ROZDZIAŁ DRUGI

WALLENRODZI

 —  Nie da rady, nie da rady. Trza będzie dwóch nowych chłopów do roboty nająć. Młyn musi iść naokoło: od rana do nocy, od nocy do rana, bo się nie wyrobim inaczej.

—  Nie zgadzam się z tobą, Marcinie. Źle liczysz. Ja obliczyłem inaczej — odparł młynarzowi pan Emil Frude.

—  Jakże to — żachnął się Marcin Drygała — toć robimy wszyscy świątek i piątek po dwanaście godzin i więcej na dzień.

—  No, właśnie, dlatego nie dwóch, lecz czterech ludzi trzeba zgodzić.

—  Czego jak czego, ale chłopów do roboty u nas nie brakuje. Każdy chętnie się zgodzi, bo i płaca uczciwa, i grosz pewny. Wezmę Józka Kulebiaka i Wawrzyńca Barana, Tomka Kuźbika z Gór i Kuta z Ołoboku.

— Twoja sprawa, kogo zgodzisz, wiem, żeś rzetelny człowiek, Marcinie. Chwała Bogu, do ludzi mam szczęście.

W drzwiach kancelarii ukazała się głowa Piotrka, lokaja, kuchcika i chłopca ogrodowego w jednej osobie.

—  Przyjechał czortopchajką jakiś pan z Kalisza — odezwał się od proga.

—  Do mnie? Czemu nie zadzwonił wcześniej? Jak się nazywa ten pan? — spytał zdziwiony pan Frude, bo o rannej godzinie nie spodziewał się nikogo obcego.

—  Powiedział ten pan, że to bardzo ważna sprawa, że musi się rozmówić. Po pańsku to zanadto nie wygląda ten jegomość, dosyć gruby i czerwony na gębie...

—  Pan jest dobrym człowiekiem, nawet zbyt szlachetnym, szkoda pana dla tych Polaków, bo...

—  Nie chciałbym już więcej na ten temat mówić, panie Tschapke — przerwał Niemcowi właściciel Żydowa, podnosząc się z krzesła.

—  Wiem, pan mi już każe wyjść — odpowiedział mu kaliski rzeźnik. — Mnie nie zrobiłoby to różnicy, ale dla pana to nie jest wszystko jedno. Przyszedłem tu z dwiema sprawami, jedną przynajmniej muszę załatwić. Tu chodzi tylko o pieniądze.

—  Nic panu nie jestem winien! — żachnął się gospodarz.

—  Mnie nie, ale naród niemiecki czegoś żąda od pana.

—  Jestem tylko dłużnikiem narodu polskiego.

—  Tak. Dziś to pięknie brzmi, ale pan wie, jak blisko jesteśmy granicy Rzeszy. Sięga ona już tutaj. To jest czas próby.

—  Tak, to jest czas próby — powtórzył z ciężkim westchnieniem pan Frude.

—  Pański syn i córka kopią teraz umocnienia przeciw Niemcom niedaleko stąd. Tego ukryć się nie da.

—  Nie zamierzamy tego kryć.

—  To bardzo nieostrożne.

—  Nie pytam pana o zdanie, żegnam, panie Tschapke.

—  Pan ma dzieci, panie Frude. Niech pan spojrzy na mapę. Przecie Kaliskie to prawie pogranicze Rzeszy. Nasi tu będą bardzo prędko. Führer zmiażdży odstępców i zdrajców narodu niemieckiego. Dla nich nie ma litości.

—  Czego pan ode mnie chce?

—  Ja nic, ale oni żądają. Od większego żądania jakoś pana wybronię, ale musi pan dać na cel walki o wielką Rzeszę przynajmniej tysiąc złotych.

—  Cokolwiek uczynię, będzie zdradą.

—  Ja chcę pana ratować, niech pan to zrozumie, panie Frude. Zawsze pan mówił, że mam najlepsze w Kaliszu wędliny.

—  No, białą kiełbasę w każdym razie.

—  I intencje mam najlepsze. Moja córka Irma prosiła mnie, bym was ratował. W czerwcu ukończyła liceum Jagiellonki. Pański syn tańczył z nią kilka razy na balu maturalnym. To rówieśnicy. Pewnie pan Henryk wspominał o naszej Irmie.

—  Nie przypominam sobie, panie Tschapke.

—  Więc tysiąc złotych...

—  Jestem Polakiem, jak pan śmie!

—  Pan podnosi na mnie głos. Nie szkodzi. Ja wpłacę za pana ten tysiąc złotych. Kiedyś mi pan te pieniądze zwróci i będzie wdzięczny.

—  Straszne, straszne...

— Straszne to będzie dopiero, jak oni tu przyjdą. Nawet mało kto z naszych tęskni do rządów Hitlera. Panu to mogę powiedzieć. Nam tu nie było źle. Moi klienci nie robili mi wstrętów z tego powodu, że jestem Niemcem, moja druga córka Hilda przyjaźniła się z córką dowódcy kaliskiej dywizji. Tańczyła z innymi koleżankami często w domu polskiego generała, a teraz będzie wojna. Hitler — to znaczy wojna. Jak pan myśli, panie Frude, Anglia i Francja nie staną przecież po stronie Polski?

—  Podpisały zobowiązanie.

—  W polityce to niewiele znaczy. Nie wierzę, aby chciały się bić o Gdańsk. Hitler zapewnia...

—  Nie wierzą mu już, dlatego zachodni sojusznicy Polski będą się bili.

—  To i oni dostaną w skórę, więc te pieniądze...

—  Cokolwiek uczynię, popełnię zdradę wobec jednych i drugich.

—  Hitler bliżej i on nie przebacza.

—  Tak, to jest pewne...

—  Ja już muszę się śpieszyć, panie Frude. Mam więcej takich spraw...

—  A inni?

— Dali wszyscy. Hitler potrafił wzbudzić... grozę. Zapanowała chwila ciężkiego milczenia. Wiele myśli przebiegało lotem błyskawicy przez głowę właściciela Żydowa.

