ROZDZIAŁ PIERWSZY

GRZEBIELUSZKI

 Na dobrą sprawę to gości nigdy nie brakowało w Żydowie, odkąd majątek ten, pięknie położony w rozlewisku Prosny, nabył z klucza dóbr Sokolnickich Emil Frude. Był to dobrze zasłużony Kaliszowi obywatel, szczególnie od chwili gdy z rąk plutonu egzekucyjnego żołdaków Preusskera w roku 1914 potrafił wyrwać kilku zakładników z prezydentem miasta Bukowińskim i znanym lekarzem Dreszerem na czele. Doktor Dreszer poślubił potem jedną z sióstr Emila, Ludwikę, i żyło im się szczęśliwie.

Ożenił się pan Emil późno, w wieku już dojrzałym, poznawszy w Towarzystwie Muzycznym młodą artystkę z rodu miejskiego patrycjatu, piękną Łucję Fedegerównę, córkę właściciela fabryki fortepianów. Wkrótce stary dwór w Żydowie ożywił się gwarem dziecięcych głosów i licznych gości, bo gospodarze byli gościnni. Do obiadu w niedzielę siadano zwykle w kilkanaście osób, a jeśli była piękna pogoda, domostwo w Żydowie zamieniało się w istny pensjonat, tak było tam rojno i wesoło. Pan domu był zawołanym i skrzętnym gospodarzem. Wśród dochodów z roli i sadów niepoślednie miejsce zajmował dochód ze świetnie prowadzonego młyna, starczało więc nie tylko dla rodziny, dla domowników, ale i dla wielu gości.

Szczególnie rojno było u państwa Frude w niedzielę w połowie sierpnia 1939 roku. Biały dom, wyzierający z kępy zieleni starodrzewu na wysokim brzegu dawnego koryta Prosny, tego dnia aż pęczniał od gości, bo i pogoda dopisała, i czas nadchodził niespokojny, a wtedy ludzie chętnie gromadzą się razem, jak ptaki przed burzą, radzić wspólnie o zbliżającej się zawierusze. Gwarno było w wielkim półkolistym salonie pod palmami, utrzymanym w stylu Ludwików, w którym królował olbrzymi fortepian koncertowy firmy Arnolda Fedegera, dar ślubny ojca pani domu. W tym to salonie zgromadziła się starsza generacja, bo młodzież bawiła się w rozległym parku. Polakom zawsze imponowali cudzoziemcy, toteż otaczali kołem Włocha z Mediolanu, inżyniera Enrico Vigano, którego zapobiegliwy właściciel fabryki pluszu i aksamitu, Gede, „podkupił" od włoskich i niemieckich przedsiębiorstw w tej branży za ogromną miesięczną pensję równą całorocznemu zarobkowi średnio sytuowanego urzędnika w Polsce. Signor[1] Enrico, typowy Włoch podchodzący już pod średni wiek, o ustabilizowanej pozycji życiowej, przedwcześnie podtatusiały dzięki dobremu apetytowi i zaletom polskiej kuchni, grał teraz pośród tej niespokojnej aury, wywołanej wypadkami międzynarodowymi, rolę neutralnego arbitra próbującego pogodzić wilka z owcą.

— Piano, piano,[2] panowie — mówił. — Hitler rozumie wasze interesy życiowe i wy powinniście zrozumieć nową rolę wielkiej potęgi Niemiec pod jego władzą, jak to uczynił nasz Duce.[3] Mussolini chętnie służyłby wam w roli pośrednika wobec Führera,[4] macie też drugiego orędownika — Węgrów.

—  Wypróbowali już tę drogę Czesi — odezwał się pan domu. — Oni mieli jeszcze więcej przyjaciół niż my. Okazało się, że nic im nie pomógł nawet premier Anglii Chamberlain,[5] a my, licząc na gwarancje Anglii i Francji i sojusz z nimi...

—  Otóż to właśnie! — przerwał mu z pasją Włoch. — To was zgubi. Gospodarzami tej części Europy są Niemcy. Im możecie być bardziej potrzebni niż Anglii i Francji. Führer[6] ma dalekosiężne plany i wielką misję do spełnienia wobec  ludzkości. W tych planach rycerski naród polski będzie mu potrzebny i ten atut trzeba wygrać, czas już najwyższy. Pchają się do was te zachodnie rekiny, nawet tu je widzę — Włoch wskazał ręką w stronę kortu tenisowego, na którym pośród młodzieży miejscowej dostrzec można było mundury francuskich aspirantów odbywających praktykę w kaliskim pułku artylerii. — Wypędźcie ich! — zawołał porywczo. — Nie dostrzegacie także innego niebezpieczeństwa, komunizmu! Hitlerowi jest potrzebna droga na wschód. Musi przejść przez wasze ziemie. Lepiej, aby uczynił to jako przyjaciel.

W tym momencie do salonu wszedł bratanek pani domu, smukły piękny blondyn w oficerskim mundurze strzelców kaniowskich, powołany z rezerwy do służby czynnej, Gustaw Fedeger. "Usłyszał ostatnie zdanie z tyrady włoskiego gościa, podszedł do niego i wyrecytował po niemiecku:

—  Pan ma rację. Ale tylko częściowo. Wojna jest nieunikniona, ale nie przyjmiemy pokoju za wszelką cenę. Ponadto z Rosją mamy pakt o nieagresji i obecnie z tamtej strony nie czujemy się zagrożeni.

—  Szkoda was... — westchnął z wyraźnym żalem korpulentny Włoch, gładząc z zakłopotaniem rzedniejącą już czuprynę. — Lubimy Polaków, sam nie wiem właściwie dlaczego. To jest il sentimento nazionale[7] — dodał. — Niemców zaś nie znosimy i znowu nie bardzo wiem, z jakiego powodu. Italia jest jak kobieta, ma swoje sympatie i antypatie, ale nasz Duce stanął ponad tym wszystkim. Stworzyliśmy oś Berlin—Rzym, oś narodów głodnych ziemi i przestrzeni przeciw tym, które tej ziemi mają w nadmiarze.

—  Rozumiem. I chcielibyście te obszary zdobyć na Wschodzie — wtrącił jeden z gości, pastor Edward Wende.

—  Duchownym chyba nie przystoi bronić Kremla — zaoponował żywo   tęgi  Włoch.

—  Ja ich nie bronię, ale nie zgadzam się z pańskim rozumowaniem — odparł duchowny protestancki.

