WSPOMNIENIA  Z  LAT  WOJNY

 

1. Początek okupacji.

2. Wysiedlenie do Warszawy.

3. Powstanie Warszawskie.

4. Warszawa zniszczona.

 

 

Początek okupacji.

 

Po moim powrocie z Poznania, z Kliniki Uniwersyteckiej prof. Jezierskiego, który wraz ze swoimi asystentami orzekł, że operacja nie jest konieczna i wystarczy wyjazd na miesiąc do Morszyna w celu przeprowadzenie odpowiednich zabiegów. Toteż po dwutygodniowym pobycie w Kaliszu, załatwiwszy najpilniejsze sprawy i przekazaniu córce Krysi odpowiednich wskazówek dotyczących prowadzenia przedsiębiorstwa wyjechałem do Morszyna.

         Czas  był piękny - koniec lipca, a w Morszynie kuracjuszy było przepełnienie. W to, że wojna może wybuchnąć mało kto wierzył. Rozpocząłem swą kurację i wszystkie zabiegi. Jednak czułem się niedobrze, jak to mówią „pod zdechłym psem”. Wprawdzie ataków nie miałem lecz brak apetytu, złe spanie potęgowało ogólną depresję. Spotkałem tu wielu znajomych z Kalisza: starostę Soboniewskiego, dr. Cegłowskiego z żoną i córką, A. Handke, wojewodzinę Maruszewską z drugą panią z Kalisza, mgr. Chrzanowskiego. Przy spotkaniach odbywały się często dysputy na tematy polityczne. Był też jeden pan z Warszawy, wysoki urzędnik: viceminister lub szef departamentu, z którym obcował starosta Soboniewski i wszyscy oni kategorycznie twierdzili, że wojny nie będzie, że skończy się na różnych notach dyplomatycznych.

 

Zaświadczenie wydane przez Starostę Powiatowego w Kaliszu mgr Stefana Soboniewskiego z 31 sierpnia 1939r. w sprawie ewakuacji broni i amunicji przez Stefana Rydzewskiego.

 

Jednakże pomimo takich zapewnień, z każdym dniem niepokój się wzmagał i w pierwszych dniach sierpnia wielu kuracjuszy zaczęło opuszczać uzdrowisko. Ponieważ nie czułem się nic lepiej postanowiłem również wrócić do Kalisza. Jadąc pociągiem zauważyłem, że na kolei daje się zauważyć duży ruch połączony z pewnym podnieceniem i zdenerwowaniem. W Kaliszu spotkałem się też z coraz to większymi obawy co do przyszłości. Było to po 20-tym sierpnia, zdrowie moje nic się nie polepszyło, a nawet nastąpiło pogorszenie. W ostatnich dniach miesiąca otrzymałem ze Starostwa piśmienny nakaz aby wszelką broń oraz amunicję jaka się znajduje na składzie bezzwłocznie wywieźć za rzekę Wartę. Rozkaz ten był dla mnie wprost niezrozumiały, toteż zwróciłem się osobiście o wyjaśnienie do p. Starosty, do którego ledwie się dostałem, gdyż taki panował tam rozgardiasz. Dowiedziałem się tylko tyle, że zarządzenie to jest wydane w porozumieniu z władzami wojskowymi i nie może być zmienione. Powróciwszy do sklepu kazałem pakować w skrzynie broń i amunicję. Brakujące skrzynie pospiesznie robili stolarze. Począłem szukać lokomocji, jakiegoś samochodu ciężarowego. Po wielu trudach zdołałem wynająć duży samochód osobowy od firmy Żarnecki i Graczykowski.  W nocy, gdy tylko zdołano zbić skrzynie, zapakowano je na furgon. Było ich 40-ci sztuk. Reszta starej broni myśliwskiej i część sportowej oraz amunicji z braku skrzyń pozostała na miejscu.  I tak nad ranem wraz z p. Żarneckim i z chłopcem, gdyż nie miał szofera, wyjechaliśmy w stronę Turku, w kierunku rzeki Warty. Nie będąc wojskowym nie znałem się na strategii jednakże zapewnienia o bezpieczeństwie za Wartą nie mogło się jakoś pomieścić w mojej głowie. Trudno, może kompetentne władze lepiej wiedzą. Spodziewałem się ujrzeć nad Wartą jakieś wielkie umocnienia obsadzone wojskiem. Zapomniałem jeszcze nadmienić, że wieczorem, podczas pakowania, zjawił się kapitan ze Sztabu Dywizji z przynagleniem wywozu broni, gdyż w przeciwnym razie rano zostanie wydany rozkaz saperom aby wszystko zniszczyli.

