W  POWOJENNYM  KALISZU

 

 

1. Powrót do Kalisza.

2. Straty wojenne.

 

 

 

 

Powrót do Kalisza

 

 

         Po oswobodzeniu Warszawy i przesunięciu się frontu na zachód, gdyż już i Poznań był wolny, wyłoniła się konieczność powrotu do Kalisza. Pociągi do Łodzi jeszcze nie były uruchomione. Podróże odbywały się najczęściej samochodami ciężarowymi z wojskiem ale trudno się było na nie dostać, no i nie zawsze było to bezpieczne. Był u mnie p. Chmielewski z Rembertowa, który chciał jechać z nami. Zaczął namawiać mnie aby kupić konia z wozem i pojechać w ten sposób. Miał się zająć kupnem koni. W związku z tym, że wysiedlonych zaczęto wysyłać samochodami w różnych kierunkach, zacząłem robić starania aby zabrać się z ekipą, która miała odjechać do Ostrowa Wlkp. Odjazd miał nastąpić następnego dnia. Kiedy jednak zgłosiłem się do fabryki Borkowskich na Grochowskiej, skąd mieliśmy odjechać, w ostatniej chwili oświadczono mi, że to może nastąpić w czasie późniejszym, gdyż ten transport zabiera tylko ludzi partyjnych. Dla ludzi mojego pokroju t.j. bezpartyjnych w tym transporcie miejsca nie ma. Z taką odpowiedzią wróciłem na Kamionkowską, przeklinając porządki i sprawiedliwość ludową.

 

 

Po kilku dniach wypuściliśmy się z Krysią na piechotę. Część drogi pokonaliśmy samochodem, część koleją i tak dobrnęliśmy w ciągu dwóch dni do Kalisza, po blisko pięcioletnim wygnaniu. Była już szarówka, robił się wieczór, idąc od dworca widziało się wiele znajomych twarzy. Spotkaliśmy p. Stępieniów, szli oboje z dworca, tak idąc razem doszliśmy do domu na Wrocławskiej, gdzie mieszkała moja szwagierka Ostrowska. Wchodząc na podwórze pierwszą spotkaną osobą był

 

 

Mietek Ostrowski, szwagier, który dzień wcześniej powrócił z obozu jenieckiego. Była to naprawdę duża niespodzianka. Pamiętam, że do ich mieszkania w oficynie, na piętrze na skutek działań wojennych brak było schodów, wchodziło się po jakimś dachu przez okno na korytarz, ale to nam nie popsuło pierwszego spotkania. Po kilkugodzinnym odpoczynku poszedłem obejrzeć sklep na Kilińskiego i dom na Łódzkiej. Sklep ział otworami wybitych szyb okiennych, jak i drzwi. Wszedłem do sklepu tak jak wchodzili szabrownicy. Wszystko zastałem tak samo zniszczone jak było w to roku 1939 t.j. szafy z potłuczonymi szybami i powyrywanymi drzwiami, zwalona i potłuczona waga uchylna, kontuary poniszczone no i żadnego towaru. Obejrzawszy tę ruinę poszedłem zobaczyć dom na Łódzkiej. Ogród ujrzałem mocno zapuszczony i zaniedbany, kilkaset drzew owocowych, które już tak pięknie zaczęły rodzić, wymarzły, a reszta nie pielęgnowana wyniszczała i została wykopana. Prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy. Kiedy zobaczyłem mojego dawnego dozorcę Walentego Szymczaka, zapytałem go dlaczego widzę takie spustoszenie. Odpowiedział, że Niemiec prokurator, który tu mieszkał nie dbał o to zupełnie. Widziałem po nim, że jest zaskoczony moim powrotem, którego się widać już nie spodziewał. Wszedłszy do mieszkania ujrzałem, że z powodu wybitych szyb w oknach w czasie dużych mrozów, kaloryfery od centralnego ogrzewania popękały a woda z kaloryferów wylała się na posadzki. Z sufitu odpadł tynk, ściany były poobijane, zamoknięte i zapleśniałe od wilgoci, meble porozbijane, szafy z powyrywanymi drzwiami, stoły i biurko porąbane, łóżka bez materacy,  drzwi biblioteki powyrywane, książki porozrzucane, w większości podarte. Był to naprawdę widok niesamowitego zniszczenia. Zrobiło to smutne wrażenie i spowodowało niechęć do jakiejkolwiek pracy. A jednak po dłuższej rozwadze postanowiłem się zabrać do pracy i naprawy zniszczeń. Moje meble wywiózł gdzieś do Katowic poprzedni lokator - Prezes Sądu. Pozostałe meble po ostatnim lokatorze, które pozostały niezniszczone zostały już spisane przez dwie komisje jako meble poniemieckie. Nie liczono się zupełnie z tym, że mnie jako właściciela wysiedlono, zabrano wszystkie meble z wyposażeniem, nawet z pościelą i wywieziono. Nie zastałem żadnego krzesła, to mój Walenty z litości przyniósł  od swych kolegów szabrowników 3 krzesła od tych mebli, miał jeszcze jedno odnaleźć, ale na tym się skończyło.

