Gestapo znowu odkryło... No, mniejsza z tym — ugryzł się w język Herr Schultz. — Kiedy zgłosisz się na folksdojcza, co?

—  Namyślę się — odparł dyplomatycznie Antoś.

—. Obyś się tylko na co innego nie namyślił. I znowu to gestapo odkryło, a nie my. Diabli nadali. Mają lepszych konfidentów. Ty byś nie chciał nim zostać? Można zarobić... Milczysz, no, nie nalegam. Nalej mi pół szklanki sznapsa. Parszywe jest życie. Ciągle ktoś mi nad głową wyskakuje. Jeszcze wrzeszczą, że my nie linia. No, prosit! A ty się namyśl. Jesteś młody. Masz wykształcenie. Możesz zostać niemieckim oficerem i trzymać za mordę tę polską dzicz. Nalej mi jeszcze pół szklanki. Nie wyglądasz na głupca, więc się namyślisz. Ja sam wystawię ci dobrą opinię. Pójdzie szybko. No, prosit i niech diabli wezmą wszystkich polskich i rosyjskich bandytów.

Gdy Hauptmann Schultz wreszcie odjechał, Antoś Kut, zdjęty najgorszym przeczuciem, ruszył w kierunku rzeźni miejskiej, obok której stał mały, samotny domek w ogrodzie. Była to siedziba Sztabu Tajnej Organizacji Wojskowej. Tam to oficerowie Strzelczyk i Malinka mieli radiostację, broń i małe dobrze ukryte archiwum.

„Na pewno gestapo wpadło już na trop. Trzeba ich ostrzec, by wynieśli się stamtąd — rozumował młodzieniec. — Oby nie było za późno..."

Niestety, najgorsze obawy Antka nie były płonne. Zaledwie wszedł na ulicę prowadzącą ku rzeźni, usłyszał strzały, jeden, drugi, całą serię. Potem chwila ciszy i znowu odezwała się palba karabinowa. Obok od rzeźni zaczęli biec jacyś ludzie. Uciekali w popłochu. Antek zaczepił jednego z uciekających, pytając, co się stało. Zagadnięty, nie zatrzymując się, wykrzyknął głosem pełnym trwogi:

—  Nie chodź tam, chłopie! Jacyś cywile między sobą zaczęli strzelać, a już i żandarmy tam nadleciały.

—  Za późno... — wyszeptał młodzieniec bladymi wargami. — Nawet nie mam broni, by im pomóc. Boże, miej ich w opiece...

Ze ściśniętym sercem, pełen najgorszych przypuszczeń powrócił Antek do domu. Nazajutrz zobaczył w drzwiach magazynu Seidacka dziwnie bladą twarz Hysowej. Kiwała ku niemu ręką. Wyszedł zaraz na pusty korytarz. Młoda kobieta, rozglądając się ostrożnie dokoła, wyszeptała:

—  Strzelczyk i Malinka...

Zabici? — spytał głuchym głosem.

— Nie. Wyrwali się gestapo, uciekli po krach przez Prosnę. Są u nas, ale tam została żona Malinki, jej siostra i czworo dzieci... Co z nimi będzie? Zakatują je na śmierć, a dzieci... Jak oni mogli to robić tam, gdzie były kobiety i te maleństwa... — łkała żona sierżanta.

Zenek Kolasiński miał opinię cwaniaka. Nad wiek wysoki, ze sterczącą zawadiacko płową czupryną i bystrymi oczami, już na oko wyglądał na zucha. On też jeden z pierwszych został przyjęty do Tajnej Organizacji Wojskowej, a ponieważ po ojcu wyuczył się szklarstwa i mógł z pudłem szkła na plecach poruszać się po mieście, zlecono mu kolportaż pisma Organizacji Wojskowej. Na pół złożone gazetki mieściły się na dnie szklarskiego pudła. I tak kilka miesięcy tajny kolportaż miejski pracował bez zarzutu. Zamiejscowych obsługiwał równie sprawnie Antoś Kut, wyjeżdżając w teren co tydzień po gęsi, ulubiony przysmak rodziny Seidacków, autem swego szefa, często z nim razem lub z kimś z licznej rodziny kupca. Zresztą sprytny młodzieniec miał przy sobie zawsze ausweis, że wyjeżdża w interesie firmy i z polecenia jej szefa.

