ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

OSTATNIA KROPLA...

Zimny marcowy deszcz dzwonił po szybach pałacyku Fedegerów przy ich fabryce fortepianów w Kaliszu. Zaciągnęła się już późna noc, a jednak Wanda i Elwira Fedegerówny nie mogły zmrużyć oka. Podrażnione nerwy nie pozwalały im zasnąć. Nie mogły oderwać się myślami od wydarzeń minionego dnia. Rano dowiedziały się od magazyniera Korczewskiego, kierownika tajnej organizacji na terenie fabryki, o aresztowaniu w Winiarach Alfreda Nawrockiego. To było mocne uderzenie obuchem po głowie, bo był on przywódcą całego kaliskiego ruchu oporu dzięki sile swej indywidualności, energii oraz możliwościom działania. Wiedział o wszystkim, wszędzie działał. Był głową i duszą walki z okupantem.

—  Jeśli Nawrocki wpadł, to cóż my... — szeptali wszyscy czynni członkowie ruchu oporu i te słowa powtarzały też obie siostry. Drugi grom uderzył tego samego dnia. W południe gestapo otoczyło fabrykę i poszukiwało magazyniera Korczewskiego. Na parę sekund przedtem Wanda wyprowadziła z potrzasku szefa tajnej organizacji fabrycznej przez mieszkanie swej matki. Korczewski przepadł jak kamień w wodę ku wściekłości przybyłych siepaczy.

—  Widział cię kto, gdy szłaś z nim? — pytała Elwira siostrę.

— Fabryka pełna. Ludzie nie mogli nie widzieć nas razem — odpowiedziała Wanda.

—  To bardzo źle — zaniepokoiła się Elwira. — Sporo nowych ludzi trzeba było przyjąć do pracy od momentu, gdy zamiast fortepianów produkujemy części do samolotów. Nie wiadomo już, kogo Arbeitsamt przysyła. To polowanie na Korczewskiego wróży nam najgorsze rzeczy. Pomyśl, co by to było, gdyby tak mama nagle została sama. Jest zupełnie bezradna. Nigdy nie musiała się o nic troszczyć, a jeszcze i babcia w domu. Z czego by żyły? Fabryka przeszła na własność Rzeszy, bo brat nasz nie przyjął w oflagu Volkslisty. Mama i babcia żyją z tego, co my zapracujemy. — To już nie potrwa długo — pocieszała siostrę Wanda.

—  „Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje" — westchnęła Elwira. — Ja dotąd się trzymałam, ale przyznam ci się, że od wczorajszego dnia spodziewam się wszystkiego najgorszego. To za długo już się ciągnie. Konspiracja może się udawać tylko do pewnego czasu. W końcu ucho dzbana, w którym nosimy wodę, musi się urwać, a wtedy...

—  A ja ci mówię, że wszystko dobrze się skończy — trzymała się swego Wanda.

—  Wiesz, takie dziwne myśli mnie nachodzą — zwierzała się siostrze Elwira — przecież kobieta to tylko połowa rodzaju ludzkiego. Jest mit Platona o tych połowach. Człowiek kiedyś był szczęśliwy, aż pozazdrościli mu tego bogowie i rozcięli każdą istotę ludzką na połowę. Połowy te rozproszyły się po całym świecie i nawzajem się szukają. Jedna jest mężczyzną, druga kobietą. Rzadko kiedy odnajdują się rozcięte połowy. Wtedy jest pełne szczęście. Wojna rozproszyła po świecie te rozcięte przez bogów połowy. Ja mojej nigdy nie odnajdę.

—  A jednak, Elwirko, tylu ubiegało się o twoją rękę. Wszyscy mówią, że jesteś piękna, nawet mama więcej kocha ciebie niż mnie — stwierdziła Wanda.

—  Mama kocha nas obie jednakowo! — zaprotestowała Elwira.

—  Kocha, kocha, nie mówię, że nie kocha, ale każdego kocha się inaczej. A ci niemieccy oficerowie wściekają się, że nie zwracamy na nich uwagi.

—  Tobie już się czterech oświadczyło, chodzili nawet po protekcję do mamy, a ty mówisz, że ja mam większe powodzenie, Wandziu.

—  A o ciebie pięciu, sama liczyłam. Głupcy, nie wiedzą, że żadna z nas nie poślubi Niemca. Może nie byłaby to taka wielka przeszkoda w czasie pokoju, ale teraz...

—  Przez to jesteśmy dla nich podejrzane. Żeby zresztą tylko przez to. Nazbierało się nam, oj, nazbierało sporo... — westchnęła Elwira. — No, śpijmy już, pierwsza wybiła na zegarze, a jutro tak wcześnie trzeba wstawać do biura.

—  Dobrze, śpijmy — zgodziła się Wanda.

Po chwili ciszę przerwał głos starszej siostry.

—  Wandziu, śpisz?

—  Nie śpię — padła odpowiedź.

—  I ja nie. Chcę cię przeprosić, wiesz za co?

—  Nie wiem.

—  Pamiętasz, gdy byłaś chora na dyfteryt, miałaś wtedy siedem lat. Nasz papa pojechał w interesach do Warszawy i przywiózł mamie dużą bombonierkę od Wedla. Mama dała te czekoladki tobie. Ja bardzo ci zazdrościłam, nie czekoladek, ale tego, że to ty je dostałaś. Nie chciałam nawet ich spróbować, gdy mnie częstowałaś.

—  A tak, tak, powiedziałaś, że niedobre — przypomniała sobie Wanda.

— Właśnie. Tak powiedziałam, aby ci dokuczyć. Przepraszam cię.

—  A ja dałam ze złości te czekoladki naszej bonie, mademoiselle Elise. Jej bardzo smakowały. Bardzo prędko przestałam się na ciebie gniewać. Skąd ci to przyszło do głowy?

—  Nie wiem — odpowiedziała Elwira.

Zapanowała znowu cisza, ale po chwili do uszu Wandy doszedł szloch od łóżka siostry.

—  Elwirko, ty płaczesz? Dlaczego? — spytała zaniepokojona Wanda.

—  Nie wiem... — usłyszała odpowiedź.

—  Słyszysz? — szepnęła znowu młodsza siostra. — Chyba ktoś dzwoni do drzwi.

—  O tej porze? Zdaje ci się — odpowiedziała Elwira.

Obie jednak po chwili usiadły na łóżkach. Dzwonek powtórzył się tym razem głośniejszy, bardziej natarczywy. Obie siostry usłyszały człapanie ku drzwiom starej gospodyni domu. Elwira zerwała się na równe nogi i pobiegła za nią.

— Nie otwieraj nikomu — nakazała gospodyni.

Przecie dzwonią, o, i ktoś wali pięścią w drzwi. —  Nie twoja sprawa, idź spać — rozkazała staruszce Elwira. Sama podeszła na palcach ku drzwiom i poczęła nasłuchiwać. Usłyszała twarde męskie głosy. Ktoś kopał już bez ceregieli podkutym butem w drzwi, aż jęczały.

—  Wer ist da?[1] — spytała Elwira.

—  Sicherheitspolizei — usłyszała złowrogą odpowiedź — aufmachen![2]

Nogi ugięły się pod nią. „Gestapo... więc to już koniec" — pomyślała.

—  Każdy tak może powiedzieć. Jesteśmy tu same kobiety. Nie wpuszczę żadnego mężczyzny w nocy! — zawołała.

—  Wysadzimy drzwi!

—  Co, gwałt? Tu jest niemiecki dom. Wy nie jesteście policją, bo policja tak nie postępuje.

—  Mamy rozkaz!

—  Czekajcie do rana, jeśli jesteście prawdziwą policją, nie pali się ani stąd nikt nie ma zamiaru uciekać. Nie nachodzi się samotnych kobiet w nocy.

Walenie w drzwi umilkło. Napastnicy widocznie naradzali się, jak mają postąpić. Skorzystała z tego Elwira i pobiegła uprzedzić siostrę o najściu gestapo na ich dom.

—  Mamy chwilę czasu — szepnęła do Wandy. — Zniszcz to pismo na maszynie o stanie zaprowiantowania armii niemieckiej. Ja zajmę się resztą. Oni zaraz tu będą. Pamiętaj, to nie ty wyprowadziłaś z fabryki Korczewskiego, to ja zrobiłam! Tak masz im powiedzieć.

—  Zwariowałaś?

—  Nie. Jedna z nas musi żyć... dla mamy, obie się nie ocalimy. Ja wszystko wezmę na siebie. Ty o niczym nie wiesz, nic nie robiłaś, słyszysz?

—  Elwiro... — załkała Wanda.

—  Nie czas na łzy!  Potem dosyć będziesz miała na nie czasu...

—  Jezus...

— Słyszysz? Oni znowu walą w drzwi, coraz mocniej. Dłużej nie można ich zatrzymać, bo je wyważą. Te papiery podrzyj na kawałki, wrzuć do klozetu i spuść wodę. Palić ich nie można. Zobaczą dym. Obserwują na pewno dom ze wszystkich stron. Jak to dobrze,  że  dziadek zbudował mocne kraty w  oknach parteru, bo inaczej wleźliby przez okna — mówiła Elwira. — Już idę otwierać  —  krzyknęła w stronę drzwi. — Nie walcie tak, szkoda waszych  butów!   Kim  naprawdę  jesteście?  —  spytała  przez  drzwi. — Gestapo — padła odpowiedź. — Mamy rozkaz zrobienia u was rewizji.

—  Każdy tak może powiedzieć.

— Proszę  uchylić  drzwi.  Przez łańcuch  pokażę  nakaz  rewizji, i moją legitymację. Jestem starszym kryminalnym sekretarzem gestapo. Moje nazwisko, Henryk Nolte, nie jest wam obce — mówił głos męski spoza drzwi.

—  Tak, zgadza się — musiała skapitulować Elwira. — Już was wpuszczam.

Ciężkie buty zadudniły na korytarzu pałacyku Fedegerów. Nolte spiesznie przebiegł przez wszystkie pokoje domu, jakby w nim kogoś szukał. Elwira zatrzymała go przed wejściem do ostatniego pokoju.

—  Tam śpi moja babka, osoba bardzo wiekowa. Przy niej moja mama. Przestraszą się.

—  Pewno agenta angielskiego tam chowają, co? — spytał wyzywająco zastępca szefa kaliskiego gestapo. — Dobrze wiemy, jakieśmy gniazdo odkryli.

