ROZDZIAŁ  TRZECI

POWSTAŃCZYM SZLAKIEM

Henryk Frude od momentu owej rozmowy z ojcem zmienił się bardzo. Z natury trochę egocentryczny stał się teraz zupełnym odludkiem. Przy nieuniknionych spotkaniach z ludźmi spuszczał głowę i spoglądał na nich chmurnie, bo zdawało mu się, że w ich oczach czyta pogardę. Za nic nie chciał pokazać się w Kaliszu, gdzie przy ulicy Wodnej rodzice jego mieli własny dom i duże „miejskie" mieszkanie. Błądził samotnie, pieszo lub na koniu, po polach Żydowa i okolicach, zagłębiał się w lasy nad rzeką, przepadał na całe dnie w nadbrzeżnych szuwarach Prosny, wracając do domu dopiero o zmierzchu. Jednego miejsca tylko, dawniej tak ulubionego, unikał teraz — samotnej mogiły powstańca z 1863 roku w małym lasku w pobliżu domu. Dawniej Henio jeszcze jako uczeń Liceum Asnyka w Kaliszu w czasie wakacji spędzał długie godziny pod wielkim drewnianym krzyżem na miejscu wiecznego spoczynku bohatera, zasieczonego przez wrogów w nierównej walce i pochowanego w tym właśnie miejscu przez dawnych właścicieli wsi, Sokolnickich. Nikt nie znał nazwiska owego niezłomnego rycerza, jak go w myślach nazywał uczeń kaliskiego gimnazjum.

Powstańcy 1863 roku niechętnie nosili przy sobie jakiekolwiek dokumenty, mogące stwierdzić ich tożsamość. Walczyli i ginęli bezimiennie. Teraz Henio nie miał odwagi zajrzeć na mogiłę nieznanego powstańca.

„On by mnie potępił"... — rozmyślał posępnie.

Nachodziła też czasami młodego Frudego jakaś wściekła pasja pracy. Wbiegał wtedy do młyna czy na pole w czasie jesiennej orki, wyrywał z rąk zdumionego parobka jego narzędzia pracy i w szaleńczym tempie aż do utraty tchu pozbywał się młodzieńczego nadmiaru sił, aby zapomnieć o tym, co działo się w nim i wokół niego. Gospodarka w Żydowie szła pełną parą. I stary pan Frude chciał zagłuszyć samego siebie ową pasją pracy, którą w o wiele większym nasileniu odczuwał jego jedynak. Zresztą pan Emil zawsze prowadził czynne życie, praca była jego umiłowanym żywiołem. Obecnie dawała mu alibi wobec władz hitlerowskich, zwalniała od obecności na mityngach politycznych ludzi „niemieckiego pochodzenia", pozwalała unikać kontaktu z przerażającą rzeczywistością.

Któregoś dnia ojciec polecił Heniowi, by zawiózł worek mąki rodzinie nauczyciela w Ołoboku. Henio chętnie wykonał polecenie ojca, bo zdawał sobie sprawę, że to, co robi, zasłużyłoby na dużą karę ze strony władzy okupacyjnej.

—  Widzisz, że na coś się jeszcze możemy przydać, a to dopiero początek — mówił pan Emil do jedynaka, przywiązując worek do linijki. — Noc dziś księżycowa, jakoś trafisz do Ołoboku.

—  To fraszka dla mnie, tatusiu.

—  Gdyby spotkał cię jakiś Niemiec, powiedz, że wieziesz mąkę z młyna ojca dla niemieckiego nauczyciela Kramera, który prowadzi dożywianie dla Hitler-Jugend.[1] Trzeba być ostrożnym.

—  Będę pamiętał.

Linijka ruszyła szparko wiejską drogą. Jesienny wieczór był pogodny, koń parskał, zadowolony z przejażdżki. Zaraz jednak za wsią zaczynały się piaski. Pojazd skrzypiał żałośnie, osie wrzynały się głęboko w sypki grunt. Trzeba było zwolnić, bo od konia buchało jak z pieca gęstą parą, widoczną w poświacie księżyca. W jej blasku zamajaczyła przed linijką jakaś postać piechura. Człowiek ten szedł ścieżką obok drogi w tę samą stronę, w którą jechał' Henio, do Ołoboku. Gdy młody Frude zrównał się z nim, ten pozdrowił go po polsku uchylając czapkę.

—  Dobry wieczór, panie Frude.

—  A, to Antoś Kut — poznał witającego młody dziedzic. — Gdzie to idziesz tak po nocy?

—  Wracam do domu do Sławina.

—  Pracowałeś dziś na drugiej zmianie w młynie?

—  Ojciec przy gospodarstwie w domu, a ja pracuję za niego.

—  Siadaj, podwiozę cię, będziesz prędzej w domu.

—  Dziękuję panu.

—  Och, po cóż to „panowanie". Przecież jesteśmy kolegami. Mów mi po imieniu, Antosiu.

—  Dziękuję za zaszczyt — odparł z zimną grzecznością młodzieniec. — Jestem synem prostego polskiego chłopa.

—  Antosiu, jak możesz tak mówić? Czy już naprawdę tak źle o mnie myślisz? Siadaj obok mnie i nie rób mi przykrości. Jestem takim samym Polakiem jak ty. Siadaj — nalegał Henryk.

Kut po pewnym wahaniu zajął miejsce obok Frudego. Piaszczysta droga skończyła się, koń ruszył raźnym truchtem.

—  Znaleźliśmy się obaj z ojcem w przymusowej sytuacji — podjął Henryk drażliwy temat. — Ci, co nas dziś potępiają, zrozumieją kiedyś to, gdy nas pewnie już nie będzie. Widzisz ten worek. To mąka. Wiozę ją dla nauczycielki, co pozostała bez środków do życia z czworgiem dzieci. Jej mąż, oficer rezerwy, przepadł gdzieś w działaniach wojennych. Czy nie lepiej, że możemy jej pomóc i wielu takim jeszcze, niż byśmy siedzieli w więzieniu jako renegaci rzekomo niemieckiej krwi lub gdyby już nas powieszono za to, jak to spotkało innych? Powiedz sam?

—  Tak jest lepiej — stwierdził po pewnym namyśle Kut.

—  Więc nie pogardzaj mną. Powinniśmy się porozumieć, działać razem, jesteśmy inteligencją na wsi, na polskiej wsi.

—  Ludzie o was, to jest o waszej rodzinie, nie mówią źle — odparł Antek.

—  Dziękuję — szepnął Henryk.

—  Początkowo każdy z nas dostał obuchem po głowie. Byliśmy skołowani. Gdy do Żydowa zaczęli zjeżdżać Niemcy w mundurach i twój ojciec szwargotał z nimi za pan brat. Ale potem przekonali się, że w innych majątkach, zabranych Polakom, Niemiec stoi nad nimi z pałką w ręce i pędzi do roboty od świtu do nocy, i warczy gniewnie jak wściekły pies. A tu u was dalej po polsku i po ludzku, więc...

—  Więc jednak ... — przerwał mu Henryk. — Cieszę się, że to ludzie oceniają. Chciałbym jednak działać inaczej. Wszyscy powinniśmy być żołnierzami! — wypalił Henryk z ogniem w ciemnych oczach, które teraz iskrzyły się jak u młodego wilka.

—  Na to trzeba dużej odwagi, no i wiary... — ostrożnie sondował Antoni Kut swego towarzysza drogi.

— Coś trzeba robić, my dwaj powinniśmy zacząć.

— Może już inni zaczęli... — odparł tajemniczo Kut.

—  Wiesz coś na ten temat? Gdzie trzeba się zgłosić? Co robić?

—  Cóż ja mogę powiedzieć? — odpowiedział również pytaniem Antek.

—  A możesz się dowiedzieć?

—  Nie wiem... Nic jeszcze nie wiem na pewno... Mógłbym spróbować się dowiedzieć... Pan by chciał?

—  Do diabła z tym panem! — odrzucił gniewnie Henryk. — Mów mi po imieniu, jak mówią do siebie dwaj koledzy rówieśnicy, a może dwaj żołnierze tej samej sprawy.

—  Dowiem się, Henryku — zdecydował się Kut.

W odpowiedzi Frude serdecznie uściskał Antoniego.

W czasie ucieczki przed Niemcami z Kalisza, która ogarnęła prawie całe miasto, pani Władysława Kolczyńska najdłużej ze wszystkich zwlekała z opuszczeniem swego domu przy ulicy Łódzkiej, gdzie została sama z dwoma kilkunastoletnimi synami. Mąż jej jako oficer rezerwy został zmobilizowany i ze swym 29 pułkiem Strzelców Kaniowskich opuścił miasto tuż przed rozpoczęciem wojny. Obaj chłopcy rwali się do walki, ale żaden z ostatnich oddziałów, cofających się na wschód, nie chciał ich przyjąć do swoich szeregów. W końcu pani Kolczyńska zdecydowała się wyruszyć i dotarła w swej wędrówce zaledwie do Błaszek, miasteczka na wschodnim skraju powiatu kaliskiego. Zatrzymała się w opustoszałym domu mierniczego, kolegi męża, który z całą rodziną już wcześniej wywędrował na wschód, jak miliony Polaków szukających ratunku przed inwazją niemiecką.

