ROZDZIAŁ    PIĄTY

SAMODZIELNE PAŃSTWO WINIARY

Przed wojną nieźle powodziło się Józefowi Zimnemu z Dobrca. Wprawdzie piętnastohektarowe gospodarstwo, choć prowadzone wzorowo i na dobrych gruntach, samo nie mogłoby wyżywić piętnastoosobowej rodziny Zimnego, miał on bowiem trzynaścioro dzieci, ale światły i zaradny chłop potrafił sobie i innym poprawić byt. Józef Zimny zorganizował spółdzielnię skupu bydła i został jej prezesem. Wszystko to było za mało dla tej czynnej i pracowitej chłopskiej natury. Był działaczem ludowym, członkiem sejmiku powiatowego i rady nadzorczej Banku Ludowego. Wszelka robota paliła mu się w rękach. Jeździł na kongresy stronnictwa chłopskiego do Łodzi, potem do Poznania, przemawiał na wiecach, radził i pomagał sąsiadom i często w tajemnicy przed żoną wspierał biednych. Słowem, był to mądry i światły człowiek. Przyszła jednak wrześniowa katastrofa. Pięciu synów Józefa Zimnego nie powróciło do domu. Trzej starsi byli w wojsku, dwaj młodsi na wezwanie, by mężczyźni ruszyli w głąb kraju przed następującymi wojskami wroga, wsiedli na rowery, ruszyli w kierunku Łodzi i wszelki słuch o nich zaginął.

Okupantowi wydawała się niebezpieczna działalność Zimnego: był przywódcą chłopskim, działaczem ludowym, miał piękne gospodarstwo i liczną rodzinę. Takich ludzi należało niszczyć przede wszystkim. Gospodarstwo Zimnego stało się przedmiotem pożądań niemieckich kolonistów, siedzących na gorszych gruntach powiatu kaliskiego. Jeden za drugim zjawiali się w jego obejściu, bezczelnie zaglądali w każdy kąt, obmacywali boki koni i krów, szwargotał ze sobą, czego Józef Zimny nie rozumiał, ale wiedział, o co im chodzi.

—  To wszystko już nie nasze — mówił do żony po odejściu tych nieproszonych „gości".

—  To niemożliwe — wołała przerażona niewiasta — co się stanie z naszymi dziećmi?

—  Najważniejsze, abyśmy przeżyli, choć to też niepewne — sapał ciężko gospodarz.

Zimą 1941 roku, bo porę zimową wybierali zawsze Niemcy na wyniszczające Polaków akcje, rozpoczęło się wysiedlanie. Jednego dnia przyjechali żandarmi i cywilni Niemcy ze swymi rodzinami. Zimnym odczytano nakaz. Nowy właściciel gospodarstwa powiedział do nich złą polszczyzną:

—  Wy pójdzieta na moje gospodarstwo na wieś Winiory. Wolno wam zabrać jeden koń, jeden wóz, dwa krowa, trzy świnia. Ja sam je wybiorę, bo to wszystko już moje. Führer mi to dał. Nic więcej nie ruszać. Ja tam trochę wam zostawił, żebyśta nie zdechli na początek. To jest moje dobre serce, bo was trzeba tłuc jak wszy. Sam Herr Landrat tak powiedział.

Zimna wybuchnęła płaczem. Zawtórowały jej dzieci.

—  Nie płaczcie — szepnął Zimny przez zaciśnięte zęby. — Jest jeszcze Bóg na niebie i wojna na ziemi. Wrócimy tu — dodał jeszcze ciszej, by nie słyszeli go przybysze.

Zimni mieli tylko godzinę na spakowanie się i zaprzężenie najsłabszego konia do najgorszego wozu, jaki był w gospodarstwie. Włożyli na niego trzy najchudsze świnie i przywiązali do tylnych kłonic wozu dwie najstarsze krowy. Resztę dobytku musieli zostawić. Kolonista niemiecki wraz z dwoma synami i żoną bacznie doglądali pakujących swoje tobołki Zimnych. Raz po raz wyrywali z ich rąk jakieś wartościowe rzeczy. Z pleców Zimnej ściągnęli futro, dzieciom zabrali kożuszki, choć dzień był bardzo mroźny. Dwa psy Zimnych przywiązane w budach wyły jak na pożar. Zawtórowały im Wkrótce inne psy wiejskie. Sąsiedzi wysiedlanych trzęśli się ze strachu, by i na nich nie przyszła kolej. Psi lament czynił się coraz głośniejszy, co bardzo gniewało nowych gospodarzy.

—  Zabierz te ścierwa, bo je zabiję — syknął kolonista do Zimnego. Ten pobiegł spiesznie do zwierząt i przywiązał je do wozu.

—  Godzina minęła, wynosić się! — warknął do chłopa kolonista.

Zimny pomógł wejść na wóz zapłakanej żonie, tulącej do siebie najmłodszą trzyletnią córeczkę. Za nią wdrapało się jeszcze dwoje nieco starszych dzieci. Ojciec z resztą dzieci szedł obok wozu. Przy nim na rowerze jechali syn kolonisty i żandarm, aby wskazać przesiedlonym nowe gospodarstwo. Tak ruszył w kierunku Kalisza, bo Winiary znajdowały się po drugiej stronie miasta, ów żałobny pochód, wobec którego prześladowania Drzymały[1] można by nazwać prawie idyllą. Hitler nie popełniał błędów poprzednich pokoleń niemieckich władców, których słabość pozwoliła na rozpanoszenie się polskiego żywiołu na „praniemieckiej" ziemi wielkopolskiej...

Rodzinie Zimnych przydzielono na skraju wsi Winiary liche zabudowania kolonisty Roberta Kramera oraz dziesięć hektarów mało żyznej ziemi za lasem w kierunku łąk i rzeczki Swędrni. Po przybyciu na nowe gospodarstwo Zimna osunęła się na ławę w dwuizbowym domu załamana. Dorastająca jej córka, szesnastoletnia czarnooka i czarnowłosa Marysia, która już przed wojną zaczęła uczęszczać do Gimnazjum Anny Jagiellonki w Kaliszu, z miejsca zaczęła wyręczać matkę i zajęła się całym gospodarstwem.

—  Niech mamusia nie rozpacza — pocieszała — tak źle tu nie jest. Las blisko, będzie drzewo, to choć chrustu się nazbiera, i woda blisko, jakąś rybę się złowi. Niech mamusia spojrzy: jest nawet mały sadek za domem.

—  Kilka drzew, a u nas było sto — smętnie pokiwała głową Zimna.

—  Ale mogło nic nie być. Nikt się pewnie już nie połaszczy na to gospodarstwo, przesiedzimy tu do końca wojny, a potem Szwaba za łeb.

—  Ja mu tak dam, że popamięta — odezwał się siedmioletni Józio, imiennik ojca.