 

 

Po rozpatrzeniu się w szczegółach zniszczenia swego mienia trzeba było jednak zabrać się do jakiejś pracy, aby można było z czegoś żyć. W pierwszych dniach, po powrocie chodziliśmy na obiady do kuchni dla ubogich u Sióstr na ul. Grodzkiej. Talerz zupy z kawałkiem chleba kosztował 2 zł.

Rozpocząłem starania w Banku Handlowym o uzyskanie pożyczki pod zabezpieczenie hipoteczne. Zanim doszło to do skutku, zabrałem się za remont

 

domu i sklepu. Na przykład po szkło musiałem jeździć do Ostrowa. Starania w Zarządzie Miejskim o pomoc w uzyskaniu materiałów budowlanych nie odnosiły żadnego skutku. Jednak po wielu trudnościach remonty doprowadziłem do końca. Po wielu staraniach Bank Handlowy udzielił mi pożyczkę w wysokości 700.000 zł. Będąc w Poznaniu, w Izbie Przemysłowo Handlowej namówiono mnie, aby wstąpić do organizującego się koła hurtowników i otworzyć u siebie w Kaliszu hurt cukrem i innymi artykułami pierwszej potrzeby. Toteż po powrocie zacząłem organizować pracę.

 

 

Legitymacja Związku Zawodowego Kupców m.st. Warszawy wydana w 1945r.

 

 

         W pierwszym roku, o ile tylko dostało się odpowiednie przydziały towarów, sprzedaż szła dość normalnie. Zatrudniłem oprócz Krysi, dwie panienki i jednego człowieka oraz buchaltera do prowadzenia ksiąg. Wynająłem dodatkowe,  dość obszerne magazyny w sąsiednim domu po Michlu. W domu miałem jeszcze jedną komisję spisującą i szacującą poniemieckie meble, tak gorliwą, iż nowe żyrandole uznali za meble poniemieckie. Nie mogąc się z nimi porozumieć, iż moje meble Niemcy wywieźli, postanowiłem wnieść odpowiednie podanie do władz.

 

 

 

 

Straty wojenne

 

 

         Dzisiaj otrzymałem zawiadomienie z Banku Handlowego, że Bank Spółek Zarobkowych w Warszawie nadesłał weksle do protestu na sumę 8.000 zł wystawione przeze mnie  i nie wykupione w terminie z powodu wybuchu powstania i spalenia Warszawy. Weksle jednak się nie spaliły i dotarły do mnie, do Kalisza. Na poczet tych weksli miałem już złożoną w Banku Spółek Zarobkowych na swoim rachunku kwotę 6.244 zł. Godziłem się tylko na zapłacenie różnicy i z tego też powodu odmówiłem wykupienia tych weksli. Otrzymałem odpowiedź Banku, że rzeczywiście na moim rachunku znajdowała się suma 6.244 zł, jednakże rozporządzeniem Ministra Skarbu z dn. itd. suma ta została zamrożona i pozostaje do dyspozycji Ministerstwa. Z początku postanowiłem nie płacić, jednakże rozważywszy, iż należność będą ściągać z żyrantów, do czego nie mogłem dopuścić, zapłaciłem wszystko z kosztami i procentami - razem 12.600 zł. Była to próbka dzisiejszej sprawiedliwości.

 

 

 

 

 

 Nie jedyna zresztą. Z Zarządu Miasta, z wydziału mienia poniemieckiego otrzymałem zawiadomienie, że moje wyjaśnienia odrzucono i mam zapłacić za znajdujące się w moim mieszkaniu meble sumę 74.000 zł. Po wielu staraniach przysłano nową komisję i ostatecznie meble wyceniono na sumę 60.000 zł. Cóż miałem robić, sumę tą musiałem zapłacić. 