Stara gosposia mierniczego bardzo się ucieszyła na widok uciekinierów i namawiała panią Kolczyńską, aby dłużej zatrzymała się w zacisznej willi. O dłuższym pobycie w domu mierniczego nie mogło być mowy, bo napływająca bez przerwy fala uchodźców niosła coraz bardziej alarmujące wieści o błyskawicznym pochodzie najeźdźców, o ich okrucieństwie, paleniu wsi, ostrzeliwaniu z samolotów i pierwszych egzekucjach spokojnych mieszkańców. Trzeba było jednak przenocować w tych Błaszkach w czystej pościeli pod gościnnym dachem. Zmęczeni chłopcy usnęli zaraz po kolacji kamiennym snem. Pani Kolczyńska z wystraszoną gosposią nie mogły zmrużyć oka. Od nocnych ciemności wiało grozą. Z zachodu zbliżała się do miasteczka łuna pożarów, zbiegów nadciągało coraz więcej, panika wśród nich rosła, odgłosy wojny zbliżały się w rosnącym tempie. Gdzieś z daleka dochodził huk dział, zupełnie już blisko jazgotały karabiny maszynowe, od głównej łódzkiej szosy niosło się ciężkie dudnienie. Jakiś przeraźliwy głos ludzki rozdarł zasłonę nocy:

—  Ludzie, ratujta się, Niemcy idą, rżną naród na śpiku,[2] strzelają w plecy!

Strzały padały tuż blisko domu, w którym zatrzymali się zbiegowie z Kalisza, wtórował im straszliwy charkot ludzki. Pani Kolczyńska ze starą kobietą przyczaiły się trwożnie za oknem, chłopcy zaś obok chrapali beztrosko. Na ulicach zawarczały groźnie gąsienice czołgów. O świcie w Błaszkach byli już Niemcy. Ich patrole prowadziły pod karabinami jakichś bladych, zalęknionych ludzi. Dalsza ucieczka nie miała już sensu.

—  Jesteśmy w niewoli — szepnęła pani Kolczyńska do budzących się rankiem synów. W czasie śniadania do drzwi willi ktoś ostro załomotał. Żona geometry wyjrzała przez okno na ganek i serce jej zamarło. Stało na nim dwóch po zęby uzbrojonych Niemców. Stara gosposia szybko pobiegła do drzwi wejściowych, które jęczały pod uderzeniami kolb karabinów.

—  Manner sind da?[3] — pytali, gdy im otworzono.

—  Zwei Jungen, gut[4] — odezwał się jeden z nich, widząc obu chłopców.

—  Nie rozumiemy po niemiecku — odezwała się pani Kolczyńska — nycht ferstejen — dodała złą niemczyzną.

—  Jawohl — usłyszała odpowiedź: — Te chłopaki iść zaraz z nami chować zabite, schnell, schnell![5] — darł się żołdak, popychając chłopców ku drzwiom. Po zabraniu synów pani Kolczyńska drżała z przestrachu, czy wrócą. Ale puszczono ich około południa. Wrócili bladzi, z zaciśniętymi ustami. Pierwszy raz młode ich oczy oglądały krew i śmierć. Ledwie zjedli naprędce przygotowany obiad, przy furtce do willi dostrzegli znowu patrol niemiecki, a na ganku zadudniły wnet ciężkie podkute buty. Tym razem matka zamarła prawie z przerażenia.

—  To po nich... — wyszeptała. Drzwi tym razem nie były zamknięte na klucz. Bez pukania weszło do wnętrza domu trzech żołnierzy z oficerem.

—  Rewizja! — wypowiedział dowódca patrolu po polsku wyuczony zwrot. — Jeśli będzie broń, rozstrzelamy wszystkich.

„Boże, może kolega Bronka zostawił gdzieś w domu rewolwer" — pomyślała ze strachem kaliszanka.

Gosposia drżącą ręką otwierała szafy i szuflady. Broni na szczęście nigdzie nie było. Niemcy wynieśli się bez słowa.

—  Trzeba wracać do domu — zdecydowała żona geodety. — Łatwiej tam znosić niewolę niż tu.

Krewny gospodyni domu, chłopak z przedmieścia, podwiózł małą furką za niewielką opłatą panią Kolczyńską z synami do Kalisza. Było to konieczne, bo uchodźcy mieli ze sobą trochę rzeczy. Pani Kolczyńska opuściła swój dom jako jedna z ostatnich mieszkanek Kalisza, powróciła jedna z pierwszych, to ocaliło jej mieszkanie przed rekwizycją i kradzieżą. Wszystko było na miejscu nietknięte. O Wiele gorszy był los tych, co wracali później. Zastawali swoje domy opieczętowane lub zajęte przez Niemców. Pani Władysława w godzinę po powrocie do domu pośpieszyła do swej księgarni w śródmieściu. I tam było wszystko w porządku. Szła pustymi jeszcze ulicami miasta, „zaludnionego" prawie wyłącznie żołnierzami w mundurach feldgrau,[6] z obawą, że może być każdej chwili aresztowana, ale nikt nie interesował się samotnie idącą kobietą. Żołnierze Wehrmachtu[7] mieli w pierwszych dniach pobytu w zdobytym mieście inne sprawy na głowie, zajmowali budynki publiczne, fabryki, koszary, magazyny żywności. Pędziły we wszystkie strony ogromne auta ciężarowe, jakich dotąd nie widziano w Polsce, z literą „W" („Wehrmacht") na podwoziu, pełne wszelakiego dobra, zrabowanego w podbitym kraju, raz po raz ciągnęły ulicami umundurowane formacje Hitler-Jugend. Biada było chłopcom, którzy ośmielili się pokazać na ulicy w mundurku szkolnym. Na szczęście miasto było jeszcze prawie puste, ale już na oczach pani Władysławy tłum hitlerowskich wyrostków obskoczył jakiegoś chłopca w granatowym płaszczu z tarczą szkolną na ramieniu. Napastnicy zdarli mu czapkę z głowy, oderwali tarczę i guziki mundurka.

— Krzycz „Heil Hitler", ty polska świnio! — darł się nad uchem nieszczęsnej ofiary rudy drągal. Pani Kolczyńska przyśpieszyła kroku, nie chcąc patrzeć na tę okropną scenę. W skrzynce do listów przy sklepie zastała już dwa urzędowe zarządzenia nowych władz. Jedno głosiło, że jeżeli księgarnia nie będzie otwarta do piątego października, to zostanie upaństwowiona, drugie, by do ósmego tegoż miesiąca przygotowano wszystkie polskie książki, które zostaną zabrane. Właściciel miał również zgłosić do piątego października w landraturze, czy prowadzi nadal księgarnię.

„Chwała Bogu, że zapomnieli o zakazie sprzedaży książek polskich do czasu ich rekwizycji — pomyślała pani Kolczyńska. — Coś trzeba będzie z nimi zrobić. Nie oddam ich przecież na zniszczenie. Tyle ich sprowadziłam w czasie wakacji".

W pierwszych godzinach po otwarciu księgarni poczęła się zgłaszać młodzież, kupując podręczniki, jakby rok szkolny miał się zacząć normalnie. Kupujących było coraz więcej, ale fatalny termin ósmego października zbliżał się nieuchronnie, a w księgarni pozostała jeszcze ponad połowa podręczników polskich i mnóstwo dzieł literatury pięknej.

„Co z tym zrobić? — głowiła się pani Kolczyńska. — W domu przechowywać tych książek nie mogę, bo zabiorą je wraz ze mną i dziećmi". Udała się do sąsiadów i znajomych z prośbą o zabranie dzieł polskich z księgarni. Odmówili wszyscy, podając najrozmaitsze powody. Rozstrzelanie przed kościołem Świętego Józefa proboszcza z Chocza, Romana Pawłowskiego, za wygłaszanie patriotycznych kazań, przepełnione aresztowanymi więzienie miejskie, niepewność powszechna własnego losu, wszystko to wywoływało ogólną psychozę strachu, tłumiło szlachetniejsze uczucia ludzkie.

Dzień już tylko przed fatalną datą, na godzinę przed zamknięciem księgarni, weszło do niej trzech chłopców. Jeden z nich stanął przy drzwiach i obserwował ulicę. Dwaj inni podeszli do pani Kolczyńskiej.

—  My w sprawie książek, proszę pani.

—  Jakie was interesują? — spytała pani Władysława.

—  Wszystkie — padła odpowiedź. — Wiemy, że pani je musi jutro oddać.

—  Skąd to wiecie?

—  Mój tata ma zakład przewozowy, proszę pani, blisko stąd, na Wiejskiej. Kazały mu Szwaby o dziewiątej przyjechać przed tę ich landdenaturę czy jakoś.

—  Przed landraturę?

—  Słyszałem, że ma przewieźć na plac Kilińskiego jakieś książki z biblioteki i księgarni do spalenia.

—  Tak — potwierdziła drżącym głosem właścicielka księgarni.

—  No to my, jest nas paru, chcemy te książki schować. Biblioteki już Niemcy zamknęli, tam dostać się nie można.

—  A próbowaliśmy także — dorzucił drugi chłopiec. — Z zamkiem do drzwi dałoby się radę, ale pilnują, więc nic z tego.

Pani Kolczyńska przyglądała się badawczo chłopcom. Przypomniała ich sobie z widzenia jako nabywców w jej sklepie piór, zeszytów, cyrkli, linijek i innych przyborów szkolnych.

„To nie jest podstęp" — pomyślała.

—  My pani potem to wszystko oddamy — odezwał się pierwszy z chłopców.

—  Bo my jesteśmy harcerzami, proszę pani — odezwał się drugi — tylko że teraz w mundurze harcerskim pokazać się nie można.

—  Każą nawet je oddać, takie jest ogłoszenie, ale figę dostaną — odezwał się stojący przy drzwiach chłopiec.

—  Moi kochani — powiedziała pani Kolczyńska — zupełnie nie chodzi o to, bym dostała z powrotem moje książki, ale by je ocalić przed zniszczeniem.

—  Tak, tak, proszę pani — odezwali się chórem harcerze.

—  Ale sprawa nie jest łatwa. Ulice pełne są Niemców. Na pewno zwróciliby uwagę, że z mojej księgarni wynosi się paki z książkami  —  myślała głośno właścicielka księgarni.

Może zabrać je w nocy? — zaproponował jeden z harcerzy.

—   Głupiś, godzina policyjna — zganił go drugi.

—   Od frontu nie można będzie zabrać stąd żadnej większej paczki, a książek mam bardzo dużo, cały magazyn na zapleczu pełny. Z tyłu jest wyjście na podwórze.