—  Oj, synku, chciałabym, żebyś jeszcze nie dorósł, gdy tam wrócimy — odezwała się matka. — I ula ani jednego tu nie ma. Już nie tak mi miodu żal, ale brzęczenia pszczół, to była muzyka, niczym w kościele, a teraz co?... — biadała matka.

—  Tata taki zaradny, jak się pszczoły będą roiły, pewnie jaki rój złapie — pocieszała ją Marysia. — Udało mi się sprzed nosa Szwabom sprzątnąć cały garnek miodu.

—  A ja jednak tę szynkę wyniosłem ze spiżarni, co mi ją szkop odebrał — chwalił się Józio.

—  Mnie udało się odebrać złoty zegarek taty — odezwał się ośmioletni Staś.

—  Niemożliwe, przecież Niemiec schował go sobie do kieszeni —  zdziwiła się Marysia. —  Zmyślasz, Stasiu.

—  A właśnie, że mam — zawołał chłopiec wyciągając z kieszeni marynarki złotego Schaffhausena,[2] cenny dar członków spółdzielni dla jego ojca na dziesięciolecie istnienia przedsiębiorstwa.

—  Jak ty to zrobiłeś? — zdziwiła się najstarsza siostra. — Przecież on...

—  Zaraz ci powiem — przerwał jej Staś. — Jak ten zbój zaczął się szarpać z tatą o ul, co go tata już niósł na wóz, ja patrzę, a tu mu dewizka zegarka taty wysuwa się z kieszeni, no to ja cap za nią. Niemiec nic nie zauważył, no to ja schowałem zegarek za pazuchę i jest! — zawołał z tryumfem malec.

—  „Jak się człowiek przyłoży, to i w piekle nie najgorzej" — powiedział w tej chwili ojciec, wchodząc do izby. — Nie trap się, żono. Jest tu kopiec ziemniaków, choć tam zostały cztery, ale zawsze mamy coś, beczka kapusty w schowanku i jakieś trzy kury gdaczą na podwórku. Widać nie zdążyli ich złapać. W Swędrni są raki, mamy również dwa hektary nie najgorszej łąki, jakoś to będzie, głowa do góry — pocieszał Zimny swą strapioną żonę.

— Ja się rozejrzę za pracą — odezwała się czarnooka Marysia. — Już tu mówiły mi sąsiadki, że przyjechał z Reichu jakiś zamożny Niemiec, co objął browar w Winiarach. Podobno szuka dziewcząt do pracy w ogrodzie już od marca. Powiadały sąsiadki, że przyjechał z żoną. Piękna to, powiadały, bardzo i wielka pani. Wszędzie się oboje pod rękę prowadzają.

Dziesięć dziewcząt przygotowywało grunt pod wielki ogród Reichsdeutscha[3] Nawrockiego na Winiarach. Marcowe słońce roku 1941 było szczególnie dla nich łaskawe. Po ciężkiej zimie przyszła wczesna wiosna z ciepłym, południowym wiatrem, więc praca na wolnym powietrzu nie była przykra, choć ciężka, bo trzeba było dawno nie uprawianą tłustą, ciężką ziemię, zarosłą wszelakim zielskiem zamienić na pulchną uprawną ogrodową glebę. Dziewczęta z Winiar i okolicy zgłosiły się do tej pracy z duszą na ramieniu, gnane podwójnym przymusem: biedą w domu i groźbą wywiezienia do pracy przymusowej w głąb Rzeszy. Diabeł jednak okazał się tym razem nie taki straszny, jak go malowano. Po pierwsze, zwierzchnikiem robotnic ogrodowych okazał się Polak, Mikołajczyk, syn dawnego ogrodnika z Piwonic, po drugie, miały pracować tylko po osiem godzin na dzień, a w sobotę pięć, otrzymując tego dnia większe wynagrodzenie, niż wynosiła norma dla Polaków, i dodatkowo obiad w czasie pracy w stołówce fabrycznej Nawrockiego, który z dużym rozmachem prowadził wytwórnię koncentratów spożywczych „Lebensmittel[4] — Winiary".

Jednego nad podziw pięknego marcowego dnia dziewczęta zostały w ogrodzie Nawrockiego same.. Najroztropniejszej z nich, Marysi Zimnej, która pracowała tam z młodszą siostrą Zofią, Mikołajczyk zlecił nadzór nad całą gromadką w czasie swej nieobecności. Wyjechał wraz z szefem, Alfredem Nawrockim, do Kalisza po odbiór materiału na szklarnie. Dziewczęta miały tego dnia oczyścić z zarośli pewną część ogrodu i przekopać go. Ładna pogoda, dobre traktowanie i niezłe odżywianie zrobiły swoje. Jakaś niespodziewana radość, właściwa młodemu wiekowi, wstąpiła w serca tej spłoszonej niedawno gromadki. Poczęły sobie nucić znane z domu i szkoły piosenki, wreszcie buchnął z ich piersi głośny śpiew. Zaczęły najpierw smętnie od „Góralu czy ci nie żal", potem „Rozkwitały pęki białych róż", następnie „Wszystko, co nasze, Polsce oddamy", wreszcie przyszła kolej na „Przybyli ułani pod okienko". Tu część solową podjęła Marysia, a dziewczęta imitowały głosy ułanów. Właśnie dawna uczennica Gimnazjum Jagiellonki ciągnęła melodyjnym altem: „O Jezu, a dokąd Bóg prowadzi?", gdy poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Odczuła to jak rażenie piorunem, wszystkie dziewczęta zamilkły i pobladły ze strachu. Za polski śpiew groziła przecież chłosta, ogolenie głowy i zesłanie do obozu koncentracyjnego. Przerażona Marysia, pewna swej zguby, odwróciła głowę. Stała tuż przy niej piękna Frau Nawrocka, jasna blondyna o kształtach Junony i uśmiechała się przyjaźnie.

—  Pięknie śpiewasz — rzekła do Marysi. — Szkoda, że Herr Nawrocki tego nie słyszy. Mój mąż bardzo lubi polskie piosenki. Nie słyszałam ich dotąd, a teraz rozumiem, że można je lubić. Jak ci na imię, dziewczynko?

—  Jestem Maria Zimna — odparła Marysia.

—  O, widzę, że mnie rozumiesz. Znasz więc niemiecki, Skąd?

—  Uczyłam się trochę w gimnazjum.

—  W gimnazjum byłaś, proszę. I prezentujesz się dobrze. Czy chciałabyś zostać moją pokojówką, Fraülein[5] Maria? Warunki będziesz miała bardzo dobre. My nie odnosimy się źle do Polaków. No więc?

—  Dobrze, proszę pani, jeśli się nadam do tej pracy.

—  Chyba tak, nie wymagam wiele. Sama cię nauczę, co masz robić.