         Planowaliśmy jechać przez Turek, Dobrą do Uniejowa i tam przekroczyć Wartę i gdzieś się zatrzymać lub ewentualnie dojechać do Poddębic, gdyż dalej p. Zygmunt Żarnecki nie mógł jechać. Przejechawszy w Uniejowie Wartę jakież było moje zdumienie: żadnych umocnień ani żadnego wojska nie zobaczyłem. Widziało się tylko po drugiej stronie rzeki co jakieś pół kilometra wygrzebane jamy z kopczykiem ziemi jako zasłony dla jednego lub dwóch ludzi. Patrząc na to zbaraniałem i nie wiedziałem co dalej robić. Wracać nie mogłem, aby jechać dalej, przynajmniej do Łodzi lub do Warszawy, nie miałem lokomocji. Toteż postanowiłem dojechać do Poddębic, aby tam złożyć ładunek i wracać. Tak też zrobiliśmy. Zajechaliśmy we wczesnych godzinach rannych do Poddębic i tam po rozejrzeniu się wynająłem pokój u p. K. Zapłaciłem za kwartał z góry i złożyłem te 40 skrzyń. Wynająłem odpowiedniego dozorcę nocnego oraz złożyłem wizytę komendantowi Policji, przedstawiłem mu dokumenty ewakuacyjne oraz napisałem krótkie zawiadomienie do Starostwa w Łęczycy. Następnie złożyłem jeszcze wizytę księdzu proboszczowi, gdyż lokal p. K. był obok. Po odpoczynku wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy do Kalisza. Po drodze spotykamy już uciekinierów z Sieradza, którzy zawiadamiają nas iż do miasta, od strony Wielunia przyjechało na samochodach wojsko niemieckie. Jesteśmy niezmiernie zdumieni i przyspieszamy gdyż nie wiemy co zastaniemy w Kaliszu. Jednak Niemców jeszcze nie było, był natomiast olbrzymi rozgardiasz i podniecenie. Wojska nie było tak dużo, była natomiast powołana rezerwa oraz cała masa zmobilizowanych furmanek. Pamiętam pakowanie i wyjazd władz cywilnych. Zza ogrodzenia starostwa wydobywał się olbrzymi ogień i chmary dymu, gdyż palone były akta i dokumenty. Kilku policjantów z długimi kijami naokoło poruszało i podgarniało olbrzymi stos, tak aby się wszystko dokładnie wypaliło. Wieczorem nie było już światła, wszędzie panowały ciemności egipskie, rozgardiasz, dużo ludzi było nietrzeźwych. Po tych wszystkich przejściach i trudach znowu dostałem ciężkiego ataku. Toteż zamknąłem sklep i postanowiłem wracać z żoną na ul. Łódzką. W nocy przyjechał mój szwagier, major Ostrowski idący z wojskiem w stronę Turku. Jego żona Hanka zabrała ze sobą Krysię, której poleciłem aby starała się dotrzeć do Poddębic i ewentualnie zaopiekować się złożonym towarem. Wobec mojej choroby nie było już mowy gdzieś wyjeżdżać, trzeba było zdać się na wolę Bożą i czekać na miejscu na to co będzie. Nad ranem zjawił się mój syn Lutek. Wkrótce wyjechał na rowerze szukając Powiatowej Komendy Uzupełnień, aby odebrać przydział do swojej jednostki wojskowej. Nad ranem usłyszeliśmy wielki wstrząs. Jak przypuszczałem, zostały wysadzone mosty. Wyszliśmy z żoną na ulicę aby się czegoś dowiedzieć. Zobaczyliśmy jak ludzie wszelkimi drogami, z tobołkami, uciekali z miasta gdzieś na wieś lub do lasów, gdyż uważali że tam będzie bezpieczniej. Ale nie wszyscy, bo niektórzy jak było można zauważyć, chodzili rozglądając się ostrożnie na wszystkie strony i mieli pod pachami pełne worki. Hela zwróciła na to uwagę, mówiąc abyśmy wracali z powrotem do domu, bo gdzie tu uciekać, a jak tylko opuścimy mieszkanie na parę godzin to już nie będzie po co wracać, bo nawet jednej łyżki nie znajdziemy. I tak też zrobiliśmy. Wróciliśmy do mieszkania - jak zginąć to na własnych śmieciach. Bo gdzie iść, lokomocji żadnej nie miałem a na piechotę chory człowiek daleko nie zajdzie.