Ponadto przedsiębiorstwo handlowe miało trudności z przydziałami towarów, gdyż na każdym kroku czynione były trudności w stosunku do prywatnych kupców. Faworyzowano przedsiębiorst- wa spółdzielcze i państwowe. Natomiast na prywatne przedsiębiorstwa nakładane są coraz większe ciężary i podatki, toteż handel prowadzony uczciwie dawał znikome zyski, a w wielu wypadkach straty. Od kilku dni zauważyłem kręcących się jakiś dwóch jegomości, zachodzących do magazynu z jakimiś błahymi zapytaniami.

 

 

 

         Wkrótce zawiadomili mnie poufnie moi sąsiedzi, że byli u nich funkcjonariusze z Urzędu Bezpieczeństwa i wypytywali się o mnie. Te wywiady trwały dłuższy czas, może około miesiąca. Z początku takie tajne śledztwo silnie działało mi na nerwy, aczkolwiek nie czułem w sobie żadnej winy. Do żadnych partii politycznych nie należałem i w życiu politycznym udziału nie brałem, działałem tylko na polu gospodarczym, w Izbie Przemysłowo-Handlowej itp. organizacjach, toteż byłem ciekawy co oni ode mnie mogą chcieć. W końcu wezwano mnie na ul. Jasną wypytując o jakieś błahe sprawy. Kiedyś na początku, jak powróciłem do Kalisza ktoś ze znajomych namówił mnie, aby zapisać się do organizującego się Kółka Myśliwskiego oraz wystąpić o prawo posiadania broni myśliwskiej, co też zrobiłem. Kiedy otrzymałem pozwolenie na broń, takową kupiłem. Będąc na jednym z posiedzeń myśliwskich oceniłem, że tak członkowie jak i metody myśliwskie w żadnym wypadku mi nie odpowiadają, gdyż są zaprzeczeniem przestrzeganym przeze mnie zwyczajom. Postanowiłem wystąpić z Kółka Myśliwskiego. Nie będąc na żadnym polowaniu broń sprzedałem i uważałem sprawę za zakończoną. Wypytywano mnie od kiedy nie należę do Koła Myśliwskiego, czy posiadam jeszcze broń i tym podobne rzeczy. Może tę broń chciano skonfiskować. Nie wiem, ale również wypytywano się o różne osoby sprzed wojny itd. W końcu zwolniono mnie z tego przesłuchania i na tym te wszystkie śledztwa się skończyły. Co właściwie chciano ode mnie, nie wiem, czy celem było tylko granie na nerwach?

         W międzyczasie otrzymałem nakaz z Urzędu Skarbowego o dopłacenie kilkunastu tysięcy zł jako domiar podatku obrotowego. Czytając to byłem tak zdumiony, że myślałem, że chyba zaszła jakaś pomyłka, gdyż wszystkie podatki były płacone, księgi handlowe były prowadzone przez mego buchaltera bez zarzutu, co już stwierdziła kontrola Urzędu Skarbowego badająca te księgi. Toteż udałem się wzburzony do Urzędu po wyjaśnienia, do naczelnika, który bardzo grzeczny wyjaśnia mi, że jednak jest to domiar wprowadzony zarządzeniem Ministra Skarbu i jako taki musi być ściągnięty. Jak to, mówię, została przeprowadzona lustracja ksiąg i nie znaleźliście żadnego uchybienia, czy fałszerstwa. Jeżeli wszystko jest w porządku, to ja płacić nie będę, gdyż uczciwie, to co się należy się zapłaciłem Skarbowi Państwa, zresztą nie mam kapitału, aby drugi raz płacić. Naczelnik rozłożył ręce, iż nic nie poradzi, pocieszył mnie, że inne domiary są większe od mojego. Tak w handlu zaczęły się domiary.

         Po kilku miesiącach nastąpiły nowe domiary, ale już na wyższą skalę. Wyznaczało się ryczałt dla danej branży w wysokości 50 lub 100% zapłaconego podatku obrotowego. Doszło do paradoksu – ten kto prowadził prawidłowe księgi i płacił uczciwie podatek obrotowy, zwłaszcza ten kto prowadził w hurcie takie towary jak cukier, na którym dochodowość była bardzo minimalna, to został położony od razu na obie łopatki. Lecz nie wszyscy kupcy myśleli starymi kategoriami etyki kupieckiej. Byli też nowi kupcy, nie prowadzący żadnych ksiąg , którzy potrafili podać dziesiątą część osiągniętego obrotu. Ci wyszli nie pokrzywdzeni, a nawet wzbogacili się i najdłużej prowadzili swoją działalność handlową. Byli nawet i tacy, jak później wykazały procesy sądowe, którzy nie płacili wcale lub tylko jakieś grosze, a resztą dzielili się z urzędowymi figurami. Widząc to, że nie chodzi o podatek lecz o konfiskatę majątku sektora prywatnego, i wiedząc, że  w tych warunkach nie potrafię dalej prowadzić przedsiębiorstwa, gdyż po jeszcze jednym domiarze nie będę w stanie pokryć zaciągniętego długu w Banku Handlowym - rozpocząłem likwidację interesu. Po kasacji ledwie starczyło na pokrycie wszystkich zobowiązań banku.