W kilka dni po strzelaninie obok rzeźni miejskiej, gdzie gestapowcy ponieśli krwawe straty, szedł śmiało główną ulicą miasta Zenek Kolasiński, niosąc na plecach cały ładunek. Nagle zastąpiło mu drogę dwóch żandarmów.

— Hande hoch![5] — zawołali gardłowym głosem, kierując dobyte pistolety w pierś chłopca. Zenek dał susa w bok, w boczną ulicę, gdzie stała kamienica mająca drugie wyjście.

— Halt, halt![6] — usłyszał za sobą groźne okrzyki.

Nie słuchał ich, biegł, ile sił w nogach starczyło. Usłyszał huk. Świsnęła kula, jedna, druga. Zabrzęczało szkło na plecach. Uczuł, że spływa mu po nich jakaś gorąca ciecz. Za chwilę leżał na krawędzi chłodnika. Z ust ciekła mu struga krwi.

„Boże, trafili mnie" — przemknęło mu przez głowę. Była to jego ostatnia myśl.

Tak zginął pierwszy obrońca harcerskiego sztandaru hufca kaliskiego.

Antoś Kut dotarł chyłkiem do Ołoboku. W mieszkaniu Hysów, w zakonspirowanej kryjówce, znalazł obu zwierzchników. Cudem uniknęli tortur w gestapo i śmierci, wyrywając się z rąk oprawców, którzy nagle wtargnęli do małego domku obok rzeźni, ich rodziny jednak wpadły w ręce gestapowców. Porucznik Malinka, którego siostrę wraz z dziećmi zabrali, gryzł palce z rozpaczy, ale był całkowicie bezradny. Trzeba było na razie zawiesić działalność kaliskiego ruchu podziemnego, zlikwidować tajną drukarnię, zniszczyć wszelkie ślady jej działalności. Wszystko to spadło na barki dwudziestoletniego wtedy Antka Kuta, jedynego łącznika między „spalonymi” już przywódcami tej organizacji a liczną rzeszą jej śmiertelnie zagrożonych członków. Nadchodziły dni grozy.

Pokojówka państwa Frudych w Żydowie, Maria Sobczak, odnalazła w parku córkę „dziedziców", Hanię.

—  Proszę panienki, jakiś Niemiec do panienki przyjechał i czeka w hallu — zaanonsowała.

—  Niemiec do mnie? — zdziwiła się Hania. — Coś się Marysi pokręciło.

—  Nie, akuratnie szprechał „Mamzel Anna Frude" i bardzo się ucieszył, że panienkę zastał. Aż się zaśmiał z radości.

—  Więc to nie urzędowa sprawa — odetchnęła panna. — Ale któż to może być? — zastanawiała się. Spiesznie pobiegła ku domowi, wyprzedzając idącą za nią Sobczakową. W hallu stanęła jak wryta. Przed nią stał w jakimś dziwnym mundurze Frank Pickersgill z twarzą promieniejącą wielką radością.

—  To pan... jakież szaleństwo... pan tutaj?... — mówiła Hania pełna największego zdumienia.

—  Tak, to ja. Nie mogę uwierzyć swemu szczęściu, że panią widzę... — odparł Kanadyjczyk ściszonym ze wzruszenia głosem.

—  Skąd? Jakim cudem pan tu się zjawił? Przecież... przecież pan nie z Niemcami? — spytała zaniepokojona.

—  Skądże! Wszystko na mnie fałszywe prócz tej prawdy, że oczy moje oglądają cię, mój ty jasny promieniu, moja gwiazdo przewodnia... — mówił młody Kanadyjczyk, tuląc swą ogorzałą twarz do białych rąk Hani. — Nie mogę cię narażać, najdroższa, zaraz pójdę stąd, ale musiałem jeszcze raz zobaczyć się z tobą. Do widzenia, Haniu.

—  Pan naprawdę oszalał, Franku. Skoro już tu jesteś, musisz pozostać chwilę — odparła rezolutnie panna. — Rodzice są w domu. O, właśnie papa wraca z młyna. Patrz, zobaczył cię już. Stanął jak wryty. Tatusiu, pan Pickersgill przyjechał — zawołała dziewczyna, biegnąc ku ojcu.

—  Witam. Jakiż to mundur ma pan na sobie? — spytał trochę nieufnie pan Frude. — Wielka niespodzianka. Proszę do salonu.