—  Dali wszyscy... — szeptał do siebie cichym głosem. — Tak, tak... wybrali życie, bo ten człowiek przynosi śmierć. Żywi — myślał — mogą jeszcze wiele zrobić, umarli już nic, a ja nie jestem sam. Jestem jak ten biblijny pasterz, ale owce moje zginą, jeśli mnie nie będzie. Czas może przyniesie jakiś ratunek, dla umarłych ratunku nie ma...

Dziwnie drżały ręce starego pana, gdy sięgał po kluczyk do swej kasy. Otworzył ją wreszcie i wyjął plik stuzłotowych banknotów.

—  Już piszę pokwitowanie — odezwał się skwapliwie rzeźnik. — Mam kwitariusz z pieczęciami organizacji.

—  Pokwitowanie zbyteczne.

—  Oh, nie, my Niemcy jesteśmy skrupulatni. Co by pan o mnie pomyślał, gdybym wziął od niego tak dużą sumę bez pokwitowania?

—  Czyż ma jakieś znaczenie to, co ja pomyślę? Ludzie będą sądzić tylko mój czyn. Nie znajdą dla mnie usprawiedliwienia.

—  To jest pierwszy krok. Cieszę się, panie Frude, że wchodzi pan na drogę rozsądku.

—  Inaczej bym to nazwał... Robię to nie dla siebie.

—  „Jak się zwał, tak się zwał, byle się dobrze miał" — mówią Polacy.

—  W tym przysłowiu chodzi o co innego.

—  Może, za dużo nauki nie mam. Dziękuję, panie Frude. Sporo będę miał kłopotu, by wybronić pana przed spełnieniem drugiego żądania, ale może mi się to uda. Kwit za pobraną sumę zostawiłem na pańskim biurku. Auf Wiedersehen,[1] Herr Frude.

Gruby rzeźnik wytoczył się wreszcie z kancelarii. Gospodarz nie towarzyszył mu nawet do drzwi. Długo stał z palącym się cygarem w ręku, wreszcie wyszeptał bladymi wargami:

—  Jestem zdrajcą... Gdyby Henio o tym się dowiedział, o Boże, byłoby nieszczęście. Nawet Łucja nie może o tym wiedzieć, nikt, nikt...

Skręcił kwit Tschapkego w długą rurkę, podniósł z biurka paczkę zapałek, wyjął jedną z nich i za chwilę kompromitujący dokument spłonął w jego ręku. Pozbierał starannie spopielałe szczątki i wrzucił do kosza. Ledwie zdążył to uczynić, do gabinetu wbiegła Hania, zapłoniona i podniecona.

—  Tatku, ledwie wróciliśmy z okopów, nadeszła poczta z Kalisza. Mam już list od Franka z Paryża, dla ciebie są gazety i jakieś urzędowe pisma. Patrz, tatku, mam odciski na rękach, trochę bolą, ale to nic. Cały Kalisz był na okopach, sporo też ludzi z okolicy, wszyscy nauczyciele z dziećmi, Henio przyprowadził całe Żydowo. Jak to pięknie, że dałeś wozy dla ludzi. Co to? Tu się u ciebie coś paliło.

—  E, nic... — odparł pan Frude nieco zmieszany.

—  Czuję swąd. To nie twoje papierosy, tatku.

—  Swąd? A, może... O, przypominam sobie: spaliłem stary wykupiony weksel. Po co gromadzić takie śmieci.

—  Masz rację, tatusiu. Posłuchaj, co pisze Frank: nie chce teraz opuścić Europy, by być bliżej nas.

—  „Bliżej nas"? Tak napisał? Chyba bliżej ciebie.

—  Pisze jeszcze Frank...

—  Pan Pickersgill — poprawił córkę pan Frude.

—  Więc pisze, żebym była spokojna, bo wojny chyba nie będzie. „W całym Paryżu w ciągu tych dni nie widziałem na ulicach ani jednego munduru".

—  To dziwne, nawet w naszym Kaliszu roi się teraz wszędzie od mundurów — zauważył ojciec Hani.

—  Ale Paryż jest ważniejszy! — zauważyła panna.

—  Może, może... — z powątpiewaniem odrzekł ojciec — ale wczoraj podawało radio szwajcarskie, że w Berlinie wprost nie można przejść ulicą, tak wszędzie pełno wojskowych. Czyżby o tym nie wiedzieli w Paryżu?

—  Na końcu swego listu dodaje jeszcze Frank, że rychło należy go się u nas spodziewać.

—  Miłość ma skrzydła, moja panno, bo gdyby chodziła piechotą, nigdy nie trafiłaby do celu. Dzięki tym skrzydłom właśnie istnieje dotąd świat — uśmiechnął się ojciec.

Ojciec i syn spędzali długie godziny przy aparacie radiowym. Z Berlina grzmiał ochrypły, nabrzmiały nienawiścią głos samego Führera, który oznajmiał, że godzina kary dla nikczemnego narodu polskiego wybiła, że armia niemiecka ruszyła, by ukarać zbrodnie Polaków, wzywał do zemsty za „męczenie" w Polsce dziesiątków tysięcy braci niemieckiej krwi, oznajmiał światu, że to Polacy pierwsi dokonali agresji na miłujący pokój naród niemiecki, zajmując podstępnie radiostację w Gliwicach. Stolice zachodu, Paryż i Londyn, potwierdziły agresję wojsk Hitlera na Polskę, donosiły o zdecydowanym oporze wojsk polskich. Z Warszawy prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki, świadczył wobec Boga i Historii, że naród polski napadnięty podstępnie wbrew podpisanym paktom bronić będzie swych granic i swego istnienia do ostatniej kropli krwi.

—  Tatusiu, ja muszę zaraz zgłosić się na ochotnika, teraz na pewno mnie przyjmą. Gdybym nie poszedł, nikomu w oczy nie śmiałbym spojrzeć... — tu głos Henryka załamał się.