—  A więc tam może zajechać frachta[8] mojego taty — zawołał Kolasiński.

—  Lepiej byłoby ładować książki do worków — odezwała się pani Władysława.

—  I worki mamy, zrobi się, proszę pani. O której jutro możemy przyjechać, ale wcześnie, bo na dziewiątą...

—  Wiem, twój ojciec ma stawić się przed landraturą — przypomniała sobie Kolczyńska. — O siódmej rano mogę tu już być. Ale to wielka tajemnica, pamiętajcie, chłopcy.

—  Dochowamy tajemnicy, proszę pani — oświadczył z dumą Kolasiński.

—  „Na słowie harcerza polegaj, jak na Zawiszy" — uśmiechnęła się właścicielka księgarni. — Więc do jutra, moje zuchy.

Najbardziej trapił panią Władysławę brak wszelkiej wiadomości o losie męża. Raz po raz ktoś z wojskowych powracał chyłkiem do Kalisza, przynosił wiadomości o losie innych, o poległych, rannych lub wziętych do niewoli, ale o poruczniku Bronisławie Kolczyńskim nikt nic nie wiedział i nie słyszał. „Chyba poległ... — myślała z rozpaczą — skoro słuch o nim zaginął..."

W początkach października zjawiło się w mieście kilkunastu żołnierzy, którzy walczyli w obronie Warszawy, ale nikt z nich również nie natrafił na ślad pana Kolczyńskiego.

„Więc chyba jednak nie żyje — utwierdzała się w swych obawach pani Kolczyńska. — Zostałam wdową, a oni sierotami" — obrzuciła pełnym niepokoju spojrzeniem synów.

Ledwie to pomyślała, od strony furtki odezwał się ostry dzwonek.

—  Niemcy..—   zawołała przerażona.

—  Nie, mamo —  zaprzeczył starszy, Jurek — to jakiś nieznany mężczyzna.

—  Pewnie znowu będzie pytać o ojca w związku z nie ukończonymi przez niego robotami mierniczymi. Po co to teraz? Powiedz mu, że geometra nie wrócił — dała polecenie synowi.

Jurek podbiegł do furtki i powrócił niebawem z przybyszem.

—  Mamo, jest wiadomość o tatusiu! — wołał radośnie chłopiec.

—  O Boże!... —   poderwała się od stołu jego matka. — Więc pan?...

—  Pani mnie nie poznaje? — spytał przybysz, szpakowaty szatyn w lichym, nie dopasowanym do jego figury, mocno podniszczonym garniturze, na który miał narzucony rozpięty prochowiec.

—  Nie — stwierdziła żona geometry, obrzucając gościa przenikliwym spojrzeniem.

—  No tak. Pan porucznik był z rezerwy, więc mało bywał w naszym kasynie, ale ja dobrze panią pamiętam.

—  Kim pan jest?

—  Od tego powinienem był zacząć. Melduje się pani porucznikowej starszy sierżant Antoni Hys, szef kompanii 29 pułku Strzelców Kaniowskich.

—  Ale mój mąż... proszę mówić...

—  Pan porucznik żyje, jest w szpitalu w Zamościu.

—  Żyje... ranny.

—  Ciężko. Postrzelany jak sito... Obie nogi, ramię... Wywlokłem go spod kul.

—  O Boże...

—  Źle nie jest. Mam kartkę od niego, sam pisał, rękę mu trzymałem, ale sam. O, to ta kartka.

Antoni Hys wydobył z kieszeni małą pomiętą kartkę papieru pisaną ołówkiem i podał ją żonie swego dowódcy. Odczytała nakreślone koślawym pismem słowa: „Włado, żyję... jeśli możesz, ratuj mnie, Bron..."

—  Pan porucznik będzie potrzebował troskliwej opieki, proszę pani — wyjaśniał Hys.

—  Jadę do Zamościa! — zdecydowała pani Kolczyńska.

—  Będzie trudno, bardzo trudno teraz — zauważył gość.

.   — Teraz bardzo trudno, a później w ogóle nie będzie to możliwe — odparła żona rannego oficera. — Muszę jechać.

—  Trzeba coś radzić — mówił sierżant. — Zaraz, zaraz... Przecież ja wróciłem do domu ze starszym strzelcem Bogastem. Opowiadał mi, że ma warsztat stolarski i starego opla do rozwożenia mebli. Gdyby była benzyna, a on się zgodził... Ciągle gadał, że to stary grat ten jego wóz, ale to lepiej, bo nie połaszczą się na niego Szwaby. Bogast się zgodzi...

—  Proszę z nim porozmawiać. Mam trochę pieniędzy, to może ułatwić sprawę.

—  Tak, ale wyprawa ryzykowna. Spróbuję. To dzielny chłop ten Bogast, może się zgodzi.

—  Przepraszam, cały czas rozmawiamy na stojąco, zupełnie głowę straciłam. Proszę siadać, panie sierżancie, zaraz podam coś do jedzenia. Mieszkanie, chwała Bogu, zastałam nietknięte. Znajdzie się jeszcze i kieliszek.

—  Pani porucznikowa robi sobie kłopot.

—  Przyniósł mi pan dobrą wiadomość. To radość dla mnie, nie kłopot — odparła pani Władysława.

Stefan Bogast zgodził się pojechać do Zamościa pod warunkiem, że w ciągu pięciu dni będzie z powrotem w domu, gdzie czekało go wiele pracy, i że pani Kolczyńska postara się dla nich obojga o przepustki. Drugi warunek był trudniejszy do spełnienia. Pani Władysława bardzo słabo znała język niemiecki, a jako Polka nie miała szans na uzyskanie jakichkolwiek zaświadczeń od okupantów. Samodzielne jej zabiegi w tej sprawie spotykały się z ostrą odprawą. Gdy strapiona tym niepowodzeniem powróciła do domu, zastała w nim dawną swą przyjaciółkę nauczycielkę Janicką, uczącą przed wojną w szkole w Chełmcach.

—  Wiem, że Bron żyje, właśnie twoi chłopcy mi mówili — przywitała ją Janicka.

—  Tak, ale ciężko ranny. Muszę wydobyć go ze szpitala, bo tam mogą go wykończyć.

—  Podobno leży w Zamościu.

—  Tak, ale by tam dotrzeć, muszę mieć przepustkę od Niemców. Trzeba będzie poszukać jakiegoś folksdojcza, by mnie poparł, a ja nie znam żadnego z nich.

—  Czekaj, czekaj. Może Frude z Żydowa...

—  Frude stał się Niemcem. Czy folksdojcz może być szlachetny? — Frude. Nie mógł się zmienić z dnia na dzień...

—  Tym gorzej, że dla ocalenia majątku zaparł się polskości.

—  Nie wiadomo, z jakich pobudek to uczynił. Trzeba spróbować. Jedziemy do Frudego.

Nazajutrz rano obie panie pojechały roztrajkotaną budą stolarza Bogasta do Żydowa. Emil Frude wysłuchał uważnie pani Kolczyńskiej, kazał podać do saloniku kawę i po namyśle rzekł:

—  Spróbuję to załatwić, jeśli nie sam, to znajdę kogoś, kto więcej tu będzie mógł zrobić niż ja. Tak będzie nawet chyba lepiej. Nie mam najlepszej opinii u władz niemieckich. Dobrze, że panie przyjechały tak wcześnie. Pojadę razem z wami do Kalisza. To rzecz bardzo pilna.

W dwa dni po tej rozmowie pani Kolczyńska, zaopatrzona we wszystkie potrzebne przepustki i zezwolenia władz okupacyjnych, jechała półciężarówką Bogasta do Zamościa, by ratować ciężko rannego męża. Zaraz po przyjeździe pani Władysława zgłosiła się do dyrektora szpitala. Na prośbę, by pozwolono jej zabrać męża, dyrektor chwycił się za głowę.

—  Pani żąda rzeczy niemożliwych! — zawołał. — Za każdego rannego jesteśmy odpowiedzialni. Po wyleczeniu musimy wysłać ich do obozu jeńców. To jest pierwsza sprawa, a druga to ta, że pani mąż wcześniej niż za dwa tygodnie nie może wstać z łóżka.

—  Czy mogę go zobaczyć?

—  Bardzo proszę. Mogę dać nawet stałą przepustkę na odwiedzanie męża, jeśli pani zechce tu dłużej zabawić.

—  Kto może zwolnić mego męża ze szpitala?

—  Ważna jest tylko pisemna decyzja szefa lecznictwa wojskowego. Jest to jakiś generał.

—  Pójdę do niego.

—  Rezyduje w Lublinie.

— Pojadę tam.

—  Jeśli panią puszczą do niego. To wysoka figura, dostęp bardzo trudny, ostrzegam z góry.

—  Ale da mi pan zaświadczenie, że mój mąż jest ciężko ranny w obie nogi.

—  Tak, takie zaświadczenie mogę pani wystawić, wątpię jednak, by się na coś przydało.

Porucznik Bronisław Kolczyński leżał na sali najciężej rannych.

Już od drzwi poczuła pani Włada ostry szpitalny zapach. Nim poszukała wzrokiem męża pośród kilkunastu wynędzniałych i owiązanych bandażami postaci, odruchowo podeszła do okna i otworzyła je energicznym szarpnięciem. Fala świeżego powietrza wtargnęła do sali.

—  Dobrze... — usłyszała jakiś cichy, zbolały głos. Pochodził on z ust rannego leżącego bez okrycia najbliżej okna i od stóp do głów spowitego w bandaże.

—  Czy na tej sali leży porucznik Bronisław Kolczyński? — spytała donośnym głosem pani Włada, nie mogąc rozpoznać męża, gdyż wielu rannych było tak obandażowanych, że ledwie pozostawiono im otwory na oczy i usta, niektórzy zaś byli odwróceni do ściany.