—  Myślałem, że w panu, pastorze, znajdę sprzymierzeńca. Rosja komunistyczna nie szanuje przecież kultów religijnych, Hitler natomiast...

—  Też nie jest ich przyjacielem — dokończył pastor.

—  Może i nie, ale to przecież zupełnie co innego. Tu chodzi także o obronę kultury Zachodu.

—  Drogi panie Vigano — odezwał się gospodarz — o wszystko można posądzić Hitlera, ale nie o to, że chce bronić jakiejkolwiek kultury, nawet niemieckiej.

—  Proszę mi wybaczyć, ale jest pan uprzedzony do Führera Rzeszy, drogi panie Frude.

—  A wy jesteście przez niego zakrzyczani — wtrącił się proboszcz z Chełmc, ksiądz Kożbiał. — Zastraszył was!

—  Tak, tak! — potwierdziło wiele głosów.

W tej chwili wbiegł do salonu niedawny maturzysta i świeżo upieczony student rolnictwa Uniwersytetu Poznańskiego, syn pana domu, Henio Frude. Był w białym garniturze, pięknie opalony, zarumieniony od sierpniowego słońca i gry w tenisa.

—  Gutku, przecież mówiłem ci, że Hanka zostawiła trzecią parę rakiet w swoim pokoju, nie tutaj — zwrócił się do młodego oficera.

—  Italia nie da się nikomu zastraszyć. Idzie z Niemcami, bo taką drogę wytyczył jej Duce — perorował włoski gość.

—  Wasz Duce to wielka kanalia — wypalił Włochowi prosto w twarz młody Frude.

Okrągła twarz signora Vigano pokryła się szkarłatem. W salonie zapanowało przykre milczenie, które przerwał ojciec zuchwałego młodzieńca.

—  Henryczku! — odezwał się surowo. — Obraziłeś naszego gościa. Przeproś go zaraz.

— Tatusiu, wiesz dobrze, że tego nie będę mógł zrobić — odpowiedział student. — Hitler i Mussolini dokonali gwałtu na własnych narodach i one same gorzej będą o nich kiedyś mówić.

—  Znieważono mnie tu — zawołał patetycznie Włoch. — Jestem zmuszony opuścić ten dom. Żegnam państwa.

Signor Enrico opuścił towarzystwo z dumnie podniesioną głową. Pan domu wyszedł za nim mocno skonfundowany nietaktem swego jedynaka. Choć w duszy przyznawał mu rację, miał za złe synowi wystąpienie przeciw zasadom gościnności, i to w dodatku wobec cudzoziemca. Sprawa dała się jednak załagodzić, bo krótko płonie słomiany włoski ogień. Vigano przypomniawszy sobie, jak świetną kuchnię prowadzi pani Łucja Frude, a zbliżała się już pora obiadu, ochłonął z gniewu i zadowolił się przeprosinami gospodarza domu. Oświadczył, że osobiście jest przeciwnikiem wojny, bo może ona zaszkodzić jego interesom, a jeśli Hitler i Mussolini złamią karki, to on przecież nic na tym nie straci.

—  Moje interesy są zagrożone wskutek powikłań międzynarodowych — wyznał panu Frude. — Otrzymałem z naszego konsulatu generalnego w Warszawie polecenie opuszczenia Polski, i to zaraz, a ja tak kocham Polskę... — Tu głos Włocha zadrżał z nadmiaru uczucia, a pan Emil pomyślał sobie: „Tak, tak, za takie pieniądze można kochać nawet dzikusów" — a głośno odezwał się:

—  Więc skoro to już pańska pożegnalna wizyta u nas, może jednak zostanie pan na obiedzie?

—  Ależ naturalnie — skwapliwie oświadczył cudzoziemiec. — Nie mogę przecież signorze Lucji robić afrontów.

—  Przepraszam jeszcze raz za nietakt mego syna, ale nie spotka go pan już dzisiaj. Młodzież będzie jadła w drugim pokoju obok jadalni, bo nie pomieścimy się w niej wszyscy.

—  Signor Enrico, mój imiennik, jest bardzo dystyngowanym młodym człowiekiem — komplementował syna gospodarza giętki z natury Włoch. — Niemcy rzeczywiście chcą zabrać się do was bez rękawiczek. Ja natomiast ani myślę stąd się ruszać. Mussolini przecież nie będzie się z wami bił, więc nic mi tu nie grozi.

Przy obiedzie pan Vigano, podochocony świetną „Perłą" Baczewskiego, rozpoczął orację na cześć kraju, który użyczył mu gościny. Jego kiepska niemczyzna zasępiła oblicza biesiadników, więc siedząca obok pani domu zwróciła się do niego:

—  Proszę mówić po włosku. Znam włoski i mogę tłumaczyć. Gadatliwy Włoch dosiadł zaraz wielkiego konia i z właściwą mu przesadą począł wychwalać rzeczywiste i urojone cnoty Polaków. Co pewien czas pani Łucja gestem ręki zatrzymywała potok jego wymowy, by tłumaczyć biesiadnikom słowa gościa. Przy grzmiących oklaskach zakończył wreszcie swą orację sakramentalnym zwrotem: „Eviva la bella e l'eroica Polonia!",[8] po czym pani Łucja zaśpiewała szeptem do ucha siedzącego obok małżonka, trawestując słowa znanej arii:

—  Italia e mobile...[9]

Jeszcze gwarniej było w sąsiednim pokoju, „na folwarku", gdzie obiadowała młodzież. Rej tam wodził inżynier Jerzy Dreszer, siostrzeniec pani domu. Dużą atrakcję dla biesiadników stanowiła obecność przy stole kilku zagranicznych gości: dwóch aspirantów, Francuzów, którzy ukończyli dopiero szkołę artylerii w Fontainebleau, oraz Kanadyjczyka, Franka Pickersgilla, studenta z Montrealu zaproszonego na wakacje. Wszystkie panny w żydowieckim dworze były tego dnia pod urokiem trzech młodych cudzoziemców. Zebrało się tam ich sporo; prócz Hani Frudówny były obie jej siostry cioteczne Elwira i Wanda Fedegerówny, dalsza kuzynka Bożena, z obcych Edyta Trubolska oraz przyjaciółki Hani: urocza Basia Pawlak i Irena Starkówna.

