ROZDZIAŁ CZWARTY

OCALENIE WANDZI

Władze niemieckie odebrały stolarzowi Bogastowi jego mocno rozklekotaną ciężarówkę, przekazując ją zakładowi oczyszczania miasta. Aby nie tracić z. oczu swej własności, Bogast postarał się o pracę w zakładzie dla swego szesnastoletniego syna Marysia. Młodzież płci obojga na początku okupacji obowiązywał nakaz pracy od 14 roku życia, później granicę wieku obniżono do 12 lat. Tak więc Maryś dostał odpowiedzialną pracę miejskiego śmieciarza. Okazało się, że i to „stanowisko" może okazać się pożyteczne. Młody Bogast dostał rozkaz od tajnej organizacji wojskowej, by zwrócił uwagę na poreformacki klasztor Sióstr Nazaretanek, który zamieniono na „Kinderheim".[1] W domu tym przebywały dzieci polskie, zabrane siłą rodzicom i uznane przez komisję lekarzy i antropologów za „czyste rasowo". Po przeszkoleniu w Kinderheimie były one przekazywane bezdzietnym niemieckim rodzinom. Po zmianie imion i nazwisk dzieci te miały ulec całkowitej germanizacji.

Rozległe pomieszczenia dawnego liceum Sióstr Nazaretanek w Kaliszu, otoczone wysokim murem z dużym ogrodem, bardzo nadawały się do tego celu. Wstęp do Kinderheimu był surowo wzbroniony wszelkim osobom postronnym, nawet Niemcom, bez specjalnej przepustki. Do środka mógł się dostać jedynie śmieciarz. Bogastowi przydzielono do pomocy młodego robotnika również Polaka, Stanisława Kulczyńskiego. Obaj szybko się dogadali i Maryś przekonał się niebawem, że może całkowicie ufać swojemu pomocnikowi. Otrzymali z zakładu polecenie, żeby trzy razy w tygodniu wywozić śmieci z Domu Dziecka.

Maryś Bogast, gdy dowiedział się, jaka czeka go praca, obserwował w wolnych chwilach, co dzieje się naokoło dawnego klasztoru i gimnazjum Nazaretanek. Pewnego dnia o wpół do siódmej rano zajechał przed boczną bramę klasztoru wóz z pieczywem z dawnej piekarni Stankiewicza, rozstrzelanego przez hitlerowców za rzekome posiadanie broni.

„Aha, to tędy wjeżdża się do tego sezamu" — pomyślał chłopiec

Woźnica konnego zaprzęgu zastukał. Po długiej chwili otwarto bramę. Ktoś bacznie oglądał woźnicę przez judasza. Bogast przypomniał sobie, że w wieczorowej dokształcającej szkole rzemieślniczej miał kolegę z piekarni Stankiewicza. Nie mógł sobie, niestety, przypomnieć jego nazwiska ani imienia. Podszedł jednak śmiało do woźnicy w białym fartuchu i białej piekarskiej czapce na głowie.

„Młodzik to jakiś — pomyślał — może będzie znał tego »mojego« kolegę z wieczorówki". — Ej, ty — zagadnął piekarczyka czekającego na otwarcie bramy — czy jest tam u was taki jeden, co chodził zeszłego roku do wieczorowej budy?

—  A bo co? — spytał zagadnięty, obrzucając Marysia badawczym spojrzeniem.

—  Bo to mój kumpel, chciałem się o niego dowiedzieć.

—  Masz, Bogast, słabą pamięć — odparł piekarczyk — to ja chodziłem z tobą do tej budy.

—  A, rzeczywiście, to z tej wojny tak straciłem pamięć — tłumaczył się Maryś. — Jak cię to wołali w budzie, bo ze łba mi wyszło?

—  „Maślana Buła" przecie.

—  No, widzisz, Buła, jaką to mam dziurawą łepetynę.

Brama uchyliła się ostrożnie. Jakaś wysoka koścista baba podejrzliwie obejrzała wóz z pieczywem i odezwała się:

—  Mädchen[2] Sophie, otwórz szerzej bramę.

—  Jak tu już jesteś, to pomóż mi znieść chleb dla tych bab, bo pomocnika mi dziś nie dali — odezwał się Buła.