 

 

Pokwitowanie

Otrzymałam od p. Stefana Rydzewskiego z Kalisza zl 50 (pięćdziesiąt) za trzy miesiące, za wynajęty lokal składający się jednego pokoju i kuchni, z prawem używania   kuchni   na   czas   od   1  września  1939r.  do

1 grudnia 1939 roku.

                                          N.Wawrzynkiewiczowa

 

Poddębice 4.X – 1939 roku

ul. Kilińskiego 2

Natalia Wawrzynkiewiczowa

Po powrocie do domu w niedługim czasie ujrzeliśmy pierwsze patrole niemieckie na motocyklach. W krótkim czasie oddział zajął odwach przy koszarach saperów a na ulicy stanął posterunek wojskowy. Widzieliśmy jak jadących dwóch ludzi na rowerach zatrzymano i za chwilę słychać było strzały. Zastrzelono ich i zakopano obok. Stałem z żoną na korytarzu na piętrze, na wprost okna. Widocznie wartownik z ulicy nas dostrzegł, gdyż zauważyłem jak wymierzył z karabinu w naszym kierunku. Odruchowo, równocześnie ze strzałem zdążyłem pociągnąć żonę i kule uderzyły nad naszymi głowami, tylko cokolwiek wyżej. Do dziś są ślady w murze nad ramą okienną od tych kul.

Przed wieczorem zostaliśmy przez kogoś powiadomieni, że sklep nasz został przez wojsko rozbity i zrabowany, a resztę w dalszym ciągu motłoch niszczy. Hela postanowiła, że pójdzie sama to zobaczyć. Może kobiecie pozwolą przejść. Z początku nie chciałem się zgodzić, chciałem również iść, jednak Hela mnie przekonała i wyszła sama  zabrawszy z sobą służącą. Wartownik je przepuścił. Po zajściu na miejsce zastały sklep rozbity, drzwi i okna wyrąbane, towary wyszabrowane, poniszczone szafy sklepowe, porozbijane butelki, stosy potłuczonego szkła. W dalszym ciągu jeszcze rabowano, wynoszono przez piwnice z wyjściem na podwórze. Przechodzący z patrolem oficer niemiecki obejrzał to zniszczenie i pozwolił lokal zabezpieczyć zabijając deskami drzwi, okna i piwnice. Zrobili to sąsiedzi i robotnicy od p. Asta. Jednak następnej nocy rozbito zabezpieczenie rabując pozostałą resztkę towarów, pomimo że na ulicy chodziły posterunki wojskowe. Podobno wesołe kobietki tak zwane „ćmy nocne” bawiły się z żołnierzami niemieckimi.

Kolejnej nocy nastąpiło najście na dom i rewizja żołdaków przeprowadzana w brutalny i gwałtowny sposób. Grożono rozstrzelaniem.

Na trzeci dzień zwlokłem się z łóżka i postanowiłem iść do sklepu. Z frontu okna i drzwi zastałem pozabijane i zabezpieczone, natomiast od piwnic były wyłamane na nowo. Ta resztka towarów: jak herbata, kawa surowa w workach, reszta win i droższych trunków jak koniaki i likiery, które Hela jeszcze zastała i zabezpieczyła, zostały wyszabrowane. W sklepie zaś był straszny widok: na ½ metra wysoka była góra utworzona ze zniszczonych towarów i potłuczonego szkła i porozbijanych szyb z szaf wystawowych oraz gablot. Pomiędzy tym znajdowała się potłuczona kasa National, wagi uchylne, a na kontuarach resztki niedojedzonych i pootwieranych puszek sardynek itp. oraz potłuczone i poprzewracane butelki od trunków. W śmieciach i po kątach pełno masek wojskowych. Sprawdziłem, niestety były to maski polskie. Tak się nasi wojacy widocznie dozbrajali. Obecni przy tej lustracji żandarmi niemieccy powtórzyli mi rozkaz dowódcy, aby wszystkie przedmioty wojskowe, jak broń, gdyż pozostało trochę różnych starych strzelb myśliwskich oraz amunicji myśliwskiej, jak i te walające się maski natychmiast wywieźć do magistratu.