W tym towarzystwie nie czuło się wiszącej w powietrzu wojny. Młodzież beztrosko cieszyła się każdym drobiazgiem. Wybuchały kaskady śmiechu, głośnych okrzyków i wiwatów. Nawet chmurny zwykle Henio Frude dał się porwać ogólnemu nastrojowi i z zapałem dyskutował o „międzynarodowych" wyścigach kajakowych: Żydów — Kalisz, które miano urządzić po obiedzie. Cztery kajaki dwuosobowe stały gotowe w „porcie" przy młynie nad strugą, jak nazywano odnogę Prosny w Żydowie. Henio dowodził zażarcie, że wyścigi kajaków to sport czysto męski, i chciał wykluczyć z tej zabawy płeć piękną, jako że za słaba i w ogóle nie nadaje się do tego typu konkurencji. Ostro zaprotestowała przeciw tej decyzji jego siostra Hania i cały babiniec.

—  Wy sobie pojedziecie na pół dnia, a może jeszcze i na wieczór, wpadniecie do „Wioślarzy” lub do „Europy" na kolację, a my co tu będziemy robiły? — biadała Hania.

—  Dziś wam to nie grozi — odparł Henio — bo nasi goście Francuzi muszą o dziesiątej wieczór meldować swój powrót u oficera służbowego pułku.

—  Cztery ekipy gotowe. Nie traćmy więc czasu. Proszę zajmować miejsca w kajakach. Start rozpoczniemy za mostem, gdzie struga łączy się z głównym korytem Prosny. Meta — most przy Towarzystwie Wioślarskim. Panie zajmą miejsca na przedzie. Ruszamy — komenderował Henio Frude.

Pośród śmiechu i przekomarzań wsiadano do kajaków. Za chwilę cztery lekkie czółna mknęły ku mostowi w Żydowie, przed którym boczna odnoga rzeki wlewa się ponownie w macierzyste łożysko.

Manewrowano tak, by kajaki wjechały jednocześnie między przęsła mostu, a gdy już to się stało, Henio zawołał donośnym głosem:

— Regaty międzynarodowe Żydów— Kalisz rozpoczęte, startuje Francja, Kanada i Polska, en avant![10]

Obaj Francuzi wyrwali się z miejsca naprzód, wyraźnie z sobą współzawodnicząc o pierwszeństwo, za nimi sunął Kanadyjczyk, a na samym końcu Henio Frude, milczący jakiś i leniwie pracujący wiosłami. Upominał tylko swą towarzyszkę, by oszczędzała siły, aż Irka poczuła się jakoś nieswojo i spytała wręcz:

—  Wydajesz się niezbyt zadowolony z tego, że płyniemy razem.

—  Masz rację, niezupełnie jestem zadowolony.

—  Dziękuję za szczerość — powiedziała Irka.

—  Nic nie rozumiesz, Irko. Martwi mnie, że jedziemy razem tylko dlatego, że muszę przegrać ten wyścig. Nie wypada mi inaczej. Wygra go Frank. Ci dwaj Francuzi spuchną już po pierwszym kilometrze, za bardzo się forsują. Kanadyjczyk jest silniejszy od nich i przezorniejszy, więc z pewnością wygra. Ja jestem równie silny, ale mam jeszcze nad nim i tę przewagę, że stale pływam kajakiem, trening to ważna rzecz w sporcie, a przy tym znam koryto rzeki. Można się tu łatwo wpakować na mieliznę, bo mamy teraz niski stan wody. Wygrałbym więc te regaty, ale nie wypada mi. Dla mnie to głupstwo, lecz przykro mi, że ty nie będziesz królową rejsu.

—  Przecież to tylko zabawa. Czy uważasz mnie za taką próżną?

—  Nie jesteś próżna, ale ja — wyznał szczerze młodzieniec — chciałbym, abyś była zawsze pierwsza, nawet w zabawie.

—  Oh, wzruszasz mnie tą swoją troskliwością... Wcale nie muszę być pierwsza.

—  Ja też nie, ale ciebie chciałbym wszędzie widzieć na pierwszym miejscu.

—  Więc, Henryku, zrezygnujemy oboje z pierwszeństwa w życiu, dobrze?

—  Ciężko mi rezygnować za ciebie.

—  Niech każdy decyduje za siebie.

—  A nasze życie razem?

—  Henryczku, czy ty naprawdę o tym myślisz? Jestem dwa lata starsza, po prostu za stara dla ciebie.

—  Chcesz powiedzieć, że ja jestem dla ciebie za mało poważny?

—  Ty jesteś za bardzo poważny... na swój wiek — odpowiedziała panna. — Już mi twoja mama o tym mówiła, wolałaby, abyś był bardziej podobny do swoich rówieśników.

— Smarkaczy?...

—  Tego nie powiedziałam — zastrzegła się Starkówna.

W dole rzeki słychać było okrzyki. To młodzi Francuzi wykrzykiwali jeden przez drugiego chwałę lampasów koloru czerwonego i żółtego, którymi różniły się poszczególne kursy ich szkoły oficerskiej.

—  Mama by chciała, abym był taki jak oni — smutno uśmiechnął się młody Frude — abym był pogodniejszy, dostrzegał tylko błyskotliwą powierzchnię życia, nie widział jego głębi. Tę właściwość dostrzegania głębi uzyskuje się z wiekiem, i to tylko niektórzy ludzie. A ja już od dzieciństwa spostrzegłem, że życie człowieka na tej ziemi to jeden nie kończący się obowiązek wobec narodu, rodziny, bliskich. Obowiązek i cierpienie... — dodał ciszej.

—  I miłość — uzupełniła Irka.

—  Tak. Ona zakwita czasem pięknym kwiatem, aby wydać owoce, jak moja.

—  Jak nasza — poprawiła go dziewczyna.

— Irenko, więc ty jednak... Irenko — powtarzał wzruszony młodzieniec. — Będę już mógł o tym powiedzieć rodzicom?... pozwolisz.

—  Pomyślą, że cię zbałamuciłam. A moi rodzice nie pozwolą mi tu więcej przyjeżdżać. Są ambitni.

—  Przecież przyjaźnią się z moimi. Pierwszy raz jesteś tu sama, bo przeszkodziły im jakieś ważne sprawy.

—  No, właśnie. Pierwszy raz sama i tu zaraz taka „bomba".

—  Bomba pełna róż. Gdy pęknie, posypie się ich tyle, że obdzielimy nimi pół świata — marzył chłopiec.