 

 

Na domiar złego pojawił się nowy podatek – podatek od wzbogacenia wojennego. Mnie Niemcy zabrali wszystko i wysiedlili. Ocalałem i musiałem z czegoś żyć na wygnaniu. Dobrze, że miałem takich dobrych przyjaciół w Warszawie, którzy podżyrowali mi weksle, na pokrycie których miałem pieniądze w Banku, które skonfiskowano. Weksle musiałem drugi raz wykupić z procentami i kosztami. A teraz te same weksle policzono jako wzbogacenie i wyznaczono podatek w wysokości 488.000 zł. Wszelkie moje wyjaśnienia i odwołania odrzucono. Zebrałem wszystkie dowody, wyciągi i pisma z Banku Spółek i wniosłem odwołanie. Komisja rozpatrzywszy tę sprawę (jak mi doniesiono, stanowili ją ludzie partyjni), postanowiła całą sumę określić jako wysoce niesprawiedliwą i krzywdzącą. Jednakże w myśl przepisów mogła tylko zmniejszyć ją do 50%, czyli do 244.000 zł. Tę sumę po wielu jeszcze perypetiach w końcu musiałem zapłacić, a nawet z pewnymi kosztami i obciążeniami, gdyż nie wszystko byłem w stanie wpłacić w terminie.

 

 

Po zlikwidowaniu przedsiębiorstwa, po spłacie należności banku i wszelkich ciążących podatków i domiarów nie pozostało mi literalnie nic. Ale przynajmniej miałem tę pociechę, że nie jestem nic nikomu winien i mogę sobie w swym ogródku przynajmniej spokojnie pracować co powinno wystarczyć na bardzo skromne utrzymanie rodziny. Lecz i tu się pomyliłem. W latach 1930 i 1939 postanowiłem ubezpieczyć sklep mój na wypadek kradzieży lub pożaru. Ubezpieczenie takie przeprowadziłem z Towarzystwem Przezorności w Warszawie na kwotę 40.000 zł oraz ubezpieczyłem się na życie i dożycie we Włoskim Towarzystwie (Assicurazioni Generali) w Trieście na sumę 1.000 dolarów amerykańskich. Składki wynosiły od 30 zł do 32 zł miesięcznie, które punktualnie były płacone do chwili wybuchu wojny w 1939r. czyli przez 7 lat. Przeszło połowa sumy ubezpieczenia została wpłacona, gdyż dożycie opiewało na lat 12.

         W 1959r. kiedy życie i trudności materialne stawały się coraz trudniejsze przyszło mi na myśl aby zwrócić się do centrali Towarzystwa Assicurazioni w Trieście z zapytaniem, czy jakiekolwiek odszkodowanie jest przewidziane dla mnie i jaki może być dalszy bieg sprawy. Po upływie 10 dni otrzymałem wyczerpującą odpowiedź w bardzo uprzejmym tonie. Zawiadomiono mnie, że w roku 1949 został przeprowadzony rozrachunek z Rządem Polskim i portfel polis został przekazany Powszechnemu Zakładowi Ubezpieczeń Wzajemnych w Warszawie. W związku z powyższym zwróciłem się z odpowiednim pismem do Z.P.U.W w Warszawie, ul.Traugutta 5 prosząc o odpowiedź, zaznaczając iż zwracam się z polecenia centrali w Trieście dokąd pisałem wcześniej. Na odpowiedź czekałem nie 10 dni lecz prawie trzy miesiące i poinformowano mnie, iż moje roszczenia z tytułu ubezpieczenia zostało zamieszczone w rejestrze zobowiązań obciążających Centralę. Jednak Centrala nie ma na razie pokrycia i jeżeli przystąpi do wypłaty odpowiednich kwot, to z chwilą gdy to nastąpi zostanę powiadomiony o formie i terminie zaspokojenia zgłoszonych pretensji (co uważam za perfidne wykręty). Korespondencja trwała lat 5, gdyż co jakiś czas monitowałem PZU. W końcu, w dniu 12 sierpnia 1963r. otrzymałem zawiadomienie, iż na moją polisę wpłynęło z obliczenia 1.976 zł, które za jej zwrotem podjąć. Jak z tego wynika, za 500 dolarów po przeszło 20-letnim czekaniu bez procentów, to na uczciwy rozsądek jest o jakieś 30.000 zł za mało.

