NAJPIERW GŁOS MA MATKA

 Wiem, że to jest naiwne, dla niektórych ludzi śmieszne nawet, mój Synku, że piszę do Ciebie ten list, boć przecie Ty nie patrzysz już na ten świat ziemskimi oczami, nie słyszysz głosów naszej ziemi, nie czujesz już bólu ni radości, ale nie mogą oprzeć się potrzebie porozmawiania z Tobą. Znałam kiedyś kobietę, która przyznała mi się, że ukradkiem zakopywała na mogile swej córeczki, co odeszła od niej nagle, jej zabawki czy torebki cukierków. Mówiła, że te rzeczy mogą być potrzebne jej córeczce. Starałam się wówczas zrozumieć ból matki, której nieludzki los zabrał jedyne dziecko. Ale los jest ponad wszystkim. Starożytni Grecy sądzili, że ojciec wszystkich bogów i ludzi, wszechwładny Zeus, podlega również Losowi. Ileż jeszcze mroków naokoło nas, ile tajemnic... Ludzkość jest ciągle bardzo młoda, bo nie zdołała dotąd rozświetlić tej pierwszej największej tajemnicy: celowości swego istnienia.

Byłeś zawsze, Henryku, dzieckiem niezwykłym. Zdaję sobie z tego sprawę, że tak ma prawo powiedzieć o swym dziecięciu każda matka, bo narodzenie nowego człowieka, powołanie do życia istoty świadomej to najwyższy cud, dlatego tak wielką, tak ohydną zbrodnią jest wszelkiego rodzaju zabijanie nie tylko ludzi, ale i zwierząt, i kwiatów.

Sam najlepiej wiesz, mój Synku, że to nie jest literatura ani wymysł filozofów typu Platona, bo to przecież ty właśnie przyszedłeś na świat z organiczną wprost potrzebą ukochania wszystkiego, co żyje, a nawet rzeczy stworzonych ręką człowieka. I w tym objawiła się twoja odrębność.

Pamiętam, jak płakałeś, gdy jedna z dziewcząt wiejskich w Żydowie urwała nogę lalce Hani. Nawet gdy służąca trzepała dywan, upominałeś, by go nie biła mocno, bo dywan był grzeczny i nie chciał się zakurzyć, a silne razy sprawiają mu ból. Czy bardzo Cię bolało, Synku, gdy okrutne zwierzą ludzkie wiązało Ci ręce drutem kolczastym, nim się to stało?... Boże, co potrafiłeś ujarzmić gwiazdy, spętać ich bieg nieodwracalnymi prawami, opanowałeś tak straszliwą potęgą chaosu wszechświata, a wydajesz się być bezsilnym wobec chaosu na naszej małej planecie, chaosu zdziałanego zbrodniczą ręką złych istot, które mógłbyś zetrzeć w proch jednym mrugnięciem Twego oka. Czyż obojętny Ci jest los pełzającego po powierzchni ziemi małego ludzkiego robaka? Przecież płaci Ci on za swe istnienie wysoką ceną cierpienia. A może mój mały Synek miał rację? Może Ty od wszystkich rzeczy stworzonych żądasz tej samej ceny za ich istnienie? Może cierpi kwiat, drzewo i kamień? Może muzyka sfer niebieskich, ów głos wszechświata, który Ty podobno słyszysz, jest jednym wielkim jękiem? Nie odpowiedziałeś nikomu na to pytanie, Boże skarg ludzkich, któryś jak głosi religia, jest w niebie, na ziemi i na każdym miejscu. Gdybyś jednego dnia wysłał swego anioła, by zebrał łzy całego świata, byłoby ich tak wiele, że mógłbyś w nich zatopić całe jedno pokolenie ludzkie.

Niemiecki filozof, Schopenhauer, powiedział: „Gdybym był Bogiem, pękłoby mi serce z bólu patrzenia na ból moich stworzeń”. A przecież żył on w czasach, które historia nazwała spokojnymi i szczęśliwymi.