—  O, nie wiedziałam dotąd, że jesteś poetą.

—  Nie jestem poetą, choć czasem kleciłem coś tam skrycie, bo przecież niemal każdy z nas próbował pisać wiersze. Generał Wieniawa-Długoszowski, w przedmowie do swej książki o Lasalle'u, wielkim wojowniku armii Napoleona, powiedział, że „dwa tylko zawody godne są mężczyzny: poety i żołnierza". Być jednym lub drugim to skryte moje pragnienie, ale zawodowa służba wojskowa nie pociąga mnie ani polonistyka, ani studia historyczne, mimo że kocham poezję, historię i uwielbiam bohaterstwo. Śmieszne to dziś, prawda?

—  Nie. Dobraliśmy się pod tym względem, bo i ja kocham to samo co ty. Ani trochę to nie jest śmieszne. Śmieszni i godni litości są właśnie ci, co kochają jedynie zewnętrzny kształt rzeczywistości.

—  Taka jest większość. Tym bardziej powinniśmy starać się, aby coraz mniej było płytkich, powierzchownych ludzi — powiedział dziwnie poważnie Henryk.

Sunęli na szarym końcu korowodu kajaków. Jeden z Francuzów jechał wyraźnie coraz wolniej i Henio leniwie machał wiosłem, by go nie przegonić.

Prosna przed Piwonicami tworzyła ostry zakręt w głębokim jarze, a wyższy jej brzeg stanowił pionowo ścięte gołe urwisko, upstrzone mnóstwem głębokich jam wykopanych przez ptaki, zwane tu pospolicie grzebieluszkami. Są to krępe, popielate ptaki, jaskółki brzegówki, różniące się budową od reszty jaskółek. Wybrały sobie ciche, nadbrzeżne ustronia i założyły tu na granicy Żydowa i Piwonic swą gwarną kolonię. Gniazda ich umieszczone głęboko w ziemi, niedostępne dla człowieka czy czworonożnych napastników, dawały im całkowite bezpieczeństwo i przez wieki już ugruntowaną pewność zachowania gatunku. Kolonia grzebieluszek stanowiła zwykle kres wędrówek pieszych brzegiem Prosny Henryka Frude. Siadał w ich pobliżu na kamieniu, mając z jednej strony rzekę o wartkim tu, szemrzącym nurcie. Daleko za nią widział linię brzegu Prosny, a na najwyższym wzniesieniu smukłą sylwetkę kościoła w Chełmcach. Z tyłu rozciągała się szeroka barwna wstęga nadbrzeżnych łąk, tu i tam przetykana chłopskimi uprawnymi poletkami. Były to „Pólka", jak zwali ten szmat ziemi okoliczni gospodarze z Żydowa, Piwonic, Lisa i nieco dalszych Sulisławic. Obok samotnej mogiły powstańca w lasku w pobliżu domu ten zakątek nad Prosną, u „grzebieluszek", stanowił najmilsze miejsce przechadzek „dziwnego" panicza z Żydowa, jak go nazywali okoliczni chłopi. O synu znanego ongiś lekarza Łukaszewicza z Piwonie, Staszku, który piszczał cienkim głosem, już niewłaściwym dla swego wieku i stroił miny, okoliczni ludzie mówili:

—  Zeby toto było u chłopa, toby toto było głupie, ale że jest u pana, to ucą je, ucą, ale tyż wiela nie naucą...

Sąd gromady ludzkiej o Staszku był negatywny. Odrębność Henia z Żydowa wyczuwali wszyscy, ale odnoszono się do niego z szacunkiem i sympatią.

W pobliżu siedliska grzebieluszek Henryk przestał wiosłować. Prosił swą towarzyszkę, aby również położyła wiosła na burtach łódki.

— Mijamy domki moich przyjaciółek — rzekł. — Popatrz na nie, Irko. Mijamy cząstkę sprawiedliwego świata. Te pracowite stworzonka nie łamią żadnych praw, nie znają zła. Wypełniają dany im czas życia pożyteczną pracą, bo niszczą nadmiar robactwa, upiększają przyrodę swoim istnieniem, żyją w przykładnych stadłach. Rodzice cały dzień trudzą się, aby wyżywić swoje pisklęta. Arystofanes twierdzi, że ptaki są doskonalsze od człowieka. Jego „Ptaki" to wielkie oskarżenie nas, ludzi, które ciągle się, niestety, potwierdza.

—  Czytałeś. Arystofanesa?

—  Tak, jest w naszej bibliotece szkolnej w starym tłumaczeniu Żegoty-Cięglewicza. Przeczytałem siedem komedii, które z czterdziestu, jakie napisał, ocalały.

—  Zadziwiasz mnie. Jesteś mądrzejszy ode mnie. Ja nie czytałam Arystofanesa.

—  Ale za to jesteś studentką, i to trzeciego roku. O ileż mniej umiem od ciebie.

—  Tylko w jednej dziedzinie i jakaż w tym moja zasługa? A ty umiesz patrzeć na przyrodę i wiele czytasz.

—  Ty też ciągle siedzisz nad książkami, Irko, i tego sobie nie ujmuj. Ja nie czytałem „Życia pszczół" Maeterlincka, a ty tak wczoraj interesująco o tym mówiłaś, gdy byliśmy w naszej pasiece. Dziś ja rewanżuję ci się Arystofanesem. To był człowiek śmiechu i śmiech jego ciągle żyje, coraz bardziej tragiczny dla nowych pokoleń, bo człowiek staje się coraz gorszy. Genialna jest dalekowzroczność Arystofanesa, wybiegał myślami tysiące lat naprzód i głosił, że zbawcze dla ludzkości idee pokoju i równego podziału bogactw wprowadzą kobiety. Jakże daleko jeszcze jesteśmy od tego dzisiaj...

Zbliżali się już do Kalisza. Przesunęła im się szybko przed oczami z lewej strony drewniana wieża maleńkiego kościółka Świętego Wojciecha na Zawodziu i wyżej za nią masyw Świętego Gotarda na Rypinku. Widać już było przystań i wypożyczalnię łodzi. Dopędzili ledwie dyszącego małego tulończyka, który pracował wiosłem ostatkiem sił. Nie pomagały już i wysiłki jego partnerki Edyty. Oboje nie mieli potrzebnego treningu i z rezygnacją opuścili wiosła. Przy całej swej kurtuazji dla cudzoziemców Henio musiał minąć tę niefortunną parę wioślarzy, która pogodnie przyjęła porażkę.