—  Nie mogę ci tego bronić, mój synu — odparł ojciec. — Ale może lepiej zaczekać na kartę powołania.

—  Prezydent już nas powołał, tatusiu, wszystkich. W tym domu zostaniesz tylko ty z mamą, bo nawet Hanka...

—  Nawet Hanka? — stary pan podniósł w górę brwi.

—  Pójdzie do szpitala polowego. Mama powinna uczyć dzieci, bo nauczycieli zabraknie. Zresztą mamy duży dom. Może się nadać na szpital, granica niezbyt daleko, więc u nas...

—  W takim razie Hanka tu się przyda — stwierdził właściciel Żydowa.

—  Ona chce iść ze mną.

—  No, no, nie tak prędko — mitygował pan Frude zapał syna.

—  Niemcy na pewno będą szli prędko.

—  Gorąca woda... — mruknął pan Frude.

Do uszu rozmawiających doszedł przez otwarte okno szum nadjeżdżającego auta. Skręciło ono już z drogi przez wieś wyraźnie w stronę dworu.

—  Ktoś do nas — zauważył młodzieniec.

—  Zaraz, zaraz... O, Irenka przyjechała.

—  Z rodzicami? — spytał ojciec.

—  Tak, tatusiu. Dyrektor sam prowadzi auto, chodźmy ich powitać.

—  Co oni tutaj robią? — zdziwił się pan Frude. — W taki czas siedzi się w domu...

Za chwilę cała rodzina Frudych witała swych przyjaciół na podjeździe przed gankiem domu.

—  Cieszę się bardzo, że was tu widzę, ale szczerze powiem: nie spodziewałem się — mówił gospodarz całując dyrektora Starka.

—  I my też nie spodziewaliśmy się tego, ale władze opuściły nasze miasto, pół powiatu jest już w drodze na wschód. W ostatniej chwili chwyciłem na wyjezdnym komendanta PKU,[2] by mi dał papier wyłączający moje auto od wojskowej rekwizycji. Jedziemy do Warszawy, gdzie mam siostrę. Tam będzie bezpieczniej!

—  A tu Irka zaczęła nam suszyć głowę: jedźmy do Żydowa, by zabrać naszych przyjaciół. Bardzo się obie z Hanią pokochały — mówiła pani Starkowa do witającej ją gospodyni domu.

—  Zabierzemy wszystkich państwa z sobą — mówiła zarumieniona panna Starkówna, szukając oczami Henryka.

—  To niemożliwe, panie dyrektorze — oponował pan domu — wolne żarty, panno Irko — zwrócił się do córki przyjaciela.

—  Na co jak na co, ale na żarty teraz nie czas — oświadczył poważnym głosem pan Stark. — Niemcy będą tu najpóźniej za trzy dni — dodał zdławionym głosem.

—  Ależ to jest panikarstwo!— oburzył się gospodarz.

—  Nie panikarstwo, tatusiu — zaprzeczył Henryk. Pan Frude spojrzał ze zdziwieniem na jedynaka.

—  Ty tak mówisz? — spytał.

—  Tak, tatusiu — potwierdził młodzieniec. — Od wakacji już studiuję sprawy wojskowe, czytam o nich wiele, słucham radia, śledzę mapy. Śląsk i Wielkopolska są nie do obronienia w początkach wojny, póki nie pomogą nam zachodni sojusznicy. Niemcy będą u nas za trzy dni!...

Nowina ta zmroziła wszystkich. Przykre milczenie przerwał dyrektor Stark:

—  Więc biorąc to pod uwagę...

— I prośby naszej córki — dodała pani Starkowa.

—  Tak, mamy dla państwa cztery miejsca w moim dużym wozie. Za nami jedzie ciężarówka z pracownikami cukrowni, którzy ewakuują się na wschód. Ulokowaliśmy również na niej nasze bagaże. Dajcie co zjeść, zapakujcie najcenniejsze rzeczy i ruszamy na Łódź.

—  Dziękuję ci, drogi przyjacielu, za troskę o nas. Zboczyliście porządnie z drogi, by tu dotrzeć, ale ja się stąd nie ruszę — oświadczył pan Frude.

—  Ani ja! — zawołał z determinacją Henryk.

—  A ty dlaczego? — ostro zapytał ojciec.

—  Karabin gdzieś dostanę, ukończyłem przysposobienie wojskowe. To mój obowiązek walczyć, ojcze, jeżeli oni...

—  Bardzo chwalę twoją postawę, Henryku — odezwał się dyrektor cukrowni — ale sam powiedziałeś, że Wielkopolska na razie stracona. Tam dalej na stałej linii oporu trzeba będzie wyćwiczonego wojska. Jedź z nami. Nie zabraknie dla ciebie okazji do walki, Henryku.

—  Ojciec dobrze ci radzi — poparła go skwapliwie panna Starkówna.

—  Musisz być rozsądny, Henryczku — odezwała się pani Frude.

—  Więc wy troje jedźcie do Warszawy. Twoja przyjaciółka, pani Maria Dąbrowska, Łucjo, chyba nie odmówi wam w stolicy gościny.

—  Tego jestem pewna — stwierdziła pani Łucja — tylko że ja, Emilu, też nie pojadę. Zostanę tu z tobą. Dzieci powinny, one muszą jechać, ale nasze miejsce jest w Żydowie.

—  Dziękuję ci, Łucjo. Wolałbym cię widzieć w Warszawie, ale rozumiem twoje intencje.

—  Mamo... — próbował jeszcze bronić swej decyzji młody człowiek.

—  Ty pojedziesz z Hanią i Irenką, Henryku — rzekła ciepłym, ale stanowczym tonem matka. — Hania potrzebuje twojej opieki, a po drugie, w głębi kraju będzie się tworzyła nowa armia, cała nasza nadzieja. Tam cię przyjmą do regularnej jednostki, tutaj byłaby to tylko nierozważna, rozpaczliwa demonstracja, nasz dzielny obrońco.