Maryś skwapliwie wskoczył na wóz. Buła szarpnął lejcami, minęli bramę, która zamknęła się za nimi z trzaskiem, i znaleźli się za chwilę przed bocznym wejściem do gospodarczego budynku klasztoru. Maryś pomógł piekarczykowi wnieść do obszernej kuchni parę koszy chleba. Bochenki wykładano na duży stół przykryty ceratą. Liczyła je po polsku owa „Mädchen Sophie", niewiasta może ze trzydzieści lat licząca o dziwnie uduchowionej, delikatnej twarzy i niepospolitej urodzie. Stojący obok niej istny żandarm w spódnicy w mundurze kobiecego „Hilfsdienstu"[3] ze swastyką na ramieniu, owa koścista baba, która kazała otworzyć bramę, powtarzała za Polką po niemiecku liczbę wykładanych na stół bochenków. Rzekła wreszcie:

—  Stimmt[4] — podpisała kartę dostawy i odeszła do swych zajęć.

—  Ta Niemra musi być wielką jędzą, proszę siostry profesorki — odezwał się teraz Buła do „Mädchen Sophie", pakując do kieszeni fartucha podpisany papier.

—  Całe szczęście, że możemy tu jeszcze pracować i opiekować się tymi biednymi dziećmi — odparła dawna nauczycielka gimnazjum niskim altem.

—  O, tak, proszę siostry profesorki — potwierdził skwapliwie Bogast.

—  Ciebie, młody człowieku, pierwszy raz widzę — powiedziała siostra. — Czy Franek nie będzie więcej woził chleba z tobą, Janku? — spytała Bułę.

—  Nie, to tylko dziś tak wyszło, bo przyjechały do Kalisza jakieś nowe folksdojcze i więcej chleba trza teraz wypiekać, dlatego szef Franka nie puścił, póki pomocy nie dostanie. A to jest mój koleżka, Maryś Bogast. On znowu ze stolarskiego fachu.

—  Ale na szofera mnie ojciec wykierował.

—  Polakom nie wolno jeździć autami, roweru zaś mogą używać tylko po to, by dojeżdżać do pracy — stwierdziła siostra Zofia.

—  Ojciec miał w zakładzie taką starą ciężarówkę, ale ją zabrali, służy teraz za śmieciarkę.

Chłopcy wsiadali już na wóz, a dawna zakonnica zmierzała z kluczami ku bramie, by ich wypuścić. Pęd wiatru obsypał ją tumanem kurzu i śmieci z niedalekiego śmietnika, zarzuconego górą wszelakich odpadków.

—  Może po nasze śmieci ktoś tu wreszcie przyjedzie — odezwała się siostra Zofia, zakrywając twarz przed pyłem. — Od dwóch tygodni nikt ich nie wywozi.

—  Właśnie kończą remont tej naszej czortopchajki, co ją zarekwirowały Szwaby, a ja, proszę siostry, dostałem ten rejon. Niedługo tu przyjadę, porządek w mig się zrobi, a z siostrą to my już będziemy znajomi — dodał Maryś jakoś znacząco.

Siostra Zofia pokiwała mu przyjaźnie głową. Wóz minął już bramę.

—  Może chcesz, Bogast, u nas pracować? Poszukują mocnych chłopaków do roboty, głodny nie będziesz, czasem można coś zwędzić, a i stary daje co wieczór bochenek na twarz — zachęcał Buła swego kolegę.

—  Dziękuję ci, Maślanka, mam swój fach i swoją robotę — odparł Maryś zeskakując z wozu.

—  Ino nie Maślanka, ale Maślana Buła na mnie wołają, a w cywilu jestem Jan Chrzan — obruszył się Buła.

Ruszyli każdy w swoją stronę.

Śmietniki mieściły się w pobliżu domu gospodarczego Kinderheimu, Bogast mógł więc wejść w kontakt z siostrą Zofią. Sprzyjającą okolicznością był fakt, że czasem, gdy kierowniczka Domu Dziecka, Johanna Sander, była zajęta i nie mogła wszystkiego osobiście skontrolować, dawna zakonnica sama otwierała bramę wejściową. Pewnego razu, gdy Frau Sander z kilkoma wychowawczyniami Niemkami została wezwana na jakąś naradę do siedziby partii hitlerowskiej NSDAP, a przy dzieciach została tylko jedna dozorczyni dosyć ludzka, Schwester Marie,[5] siostra Zofia wprowadziła Marysia i Kulczyńskiego do ogrodu klasztornego. Przebywały tam dzieci polskie zabrane rodzicom w wieku trzech do dwunastu lat. Były nieruchawe i wystraszone. Niektóre płakały. Łagodny ton głosu Schwester Marie wcale ich nie uspokajał, bo mówiła do nich w niezrozumiałym języku. Dzieci były podzielone według wieku na grupy.