—  Chwała zwycięzcy — wołał de Creusat, machając przyjaźnie ręką mijającej ich parze.

—  No, płyńcie już — powiedziała wesoło Edyta. — Widziałam, że dajecie nam „for", ale na nic się to nie zdało.

Gdy kajak Henryka dopłynął do mety Towarzystwa Wioślarskiego, kręcił się już przy klubie Frank Pickersgill. Po chwili doszlusował paryżanin. Musieli chwilę czekać na ostatnią parę. Potem wszyscy pojechali do przystani, gdzie wyciągnąwszy kajaki z wody potrójnym okrzykiem: „hip, hip, hura" uczcili zwycięzców, Henio zlecił swój sprzęt wodny opiece dozorcy przystani i całe towarzystwo udało się do klubu Wioślarzy na lody. Przed wejściem zwracał uwagę afisz. Henio odczytał głośno jego treść:

„Do wszystkich Obywateli miasta Kalisza Starosta Grodzki i Prezydent Miasta w porozumieniu z władzami wojskowymi wzywają Was, Obywatele, począwszy od najbliższego poniedziałku godzina 8.00 rano, abyście stawili się w trzech miejscach, to jest przed Teatrem, przed Ratuszem i na Nowym Rynku, gdzie wozy transportowe odwiozą Was na wskazane miejsca w celu kopania rowów przeciwczołgowych i innych umocnień ziemnych. Odpowiedni sprzęt będzie tylko częściowo dostarczony. Prosimy przybyć w miarę możliwości z własnymi łopatami i kilofami. Ojczyzna w niebezpieczeństwie. Liczymy na Wasz niezawodny zawsze patriotyzm".

Irenka tłumaczyła cudzoziemcom treść afisza. Kiwali głowami z niepokojem. Z klubu wyszedł jakiś oficer z paskiem pod brodą i zwrócił się do Francuzów w ich języku:

—  Proszę zaraz wracać do koszar, jest alarm. Panowie mają rozkaz wyjazdu do Warszawy, gdzie natychmiast macie się zameldować w komendzie placu.

—  Koniec naszego pobytu w gościnnej Polsce — zawołał paryżanin salutując. — Czy pozwolą panie pocałować się na pożegnanie?

Panny nie dały się długo prosić i młodzi ludzie serdecznie je ucałowali.

—  Odprowadzimy was do koszar — zdecydował Henryk Frude.

—  Tak, tak — skwapliwie podchwyciły panny.

—  Po raz trzeci już dostaję depeszę z konsulatu brytyjskiego, abym opuścił wasz kraj — rzekł Kanadyjczyk. — Dziwię się, dlaczego tak naglą. Równie dobrze mogę się bić z Niemcami w Polsce.

Ruszyli do koszar artyleryjskich na Korczak. Coraz więcej przechodniów przyłączało się do gromadki młodzieży. Wszyscy wiwatowali na cześć Francji, pogromczyni cesarskich Niemiec, na cześć generałów Gamelina i Weyganda, wodzów armii francuskiej, na cześć braterstwa broni obu narodów. Tłum gęstniał w miarę zbliżania się do koszar, okrzyki były coraz gorętsze.

—  Do zobaczenia w Berlinie! Na Berlin! — wołano donośnie.

—  Wstydzę się, że jestem jeszcze w cywilu — szepnął młody Frude do Irenki.

—  I twój czas nadejdzie — odpowiedziała mu, obrzucając jego smukłą sylwetkę dziwnie niespokojnym spojrzeniem.

Powóz przysłany przez pana Frude czekał na młodzież przed Teatrem Bogusławskiego. Wracano do Żydowa bez zwykłej trzpiotowatej wesołości, która towarzyszy młodemu wiekowi, w uszczuplonym gronie. Obie Fedegerówny wraz z bratem powróciły do domu na ulicę Chopina. Gustaw musiał je wkrótce pożegnać i udać się do koszar. Pozostała w Kaliszu także Edyta Trubolska. Do Żydowa wracali tylko Irka Starkówna, Frank Pickersgill i Henryk.

—  Czy mam jechać przez Sulisławice, czy szosą piwonicką przez Częstochowską? — spytał stangret.

—  Jedź Częstochowską. To dalej, ale droga lepsza, a że zostało nam jeszcze trochę dnia, to skręcisz za Nowym Światem na Stare Miasto. Pokażę naszemu gościowi drewniany kościółek Świętego Wojciecha i Szwedzkie Górki.

—  Te Szwedzkie Górki istniały co najmniej tysiąc lat przed najazdem Szwedów na Polskę — wyjaśniał Frankowi Henio.

—  A co Szwedzi robili w Polsce? — spytał zdziwiony Kanadyjczyk.

—  Napadli na nas korzystając z osłabienia Polski w wojnie z Rosją, aby rabować, palić, niszczyć nasz kraj. Wojna zaczęła się jako spór dwóch panujących, a skończyła jako narodowa, bo cały lud porwał się do walki przeciw najeźdźcom. Ta się też zacznie jako narodowa, jeśli Hitler odważy się na nas uderzyć, a skończy...

—  Jako międzynarodowa — wtrącił Kanadyjczyk.

—  Mówiła mi niedawno mama — przypomniał sobie młody Frude — która długo zajmowała się muzyką, że Platon w swojej „Politei", wypowiada następujące zdanie: „Podważeniu form muzycznych towarzyszą zwykle przewroty społeczne". A co się stanie, gdy ktoś podważy wszystkie formy współżycia ludzi między sobą? Jakie będą tego następstwa?

—  Pewnie jakaś wielka rewolucja światowa — wnioskował Frank.

—  Wiem, o czym myślisz, Henryku — obaj młodzi ludzie od kilku dni mówili sobie po imieniu — ale Hitler na razie tylko grozi.

—  Ojciec mój twierdzi, że pała on żądzą mordu. Sądzi, że może nas spotkać wiele złego, nim nadejdzie ostateczne zwycięstwo.

— Jednak trójprzymierze Anglii, Francji i Polski musi mu dawać wiele do myślenia — rozumował Kanadyjczyk.

—  Jeśli ludzie tego pokroju w ogóle myślą. Co sądzisz o tym, Irko? — spytał młody Frude siedzącą obok pannę.