—  To ten pod oknem — objaśnił panią Kolczyńską jakiś bardziej przytomny oficer z drugiego kąta sali.

„To Bron... jakże mogłam go nie poznać" — pomyślała pani Władysława, podchodząc do łóżka ciężko rannego męża. On usłyszał już jej głos, bo zwrócił ku niej oczy i lekko się uśmiechnął.

„Jest gorzej, niż mówił ten sierżant" — przemknęła myśl przez głowę nieszczęsnej niewiasty.

—  Jestem, Bronku, nie opuszczę cię już — mówiła, przyklękając przy łożu rannego i dotykając wargami jego wychudłej dłoni.

—  Dobrze... dobrze, żeś przyjechała. Byłem pewien, że przyjedziesz — mówił z trudem ranny.

—  Nie mów, nic nie mów, to cię męczy. Wystarczy, że jesteśmy znowu razem.

—  Tak... ale ja jeszcze słabo widzę, czuję tylko, że tu jesteś. Gdy podeszłaś do okna, już wiedziałem, że to ty... — usłyszała szept. — Co z dziećmi?

—  Są w domu. To dzielni chłopcy. Mogłam ich już zostawić samych bez obawy.

—  Bałem się o nich. Bardzo się o nich boję... — dodał porucznik. — Czas przyszedł straszny.

—  Przeżyjemy go wszyscy, zobaczysz.

—  Pocieszasz mnie.

—  Jestem przekonana, że doczekamy jeszcze zmiany losu na lepsze — odparła głosem pełnym wiary.

Wracający do Kalisza stolarz Bogast podwiózł panią Kolczyńską do Lublina. Komendantura szpitali wojennych Rzeszy okręgu wschodniego mieściła się w jednym ze skrzydeł zamku lubelskiego. Trzy dni starań, zabiegów, wypraszania przepustek kosztowało panią Kolczyńską, zanim dotarła przed oblicze generała, komendanta niemieckiej służby sanitarnej. Pani Włada minęła pięć wart, pięć posterunków kontrolnych i była półżywa, gdy wreszcie adiutant wprowadził ją do gabinetu dostojnika. Zza biurka podniósł się na jej powitanie siwy, dystyngowany pan.

—. Herr General, Hauptarzt, ich bitte[9] ... — wykrztusiła pani Kolczyńska z trudem wyuczoną formułę.

—  Proszę mówić po polsku, ja rozumiem — usłyszała z wielkim zdziwieniem słowa wypowiedziane czystą polszczyzną. — Jestem Austriakiem, nie Niemcem. Matka moja była Polką. Żałuję, że z narodem polskim zetknąłem się w tak tragicznych dla niego okolicznościach. Czym mogę pani służyć?

—  Mój mąż jest ciężko ranny!..

—  Tak, tak. Dokumenty już pani złożyła. Życzę, by rany jego zagoiły się bez śladu. Oczywiście, zgadzam się, by inwalida powrócił do domu. Inwalidzi nie zagrażają armii niemieckiej. To mogę uczynić. Jak pani chce przewieźć rannego?

—  Nie wiem jeszcze, jestem sama...

—  Moja władza sięga tylko do Radomia. Tu jest rozkaz, by dano pani karetkę sanitarną w ciągu 24 godzin, skoro pani jej zażąda, i pismo zwalniające pani męża z obozu jeńców. Właśnie je podpisuję w dwóch egzemplarzach. Jeden dla dyrektora szpitala w Zamościu, drugi dla pani na wszelki wypadek.

—  Jakże mam dziękować... — wykrztusiła wreszcie pani Włada, zaskoczona tą niezwykłą niespodzianką.

—  To mój drobny rewanż Austriaka za Wiedeń — uśmiechnął się dystyngowany pan. — Niemcy będą mieli z wami trudniejsze rozliczenia. — Generał podniósł z biurka długi pręt i podszedł z nim do wielkiej mapy środkowo-wschodniej Europy, wiszącej obok na ścianie. — Za tę awanturę Hitlera zapłacą, o, tymi terytoriami, które kiedyś były wasze. Niech pani spojrzy. Dostaniecie cały Śląsk z Wrocławiem i Opolem i Pomorze aż po Szczecin, no i oczywiście Prusy Wschodnie.[10]

To było za wiele jak na skołataną głowę pani Władysławy. Spojrzała przerażona na stojącego przy mapie generała.

„To jakaś prowokacja" — myślała.

—  Widziała pani okładkę ostatniego propagandowego tygodnika niemieckiego „Signal"? — zapytał generał.

—  Nie miałam okazji.

—  Szkoda. Zobaczyłaby pani na niemiecko-rosyjskiej linii demarkacyjnej niemieckiego oficera z lornetką zwróconą na wschód, wielka postać na całą długość okładki. To wiele mówi tym, co potrafią czytać. Tak nie patrzy przyjaciel. Hitler pójdzie dalej i złamie wreszcie kark. W Austrii nikt go nie będzie żałował.

—  Dziękuję panu generałowi za wszystko jeszcze raz — pani Kolczyńska podniosła się z krzesła.

— Życzę powodzenia, madame — szarmancko skłonił się generał.— Adieu,[11] proszę kiedyś z mężem odwiedzić Wiedeń. Urocze miasto, a my lubimy Polaków. Jesteście rycerscy i towarzyscy. Do zobaczenia w Wiedniu.

Pani Kolczyńska wyszła z zamku lubelskiego zupełnie oszołomiona. W każdym niemieckim mundurze widziała uosobienie zła, pychy, brutalności i okrucieństwa, a oto spotkała „innego" Niemca, który mówił tak nieprawdopodobne rzeczy. Kim był ten człowiek? Wariatem na pewno nie, a więc chyba prowokatorem...

»Niemcy są bardzo podstępni« — przypomniała sobie opinię przeczytaną w jakiejś gazecie przed wojną. — Tak, tak, to na pewno jakiś podstęp, nawet to, że zwolnił tak łatwo Brona z czekającej go niewoli, ma jakiś swój diabelski cel" — myślała. Nie mogła pojąć, jaki, i to ją najbardziej męczyło.

W dwa tygodnie później pani Kolczyńska wysiadła z karetki sanitarnej z rannym mężem przed szpitalem w Radomiu. Miał on tam przebywać jeszcze parę dni przed dalszą drogą do Kalisza, jak zalecili zamojscy lekarze. W bramie szpitala natknęła się znowu na owego dziwnego generała. Podszedł do swego wozu sztywnym jakimś, automatycznym krokiem. Auto jego pomknęło szparko gdzieś w nieznane.

—  Nie pleć głupstw, Antek, to niemożliwe! — zaprzeczał żywo starszy sierżant Hys.

—  Kiedy tak jest, panie szefie — upierał się Antoni Kut.

—  Co jest? — spytał podnieconym głosem Hys. — To jest, że są folksdojczami, czyli świniami, zdrajcami. A ty się z nim w żadne komitywy nie wdawaj. Dla takich jak on sąd wojenny i stryczek w imieniu Rzeczypospolitej, zrozumiałeś?

—  Nie, panie szefie.

—  Już ci ta matura we łbie pomieszała?

—  Tu nie chodzi o maturę.

—  Bardzo chodzi. Podchorążaczek, szlify oficerskie w tornistrze, baczność, tak jest. Już ja to nieraz widziałem. Co roku taki nowy smarkacz gwiazdkami mi świecił w oczy, a ja ciągle tylko: „tak jest" musiałem odpowiadać. Więc ty mi nie wyskakuj z tym Frudem. To nie zabawa maturalna. Łby nam mogą zlecieć z karku każdej chwili, gdy zrobimy fałszywy krok, rozumiesz.

—  Moja głowa jest mi tak samo miła jak i pana, szefie.

—  No więc?

—  To jest szczery Polak, jak my wszyscy.

—  Zwariowałeś!

—  Nie, panie szefie. To nie ja zwariowałem, tylko czasy są wariackie, a my w nich musimy żyć i robić swoje.

—  Więc niech już tak i będzie, ale co do naszej organizacji wojskowej...

—  Nie ujedziemy daleko bez pomocy tych, co łatwiej od nas mogą oszukiwać hitlerowców.

—  Jaki to mądrala z ciebie. Starego szefa chce uczyć, patrzcie...

—  Skądże znowu, zawsze będę słuchać pana. Proszę tylko, żeby pan i inni tam w górze rozróżniali szczerych Polaków, co muszą udawać Niemców, od bandy opryszków wychowanych na naszym chlebie, a przez gorliwość stokroć gorszych od prawdziwych Niemców. Nie jest to tak trudno odróżnić, bo jedni i drudzy żyją pośród nas i na sto sposobów mogą nas niszczyć lub nam pomagać.

—  To nie jest całkiem głupie — począł się zastanawiać starszy sierżant.

—  Widzi pan szef... Przecież każdego dnia walą nas obuchem po głowie. Z Berlina wyje Hitler, a za nim mniejsze psy — Goebbels czy Greiser, za nimi cała sfora jeszcze mniejszych, że naród polski wywołał tę wojnę, okrutnie mordował spokojnych Niemców, że jest diabła wart, że nasza krew cuchnie, a ich pachnie, że należy nas niszczyć jak robactwo, gdzie się da i jak się da. No i poszczute psy kąsają nas na każdym kroku, folksdojcze prześcigają się, by nam okazać pogardę, by nas gnębić, wykorzystać naszą pracę poza granice możliwości i wytrzymałości fizycznej. Nietrudno w takiej sytuacji rozróżnić wilka od owcy, anioła od diabła, panie szefie.

—  To nie jest takie głupie. Pogadam z naszym dowódcą. Aha, o najważniejszym bym zapomniał. Mam dla ciebie przeniesienie do Kalisza. Zostaniesz listonoszem. Przydasz się tam. Będziesz mógł chodzić po całym mieście nawet w nocy, że to niby z depeszami.

—  Muszę więc porzucić pracę w młynie Frudego.