—  Więc niech pan tam wejdzie, jeśli nie ma pan szacunku dla siwych włosów.

—  Nie wejdę. Wy jesteście nam potrzebne, ty i twoja siostra, i tak nam wszystko wyśpiewacie — warknął Nolte.

—  Jest pan bardzo uprzejmy — odparła zimnym głosem Elwira.

—  A ty jesteś agentką zachodniego wywiadu — syknął Oberscharführer Nolte. — To twoja siostra Wanda. Obie piękne... Teraz rozumiem, dlaczego nie chciałyście zostać żonami niemieckich oficerów. To było zbyt głośne w Kaliszu, by nie wywołało zdziwienia. Powiecie nam wiele, spodziewam się.

—  Ona nic nie wie — próbowała bronić siostrę Elwira. — Ją zostawcie w spokoju.

To się okaże. Jesteście obie aresztowane. Tutaj mam nakaz z Litzmanstadt — Nolte machnął przed oczami Elwiry świstkiem papieru. — No, tak. Moi ludzie nic nie znaleźli u was podejrzanego. Jesteście sprytne, moje pięknisie. Proszę ze mną! — rzucił szorstko.

—  Chcemy się pożegnać z mamą — odezwała się Wanda. — Jestem zaskoczona....

—  My też — odpowiedział Nolte. — Mamy rozkaz — dorzucił. W drzwiach swego pokoju stała już zapłakana pani Fedegerowa.

Nolte zasalutował jej zmieszany.

—  To, mamo, jakieś nieporozumienie, my niedługo wrócimy, ci panowie zabierają nas teraz. To się wyjaśni — pocieszała matkę Elwira unikając jej wzroku.

—  I to koniecznie w nocy? — spytała Noltego pani Fedegerowa. —  Zabieracie mi obie córki, jedyne żywicielki.

—  Rozkaz z góry — tłumaczył się Oberscharführer.

—  Niedługo wrócimy, mamo — powtórzyła za siostrą Wanda, obejmując matkę — nie martw się o nas, mateczko.

—  Mamusiu, dziękuję ci za wszystko, co miałam od ciebie — szepnęła Elwira, całując matkę w oba policzki — za wszystko...

—  Ojej, po co o tym mówić, skoro wkrótce będziecie z powrotem — zdziwiła się pani Fedegerowa. — Weźcie futra, jest jeszcze zimno — dodała z troską w głosie. — Proszę pana, kiedy one wrócą? — spytała Noltego.

Gestapowiec wzruszył ramionami.

—  My nie wiemy, w Litzmanstadt wiedzą. Tam je odsyłamy.

—  O, Boże... aż do Łodzi — jęknęła nieszczęsna matka.

—  Nic na to nie poradzę — odpowiedział Nolte. — Szkoda futer, bo je wam odbiorą — mruknął do ubierających się panien. — No, w drogę!

Z trzaskiem zamknęły się drzwi rodzinnego domu za obiema dziewczętami. Elwira obrzuciła pożegnalnym spojrzeniem jego piękną sylwetkę oświetloną blaskiem księżyca.

—  Żegnaj, najdroższa mateczko, żegnaj mi, domu rodzinny, już nigdy... — wyszeptała.

Pani Fedegerowa z płaczem pobiegła do swej starej matki, szepcząc do niej pośród łkań:

—  Przyszli w nocy i zabrali mi obie córki.

—  Przyszli w nocy panowie i zabrali panienki na bal — ucieszyła się staruszka. — Płaczesz z radości, pewnie, pewnie, zawsze mówiłam, że ktoś po nie przyjdzie.

—  Oh, mamo, jak to dobrze być taką jak ty, nic nie wiedzieć, nic nie rozumieć...

— Nie  wiedzieć? Nie rozumieć? — obruszyła się stara pani. — To ty bałaś się, że zostaną starymi pannami, ja jedna wiedziałam, że nie...

Gdy Marysia Zimna zobaczyła na korytarzu w więzieniu kaliskim, jak jakiś gestapowiec uderzył w twarz przeprowadzanego obok niej Nawrockiego, zrozumiała, że „papiery" jej szefa skończyły się, że jej nie uratuje, skoro już samego siebie uratować nie może. Była odtąd przygotowana na najgorsze.

„Jeśli mnie tu zostawią, to może będzie pół biedy. Schönrogge i Nolte tak często bywali w Winiarach, robili nawet do mnie »oko«. Może jakoś uda mi się wykręcić. Gorzej będzie, jeśli wywiozą mnie stąd — rozważała. Czekało ją, niestety, to gorsze. Niebawem skuto jej ręce kajdanami i wywieziono do Łodzi do więzienia na ulicę Szterlinga. Przebywała tam wiele dni w celi razem z innymi więźniarkami. Była pośród nich najmłodsza, więc starsze pocieszały ją jak mogły.

—  Zdarza się, że czasem któraś stąd wychodzi na wolność — mówiły. — Jak ty nic nie wiesz, to może ci uwierzą, choć każda z nas powtarza to samo, ale czasem to się udaje — mówiła jej towarzyszka niedoli, siwa kobieta o pomarszczonej twarzy. — Ja tu siedzę za synów. Dwóch ich mam. Przepadli obaj jednego dnia i w parę dni potem zabrali mnie. Wrzeszczą: „Gdzie oni są?" — Skąd ja mogę wiedzieć — powiadam im. A oni: „Ty wiesz, stara jędzo". — Ja nie taka stara znowu, tylko ta robota i nędza, więc człowiek tak skapcaniał.

Ciągle skrzypiały drzwi. Brano z celi to jedną, to drugą na przesłuchanie. Powracały zbite, zapłakane. Niektórym z ust sączyła się krew. To była codzienna kaźń więźniów z ulicy Szterlinga. Marysia Zimna usłyszała wreszcie swoje nazwisko.

—  Marie Żymny, raus! — ryknęła na nią nadzorczyni.

Nogi ugięły się pod biedną Marysią. Z niespokojnym biciem serca wyszła z celi pewna, że idzie na tortury. Nadzorczyni wyprowadziła Marysię na podwórze więzienne, skąd krytą karetką policyjną przewieziono ją do siedziby gestapo na ulicę Anstadta. Tam wepchnięto ją do jakiegoś pokoju przegrodzonego balustradą, jak to zdarza się w biurach. Za przegrodzeniem siedziało przy stole dwóch gestapowców, którzy przeglądali jakieś papiery. Na Marysię nie zwracali najmniejszej uwagi, jakby jej nie dostrzegali. Trwało to bardzo długo. Martwa cisza była w tym pokoju, cisza na korytarzu tak złowieszcza, że biedna dziewczyna czuła, jak włosy podnoszą się jej ze strachu na głowie. Wreszcie korytarz ożył. Marysia usłyszała ciężkie stąpanie zbliżających się gestapowców. Serce jej zamarło.

„Już idą... — pomyślała. —  O, Boże... są..."

Drzwi pokoju otworzyły się. Dwóch „czarnych" wprowadziło wychudłego człowieka o dziwnie obrzękłej twarzy. Oczy były tylko te same co dawniej. Marysia poznała wprowadzonego więźnia.

„Pan Nawrocki" — pomyślała ze wzruszeniem. Spojrzenia ich spotkały się. Przywitali się nawzajem życzliwym błyskiem oczu. Dwaj strażnicy stanęli przy drzwiach. Ludzie za balustradą ożywili się teraz. Widocznie czekali na sprowadzenie drugiego więźnia.

—  Poznajesz tego człowieka? — spytał Marysię jeden z nich. Alfred Nawrocki kiwnął przyzwalająco głową.

—  Tak, to jest pan, u którego żony pracowałam — odpowiedziała.

—  Jak to u żony? — zdziwił się gestapowiec.

—  Bo pani Nawrocka mnie zatrudniła, ona mi płaciła za pracę, jej poleceń słuchałam.

—  On ci nic nie polecał, ten Nawrocki? — spytał oficer śledczy. — Czasem mi polecał — potwierdziła Marysia.

—  O, o właśnie — podchwycił skwapliwie badający. — Co ci polecał?

—  Podać kawę, cygara, koniak, gdy byli goście.

—  Bzdura! Nie o to chodzi. Byłaś przy rozmowach gości.

—  Nim postawiłam tacę na stole, czasem słyszałam, co mówili.

—  No więc?

—  Takie głupstwa...

—  Co? Gadaj.

—  Jak muszę, to powiem. Gadali, że jestem ładna.

—  A spryciara! — warknął gestapowiec. —  O czym mówił Nawrocki z Gerliczem, Frudem, Krelem, z Lompem z Dembego, z Wünschem, powtórz tu zaraz!

—  To byli porządni panowie. Oni mnie wcale nie zaczepiali, więc gadać z nimi nie potrzebowałam.

—  Nie udawaj głupiej. Byłaś łączniczką. Woziłaś rozkazy, informacje.

— Nie mogłam nic wozić, proszę pana naczelnika, bo nie umiem jeździć — odpowiedziała Marysia.

—  Ona jest bardzo głupia — odezwał się drugi gestapowiec. —  skończ z nią, Franc.

—  Już to samo panom mówiłem — powiedział pan Nawrocki. —  Nigdy nie potrzebowałem korzystać z usług pokojówki mej żony.

—  Tak, Frau Nawrocki jest piękną kobietą. To wielka dama, my wiemy — potwierdził znacząco oficer śledczy gestapo.

— Odprowadzić Marię Żymny do policyjnego auta — rzucił rozkaz. — Z tobą my sobie teraz pogadamy, Nawrocki — uśmiechnął się okrutnie.

W karetce policyjnej Marysia siedziała znowu bardzo długo. Jakaś otucha wstąpiła jednak w jej serce.

„Chyba pan Nawrocki mnie obronił, może na tym skończą — rozmyślała z ulgą. W karetce było ciemno i pusto, ale nie tak już strasznie, jak wówczas gdy wieziono ją do gestapo. — Ta sama ciemność może mieć zupełnie inny kolor" — stwierdziła.

Po długim oczekiwaniu usłyszała, że ktoś podchodzi do karetki. Były to kroki kilku osób. Otworzono drzwi. W jasnej smudze światła rozpoznała Nawrockiego. I on ją poznał, bo lekki uśmiech rozjaśnił jego umęczoną twarz.

—  Marysia... chwilę będziemy sami — szepnął do dziewczyny, gdy zamknięto za nimi drzwi. — Dobrze jest. Tobie już dadzą spokój.