Ale, Synku mój, nie wyjawiłam Ci jeszcze, dlaczego wybrałam tak śmieszną, sądząc miarą ludzkiego rozsądku, formę rozmowy z Tobą. Jedna kropla przechyliła szalę mych wahań. Pewnego dnia dostałam list z Kanady, z ojczyzny Franka Pickersgilla. Przypadł Ci od razu do serca ten czupurny Kanadyjczyk. Nawet zewnętrznie byliście do siebie podobni, obaj smukli, rośli, smagli, obaj o śmiałym wejrzeniu ciemnych oczu. Promieniowała z nich jakaś jasność dusz, godność wolnej, szlachetnej istoty ludzkiej. Gdy stanęliście tak kiedyś we trzech obok siebie w naszym salonie w Żydowie, bo ojciec Twój był tym trzecim, pomyślałam o was: trzy dęby. Tacy byliście dorodni, krzepcy wszyscy trzej, nawet Twój ojciec, choć przecież był już wówczas dobrze po sześćdziesiątce. Któż mógł przypuszczać, że staliście już na progu czasu zniszczenia, że za chwilę prawie apokaliptyczny huragan złamie te trzy dęby i zrówna z ziemią cały las wam podobnych. Otóż nie omyliłeś się w wyborze bratniego ducha. Ten młody Kanadyjczyk, student wówczas jeszcze, sam dobrowolnie wybrał los podobny do Twego. To wszystko, o czym mówił Ci Alfred Nawrocki, okazało się prawdą. Franka Pickersgilla nie udało się Nawrockiemu wydobyć z więzienia w Rawiczu. Strzały, które wtedy słyszeliście, były celne. Niestety, Franka owej nocy postrzelono. Oto co mi o Twym przyjacielu pisał pan John Kemeny, dyrektor National Film Board z Montrealu:

„Zastosowując się do prośby Pani, podaję kilka wiadomości o przejściach p. Franka Pickersgilla. W lecie 1939 roku pan Frank wyjechał z Polski do Rumunii, następnie do Francji. Opuścił Paryż, gdy armia niemiecka zaczęła posuwać się naprzód, ale nie zdołał powrócić do Anglii. Przez dwa miesiące ukrywał się na folwarku w Bretanii, gdzie został aresztowany i internowany przez Niemców. Spędził dwa lata w więzieniu niemieckim, skąd uciekł przepiłowując kraty. W roku 1942 przebywał krótki czas w nie okupowanej Francji i stamtąd przedostał się do Londynu. W Anglii zgłosił się do świeżo uformowanej grupy wojskowej, której zadaniem było organizowanie oporu i sabotażu przeciw najeźdźcy w kilku państwach Europy. W roku 1943 został zrzucony nad Francją i wkrótce potem aresztowany przez gestapo. Trzymany był w różnych więzieniach Paryża, następnie w Polsce w Rawiczu, gdyż podejrzewano jego związki z ruchem oporu w waszej Wielkopolsce. Próbował ucieczki, wyskakując przez okno drugiego piętra, niestety został postrzelony przez strażnika z karabinu maszynowego. Odmawiał udzielenia jakichkolwiek informacji i gestapo, widząc, że nic z niego nie wydobędzie, wysłało go do obozu Buchenwald, gdzie został powieszony we wrześniu 1944 r. Sądzę, że zgodzi się Pani z nami: krótkie życie p. Franka Pickersgilla warte jest, aby je przedstawić w filmie”.

Spełniłam i ja, drogi Henryczku, prośbę dyrektora Filmu Kanadyjskiego i posłałam mu nasze wspólne fotografie, widok naszego domu w Żydowie pod Kaliszem i panoramę samego miasta, przekazałam treść odbytych rozmów, ale pomyślałam sobie, że Polska jest krajem setek tysięcy takich bohaterów, jak nasz gość kanadyjski, którego ojczyzna czci filmem, na co niewątpliwie zasłużył. A Wy?— Któż z tych setek tysięcy istnień ulepi monolit tak wysoki, aby o niebo się oparł, aby wstrząsnął nim, by wreszcie przemówiło. Bo jeśli jest na wieki nieme, jeśli człowiek jest pozostawiony tylko samemu sobie, to ileż czasu potrzeba jeszcze, by z mroków najczarniejszego średniowiecza wydobyło się na światło tak niewzruszone prawo jak to, które dźwiga fundament nieba i ziemi, zamknięty w opokę dwóch słów: nie zabijaj!

Sam widzisz, Synku mój jedyny, że nie płaczę. Nie płaczę, aby być godną Ciebie, od tej chwili, gdy siepacze pozwolili nam na ostatnią rozmowę przed Waszą kaźnią. Powiedziałeś wtedy, Henryczku, te proste słowa:

„Niczego nie żałuję, Mamo, dla Niej, dla Ojczyzny, ktoś musi umierać, aby Naród żył, niech żyje Polska!”. Krzyknąłeś to w twarz, jeśli oni mogli mieć twarz, przy mnie, twoim katom. Zaraz Cię też porwali za kratę. Odszedłeś z uśmiechem człowieka, którego ofiara jest czysta. I ten uśmiech mnie przekazałeś jako testament zwycięstwa nad strachem biologicznym, nad bólem mąk fizycznych, których Ci tyle zadawano, nad żalem, że rozstajesz się z życiem u jego progu. I ten Twój dar zachowałam. Uśmiecham się teraz do chmur, do ognia, do słoty i do słońca, do drzew i zwierząt, potrafią darzyć uśmiechem nawet ludzi... Chodzą po ulicach naszego starego Kalisza z pogodną, radosną twarzą. Nazywają mnie tu uśmiechniętą starszą panią. Dusza moja, przez Ciebie nastrojona, śpiewa hymn radości.