—  Mam taki mundur, który mógł dać mi prawo przyjazdu tutaj, ale noszę go nielegalnie. Nie chcę na państwa sprowadzić nieszczęścia mą wizytą. Musiałem jeszcze raz zobaczyć narzeczoną, jeśli wolno mi tak nazwać pannę Annę. To się już stało, więc czas mi pożegnać państwa.

—  Czy ktoś pana widział, gdy jechał pan do nas? — spytał Emil Frude.

—  Nie. Tyle jest teraz rozmaitych mundurów, że nie zwrócono na mnie uwagi na dworcu. Wszedłem do wolnej dorożki i kazałem się przywieźć do Żydowa.

—  Chwała Bogu — odetchnął gospodarz domu. — Trochę może pan u nas zabawić.

—  Jak najkrócej. Wiem, jak bardzo państwa narażam — odparł młody Kanadyjczyk. — Zaraz sobie pojadę.

—  Dokąd? — spytał pan domu.

—  Do Litzmandstadt.

—  Aha, do Łodzi...

—  Tak. Jadę tam zamówić mundury dla drugiej dywizji armii belgijskiej Degrelle'a, którą ten łotr tworzy z Flamandów dla Hitlera. Pierwszą dywizję zdrajców już mu się udało skleić.

—  Zna pan język flamandzki?

—  Tak. Matka moja była Holenderką.

—  Wstąpił pan do armii Degrelle'a?

—  Skądże. Dokumenty moje są fałszywe, ale dobrze podrobione na podstawie autentycznych. Wszystko jest prawdopodobne, a Niemcy są bardzo uprzejmi dla swoich nielicznych sprzymierzeńców.

—  Cała zachodnia Europa prócz Hiszpanii jest w rękach Niemców. Jak pan tam mógł zostać? — zdziwił się właściciel Żydowa.

—  Walczyłem w ekspedycyjnym korpusie brytyjskim w Belgii. Po klęsce pod Dunkierką nie wróciłem do Anglii. To byłoby za daleko od... — Frank urwał w tym miejscu i spojrzał wymownie na Hanię, która wyraźnie spiekła raka.

—  Świadomość, że ktoś mi bliski jest w niewoli w rękach siepaczy...

—  Cała Polska jest teraz w rękach siepaczy — wtrącił pan Frude.

—  Zdecydowałem zostać w Europie za wszelką cenę. Zdjąłem angielski mundur i dałem nura mieszając się z cywilami. Szukałem ludzi z francuskiego ruchu oporu.

—  Znalazł pan?

—  Tak... —  rzekł z goryczą Frank. — Francuzi, u których się zatrzymałem i powiedziałem, kim jestem, wydali mnie w ręce gestapo.

— Okropne...

—  Tym gorsze, że oni zeznali, jakobym chciał organizować bunt Francuzów przeciw okupantom.

—  Jak udało się panu uratować?

—  Po wstępnych badaniach Niemcy zdecydowali się odesłać mnie do wyższej instancji w Paryżu. Po drodze wyskoczyłem z auta. Na szczęście nie skuli mi rąk. Trochę strzałów, nieudana pogoń w leśnym terenie, no i wolność.

— A dalej, jeśli można wiedzieć? — indagował zaciekawiony gospodarz.

—  Papo, zobacz, jaki Frank jest zmęczony, nie wypytuj go. Może to jest tajemnica — wtrąciła Hania. — Dajmy trochę odpocząć gościowi.

—  Zgadła pani — uśmiechnął się Pickersgill. — To jest właśnie tajemnica wojskowa. Więcej nie wolno mi mówić.

—  Bardzo przepraszam za niedyskrecję. Zjawienie się pana u nas jest tak niezwykłe, że...

—  Właśnie. I ja sam się dziwię temu wszystkiemu, co robię od dnia wybuchu wojny, ale w pełni też zdaję sobie sprawę, że nie mogę postępować inaczej.

W tej chwili wszedł do salonu, gdzie toczyła się rozmowa, Henryk Frude. Na widok niezwykłego gościa oniemiał ze zdumienia.