—  Jeszcze nie jestem żołnierzem, mamo.

—  Ale będziesz, jestem tego pewna, mój synu.

Henryk ucałował serdecznie obie ręce matki. Pani Frude najwyższym wysiłkiem woli powstrzymywała łzy.

Piękna była jesień roku 1939. Przez trzy tygodnie września w całej Polsce nie spadła ani kropla deszczu. Dni i noce były upalne jak w lipcu. Nawet natura sprzyjała wodzowi Wielkiej Rzeszy, Hitlerowi, w podbiciu sąsiedniego słowiańskiego narodu „niższej rasy". Potężne lotnictwo Führera nie miało żadnych przeszkód w miażdżącym uderzeniu na słabą Polskę. Widoczność była znakomita. To była wspaniała „zabawa".

Dwudziestoletni lotnicy niemieccy zaczęli wierzyć w geniusz swego wodza. Wielki filozof niemiecki Hegel powiedział, a za nim często powtarza to Führer, że „wojna jest sądem Boga nad narodami". „Grzeszny, nikczemny" naród polski w ciągu paru tygodni dostał się w niepodzielne władanie „szlachetnego" narodu niemieckiego.

W niedzielny ciepły jeszcze i pogodny ranek w końcu października w Kaliszu płowowłosi zwycięzcy spoglądali z widoczną pogardą na przesuwające się chyłkiem ku kościołowi Franciszkanów grupki Polaków. Wzywały ich na nabożeństwo donośne dzwony klasztornego kościoła. Ów głos dzwonów obudził rezydującego prawie naprzeciw kościoła, po drugiej stronie Prosny w hotelu „Europa", komendanta kaliskiego okręgu żandarmerii majora Büchlera, zażywającego zasłużonego spoczynku po biesiadzie nocnej u landrata.[3] Büchler wściekły zerwał się z łoża i zadzwonił na dyżurnego podoficera.

—  Co to za nieporządki! — huknął na wchodzącego żandarma. — Już wczoraj przyszło zarządzenie z kancelarii gauleitera[4] z Poznania, że w kraju Warty w miejscowych kościołach nie wolno dzwonić. Dzwony stanowią majątek Rzeszy. Będą użyte niedługo w sposób bardziej właściwy niż na głoszenie zabobonów. Czy te klechy o tym jeszcze nie wiedzą?

—  Sprawdzę, Herr Major.

—  Jeśli to nieposłuszeństwo, aresztować wszystkich, jeśli brak pouczenia, poinformować ich.

—  Tak jest, Herr Major. Czy będą jeszcze jakieś rozkazy?

—  Idź do diabła! Niech obudzą mnie o czternastej, mam zjeść obiad z szefem gestapo.

Podoficer ruszył ku drzwiom. Büchler ponownie utonął w piernatach, ale głos dzwonów nie ustawał; obudziło to gniew oficera reprezentującego zbrojne ramię Herrenvolku.[5] Zadzwonił powtórnie. Za chwilę dyżurny żandarm meldował się w drzwiach jego pokoju.

—  Hans, który z oficerów pełni dziś służbę? Kalthenberg, Schranke, Wolff? Wyszło mi to z głowy.

—  Leutnant[6] Schranke, Herr Major.

—  Dobrze, poproś go do mnie.

—  Rozkaz.

Po chwili wezwany oficer meldował się swemu przełożonemu.

—  Paskudnego mam kaca, Schranke — zwierzał mu się komendant. — Łeb mi pęka. Piliśmy u landrata polską wódkę. Ci Hotentoci nie potrafią nic porządnie zrobić.

—  Führer się nimi zajmie.

—  Tak, ale to jeszcze potrwa. Trzeba to znosić do pewnego czasu, mój Schranke. I do tego te przeklęte dzwony.

—  To już ostatni raz, Herr Major.

—  Z czego te polskie klechy się cieszą? Że zdechną niedługo w lagrach! Trzeba im dać nauczkę, poruczniku. To znaczy klechów zostawimy na później, ale tę hołotę, co ryczy razem z nimi jakieś religijne pieśni, trzeba będzie trochę przetrzepać.

—  Zaraz wyślę kilka plutonów żandarmów.

—  Rozkazuję: nie bić nikogo. Poczekać, aż się skończą te ich modły. Wylegitymować wszystkich wychodzących z kościoła. Kto nie nie ma Arbeitskarty[7] z miejsca zatrudnienia, aresztować. Pojadą do Rzeszy na robotę. Darmozjadów tolerować nie będziemy.

—  A młodsi, którzy jeszcze nie mają Arbeitskart?

—  Słuszne pytanie. Trzeba zabrać i tych, którzy ukończyli czternaście lat.

—  A dziewczyny?

—  Tak samo. One też muszą jeść. Niech pracują. W Rzeszy i one się przydadzą. Zameldujesz mi o czternastej, jaki mieliście połów.

—  Heil Hitler, Herr Major![8]

—  Życzę dobrych łowów, Schranke — odpowiedział Büchler ziewając.

W kościele Franciszkanów rozbrzmiewał jeden wielki chorał nieszczęścia. Zgromadzeni tam ludzie stracili wszystko, ale zdawali sobie sprawę, że to nie koniec nieszczęść, że grozi im całkowita zagłada. Wierzyli, że pozostał im tylko Bóg, i teraz oto wznosili do Niego żarliwe modły. Przy głównym ołtarzu odprawiał mszę ojciec Julian Stefan Mirochna, gwardian klasztoru. Po nabożeństwie ojciec gwardian polecił swoich wiernych opiece Boskiej. Ledwie podniósł się z klęczek, do zakrystii, jak stado spłoszonych ptaków, wpadło kilku wyrostków, zdyszanych, wystraszonych i pobladłych.

—  Niech nas ojciec gwardian gdzieś skryje — prosili przerażeni.