—  Ale czy na moje miejsce tutaj w ogrodzie mogłaby przyjść moja druga siostra? — spytała dziewczynka, bo trzynastoletnią Helenka miała już niebawem pójść do przymusowej pracy.

—  Dobrze, że troszczysz się o swoje rodzeństwo — odparła piękna pani. — Dam polecenie ogrodnikowi, by na twoje miejsce przyjął młodszą siostrę — zgodziła się łaskawie.

W parę dni po tej rozmowie zaczęło się dla Marysi życie jak w bajce. Dostała ładny pokoik na górze w pałacyku Nawrockich. Pracy miała sporo, by utrzymać w porządku jedenaście pokoi tego obszernego i nawet ze smakiem artystycznym zbudowanego domu w stylu secesji. Gdy byli goście, podawała do stołu w czarnej sukience, białym czepeczku i fartuszku, a zdarzało się to bardzo często. Pozornie mogło się wydawać, że małżonkowie Nawroccy spędzają czas jedynie na biesiadach. Marysia szybko nauczyła się rozróżniać gości kaliskich od przybyłych z dalszych stron, Poznania, Łodzi, a nawet Berlina. Ci kaliscy powiatowi dygnitarze niemieccy w ogóle jej nie dostrzegali, nie zaszczycając nawet słowem „dziękuję", gdy podawała im półmiski przy stole. Ale przyznać trzeba, że gospodarze domu nie nadskakiwali im zbytnio. Frau Nawrocka często nawet nie zaszczycała ich swoją obecnością, za to oni dopytywali się szefa, jak tytułowali pana domu, o jej zdrowie i uniżenie prosili, by przekazał Frau Nawrockiej ich pozdrowienia. Zupełnie inaczej było, gdy przyjeżdżali goście z Berlina. Pan Nawrocki witał ich u bramy willi, pani domu u jej drzwi, kierowca szefa, Benon Chytrzyński, przebrany za lokaja, zdejmował im płaszcze w hallu, przyjęcie było bardziej wystawne, a potem często na prośbę gości pani siadała do fortepianu i dawała koncert. Frau Nawrocka była Niemką. Ukończyła konserwatorium i była dobrze zapowiadającą się pianistką. Poszła jednak za głosem serca, a nie talentu. Wolała domowe zacisze przy boku kochanego męża niż oklaski publiczności.

Alfred Nawrocki, przystojny mężczyzna o marzących oczach i dużym uroku osobistym, umiał sobie jednać sympatię obu płci. Miał gest i wdzięk, miał też ludzkie serce. Ta ostatnia właściwość przeszkodziła mu w zrobieniu wielkiej kariery w reżymie hitlerowskim. Z jakichś wyższych względów, które pozostały na zawsze tajemnicą, stał się członkiem partii hitlerowskiej, ale czuł się w niej bardzo nieswojo, tak nieswojo, że w momencie podbicia Polski porzucił Reich, by szukać chleba, którego mu w Niemczech nie brakowało, na nowych ziemiach wcielonych do Wielkiej Rzeszy. Wobec swych partyjnych towarzyszy wytłumaczył się z tego kroku argumentem nie podlegającym dyskusji. Chciał być pionierem niemczyzny na słowiańskim Wschodzie. Partia właśnie nawoływała do takich czynów, ale chętnych nie było zbyt wielu. Za jednym zamachem Alfred Nawrocki zdobył sobie uznanie partii i święty spokój. O to drugie najbardziej mu chodziło, bo nikt z Niemców długie lata nie wiedział, kim jest ów skuzynowany rzekomo przez żonę z Hermanem Göringiem człowiek, który „wspaniałością" swą zaćmiewał nawet Hessa, Himmlera czy Ribbentropa. Alfred Nawrocki, gdy nie było nikogo w jego domu, zwracał się zawsze do swej pokojówki po polsku. Mówił tak poprawnie, że po pewnym czasie Marysia ośmielona jego ludzkim obejściem odważyła się zapytać:

—  Przepraszam pana, ale czy mogłabym o coś zapytać?

—  Ależ pytaj o wszystko, o co chcesz, Marysiu — odparł dobrotliwie pan domu.

—  Jeśli można, to proszę mi powiedzieć, skąd pan tak dobrze zna nasz język? Bo czasem zdarza się Ślązak, co mówi twardo, często wtrąca niemieckie wyrazy, a pan mówi zupełnie jak ktoś z naszych.

—  Bo też i jestem, Marysiu, Polakiem, tak jak i ty, i wy tu wszyscy, ale, proszę cię, nie rozgłaszaj tego. Spostrzegłem, że jesteś rozsądną dziewczynką. Tą wiadomością, że jestem Polakiem i czuję się Polakiem, zaszkodziłabyś nie tylko mnie, ale i sobie samej, twej rodzinie i wielu innym naszym rodakom. Przyrzekasz dochować mi tajemnicy?

—  Nie jestem już dzieckiem, proszę pana, ale teraz i dzieci nauczyły się milczeć, bo wiedzą, co nas może czekać za niebaczne słowo.

—  No, tak. To jest nasza wielka siła — uśmiechnął się pan Nawrocki.

—  Ale skąd pan tak dobrze zna nasz język?

—  Wszystko ci powiem, Marysiu, ale, pamiętaj, to wielka tajemnica. Otóż urodziłem się u schyłku ubiegłego wieku jeszcze w Poznaniu. Gdy stamtąd rodzina moja po pierwszej wojnie światowej przeniosła się do Łodzi, a dwaj moi bracia pod Warszawę, na prośbę ciotki w Berlinie objąłem zarząd jej przedsiębiorstwa, palarni kawy. Wyjechałem do stolicy Rzeszy z siostrą Heleną, która została astronomem. Z pewnych względów, o których ci mówić nie będę; zostałem Reichsdeutschem, ale czułem się zawsze Polakiem i pracowałem dla Polski.

—  A pana siostra?

—  Żyje. Jest teraz profesorem astronomii w Heidelbergu. Nazwała nawet jedną z odkrytych przez siebie gwiazd „Anna" na cześć mej żony.

—  Mówiła mi już o tym Frau Nawrocka. —  Pewnie, rozpowiada o tym wszystkim.

—  Nawet pokojówce... Ale, proszę pana, to nic dziwnego, to wielka rzecz mieć własną gwiazdę.

—  O, widzę, że jesteś inteligentna, moja panienko. Żona moja już to wcześniej dostrzegła. Tak, to ważne, by mieć własną gwiazdę... Podobno one kierują losami ludzi — rzekł w zamyśleniu pan Nawrocki.

Na biurku zadzwonił telefon. Właściciel Winiar podniósł słuchawkę.

—  Halo, nie zgadza się coś w magazynie, Krel? Proszę przyjść do mnie. Zrobimy tak, że będzie się zgadzało.