Rodzina nasza spłaciła rzetelnie do ostatka swój dług wobec Ojczyzny, którąśmy tu znaleźli po przybyciu z Dolnego Śląska. Krwią i pracą uiściliśmy nasz polski indygenat. Matka rodu Fedegerów, Wanda, padła od kuli gestapowców to ostatnim dniu ich panowania w Kaliszu, a Elwirę zamęczyli razem z Tobą. A inni z naszej rodziny także oddali życie za tą samą sprawę. Czyż to nie piękna karta wierności? Ci złoczyńcy chcieli Was zohydzić nawet po śmierci. Podali w swej prasie wyrok potężnego organu bezprawia, Volksgerichtu[1], że skazano zdrajców narodu niemieckiego, i sfora pismaków rozgłosiła tę hańbę po całych Niemczech. Przed kilku laty kronikarz kaliski i zbieracz pamiątek po Was przyprowadził do mnie dziennikarza z Niemieckiej Republiki Federalnej, który zjawił się tu, by zbierać dokumenty niemieckiego ruchu oporu w dawnym Warthegau.[2] Powiedziałam mu jasno i dobitnie:

— Pan ma złe informacje, gorzej niż złe, bo kłamliwe i oszczercze. W Wielkopolsce nie było niemieckiego ruchu oporu. Oni wszyscy byli Polakami i zginęli za Polskę. To byli żołnierze polskiej sprawy, która była wtedy sprawą całej ludzkości. Hitler zhańbił naród niemiecki. Czyny jego siepaczy na tych ziemiach były haniebne!

Człowiek ten odszedł z uczuciem wstydu, co świadczyło, że jest uczciwym człowiekiem. Było i takich wielu, znałeś ich i Ty.

Ze wszystkich zasad chrześcijaństwa jednej nigdy nie uznałam. Nie wierzyłam w istnienie wiecznego potępienia, wyznaję również pogląd, że każdy odpowiada tylko za siebie, bo inaczej nie przerwałoby się nigdy gniotące człowieka pasmo gwałtu. Całe pokolenia będą pamiętać o Was. Tak mówiła „ciocia Maria”, Maria Dąbrowska. Jej zjawienie się u nas w Żydowie i na Wodnej w Kaliszu było zawsze dniem jakiejś uroczystej radości. Zawsze nastrajała nas na dziwną, obrzędową, powiedziałabym, nutę jakiegoś niezwykłego misterium. Gdy zjawiała się z dalekiej już wtedy Warszawy, bo szybko minęły złote dni jej Russowa, gdy „zjawiała się”, a nie zwyczajnie przyjeżdżała, czuliśmy wszyscy jakiś głębszy sens naszego istnienia. Czuliśmy, że to niepowtarzalne, które przemija naokoło nas, jest jak uderzenie młotem w rylec rzeźbiarza. To wszystko, co znajduje się na zewnątrz nas, to proch. Rzeźba pozostanie. Im mocniejsze uderzenie młota artysty, tym większa bryła kamienia wali się w nicość, tym bliższy koniec dzieła tworzenia. Maria miała od losu ten rzadki dar chwytania życia na gorąco i utrwalania go. Jej „Noce i dnie” są jak ten Święty Gaj Apollina w Delfach, los posągów, z zaklętym w nim czarem nieśmiertelności. Chcę Ci powiedzieć, Henryczku, że Maria Dąbrowska była u mnie na Wodnej w Kaliszu ostatni raz przed swą śmiercią wówczas, gdy wręczano jej obywatelstwo honorowe Kalisza. Mówiłyśmy wtedy o Was, że z Waszych popiołów musi się narodzić inny świat niż ten, na którym dotąd trwamy.

—  Jeśli tak — rzekłam do niej — to Oni muszą żyć...

—  Oni żyją przecież — odparła z jakimś nieziemskim już uśmiechem pani Maria.

—  A tyle zła naokoło nas? — spytałam.