—  Tym starszym — mówiła siostra Zofia — nie wolno ani słowa mówić po polsku, karzą je za to karcerem. Nam zaś za odezwanie się do nich po polsku grozi chłosta i zesłanie do obozu koncentracyjnego. Dziś dzieci mają wolny dzień, bo ich dręczycielki nie są obecne, ale normalnie muszą ciągle maszerować i śpiewać po niemiecku lub mają lekcje. Opłakana to nauka.

—  Jeszcze straszniejsze to musi być dla ich rodziców — zauważył Kulczyński.

Gdy młodzi ludzie, załadowawszy śmieci, wyjeżdżali z klasztoru, tuż za bramą ich przedpotopowy wehikuł odmówił posłuszeństwa. Trzeba było naprawić defekt silnika. Mechanik Kulczyński wszedł pod wóz szukać przyczyny zepsucia się motoru, Maryś podnosił karoserię. W tym momencie zauważył kulącą się pod murem klasztoru wynędzniałą postać młodej kobiety. Spoglądała w stronę klasztoru z wyrazem rozpaczy i strachu na bladej twarzy.

—  Czego tu pani szuka? — spytał Maryś.

—  To pan Polak... — wyszeptała. — Tam jest moja córeczka, porwali mi ją, kazali mi ją oddać na badanie lekarskie aż w Poznaniu, a potem wypędzili mnie i powiedzieli, że już jej nie zobaczę, bo jest niemieckiej krwi. Com ja się napytała o nią, naszukała, napłakała... Wóz wasz stamtąd wyjechał, widziałam, bramę mi zatrzasnęli przed nosem, a tam jest moja Wandzia. Nazywa się Wandzia Sobczak.

— Właź pani do szoferki — odezwał się szorstko Kulczyński — bo tu panią zaraz Szwaby wygarną, cholernie kikują na to miejsce. Zaraz któryś tu się zjawi.

—  Prędzej, prędzej, już idzie żandarm — ostrzegł kobietę czujny na wszystko Maryś, dostrzegając z daleka niemiecki mundur. Otworzył drzwi szoferki i wepchnął ją do środka.

—  Czy panowie mogliby mi pomóc? — szepnęła poznanianka.

—  Nie mamy czasu tutaj o tym gadać — odparł Maryś. — Zreperujemy wóz i odjedziemy stąd gdzieś dalej, aby radzić, czy da się co zrobić. W razie czego to córeczki pani do domu zabrać ze sobą nie może, bo tam będą jej szukali. Będzie pani musiała gdzieś dalej z nią wyjechać.

—  No, i po robocie, motor gra — odezwał się za chwilę młody mechanik. — Panią trzeba gdzieś ulokować, bo jeszcze mamy robotę. Czy ma pani kogo znajomego w Kaliszu? — spytał siedzącą w szoferce kobietę.

     Nikogo... — wyszeptała bezradnie.

—  No, to co zrobimy?

—  Zawieziemy panią do nas na Wiejską do moich rodziców. Tam się zobaczy, co i jak — zaproponował Bogast.

—  Będę panu bardzo wdzięczna — odezwała się kobieta.

—  Nie ma za co. Polak musi pomóc Polakowi — odparł młody Bogast.

Młodzieńcy zawieźli poznaniankę na koniec Wiejskiej, gdzie w obszernym ogrodzie stała rudera Bogastów. Domek ten był stary i lada jaki, dlatego nie zabrano go dla folksdojczów. Posesja mieściła się nieco z boku od ulicy. Gdy stary opel zaterkotał przed bramą Bogastów, wyszła przed dom stara kobieta patrząc pilnie i z niepokojem, kto przyjechał.

—  A to ty, Marysiu, o tej porze nigdy nie wracałeś. Myślałam, że to ktoś obcy... Stało się co? — spytała.

—  Babciu, mamy gościa. Trzeba dać tej pani coś jeść i niech sobie u nas odpocznie — chłopak wskazał na siedzącą w szoferce niewiastę.

—  Może pani zejdzie — zwrócił się do niej. — To moja babcia. Rodzice oboje w pracy, ale na pewno zgodzą się panią przyjąć.

—  Czy ja będę mogła... — zaczęła Sobczakowa.

—  Będzie pani mogła — przerwał jej młody Bogast. — Ja już muszę wracać do roboty. Wieczorem pogadamy.

—  To pani z drogi? — spytała nieoczekiwanego gościa babcia Bogastowa. — Z daleka?

—  Aż z Poznania, pani szanowna. Za córką tu przyjechałam, za Wandzią moją.

—  Za córką? Toć pani całkiem młoda. Pewnie do siostry? — zdziwiła się stara kobieta.

—  Nie, proszę pani, dziecko mi Niemcy porwali.