Marysia, ukończywszy sprzątanie gabinetu szefa, przeszła do następnego pokoju. Za chwilę zapukano do drzwi. Wszedł Krel z teką papierów pod pachą.

—  Polecił mi pan, by naczelny dyrektor nie wiedział, gdzie idzie część naszej produkcji. Do tego się stosuję, ale on może każdej chwili skontrolować mi magazyn, on albo ktoś z zewnątrz, co byłoby jeszcze groźniejsze, więc...

—  Tak, tak — potwierdził Nawrocki. — Jentsch musi mieć papiery w porządku. To przyzwoity człowiek, innego bym tu nie wziął. Taki mi właśnie potrzebny: poczciwy, głuchy i ślepy. Masz tu, Krel, cały zeszyt fikcyjnych faktur, wpisuj do nich wszystkie swoje braki. Jest na nich mój podpis i pieczątka. Wszystko tam musi się zmieścić, wasze deputaty, stołówka, moje potrzeby i te sto paczek miesięcznie, które wysyłacie...

—  Dla jeńców i deportowanych.

—  Tylko sto? To za mało. Oni potrzebują więcej — stwierdził Nawrocki.

Krel badawczo spojrzał w oczy swego szefa.

„Kim ty jesteś? — zastanawiał się. — Jeśli asem wywiadu, to jakiego? Aby poznać człowieka, trzeba z nim zjeść beczkę soli, ale to w czasach normalnych, ale teraz, gdy wokół czai się zdrada, podstęp, zagłada? Kto nie ma instynktu rozeznania drugiego człowieka, ten ginie".

—  Tak, panie Krel — ciągnął dalej Nawrocki — w każdym razie poszukajcie więcej takich, którzy mogą od siebie wysyłać paczki do waszych jeńców.

—  To będzie można zrobić — odparł magazynier. — Chciałem właśnie spytać... — zaryzykował, ale w tej chwili znowu zadzwonił telefon.

—  Ja, ja, bitte, Herr Sturmführer — odpowiedział Nawrocki. — In zehn Minuten, gut,[6] auf Wiedersehen.

—  Za dziesięć minut będę tu miał szefa kaliskiego gestapo. Przyjeżdża bez zaproszenia, służbowo — informował szef swego urzędnika. — Więc Krel, w papierach u nas wszystko musi się zgadzać. Rób pan swoje. Ja muszę się chwilę zastanowić, po co do mnie przyjeżdża ten Schönrogge.

Krel opuścił gabinet swego szefa wyraźnie zaniepokojony i zupełnie zbity z tropu. Udał się zaraz do starszego od siebie Gerlicza, głównego technologa fabryki, który wraz ze swym bratem mechanikiem stanowił trzon zaczynającej się w fabryce polskiej konspiracji.

—  Słuchaj, Ludwik, zaraz tu będzie Schönrogge, ale Nawrocki nic o tym nie wiedział. Co myślisz?

—  Pytasz się, kogo on „robi", nas czy ich?

—  Zastanawiam się nad tym...

—  Dla nas wszystkich, personelu technicznego, zbudował mieszkania, dał nam lepsze warunki bytu, niż mają obecnie Niemcy. Przyjmuje do pracy każdego, komu się ziemia pali pod nogami. Takich są tu już setki. Czy wywiad niemiecki byłoby stać, by rzucić się na tak daleko idącą prowokację? Po co? Starczą im zwykli konfidenci, od których wszędzie się roi.

—  Nietrudno ich rozszyfrować.

—  Tak, ale człowieka łatwo odróżnić od świni, jeśli mu się bliżej przyjrzeć.

—  Więc?

—  Dowiedziałem się wiele o Nawrockim przez nasze łódzko-warszawskie kanały — ciągnął główny technolog fabryki. — On jest rdzennie polskiego pochodzenia. Ma pod Warszawą w Tarchominie dwóch rodzonych braci, Stefana i Teodora, mechaników. Ma z nimi zakonspirowany kontakt, bo głośno nie może się do nich przyznać. Stefan i Teodor Nawroccy produkują broń.

—  Ależ to sensacja.

—  Wiadomość najpoufniejsza i zachowaj ją tylko dla siebie. Jeśli szef jest jakimś zakonspirowanym agentem wielkiego wywiadu, to na pewno wywiadu polskiego. Musiało mu się w Rzeszy palić pod nogami, więc skoczył tu na teren, o którym kontrwywiad niemiecki ma słabe rozeznanie, ale to nie jest nam potrzebne. Dla nas wystarczy wiedzieć, że Nawrocki jest naszym człowiekiem.

—  Wszystko na to wskazywało od początku — stwierdził Krel — ale wiesz, jak to jest.

—  Tak, wszędzie podłożone miny.

—  Kto nie ma dziś nosa, ten traci głowę — stwierdził sentencjonalnie Władysław Krel.

—  Miła niespodzianka, Schönrogge — udawał ucieszonego pan Nawrocki, witając szefa kaliskiego gestapo. — Nie spodziewałem się, że tak szybko się zobaczymy po ostatniej pańskiej wizycie. Co dobrego u pana?

—  Nie najlepiej mi idzie. Z Łodzi gniotą. Ten Sterzinger to istna piła.

—  Taki ostry?

—  A, niech go diabli — warknął Sturmführer.

—  Wypijemy po kieliszku sznapsa, Schönrogge, na te twoje kłopoty — odezwał się konfidencjonalnie gospodarz, w duchu bardzo zadowolony z kłopotów niebezpiecznego gościa.

—  Oh, prezes zawsze taki gościnny — uśmiechnął się gestapowiec. — Prawdziwa z prezesa niemiecka dusza. Poradzić się można, pożalić i wiadomo, że to wyżej nie pójdzie.

—  No, skądże, Schönrogge — udawał zgorszonego Nawrocki. — Zdrowie Führera — zawołał, podnosząc w górę kieliszek bimbru świetnie zrobionego przez młodego Gerlicza na koniak francuski.

—  Ależ marka — zachwycał się Sturmführer, patrząc na firmową francuską butelkę.

—  Żona skądś dostaje te koniaki —  rzekł niedbale gospodarz.

—  Wiem, wiem — powiedział domyślnie Schönrogge, wznosząc kieliszek fałszywego koniaku w górę. — Zdrowie Führera i marszałka Göringa — odezwał się wstając. —  W tym domu — dodał z naciskiem — zdrowie szefa naszej Luftwaffe[7] powinno być stale wznoszone.

Gospodarz milcząco pokiwał głową z wyraźną aprobatą. Obaj opróżnili kieliszki, Nawrocki podał otwartą puszkę sardynek.

—  O, i taki przysmak, niepotrzebnie sobie robi pan kłopot, a ja tu tylko służbowo — zagadał gość.

—  Służę, służę — rzekł uprzejmie Nawrocki, nalewając ponownie kieliszki.

—  Przyznam się panu, że pierwszy raz w życiu piłem ten wystawny trunek u pana.