—  Dziękuję panu — odpowiedziała serdecznym głosem. — To pan zrobił...

—  Nic, nic... — rzekł Nawrocki. — Aha, mam coś dla ciebie — przypomniał sobie. Poszperał po kieszeniach i za chwilę wsunął do ręki dziewczyny kawałek chleba.

—  Zjedz, młodość daje apetyt — rzekł.

—  A pan? Przecież to pana porcja... — wzdragała się Zimna.

—  Dam sobie radę — odpowiedział. Dziewczyna przysunęła się bliżej niego.

—  Proszę pana — zniżyła głos — czy pani jest na wolności, czy ją też aresztowali? — spytała z niepokojem.

— Bądź spokojna. Oni żony mej dotąd nie tknęli, boją się, na szczęście. Zresztą wiedzą prawie wszystko, więc i to, że jej nasze Polskie sprawy nie interesowały. Odsuń się, Marysiu, bo się pobrudzisz — ostrzegł ją.

—  Czym? — zdziwiła się.

—  Krew... Wylewa mi się już z moich trzewików. Nic, nic, to nic takiego — usłyszała odpowiedź. — Tobie nic się złego nie stanie. Ty przeżyjesz, to najważniejsze. Masz przed sobą życie... — szeptał pan Alfred.

Marysia pochyliła się i ucałowała jego rękę. On delikatnie pogładził ją po włosach. Samochód zatrzymał się. Skrzypnęły drzwi.

—  Raus! — usłyszeli twardy, zimny głos oprawcy.

 

Wstawał chmurny, śnieżny dzień 10 grudnia 1944 roku. Więźniów prowadzono skutych po dwóch i otoczono silną strażą. W pierwszej parze szli Nawrocki i Frude, za nimi Wünsche z Lompem, dalej Elwira Fedeger i Barbara Pawlak, potem siostry Stasiakówny i tak wlókł się ten długi korowód z więźniami z Łódzkiej przez park, potem obok kościoła Świętego Józefa ulicą Kolegiacką ku Trybunałowi, jak tradycyjnie zwano okręgowy sąd kaliski. Na ulicach było jeszcze mroczno i zimno. Wiało pustką. Nieliczni o tej porze przechodnie na widok tragicznego korowodu zatrzymywali się przerażeni. Mężczyźni zdejmowali czapki z głów, co mogło oznaczać przymusowe uczczenie niemieckiego munduru obowiązujące Polaków, a oznaczało w istocie nieme oddanie hołdu męczennikom.

Dzień sądu nad bandą spiskowców, którzy przygotowywali zbrojne powstanie przeciw władzom Rzeszy, i wiadomość o przyjeździe na rozprawę samego gauleitera Greisera były podane w gazecie. Spodziewano się objawów gniewu ludu niemieckiego przeciw zuchwałym zbrodniarzom, tłumów przed sądem domagających się surowego ich ukarania, pochodów z transparentami, okrzyków, demonstracji. Niczego takiego nie można było dostrzec. Nieliczni dziennikarze, przybyli służbowo na tę pokazową, głośną w całej Rzeszy rozprawę, zobaczyli tylko przed sądem dużo policji, wezwaną na wszelki wypadek na pomoc kompanię Wehrmachtu w bojowych hełmach i licznie kręcących się esesmanów. Prócz kaliskiego plutonu tej formacji nadjechały jeszcze oddziały specjalne z Poznania i Łodzi. Tu i tam tylko przemykał się między nimi jakiś cywil, wezwany jako widz czy świadek z opieczętowaną przepustką w ręku. Oskarżonych wepchnięto do dużego pokoju obok głównej sali rozpraw, nie zdejmując im kajdan z rąk. Stali tam stłoczeni obok siebie. Henryk Frude z pomocą Alfreda Nawrockiego przecisnął się przez tłum, żeby znaleźć się blisko Ireny Starkówny. Stała blada, z zaciśniętymi ustami skuta razem z Bożeną Deutschmann. Irena powitała narzeczonego łagodnym, miłym uśmiechem.

— Przepraszam cię...  Wybaczysz mi, Irenko, to, co się z tobą stało? — spytał.

— Mówiliśmy już o tym, Heniu — odpowiedziała. — Nie jesteś niczemu winien. Taki los... Gdybym jeszcze raz żyła, postąpiłabym tak samo.

—  I ja też. Przyjechał Greiser, to znaczy...

—  Wiem. Oni nikomu nie przebaczają i im nikt nie przebaczy. I ich los się dopełnia.

Towarzysz Henryka pociągnął jego dłoń. Młody Frude zrozumiał to, gdy Nawrocki szepnął mu do ucha jedno jakże wymowne słowo:

—  Ojciec...

Tak. Tam gdzieś z kąta patrzyły na Henryka pełne bezmiernej miłości i tęsknoty oczy starego pana z Żydowa.

—  Tato, tato... — wyszeptał Henryk.

—  No, właśnie.  Przesuniemy się tam — powiedział Nawrocki.

—  Ale pan ma tu swoich... — przypomniał młody Frude.

—  Dla mnie wystarczy czasu — odparł Nawrocki — twoja sprawa ważniejsza.

Wargi starca zadrżały, gdy zobaczył zbliżającego się jedynaka. Po twarzy spływały mu łzy. Nie mógł przemówić ani słowa, tylko wolną od kajdan ręką pogładził go pieszczotliwie po głowie.

—  Synku... synku... — wyłkał wreszcie.

—  Tatusiu, trzymaj się. Tak nie można — upominał go Henryk. — Ja czuję to samo, a widzisz, oczy mam suche. I ty, tatusiu, przeze mnie tu się dostałeś, jak Irenka. Ona mi przebaczyła.

—  Dumny jestem z ciebie, synku — wykrztusił wreszcie z zaciśniętej krtani ojciec.

—  Tatusiu, to ja jestem dumny, że mam takiego ojca. Nie ma na twoich rękach ludzkiej krzywdy. Ileż łez nimi otarłeś przez całe swe życie.

— Za długo... za długo żyłem, że doczekałem tego dnia. Synku, czy oni bardzo cię męczyli? — spytał drżącym głosem.

— To już poza mną, tatusiu. Teraz potrzeba męstwa. Bądź mężny, ojcze.

—  To ja... to ja powinienem tobie to powiedzieć. Błogosławię cię, dziecko moje...

—  Żegnaj, tatusiu, bardzo zmizerniałeś. Musisz mieć siły. Ty zobaczysz mamę. Powiedz jej... — tu głos Henryka załamał się

—  Wiem, wiem — odpowiedział ojciec. — Oni już się kończą. Może nie zdążą.

—  Moja żona jest w Berlinie — odezwał się Nawrocki. — Miałem wiadomość. Mogą wymienić nas po wyroku na swoich jeńców i agentów, którzy tam u aliantów czekają na karę. Ten plan może się udać, bo oni sami giną. Odwagi, panowie, wyjdziemy cało z tej awantury —  mówił głośniej, by go słyszeli inni. Ku Nawrockiemu wyciągnęło się wiele rąk. On był podporą, pociechą i nadzieją wszystkich tych nieszczęśników.

—  Będzie dobrze, będzie dobrze — powtarzał wszystkim. — Nikomu z nas włos z głowy nie spadnie. Z dwóch stron idzie ratunek: od wschodu i z Berlina. Trzymajcie się mocno tak, jak dotąd.

—  Ale ktoś nas przecież wydał — odezwał się pan Lompe z Dembego — jak to było?

—  Prowokacja, konfidenci i załamanie się jednego z naszych. Nie mógł wytrzymać tortur. To ludzka rzecz.

—  Druhu przyboczny — szepnął ocierający się o Henryka Frudego młodzieniec wychudły jak szczapa o konopiastej czuprynie — druh mnie nie poznaje, ale ja go znam z manewrów kaliskiego hufca. Jestem ćwik Jerzy Barst z czwartej drużyny. Mnie złapali, ale sztandar hufca ocalał. Gdy uświadomiłem sobie, że jestem ostatni z tych, co go uratowali, pokazałem miejsce jego ukrycia dalszej czwórce...

—  Dobrześ się spisał — uśmiechnął się blado Henryk Frude.

Straż  więzienna  otworzyła  drzwi. Zaczęto  kolejno  rozkuwać więźniów i pod mocną obstawą wyprowadzać długim korytarzem ku sali sądowej. I znowu pierwsi szli najciężej oskarżeni: Nawrocki i Frude. Nie pozwolono im usiąść. Musieli stojąc czekać na przybycie dostojników Sondervolksgerichtu, nadzwyczajnego sądu ludowego Rzeszy Niemieckiej. Z tyłu za miejscem dla sędziów stał na podwyższeniu fotel dla gauleitera Greisera, przedstawiciela samego Führera. Za chwilę wszedł komplet sędziowski, któremu przewodniczył doktor Streit, stara zasuszona mumia. Z braku kadr prawniczych, mocno przerzedzonych przez wojnę, wydobyto go z emerytalnego lamusa. Głuchy starzec miał na uszach słuchawki. Reszta kompletu sędziowskiego w liczbie czterech byli to ludzie młodsi w różnokolorowych mundurach. Oskarżonych oddzielono jedną balustradą od sędziów, drugą z tyłu od publiczności. Stanowiło ją kilkudziesięciu dygnitarzy partyjnych i administracyjnych oraz nieco urzędników miejscowego sądu.

Drzwi za kompletem sędziowskim otworzyły się. Ukazała się w nich „dostojna" postać gauleitera. Woźny zadzwonił głośno. Wszyscy powstali. Sędziowie i prokurator generalny kraju Warty, Steinberg, złożyli przybyłemu czołobitny pokłon. On podziękował za powitanie łaskawym skinieniem głowy i zasiadł w fotelu, mając po bokach dwóch adiutantów w mundurach oficerów SS. Na wstępie zabrał głos prokurator Steinberg.

—  W chwili gdy cały naród niemiecki walczy po bohatersku, krwawi się w obronie granic Wielkiej Rzeszy — mówił — znalazła się garść opryszków, którzy popełnili zdradę najwyższą i współpracując z wrogiem Rzeszy, przygotowywali razem z miejscową ludnością powstanie zbrojne. Niecne ich knowania wyszły na jaw dzięki patriotycznej postawie miejscowych Niemców, którzy ze wstrętem odrzucili proponowany im udział w tej wielkiej zbrodni i zawiadomili właściwe władze o knowaniach tych łotrów. Aż zgroza bierze patrzeć, że są między tymi bandytami i kobiety. Oto do jakiego stopnia doszło zwyrodnienie tych wyrzutków, którzy podstępem wśliznęli się w szeregi narodu niemieckiego, wierne ojczyźnie oraz Führerowi, wykorzystując znaną całemu światu jego wspaniałomyślność i dobroduszność. Zdruzgotani wymową faktów wszyscy oskarżeni przyznali się w śledztwie do winy. Muszą to powtórzyć na rozprawie. Oskarżony Alfred Nawrocki! Czy przyznaje się do zarzucanych mu przestępstw? — spytał Steinberg.