—  Coś tam o tym Maryś gadał, że oni porywają dzieci. Wierzyć nie chciałam.

—  Najpierw wzięli mi z roboty męża za jakiś tam, powiadali, sabotaż czy coś, bo u niego w robocie jakaś maszyna się zepsuła. Nic mi o tym w domu nigdy nie wspominał, żeby gdzie należał. Przepadł bez wieści. Potem kazali mi przyjść na badanie z córeczką. I już jej więcej nie widziałam... — załkała biedna matka.

—  Niech się pani uspokoi, może coś się zmieni na lepsze — pocieszała gościa staruszka. — Zaraz pani kawę zagrzeję. Trzeba się rozgrzać i posilić. Te złe duchy bardzo się panoszą. Końca nie widać — narzekała.

Późnym popołudniem zaczęła wracać do domu rodzina Bogastów. Ojciec pracował w stolarni folksdojcza i tylko ukradkiem wieczorami coś tam jeszcze dłubał w swoim warsztacie. Matka zajmowała się domem Niemców przesiedlonych z Rygi. Ona to wracała do domu najpóźniej. Obiady gotowała babka Bogastowa. Ojciec i syn pod jej nieobecność odbyli długą naradę w dawnym warsztacie.

—  Niedobrze, że babka o wszystkim się dowiedziała — mówił stolarz. — Wszystko wygada mamie i będzie nam ciosała kołki na głowie. Kobiety nie powinny za wiele wiedzieć.

—  Tak się to nagle stało. Co miałem robić z tą Sobczakową? Przecie by zginęła.

—  W porządku. Inaczej nie mogłeś zrobić — zgodził się ojciec — ale mama zaraz zacznie trzeszczeć, że może się to nie uda, a wtedy rany boskie... Dobrze, że jeszcze jej w domu nie ma. Babcia gotuje teraz obiad w kuchni. Poproś tu tę panią, że niby warsztat chcemy jej pokazać. Nie, nie ma do pokazania, stare heble i deski, bo nawet tokarkę Szwaby zabrały, ale niech będzie taka wymówka, gdy lepszej nie ma.

Za chwilę młody Bogast powrócił z gościem do stolarni. Niewiasta wyglądała na bardzo wylęknioną, stolarz więc zagadał do niej dobrotliwie:

—  Niech się pani nic nie boi. My jesteśmy prości ludzie, ale dobrzy Polacy, a nad pani sprawą naradzałem się z synem. Jak się pani nazywa, bom zapomniał.

—  Maria Sobczak. Mąż mój był majstrem u Cegielskiego, ale go... — zapłakała.

—  Uradziliśmy, że mój syn Maryś z tym drugim, co jeżdżą po śmieci do Nazaretanek, popróbują jakoś wydobyć pani dzieciaka. Cała trudność polega na tym, że dzieci mają zmienione nazwiska i imiona. Ile lat ma ta pani dziewczynka?

—  Sześć.

—  Nie za dużo. Swoje imię to jeszcze pamięta, ale nazwisko?

—  Wie, że nazywa się Wandzia Sobczak.

—  Chwała Bogu, bo Wanda tam może być niejedna. Czy może pani ma jej fotografię?

—  To mi tylko zostało — załkała znowu nieszczęsna matka. — Chodzę i śpię z fotografią mej córuchny.

—  W tym domu dziecka są jeszcze przy dzieciach dawne siostry polskie. Jedną z nich zna mój Maryś. Może siostra ta będzie mogła wyprowadzić dziewczynkę w pobliże śmietnika, a wtedy buch ją w kosz do śmieci i jazda za bramę. Czy może mi pani pokazać fotografię córeczki?

Sobczakowa wyjęła z torebki pocztówkowe zdjęcie ładnej dziewczynki z dużymi jasnymi oczami, całą w lokach i kokardach.

—  Dobrze, że to nie amatorska robota — ucieszył się Bogast. — Zobacz, Maryś. Widziałeś takiego dzieciaka między tymi biedakami?

—  Raz tylko widziałem te dzieci, tato, i to z daleka, ale siostra Zofia co dzień podaje im śniadanie. Rozpozna na pewno tę Wandzię, gdy zobaczy zdjęcie.

—  Jeszcze jedna sprawa, pani Sobczakowa: ani mru-mru moim babom o tym, co chcemy zrobić. Piekła by narobiły, że strach. Przyjechała tu pani tylko wywiedzieć się o córeczkę i koniec.

—  Jak trzeba, to trzeba. Pan majster wie lepiej ode mnie — odparła matka Wandzi. — Tylko czym ja się panom odwdzięczę za takie ryzyko? Mam pięćdziesiąt marek — niewiasta sięgnęła do torebki. — Więcej nie mogę, ale choć to...