—  Tak. Czekaj, czekaj, w młynie Frudego mówisz? To naraj mnie na swoje miejsce. Może z tej mąki będzie rzeczywiście jaki chleb, skoro tak za tym młodym pyskujesz. Muszę im się przyjrzeć z bliska. Zajmiesz w Kaliszu moje mieszkanie. Póki czas, trzeba je ratować, skoro ja tu przy żonie muszę zostać.

Rozmowa ta toczyła się w Ołoboku na zapleczu sklepiku kolonialnego Zofii Hysowej, który przejęła ona po ojcu, sklepikarzu wiejskim. Teraz, gdy przy niedzieli sklepik był zamknięty, Zofia krzątała się w kuchni przygotowując obiad.

Hys ufał swej żonie we wszystkim, znał jej wielki patriotyzm i wiedział, że gdy trzeba, Zośka potrafi trzymać język za zębami, nie zamknął więc szczelnie drzwi do kuchni. Hysowa wiedziała o wszystkich sprawach męża, choć nie godziło się to z zasadami konspiracji. Dopiero późniejsze doświadczenia uczestników tajnej walki z okupantem zmusiły ich do doskonalenia metod konspiracji.

Oboje Hysowie byli zgodni we wszystkim. Szef radził się swej małżonki nawet w sprawach „Tajnej organizacji wojskowej", której lokalne dowództwo znajdowało się w Kaliszu. Za jej poradą sierżant zdecydował się oddać swe mieszkanie w mieście Antoniemu Kutowi, którego rodzinę Hysowa dobrze znała, kochała się nawet w starszym bracie Antka, gdy jeszcze chodził „do klas". Tę jej pierwszą wiośnianą miłość przerwało zrządzenie losu. Józio Kut poczuł powołanie do stanu duchownego, ukończył seminarium i został wikariuszem w Gościszynie, a Zośka wyszła za mąż za przystojnego podoficera kaliskiego pułku Strzelców Kaniowskich, uosobieniem jednak wszystkiego dobrego i jakiegoś nieziemskiego piękna na świecie pozostał dla niej na zawsze kleryk Józef Kut, o słodkich oczach i anielskim głosie.

Wieść, że w pierwszych dniach okupacji Niemcy aresztowali księdza i zesłali do obozu koncentracyjnego, wypełniła po same brzegi czarę nienawiści Zofii Hysowej do okrutnych najeźdźców. Stała się sprzymierzeńcem męża we wszystkich jego tajnych pracach.

Gdy niedzielny obiad był na ukończeniu, Hysowa opuściła kuchnię i weszła z małą córeczką uwieszoną u jej spódnicy do pokoju, w którym radzili mężczyźni. Antek Kut poderwał się z krzesła i ucałował rękę pani domu.

—. Jak to Antoś wyrósł — zdziwiła się Hysowa.

—  Jestem już dorosły — odparł młody gość nieco urażony.

—  Ojej, jak te klasy Antoś ukończył, to już prawdziwy pan się zrobił, a ja go zawsze pamiętam, jak to jeszcze starszy brat, ksiądz Józef, za rękę prowadził. Są jakie nowiny od księdza Józefa?

—  Nie ma. Martwimy się bardzo — westchnął młodzieniec.

—  Szwaby zawzięły się bardzo na nasz naród. Żeby tam tylko nie zamęczyli naszego księdza Józefa. Na świętego zawsze wyglądał, jak ta czysta pasyjka wysechł z tej świętości, niech nam jak najdłużej żyje na ziemi, a do nieba się nie śpieszy. Czy jaką paczkę można mu będzie posłać, bo, powiadają, że strasznie głodzą „hitlery" więźniów.

—  Frude obiecał się dowiedzieć, dokąd zesłali brata i czy można mu coś posłać — informował gość.

—  Niech mu Bóg da zdrowie.

—  Folksdojcz! — zawołał starszy sierżant.

—  A co miał zrobić? — spytała Hysowa. — Kramer, nasz nowy niemiecki wójt, był wczoraj u mnie w sklepiku i powiadał, że niedługo mnie stąd wypędzą, bo Polakom nie będzie wolno handlować. Trzeba się inaczej urządzić.

—  Zośka, co ty gadasz, chcesz się może zapisać?... Zośka?...

—  A co zrobimy, gdy nas stąd wyrzucą? Czy będziesz mógł prowadzić swoją robotę? No więc nie ma co gadać. Nie ma innego wyjścia, mój Antosiu, nie ma...

—  Teraz pan szef przekonał się, że żyjemy w bardzo ciężkich czasach i musimy się dostosować do okoliczności — odezwał się młody Kut.

Cóż ja mogę na to poradzić — rozłożył ręce podoficer. — Niech starsi wezmą to na swoją głowę. Powiem im, co i jak dokoła się słyszy.

Na drzwiach małego mieszkania w Kaliszu przy bocznej niewielkiej ulicy Piaskowej 15 a, należącego dawniej do starszego sierżanta Hysa widniał napis: „Frau Sophie Hys, Volksdeutsch". Wywieszka ta chroniła mieszkanie przed rekwizycją i niepożądanymi wizytami niemieckiej policji. Mieszkał w nim nowy lokator, młody człowiek chodzący w okrągłej urzędowej czapce pracownika poczty i szeroką opaską na rękawie płaszcza z napisem „Deutsche Reichspost".[12] Dawni sąsiedzi sierżanta spoglądali z tłumioną nienawiścią na nowego lokatora.

—  Hys gdzieś przepadł, Hysowa się sfoksiła, a to pewnie jej kochanek, ten smarkacz — odzywały się jadowite szepty. Zauważono jednak niebawem, że Hys pojawia się od czasu do czasu w swym dawnym mieszkaniu. Wsuwał się do niego jakoś chyłkiem, jakby chciał, aby go nikt nie dostrzegł, samą Hysowa widywano rzadko, coś więc z tym rzekomym jej kochankiem nie wychodziło. Ludzie naokoło mieli dosyć własnych zmartwień, przestali się więc interesować mieszkaniem dawnego podoficera. Tymczasem lokator Hysów, Antoś Kut, miał pełne ręce roboty na swym nowym „stanowisku". Z tą oficjalną pracą dawał sobie łatwo radę. Z liceum w Ostrowie wyniósł dostateczną znajomość niemczyzny, potrzebną w stosunkach ze zwierzchnikami i klientami, którzy coraz gęściej napływali i z wielkiego Reichu, i ze wschodu. Właściwa praca zaczynała się po godzinach obowiązków służbowych i często w czasie ich pełnienia, gdy trzeba było przenieść z jednego krańca miasta na drugi pilne wiadomości lub w torbie pocztowej egzemplarze tajnej gazetki. Jeszcze z rodzinnego Sławina młodzieniec posyłał do niej za pośrednictwem Hysa drobne artykuły, notatki oraz wiadomości zasłyszane w sklepiku Hysowej od miejscowych ludzi i przybyszów z dalszych stron. Teraz ta praca ruszyła pełną parą. Zainstalowany w kominie kuchni Hysów radioaparat dostarczał wiadomości ze świata, Antek słuchał ich w dwóch językach: polskim i niemieckim, by orientować się, co się dzieje na świecie, i znać zamiary wroga. Na podstawie tych wiadomości redagował komunikaty do „gazetki". Nie były one zbyt pomyślne, ale rzecz najważniejsza była bezsporna i krzepiła ducha: rząd i armia polska istniały nadal, alianci zaś przygotowywali się do rozprawy z Niemcami.

„Cóż więc z tego, że terror hitlerowski wzmaga się, skoro mamy całkowitą pewność rychłego zwycięstwa" — pisał Kut w gazetce wydawanej przez Czesława Zimnego, który mieszkał przy ulicy Szewskiej. Żona jego prowadziła pralnię, nikogo więc nie mógł dziwić częsty napływ „klientów" z paczkami pod pachą. Obok w ogrodzie w dużej szopie mieściła się ręczna maszyna drukarska. Zimny był dawniej zecerem w drukarni Radwana, wydającego kiedyś „Gazetę Kaliską". Po wejściu Niemców zabrał po kryjomu z drukarni starą maszynę z zestawem czcionek i sam teraz nocami tłukł na niej nakład gazetki.

Szefem całej akcji i komendantem tajnej organizacji był porucznik Kazimierz Strzelczyk, mieszkający w pobliżu Kuta przy ulicy Widok 40. On to wraz z porucznikiem Malinką i Czesławem Zimnym oraz ojcem Julianem Mirochna stanowili trzon całego ruchu podziemnego w Kaliszu.

To, co zameldował Hys o Frudym, stało się przedmiotem narady sztabu organizacji podziemnej. Obaj oficerowie z początku nie chcieli nawet słyszeć o jakimkolwiek kontakcie z folksdojczami. Redaktor Zimny długo słuchał ich grzmiących wywodów o zbrojnym ramieniu Rzeczypospolitej, które zetrze na proch wszelkich zdrajców, wreszcie, gdy spytano go o zdanie, oświadczył lapidarnie:

—  „Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje", żeby to była tylko rosa, panowie, ale to po prostu trucizna, zaraza, brunatna śmierć zagląda nam w oczy. O drugim froncie ani słychu, ani widu. Myślę, że z wiosną ruszą się tam na zachodzie, ale to Niemcy pierwsi uderzą na aliantów.

—  Gadacie, Zimny, bzdury, zupełnie inaczej piszecie w naszej gazetce. Już wiosna nadeszła, a Hitler się nie rusza! — ostro zaoponował porucznik Malinka.

—  Bo tak trzeba. Prawdę ludziom należy cedzić przez lejek, pomaluśku, jak ostre lekarstwo. Cała dawka by ich zabiła.

—  Żadnych kontaktów ze zdrajcami! — powtórzył twardo komendant Strzelczyk.