—  Nie traćmy czasu, Heniu — zwrócił się do niego ojciec. — Wyślij zaraz Wojtka na skraj wsi, żeby rozejrzał się po okolicy. Niech da ręką umówiony znak, gdyby nadjeżdżało jakieś auto lub motocykl. Maria zaś niech nie spuszcza z oka Wojtka. Ty tymczasem pokaż naszemu gościowi wyjście przez park w razie niebezpieczeństwa. Oby tylko ten dorożkarz nie wygadał się w powrotnej drodze.

—  Był pewny, że wiezie niemieckiego oficera. Sam mu to powiedziałem — wyjaśnił Frank.

— Tak. To nie było dla niego nic niezwykłego... — stwierdził ojciec Hani. — No, cóż, córeczko, zajmij się na razie naszym gościem, my będziemy czuwali. Oj, czasy, czasy przyszły — westchnął oddalając się.

Hania udała się z narzeczonym i bratem do parku dworskiego. Frank lekko uścisnął jej dłoń. Odpowiedziała nieśmiałym, jeszcze lżejszym uściskiem. Po paru sekundach splotły się ich ręce.

—  Pokaż sama Frankowi, Haniu, to wyjście z parku na wiejską boczną drogę ku Kaliszowi — odezwał się Henio. — Ja pójdę pilnować, by nie zaskoczyli nas nieproszeni goście.

Odszedł szybkim krokiem i za chwilę znikł za zakrętem alei.

—  Jak pan może się tak narażać? — pytała Hania Franka.

—  Szaleństwo, prawda? — odpowiedział — nie znam innej miłości, tylko tę szaloną. Czy w ogóle może być inna?

—  Nie — odparła z przekonaniem dziewczyna.

—  Światło twoich jasnych oczu będzie mnie wiodło tam, gdzie muszę iść — usłyszała gorący szept.

—  Musisz? — spytała.

—  Tak, to żołnierski obowiązek. Twój ojciec powiedział, że cała wasza ojczyzna jest w rękach siepaczy. Trzymają w swych krwawych szponach pół Europy. Zgłosiłem się dobrowolnie, by podjąć z nimi walkę na najtrudniejszej pozycji. Walczę o ciebie, o wszystkie Anny w podbitej przez zbrodniarzy Europie. O ich radosny, wolny uśmiech, najpiękniejszy dar dla nas, Adamów tej ziemi, o taki uśmiech, jak twój w tej chwili. Czemu, choć się uśmiechasz, z oczu płyną ci łzy, Anno?

—  Z troski o ciebie, Franku — odparła łkając. — Bo jeśli ty zginiesz. O Boże, co ja mówię... — dodała z lękiem.

—  Zwyczajna rzecz żołnierska śmierć — rzekł twardym głosem. — Pragnąłem tylko jeszcze raz cię widzieć, usłyszeć twój głos, całować twoje dłonie, Anno. Bardzo bogaty stąd odejdę, z największym skarbem w sercu, twoją miłością...

—  Kocham cię, Franku — usłyszał najpiękniejsze dla siebie słowa.

Gościowi zaproponowano, aby przenocował w żydowskim dworze, ale stanowczo odmówił.

—  Niemcy najczęściej robią obławy w nocy. Muszę być czujny i nie wolno mi państwa narażać — oświadczył Kanadyjczyk.

O zmroku Henio Frude podwiózł gościa w kierunku dworca kaliskiego. Frank nie zgodził się, by Hania im towarzyszyła.

—  Prawa konspiracji takich rzeczy zabraniają. Mówię to z bólem serca, ale takie są moje zasady — oświadczył.

Pożegnali się na ganku domu. Hania najwyższym wysiłkiem woli tłumiła łzy. Padli sobie w objęcia. Stary pan Frude chrząknął nerwowo, pani Łucja ocierała chusteczką łzy.

—  Do zobaczenia, do widzenia — wołała Hania machając ręką, gdy  konie   już  ruszyły.

—  Do zobaczenia w wolnej Polsce — odpowiedział Kanadyjczyk.

Frank wysiadł kilometr przed dworcem kaliskim, gdy zamajaczyły przed nim pierwsze domy przedmieścia. Wymienili z bratem Hani mocny uścisk dłoni i ucałowali się serdecznie.

W kilka dni po wyjeździe Pickersgilla zadzwonił do Żydowa Alfred Nawrocki. Prosił, aby Henio przyjechał do niego, by omówić sprawę dostawy ziemniaków na przetwory do jego fabryki. Twierdził, że jest to pilne. Tknięty złym przeczuciem młody Frude wsiadł zaraz na motocykl i ruszył do Winiar.