—  Co się stało? — spytał zdziwiony.

—  Nieszczęście, łapanka, przed kościołem pełno żandarmów, biorą wszystkich — wołali chłopcy jeden przez drugiego.

—  Czy Niemcy wiedzą, że tu się schowaliście? — spytał przezornie gwardian.

—  Chyba nie — odpowiedział jeden z młodzieńców. — Bo to proszę ojca gwardiana — wyjaśniał — my po mszy świętej trochę dłużej zostaliśmy w kościele. Gdy wychodziliśmy, już tylko przed nami szła jedna babinka. Trzeba było babunię puścić przodem. Ledwo wychyliła nosa zza drzwi, zawróciła i woła do nas:

—  Niemcy otoczyli kościół, biorą wszystkich młodych. Ratujcie się, chłopaki!

—  Dobrze, chodźcie ze mną — zdecydował kapłan. — Skryję was w podziemiach kościoła.

Chłopcy podążyli skwapliwie ze swym wybawcą. W kilka minut po zamknięciu się za nimi furty klasztornej ktoś zaczął w nią brutalnie walić. Do gwardiana przybiegł strwożony brat furtian.

—  Ojcze gwardianie — wołał — Niemcy!

Ojciec Mirochna, przeżegnał się odruchowo i pośpieszył w stronę drzwi klasztornych.

„Ktoś musiał widzieć tych chłopców chroniących się u nas" — pomyślał. Wrogie mundury i zacięte twarze były już tuż przed nim.

—  Pan jest zwierzchnikiem tego zgromadzenia? — usłyszał zakonnik twardy głos oficera żandarmerii.

—  Tak — potwierdził gwardian bladymi wargami.

—  Macie tu pismo landrata. Nie wolno odtąd używać dzwonów w żadnym z kościołów na terenie Wartheland.[9] To zakłóca porządek publiczny. Sam gauleiter Greiser wydał to zarządzenie. Heil Hitler!

—  Więc to tylko okropna szykana — szepnął do siebie ojciec Julian po wyjściu żandarmów. — Na szczęście chłopcy są ocaleni.   ..

Po paru godzinach od wtargnięcia żandarmów w mury klasztoru Franciszkanów w Kaliszu opuszczało je chyłkiem czterech chłopców z drużyny harcerskiej. Byli to druhowie: Jerzy Barst, Zenon Kolasiński, Edward Ćwiek i Marian Bogast. Umówiwszy się na spotkanie nazajutrz na Ruinach w parku, pośpieszyli każdy do domu, gdzie czekali ich stroskani rodzice, pewni już, że ich synowie podzielili los innych schwytanych w podstępnej łapance kaliszan. Tej ponurej niedzieli jedynie te cztery rodziny spośród kilkuset osuszyły łzy. Po wyjściu z klasztoru chłopcy uradzili, że przyjdą na umówione spotkanie po dwóch, bo Polakom nie było wolno chodzić razem w większej grupie. Barst i Kolasiński mieszkali blisko siebie w okolicy placu Świętego Józefa, więc na dziesięć minut przed ustaloną godziną schadzki obaj chłopcy spotkali się przed kościołem na owym placu i poszli w stronę parku. Przed wejściem w głąb pięknego starodrzewu zwróciła ich uwagę świeżo wystawiona tablica z niemieckim napisem:

„Park tylko dla Niemców. Polakom i Żydom wstęp wzbroniony pod surową karą".

—  Co tam. Niech sobie Szwaby piszą, co chcą, chodźmy — odezwał się zawadiacko Zenek Kolasiński.

—  Ej, nie — sprzeciwił się przezorniejszy Jurek Barst. — To nowe zarządzenie tych łotrów, by nas upokorzyć. Nowa miotła ostro zamiata. Oni mają żelazną, i to z kolcami. Na pewno czają się tu gdzieś blisko za pierwszymi krzakami na takich jak my. Tędy przejść nie możemy.

—  Chodźmy na ulicę Łazienną. Tam jest mała furtka, tablicy pewnie nie będzie, więc gdyby dybali na nas w pobliżu, wytłumaczymy się.

Chłopcy pobiegli ulicą Kolegiacką w stronę Łaziennej. Cicho tam było o tej porze. Na małej uliczce prawie żywej duszy. Gdy jednak dochodzili do parku, już z daleka dostrzegli taki sam złowieszczy napis.

—  Edek i Maryś mieszkają na Częstochowskiej. Do Ruin będą szli obok teatru. Chodźmy tam — radził starszy o rok od Barsta Zenek Kolasiński.

—  No, to biegnijmy — zgodził się Barst. Ruszyli pędem w stronę dawnej alei Józefiny, noszącej tę nazwę od czasu pobytu Napoleona w roku 1806 w Kaliszu. Przebiegli most przed Trybunałem, i za chwilę znaleźli się u trzeciego wejścia do wielkiego parku u wylotu owej alei. Rachuby ich nie zawiodły. Przed taką samą tablicą z germańskim orłem trzymającym w szponach swastykę zastali obu swych przyjaciół, Edka Ćwieka i Marysia Bogasta.

—  Patrzcie, co te szkopy znowu wymyśliły — zawołał Edek, wskazując niemiecki napis.

—  Widzieliśmy już dwie takie same tablice — odparł Kolasiński.

—  Niech to diabli — mruknął Ćwiek.

—  Nie wolno nam tam wchodzić — stwierdził Barst.

—  W ogóle nie powinniśmy się w większej grupie pokazywać na oczy tym draniom. Lepiej spotykać się w domu.

—  Albo w warsztacie mego ojca — dodał Maryś Bogast. — Ale jak już tu jesteśmy razem, to chodźmy do Borku Lasku.[10] Tam jeszcze wolno nam łazić.

—  No, to prędko, bo jak nas tu razem przydybią, to będzie źle — radził Kolasiński.