W tej chwili do drzwi mieszkania zapukano w umówiony sposób. Ktoś z naszych idzie — odezwał się gospodarz — to dziwne, nikogo nie wzywałem. Kto tam? — spytał przez drzwi. — Jestem chory, nikogo nie przyjmuję. Ich bin krank — powtórzył na wszelki wypadek po niemiecku.

—  Niosę zdrowie — usłyszał umówione hasło i poznał głos Antka Kuta.

—  A, to ty — odetchnął Strzelczyk. — Co się stało?

—  Ważna rzecz. Przed chwilą wszystkie stacje radiowe podały wiadomość, że Hitler uderzył na Danię i Norwegię — powiedział Antek.

—  Tak, a jednak to on zaczyna „wyzwalać" — odezwał się z sarkazmem Zimny.

—  Francja i Anglia odpowiedzą na to wspólnym atakiem — odparł szorstko porucznik Strzelczyk.

—  Oby tak było — westchnął Zimny. Komendant pożegnał się z Antkiem mówiąc:

—  Dziękuję ci, Kut, za wiadomości, słuchaj dalej radia. Po chwili milczenia Zimny zagadnął ojca Mirochna:

—  A ojciec gwardian co myśli na temat folksdojczów?

—  Musimy odróżnić plewy od ziarna, patrzeć, co człowiek robi, ile jest wart, komu służą jego czyny, a nie, w jaką suknię się odział. Jest tu dużo ludzi w samym Kaliszu i okolicy, obcych nam nawet wiarą, którzy mają dobrą opinię, mimo że zgłosili się na niemiecką listę. Czy przetrwalibyśmy tutaj, gdyby tylko same łotry na niej były?

—  Nie możemy lekceważyć tego, co ojciec gwardian mówi, choć zadziwiają mnie jego słowa — rzekł komendant Strzelczyk. — Właśnie mam tu na porządku dziennym sprawę mego dawnego podkomendnego Hysa. Wydało mi się, że poszedł on zbyt daleko, wywieszając na drzwiach swego mieszkania tabliczkę „Frau Sophie Hys, Volksdeutsch".

—  Kogo ta wywieszka ma zmylić, Polaków czy Niemców? — spytał redaktor Zimny.

—  No właśnie — bąknął Strzelczyk. — Tu trzeba rozwiązać cały problem.

—  Myślę, że ojciec gwardian już go rozwiązał — rzekł Zimny.

—  Nie podoba mi się to wszystko — burknął Strzelczyk.

—  A niech to diabli porwą — dorzucił ze złością porucznik Malinka.

—  O to właśnie idzie, żeby nie porwali — upierał się redaktor. — Więc co decydujecie?

—  Wiecie doskonale, że mamy nóż na gardle — odezwał się komendant tajnej organizacji. — A „tonący brzytwy się chwyta". Jesteśmy zmuszeni korzystać ze wszelkiej pomocy, nawet folksdojczów. Trzeba tylko każdego z nich dobrze wziąć pod światło.

—  To się samo przez się rozumie — rzekł ojciec Mirochna. — Życie nasze teraz to taniec pośród jadowitych wężów.

—  Ojcze Julianie, nie bardzo rozumiemy ostatni artykuł ojca w naszej gazetce. Mam go tu przed sobą. Co ojciec chciał powiedzieć tymi słowami: „Polska odrodzona po tej straszliwej wojnie musi być państwem sprawiedliwości powszechnej, ojczyzną biednych i bogatych. Tych pierwszych być w nim zupełnie nie powinno. Dobra narodowe winny być rozdzielone wszystkim, aby nie było wyzysku i krzywdy ludzkiej. Każdy powinien pracować na swoim i dla siebie". Cóż to ma znaczyć, ojcze gwardianie?

—  To, co napisałem.

—  Więc socjalizm? Dóbr narodowych nie mamy, mamy prywatne. Aby dać je wszystkim, trzeba najpierw zabrać je wszystkim właścicielom. Czy mamy iść za przykładem Hitlera? Przepraszam ojca, ale...

—  Za przykładem Chrystusa, a nie za przykładem Hitlera — odparł żywo zakonnik, a w jego zwykle łagodnych, niebieskich oczach zapaliły się iskry gniewu.

—  Socjalizm jednak nam nie odpowiada — upierał się Strzelczyk — a to jest właśnie socjalizm, idea wywrotowa.

—  W jakim sensie? — spytał ojciec Julian.

—  No, żeby wszystko wszystkim zabrać, aby nikt nic nie miał i w ogóle, aby była anarchia.

—  Nie, o takich zasadach powszechnej krzywdy nie słyszałem — wzruszył ramionami zakonnik. — A socjalistów chcemy mieć w powszechnej konfederacji narodu, panie poruczniku.

Jednak to, co ojciec wypisuje w naszej gazetce, nie podoba mi się — ciągnął swoje porucznik Strzelczyk.

—  Wolno to panu. Wszak jesteśmy demokratami. Demokracja to znaczy wiele dróg do tego samego celu: tworzenia wolnego państwa.

—  Zostaw więc to już — wtrącił się porucznik Malinka. — Cywile mają swoje argumenty.

Tak. Podpisuję się pod wszystkim, co drukuje u nas ojciec gwardian — odezwał się Czesław Zimny.

—  Drugie nożyce się odezwały, przestańmy bić w stół — powtórzył pojednawczo porucznik Malinka.

Rodzina mierniczego Kolczyńskiego gnieździła się teraz przy ulicy Stawiszyńskiej w dwóch pokoikach z dymiącymi piecami w odrapanej oficynie domu, bez wygód i kanalizacji. Takie tylko rudery mogli zamieszkiwać Polacy. Domy bardziej komfortowe przeznaczono dla ludzi „wyższej rasy". Z dawnej willi przy ulicy Łódzkiej pozwolono Kolczyńskim zabrać jedynie trochę rzeczy osobistych i pościeli.

Księgarnię po kilku miesiącach także im odebrano. Gdy nadeszła zima, rozpoczęło się nocne wysiedlanie całych rodzin do Generalnej Guberni. Przeprowadzano je w czasie największych mrozów, w najbardziej nieludzkich warunkach. Dotykały one w pierwszym rzędzie inteligencję, pani Włada spoglądała więc z wielkim niepokojem na męża, który bardzo powoli przychodził do zdrowia i ledwo mógł się wlec o kulach.

—  Gdyby „to" nas spotkało, Bronku — mówiła —  to chyba ciebie nie wysiedlą w takim stanie. Trzeba jednak być na to przygotowanym. Wszystkie nasze oszczędności zaszyłam w twoją kołdrę. Pamiętaj o tym.

—  A wy z czego będziecie żyli?

— Nie pozwolą nam więcej zabrać niż 20 marek na głowę. Wszystkie rzeczy wartościowe zabierają. Nie udałoby mi się zabrać ich ze sobą. Jakoś damy sobie radę w głębi kraju, wszędzie są dobrzy ludzie, ale ty tutaj nieprędko będziesz mógł pracować i długo jeszcze potrzebna ci będzie opieka — pamiętaj więc o kołdrze. Jakie to szczęście, że z racji twojego zawodu znają cię chłopi w całym powiecie i pamiętają o nas. Dzięki temu nie mamy niedostatku.

—  Myślę, że już nam Niemcy dadzą spokój, skoro wypędzili nas do tej rudery. Ty pracujesz w sklepie u folksdojcza, chłopcy jeszcze nie podlegają obowiązkowi pracy, ja inwalida...

—  Ale to są nasi wrogowie i żadne względy ludzkie do nich nie przemawiają — przerwała żywo wywód męża pani Włada. — Byłam już u twego brata na Zagorzynku. Zgodził się przyjąć ciebie w razie konieczności do pokoju na poddaszu. Zakupiłam tam węgiel i naniosłam do schowka obok kilkanaście wiader.

—  Dziękuję ci, ale ten twój trud i troska chyba będą zbyteczne — odparł rekonwalescent.

—  Diabeł nie śpi — rzekła żona. — Było już kilka wywózek nocami.

—  Prawie samych Żydów. Dla nich są bez miłosierdzia. Patrzeć nie można, jak ich stale katują.

—  I na nas znajdą czas — westchnęła ciężko pani Kolczyńska. — A wiesz, przyniosłam coś z miasta. Wsunął mi do torby jakiś chłopak, nawet trochę znajomy z księgarni — polską gazetkę.

—  Niemożliwe! Skąd? Przecież to śmierć, gdyby ją znaleźli. Daj mi ją!

—  Tylko nie niszcz jej, proszę cię.

—  Muszę zobaczyć, co to jest — odpowiedział mierniczy, biorąc do ręki zadrukowany arkusz papieru. — Piszą w niej, że we Francji stoją już nasi na linii Maginota. Dowodzi generał Sikorski — mówił pan Bronisław przebiegając oczami zadrukowany papier. — Rząd polski jest w Angers. Prezydentem został Władysław Raczkiewicz. Jednym słowem, rządy Władysławów. No, ale Polska żyje. Dzielni ci ludzie, co o tym piszą, ale tej gazetki nie możemy u siebie przechowywać.

—  Ona nie nadaje się do przechowywania, nawet jest nadruk: „Przeczytaj i podaj dalej". Zaniosę ją sąsiadom.

—  Nie rób tego, bo gdyby wpadli, to Niemcy będą pytać, od kogo ją dostali.

—  Boisz się?

—  Nie, tylko jestem ostrożny. Takiej rzeczy się nie daje, można ją tylko podrzucić.

—  Więc dobrze, podrzucę im tę gazetkę — ustąpiła mężowi pani Włada.

Po uciążliwym, trudnym dniu noc nie dawała pokrzepiającego wypoczynku. To właśnie wtedy pod osłoną ciemności zjawiali się „oni", rosłe draby z trupimi czaszkami na czapkach, w czarnych mundurach, walili kolbami w drzwi, wpadali wściekli do mieszkań, każąc się z nich wynosić w ciągu dwudziestu minut, a więc w ciągu czasu wystarczającego zaledwie na ubranie się. Przezorniejsi spali ubraniach ze spakowanym bagażem ręcznym, bo tylko taki wolno było ze sobą zabrać. Niezawodne przeczucie i tym razem nie omyliło pani Włady. Pewnej bardzo mroźnej nocy przy szalejącym wichrze ktoś mocno zapukał do drzwi mieszkania. Śpiąca bardzo czujnie pani Włada wnet zerwała się z pościeli i skoczyła ku drzwiom.