—  Miło mi.

—  Więc wypijmy teraz zdrowie fundatorki tego luksusu i jej rodziny.

—  Dziękuję — odparł grzecznie gospodarz.

—  Ale nie będę zabierał panu drogiego czasu, czasu tak cennego dla niemieckiego narodu — ciągnął gość. — Dostałem rozkaz z Łodzi, aby zorganizować sieć naszych informatorów najściślej tajnych w zakładach pracy na terenie powiatu i miasta oraz w domach wiejskich, należących do folksdojczów. Ma być wszędzie co najmniej dwóch, i to tak, by jeden nie wiedział o drugim.

—  Bardzo pomysłowe —  pochwalił zarządzenie pan Nawrocki.

—  Tak, na pewno, ale nie dam tu sobie rady bez pańskiej pomocy, Herr von Nawrocki — oświadczył nieoczekiwanie Sturmführer. — Pan zna tu teren lepiej ode mnie, wszyscy mają do pana zaufanie. Kogo by pan podał jako naszych informatorów u siebie? Wynagrodzenie skromne, na początek dwadzieścia marek miesięcznie i dodatkowy przydział tytoniu dla mężczyzn i pończoch dla kobiet.

—  Nie jest to wiele — stwierdził Nawrocki.

—  Prawda? Musimy liczyć na ludzi ideowych, oddanych Führerowi, bo inaczej...

— Takich znajdziemy — zapewnił gościa Nawrocki. — Jutro przez mego kierowcę prześlę panu ich listę.

—  A dla Opatówka, gdzie jest Wünsche, znalazłby Herr General-direktor[8] kogo?

—  Mogę — zgodził się wspaniałomyślnie gospodarz. — Mogę nawet i z Żydowa Frudego wam załatwić.

—  Ale oni nie mogą wiedzieć nawzajem o sobie, to tajemnica państwowa — zastrzegał się Schönrogge.

—  No, pewnie, to się samo przez się rozumie — oświadczył Nawrocki — ale Opatówek i Żydów załatwię wam dopiero za trzy dni. Muszę się rozejrzeć.

—  Pewnie, pewnie, poczekam te trzy dni. Łódź dała nam na to tydzień czasu.

—  Bardzo mało. Ludzi trzeba znaleźć, prześwietlić ich. —  O, to, to, Herr Generaldirektor! — pochwalił gość.

—  Drogi Schönrogge, zapomniałem zupełnie o kawie i cygarach.

—  Tyle zachodu ze mną. To już na przyszły raz — ceremoniował się Sturmführer.

—  A nie, nie. Mam do pana słabość, Schönrogge. Każda rozmowa z panem to dla mnie duża przyjemność.

Pan Nawrocki nacisnął dzwonek. Za chwilę do jego gabinetu weszła pokojówka.

—  Fraulein Marie, proszę podać kawę — rzekł gospodarz.

—  Za dziesięć minut, proszę pana — rzekła dziewczynka dygając. —  Więc tymczasem cygara.  Mam prawdziwe hawana.

—  Dla mnie zwykłe berlińskie wystarczy — oświadczył skromnie gestapowiec.

—  Dobre dla podoficerów, nie dla nas, drogi Schönrogge — uśmiechnął się Nawrocki.

—  Służę, oryginalne hawana — podsunął pod nos Sturmführerowi pudełko wonnych cygar.

Za chwilę smugi pachnącego dymu napełniły gabinet.

—  Sprawę drugą, jeśli pan pozwoli — ciągnął Schönrogge z lubością pogrążając się w smudze dymu — rozpocznę od małego pytania. Czy Herr Generaldirektor sądzi, że nasze zwierzchnie władze w Poznaniu i w Łodzi mają własną siatkę informacyjną w terenie, no i u nas oczywiście?

Jego małe świńskie oczka zdradzały wyraźny niepokój.

—  Skądże ja o tym mogę wiedzieć? — wzruszył ramionami Nawrocki, którego twarz stała się nieprzenikniona.

—  Prezes, osoba najwyższego zaufania, może wiedzieć takie rzeczy, nam niedostępne — ciągnął szef kaliskiego gestapo. — Mam pewne dowody, że tak jest. Przed miesiącem przyjechał z Poznania nasz  człowiek,   wylegitymował  się  specjalnym   pełnomocnictwem.

Zażądał, aby ktoś z nas, po cywilnemu oczywiście, bo i on był w cywilu, udał się z nim do kościoła Franciszkanów w momencie, gdy będzie tam odprawiał nabożeństwo gwardian klasztoru Mirochna. To łatwo było sprawdzić, kiedy gwardian ma mszę. Wystarczyło spytać po polsku pierwszą z brzegu dewotkę. Posłałem z nim Noltego. Ten nasz wywiadowca zrobił niepostrzeżenie kilka' zdjęć Mirochny.

—  Oj, Schönrogge, Schönrogge, tu już muszę zrobić panu wymówkę. Trzebaż było z tym naszym człowiekiem z Poznania wpaść do mnie. Zapomniał pan o tym, co?

—  Ależ nie. Znam pańską gościnność, zaraz mu to zaproponowałem. A on na to: „Nie mam polecenia składania raportu o Nawrockim, nie pojadę do niego".

—  Dureń! — palnął z miejsca właściciel fabryki.

—  To samo powiedziałem do mej żony. Jak on śmiał! Trudi była oburzona.

—  A, właśnie. Przypomniałem sobie, Schönrogge, że mam coś dla pańskiej żony. Skarżyła się na brak masła i jaj. Te przydziały kartkowe są rzeczywiście trochę za skąpe dla ludzi tak oddanych Führerowi jak jego służba bezpieczeństwa — pokiwał głową ze współczuciem gospodarz domu. — Pozwoli pan, że będę wysyłał przez mego szofera co miesiąc paczkę pani Schönrogge.

—  Czymże ja się prezesowi odwdzięczę? — udawał zakłopotanego gestapowiec.

—  To naprawdę drobnostka, symboliczny znak naszej przyjaźni.

—  Ogromny  dla   mnie   zaszczyt.

—  Przyjemność wzajemna — kurtuazyjnie oświadczył Nawrocki. — Więc dwa razy w miesiącu — zdecydował — mój kierowca będzie u państwa.

—  Dwa razy! Staroniemiecka hojność — nie krył zadowolenia szef kaliskiego gestapo. — Dziękuję w imieniu Trudi i własnym, a wracając do moich kłopotów, powiem prezesowi, jaka przykrość mnie dziś spotkała. Standartenführer[9] Sterzinger przysłał mi rozkaz aresztowania tego klechy od Franciszkanów, no, jak on się nazywa. Wyszło mi z głowy, zaraz zobaczę. Mam rozkaz przy sobie.

—  Mirochna.