—  Tak — odpowiedział zapytany.

—  Czy oskarżony żałuje swych zbrodniczych czynów?

—  Nie — padła odpowiedź.

Nastąpiło pełne grozy milczenie wszystkich obecnych na rozprawie. Nerwowy tik przebiegł po nieprzeniknionych w swej oficjalnej martwocie twarzach dostojników państwowych. Poczynając od małego polskiego harcerza, który teraz ukradkiem rozcierał siniec na ręku, ślad bolesny niedawno zdjętych na chwilę tylko kajdan, aż po umundurowanego woźnego trybunału Rzeszy wszyscy wiedzieli, że widmo zagłady zawisło nad Rzeszą. Trudno byłoby nawet dociec, kogo z obecnych tu jędza strachu kąsała boleśniej: oskarżonych czy sądzących.

—  Czy oskarżony zdaje sobie sprawę z tego, co powiedział? — spytał przewodniczący sądu, doktor Streit, chcąc przerwać złowieszczą ciszę.

—  Tak — odpowiedział spokojnym głosem Nawrocki. — Jestem wprawdzie obywatelem Rzeszy, ale tylko z punktu widzenia prawa popełniłem zdradę wobec państwa niemieckiego, a nie wobec mej ojczyzny.

—  Oskarżony urodził się w Posen! — warknął prokurator.

—  Urodziłem się w Poznaniu, a więc w rdzennej Polsce i jestem Polakiem — odpowiedział fabrykant.

—  Dosyć tej bezczelności — zawołał Steinberg. — Oskarżony Frude przyznaje się do winy?

—  Tak, jako obywatel Rzeszy z przymusu, a nie jako Polak z urodzenia — oświadczył Henryk.

—  Czy oskarżony żałuje?

—  Tak. Żałuję, że jako Polak nie mogłem z wami bić się w otwartej walce. Zobaczcie moją prawą rękę. — Młody Frude podniósł w górę swą okaleczoną dłoń. — Sam obciąłem sobie palce, by nie zabrano mnie do waszego wojska.

—  Dosyć! — ryknął generalny prokurator.

—  Mam ochotę palnąć mu zaraz w łeb! — szepnął Sturmbannführer Kondritz do siedzącego obok niego komendanta łódzkiego gestapo Sterzingera.

—  Uspokój się. I nasz dzień nadejdzie — odparł Sterzinger. Nikt  z  następnych  oskarżonych  nie  okazał skruchy.   Wszyscy oświadczyli publicznie, że są i czują się Polakami. Gdy wyznała to i Bożena Deutschmann, chmura gniewu okryła dostojne oblicze zastępcy Führera na terenie kraju Warty. Ostentacyjnie podniósł się z krzesła i opuścił salę. Przewodniczący sądu zarządził zaraz przerwę i spiesznie ruszył za gauleiterem. To samo uczynił prokurator generalny.

—  Panowie — oświadczył im cierpko Artur Greiser w gabinecie prezesa sądu — to nie jest proces karny, to jest prowokacja. Mam pretensję do naszego gestapo, że nie przygotowało należycie oskarżonych do publicznego procesu.

—  Robiliśmy wszystko, co było w naszej mocy — tłumaczył się Standartenführer Sterzinger. — Wszyscy oskarżeni poddani byli najostrzejszym badaniom z użyciem nowoczesnych metod nacisku. Przyznali się przecież do winy, a bardzo trudno było to z nich wymusić.

—  Korespondenci prasy zamiejscowej nie będą mieli o czym pisać. Zresztą rozprawie w obecnej naszej sytuacji nie należy nadawać rozgłosu. Deutschmann zeznaje, że czuje się Polką! To szczyt wszystkiego!

—  Grozi jej kara śmierci — zapiszczał doktor Streit, przewodniczący sądu. — Zresztą to samo wszystkim innym oskarżonym.

—  Spodziewam się — mruknął Greiser. — Ale właśnie ja tej Deutschmann zawieszę warunkowo karę. Sterzinger raportował mi, że dwaj jej bracia są w obozie jeńców dla polskich oficerów. To skandal, by Deutschmannowie czuli się dotąd jeszcze Polakami. Ojciec tej dziewczyny mieszka tu w Kaliszu, prawda? — zwrócił się do szefa miejscowego gestapo, Wilhelma Schönrogge.

—  Jawohl, Herr Gauleiter — potwierdził wyprężony jak struna gestapowiec.

—  Niech ten stary lis napisze list do swoich synów, żeby przyjęli Volkslistę, inaczej bowiem wyrok na ich siostrze zostanie wykonany.

—  Tak jest. Zajmiemy się tym — odpowiedział Schönrogge.

—  Ośmielę się przypomnieć — zaczął mówić przewodniczący sądu — że przeglądając akta oskarżonych, zwróciłem szczególną uwagę na personalia tych, którzy wywodzą się z byłego narodu polskiego. Otóż oskarżona Elwira Fedeger ma też brata imieniem Gustaw, który jako dawny oficer polski jest naszym jeńcem, więc…

—  To zupełnie co innego, Herr Gauleiter — przerwał doktorowi Streitowi komendant łódzkiego gestapo Sterzinger. — Elwira Fedeger jest niewspółmiernie bardziej obciążona niż Bożena Deutschmann, a brat Elwiry parokrotnie już odrzucił stawiane mu przez nas korzystne propozycje, by zadeklarował się jako Niemiec.

—  To ten od fortepianów? — spytał Greiser.

—  Tak jest, Herr Gauleiter, to zatwardziały zdrajca niemczyzny. Naturalnie odebraliśmy mu fabrykę.  

—  Dobre fortepiany, mam też tej firmy fortepian w domu. Gram trochę na nim. Zawsze myślałem, że to niemiecka firma, szkoda — westchnął zarządca „kraju Warty".

—  Więc co wasza ekscelencja decyduje? — spytał łódzki gestapowiec.

—  Ukarać Elwirę Fedeger z całą surowością prawa, żadnych złagodzeń! Nie ma litości dla odstępców i zdrajców! — zawyrokował Artur Greiser.

O brzasku w jednym z pierwszych dni stycznia 1945 roku z szeroko otwartej bramy więzienia przy ulicy Szterlinga w Łodzi wysunął się korowód ludzi - cieni płci obojga pod strażą esesmanów. Z dala słychać było zupełnie wyraźnie głuche dudnienie pocisków armatnich. Tuż za bramą, gdy żałosny pochód dotarł do ulicy wiodącej na zachód, więźniowie dostrzegli, że jest ona wypełniona wszelkiego rodzaju pojazdami, autami ciężarowymi, bryczkami, wozami, ciągnikami z przyczepionymi do nich maszynami rolniczymi. Wszystkie pojazdy pełne były naprędce powiązanych tobołków, kufrów, waliz, mebli. Na wierzchu siedzieli ludzie w kożuchach, futrach, baranich czapach, nasuniętych na oczy, z których wyzierał strach. Ponure milczenie przerywał tylko głośny płacz dzieci, ryk pędzonego obok wozów bydła, tupot kopyt końskich i kwik nierogacizny, stłoczonej na niektórych wozach. Czasem zapiał jakiś kogut w klatce i odpowiedziało mu niespokojne gdakanie kur.

—  Zupełnie jak u nas we wrześniu, prawda, Krysiu? — odezwała się jedna z więźniarek do swej towarzyszki, którą prowadziła pod rękę, ciągnęła prawie, gdyż ta słaniała się na nogach, idąc z wielkim trudem, a iść trzeba było. Z tyłu za grupą więźniów postępowali uzbrojeni esesmani, waląc karabinami opieszałych i grożąc zabiciem tych, co ustaną w drodze.

—  Schnell! Schnell! — wrzeszczeli strażnicy, popędzając tych, którym brakowało już sił, by wlec się dalej.

—  Ciemno mi w oczach, Edytko, nogi mi się plączą — skarżyła się Krysia, trzymająca przy ustach strzęp koszuli, nasiąknięty krwią. — Nie mogę już...

—  Trzymaj się, Krysiu, to już może tylko godziny. Słyszysz? Walą z armat tak blisko.

—  Nie dojdę — szepnęła Krystyna.

—  Dojdziesz! Musisz dojść! — zawołała rozkazująco Edyta.

Nagle ze wszystkich stron miasta zawyły syreny. Strażnicy zaczęli niespokojnie strzyc uszami, jak konie przed burzą. Korowód więźniów zakołysał się. Z dala zbliżało się groźne warczenie samolotów. Były coraz bliżej. Już na peryferiach miasta, ku którym prowadzono więźniów, odezwały się strzały artylerii przeciwlotniczej. Za chwilę powietrze rozdarł potężny huk pierwszych detonacji. Esesmani rzucili się do piwnic najbliższych domów. Kolumna więźniów rozsypała się na wszystkie strony, znikła z jezdni, pomieszana z zeskakującymi z wozów hitlerowskimi zbiegami. Edyta pociągnęła swoją towarzyszkę w bramę jednego z najbliższych domów. W podwórzu stało kilka blaszanych pojemników na śmieci z odkrytymi pokrywami. Edyta wywróciła dwa z nich, wyrzuciła ich zawartość i w pierwszy z nich wepchnęła Krysię. Z dużym wysiłkiem podniosła pudło i zamknęła jego wieko nad głową przyjaciółki.

—  Siedź tu cicho, aż cię zawołam — szepnęła do niej. Sama próbowała wejść do drugiego pojemnika, ale ledwie chwyciła rękami jego brzeg, wywrócił się natychmiast. Próbę tę powtórzyła parę razy bezskutecznie, aż wreszcie poszła po rozum do głowy.

—  Jedno pudło może leżeć przewrócone, kto tam będzie zaglądał do środka — machnęła ręką. Ze wstrętem wsunęła się do wilgotnego i cuchnącego wewnątrz pojemnika i zasunęła za sobą jego przykrycie.