—  Kto tam? — spytała drżącym z przerażenia głosem.

—  To ja, Franek — usłyszała cienki głos syna dozorcy. — Tata kazał powiedzieć, że „one" już są w kamienicy od frontu. Przeczytały też i państwa.

Głos chłopca za drzwiami umilkł. Pani Kolczyńska skoczyła budzić męża i dzieci. Choć miała jakieś wewnętrzne przekonanie, że „to" musi nadejść, wszystko leciało jej z rąk.

—  Boże drogi, nie skończyłam cerować ciepłych skarpet dla Jurka — wyrzucała sobie. — Suchary są w piecyku, trzeba koniecznie je zapakować, gęś wisi za oknem na mrozie, gęś za oknem... Już idą...

Na schodach wiodących na poddasze dudniły ciężkie buty oprawców. Za chwilę jęknęły drzwi. Pobiegła szybko otworzyć.

—  Wszyscy w dwadzieścia minut wynosić się stąd! — zawarczał ostry głos barczystego chłopa w mundurze. — Wolno zabrać dwadzieścia marek na gębę i najpotrzebniejsze rzeczy ze sobą, schnell!

—  Mąż mój jest inwalidą, leczy się z ran, trudno mu się poruszać — mówiła pani Włada do podoficera, który stał w drzwiach.

—  Alle raus![13] - odpowiedział, nie zwracając uwagi na jej prośbę.

—  Bronku, weź kołdrę na plecy — przypomniała pani Kolczyńska. — Jurku, do twojej torby zmieści się jeszcze gęś. Mówiłam ci jeszcze wczoraj, żebyś zabrał z piecyka suchary.

Chłopiec pobiegł szybko spełnić polecenie. Dwadzieścia minut upłynęło błyskawicznie. Żandarmi kolbami wypychali rodzinę Kolczyńskich na schody. Mierniczy wlókł się powoli o kulach. Narzucona mu na plecy kołdra utrudniała jeszcze ruchy. Jego żona podeszła do oficera stojącego na podwórzu domu.

—  Panie kapitanie — rzekła łamaną niemczyzną — mój mąż leczy się jeszcze z ciężkich ran, nie może ruszyć się stąd. I pan jest wojskowym, proszę go zwolnić. Niech zostanie.

—  Wszyscy musicie opuścić teren Rzeszy — odparł oficer.

—  Proszę spojrzeć, to kaleka — prosiła pani Kolczyńska. — Niech go pan zwolni.

—  Dać go na bok, on i tak niedługo umrze — machnął ręką dowódca.

Pan Bronisław skwapliwie poczłapał na bok.

—  Ej, ty! — krzyknął za nim podoficer. — Kołder nie wolno ze sobą brać, zostaw ją!

. — Puść go — rozkazał przełożony —  to jakaś stara szmata.

Rodzina Kolczyńskich pożegnała się w milczeniu. Za bramą stała już pod zbrojną strażą taka jak i oni gromada nędzarzy. Pani Włada jednym rzutem oka oceniła, że jest w lepszej sytuacji od innych. Miała przy sobie dwóch dorastających synów, zdrowych i silnych chłopców. Każdy z nich dźwigał plecak i jakieś tłumoczki w ręku, ona sama zabrała ze sobą tyle rzeczy, ile mogła udźwignąć, podczas gdy inne kobiety niosły na rękach swoje maleństwa bądź trzymały je za rękę, starsze dzieci dreptały samodzielnie. Jedna z dziewczynek dźwigała dużą lalkę, największy swój skarb. Na tę zabawkę spoglądał pożądliwie jeden z esesmanów, drab w średnim wieku, wreszcie podszedł do dziewczynki i wyrwał jej zabawkę z ręki.

—  Polskie szczenięta mogą się bawić błotem! — zawołał. Dziecko wybuchnęło płaczem. Zaraz zawtórował mu chór innych dzieci, wyrwanych brutalnie ze snu, przemarzniętych od lodowatego podmuchu wiatru. Całą kolumnę wysiedlonych popędzono na plac przed ratuszem.

—  Tam zabiorą nas autami na dworzec — pocieszał jakiś głos tę lamentującą gromadę. Nie było to jednak prawdą. Przed ratuszem był tylko punkt zborny wysiedlanych tej nocy Polaków z całego miasta. Oddzielnie gromadzono ludność żydowską. Od tej gromady, jeszcze bardziej nieszczęsnej, nie dochodził już płacz, ale straszliwy jęk. Zbiry w czarnych mundurach tłukły tam raz po raz bykowcami po głowach, wyrywały dzieci z objęć matek i rozbijały im główki o bruk na oczach przerażonych tym widokiem polskich wysiedleńców.

—  Na Boga, co wy robicie? — wyrwało się z ust przerażonej pani Kolczyńskiej.

—  Zamknij gębę! I wasza kolej nadejdzie! — warknął esesman stojący najbliżej. Zamierzył się na nią bykowcem, ale nie uderzył.

Stali tak w pełni nocy zimowej przeszło dwie godziny, dzwoniąc zębami i tupiąc nogami, by nie zamarzły. Ustawiono wreszcie dwie długie kolumny, osobno Polaków i Żydów, i popędzono wszystkich pieszo w stronę dworca. O jakimkolwiek środku transportu nie było mowy. Obaj chłopcy szli w milczeniu z zaciśniętymi wargami podwójnie obciążeni, bo dźwigali jeszcze jakieś tłumoki wielodzietnym samotnym matkom, których było w tej drodze bardzo dużo.

„I to się tej nocy musiało stać — skarżyła się w myślach pani Włada — właśnie w przeddzień szesnastej rocznicy naszego ślubu".

Na dworcu kaliskim odbyła się skrupulatna rewizja. Policjanci niemieccy płci obojga dokładnie przeszukiwali rzeczy wysiedlonych i dokonywali rewizji osobistej. Polaków rewidowano w hallu dworca, Żydów wyprowadzano na rampę kolejową za dworcem, gdzie załadowywano ich do wagonów towarowych. Raz po raz dochodziły stamtąd strzały.

—  Dlaczego strzelają? Co tam się dzieje? — spytała pani Włada stojącego obok niej młodego folksdojcza z policji pomocniczej, Hansa Machera, którego znała, bo przychodził z ojcem do jej męża w sprawach pomiarów swego gospodarstwa.

—  Zabijają tych Żydów, u których znaleźli kosztowności — szepnął jej do ucha Hans. — Jeśli ma pani coś przy sobie z rzeczy cennych, proszę mi oddać, zwrócę je panu geometrze. Wiem, że go zostawili.

— Dziękuję panu, nic nie mam — odparła pani Kolczyńska. „Jak to dobrze — pomyślała — że wszystko zostało w kołdrze Brona".

—  Proszę pani — usłyszała szept stojącego obok starszego mężczyzny — jestem nauczyciel Stefański. Mam przy sobie bransoletę zmarłej żony, złoty zegarek i pierścionek. Pani mnie zna.

—  Tak, z widzenia — potwierdziła.

—  Może ten Selbstschutz[14] odda te kosztowności pani mężowi, bo jak znajdą... O, tu są. Proszę powiedzieć, że to nauczyciela Stefańskiego. Jeśli zgłosi się ktoś z mojej rodziny, to pan geometra zwróci.

Stary człowiek wsunął do ręki Kolczyńskiej małą paczkę owiniętą w chusteczkę. Pani Włada obejrzała się dookoła. Młody Macher stał jeszcze obok niej.

— Panie Hans — rzekła półgłosem. — Ta paczka dla mego męża. Będzie mieszkał na Zagorzynku w domu Kolczyńskich. Niech ją odda temu, kto powie, że jest od Stefańskiego, proszę zapamiętać: od Stefańskiego. — Wsunęła nieznacznie Selbstschutzowi do kieszeni drobny przedmiot. Hans kiwnął głową, upewniwszy się, że nikt tego nie dostrzegł.

Ktoś zakołatał cicho do celi ojca gwardiana. Pukanie powtórzyło się kilkakrotnie coraz głośniej, zanim usłyszał je pogrążony w modlitwie ojciec Julian. Zdziwił się. Była noc. Któż mógł o tak późnej godzinie go niepokoić? Ojciec Mirochna podniósł się z klęczek i podszedł do drzwi swej celi.

—  Kogo Bóg prowadzi? — spytał nie otwierając.

—  To ja, brat furtian — usłyszał odpowiedź. — Jest pilna sprawa do ojca gwardiana.

—  O tej porze? — spytał zdziwiony. — Cóż się stało?

—  Gorąca linia... — usłyszał szept. — Przysłali gońca. Mówią, że to pilne.

—  Niech wejdzie.

Za chwilę pojawił się Antoś Kut z opaską „Deutsche Reichpost", w okrągłej czapce listonosza niemieckiego.

—  A to ty, chłopcze — powiedział ojciec Mirochna. — Jakie masz wiadomości?

—  Komendant uznał, że nie trzeba pisać, bo ojciec mnie zna, więc mam ustną relację. Kazali mi tu przyjść w nocy, bo jako listonosz mam nocną przepustkę.

—  Mów, mój synu.

—  W sztabie uznali, że wielkie jest załamanie w narodzie po upadku Francji. Aby podnieść ducha żołnierskiego, komendant zarządził zbiórkę dwóch kompanii: kaliskiej i wiejskiej, w lasku pod Żydowem, tam gdzie stoi krzyż na mogile powstańca. Będzie zaprzysiężenie wojska. Komendant prosił, aby ojciec gwardian odebrał przysięgę i przemówił do wojska.