Ruszyli całą czwórką chyłkiem, kryjąc się za zabudowaniami teatru. Za chwilę osłonił ich gąszcz drzew i krzewów owej dzikiej części parku, odgrodzonej od jego głównej  części szerokim korytem Prosny.  Przysiedli w gęstej  kępie  zarośli,  dobrze osłonięci przed groźnymi intruzami.

—  No więc jak — spytał najstarszy z czterech wyrostków, Zenek Kolasiński — o jakiej porze wybierzemy się po sztandar? Tyś najczęściej chodził do Komendy Hufca, Edek, to wiesz, jak najłatwiej się tam dostać?

Zapytany Edek Ćwiek chrząknął z przejęcia, głośno pociągnął nosem i zaczął dukać z wolna, bo miał trudną wymowę.

—  Hm, psiakość, szkoda, żeśmy wcześniej do tego się nie zabrali.

—  Toć wiesz, że nie było można. Ledwieśmy powrócili z ucieczki, Niemcy już tu byli i postawili wachę przed starostwem, a Hufiec zamknęli. Zdecydujmy więc teraz, kiedy odbierzemy nasz sztandar.

—  Drzwi to ja szybko otworzę, nie taka to wielka sztuka, zamek zwyczajny, a gdy się parę lat przy kluczach robi...

—  W dzień czy w nocy? — nalegał Kolasiński.

—  To chyba będzie lepiej za dnia — odpowiedział Edek. — Żeby tylko wachę obejść.

—  Trzeba będzie wleźć bokiem przez okno od parku, bo strażnik wychodzących już nie pyta o Ausweis[11] — radził rudowłosy i piegowaty Maryś Bogast.

—  Ale do parku nam nie wolno wchodzić — przypomniał Barst.

—  Za dnia, gdy wszyscy w robocie, przecie przy wejściu nikt nie pilnuje, tylko tablicą straszą. Wejdzie się prędko i od razu w krzaki — rozważał Zenek.

—  To bedka![12] — machnął ręką Maryś Bogast. — Edek ma rację. Lepiej ten wypad zrobić za dnia, bo w nocy najwięcej patroli chodzi koło starostwa, a i przy samym wejściu też pilnują.

—  No to dobra. Przez okno wejdziemy we dwóch. Trzeba się spieszyć, bo Szwaby już zakładają kraty na parterze. Ja skoczę do środka od strony parku z Edkiem i upatrzymy moment, kiedy przy drzwiach dawnej naszej Komendy nikogo nie będzie. Musimy zabrać papier i sznurek, aby zrobić paczkę.

—  E, nie — zaoponował ślusarczyk — lepiej paczką nikomu nie świecić w oczy. Sznur tylko byłby potrzebny. Owinę się sztandarem, okręcę się sznurem i założę na siebie kapotę.

—  Tak może będzie lepiej — zgodził się przywódca ryzykownej wyprawy. — Dwóch nas wystarczy, a wy idźcie do domu — zwrócił się do Barsta i Bogasta.

—  Ojej, to my się nie przydamy do niczego? — spytał z żalem najmłodszy ze spiskowców czternastoletni Jurek Barst.

—  Ty będziesz pilnował sztandaru. Każdy będzie miał swoją funkcję.

—  Przecież chcecie go schować u „Beksy", to jak ja mam pilnować?

—  U niego w ogrodzie jest dużo drzew, to będzie najlepszy schowek, a ty, „Barszcz", najpóźniej z nas zostaniesz żołnierzem, boś najmłodszy, dlatego będziesz czuwał nad sztandarem, gdyby nas coś złego spotkało.

—  Ja też chcę być żołnierzem, mnie też coś może spotkać — upierał się najmłodszy ze sprzysiężonych, a do oczu napłynęły mu łzy.

—  No, widać, żeś szczeniak — mruknął Kolasiński, wysoki, blisko osiemnastoletni już dryblas — ale gdyby co do czego, to ty najdłużej się z nas utrzymasz. Pamiętaj, nasze hasło: „Sztandar podaj dalej". To przyrzekłeś.

—  Podam!... — oświadczył twardo mały Barst.

—  No, tak i trzeba. Każdy wie, co ma robić. Dziś już za późno, wybierzemy się do Komendy jutro rano, zaraz jak tylko otworzą starostwo. Ty, „Beksa", siedź rano w domu, przyniesiemy ci naszą zdobycz, jeżeli nam się powiedzie — zwrócił się Kolasiński do Marysia Bogasta, syna majstra stolarskiego ze Starego Miasta aż pod Rypinkiem.

—  A pewnie, gdzie bym zaś siedział — mruknął Maryś. — Ojca gdzieś pognało znowu aż do Zamościa, ledwie wrócił z tej okrutnej wojaczki, choć mama płakała, by się już nigdzie nie ruszał, bo ludzie już zaczęli przychodzić po nie skończoną robotę i Niemcy łapią po drogach, ale gdzie tam. Przyszedł do niego jakiś tam starszy z wojaczki, coś pogadali, a gdy ten starszy poszedł, ojciec powiedział do mamy: „Dowódcę mego muszę ratować". Ledwie pokazał się w domu, zaraz poszedł na Łódzką do żony porucznika Kolczyńskiego, co jego kompanią dowodził. „Porucznik dostał w obie nogi, gdyśmy się pod Zamościem przebijali i sam go do ambulansu niosłem — mówił nam ojciec — a jeszcze pana geometrę znałem z cywila, bo ogród nam wymierzał, gdyśmy ten dom kupowali". Więc poleciał na tę Łódzką i zmówił się zaraz, że z panią Kolczyńską naszą rozklekotaną ciężarówką do Zamościa po porucznika pojedzie.

„Lichota to taka ten stary grat, że żaden Niemiec się na niego już nie połaszczy. Rusza się ino na słowo honoru" — gadał i pojechali. Ja teraz w domu cały gospodarz, w warsztacie ojca pracuję, za majstra jestem, póki ojciec nie wróci. A sztandar skryję tak, że go sam diabeł nie znajdzie — zapewniał młody Bogast.