Po podwórzu dudniły czyjeś buty, odzywały się gardłowe, nienawistne  głosy:

—  Schnell, schnell! — potem uciszyło się wszystko. Edyta odczekała jeszcze jakiś czas i ostrożnie uchyliła wieko pojemnika. Na podwórzu było pusto. Jakaś stara kobieta niosła ku śmietnikowi pełne wiadro odpadków.

—  Proszę pani, proszę pani — przemówiła do niej Edyta z przewróconego pudła.

—  Jezusie, Mario, a to kto? — przeraziła się babina.

—  Uciekłam Szwabom. Nie ma ich tu? — spytała.

—  Ady już sobie poszli, wyłaź pani — odpowiedziała staruszka. — Ojej, jaka zmarnowana — zawołała widząc wynędzniałą postać wychodzącą z pojemnika.

—  Mam  tu  przyjaciółkę  w  tym  drugim  pudle.  Bardzo chora, niech pani pomoże mi ją wydobyć — prosiła babinę Edyta Trubolska.

—  Przecie, przecie — zgodziła się stara. — Ona tam siedzi? — spytała wskazując stojący pojemnik.

—  Tutaj, tutaj — zawołała Krystyna podnosząc klapę pudła. Z niemałym trudem obie kobiety wyciągnęły ją na zewnątrz.

—  Ta jeszcze większa lichota — odezwała się stara kobieta ze współczuciem. — Chodźcie obie do mnie, dam wam trochę gorącej zupy. Co to się tu wyprawia, aż oczy bolą patrzeć, ale już całkiem krucho z tymi oprychami. Ruski już siedzą w Piotrkowie, wczoraj miały zająć Koluszki, ino tu ich patrzeć. Co to? Krew pani z ust ciecze? — zaniepokoiła się, widząc krwawiące wargi młodej więźniarki.

—  Płuca mi odbili — szepnęła Krysia — ale teraz, gdy już im uciekłam...

—  Wyleczy się, pewnie! — pocieszyła ją staruszka. — No, to ja panią zaprowadzę do nas — rzekła, biorąc chorą pod rękę. — Odpoczniecie sobie, mój syn i obie córki pracują w fabryce konserw, jakoś dzięki temu żyjemy i wy nie będziecie głodne, a potem...

—  Potem Krysię oddamy do szpitala, a ja zobaczę moje dzieci, o Boże, moje dzieci... — wyszeptała pani Edyta. Łzy zalały jej twarz. Nie mogła więcej mówić. Potężny spazm płaczu wstrząsnął całą jej wątłą postacią. Był to płacz radości.

Ruch na ulicy Łódzkiej od strony Winiar i Opatówka w pierwszych dniach stycznia 1945 roku był coraz większy, narastał z każdym dniem. Gdy w nocy nieco przycichło, od strony Sieradza dochodził głuchy huk armat. Przenikał on już nawet przez grube mury więzienia kaliskiego i dochodził do uszu więźniów. Budził w nich nadzieję na lepszą przyszłość.

W godzinach południowych 18 stycznia tego roku nie kończącą się kolumnę uchodźców niemieckich zza Warty, ciągnącą ku Kaliszowi, mijała grupa samochodów pełna ludzi w czarnych mundurach. Na jej przedzie pędziły dwa auta osobowe z oficerami, za nimi parę pojazdów transportowych wypełnionych „Mannschaftem"[3].

Wozy te zatrzymały się przed bramą więzienia kaliskiego. Ich kierowcy głośnymi sygnałami klaksonów domagali się natarczywie otworzenia bramy. Od wewnątrz strażnik uchylił „judasza" i bacznym spojrzeniem obrzucił grupę niespodziewanych  „turystów”.

—  Wy kto? — spytał nieufnie.

—  Nie widzisz, durniu? — warknął jeden z pasażerów oficerskiego samochodu. — Komenda gestapo z Litzmanstadt, otwieraj prędko i wołaj  Sturmführera Schönrogge.

Brama otworzyła się spiesznie. Samochody z Łodzi wjechały na podwórze więzienne. Za chwilę Oberscharführer Henryk Nolte meldował się komendantowi łódzkiego gestapo, Standartenführerowi Sterzingerowi.

—  Gdzie Schönrogge? — spytał go Sterzinger.

—  Już dzwoniłem do szefa — odparł Nolte — zaraz się panu zamelduje. Jest teraz na naradzie ewakuacyjnej u landrata.

—  Dobrze. Dajcie nam co zjeść. Nic jeszcze dzisiaj nie tknęliśmy. Nie było czasu.

—  Rozkaz. Zaraz wydam polecenie. Czy pan życzy sobie, by tutaj podano, czy zechce pojechać do kasyna oficerskiego?

—  Tutaj, tutaj, dajcie byle co. Nie czas na kasyno. Wydam tylko odpowiednie zarządzenia i jedziemy dalej.

Noltemu na takie polecenie zrzedła jeszcze bardziej mina niż dotąd, bo od kilku tygodni i on począł zdawać sobie sprawę z grozy sytuacji.

„Jest jeszcze gorzej, niż sądziłem — pomyślał — skoro samemu Standartenführerowi tak pilno stąd uciekać..."

Zaprowadził gościa do gabinetu naczelnika więzienia, gdzie niebawem zjawił się zdyszany Schönrogge.

—  Macie tu wszystkich skazanych ze sprawy Nawrockiego? — spytał bez wstępów zwierzchnik.

—  Tak, Herr Standartenführer, wszystkich.

—  Musimy zdecydować o ich losie, a raczej ja muszę, bo moje rozkazy tu obowiązują — oświadczył Sterzinger.

—  Tak jest! Kiedy i gdzie mamy ewakuować tych ludzi? — spytał Schönrogge.

—  Zaraz, zaraz. Właśnie w ich sprawie zatrzymałem się u was. Rawicz chyba za blisko, co, Kondritz? — spytał swego doradcy.

—  Według   ostatniego,   przesłanego  nam   przedwczoraj   szyfrem rozkazu Reichsführera SS[4] Himmlera ma pan, komendancie, wolną rękę decydowania o losach wszystkich więźniów. To wyjątkowe ze względu na sytuację uprawnienie pozwala...

—  Wiem, do czego zmierzasz — przerwał mu Sterzinger. — Mam również rozkaz Reichsführera SS, by wstrzymać egzekucję wszystkich skazanych w procesie Nawrockiego. Sprzed tygodnia. Sytuacja się zmieniła, bo to drugie zarządzenie jest późniejsze. Zmieniła się na naszą niekorzyść — stwierdził z naciskiem zwierzchnik Kondritza.

—  Tak, dlatego trzeba zastosować środki najostrzejsze...

—  Ty gadasz tylko, a ja to będę musiał podpisać. Reichsführer miał swoje racje.

—  Może ich już nie mieć.

—  Albo tym bardziej może je mieć — rozważał Sterzinger — a wtedy co?

—  Niech  mnie pan  to  zostawi  —  zaproponował  Kondritz.   — Spieszy się pan bardzo do Breslau[5]. Ja mogę tu zostać kilka dni nawet tak trzeba, aby ktoś z nas został. Sam pan o tym mówił. Ja zgłaszam się na ochotnika, a jako na najwyższego tutaj stopniem...

—  Spadną na ciebie wszystkie nadzwyczajne uprawnienia.

—  Tak. Ja wszystko wezmę na siebie — zaofiarował się Sturmbannführer, a oczy zajaśniały mu wilczym blaskiem. — Podpiszę i przypilnuję, aby wykonano to, co podpisałem.

—  Tak może będzie najlepiej — umył skwapliwie ręce Standartenfiihrer Sterzinger. — Daj sznapsa, Schönrogge, zimno jakieś przeszło mnie po kościach.

—  Właśnie chciałem zameldować, że śniadanie czeka — powiedział Nolte, który dopiero co wszedł do gabinetu naczelnika więzienia i usłyszał ostatnie słowa Sterzingera.

 

—  Tatuś musi się na to zgodzić — nalegał usilnie na ojca Jurek Kolczyński. — Tatuś jest w tej chwili jedynym oficerem polskim na terenie Kalisza. Wiem od pani Nawrockiej, że oni wszyscy są tu w więzieniu, a wyrok na nich został zawieszony. Będą ich wywozić, bo Niemcy już opuszczają miasto. Najlepiej  będzie uderzyć na pociąg ewakuacyjny i odbić ich.

—  Czym uderzyć? Chłopcze, to jest szaleństwo — mitygował syna geometra.

—  Przyszedł czas szaleństw, tatusiu, my musimy ich uwolnić. Przecież panu Nawrockiemu i ja zawdzięczam życie. Takich jak ja są tu setki. Mamy robotników z Winiar, robotników od Fedegera, od Gedego, setki, setki ochotników! I chłopi przyjdą na wezwanie.

—  Ale broń?

—  Jest też i trochę broni.

— Tak. Kilka rewolwerów i siedem zardzewiałych karabinów.

—  Wyczyści się je, naboje są. Mamy też dziesięć granatów. Ludzie rzucą się z siekierami, z widłami, z kosami.

—  Powstanie Kościuszki — odezwał się ironicznie ojciec.

—  Duch, tatusiu! Oni go tracą, oni uciekają już, a my nie możemy pozwolić, by zabrali stąd naszych najszlachetniejszych. Ruszy się z nami całe miasto.

—  Trzeba by mieć rozpoznanie, kiedy mają ich wywozić, bo inaczej...

—  Więc zgadzasz się, tatusiu! — zawołał uradowany Jurek, rzucając się w objęcia ojca i całując go w oba policzki.

— Nie ciesz się na zapas — upomniał go pan Bronisław. — Będę musiał obliczyć realne możliwości, stopień prawdopodobieństwa udania się takiego wypadu.

—  Macie tam kogo pośród straży więziennej?

—  Jest jeden Ślązak, Piernikarczyk się nazywa.

—  Czy to znowu nie prowokacja?

—  Nie, on już chciał uciekać z Kalisza, zdezerterować ze straży, ale został na moją prośbę.

—  W co ty się już wmieszałeś! — zawołał zatrwożony ojciec.

—  Dla Polski, dla pana Nawrockiego i dla nich wszystkich.

—  Nie wiedziałem, że sprawy zaszły tak daleko. Ano trudno. U nas tak zawsze: młodzi warzą piwo, starsi muszą je pić. Obejrzę tę waszą broń, zobaczę, czy to coś warte — zgodził się ojciec.