—  „Są tylko dwie potęgi na świecie: duch i miecz. Z czasem miecz bywa pokonany przez ducha". Wiesz, kto to powiedział? Ktoś, kto wylał niewiele może mniej krwi ludzkiej od Hitlera dla swej ambicji i patrzał potem na ruinę swego dzieła pychy i gwałtu: Napoleon Pierwszy. To są jego słowa wypowiedziane już na Wyspie Świętej Heleny. Tak, Łucjo, czas pracuje dla ducha, dla ducha, wiecznego rewolucjonisty, jak go nazwał nasz Słowacki. On wierzył, że w prochy męczenników uderzy kiedyś piorun i nadejdzie czas świętych zmartwychwstania. I to nie jest, kochana Łucjo, mistycyzm. To jest matematyczna pewność, że czas ludzki pracuje dla ducha, a w świecie ducha nie ma śmierci.

—  Więc, droga Mario... — zaczęłam z drżeniem.

—  Więc Twój Henryk — przerwała mi — i Emil, i oni wszyscy żyć będą w pamięci świata, a męka ich wyda w swoim czasie owoce dla wielu przyszłych pokoleń, gdy przyjdzie opamiętanie po latach krwi, gwałtu i łez.

—  A ty, Mario, czy napiszesz o nich?...

—  Ja już nie. Ja utrwaliłam czas mego pokolenia, oni są już z innego czasu. Jęk przetworzyć na pieśń może tylko długa praca ducha. Ja jeszcze tej pieśni nie słyszę. Za wcześnie... I przecież nie ode mnie zaczęli się pieśniarze i nie na mnie się skończą. W życiu narodu więcej się rodzi, niż umiera, w życiu całej ludzkości również. Ci, co przeciwstawiali się gwałtowi nad człowiekiem, nie należą już do jednego narodu. To są rycerze całej ludzkości i wskrzesi ich kiedyś wdzięczna jej pamięć. Dokonają tego już inni, nie ja.

Uwierzyłam tedy Marii, że nadejdzie Wasz czas chwały. I choć mówiłeś, Synku, że takich jak Ty jest wielu i że zwykłą jest rzeczą dla żołnierza ginąć za Ojczyznę, minął już czas mego wahania, choć trwał on dość długo, minął już czas, kiedy uważałam, że nasze wspólne sprawy powinien pochłonąć ocean milczenia. Nie, przeciwnie. Ku przestrodze wieków powinno być głośno o Was i ku chwale narodu, który Was wydał. Boście czuli się jego cząstką, z jego wzrośliście ducha i jemu przekazaliście tę piękną naukę antyczną: „Dulce et decorum est pro patria mori".[3] Zaiste, chwalebnie jest umrzeć za braci swoich, bo w takiej śmierci jest zaczyn nowego, pięknego życia dla wielu przyszłych pokoleń. Idą już te nowe pokolenia.

Odwiedzam czasem nasze dawne Żydowo. Witają mnie tam jak matkę i ja czuję się rzeczywiście ich matką, tych młodszych dzieci moich. W ich oczach widzę piękno Twojej ofiary. Nie żal mi, Synku, że nowe prawa kazały mi stamtąd odejść. Ta ziemia jest teraz naprawdę nasza, bardziej nasza niż dawniej, pełna gwaru polskiej dziatwy, synów i córek dawnych Twoich żołnierzy. Pytałeś mnie tuż przed Twoim odejściem tylko o jedno: czy w lasku żydowskim koło dworu stoi jeszcze ów krzyż, który tak lubiłeś, krzyż na dawnej mogile powstańczej, symbol męki, wiary i walki narodu. Dowiedziałam się, dlaczego o to pytasz, dopiero później, gdy Twoi żołnierze powiedzieli mi, że tam przy tym krzyżu przysięgali wierność Ojczyźnie, a przyjmował tę przysięgę prócz Ciebie ojciec Julian Mirochna, gwardian franciszkanów w Kaliszu. Jak straszną śmiercią zginął ojciec Mirochna w Poznaniu! Nie chcę tym wstrząsającym wspomnieniem kończyć mego listu do Ciebie, Synku najdroższy. Chcę Ci przesłać uśmiech żołnierzy Twojej kompanii z Żydowa, Osieka, Ołoboku, Piwonic i Lisa, którą sam stworzyłeś. Oni pamiętają Cię, błogosławią i kochają. Tak, jak gwardian z Kalisza, nie wydałeś żadnego z nich. Już jako dziecko ujawniałeś szlachetny, rycerski charakter.

Pamiętasz, Synku, jak to sześć lat przed maturą byliśmy razem z Hanią i kuzynem Jankiem w Jastarni na wakacjach? Kiedy przygotowywałam materiały o Was, wpadł mi w ręce mój list do Twego ojca, właśnie z Jastarni, pisany 5 lipca 1933 roku. Miałeś wtedy 13 lat, a już wówczas niepokojąco zaznaczyła się Twoja indywidualność. Czytam moje własne słowa sprzed 37 lat.