—  No, to do jutra — zakończył naradę Zenek Kolasiński.

Ledwie skończyła się godzina policyjna, tuż przed świtem, dwóch wyrostków wsunęło się chyłkiem do pustego zupełnie o tej porze parku od strony ulicy 11 Listopada. Gdy znaleźli się już pod osłoną zarośli, blisko starego gmachu dawnego starostwa zamienionego na okupacyjną siedzibę landratury niemieckiej, Zenek szepnął do swego towarzysza:

—  Dobrześmy uradzili, że lepiej się tam dostać, nim otworzą starostwo. Będzie pusto na korytarzach. Udawajmy chłopców od zduna, że niby czekamy na majstra, co ma poprawić piece na zimę. Dlatego nas wacha tak wcześnie puściła.

—  Myślę, że się nam to uda — szepnął Edek.

Zarośla parku dotykały prawie brzegu tylnej ściany wielkiego budynku wzniesionego na siedzibę województwa kaliskiego jeszcze za czasów Królestwa Kongresowego. Chłopcy podsunęli się do pierwszych okien parteru. Wiedzieli, że trzecie okno wychodzi bezpośrednio na korytarz starostwa. Na szczęście okna nie były jeszcze zakratowane. Ćwiek zabrał ze sobą diament szklarski. Wspiął się na barki starszego kolegi i jednym zręcznym ruchem wyciął szybę. Korytarz był pusty. Edek wskoczył pierwszy, rozejrzał się i dał znak koledze, by wszedł za nim. Śmiało ruszyli w głąb korytarza, a potem krętymi schodami na trzecie piętro ogromnego gmachu. Po drodze na korytarzu drugiego piętra przy schodach napotkali zamiatającego stróża.

—  Gdzie tak wcześnie was niesie? — zapytał po polsku.

—  Na trzecim piętrze mamy naprawić piece. Jest befel,[13] majster zaraz nadejdzie — odparł swobodnym głosem Zenek.

— A dymiło tam łońskiej zimy, dymiło — pokiwał głową dozorca. — Te Szwaby już o wszystkim się zwiedziały. Już im się tu zimować zachciewa — mruczał stary woźny zdegradowany przez Niemców do roli sprzątacza.

Młodzieńcy popędzili na górę do dawnej Komendy Hufca. Na szczęście korytarz na trzecim piętrze był jeszcze pusty. Szarpnęli za klamkę. Ku ich zdziwieniu drzwi były otwarte. Wtargnęli spiesznie do pustego pokoju. W kącie na stosie rupieci leżał ich sztandar... Zenek przeciął nożykiem jedwabne sznurki, którymi przywiązany był materiał do kółek wbitych w drzewce. Edek migiem ściągnął z pleców kapotę i owinął się sztandarem. Zenek okręcił  go sznurem, by śliski materiał nie zsunął się z pleców kolegi. Teraz Ćwiek z pewnym trudem włożył na siebie marynarkę i obaj jakby nigdy nic ruszyli na dół po schodach. Był to już ostatni moment, bo na korytarzach napotykali przybyłych do  pracy niemieckich urzędników, tu i tam zgrzytały klucze w zamkach. Chłopcy zdejmowali przed napotykanymi Niemcami czapki, pozdrawiając ich głośnym: „Guten Tag". Nikt nie zwracał na nich uwagi. Zdecydowali się wracać tą samą drogą, ale gdy zerknęli przed zakrętem w stronę korytarza, gdzie było okno z wyciętą przez Edka szybą, dostrzegli przy nim dwóch umundurowanych Niemców rozprawiających z ożywieniem. Cofnęli się przezornie, kierując się ku głównemu wejściu. Zenek ostrożnie wychylił głowę w stronę bramy wyjściowej. Gdy wartownik odwrócił się tyłem, skoczyli obaj z Edkiem w stronę parku. Dzieliło ich ledwie kilkanaście kroków od niskiego parkanu okalającego z tej strony podwórze starostwa. Przesadzili go jednym susem, zdając sobie sprawę, że mogą być widoczni i z okien urzędu, i przez przypadkowych przechodniów lub kierowców aut niemieckich. Ci mogli być teraz najbardziej niebezpieczni, ale szczęście nadal sprzyjało śmiałkom. Dziedziniec urzędu był pusty o tej porze, motor nadjeżdżającego auta zaterkotał dopiero wówczas, gdy skryli się w zbawczych zaroślach parku.

—  Sztandar nasz... — szepnął Edek do swego towarzysza, gdy przysiedli na chwilę w kępie krzaków.

— Jeszcze nie — odparł Zenek. — Będzie nasz dopiero u „Beksy".

—  Najgorsze za nami — odetchnął z ulgą Ćwiek. Pieszczotliwie pogładził śliski atłas miękkiej materii, co paliła go dziwnym żarem, od którego gorąco robiło się w sercu. — Sztandar nasz... — powtórzył radosnym głosem. — Nie będzie spalony przez tych przeklętych pludrów.

Pan Emil Frude wiedział, że to jest nieuniknione jak śmierć, że to musi nastąpić. Powziął tę decyzję po najbardziej poufnej naradzie z najbliższymi przyjaciółmi: Lompem z Dembego i Wünschem z Opatówka. Narada ta trwała w zacisznym dworku Brunona Lompego w pierwszych dniach po wejściu Niemców do Kalisza całą prawie noc. Uczestniczyło też w niej paru dobrych znajomych z Kalisza. Byli to fabrykant Gede, syn doktora, inżynier Jerzy Dreszer, kuzyn Frudych, Alfred Fedeger i paru innych znacznych obywateli miasta. Narada trwała do świtu. Gabinet Lompego tonął w chmurach dymu cygar i papierosów. Decyzja zapadła jednogłośnie. Zwyciężyło zdanie Jerzego Dreszera; jeżeli czasem wolno oszukiwać oszustów, tym bardziej wolno oszukać bandytów.