—  A tak. Skąd to Herr Generaldirektor wie? — zdziwił się Sturmführer.

—  Od was, Schönrogge. Już pan wymienił dziś to nazwisko.

—  A prawda, ale pamięć to prezes ma fenomenalną. Wszystkie talenty naraz. Więc proszę: w rozkazie jest napisane, zaraz przeczytam: „Ściśle tajne. Aresztować natychmiast wroga narodu niemieckiego Juliana Stefana Mirochnę, Kalisz, klasztor Franciszkanów. Wymienionego zakuć w kajdany i pod silną strażą dostawić do więzienia w Łodzi, Anstadta 5". Co pan o tym powie?

—  Czy Mirochna jest już aresztowany?

— Nie. Takich rzeczy w dzień nie robimy. Można by nawet nie zastać przestępcy. Dziś w nocy go aresztujemy. Ale taki rozkaz to dla mnie policzek, Herr von Nawrocki. To ja jestem odpowiedzialny za bezpieczeństwo tego terenu, a o tym Mirochnie, o jego zbrodniach nic nie wiem. Nawet nie wolno mi go przesłuchać. Rozkaz o tym nie wspomina. Na dobrą sprawę powinienem się podać do dymisji. Aż żal o tym myśleć. Nieźle tu się żyło i taki jakiś obskurny mnich...

—  W gestapo nie wolno samemu podawać się do dymisji, Schönrogge — przypomniał Nawrocki.

— A prawda. Co to znaczy rozmawiać z mądrym człowiekiem — odetchnął gestapowiec.

— Im wyżej stoisz, tym dalej widzisz — rzucił sentencjonalnie pan domu. — Więc oni tam w górze widzą dalej. To zrozumiałe. Nie przejmuj się tym rozkazem, przyjacielu, tylko rób swoje i o mnie nie zapominaj. Służę radą w każdej potrzebie. No, jeszcze po kieliszeczku koniaku, Schönrogge. Prosit![10]

— Zdrowie mojego protektora — odparł wzruszony szef gestapo.

— Za twój rychły awans, Sturmführerze! — zawołał gościnny fabrykant, podnosząc kieliszek w górę.

Po wyjeździe tego kłopotliwego gościa pan Alfred przywołał zaraz do siebie Władysława Krela.

—  Czy zna pan w Kaliszu jakąś kobietę, co często chodzi do kościoła? — spytał bez wstępu swego magazyniera.

—  Ciotka moja, osoba już wiekowa, bywa na wszystkich kazaniach gwardiana franciszkanów.

—  O, o taką właśnie mi chodzi — ucieszył się Nawrocki. — Wal, Krel, zaraz moim autem do miasta. Powiedz swej ciotce w cztery oczy pod uprzednią przysięgą, by dochowała tajemnicy. Niech zaraz idzie do klasztoru dać niby na mszę czy do spowiedzi osobiście do ojca Mirochny. Słuchaj pan uważnie.

—  Słucham, szefie.

—  Mirochna ma tylko parę godzin czasu przed sobą. Musi zniknąć z Kalisza zaraz. Powinien zdjąć sutannę, bo to za bardzo rzuca się w oczy i o ile możności zmienić wygląd i nazwisko. Pan ma kontakt z Edytą Trubolska?

—  Skąd pan prezes o tym wie? — zdziwił się Krel.

—  To nieważne. Muszę wiedzieć wszystko o ludziach, którzy są przy mnie. Więc Edyta Trubolska...

— Fałszywa kenkarta[11] dla ojca Mirochny.

—  Zgadza się, Krel. Obaj jesteśmy w domu — stwierdził z zadowoleniem fabrykant. — To wszystko potrwa parę dni, a gwardian musi zniknąć natychmiast. Na szczęście Kalisz leży na granicy powiatu, a gestapo ma zasięg powiatowy. Ojciec Mirochna musi czekać na nowe papiery poza granicą powiatu kaliskiego. Czy pan może to załatwić?

— Mogę — odparł po pewnym namyśle pan Władysław.

—  Działać trzeba natychmiast. W razie ostateczności może pan użyć mego auta, by wywieźć z Kalisza gwardiana na pogranicze powiatu ostrowskiego. Powtarzam: tylko w razie koniecznej potrzeby — dodał z naciskiem pan Nawrocki. — I niech pańska ciotka powie ojcu Julianowi, że gestapo ma jego fotografie. Musi zmienić wygląd. Jakaś broda, wąsy bardzo by mu się przydały.

—  Mamy fryzjera — wyrwało się Krelowi —  to jest — poprawił się — znam kogoś...

—  To dobrze. No, idź już pan, bo tu każda minuta się liczy.

Krel przed odjazdem do Kalisza musiał się jeszcze w sprawach służbowych zobaczyć z głównym technologiem fabryki.

—  Wiesz, Ludwiku — zwierzył się przy tej okazji Gerliczowi to nie my będziemy wprowadzali szefa do naszej organizacji, to on nas może wprowadzić. Wie i robi dużo więcej od nas, no i okazało się, że to swój chłop. Dziwne to są naprawdę czasy.

Nikt nie zwracał uwagi na obskurną ciężarówkę miejskich zakładów oczyszczania miasta, która o zmroku minęła most obok sądów, przejechała dawną aleją Józefiny i za teatrem stanęła na Częstochowskiej obok Borku Lasku. Z zarośli wysunął się jakiś krępy niewysoki mężczyzna w roboczym odzieniu, z zawiniątkiem pod pachą i podszedł do miejskiej śmieciarki. Drzwi szoferki uchyliły się i ktoś z zewnątrz podał rękę owemu człowiekowi, pomagając mu wejść do wnętrza wozu. Stary opel ruszył z terkotem w stronę Rypinka. Siedzący obok Bogasta młody człowiek odezwał się do mężczyzny, który wsiadł do szoferki ciężarówki:

—  Ojciec mnie nie poznaje?

—  Zaraz, zaraz, mroczno tu trochę, aha, już wiem, toż to nasz Antoś, listonosz.

—  Już nie jestem listonoszem, proszę ojca, odebrali mi ten „wysoki i odpowiedzialny" urząd. Jest on według nowego zarządzenia „nur für Deutsche"[12]. Nie byłem go godny. Pracuję teraz w firmie tytoniowej Karola Seidacka. Ojej, ale ojciec miał mieć wąsy, duże wąsy, jak mi podano. Dobrze, że ojca znam, bo bez tych wąsów...

—  Nie, nie zgodziłem się na taką maskaradę — pokręcił głową ojciec Mirochna.

—  Ktoś bardzo doświadczony to zalecił. Oni mają fotografię ojca i dokładny rysopis.

—  Jakoś to ubliża mej godności. Dużo mnie kosztowało zrzucenie sukni zakonnej. Dokąd mnie wieziecie?