—  Judaszom się płaci za cudze życie, ale nie nam — obruszył się stolarz. — Niech pani schowa sobie ten wdowi grosz, przyda się na czarną godzinę, choć nie wiem, czy będzie kiedy czarniejsza niż teraz. Czy ma pani gdzie wyjechać, jeśli Wandzię uda się wyrwać z rąk Szwabów? W domu to już na panią, jak amen w pacierzu, będą czekali żandarmi.

—  Mam siostrę pod Wolsztynem. Na gospodarstwie siedzi.

—  Pod Wolsztynem? To nie za dobrze — pokręcił głową stary Bogast. — I tam mogą trafić, a i siostra niedługo pewnie na gospodarce posiedzi. Niemcy bardzo się odgrażają, że ze „swej" ziemi Polaków wypędzą.

—  Tato, ja powiem gdzie trzeba o kłopocie pani Sobczakowej. I tak muszę powiedzieć, żeby dostać zgodę na to ryzykowne przedsięwzięcie. Pewnie tam oni pomyślą, gdzie panią ukryć — odezwał się Maryś.

—  No, to próbuj — zgodził się ojciec.

—  Gdzie ja się przez ten czas podzieję? — kłopotała się majstrowa z Poznania.

—  Zostanie pani u nas, jak długo będzie potrzeba — zdecydował gospodarz. — Baby moje jakoś zabajtlujemy. Trzeba będzie wymyślić jakiś powód, żeby uzasadnić, dlaczego pani u nas musi zostać.

—  Józek, Józek, obiad na stole! — doszedł do szopy głos babki.

—  Moja mama woła — rzekł starszy Bogast — prosimy na gorącą strawę, tylko proszę pamiętać o tajemnicy.

    Siostra Zofia zorientowała się od razu, spojrzawszy na fotografię, o którą dziewczynkę chodzi.

—  Teraz nazywa się Helena Wüst — powiedziała Marysiowi. — No, cóż, po to tu jesteśmy, by ratować, kogo się da. Należałoby ustalić właściwe nazwiska tych dzieci, które tu są, by później można było je odszukać, łącząc nowe ich nazwiska z właściwymi. Pan przyjedzie znowu pojutrze. Spróbuję na boku szepnąć Wandzi, że mama na nią czeka, aby w tym czasie, gdy pan tu będzie, odłączyła się od gromady i pobiegła pod śmietnik. Dzieci dziwnie szybko dojrzewają w czasie wielkich nieszczęść. Wyzwala się w ich instynkt samozachowawczy. Może nam się uda. Na szczęście przyjeżdżacie rano, kiedy dzieci dopiero wstają. Wtedy łatwiej wymknąć się niepostrzeżenie z urny walni.

Już nazajutrz Maryś Bogast szepnął na osobności matce Wandzi, że rano ma czekać na jego przyjazd przy rogu Nowego Światu i Czaszkowskiej.

—  Jeśli się uda, zawiozę panią z córeczką na Rypinek. Tam będzie czekał młody Frude z Żydowa i zabierze was do siebie. Pani będzie tam pokojówką. Frudowie zgodzili się.

—  Co to za państwo?

—  Dobrzy ludzie. O wszystkim dowie się pani w porę. Tylko trzeba jak najmniej mówić i nie pytać o nic. Takie mamy przykazanie, że „gdy wszystko jest przeciwko tobie, niech choć własny język cię nie gubi".

—  Rozumiem.

O świcie, jeszcze przed rozpoczęciem pracy, stary Bogast odprowadził Sobczakową niby na dworzec, a właściwie na umówione miejsce. Przed wyjściem z domu pożegnał się z synem wymownym spojrzeniem. Maryś skinął porozumiewawczo głową i pierwszy wyszedł z domu. Był zdecydowany na wszystko i wewnętrznie zupełnie spokojny.

W zajezdni miejskiej czekał już na niego Kulczyński. Włożyli do wozu większy kosz do bielizny oraz worek.

—  „Dmuchnąć" Szwabom dzieciaka to może się udać — mruknął Kulczyński — ale musimy to tak zrobić, żeby nas o to nie podejrzewali.

—  Jakoś się wykręcimy —   odparł Maryś — ryzyk fizyk.

—  Ano zobaczymy — westchnął mechanik.

Przy bramie stała znowu obok siostry Zofii kierowniczka Domu Dziecka, Johanna Sander, świdrując obu Polaków swymi czujnymi oczami. Na ich grzeczne „Guten Tag" warknęła coś pod nosem, co mogło przypominać polskie „mam was gdzieś".