W tym to czasie, w 1945 roku przy Prezydium Magistratu powstał referat strat wojennych, gdzie na specjalnych formularzach można było rejestrować swoje straty, poparte dowodami i podpisane przez dwóch wiarygodnych świadków. Po opłaceniu odpowiednich kwot akta zostały w referacie Magistratu, a rejestrujący otrzymał odpowiednie zaświadczenie. Jak później się okazało w tym czasie nastąpiła realizacja planu Marshalla, w wyniku którego Stany Zjednoczone przekazały miliardy dolarów na odbudowę życia gospodarczego w Europie. Toteż powstała myśl, aby koniecznie rejestrować straty, gdyż na pewno nastąpi udzielanie bezprocentowych, długoterminowych pożyczek dolarowych na odbudowę życia gospodarczego. Tak było w Niemczech Zachodnich, i tak samo Polska miała otrzymać przeszło miliard dolarów na odbudowę pod kontrolą przemysłu, handlu i rzemiosła. Na to nasz Rząd nie mógł zgodzić się, gdyż nasi przyjaciele, ma się rozumieć pożyczkę chcieli wziąć na budowę kołchozów i życia komunistycznego, na co znowu Ameryka się nie godziła. Dlatego pożyczki nie otrzymaliśmy i na pamiątkę pozostały kwity rejestracyjne, no i wniesione opłaty od moich strat oszacowanych na coś około 400.000 zł. w złocie. Opłata była dość znaczna.  

Przy rejestracji strat wojennych składanych w wydziale rejestrowym Prezydium Rady Narodowej w Kaliszu nie wzięto pod uwagę straty jaką poniosłem, w związku z prowadzeniem sprzedaży ratalnej. Handel mój w Kaliszu przed wojną, zwłaszcza skład broni i amunicji, rozwinął się jako skład większych rozmiarów, posiadający dużą klientelę. Byli wśród niej ziemianie nie tylko z Kalisza lub powiatu kaliskiego lecz ze wszystkich okolicznych powiatów pomiędzy Łodzią a Poznaniem, zwłaszcza z większych majątków jak: Marchwacz, Antonin, Kotowiecko i inne. Corocznie przed sezonem myśliwskim rozsyłałem swoim odbiorcom odpowiednie cyrkularze i cenniki (około 800 sztuk). Mając tak liczną klientelę nie mogłem prowadzić handlu bez udzielania kredytu kupieckiego, z którego korzystało około 200 osób. W mieście wiele osób kupowało na książeczki płacąc miesięcznie. Toteż zawsze znaczny kapitał był zamrożony w ten sposób, np. Zarząd Miasta – na kilkaset zł, Szpital Miejski – na około 1.000 zł, Konwent Ojców Jezuitów – 1.300 zł itd. Z chwilą wybuchu wojny wszyscy przestali płacić, gdyż wielu jak ziemianie pozbawieni zostali własności, a takie instytucje jak Zarząd Miasta, Szpital, Ojcowie Jezuici też odmówili. Tym samym całe zadłużenie, jakieś 20.000 zł, trzeba doliczyć jako straty powstałe skutkiem wojny.

 

 

 

 

 

STRONA GŁÓWNA

 

NOTA BIOGRAFICZNA

 

W WOJENNYM I MIĘDZYWOJENNYM KALISZU

 

| Likwidacja sklepu L. Szuberskiego | Listopad 1916 | Straż Obywatelska | Bractwo Strzelców Kurkowych |

 

 ZE WSPOMNIEŃ KALISKIEGO KUPCA

 

| Organizacja Kupiectwa Kaliskiego | Stowarzyszenie Kupców Branży Broniowo-Amunicyjnej | SzkołaKupiecka|

 

POLOWANIE NAD PRYPECIĄ

 

WSPOMNIENIA Z LAT WOJNY

 

| Początek okupacji | Wysiedlenie do Warszawy | Powstanie Warszawskie | Warszawa zniszczona |

 

W POWOJENNYM KALISZU

 

| Powrót do Kalisza | Straty wojenne |

 

SPIS CZŁONKÓW I STARSZYCH KONFRATERNI KUPIECKICH W KALISZU RÓŻNYCH LAT

 

CZŁONKOWIE BYŁEJ STRAŻY OBYWATELSKIEJ ZAREJESTROWANEJ W  1937r.

NOTA REDAKCYJNA

 

POWRÓT