—  Do kapliczki, ojcze, na granicy Zagorzynka i Piwonic. Stamtąd Bogast wróci do miejskich śmieci, a my pójdziemy przez Żydów do Ołoboku. Boczna droga, piaski, nawet motocyklem tam ciężko przejechać, więc dla nas bezpiecznie. Tam zrobimy zdjęcie do fałszywego paszportu, a jak już wszystko będzie gotowe, wyjedzie ojciec do Generalnej Guberni.

—  Bez zezwolenia moich władz zakonnych...

—  Dostanie je ojciec w Krakowie czy w Warszawie.

—  Dużo mnie kosztowała ta decyzja, chciałem we wszystkim zdać się na wolę Bożą, ale ojcowie wprost mnie przymusili, bym uciekał. Przynieśli stare ubranie, zrobili zawiniątko z najpotrzebniejszymi rzeczami...

—  O, już mamy kapliczkę. Szybko dojechaliśmy. No, Bogast, dziękuję ci za fatygę — zwrócił się Kut do kierowcy.

—  Oby Bóg ci zapłacił za to poświęcenie, mój synu — odezwał się ojciec Julian, schodząc z ciężarówki.

—  Zostańcie z Bogiem — odparł Maryś, zawracając ku Kaliszowi.

Franciszkanin ruszył wraz z Kutem piaszczystą drogą brzegiem kolonii Piwonice w stronę Żydowa.

—  Najbardziej się niepokoję, by ktoś w klasztorze nie odpowiadał za moją ucieczkę — zwierzył się duchowny przewodnikowi..

—  A cóż ojciec gwardian może na to poradzić? — odparł pytaniem młodzieniec. — Tak samo mogliby postąpić ci rozbójnicy z innymi zakonnikami, gdyby ojca tam złapali. Ostrzeżenie tyczyło się tylko ojca gwardiana, a nie całego klasztoru.

—  Masz rację, synu. No, trudno, już się stało.

Dotarli do domu Hysów w zupełnych już ciemnościach. Kut zapukał w umówiony sposób w okiennicę. Widocznie tam na nich czekano, bo bez pytania otwarto drzwi. Stała w nich gospodyni domu.

—  Proszę, czekamy — odezwała się dziwnie zbolałym głosem. — A to pan Antoś. Ciężki cios spadł na nas wszystkich — rzekła Hysowa. — Antoś jeszcze nie wie? Wczoraj przyszła powiestka z lagru w Dachau.

—  Jezus, brat mój nie żyje... — jęknął młodzieniec.

—  Zabiły te herody naszego świętego księdza Józefa. Napisały do mamy Antosia, że został stracony za zbrodnie przeciwko narodowi niemieckiemu — mówiła, zanosząc się płaczem. — Zginął zamęczony niewinnie... O, Boże, kiedy przyjdzie kara na tych zbrodniarzy?...

Antkowi pociemniało w oczach. Bardzo kochał brata i miał nadzieję, że ksiądz Józef jakoś przeżyje pobyt w obozie, ale, niestety, dosięgła go tam krwawa ręka oprawców.

—  Pomnij, młodzieńcze, co powiedział nasz Mickiewicz: „Na kogo Bóg zsyła cierpienie, obietnicę temu składa". Pokój z tobą, bracie — pocieszał Antka franciszkanin.

—  Z tej żałości ja o żywych zapomniałam — zreflektowała się gospodyni domu. — Jak się udała  droga?

—  Dotąd szczęśliwie — odparł Antek drżącym jeszcze z wewnętrznego bólu głosem. —  Ja muszę już iść do mamy. Ona tam przecież pewnie półżywa.

—  Proszę teraz na wieczerzę, a potem pościelę ojcu gwardianowi w komórce za składem sklepowym. Drzwi się zasunie skrzyniami i będzie tam bezpiecznie. Mąż poszedł do Żydowa, niedługo wróci. Bardzo się ucieszy, że to się udało — powiedziała Hysowa.

Jedną stację za Ostrowem Wielkopolskim w stronę Katowic wsunęło się do trzeciej klasy osobowego pociągu dwóch pasażerów, jeden niski, krępy, o niebieskich oczach lat około czterdziestu i drugi starszy, łysawy i chudy. Skoro tylko obaj weszli na dworzec, dyżurny żandarm sprawdził ich papiery. Były w porządku. Robotnicy rolni spod Kalisza z majątku Lompego jechali na pogrzeb siostry. Fotografie w kenkartach zgadzały się z ich wyglądem. Żandarma nie interesował drobny szczegół, dlaczego ludzie spod Kalisza wsiadają do pociągu akurat na tej stacji. Nie zwrócił na to uwagi, a może uważał za rzecz bez znaczenia. Pociąg był przepełniony. Dla nowych podróżnych zabrakło miejsc siedzących. Na szczęście trafili do pulmana z obszernym korytarzem i stanęli u jego wejścia. Było tam pusto, bo ludzie woleli wejść w głąb wagonu, gdzie było cieplej. Obaj nowi pasażerowie przysiedli na mocnym drewnianym kuferku jednego z nich i długi czas milczeli, aż wreszcie ten wyższy i chudy odezwał się do swego towarzysza bardzo cichym głosem:

—  Ano tak, w nic nie wierzyłem przed wojną, ale teraz, gdy patrzę, co wyrabiają te „hitlery".

—  W Boga też pan uwierzy — odparł krępy towarzysz mówiącego te słowa.

—  Wolno ojcu żartować — uśmiechnął się blado starszy. — Takie żarty to już się mnie dawno nie trzymają. Ojciec przecie wie, jaki jestem ptaszek.

—  Ale Bóg pana do mnie przyprowadził.

—  Nie na misje, kochany ojcze, nie na misje, ino z polskiej biedy.

—  Ona też wiedzie do Boga.

—  Ojciec ciągle swoje, no to i ja też zacznę swoje. Wyszedłem z biedy, jestem synem robociarza.

—  I ja tak samo — odrzekł duchowny.

—  Ino, że ojca Pan Bóg zaprowadził do tych, co służą bogatym, a mnie do partii. Jestem komunistą. Byłem w Kaliszu przed wojną sekretarzem naszej partii, ojciec wie?[13]

—  Dziś, bracie, obaj mamy tę samą sprawę — szepnął kapłan.

—  Ale czy ta sama będzie jutro? Krzyczeliśmy parę razy pod ratuszem o chleb i pracę, biła nas pałkami policja. Czy ojciec wspomniał kiedy o tym w swoich kazaniach, że ludzie muszą sobie dawać nawzajem chleb nasz powszedni? To przecież pierwszy obowiązek ludzki dawać chleb drugim. Mówił ksiądz o tym kiedy?

—  Mówiłem, że zawsze i wszędzie należy dobrze czynić bliźnim i starałem się sam tak postępować. Kościół nie jest partią polityczną. Pozostawia rozeznanie czynów swym wiernym, ich sumieniu.