Po wyjeździe Sterzingera Kondritz poczuł się panem życia i śmierci więźniów kaliskich. Przejrzał akta skazanych na śmierci rozkazał, by przyprowadzono mu wszystkie kobiety ze sprawy Nawrockiego. Gdy wizytował celę, w której je razem zamknięto, wpadła mu w oko jedna z nich niezwykle urodziwa. Już na rozprawie zwrócił uwagę na nią. Badał i katował bez cienia litości wiele kobiet. Im która była ładniejsza, tym większą sprawiało mu przyjemność, gdy widział strach w oczach swej ofiary i mógł zadawać jej ból. Była to jakaś sadystyczna rozkosz, gdy mógł się mścić na rodzaju niewieścim za to, że los kazał mu być brzydkim, utykającym na nogę mężczyzną, na którego żadna z kobiet, które mu się podobały, nigdy nie zwróciła uwagi, a jeśli okazywał im jakieś względy, odrzucały je z pogardą.

Elwira Fedeger... Tak nazywała się ta, która od pierwszego na nią wejrzenia wywołała głęboki niepokój w sercu Sturmbannführera. Nawet na rozprawie sądowej, gdy śmierć zaglądała jej w oczy, umiała zachować dystynkcję i godność kobiecą. Kondritz obserwował ją w momencie odczytywania wyroku i stwierdził z podziwem:

— Ta młoda kobieta zachowuje się jak królowa nawet wtedy, gdy słyszy, że ją skazują na śmierć... Wyznała dumnie, że czuje się Polką, a więc nas nienawidzi, a ileż to ludzi, gdy śmierć zajrzy w oczy, zdolnych jest uczynić wszystko, by ratować życie.

Właśnie „uczynić wszystko" — rozważał odtrącany całe życie przez kobiety szpetny, kulawy mały policjant. — Gdybym to ja miał jej los w moim ręku, kto wie...

Wypadki potoczyły się zgodnie z życzeniami Kondritza. Gdy znalazł się w więzieniu kaliskim, przypomniał sobie, że tu właśnie przebywa młoda kobieta, która wywarła na nim niedawno tak wielkie wrażenie. To właśnie zadecydowało, że zaproponował Sterzingerowi, by zostawił go w Kaliszu z prawem decydowania o losie wszystkich więźniów politycznych.

By nie zwracać niczyjej uwagi, że ma jakieś osobiste cele przy pełnieniu czynności urzędowych, Kondritz wydał właśnie rozkaz przyprowadzenia „na przesłuchanie" i innych skazanych na karę śmierci niewiast. Po wymienieniu z każdą z nich paru zdań kazał je odprowadzić do celi i umieścić w ich aktach adnotację: „Do transportu". Polecił też, by skazaną Elwirę Fedeger przyprowadzono na końcu.

Gdy weszła, bardzo uprzejmym gestem wskazał jej krzesło. Przez chwilę spoglądał na nią z nie ukrywaną przyjemnością.

„Jaka piękna... — myślał. — Nawet to wszystko, co przeszła przez blisko dziesięć miesięcy więzienia, nie zdołało skazić jej urody".

—  Czy pani ma narzeczonego? — spytał nagle.

Dziewczyna spojrzała na niego ze zdumieniem zaskoczona tym niespodziewanym pytaniem.

.— Czy to także należy do sprawy? — usłyszał Kondritz jej melodyjny głos.

—  Nie, nie należy — zaprzeczył — ale zdaje sobie pani przecież sprawę ze swej sytuacji. Czy nie myślała pani o sposobach ratunku?

—  Nikt nie traci nadziei do końca — odpowiedziała.

—  A właśnie, właśnie — podchwycił skwapliwie. — Jest pani taka młoda. Całe życie ma pani przed sobą. Wiem, że bardzo kocha pani matkę. Zrezygnowała pani nawet z widzenia się z nią, aby nie wiedziała... Matka będzie czekać na panią i może się doczekać... To tylko zależy od woli jej córki. Tak się złożyło, że ja mam prawo decydowania o tym. Możemy nawet mamę pani zabrać. Będziecie obie razem.

—  Gdzie?... — spytała Elwira jeszcze bardziej zdumiona niż uprzednim pytaniem, czy ma narzeczonego.

—  U mnie... — usłyszała nabrzmiały namiętnością szept Sturmbannführera SS. Kondritz podniósł się ze swego fotela i podszedł, by dotknąć ręką naturalnych miękkich loków, okalających jedwabistą falą delikatną twarz dziewczyny.

—  Uczynię dla ciebie wszystko, będziesz królową mego domu, moich snów. Zobaczysz, będę zupełnie inny niż dotąd — mówił istotnie innym już głosem. Ręce jego, drżące z żądzy, sięgały już ramion Elwiry. Podniosła się z krzesła i odepchnęła je ze wstrętem.

—  Precz! Pan tu został, aby wykonać wyrok. Niech pan będzie do końca katem!

—  Namyśl się — syknął wściekły, odsuwając się od niej. — Już tylko godziny pozostały. Pomyśl, czym jutro będziesz.

—  Wiem. Od was nie oczekuję niczego — odpowiedziała.

—  A żmija, do końca żmija — warknął oprawca. Nacisnął guzik dzwonka na stole. W drzwiach ukazał się uzbrojony strażnik.

Odprowadzić skazaną do celi! — rzucił mu rozkaz Kondritz. Po wyprowadzeniu Elwiry napisał na ostatniej stronie jej akt: "Wykonać wyrok".

Noc z 18 na 19 stycznia 1945 roku była dla mieszkańców Kalisza, a zwłaszcza dla oczekujących na śmierć więźniów przy ulicy Łódzkiej nocą pełną nadziei. Nawet przez grube mury więzienia przenikał do cel łoskot jadących pojazdów, niespokojny gwar zmieszanych głosów i ryk pędzonego całymi stadami bydła. Z oddali, z głębi tego nabrzmiałego nadzieją życia mroku, dochodził coraz głośniejszy huk, nieomylna oznaka blisko toczącej się bitwy. W samym więzieniu nikt nie zmrużył oka. Strażnicy kręcili się niespokojnie po korytarzach, więźniowie skupiali się przy oknach, nasłuchując odgłosów z zewnątrz.

—  O własnej skórze będą już teraz myśleć, a nie o nas — mówił Nawrocki do Henryka Frudego, którego umieszczono po rozprawie w jego celi. Było to duże szczęście dla młodego człowieka, bo znalazł w tych ciężkich momentach bratnią duszę, która go rozumiała. Od postaci Nawrockiego promieniała jakaś dobroczynna jasna aura, dająca spokój i równowagę. Człowiek ten żył pełnią wiary w zwycięstwo dobra i prawdy na ziemi.

— Wszędzie obowiązują prawa — mówił do Henryka — celowość, ład, spokój. Tylko zły człowiek zakłóca czasem harmonię świata, ale na krótko. W końcu zawsze złość obraca się przeciwko złoczyńcom, a dobro jak oliwa zmieszana z wodą zawsze wychodzi na wierzch.

—  A gdy się skończy życie? — pytał z niepokojem młody człowiek.

—  Życie nie kończy się nigdy — odpowiedział z łagodnym uśmiechem pan Alfred. — Ono zmienia tylko swą postać. Nic bardziej naturalnego, że i my ją zmienimy. To będzie dobre, bo wszystko zmierza ku dobremu... Tą jedyną drogą musi iść wszystko, co świadomie istnieje.

—  By przejść w byt nieświadomy?

—  Jeśli jakikolwiek byt traci swą przyrodzoną świadomość, to tylko po to, by uzyskać inną bardziej doskonałą — mówił pan Nawrocki.

—  Dobrze jest mieć taką wiarę, jaką pan ma — stwierdził Henio Frude. — Jest to jedyna nadzieja skazanych na śmierć.

—  Każdy człowiek przychodzi na świat z wyrokiem śmierci dla swego fizycznego bytu, cóż z tego? — filozofował dalej Nawrocki.

—  Nie wiem, nic nie wiem... — szeptał Henryk.

—  A tak, tak. Te słowa będą powtarzać ludzie do końca istnienia swego rodzaju, bo ziemia nie jest krainą wiedzy, lecz wiary — odpowiedział jego starszy towarzysz. — Wierz i czyń dobrze innym — oto jedyna dewiza życia.

—  W co wierzyć?

—  W sens bytu w ogóle i własnego istnienia, w godność ludzką, w sens cierpienia i poświęcenia dla innych, w sens wspólnej sprawy człowieczej, która nazywa się ojczyzną, walką z krzywdą, ze złem, czy jak chcesz to nazwać.

Zegar na pobliskim kościele wybił godzinę piątą rano. Była to jeszcze pełnia nocy styczniowej, ale ledwie ucichły jego dźwięki, w drzwiach celi obu skazanych zazgrzytał klucz. Zamiast postaci zwykłego więziennego strażnika stanął w nich człowiek z trupią główką na czapce.

—  Wychodzić! — rozkazał chrapliwym głosem.

Gdy Alfred i Henryk opuścili celę, rzuciło się na nich kilku umundurowanych zbirów i skrępowało im ręce z tyłu kolczastym drutem.

—  Śmierć... — przeniknęła ta straszna prawda do ich świadomości wraz z ostrym bólem fizycznym ranionych rąk. Skrępowanych oprawcy wyprowadzili na podwórze więzienne, gdzie czekała reszta skazanych ze skrępowanymi tak samo dłońmi. Mignęła pośród nich blada, wykrzywiona bólem twarz i jasne loki Elwiry Fedegerówny.

„Nie darowali jej, biedna Ela — uczuł Henryk wraz z tą myślą ostry ból w sercu. — Chwała Bogu, że Irenka dostała inny wyrok, dziesięć lat, to przecież teraz tyle znaczy co dziesięć dni. Będzie żyła..."

Mały kuternoga w mundurze wyższego oficera SS komenderował całą zgrają oprawców. Przy każdym skazanym stał jeden esesman z gotowym do strzału automatem. Wepchnięto ich do kilku wozów ciężarowych, bo ofiar było kilkadziesiąt. Groźnie zawarczały motory. Ruszyli daleko za miasto aż ku ciemnozielonej wstędze Skarszewskich lasów, zamykających skraj śnieżnych pól. Gdy zagłębili się w ów gąszcz leśny, auta zatrzymały się. Skazanych prowadzono teraz ku leśnej polanie do świeżego długiego wykopu. Przywódca oprawców szedł na czele tego ponurego pochodu, niekiedy przechodził z tyłu za szereg ofiar i uderzał kijem po drutach krępujących ich ręce. Każde jego uderzenie znaczył ślad krwi na śniegu, a oni szli tak bez jęku do kresu swej męki w Polskę i wieczność...