—  Żebyś nogę złamała, cholero — mruknął Kulczyński.

—  Śmieci chyba nie pójdzie z nami wąchać ta zaraza — szepnął mu do ucha Bogast.

Wyglądało jednak, że Johanna Sander ma na to ochotę, bo zaczęła iść za wozem w kierunku śmietnika. Siostra Zofia bardzo pobladła, gdy wtem zjawiła się jakaś druga Niemka i wyprężywszy się przed swą zwierzchniczką raportowała:

—  Frau Hausleiterin[6] ... — a potem coś mówiła do niej przyciszonym głosem.

Stojąca obok siostra Zofia stała się jeszcze bledsza.

—  Coś mi to nie za dobrze wygląda — mówił Kulczyński do ucha koledze. Na szczęście Frau Johanna oddaliła się spiesznie ze swą podkomendną. Śmieciarka miejska potoczyła się z turkotem w kąt za gospodarczym budynkiem. Nadeszła też zaraz nazaretanka.

—  W domu panuje epidemia odry. Znowu troje dzieci dziś rano zachorowało, O, idzie już Wandzia — ucieszyła się. — Słuchaj, dziecko — zwróciła się do nadbiegającej dziewczynki — ci panowie zawiozą cię do mamusi. Słuchaj ich.

—  Dobrze, proszę pani — szepnęło dziecko.

Siostra Zofia spiesznie oddaliła się. Obaj młodzieńcy szybko ładowali resztę śmieci. Kulczyński podniósł w górę małą i szepnąwszy: — Właź do tego kosza, to cię zawieziemy do mamy, tylko nic się nie odzywaj — wpakował Wandzię do jego wnętrza i przykrył workiem. Siostra Zofia czuwała w oddali, by nikt nie dostrzegł tej niebezpiecznej operacji, a widząc, że wszystko się udało, spiesznie ruszyła ku bramie. Tuż przy niej zastygła znowu z przerażenia. Frau Sander zabrała z sobą klucz.

—  Ta straszna baba nie zostawiła mi klucza od bramy! — zawołała.

—  Nic nie szkodzi, proszę siostry — odezwał się spokojnie Kulczyński. — Dzieciak siedzi w koszu, nikt go tam nie będzie szukał. To nawet lepiej, że ta stara jędza sama nas wypuści, ale trzeba się z tym zwijać, póki Niemry nie połapią się, że jednego dzieciaka im brakuje.

Nazaretanka poszła szybko w głąb zabudowań klasztornych. Po chwili jedna z wychowawczyń niemieckich otworzyła bramę, by wypuścić śmieciarkę. Za bramą obaj młodzieńcy odetchnęli, jakby im kamień spadł z serca. Maryś dał gazu prosto w stronę Nowego Światu. Za chwilę dojechali do Czaszkowskiej. Z bramy narożnego domu wysunęła się znana im postać.

—  Panowie, moje dziecko... — usłyszeli drżący głos.

—  Wszystko dobrze, niech pani wsiada — zawołał Maryś otwierając drzwi szoferki — tylko prędko.

—  Gdzie jest moja Wandzia? — pytała Sobczakowa wsiadając do wozu.

—  Ciszej, bo Wandzia za wcześnie usłyszy i narobi krzyku — zwrócił kobiecie uwagę Kulczyński. — Jeszcze trochę cierpliwości, zaraz dojedziemy do Rypinka.

Po kilku minutach wóz wjechał na boczną drogę miejską i stanął za jakąś szopą niewidoczną od strony szosy. Maryś dał susa przez przegrodę wewnętrzną ciężarówki i podniósł płachtę zakrywającą duży pleciony kosz. Wychyliła się z niego jasna główka dziewczynki. Sobczakowa wydała radosny okrzyk przez łzy.

—  Wandzia!

—  Mamusia!... — zawołało dziecko i rzuciło się w objęcia matki. Obie płakały z radości. Młodzieńcy z trudem tłumili łzy.

—  Tu w tej szopie — odezwał się Maryś — poczeka pani na mężczyznę, co przyjedzie konnym wozem. Pojedzie z nim pani do Żydowa. Tam przeżyjecie spokojnie, póki Niemców diabli nie wezmą. No, my już musimy wracać do swojej pracy, żeby nie podpaść tym draniom.

—  Nie wiem, jak mam wam dziękować — rzekła przez łzy poznanianka. — Czym sobie zasłużyłam na tyle dobrego?

—  Jesteśmy szczęśliwi, że udało nam się uratować pani córeczkę — odpowiedział Kulczyński.