 Pan Frude notował sobie w pamięci wszystkie argumenty, jakie padały za tą decyzją, bo wiedział, że musi się z niej rozliczyć z synem, musi go przekonać, gdyż w przeciwnym razie katastrofa nastąpiłaby natychmiast. Z tym faktem należało się liczyć i grać na zwłokę. To nieuniknione właśnie nadeszło. Henryk Frude powrócił po wrześniowej klęsce do domu i stał przed ojcem blady z rozpaczą w oczach.

—  Ojcze, to hańba, to hańba... — powtarzał.

—  Mickiewiczowi chyba wierzysz? — spytał go ojciec.

—  No pewnie, „Reduta Ordona"...

—  Jeszcze będzie, ale teraz nasze działa zamilkły. Ten twój patron duchowy...

—  Moim patronem duchowym jest Słowacki.

—  On także nie brał udziału zbrojnego w walce.

—  Całe życie mu to ciążyło.

—  Słuchaj, Heniu. Naród polski znalazł się w rękach zbrodniarzy, którzy chcą go wytępić do szczętu. Jeśli w czasach mniej groźnych Mickiewicz stworzył Wallenroda, jeśli również napisał w wierszu „Do przyjaciół Moskali": „Pókim był w okuciach, pełzając milczkiem jak wąż, łudziłem despotę", to co my mamy powiedzieć teraz, co robić?

—  Walczyć!

—  Aby walczyć, trzeba żyć — rzekł Emil Frude. — Musimy się dostosować do sytuacji, mój synu.

—  Anglia i Francja...

— Nie oddały dotąd ani jednego strzału, a Niemcy tutaj zaczęli już mordować najszlachetniejszych. Mamy przed sobą jeszcze długi okres niewoli, a musimy przetrwać.

—  Ale trzeba zdać sprawę i przed sobą samym przede wszystkim, przed sobą, ojcze?

— To ją zdasz. W obecnych warunkach barwa ochronna jest konieczna.

—  Brunatna! To kolor zbirów!

—  Można teraz walczyć z nimi tylko w ich mundurach. Zresztą do partii hitlerowskiej daleko. Tego oni nie wymagają, nawet takich jak my nie przyjmują. Jesteśmy folksdojczami[14] drugiej kategorii. To wystarczy.

—  Aby mieć pogardę dla samego siebie...

—  Nie, synku, nie jest to takie proste — wtrącił żywo pan Frude — to pachnie krwią. My wszyscy, którzyśmy tę decyzję powzięli, znamy jej cenę. Chodzi o to, aby nie dać się zarżnąć jak barany. Nie pytając o zgodę, wpisano nas wszystkich na Volksliste[15] Żądanie skreślenia z niej to natychmiastowa śmierć. Żyjąc możemy zrobić wiele. Niemcy w naszych majątkach, w naszych fabrykach nie tkną żadnego Polaka. Nasz młyn pracuje całą dobę na trzy zmiany.

—  By dostarczyć chleba niemieckiej armii!

—  I tak by dostarczał, ale przy tym możemy spokojnie wyżywić kilkanaście rodzin polskich, a ileż dzieci... Tu trzeba już myśleć nowymi kategoriami. Hitler głosi, że jest to wojna biologiczna. Z czystym sumieniem zdam sprawę z tego czynu przed naszą ojczyzną, Polską, mój synku.

Tu spojrzał prosto w oczy swego jedynaka z serdeczną czułością. Henryk mienił się na twarzy, zaciskał z pasją pięści, to znowu rozluźniał palce, dyszał ciężko, snadź toczyła się w jego duszy ostra walka.

—  Chciałeś walczyć z rozwiniętym sztandarem, Henryku, niestety, to niemożliwe. Konieczność zmusza nas do podjęcia innych sposobów walki.

—  Więc i ojciec...

—  Ani przez chwilę nie myślałem, by z niej zrezygnować. Pastor Wende przypomniał niedawno słowa: „Gdy idzie wielka burza, nie bądźcie dębami, bo one runą od huraganu, ale bądźcie trzciną, która zegnie się i ostanie".

—  Ale pastor Wende nie przyjął Volkslisty. Wolał więzienie...

—  Nam tego nie odradzał, gdyśmy pytali go o radę. Powiedział tak: „Pastorowi nie wolno zaprzeć się, wyrzec swego narodu w nieszczęściu”.

—  Ważkie to argumenty, ale mimo to nie jestem całkowicie przekonany o ich słuszności — westchnął ciężko Henryk, opuszczając nisko głowę.

—  I ja też — odparł ojciec.

—  Więc trzeba będzie płacić krwią... — wyszeptał bladymi wargami Henryk.

 


[1] Auf   Wiedersehen   (niem.) — do widzenia.

[2] PKU — Powiatowa Komenda Uzupełnień, organ ówczesnej administracji wojskowej.

[3] Der  Landrat  (niem.) — starosta.

[4] Der  Gauleiter  (niem.) — szef okręgu partii hitlerowskiej.

[5] Das  Herrenvolk  (niem.) — naród panów.

[6] Der  Leutnant  (niem.) — podporucznik.

[7] Die Arbeitskarte (niem.) — karta pracy.

[8] Heil   Hitler,  Herr  Major!    (niem.) — niech żyje Hitler, panie majorze!

[9] Das Wartheland  (niem.) — kraj Warty.

[10] Borek Lasek — część parku kaliskiego przed Prosną za teatrem.

[11] Die Ausweis (niem.) — legitymacja.

[12] Bedka (żargon) — gorszy grzyb; tu, rzecz bez znaczenia.

[13] Befel właść. der Befehl   (niem.) — rozkaz.

[14] Folksdojcz właść.  Volksdeutscher  (niem.) — w okresie okupacji hitlerowskiej osoba wpisana przymusowo bądź dobrowolnie na listę osób pochodzenia niemieckiego.

[15] Die  Volksliste (niem.) — lista narodowościowa.