—  Nie wiem. Nie wiem nic, Henryku — odparła. — Boję się tylko o ciebie, o nas wszystkich.

—  Trzeba się bać tylko o Polskę, o cały naród. My musimy spełnić swój żołnierski obowiązek.

—  Przecież Polska to właśnie my wszyscy — powiedziała Irenka.

—  Jutro jadę zaciągnąć się na ochotnika — zdecydował młodzieniec. — Już najwyższy czas na to.

— To ja razem z tobą.     Bardzo  chciałbym walczyć  w Polsce

—  oświadczył Pickersgill. — Ukończyłem oficerską szkołę piechoty w Ottawie, nie znam jednak dobrze waszego języka, nie będę więc mógł być oficerem, ale na szeregowca chyba mnie przyjmą.

—  I ja także będę tylko prostym żołnierzem — rzekł Henryk — ale to nieważne. Czułbym się bardzo podle, gdybym nie zgłosił się na ochotnika.

Gdy wjechali na podjazd dworu w Żydowie, czekał już na nich pan Frude senior wraz z córką.

— Mam do pana ważną sprawę, miły gościu — zwrócił się do Pickersgilla. — Dzwoniono do mnie z Warszawy z pańskiego konsulatu. Proszono, abym wpłynął na pana, by pan natychmiast u nich się zjawił. Wasz wicekonsul mówił, że musi pan wracać do ojczyzny, gdzie czeka go powołanie do wojska. Droga przez Niemcy podobno już zamknięta. Może pan wracać przez Rumunię.

—  W tej sytuacji nie będę dłużej nadużywał gościny państwa — oświadczył Frank. — Miałem jutro z Henrykiem zgłosić się do polskiego wojska, ale ponieważ odwołują mnie stąd, będę posłuszny. Poproszę na jutro konie na dworzec na pociąg warszawski.

—  Siła wyższa, kochany młodzieńcze — westchnął właściciel Żydowa — będziemy pana żegnali z wielkim żalem.

Obok ojca stała bardzo zasmucona Hania. W jej oczach ukazały się dwie wielkie łzy i spłynęły po różowych policzkach.

—  Czekamy z kolacją — odezwał się z ganku głos pani domu.

—  Chcę z panią potem porozmawiać, mademoiselle[11] Haneczka — szepnął do ucha dziewczęcia młody Kanadyjczyk, gdy wchodzili po schodach na ganek dworu.

—  Dobrze — odpowiedziała również szeptem panna. — Wyjdziemy po kolacji do parku. Henio zajmie się moją przyjaciółką. Wygląda mi na to, że kroją się ich zaręczyny, będziemy więc mogli spokojnie porozmawiać.

—  Bardzo tego pragnę — usłyszała w odpowiedzi gorący szept. Frank zdążył jeszcze uścisnąć jej rękę, jakby dziękował za życzliwość. Weszli do obszernej jadalni z kredensem i dwiema serwantkami.

—  Mamo, jutro wstępuję do wojska — zawołał od progu Henryk. Kryształowy wazon z różami, który niosła pani Łucja, by nim upiększyć stół, wypadł z jej ręki i rozbił się na dębowej posadzce.

—  Chryste Panie — zawołała — więc to naprawdę wojna!

—  Ale pomyślna, mamo — odpowiedział młodzieniec — bo „gdzie się tłucze i leje, tam się dobrze dzieje".

Przy stole siedzieli tylko oboje państwo domu i dwie pary młodzieży. Inżynier Jerzy Dreszer powrócił do Kalisza powozem wysłanym po „wioślarzy", nazajutrz bowiem musiał już być w fabryce. Henio zdał rodzicom sprawę z odwołania do kraju obydwu Francuzów.

—  Nie wiem, czy przyjmą cię, Heniu, do wojska. Słuchałem komunikatu radiowego. Na żądanie zachodnich sprzymierzeńców wódz naczelny wstrzymał mobilizację. Może za tym kryją się jakieś nadzieje, że unikniemy tej wojny? — mówił starszy pan Frude.

—  Oni nie chcą drażnić Hitlera — odparł żywo Henryk. — Nie wiem, czy się to na co zda, ale na pewno nam zaszkodzi. W polityce tylko z mocnymi się liczą.

—  Proszę, proszę, jak to mój syn prędko został politykiem — uśmiechnął się lekko pan Frude.

— Może te rozmowy w Moskwie delegacji wojskowych Francji i Anglii powstrzymają jednak Hitlera. Kto wie...

—  Sam tatuś cytował kiedyś Talleyranda,[12] że „słowa są po to, aby ukryć czyny” — przypomniał ojcu Henryk.

—  Przyjaciół ma tylko ten, kto daje się oszukiwać — rzekła pani Frude.

—  Łucjo, skąd ten pesymizm? — zdziwił się jej małżonek.

—  Z głowy, bo serce nigdy nie rozstaje się z nadzieją — odpowiedziała zamyślona. — Mnie się zdaje, że ciebie teraz, Heniu, do wojska nie wezmą — dodała.

—  Co mama... — żachnął się młodzieniec. — Jeśli teraz mnie nie wezmą, gdy idzie wojna, to kiedy?

—  Mówił mi Gucio Fedeger, że jego pułk tylko częściowo jest zmobilizowany. Wielu wyszkolonych rezerwistów jeszcze nie powołano, więc...

Henryk słuchał tych słów w milczeniu ze ściśniętym sercem. Jego najgorętszym życzeniem był obecnie mundur polskiego żołnierza.

Po kolacji pan Frude usiadł przy aparacie radiowym, by usłyszeć nowiny ze świata, jego małżonka, zmęczona całodzienną rolą pani domu, udała się zaraz do swego pokoju, a młodzież wymknęła się do pięknego parku okalającego dwór. Wieczór był ciepły. Od pobliskich łąk nad Prosną dochodziło rechotanie żab. Tuż za domem pachniała maciejka. Łagodny podmuch wiatru kołysał korony drzew. Śpiewały one jakąś uroczystą pieśń na cześć wiecznie odradzającego się życia. Wtórował jej zgodny rytm czterech młodych ludzkich serc, które nie wyczuwały szumu skrzydeł nadlatujących czarnych aniołów zagłady.

—  Czy mogę wziąć panią pod rękę, Haneczko? — spytał ciepłym głosem Frank Pickersgill.