—  Niestety, mam dla pana bardzo złą nowinę — oświadczył gościowi bez wstępów pan Alfred. — Moi „klienci" z gestapo, byli u mnie znowu wczoraj na kolacji. Chwalili się, że w pociągu między Kaliszem i Łodzią na podstawie fotografii przysłanej z centrali W Berlinie rozpoznali i aresztowali angielskiego szpiega, którego prawdziwe nazwisko brzmi Frank Pickersgill.

Henio zbladł.

—  Nieszczęście — jęknął. — Tylko skąd pan wiedział, że ja mogę coś wiedzieć o tym Kanadyjczyku.

—  A właśnie, o Kanadyjczyku — podchwycił pan Nawrocki. — Wiedziałem o tym, młody człowieku. Jego przyjazd był nam anonsowany. Ten oficer brytyjski był przysłany tutaj w wiadomych nam celach. Miał zezwolenie swych zwierzchników na odwiedzenie twojej siostry... dlatego do ciebie zadzwoniłem, Henryku.

—  Co za cios, jak Hania to przeżyje...

—  Gorsze jeszcze rzeczy będzie musiała przeżyć, mój chłopcze. Ofiary w tej walce będą wielkie. Gestapo odkryło całą grupę oporu Strzelczyka. Gestapowcy pokazali mi listę aresztowanych i tych, których dotąd poszukują.

—  Więc ja...

—  Nie, nie. To nie były dane z waszej ewidencji, tylko zestawienie na podstawie donosów konfidentów. Ciebie na tej liście nie było.

—  A Antoś Kut?...

—  Też tam nie figuruje, ale kilkuset młodych ludzi zginie. Mord zbiorowy będzie dokonany w najbliższych dniach i my nic nie możemy na to poradzić. Dotąd jesteśmy bez broni, a co gorsza, bez rozkazu działania. Każą nam się nie ruszać i konspirować coraz bardziej. Mamy zejść do katakumb, ale w katakumbach można się tylko modlić, a nie działać. Nie wezwałem więc ciebie tutaj, by biadać, lecz, aby działać. Trzymam rękę na pulsie sprawy Pickersgilla.

—  Czy jest jakaś możliwość ratowania go?

—  Właśnie o tym myślę. Jeśli będzie choć cień nadziei, spróbujemy. Czy byłbyś gotowy?

—  Na wszystko.

—  Tak sądziłem. Na razie mamy tylko krótką broń. Umiesz strzelać?

      Byłem w przysposobieniu wojskowym...

—  To tylko karabiny. Dam ci rewolwer. Na szczęście mam dużo do niego ślepych nabojów. Wypróbuj tę broń. To bębenkowiec belgijski, stary, ale niezawodny, nigdy się nie zacina. Porucznik Wünsche z Opatówka też się ofiarował uczestniczyć w tej ewentualnej wyprawie. To bardzo szlachetny człowiek. Nie zginiemy, gdy nasza ziemia rodzi takich ludzi. Czekaj więc na sygnał i ucz się strzelać. Gdy zadzwonię, byś przywiózł mi transport ziemniaków, będzie to znak, że wyruszamy. Swej siostrze nie mów nic o tym nieszczęściu. Niech się dowie o nim jak najpóźniej.

—  Tak też myślałem. No, bo jeżeli...

—  Właśnie. Ze złymi wieściami nie należy się śpieszyć. Lżej się żyje z nadzieją. Broń chowaj dobrze, bo nigdy nic nie wiadomo.

—  Rozumiem. Zrobię sobie strzelnicę w lesie.

—  Szelma hałasuje bardzo. Musisz uważać, by ktoś nie usłyszał strzałów. Następnym razem chciałbym cię powitać lepszą niż dzisiaj nowiną.