—  Czy na pewno ktoś po nas przyjedzie? — zaniepokoiła się kobieta, widząc, że jej dobrodzieje zabierają się do odjazdu.

—  O to niech pani będzie spokojna — odparł Maryś. — Wszystko już jest ustalone.

 

Co pewien czas  do Kinderheimu w Kaliszu przywożono nowe transporty dzieci. Niektóre były oniemiałe ze strachu, inne zapłakane. Wyglądały jak dzikie zwierzątka schwytane w potrzask i nie rozumiały mowy swych prześladowców. Frau Sander i jej pomocnice miały pełne ręce roboty. Trzeba było jakoś oswoić tę małą „dzicz", nauczyć ją „ludzkiego" języka, wdrożyć do posłuszeństwa, tej największej cnoty narodu niemieckiego, jak głosiła ruda Johanna, wdowa po esesmanie poległym pod Modlinem.

Praca pedagogiczna z dziećmi zaczynała się zwykle od śpiewu. Trzeba było im dziesiątki razy powtarzać tekst piosenki, potem samemu ją wielokrotnie zaśpiewać, nim zawtórowały głosowi nauczycielki cienkie głosiki zalęknionej dziatwy.

Do programu należały również zbiorowe okrzyki na cześć Führera, Wielkiej Rzeszy i zwycięstwa. W czasie takiej lekcji dzieci stały jak żołnierze na musztrze. Frau Johanna, choć miała wiele innych zajęć, często była obecna w czasie nauki i osobiście wymierzała tęgie policzki tym dzieciom, które niezbyt, jak sądziła, gorliwie przyswajały sobie niemiecką mowę. „Zakałą" Domu Dziecka był przywieziony niedawno z Poznania dziesięcioletni Zygmuś Światłowski, „przechrzczony" na Hansa Hurlemanna. Chłopiec nie odczuwał cienia wdzięczności dla dobrodziejstw i wspaniałomyślności wodza narodu niemieckiego, gdy wywoływano go nowym nazwiskiem, nie reagował, odpowiadał po polsku na zadawane mu pytania, słowem, była to czarna owca w hitlerowskiej  owczarni.   Bicie i  głodzeni chłopca, stawianie go w kącie z tablicą na piersiach, która głosiła, że jest osłem, nic nie pomagały. Noce zwykle spędzał w karcerze na gołych deskach, rano zamiast gorącego śniadania dostawał kromkę chleba i kubek zimnej wody, potem pędzono go z innymi na lekcje. Frau Sander zastanawiała się, co zrobić z tym krnąbrnym chłopakiem, bo jego postawa źle wpływała na inne dzieci. Najprościej byłoby oddać „Hansa Hurlemanna" w ręce policji lub gestapo, ale ruda Johanna nie chciała publicznie przyznać się do porażki. Na razie małego Światłowskiego odosobniono i skierowano do ciężkiej pracy w kuchni.

— Czy oddać tego nieposłusznego Polaka w ręce policji? — zastanawiała się kierowniczka Domu Dziecka, zwlekała jednak z wykonaniem tej decyzji. Zgodnie ze wskazówkami przywódców Rzeszy nienawidziła szczerze Polaków, ale miała prócz tego własne, osobiste z nimi porachunki. To przecież te małpoludy, jak nazywała w myślach zabiły jej męża, człowieka, którego bardzo kochała, choć nie dał jej upragnionego dziecka. Gdy po raz pierwszy ujrzała małego Zygmunta Swiatłowskiego, oniemiała ze zdumienia, tak uderzające było podobieństwo chłopca do jej męża. Spoglądały na nią, co prawda z lękiem, takie same oczy jak na portrecie jej męża, gdy miał dziesięć lat, na portrecie, który tak oboje lubili. Dlatego mały Polak dostał imię Hansa i jej własne panieńskie nazwisko: Hürlemann.

—  Adoptuję to dziecko — zdecydowała natychmiast. — Polacy oddają mi Hansa — stwierdziła z radością. Radość ta była jednak przedwczesna. Chłopiec okazał się żywym zaprzeczeniem wszystkiego, co sobie wymarzyła samotna, starzejąca się Johanna.

—  Nie będę Niemcem, nie chcę, nie mogę — powtarzał Hans z uporem. — Jestem zuchem, polskim harcerzem — mówił malec. — Nie mogę zdradzić Polski ani mojej drużyny, ani mego szczepu.

Z każdym dniem w sercu Frau Sander wzbierała nienawiść ku temu zatwardziałemu małemu Polakowi, co nie chciał być jej Hansem, wolał zostać nadal członkiem podłego narodu podludzi, jak zwano wtedy pogardliwie Polaków.