—  Proszę bardzo. To nasza ostatnia przechadzka — odpowiedziała.

—  Ostatnia dzisiaj.

—  Pan jutro wyjeżdża...

—  Tak, ale jeśli pani będzie czekała, wrócę. Wrócę na pewno, chyba żeby...

—  Och, przeżyje pan to wszystko, ja w to wierzę — szepnęła. —  I mnie pani wierzy?

— Świat jest wielki, tyle pięknych dziewcząt dokoła...

—  Ale serc mało. Takich serc jak w Polsce, jak w Żydowie — dodał, a głos zadrgał mu tłumionym wzruszeniem. — Moi rodzice to zwykli fermerzy, ale poczciwi. Jestem jedynakiem i kocham ich. Bardzo tam oni w domu na mnie czekają. I tam też kończą teraz żniwa, a ja byłem zdecydowany mimo wszystko tu zostać, bronić pani... Bo pani może stać się krzywda, grozi niebezpieczeństwo... U nas jest spokojnie. Ferma nasza średnia, taka jak pół Żydowa, ale ziemia lepsza i mamy duży las, ogromny. Drzewa większe niż tutaj w Europie. U nas wszystko większe, kraj rozległy, piękny. Rodzice moi bardzo by się ucieszyli, gdyby... gdyby pani przyjechała — wypowiedział wreszcie i obrzucił wzrokiem pełnym niepokoju swą towarzyszkę. Ona puściła nagle jego ramię i spojrzała na niego nieco zdumiona, zaskoczona tym nieoczekiwanym wyznaniem

—  Ja... do Kanady?... — zapytała. — Pan fantazjuje, drogi Franku.

—  Proszę jeszcze raz to powtórzyć „drogi Franku"... To tak pięknie brzmi — nalegał. — Pragnąłbym porwać z Polski taką małą panią o jasnych oczach, w których tyle słońca. Zadzwonię do naszego konsula, aby przysłał mi zaświadczenie, że jestem wolnego stanu, choć już mój paszport to stwierdza. Wasz pastor dałby nam ślub... Upadnę na kolana przed twoimi rodzicami, Haneczko... Wyjedziemy stąd razem.

—  Naprawdę, zdumiewa mnie to wszystko. Jestem zaskoczona — rzekła dziewczyna.

—  Lubi mnie pani trochę?.

—  Tak — odpowiedziała. — Ale przecież to jest decyzja na całe życie, nie można tak nagle...

—  Grozi wam wojna.

—  Więc tym bardziej nie mogę teraz pozostawić tu rodziców samych. Umarłabym z lęku o nich. Jeśli pan powróci po wojnie, gdy będzie spokojnie na świecie, to wtedy rozważymy...

—  Ale ja będę umierał z niepokoju o ciebie, Haneczko. Zastanów się jeszcze do jutra.

—  Nie, nie. Teraz ja nie opuszczę Żydowa, w żadnym razie — stwierdziła stanowczo dziewczyna.

—  Będziesz na mnie czekała?

Hania bardzo długo patrzyła w ciemne oczy Franka, z których bił żar i niepokój zarazem. Trzeba było powziąć doniosłą decyzję.

—  Będę... — wyszeptała płoniąc się cała.

Frank ujął w swe mocne dłonie małe jej ręce i ucałował z uczuciem.

—  Moja mała pani, mała pani na całe życie — powiedział wzruszony. — U mnie tam w domu w Longwood bardzo się ucieszą.

—  A moi rodzice bardzo się zaniepokoją.

—  Ale nie zabiorą mi ciebie?

—  Tę decyzję mnie pozostawią.

— Kochana... — powiedział cicho. — My darling, sweat heart[13] — dodał w swej ojczystej mowie.

Gdzieś zza drzew z głębi parku przypłynęły do nich słowa pieśni śpiewanej młodym dźwięcznym barytonem.

—  To Henryk — rzekła Haneczka. — Po mamie odziedziczył dobry słuch, po tatusiu donośny głos.

—  Nie rozumiem, co śpiewa, ale to ładnie brzmi — stwierdził Frank.

—  To wiersz naszego poety Słońskiego — powiedziała panna — przetłumaczę potem panu słowa.

—  Nauczysz mnie go kiedyś, podoba mi się ta melodia — wyznał Pickersgill.

A gdy na wojenką szli ojczyźnie służyć,

wicher dął im w oczy od rozstajnych dróg,

niebo się nad nimi poczynało chmurzyć

pod deszczową chmurą w polu krakał kruk.

Niosły się po parku piękne słowa poety:

Poszli śpiewający, krwawym trudom radzi,

Ledwie przed świtaniem złoty zabrzmiał róg.

Matki im mówiły: niech was Bóg prowadzi,

Zony im mówiły: niech was strzeże Bóg.

 Matki się u strzemion synom nie wieszały,

Żony się pod nogi nie kładły na próg,

Dzieci nie płakały, dzieci nie wołały

Ojców, których w polu śmiercią witał wróg.

Przed udaniem się na spoczynek Hania wymknęła się ze swego pokoju i pobiegła do sypialni rodziców. Wiedziała, że matka jeszcze nie śpi, bo przez dziurkę od klucza sączyło się światło.

Przechodząc obok gabinetu ojca słyszała go rozmawiającego z Henrykiem. Rozprawiali o czymś z ożywieniem. Zapukała tedy do drzwi sypialni.

Usłyszawszy głos pani Łucji, weszła. Matka i córka odbyły długą rozmowę. Gdy pan Emil wszedł wreszcie do sypialni, zegar w jadalni bił już północ. Pani Łucja nie spała jeszcze, co bardzo zdziwiło męża.

—  Lucy, skarżyłaś się już po kolacji, że jesteś zmęczona, a jeszcze nie usnęłaś, dlaczego? — spytał pan Frude.

—  Po takim dniu trudno spać...

—  Tak, tak — potwierdził jej małżonek. — Rozmawiałem z Henrykiem.

—  A ja z Hanią. To dobrze, gdy dzieci mają do nas zaufanie.

—  Hania? — pan Emil uniósł lekko brwi do góry. — A co ona miała ci do powiedzenia?

— Takie dziś czasy, że młodzi między sobą najpierw wszystko uzgadniają — rzekła pani Łucja. — Pan Frank Pickersgill oświadczył się dziś Hani.

—  Co? On też! — wykrzyknął zdumiony pan Frude.