—  To jest dla mnie rozkaz, ale jak to zrobić, by Niemcy nie zwrócili na nas uwagi?

—  Landraturą ogłosiła, aby młodzież masowo śpieszyła pomagać w żniwach. Właśnie się zaczynają. Dowódcy drużyn otrzymali ścisłe instrukcje, którędy mają iść, i to w rozproszeniu. Po księdza gwardiana przyjedzie furą chłop, że to niby do ciężko chorego. To jeszcze wolno.

—  Kiedy ta zbiórka?

—  W nocy z najbliższej soboty na niedzielę. W niedzielę łatwiej będzie wrócić do miasta, że to niby do domu na wolny dzień.

—  Dobrze, będę, pozdrów ode mnie komendanta, Antosiu.

Księżyc zerkał ciekawie na polanę w lasku żydowskim, na której zgromadziło się kilkuset ludzi, ustawionych w dwóch grupach. W pierwszym szeregu pierwszej grupy stał wysoki niczym grochowa tyka wyrostek, chorąży Zenek Kolasiński, z rozwiniętym nad głową sztandarem kaliskiego hufca Związku Harcerstwa Polskiego, wykradzionym szczęśliwie z rąk niemieckich. Obok w pierwszym szeregu drugiej kompanii dostrzec było można równie wysokiego, lecz tęższego niż Kolasiński,  młodzieńca  również  z  rozwiniętym sztandarem w ręku. Był to Henryk Frude z ufundowanym ongiś przez rodziców sztandarem Gimnazjum imienia Asnyka w Kaliszu. Te dwa uratowane sztandary młodzieży kaliskiej powiewały nad głowami młodych straceńców, co stali teraz w karnych szeregach u stóp krzyża na mogile nieznanego powstańca. Oni to, chłopcy z kompanii wiejskiej i miejskiej, przybyli z Żydowa, Ołoboku, Sławina, Sulisławic, Szczypiorna, Skalmierzyc, Piwonic i Lisa, stanowili główny trzon tego wojska polskiego bez broni jeszcze, ale już gotowego do walki. Gdy zdjęli czapki do przysięgi, tu i ówdzie połyskiwały siwe włosy, lecz główny zrąb tego wojska stanowili młodzi, pełni zapału mężczyźni.

—  Baczność, do przysięgi! — padła komenda dowódcy Strzelczyka.

—  Baczność, do przysięgi! — komenderowali z kolei obaj dowódcy kompanii miejskiej porucznik Malinka i wiejskiej starszy sierżant Antoni Hys.

Ojciec Mirochna, kapelan polowy tego wojska, w komży, stule i birecie, odebrał przysięgę od żołnierzy.

—  Teraz jesteście zaprzysiężonym wojskiem polskim — odezwał się komendant Strzelczyk. — Walka nasza z wrogiem trwa nieprzerwanie. Rząd Rzeczypospolitej wprawdzie był zmuszony opuścić Francję, ale jest w Londynie wraz z naszymi siłami zbrojnymi pod dowództwem naczelnego wodza generała Sikorskiego. Polska walczy nadal w kraju i na obczyźnie aż do całkowitego zwycięstwa. Przemówi teraz do nas ksiądz kapelan.

Ojciec Mirochna wzniósł oczy w górę, chwilę trwał w milczeniu, wreszcie zaczął mówić:

—  Błogosławię was, żołnierze polscy, mściciele umęczonego i wzgardzonego przez okrutnego zaborcę narodu polskiego. Błogosławię was jako kapłan, Polak, wasz towarzysz walki i jako starszy od wielu z was wiekiem ojciec duchowny. Jestem jednym z was, żywym, czującym i cierpiącym człowiekiem. I gdy po niedawnej, strasznej i niespodziewanej klęsce sojuszniczej Francji i jam upadł na duchu, szukałem ratunku w Bogu i prosiłem Go, aby mi dał rozeznanie swej woli i swoich planów. I w tym momencie tak ciężkim w życiu naszego narodu, a więc i moim, dostałem wiadomość, że nie zabraknie umęczonej Ojczyźnie obrońców, i polecenie, bym od was odebrał przysięgę wierności sprawie narodowej. W waszych osobach stoi tu przede mną cała Polska, cały zjednoczony, nieugięty i nieśmiertelny naród polski. Są między wami ludzie spracowanych rąk od pługa i warsztatu, są żołnierze zawodowi, dowódcy wasi, są inteligenci z miasta i posiadacze miejscy gotowi razem walczyć o ład na naszej ziemi. Stanowimy wszyscy razem jedną zwartą i miłującą się nawzajem rodzinę polską. Jedność daje moc i takiej mocy wróg się nie oprze, zwyciężymy, bracia!...

Walka przed nami długa, pełna ofiar, nabrzmiała krwią, męką i łzami. Na tę walkę do ostatniej kropli was błogosławię.

Gdym jeszcze był uczniem gimnazjum, profesor od polskiego kazał się nam nauczyć psalmu naszego wieszcza narodowego Zygmunta Krasińskiego „Na dzień dzisiejszy". Jakże to proroczy tytuł, a oto słowa psalmu pisane przed stu laty. Godzi się je przypomnieć w tym oto czasie nowego naszego powstania narodowego, na tym właśnie miejscu, u stóp krzyża postawionego na mogile nieznanego powstańca pamiętnego roku 1863. A więc „Na dzień dzisiejszy":

A ja wam  powiadam, że Polska nie będzie

Królestwem tylko lub Rzeczpospolitą,

Lecz nad państw wszystkich skończone krawędzie

Prawem miłości rozlewalnym wszędzie,

Niedzielę wieków na wierzch wydobytą.

Nagle jak poseł ukaże się ona

I pośród ludów zhańbionego grona

Nazwą ją ludzie mocarstwem aniołem.

Ja wam powiadam, że Polska kościołem

Będzie na ziemi widomego czynu.

Przed nią pobledną potępione społem:

Królów uciski i wściekłości gminu...

Lecz do otchłani wy zejść musieliście,

By cel ten wielki dopełnił się iście.

Duszę tam waszą od ciała odjęto,

Dusza zapadła w czyśćcową tęsknicę,

Ciało przez zgonu przeszło tajemnicę,

Lecz duch żył mocą światu niepojętą

1 duch ten wstanie z promienniejszym ciałem.

Patrzcie tam... patrzcie, europejskie święto

Zbliża się oto. Gromowym nawałem

Spieszą wypadki! Już na dół się chyli

Złe, co was gniotło, źle ze złem w tej chwili!

Ten, co z serc waszych pasował się wiarą

Dotknięt już klęski i rozpaczy karą,

Na czole jego ciężka ręka Pana!

Jego się zbliża, wasza kończy męka!

Przemarni żywot, kto piekła kapłanem!!

Pan jeden wielki, Pan jeden jest Panem.

Czy nie słyszycie tych głosów tam w dali?...

Wszystkie na czasu już stworzonej fali

Płyną tu. Płyną i krzyczą w podziwie:

Śmierć sama zmarła, a zabity żywie!

Głos księdza Mirochny brzmiał donośnie pośród zupełnej ciszy, potem słowom wieszcza sprzed wieku zawtórował szloch słuchających go żołnierzy. Nikt nie wstydził się łez. Nie nad sobą przecież je wylewał i nie dla siebie, lecz dla narodu i za naród, za bliskich w domu i za tych, co dopiero narodzić się mieli w wielkiej rodzinnej wspólnocie narodu, który jest wczoraj, dziś i jutro, trwa aż po kres istnienia ludzkości na tej ziemi.

Drzewce sztandaru w rękach Henryka Frudego zatrzęsło się, zachybotało. Młodzieniec spostrzegł, że to jego ręka drży od wielkiego wzruszenia. Zawsze w sobie zamknięty, mruk prawie, kryjący wstydliwie wszelkie uczucia, które nadmiarem ciążyły mu na sercu, teraz płakał wraz z innymi i szeptał przez łzy:

—  To najpiękniejszy dzień mego życia, pierwszy zaprzysiężonego żołnierza Rzeczypospolitej i narodzin wiary w przyszłość mego narodu. To wielki dzień zmartwychwstania i zarazem narodzin rzeczywistego Konrada. Kimże tedy się stanę? — pytał samego siebie. — Kim jestem? — zastanawiał się, jakby nie wierzył w wielkie szczęście, jakie go spotkało.

— Jesteście solą ziemi naszej, jesteście wcieleniem wielkich, bohaterskich duchów narodu: Chrobrych i Krzywoustych, Żółkiewskich i Czarnieckich, Kościuszków i Trauguttów — doszły jego uszu ostatnie wypowiedziane po przysiędze słowa wojskowego kapelana.


[1] Die Hitler-Jugend (niem.) — organizacja młodzieży NSDAP założona w roku 1926 roku, wychowująca młodzież niemiecką w duchu hitleryzmu; główny organizator i przywódca Baldur von Schirach.

[2] Na śpiku (gwara) — we śnie.

[3] Manner    sind   da?    (niem.) — czy są tu mężczyźni?

[4] Zwei   Jungen,   gut   (niem.) — dwaj chłopcy, dobrze.

[5] Jawohl...   schnell!   (niem.) — tak jest... szybko!

[6] Feldgrau   (niem.) — polowy.

[7] Die   Wehrmacht   (niem.)    hist.    wermacht — siła zbrojna.

[8] Frachta   (gwara) — wóz ciężarowy.

[9] Herr    General,   Hauptarzt,    ich    bitte    (niem.) — panie generale, naczelny lekarzu, proszę.

[10] Autentyczne (przyp. autora).

[11] Adieu   (franc.) — żegnam.

[12] Die   deutsche   Reichspost   (niem.) — poczta Rzeszy niemieckiej.

[13] Alle   raus!   (niem.) — wszyscy wynosić się!

[14] Der   Selbstschutz    (niem.) — samoobrona.