Po trzech tygodniach od tej rozmowy Alfred Nawrocki zatelefonował do Henryka, by przywiózł mu transport ziemniaków. Natychmiast oświadczył rodzicom, że wyjeżdża na kilka dni do kolegi w Łodzi. Miał tam istotnie przyjaciela, z którym często korespondował, było to więc prawdopodobne. Zresztą rodzice od dawna domyślali, się, że syn ich bierze udział w jakichś niebezpiecznych akcjach, ale udawali, że nie orientują się, o co chodzi. Henio wsiadł na motocykl ze „spluwą" w kieszeni i podręcznym neseserem. Wiedział, że jeżeli nawet wróci do domu, to raczej nieprędko. Z rodzicami pożegnał się tak jakby nigdy nic. Z ich zatroskanych twarzy mógł się domyślić, że wiedzą więcej, niż mówią. Tylko Hanka stawała okoniem na wieść o jego wyjeździe.

—  Znowu wyjeżdżasz. Wiesz, że tu najspokojniej. Guza szukasz?

—  Nic cię to nie powinno obchodzić — burknął.

—  Może i obchodzi. Frank umówił się ze mną, że przyśle mi pocztówkę pisaną na maszynie pod innym nazwiskiem, abym była spokojna o niego, i też nic dotąd nie ma. Teraz ty nagle zdecydowałeś się na tę Łódź. Kogo tam masz? Irka przecież w Warszawie, a za Łodzią granica, więc...

—  A skąd ty wiesz, że ja z Łodzi nie będę mógł skoczyć do Warszawy? — spytał przebiegle.

—  Chyba, że tak — poddała się Hanka.

U Nawrockiego w Winiarach Henio zastał już porucznika rezerwy, Konrada Wünschego, którego znał jeszcze z harcerstwa jako drużynowego. Wünsche na polecenie wyższych władz polskich, jak twierdził, przyjął w oflagu Volkslistę, powrócił do rodzinnego majątku w Opatówku, który wkrótce obok Winiar Nawrockiego stał się centrum polskiego ruchu oporu.

—  No, co? Nauczyłeś się już strzelać z tej „spluwy"? — spytał pan Alfred Frudego.

—  Trafiam w ósemkę z odległości stu kroków — odparł młody człowiek.

—  Jak na pistolet to całkiem nieźle — pochwalił go Nawrocki. — Ta umiejętność może nam się bardzo przydać. Mamy wiarygodne wiadomości, że Pickersgilla przewieziono do więzienia w Rawiczu. To teren Warthegau, te zbiry więc węszą za jakimiś jego powiązaniami z naszym terenem. Na szczęście mamy i w Rawiczu kogoś, kto może mu pomóc w ucieczce. Zaszyfrowaną wiadomość, jakie są szanse ucieczki, mamy otrzymać telefonicznie dziś w nocy. Trzeba to zrobić jak najprędzej, bo Niemcy mogą torturami tak fizycznie osłabić Pickersgilla, że nie będzie miał sił do ucieczki. Rawicz blisko stąd, dla mego mercedesa to najwyżej dwie godziny drogi. Wydaje mi się, że nie prześpimy spokojnie tej nocy.

—  Oby tak było — westchnął Henryk.

Rzeczywiście przed pierwszą w nocy obudził go sam gospodarz. Był już w skórzanej kurtce i w butach.

—  Za dwadzieścia minut ruszamy —  powiedział. — W jadalni czeka na ciebie gorąca kawa. Jest tam już nasz porucznik. Ma parabellum, ja na szczęście zdobyłem automat od mego „przyjaciela" Schöntogge, szefa gestapo w Kaliszu. Pytał mnie, co chcę dostać od niego na urodziny. Odpowiedziałem: „dobry automat esesmański, bym mógł się bronić w razie czego przed Polakami". No i dostałem go z dwustoma nabojami. Na jakiś czas ich wystarczy — uśmiechnął się zawadiacko pan Nawrocki. — Idę teraz sprawdzić sprawność mego wozu. Muszę też zmienić numer na tablicy. Trzeba być przezornym. No, widzę, że już się ubrałeś. Zejdź do jadalni — polecił Frudemu odchodząc.

W co do minuty oznaczonym czasie ruszyli ciemną nocą przez Ostrów w stronę Rawicza.

—  To ma się stać o czwartej rano. To najlepsza pora. Nawet strażnicy na wieżach więziennych wtedy zwykle drzemią. W najgorszym wypadku ja pierwszy otworzę ogień z mego automatu. Wy strzelajcie tylko do bliskich celów, bo broń krótka na dalszą odległość nie jest skuteczna — informował pan Nawrocki swoich podkomendnych.