—  Jak to też? Czyżby jeszcze ktoś oświadczył się o Hankę?

—  Nie, ale nasz Henio oświadczył się Irce Starkównie.

—  Więc i nasz Henio... On ma dopiero dziewiętnaście lat.

—  Najlepszy wiek do takich romantycznych miłości.

—  Taki był zawsze cichy...

—  Raczej z cicha pęk albo cicha woda, jeśli wolisz.

—  Co za dzień, ależ urodzaj na miłość, dwie pary jednego dnia... Mam nadzieję, że nie uraziłeś uczuć Henia.

—  O to bądź spokojna. Powiedziałem mu: „Dobrze. Powtórzysz nam to samo za cztery lata, gdy ukończysz studia, a wtedy ani mama, ani ja nic przeciw temu mieć nie będziemy". Przyjaźnię się z jej ojcem. To zacna rodzina, znasz ich dobrze.

—  Tylko ta różnica wieku...

—  Więc rzecz trzeba odwlec, może mu to przejdzie albo panna się rozmyśli. „Pierwsze koty za płoty", tak często bywa z pierwszą miłością.

—  Wypadł mi dziś z ręki wazon. Dwie róże się przy tym złamały, i te podwójne deklaracje... Dziwne to takie i niepokojące.

—  Po prostu zbieg okoliczności, nic więcej.

—  Oby tak było... Pickersgill jutro rano ma nas prosić o rękę Hani.

—  A ona?

—  Gdyby mu odmówiła, nie byłoby dalszego ciągu.

—  Czasem się jednak zdarza, że córka radzi się rodziców.

—  Coraz rzadziej. Chwaliliśmy zresztą przed nią pana Pickersgilla. Mamy konsekwencje.

—  Był bez zarzutu, ale nic o nim właściwie nie wiemy.

—  Wiec powiemy mu to samo, co ty mówiłeś Heniowi, żeby jeszcze z tą decyzją poczekał.

—  To samo mu odpowiedziała Hania. Wiesz, on chciałby wziąć z nią zaraz ślub i wywieźć ją do Kanady.

—  Bardzo to obcesowe, ale kto wie, czy nie byłoby tak najlepiej dla Hani.

—  Mileczku, co ty mówisz? — wykrzyknęła pani Łucja.

—  Myślę tylko głośno. Kto wie, co nas tu czeka...

—  Hania ani myśli teraz nas porzucić.

—  Bardzo to szlachetne, kochane dziecko, ale nie wiadomo, co byłoby dla niej lepsze... — odpowiedział z ciężkim westchnieniem właściciel Żydowa.

—  Może to ktoś od starosty. Motocyklem przyjechał... — zastanawiał się pan Frude. — No, poproś tego grubego gościa.

—  To ja już sobie pójdę — powiedział młynarz — więc mam godzić czterech?

—  Czterech, czterech — potwierdził swą decyzję właściciel Żydowa.

Marcin Drygała opuścił kancelarię. Za chwilę wtoczył się do niej czerwony grubas i już od progu warknął chrapliwym głosem:

—  Guten Tag, Herr von Frude.[14]

—  Witam pana — odparł zimno gospodarz. — O ile pamiętam, ostatnio mówiliśmy po polsku w pańskim sklepie. A i „von" nie jestem.

—  Pochodzi pan z alzackiej szlachty, to znana rzecz, panie von Frude — upierał się przybysz. — Na naszym ewangelickim cmentarzu widziałem nagrobek pańskiego ojca pisany w czystej niemczyźnie.

—  Alzatczycy nigdy nie uważali się za Niemców, moi rodzice wychowali mnie na Polaka. Czym mogę panu służyć, panie Tschapke? — spytał właściciel Żydowa.

—  Mnie tu do pana przysłano. Spełniam polecenie.

—  Czyje?...

Hans Tschapke obejrzał się podejrzliwie dokoła.

—  Pan jest przecież Niemcem, Herr von Frude — rzekł z uporem.

—  Ani Niemcem, ani „von", jeszcze raz powtarzam — zaprzeczył z naciskiem gospodarz.

—  Żałuję bardzo, naprawdę żałuję — oświadczył nieproszony gość. — Szkoda mi... pana.

—  Jak to mam rozumieć?

—  No, bo... tu będą niedługo Niemcy. Słyszał pan ostatnie przemówienie Führera. Polacy nie chcą oddać nam Gdańska, a Niemcy muszą pójść na Wschód. Polacy stanęli nam na drodze.

—  Panie Tschapke, swoje poglądy polityczne niech pan zachowa dla siebie. Nic mnie one nie obchodzą, a raczej... mniejsza z tym — przerwał swój wywód pan Frude.


[1]  Signor   (włos.) — pan.

[2]  Piano   (włos.) — cicho.

[3]  Duce   (włos.) — wódz.

[4]  Der  Führer (niem.) — wódz.

[5]  Artur Neville Chamberlain (1869—1940) — polityk brytyjski jeden z przywódców Partii Konserwatywnej, w latach 1937—1940 premier. Zwolennik ustępstw na rzecz  hitlerowskich  Niemiec,  jeden z głównych inicjatorów i  twórców układu  monachijskiego  (1938);  31  marca  1939  r. rząd  Chamberlaina udzielił gwarancji niepodległości Polski.

[7]  Sentimento    nazionale    (włos.) — sentyment narodowy.

[8]  Eviva la bella e l'eroica Polonia!   (włos.) — Niech  żyje piękna i bohaterska Polska!

[9]  Italia  e  mobile  (włos.) — Włochy są zmienne.

[10]  En  avant! (franc.) — naprzód!

[11]  Mademoiselle  (franc.) — panna.

[12]  Charles Maurice Talleyrand—Perigord (1754—1838) — hrabia, francuski mąż stanu, w 1789 r. biskup Autun, w 1791 r. ekskomunikowany i wygnany, po powrocie do kraju pomógł Napoleonowi w dojściu do władzy; w latach 1797—1807 był ministrem spraw zagranicznych za Dyrektoriatu, Konsulatu i Cesarstwa; w latach 1814—1815 przyczynił się do restauracji Burbonów, na kongresie wiedeńskim odegrał wybitną rolę, w roku 1830 poparł Ludwika Filipa.

[13]  My darling,sweat heart (ang.) — moja ukochana, słodkie serce.

[14]  Guten Tag, Herr von Frude  (niem.) — dzień  dobry, panie Frude.