Pewnego razu ruda Johanna zjawiła się niespodziewanie w kuchni. Pracujące tam siostry nazaretanki podniosły się wszystkie, jak nakazywał regulamin, i stanęły na baczność. Johanna poszukała oczami Zygmusia. Chłopiec stał przy zlewie i mył ziemniaki.

—  Hans — zawołała ostrym głosem Frau Sander — komm mit mir![7] Pociągnęła za rękę Zygmusia słabo jeszcze rozumiejącego niemiecki język. Chłopiec poszedł za nią niechętnie. W dawnym refektarzu reformatów, po których klasztor odziedziczyły nazaretanki, zgromadzone były wraz z wychowawczyniami wszystkie dzieci. Miała się odbyć publiczna kara chłosty siedmioletniej dziewczynki za to, że po raz trzeci przyłapano ją, gdy mówiła po polsku. Dwie „wychowawczynie" położyły zapłakane dziecko na ławce i przywiązały je sznurami do deski. Jedna z nich podała Frau Sander skórzaną szpicrutę. Wskazując leżącą na ławce dziewczynkę, Frau Sander odezwała się do Zygmusia:

—  Będziesz ją bił. Uderz dwadzieścia razy, mocno, o tak.

To powiedziawszy ruda Johanna uderzyła dziewczynkę z całej siły. Dziecko krzyknęło przeraźliwie.

—  Bij! — rozkazała Johanna, wręczając Zygmusiowi pejcz. Chłopiec stał przed nią blady, z zaciśniętymi ustami. Sto dzieci obecnych przy tej egzekucji zamarło z przerażenia. Kilka dziewczynek zaszlochało głośno. Chłopiec ścisnął pejcz mocno, cofnął się o krok od Frau Sander i z całej siły uderzył ją nim w twarz, aż wyskoczyła sina pręga. Niemka zawyła przeraźliwie, chwytając się za twarz.

—  Frau Heimleiterin, zaraz zadzwonię po policję, to mały bandyta! — krzyknęła jedna z wychowawczyń.

—  A polska żmija! — syknęła ruda Johanna. — Nie trzeba policji, sama się z nim rozprawię.

Niemki rzuciły się na chłopca, odbierając mu pejcz i wykręcając ręce. Chłopiec nie bronił się. Stał ze spuszczoną głową, patrząc z nienawiścią na swe prześladowczynie. Mocna ręka Frau Sander ujęła go za ramię. Drapieżne jej palce wpiły się w wątłe ciało chłopca. Kierowniczka powlokła go w głąb domu w dół po schodach do karceru. Frau Sander minęła jednak jego drzwi i zeszła niżej, gdzie mieściły się przewody elektryczne. Niemka otworzyła kluczem małe żelazne drzwi. Chłopiec czuł na szyi nienawistny oddech swej oprawczyni. Po chwili syknęła przez zaciśnięte zęby:

—  Nie chciałeś być Hansem, nie będziesz nikim!...

Z tymi słowami ruda Johanna pchnęła Zygmusia z całej siły na przewody elektryczne. Z ust chłopca dobył się głuchy jęk, całe jego ciało zesztywniało i sczerniało w jednej  chwili.[8]   Frau Sander powróciła z kamienną twarzą do swego biura i nakręciła odpowiedni numer telefonu.

—  Tu kierowniczka Kinderheimu — mówiła. —  Mamy śmiertelny wypadek w zakładzie. Przez niedopatrzenie niższego personelu wpadł na przewody wysokiego napięcia chłopiec, Hans Hurlemann, tak, tak, kiedyś oczywiście był Polakiem. To sprawa małego znaczenia. Niższy personel to też Polki, ciągle wam mówię, abyście przysłali na ich miejsce nasze kobiety. Trudno? Więc czekam.

Frau Johanna Sander położyła słuchawkę.

—  To za ciebie, Hans — szepnęła — germańskie kobiety potrafią się mścić. Postąpiłam tak, jak tego żąda od nas Führer.


[1] Das  Kinderheim   (niem.) — dom dziecka.

[2] Das  Mädchen    (niem.) — dziewczyna   (tu: służąca).

[3] Der  Hilfsdienst   (niem.) — służba pomocnicza,

[4] Stimmt  (niem.) — zgadza się.

[5] Die  Schwester   Marie  (niem.) — siostra Maria.

[6] Frau  Hausleiterin    (niem.) — pani kierowniczko domu.

[7] Komm   mit    mir!    (niem.) — Janku... chodź ze mną!

[8] Grób Zygmunta Światłowskiego znajduje się na miejskim cmentarzu w Kaliszu.