Godzinę przed świtem podjeżdżali już do Rawicza o zgaszonych światłach. Wóz sunął cicho. Biły w nim niespokojnym rytmem trzy ludzkie serca. Jadący w mercedesie mężczyźni zdawali sobie sprawę, na jak karkołomną wyruszyli wyprawę. Henryk całą drogę myślał o swej jasnowłosej zielonookiej dziewczynie, która w Warszawie również zaciągnęła się w szeregi armii podziemnej. Rozmawiał z nią w myślach, czuł ciepło jej rąk, ciepło jej ust, widział jasny uśmiech na jej twarzy.

„Tak, Irenko... — powtarzał. — Oto nadszedł czas walki z brunatnym gwałtem na śmierć i życie i ja też do niej stanąłem. Nie będziesz potrzebowała wstydzić się mnie kiedyś, gdy..."

Dalej myśl jego wybiegła w przyszłość. Nie chciał wierzyć we własną śmierć, nie mógł w nią uwierzyć. Szedł oto w marzeniach z przytuloną do swego boku ukochaną dziewczyną, mądrą, tkliwą i piękną.

—  Tu się zatrzymamy — przywołał go do rzeczywistości energiczny głos Nawrockiego.

— Zbadałem okolice więzienia już przed trzema dniami. Auto za tym murem będzie niewidoczne. O trzysta metrów stąd więzienie. Ty, Konradzie, zostaniesz przy wozie na straży i jako odwód. Henryk pójdzie ze mną. Podsuniemy się jak najbliżej murów fortecy. Mury jej wysokie jak sto diabłów. Pickersgill będzie musiał skakać z tej właśnie strony. Paskudna to przeprawa. Czy on jest sprawny fizycznie? Ty go przecież znasz, Henryku?

—  Tak. Jest bardzo zręczny.

—  To dobrze — stwierdził z zadowoleniem Nawrocki.

Wydobył z bagażnika automat i ukrywszy go pod burką, ruszył zdecydowanym krokiem w ciemność. Za nim sunął Henryk, ściskając nerwowo pistolet w kieszeni skórzanej kurtki. Uszli tak może ze sto kroków, gdy niespodziewanie czarna przestrzeń przed nimi pojaśniała. Dostrzec można było wyraźnie zarys wysokich murów i wieże strażnicze, których nagle zapalone reflektory obmacywały potokami światła okalający więzienie teren.

—  Psiakrew, alarm! — syknął Nawrocki. — Coś tam złego się stało.

W jednym miejscu na murze zaczerniła się nagle ludzka sylwetka i zsunęła się w dół.

—  To on — szepnął Frude, ruszając naprzód.

Zdążyli zrobić kilka kroków, gdy od strony wież strażniczych zaterkotały karabiny maszynowe. Z początku jeden, potem dwa, trzy, cztery. Biły w jedno miejsce, wyraźnie oświetlone reflektorami. Mocna, żylasta dłoń chwyciła za ramię młodzieńca biegnącego na ratunek przyjaciela.

—  Stój, cofnij się. Zginiesz tam za chwilę, potem ja i Wünsche. Nikt nie przejdzie przez tę linię ognia. Widzisz, otwierają już bramę. Zaraz tu będzie ich pogoń.

—  Nie zostawię tak Franka!...

—  Toż nie podniósł się nawet. Mogła go trafić pierwsza kula lub zabił się skacząc z takiej wysokości. Uciekajmy, to ostatni moment.

—  Nie zostawię tak Franka...

—  Daję rozkaz! Henryku, za mną — zakomenderował ostrym tonem Nawrocki.

—  Rozkaz... — jęknął Frude. — Nie myślałem, że rozkaz to taka straszna rzecz.

—  Jesteśmy jeszcze potrzebni. Nie wolno nam zginąć w taki sposób — odpowiedział dowódca.

Spiesznie dopadli auta. Porucznik Wünsche nie pytał, dlaczego wracają sami. Ledwie wyjechali na przelotową ulicę miasta, zaterkotało tuż przed nimi kilka motocykli pełnych żandarmów. Pędzili na pełnym gazie w stronę więzienia. Nie zwrócili jednak, przejeżdżając obok, uwagi na okazałego mercedesa, na którego karoserii łopotała chorągiewka ze swastyką.

