PRZEDMOWA

„Saga grodu nad Prosną", książka z okresu okupacji w Kaliszu, wymaga pewnego odautorskiego komentarza ze względu na swą rzadką specyfikę. Nie ma w niej ani jednej postaci fikcyjnej. Wszyscy jej bohaterowie istnieli rzeczywiście, a niektórzy nawet żyją do dziś. Jest wielkim ryzykiem pisać powieść o ludziach jeszcze żyjących, ale przeżyliśmy czasy niepowtarzalne, które żądają nowych form.

Świadomie poszedłem inną drogą niż autorka epopei kaliskiej „Noce i dnie", Maria Dąbrowska, która, mocno osadzając swą powieść w realiach, starała się zakonspirować swe rodzinne miasto zowiąc je Kalińcem. Autorka lękała się przytwierdzenia go do konkretnego punktu na ziemi, bo skoro coś się dzieje w urojonym Kalińcu, to znaczy wszędzie, a o uniwersalizm lubi zabiegać ambitne pióro pisarza.

W powieści „Saga grodu nad Prosną” mamy konkretny Kalisz, prawdziwych jego mieszkańców bądź tych, co się z owym miastem w czasie wojny zetknęli. Sprawy ich mogą dotyczyć nie tylko jednego pokolenia i nie jednego narodu. Taka to była epoka...

„Historia należy do poety” — pisał Puszkin do Pogodina, a Conrad Korzeniowski zwykł mawiać, że „pisanie jest to wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”.

„Saga grodu nad Prosną” oscyluje między tymi dwoma stwierdzeniami. Jest w niej więc wątek realny, mogący dać materiał do „wymiaru sprawiedliwości”, jest też i jego upiększenie, bo pisarz powinien upiększać świat. Nawet gdy mamy do czynienia ze złotem, jest ono tylko pewnej próby, zawiera domieszkę mniej szlachetnych minerałów, które czynią je użytecznym, cóż więc tu mówić o tak kruchym materiale jak słowo. Aby uzyskało rumieniec życia, musi przejść przez życiodajny filtr inwencji pisarza, a najtrwalsze jest wtedy, gdy staje się legendą. (W rzeczy wymyślone ludzkość łatwiej zdolna jest uwierzyć niż w realnie istniejące. Istotę tego paradoksu potwierdza nawet i ta powieść).

Najmniej w tej powieści prawdopodobna scena pomiędzy szefem niemieckiej wojskowej służby sanitarnej a żoną polskiego oficera w październiku (!) 1939 roku, kiedy to ów generał pokazuje jej na mapie przyszłe granice Polski powojennej, jest prawdziwa, choć historykowi może się wydawać zmyślona. Cóż, potwierdza się stale zdanie Szekspira, że „Na ziemi i na niebie dzieją się ciągle rzeczy, o których się nie śniło filozofom”, a jedna z najciekawszych książek naszego pokolenia laureata Nagrody Nobla, biologa Carrela, nosi tytuł: „Człowiek istota nieznana".

Pamiętam pierwszy dzień wojny 1939 r., kiedy od bomb lecących na lotnisko wojskowe Ławica trzęsły się szyby Biblioteki Raczyńskich w Poznaniu, a jej dyrektor, do dziś żyjący prof. dr Andrzej Wojtkowski, zwołał nas, bibliotekarzy, bo i ja tam byłem, do swego gabinetu i powiedział:

„Kochani, zaczęła się straszna wojna, nie wiadomo, kto z nas ją przeżyje, byście jednak nie upadli na duchu, powiem wam, co mnie spotkało u pastora protestanckiego pod Szczecinem jeszcze przed 1914 rokiem. Zaprosił mnie do tego domu jego syn, mój kolega z Uniwersytetu Wrocławskiego, na wakacje. Przy pierwszej kolacji pastor przyniósł jakąś księgę i trzymając na niej rękę mówił:

»Witam gospodarza tej ziemi, wy, Polacy, na nią wrócicie. Tak mówią stare księgi«”.

W tym kontekście trudno przypuszczać, że pani Władysława Kuczyńska z Kalisza zmyśliła swe spotkanie z niemieckim lekarzem generałem w Lublinie w roku 1939. Notabene on sam jej powiedział, że jest Austriakiem, więc synem narodu, któremu Hitler odebrał wcześniej jeszcze niż nam niepodległość, i miał matkę Polkę.

Przy całej mej „sumienności wobec źródeł" nie miałem powodu uznać tego opowiadania za zmyślone tak dalece, że nie mogłoby stać się pożywką dla powieści.

Jeszcze raz przypominam, że powieść ze swej natury nie była dotąd nigdy źródłem naukowym, autor nie musi się wtedy tłumaczyć, skąd zaczerpnął ten lub ów wątek. Obciążona balastem naukowym poszłaby na dno, przestałaby być opowieścią o żywych ludziach, jej wiwisekcja stałaby się jej śmiercią. Hasłem powieści powinno być: „Kto chce, niech wierzy, kto nie wierzy, niech napisze inną powieść. Skoro to zrobi i ta pierwsza spełni swe zadanie".

Bardzo wiele trudu kosztowało mnie stworzenie „Sagi grodu nad Prosną". Nim zacząłem ją pisać, wiele razy odwiedzałem Kalisz, a i poza nim szukałem mych bohaterów. Miałem żywy kontakt z wieloma rodzinami osób występujących w tej opowieści, a nawet z jeszcze żyjącymi bohaterami, a przede wszystkim z nieocenionym panem Tadeuszem Martynem, który udostępnił mi archiwum tworzonego przez siebie Muzeum Nowego Kalisza, służył radą i pomocą, za co na tym miejscu składam mu serdeczne podziękowanie.

W ostatnim swym przedśmiertnym liście pani Łucja Fulde z Kalisza, matka bohatera tej powieści, Henryka, rówieśnica i przyjaciółka Marii Dąbrowskiej, pisała do mnie w dniu 15.IX.1970 r.:

„Rozważam wszystko, o czym rozmawialiśmy, jeśli chodzi jednak o pracę jakiej się Pan Doktor podjął, chciałabym, aby nie była ona narażona na krytykę i zawiść ludzką... Boję się tych konsekwencji ze względu na Pana i rodzinę moją. A — to ja... niestety, z żalem wielkim czuję niemożliwość doczekania chwili wydania książki. Tyle mi jeszcze pytań ciśnie się na usta, tyle myśli odnośnych prześladuje, że chciałabym utrzymać kontakt chociaż korespondencyjny, aby dopełnić zadania, jakie mi przypadło w udziale”.

Zadanie to pani Fulde spełniła do końca. Żyje obok Syna w tej powieści, do której dostarczyła tyle materiałów i ożywiła ją gorącym tchnieniem własnego serca.

Clemenceau, przywódca zwycięskiej Francji 1918 roku, powiedział w parlamencie francuskim, mówiąc o komunardach 1871 roku: „Kto krwią płaci swoje przekonanie, temu, zaiste, wierzyć trzeba".

To samo można powiedzieć o bohaterach „Sagi grodu nad Prosną". Zasłużyli nie tylko na naszą wiarę, ale i na wieczną pamięć.

I jeszcze jedno: jest to powieść przede wszystkim o młodzieży, o dzielnych obrońcach sztandaru harcerskiego i o wielu innych młodych bohaterach, do młodzieży więc szczególnie jest adresowana.

J.T.D