Nie tylko o pięknej dziewczynie marzył Wilhelm Kondritz. Drugim jego skrytym i tak jak i pierwsze nie urzeczywistnionym dotąd marzeniem było przewodzenie w walce. Upośledzony fizycznie wyżywał się skrycie w tych rojeniach o miłości o sławie wojennej. Rzeczywistość stawiała dotąd tamę tym jego ambicjom kochanka i wodza zarazem. Nie przyjęty do Wehrmachtu z powodu wad fizycznych, dostał się jednak do policyjnej formacji partyjnej. Mógł nosić mundur, został oficerem, wielką gorliwością w służbie doszedł nawet do stopnia majora SS — Sturmbannführera. To było bardzo wiele w świecie realiów, ale zbyt mało w świecie marzeń. I oto nagle los uczynił go wodzem z władzą nieograniczoną nad mieszkańcami i siłą zbrojną dużego miasta. Pozostawiony przez Sterzingera w Kaliszu, skorzystał z zamieszania w tym przyfrontowym już teraz mieście i sam ogłosił się jego komendantem wojennym. Zatrzymywał cofające się bezładnie rozbite pod Sieradzem jednostki Wehrmachtu, zbierał powiatowe komanda SS ewakuowane z zachodniej części Warthelandu, organizował z miejscowych folksdojczów obronę, kazał wznosić barykady na przedmieściach zamykające ulice Kalisza od strony wschodniej, słowem, poczuł się prawdziwym wodzem, mężem opatrznościowym, jak się w myślach sam nazywał, broniącym dla Führera i wielkiego Reichu „prastarego praniemieckiego miasta Kalisza". Zza zamkniętych barykadami ulic dochodziły rozpaczliwe meldunki. Gromadziły się przed nimi ogromne zatory wszelkiego sprzętu i ludzi, którym drogę ucieczki przecięły napierające na nich od tyłu wrogie wojska. Wściekły tłum uchodźców rzucał się na barykady i rozrywał je w strzępy.

—  Co robić? — pytali Kondritza dowódcy poszczególnych punktów obrony.

—  Strzelać do tych, co dezerterują! — rozkazywał komendant wojenny miasta, ale nikt już nie chciał wykonać tego zbrodniczego rozkazu. Kondritz wściekał się, ochrypł od krzyku, groził natychmiastową egzekucją tym, co nie posłuchają jego poleceń. Sam podjechał ku barykadzie przy ulicy Warszawskiej. Zastał tam tylko porozrzucane szczątki. Jego esesmani spokojnie siedzieli na chodnikach na resztkach mebli z rozbitej barykady i, ćmiąc papierosy, przyglądali się bezczynnie ciągle płynącej przez ulicę ku centrum miasta fali uchodźców.

—  Co wy tu robicie?! Dlaczego rozebrano tę barykadę? Kto pozwolił na to? — pytał Kondritz swoich ludzi.

Rozkładali bezradnie ręce, wskazując na tłumy zbiegów ciągnących ulicą.

—  Spędzić ludzi z najbliższych domów, wszystkich od dwunastu lat do sześćdziesięciu. Niech zrobią na nowo barykadę! — wydał rozkaz.

Sam, wygrażając rewolwerem, zebrał garść wystraszonych zbiegów i kazał im grodzić ulicę tym, co było pod ręką. Nagle od strony Winiar zatrzeszczała gęsta palba ręcznej broni, głuszona raz po raz strzałami rusznic pancernych. Za chwilę zawarczało na ulicy kilkanaście motocykli.

—  Ej wy tam, nie zagradzajcie drogi, to sabotaż! — zawołał oficer jadący na czele tej kolumny.

Kondritz podskoczył do niego wściekły.

—  My przygotowujemy tu obronę miasta — zawołał.

—  Jaką obronę? Czyś pan zwariował? — spytał go ów oficer. — Czołgi sowieckie są już w Winiarach. Będą tu za dziesięć minut. Zmykaj, pan, póki nie otoczą miasta!

Kondritz chciał rzucić jakieś plugawe słowo temu „defetyście", ale umilkł dostrzegając na jego ramionach pułkownikowskie szlify. Ów pułkownik wymownym gestem popukał się jeszcze w czoło i kazał dać gazu kierowcy motocykla. Za nim ruszyła cała jego kolumna. Sturmbannführer rozejrzał się bezradnie dookoła. Przeraził go dziki już zupełnie popłoch na ulicy. Uciekający wozami koloniści niemieccy smagali batami do krwi swe konie, kobiety ich krzyczały rozpaczliwie, w tyle za nimi narastał złowieszczy warkot gąsienic czołgów.

Przerażenie Kondritza wzrosło, gdy dostrzegł, że esesmanów nie było w miejscu, gdzie miała stać barykada. Własny jego szofer kręcił się niespokojnie za kierownicą i wreszcie ostrym trąbieniem jął przywoływać swego zwierzchnika.

—  Na kogo ty trąbisz? Zwariowałeś? Gdzie są nasi ludzie? Nie dałem rozkazu, by stąd odeszli! — ryczał Kondritz, podbiegając do swego auta.

—  Herr Sturmbannführer — odpowiedział szofer — Rosjanie tu będą za pięć minut.

—  Jedź!

Zbity z tropu kierowca nie pytał już o nic więcej. Ruszył pełnym gazem ku centrum miasta, przez które prowadziła zbawcza droga na zachód.

—  Miałem tu jeszcze coś zrobić... — przypomniał sobie Kondritz. — Do diabła, co to takiego miało być? Aha, komuś przyrzekłem, że zabiorę stąd... że mamy być razem wszyscy troje... Słowo esesmana. Ein Mann, ein Wort[6] — przypomniał sobie znane przysłowie niemieckie.

—  Jedź do fabryki Fedegera — polecił kierowcy. Ten skrzywił się, ale wykonał rozkaz. Za chwilę dotarli do małego renesansowego pałacyku przy fabryce.

—  Stań tu — rozkazał Sturmbannführer. Wysiadł z auta i poprzez ogołocone z liści drzewa małego ogrodu przed owym domem począł patrzeć w okna pałacyku. Za chwilę sięgnął klamki bramy wiodącej do domu Fedegerów. Była zamknięta. Kondritz stał chwilę niezdecydowany, co ma robić.

— Trzeba zadzwonić... — zdecydował się wreszcie. Nagle okno parteru domu uchyliło się. Ukazała się w nim jasna głowa starszej kobiety, Kondritz poznał ją. Badał przecież parę razy wzywaną na przesłuchanie panią Fedeger, matkę tej, której przyrzekł...

„To ona" — przypomniał sobie. Matka Elwiry zwróciła oczy ku niemu, jakby chciała o coś zapytać. Kat jej córki spiesznie dobył z kabury rewolwer i oddał kilka strzałów w stronę uchylonego okna pałacyku.

Posypały się z brzękiem rozbite szyby. Głowa w oknie znikła, zapadła się gdzieś. Kondritz powrócił do swego auta. Szofer, nie pytając o nic, ruszył przed siebie, kierując się w stronę mostu na Prośnie.

—  Nie tam — sprzeciwił się zwierzchnik. — Zawracaj!

—  Jak to? — spytał zdziwiony kierowca — droga do Breslau prowadzi przez ten most.

—  Zawracaj, powiedziałem — usłyszał twardy głos Kondritza — wracamy do barykady przy Litzmanstadtstrasse.

—  Herr Sturmbannführer, pan zwariował! — zawołał przerażony szofer. — Tam są już Rosjanie...

—  Jedź, podłe bydlę, jedź przeklęty! — warknął esesman.

—  Nie, nie, Herr Sturmbannführer, nie...

—  Jedź, bo ja cię!...

— Nie! — krzyknął rozpaczliwie kierowca, zatrzymując auto. Kondritz dobył znowu z kabury rewolwer i oddał kilka strzałów w tył jego głowy, która zwisła bezwładnie.

„Tak strzelali kilka dni temu moi ludzie w Skarszewskim lesie — przypomniał sobie Kondritz. — Tam zginęła i ona... Do diabła, jestem unieruchomiony. Jaka szkoda, że nigdy nie miałem czasu, by nauczyć się prowadzić auto, choć zarządzenia to nakazywały, ale »oni« chyba niedługo tu będą. — Wyszedł z auta i rozejrzał się dokoła. Jak pusto — zdziwił się. — To znak, że »oni« są gdzieś blisko".

Rzeczywiście u wylotu ulicy tuż przed nim zawarczały motory czołgów. Na pierwszym z nich dostrzegł Kondritz wymalowaną jaskrawą czerwienią gwiazdę. Wsunął do swego rewolweru nowy magazynek, wymierzył starannie i oddał kilka strzałów w kierunku nadjeżdżającego czołgu. Widział wyraźnie, jak z jego gwiazdy odpryskiwała czerwona farba.

„Trafiłem — ucieszył się esesman. — Dotrzymałem słowa, Fraulein Fedeger, idę już do was, a tak nie chciałaś mi wierzyć"... — przemknęła ostatnia myśl przez głowę Sturmbannführera SS Wilhelma Kondritza, jednego z głównych katów Polaków w „kraju Warty".

Gdy po aresztowaniu syna, a potem męża, władze hitlerowskie wypędziły panią Łucję z Fedegerów Frudową z Żydowa, zamieszkała wraz z córką Hanią w domu swym przy ulicy Wodnej w Kaliszu. Trzeba było spiesznie rozejrzeć się za pracą dla Hani, której groziło każdej chwili wywiezienie w głąb Rzeszy. Na szczęście znalazła ją dość łatwo w fabryce tytoniowej Karla Seidacka. Papa Seidack nikł w oczach po stracie jedynego syna na froncie wschodnim. Córki jego też go opuszczały po kolei, wychodząc za mąż za Reichsdeutschów, żona stale chorowała. Interesy jego firmy podupadały, gdy najlepszych pracowników zabierało mu gestapo. Papa Seidack bardzo nad tym bolał. Często zbierał coraz szczuplejszą gromadkę pracowników swych, Polaków, i biorąc się za głowę, upominał ich:

—  Herr Je, na co wy się porywacie? Siedźcie spokojnie, losy wojny dokonają się bez was. Nic w nich nie zmienicie...