„Chciałabym, aby dzieci w liczniejszym gronie rówieśników mogły organizować wspólne zabawy i polubiły wszystko, co młodzież tak pociąga. Trudna sprawa z Heniem... Zdaje się być zupełnie oderwany... Kategorycznie odmawia i wysuwa drażniące argumenty, że jest to niczym w porównaniu z pięknem Żydowa. Milu[4] czy Ty rozumiesz, co w tym dziecku siedzi? Obawiałam się jego trudnego usposobienia, ale zdawało mi się, że obecność Janka, cudna pogoda i to bajeczne morze jakoś go lepiej usposobi. Widzą, że nie... Henio poczubił się z Jankiem. Była poważna dyskusja na temat, co ma kierować postępowaniem człowieka, siła czy intelekt? Henio broni intelektu, Janek siły. Nie rozmawiali przez cały wieczór..."

Przyszedł ten nieszczęsny czas, kiedy zrozumiałam wreszcie Ciebie, Synku. I to, że od zarania życia urzekało Cię piękno wartości moralnych w człowieku, górujących nad zwierzęcym w nim instynktem. Głosiłeś prymat tych wartości wyższych, które świadczą o naszym człowieczeństwie. Nazwałeś je wtedy intelektem, nieprawidłowo może, bo może być i intelekt zbójecki. Zrozumiałam jednak, że Tobie chodziło o tę sferę uczuć człowieka, której nie wolno zadawać gwałtu. Już w Twoim umyśle chłopięcym dojrzewała myśl, że nie należy przymuszać człowieka ani do złego, ani do dobrego, bo winien on działać z własnych pobudek, sam z siebie. Czyny jego powinny być sądzone przez własny, najwyższy trybunał sumienia. Postronnym czy społeczeństwu wolno tylko ingerować w czyny jednostki, gdy narusza sferę wolności innych lub ich prawa do samostanowienia czy prawa do wolnego życia.

A potem przyszła historia. Porwały Cię dzieje Twego narodu, urzekło męczeństwo tylu pokoleń w ciągu ostatnich dwustu lat dziejów ojczystych. Bardzo mnie niepokoiło to śledzenie przez Ciebie dróg krwawej ofiary Polaków na ołtarzu wolności, ten romantyzm obcy już czasom, w których żyłeś, te Twoje samotne ucieczki na grób powstańca w naszym lesie, te zachwyty nad „Anhellim" Słowackiego i „Księgami Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego" Mickiewicza. Ich słowami modliłeś się. Nie rozumiałam tego i sercem moim owładnął lęk o Ciebie, targał nim wielki, jakże uzasadniony niepokój...

Chodzą teraz ja stara, uśmiechnięta niewiasta ulicami naszego odwiecznego miasta, które z mroków dziejów wywiódł Grek Ptolemeusz, nie wiedząc, że w nie znanej cywilizowanemu światu miodopłynnej ziemi gościnnych Lędziców odkrył perłę. Dziwna to perła, co urosła od krwi i łez tak wielka, że nie sposób jej nie dostrzec, bo z zwykłej konchy ludzkiego mięczaka wypłynęła na firmament nieboskłonu pierwszej wielkości gwiazda zwana Calisia, miasto męczeństwa niewinnej dziatwy, zgładzonej okrutnym prawem brunatnego Heroda. Chodzę po tym grodzie Calisia i szukam Waszej drogi, wiodącej ku nieśmiertelności tych wszystkich, którzy potrafią na nią wstąpić. Gdy miasto się ucisza, idę nad Prosnę, tak przez Ciebie kochaną, co przebiega i dziś koło naszego domu brzegiem ulicy Wodnej, jak w Żydowie. Ta rzeka to symbol naszego trwania i naszego przemijania. W jej szumie słyszę Twoje słowa, Synku:

... „Bo ja w każdej minucie i w każdej godzinie zdobywam i tworzę Ojczyznę i tak czuję, jakby we mnie samym walczył o Jej wielkość cały Naród Polski".

Tym słowom, Synku najmilszy, byłeś wierny do zgonu. Dzięki nim urosła duma i chwała Polaków.


[1]  Das Volksgericht (niem.) — sąd ludowy.

[2]  Der Warthegau  (niem.) — okrąg Warty.

[3]  Dulce et decorum est patria mori (łac.) — słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę.

[4]  Zdrobnienie od imienia: Emil.