—  Filantropia. W ten sposób nie rozwiąże się sprawy klasowych krzywd, my stoimy po innej stronie barykady. Nie widzi się was, w sutannach, tam, gdzie wielka nędza.

—  Jesteśmy, ale nie zawsze nas się dostrzega. Święty Paweł będzie jeszcze raz musiał iść do Damaszku.

—  O kim ojciec mówi?

— O panu, o takich jak pan. O tych, których pali wszelka niesprawiedliwość, o tych, co są gorący, gwałtowni. Chrystus tylko letnich wyrzucił ze swoich warg, dla gorących ma swoje gorące serce.

—  Ale wy go nie macie. Wzięliście z Chrystusa wszystko, by utwierdzić swoją władzę nad ludźmi, by zebrać nadmierne dostatki, nie, by ulżyć doli cierpiącego człowieka. Zaraz ojciec powie, że szatan mnie opętał, bo prawię takie herezje.

— Opętanie miłością nie pochodzi od szatana. Wiem o tym, bo jestem z zakonu opętanego miłością do Boga i ludzi, biedaczyny z Asyżu, świętego Franciszka. Jeśli jednak ktoś sięga po władzę nad ludźmi, rozpętując nienawiść jednych do drugich, to już jest dzieło szatana — odrzekł zakonnik.

—  Tego od ojca czekałem, że nazwie mnie poplecznikiem mocy diabelskich — stwierdził ironicznie Antoni Pawelski.

—  Mój bracie, Kościół nie orzekł nawet potępienia Judasza. „Po owocach ich poznacie je". Sądzić was będą po tym, jakie owoce wydadzą wasze czyny, a już tak Bóg działa, że w ostatecznym rozrachunku zawsze zło służy dobru.

—  Zawsze? — zdziwił się Pawelski. — Nawet to hitlerowskie zło może służyć jakiemuś dobru?

—  Któż rozezna drogi Opatrzności? Chyba tak... — szepnął kapłan.

— Nic a nic nie rozumiem. Ten potwór niszczy bez różnicy was, kapłanów, Żydów i nas, komunistów, wszystkich, którzy mogliby stworzyć jakiś ład ludzki, inny od jego opętanego brunatnego ładu. Słyszy ojciec, i ja użyłem słowa „opętany ład", bo uwierzyłem w istnienie brunatnego diabła. Ale żeby jakiś Pan Bóg sprawił, by ten diabeł tak tańczył, jak On mu zagra, w to nie uwierzę nigdy. Bóg, owszem, istnieje, ale tylko w sercach tych, co w Niego wierzą.

—  Ich szczęście — poprawił Pawelskiego ojciec Mirochna — ich i pańskie też, bo On i o panu nie zapomni, choćby za to, co pan w tej chwili czyni.

—  A czyni... czyni... — gderał stary komunista. — Czyni dlatego, że my chcemy otworzyć świat dla wszystkich. W tej naszej arce, co ma ocalić z potopu, jest i miejsce...

—  Dla parszywych owiec? — spytał zakonnik.  

—  To ja. To ja byłem w waszych oczach parszywą owcą, a wy byliście w moich lokajami burżuazji, aż przyszedł młot na was i na nas. Ojca dużo nauczyło to uderzenie młotem. Czytałem artykuł ojca w tajnej gazetce. To już jest socjalizm, co ojciec tam napisał. Dobry początek!

—  Zaczęło się od Ewangelii już dawno.

—  Ale słowa nie stały się ciałem. Kościół przyjął słowa, lecz odrzucił czyny.

—  Czyny należą do ludzi, a Słowo do Boga — odparł zakonnik.

—  Czyli że my i wy nie musimy sobie skakać do gardła — konkludował komunista — To już jest coś. Myślę, ojcze, że jeszcze się spotkamy. Nasi ludzie pomogą nam przejść na tamtą stronę. Tam ojciec pójdzie do swoich i ja do swoich, ale skrzyżują się jeszcze nasze drogi — mówił Antoni Pawelski.

—  Jeśli Bóg da — pokiwał głową kapłan.

—  Jak ludzie dadzą, to i wasz Bóg da — zgodził się komunista. — Mamy fałszywe dokumenty, za które ktoś może dać głowę. Myślę, że to nas obu zobowiązuje. Dokumenty przygotowała podobno młoda kobieta, bardzo piękna, jak mi powiedział ten, co mi je dostarczył.

—  Antek Kut, znam go — wtrącił gwardian.

—  Między nami konspiracja niepotrzebna, ojcze. A dowody nasze są zabrane z landratury. To sekretarka landrata, Edyta Trubolska, tam działa. Uratowała już tymi dowodami trzystu Żydów kaliskich. Szły przez moje ręce, więc wiem, i ojciec to może wiedzieć, nawet powinien wiedzieć. Ktoś musi być świadkiem wielkich czynów, których dokonują mali ludzie, aby nie utonęły w niepamięci. To będzie potrzebne Polsce kiedyś, gdy nas, być może, już nie będzie. Słyszy ojciec? Mówię „Polsce", bo wyście dotąd krzyczeli, że my odwracamy się od ojczyzny plecami, patrząc na Wschód.

—  Trzeba patrzeć w głąb narodu, nie na Wschód ani na Zachód, jak wy znowu to nam zarzucacie — odpowiedział ojciec Mirochna.

—  Nacjonalizm, nacjonalizm... — wyszeptał stary komunista. 


[1] Drzymała — Michał Drzymała (1857—1937), chłop wielkopolski, który wobec braku zezwolenia władz pruskich na budowę domu
(na mocy antypolskiej ustawy z 1904 r.) zamieszkał w wozie cyrkowym.

[2]  Schaffausen — zegarek znanej marki szwajcarskiej.

[3] Der  Reichsdeutsche    (niem.)   —   obywatel   Rzeszy,   Niemiec   z Rzeszy.

[4] Die Lebensmittel   (niem.) — środki żywnościowe.

[5] Das  Fraülein  (niem.) — panna, panienka.

[6] Ja, ja, bitte, Herr Sturmführer.  In  zehn Minuten, gut... (niem.) — tak, tak, proszę, panie poruczniku. Za dziesięć minut, dobrze...

[7] Die Luftwaffe (niem.) — lotnicze siły zbrojne; siły powietrzne.

[8] Der Herr Generaldirektor (niem.) — pan dyrektor naczelny.

[9] Der  Standartenführer (niem.) — w SA i SS odpowiednik stopnia pułkownika.

[10] Prosit  (z łac.) — pomyślności, na zdrowie.

[11] Kenkarta   właść, die   Kennkarte (niem.) — dowód osobisty.

[12] Nur   für   Deutsche    (niem.) — tylko dla Niemców,

[13] Autentyczne  — komunista  Antoni  Pawelski   wywoził  ojca  Mirochna  z Kalisza.