— Widzisz — powiedział Heniowi Nawrocki — gdybyśmy tam wdali się w beznadziejną walkę ze strażą więzienną, te zbiry wezwane telefonicznie na pomoc przecięłyby nam odwrót. Przewidywałem to.

—  Biedny Frank... biedna Hania... — szepnął do siebie Henryk.

Henryk Frude długo trzymał w ręku zieloną kartkę papieru, opieczętowaną orłem trzymającym w szponach swastykę. Był blady jak ściana, przed oczami przelatywały mu, na podobieństwo kruków, czarne płatki.

—  Tak... to było do przewidzenia, to musiało się stać — powtarzał rozpaczliwie. — Tej hańby nie zniosę! Nigdy nie włożę na siebie niemieckiego munduru, nigdy, nigdy!!

Wiedziony pierwszym odruchem rozpaczy, pobiegł do ogrodowej altany, w której podmurowaniu ukrył rewolwer.

„Nigdy się nie zacina, działa niezawodnie" — przypomniał sobie słowa Nawrockiego. — Tak, broń ta nie zacięła się nigdy w czasie ćwiczebnych strzelań w lesie — stwierdził. — Jeden strzał w usta i koniec. Nie będzie jednego żołnierza więcej w hitlerowskim Wehrmachcie.

„A Irenka... rodzice... przysięga żołnierska... Lepiej uciec, skryć się gdzieś, zaciągnąć w szeregi partyzantów w Generalnej Guberni. Z pozoru wydaje się to takie proste, najlepsze, ale pozostaliby tu moi drodzy, najbliżsi. Rodzina dezertera poniosłaby straszną karę z rąk oprawców. Takie są ich zbójeckie prawa" — rozważał.

Właśnie włodarz zadzwonił na południową przerwę w pracy. Głos gongu niósł się daleko za zabudowania gospodarcze, za młyn terkoczący na odnodze Prosny i ginął gdzieś w polach. Z sąsiedniego drwalnika wyszło trzech robotników przygotowujących drewno na zimę. Ruszyli do swych chat we wsi, gdzie ich żony warzyły południową strawę. Przechodząc obok Henryka, robotnicy pozdrawiali go zwykle „Niech będzie pochwalony", na co on odpowiadał im grzecznie — „Na wieki wieków, amen". Zagadywał też ich, a oni wyraźnie na to czekali uśmiechając się życzliwie. Tym razem jednak, zobaczywszy zatroskaną twarz młodego Frudego, minęli go w milczeniu. Przez uchylone drzwi drwalnika Henio dostrzegł duży pieniek do rąbania drewna i porzucone obok siekiery.

—  Dwa palce... — szepnął do siebie. —  Trzeba odciąć dwa palce prawej ręki, wskazujący i średni, a żadna siła już nie zrobi ze mnie żołnierza niemieckiego... polskiego też — pomyślał z goryczą — ale ojczyźnie będę mógł służyć na sto sposobów, choć bez broni w ręku.

Po chwili pani Łucja Frude, grająca na fortepianie w salonie ulubioną etiudę rewolucyjną Chopina, zakazanego wtedy w Polsce, usłyszała rozpaczliwy krzyk Hani:

—  Jezus  Maria,  mamo,   Henio!...

Pani Łucja wybiegła do hallu, skąd dochodził lament córki. Przed nią blady jak opłatek stał jej jedynak. Z prawej jego ręki spływała struga krwi.

—  Henryku, co się stało? — spytała przerażona.

—  Musiałem to zrobić, mamo — wyszeptał jej syn. — Nie mogłem inaczej, naprawdę nie mogłem.

Urzędowy lekarz powiatowy, na szczęście porządny człowiek i znajomy pana Frudego, pokiwał głową ze zrozumieniem:

—  Tak, tak... Wypadek przy obsłudze sieczkarni. To się czasem zdarza. Ma pan dobrego syna, panie Frude. Zostanie przy panu całą Wojnę. Jest całkowicie niezdolny do służby wojskowej.


[1]  Sieg   heil!   (niem.) — niech żyje zwycięstwo!

[2]  Die   Schutzpolizei (niem.) — policja.

[3]  Der  Hauptmann   (niem.) — kapitan.

[4]  Der  Untermensch (niem.) — podczłowiek, tak nazywano Polaków.

[5]  Hande    hoch!    (niem.) —   ręce do góry!

[6]  Halt,   halt! (niem.) — stój, stój!