Hanię Frudównę przyjął z otwartymi ramionami.

—  Herr Je[7] — zawołał, skoro tylko zgłosiła się po raz pierwszy do niego w sprawie pracy — jak mi pani przypomina moją najmłodszą córkę, Trudi... Też mnie opuściła — powiedział ze łzą w głosie — jak i jej starsze siostry. Mieszka u rodziny męża w Monachium. Po co one wyszły za mąż? Wszyscy trzej ich mężowie na froncie. Pani chyba nic nie robi przeciw Führerowi? — spytał z niepokojem. — Nie radzę tego — dodał podnosząc palec wskazujący prawej ręki w górę. — Nic to nie da.

Hania pokręciła przecząco głową.

—  Tak, tak — biadał stary Niemiec. — Inni też tak kręcili głową, a potem gdzieś przepadli. Przestrzegam panią przed taką lekkomyślnością.

Papa Seidack był widocznie jasnowidzący. Jednego wieczora, gdy Hania była już w domu, zadzwonił telefon. Pani Łucja podniosła słuchawkę. Usłyszała w niej znajomy głos życzliwego jej rodzinie lekarza Niemca.

—  Dowiedziałem się — mówił — że panna Anna czuje się bardzo źle. Radzę zmienić klimat.

Po tych słowach do uszu pani Frude doszedł trzask położonej słuchawki. Zrozumiała, o co chodzi. Hania zamiast iść nazajutrz rano do pracy ruszyła o świcie na stację. W nocy obie zdecydowały, że będzie szukała schronienia u rodziców Ireny Starkówny, której ojciec był dyrektorem cukrowni pod Lublinem. Istotnie po dziesięciu dniach pełnych najwyższego niepokoju pani Łucja dostała list od kuzynki Starkowej z wiadomością, że czują się dobrze. To był umówiony znak. Wprawdzie i Starkowie byli przesłuchiwani przez gestapo po aresztowaniu ich córki w Kaliszu, ale to już minęło. Tam był względny spokój, nie miała go jednak nieszczęsna matka Hani. Już w kilka dni po ucieczce córki przyszło wezwanie, by Anna Frude stawiła się na gestapo. Pani Frude poszła tam sama zamiast córki.

—  Dziwię się bardzo i niepokoję, że przyszło to wezwanie — rzekła do urzędnika, który ją przyjął. — Mojej córki nie ma w domu już od czterech dni. Właśnie miałam się do was wybrać, by zapytać, co się z nią stało. Syna mego aresztowano na dworcu, męża na ulicy, myślałam więc, że i moją córkę spotkał ten sam los.

Takie postawienie sprawy zaskoczyło gestapowca.

—  Więc pani naprawdę nie wie, co się stało z jej córką? — spytał.

—  Nie wiem...

—  Hm... to może litzmansztackie gestapo tu działało. Oni czasem sprzątają ludzi poza naszymi plecami. Do pani nic nie mamy, dziękuję.

Pani Łucja nieco lżej odetchnęła, jeszcze lżej, gdy nadeszła kartka spod Lublina. Tymczasem wypadki galopowały. W listopadzie 1944 roku przywieziono jej najdroższych syna i męża z powrotem do Kalisza. Prosiła o pozwolenie zobaczenia ich.  

—  Będzie to możliwe dopiero po sprawie, i to w przypadku, gdy zapadnie wyrok śmierci — usłyszała odpowiedź. Jakże się wtedy żarliwie modliła, aby nie zapadł tak okrutny wyrok. W grudniu przeczytała w gazecie lakoniczną notatkę: „Henryk Frude skazany na karę śmierci". Czerń liter przesłoniła jej cały świat. Straciła przytomność. Przyszła niebawem do siebie, ale ta hiobowa wieść zmieniła wyraz jej twarzy. Stała się kamienna, jakby zastygła z bólu. Z tą kamienną twarzą pokazała się synowi w więzieniu. Nie uroniła wtedy ani jednej łzy. Tak musiały zachowywać się Spartanki, gdy przynoszono na tarczach ich synów po śmiertelnym boju. Miała nawet tyle siły, by razem ze swą siostrzenicą Wandą Fedegerówna, którą przed rozprawą sądową jeszcze puszczono do domu, ukrywać przed jej matką, jaki los czeka jej starszą córkę, Elwirę. Pani Fedegerowa ponad życie kochała starszą swą córkę, Elę, i było pewne, że jej serce nie zniosłoby takiej straty. Utrzymywały ją tedy obie, Wanda i bratowa, pani Łucja, w mniemaniu, że niebawem i Ela powróci do domu. Nieszczęśliwa matka zdobyła się na to, by innej matce stworzyć złudzenie, bez którego ta druga żyć by nie mogła. Wanda czuwała w domu nieustannie, aby żadna wieść ze świata o losie Elwiry nie dotarła do matki.

Było to po 20 stycznia 1945 roku. Odgłosy walki zbliżały się już do centrum Kalisza. Pani Łucja dla bezpieczeństwa opuściła swe mieszkanie przy ulicy Wodnej i przeniosła się do bratowej. Mocne kraty parteru willi Fedegerów dawały większą gwarancję ochrony przed ewentualnymi skutkami starć na ulicach miasta. Rankiem jednego z tych dni pani Wanda Fedegerowa obudziła się dziwnie radosna. Jeszcze w szlafroku zapukała do sypialni pani Łucji, by jej opowiedzieć swój sen.

—  Wiesz, kochana, jakie szczęście — mówiła — widziałam w nocy moją najdroższą Elunię. Powiedziała mi, że będziemy razem. Pewnie niedługo wróci. Hitlerowcy już uciekają z miasta, Elunia będzie wolna.

„Już jest wolna" — pomyślała pani Frude, bo właśnie poprzedniego dnia dotarła do niej wiadomość o egzekucji w lesie Skarszewskim, ale odpowiedziała pozornie pogodnym głosem: — Tak, tak, moja Wando, na pewno zobaczysz Elę...

—  No, właśnie, to będzie radość — zawołała pani Fedegerowa. Tego dnia nie pracowano już w fabryce. Nikt z robotników do niej się nie stawił. Zresztą fabryka tylko pozornie była czynna przez kilka dni. Kiedy jej niemieckie kierownictwo opuściło Kalisz, pozostali robotnicy uznali Wandę za swego szefa i do niej się ze wszystkim zwracali, ale wreszcie i oni nie stawili się do pracy, Wanda więc mogła cały swój czas poświęcić matce. Było bardzo źle z żywnością. Już w ostatnich tygodniach pogorszyło się zaopatrzenie miasta. Sytuację ratowała pani Łucja, której udało się zabrać z Źydowa nieco zapasów. Raz po raz zresztą żony dawnych jej robotników rolnych przynosiły świeży nabiał ukradkiem swej „dobrej pani", jak nazywały dawną właścicielkę majątku. Pani Łucja przygotowywała właśnie z gosposią w kuchni obiad, jej bratowa z Wandą krzątały się w jadalni od frontu domu, nakrywając do stołu. Była tego dnia odwilż, okna odtajały. Przez szyby widać było mały ogródek przed domem, a za nim ulicę. Pani Wanda podeszła w pewnej chwili do jednego z okien, spojrzała i rzekła do córki:

— Tam przed domem stoi ten wojskowy, który ze mną rozmawiał w sprawie Eli, pewnie ma od niej jakąś wiadomość. — Bez chwili wahania otworzyła okno.

— Niech mama je zaraz zamknie! — krzyknęła Wanda. Było już za późno. Z ulicy padły strzały. Pani Fedegerowa osunęła się na podłogę, nie wydając nawet jęku.

Był piękny majowy dzień roku 1945. Główną ulicą Kalisza Górnośląską, potem Śródmiejską w stronę placu Ratuszowego szedł barwny pochód wszelkiego ludu. Przeważała w nim młodzież, wynędzniała jeszcze, ale pełna radości i dumy, że za jej to również udziałem legła w gruzach złowroga brunatna potęga. Karnymi szeregami szli harcerze w zielonych mundurach. Na przedzie drużyn harcerskich widniał poczet sztandarowy. Chorąży podnosił wysoko w górę sztandar hufca kaliskiego, który ocalał dzięki bezgranicznemu poświęceniu wielu druhów. Większość z nich nie doczekała tej radosnej chwili zwycięstwa. Ze czcią wymieniono teraz nazwiska Bogasta, Braszaka, Kolasińskiego, Ćwieka, Barsta...

— Zginęli, abyśmy mogli żyć — powtarzano sobie z ust do ust.

Stojący na chodnikach ludzie na widok haftowanej srebrem na jedwabiu lilii harcerskiej w otoku dębowych liści odkrywali głowy.

Burza oklasków witała tę maszerującą ulicą młodą Polskę. Wiele osób miało łzy w oczach.

—  Irenko, naprawdę nie można tak głośno płakać — mówił mężczyzna w oficerskim mundurze trzymając pod rękę młodą kobietę.

—  Wybacz mi, Gustawie, ale ci harcerze przypomnieli mi naszych najbliższych. Elwirka też była harcerką i twój brat cioteczny Henio Frude... — głośny szloch nie pozwolił mówić dalej młodej pani Fedegerowej. — Tak mnie teraz wszystko wzrusza, bo ja, Guciu, bo ja... — jąkała się młoda kobieta — będę miała dziecko. Więc chciałam cię prosić, że jeżeli to będzie dziewczynka, to...

—  To nazwiemy ją Elwirą — dokończył za żonę pan Gustaw, całując ją w rękę.

—  Niech choć tak trwa pamięć o nich — szepnęła młoda kobieta. Był znowu maj. I w zmartwychwstającej naturze, i w sercach ludzkich zaczęło się budzić nowe życie.


[1]  Wer ist  da?    (niem.) — kto tam?

[2]  Sicherheitspolizei,    aufmachen!    (niem.)   —  policja  bezpieczeństwa, otwierać!

[3]  Die  Mannschaft    (niem.) —  żołnierze,  załoga, drużyna, szeregowi.

[4]  Der Reichsfuhrer  SS  (niem.) — zwierzchnik SS.

[5]  Breslau   (niem.) — Wrocław.

[6]  Ein   Mann,   ein   Wort.   (niem.) — dosłownie: jeden człowiek, jedno słowo; człowiek, który ma tylko jedno słowo.

[7] Herr  Je   (niem.) — Panie Jezu.