Następnego dnia wynająłem furmankę p. Nogaja i trzech ludzi, którzy wybierali z tego rumowiska to co pozostało: broń, amunicję i te maski, których naliczono 18 sztuk. W sumie wywieziono dwie furmanki do magistratu i ich zawartość złożono w jednej z piwnic. Ponadto wywieziono ze cztery furmanki śmieci, potłuczonego szkła i zniszczonych towarów do rzeki.

         Wyszedł rozkaz od władz okupacyjnych aby natychmiast otwierać sklepy, szczególnie sklepy spożywcze, w celu aprowizowania ludności miasta. Koniecznie trzeba było rozpocząć od przeprowadzenia remontu. Oszklono okna, szafy i doprowadzono lokal do stanu używalności. Teraz jednak pozostało najważniejsze, poszukanie źródeł zakupu towarów. Hurtownię po Perlim uruchomił Magistrat, lecz tylko wyprzedając to co pozostało po nim, a i to starczyło na kilka czy kilkanaście dni. Po jakiś trzech tygodniach wystąpił  w całym mieście zupełny brak soli, cukru, chleba, mąki. Zapanował kompletny głód. Wówczas ówczesny niemiecki krajszef wezwał nas z Urlychem do siebie nakazując nam jako dwóm największym kupcom w mieście uruchomienie hurtowni kolonialno - spożywczej po Perlim. Mieliśmy zaopatrzyć się w towary i następnie rozprowadzić je wśród ludności miasta i powiatu. Na zwróconą przez nas uwagę, że ze względu na potrzebę dużego kapitału należałoby zwołać większe grono kupców, odpowiedział, że z dużą gromadą nie chce mieć do czynienia. Ostatecznie możemy dobrać sobie jeszcze jednego a najwyżej dwóch wspólników i mamy przystąpić bez zwłoki do pracy a wtedy władze ułatwią nam powadzenie działalności. Poprosiliśmy o jeden dzień do namysłu. Postanowiliśmy dokooptować p.p. Teodora Przybylskiego i Śmigielskiego. Zebraliśmy się w czterech omawiając szczegółowo cały problem. Na wysuniętą przeze mnie wątpliwość, czy sprawa ta nie będzie uważana za współpracę z Niemcami, po przeprowadzonej dyskusji odrzucono ją. Uznano że pozostajemy w swoim zawodzie, co jest zgodne z zaleceniami naszego Rządu przekazywanymi przez radio z Londynu. że dopóki można pracować w swoim dotychczasowym zawodzie należy to czynić, chyba że usuną siłą. W naszym przypadku chodziło też o zaaprowizowanie ludności miasta. Z drugiej strony, jeśli odmówimy mogą zabrać nam sklepy a nas samych wysłać gdzieś do Niemiec. Toteż po dłuższej rozwadze postanowiliśmy wyrazić zgodę i złożyć kapitał po 5-10 tysięcy zł każdy na zakup pierwszych, najpotrzebniejszych towarów. Na drugi dzień objęliśmy lokale po Perlim. Lokale udostępnił i klucze oddał nam osobiście sam pan Prezydent von Zaleski ( polskie nazwisko - podobno Polak). Lokale były bardzo zniszczone i zaśmiecone. Wymagały gruntownego oczyszczenia i przeprowadzenia koniecznych remontów.

Na drugi dzień dostaliśmy dwa samochody do dyspozycji, gdyż na gwałt należało podjąć kroki aprowizacyjne. Miasto nie miało zupełnie soli, cukru, chleba, mąki, kaszy. Tak samo jak i cały powiat. Pracę rozdzieliliśmy następująco: Ja wyjechałem samochodem do Wapna po sól i do Zbierska po cukier, p. Ulrych wyjechał do Włocławka po kawy zbożowe i inne, p. Przybylski do młynów po mąkę i kaszę, a p. Śmigielski otrzymawszy kilku ludzi robił remonty i porządki oraz urządzał biuro i magazyny. Po trzech dniach otrzymaliśmy już 3 wagony soli, 2 wagony cukru, 2 wagony kaw zbożowych, cykorii oraz kilka wagonów mąk i kasz. Po zwiezieniu do magazynów rozpoczęliśmy bez zwłoki natychmiastowy ich rozdział. Do pracy  biurowej każdy z nas dał jeszcze po jednym pracowniku, z reguły był to syn lub córka.

Mąkę otrzymali wszyscy piekarze, gdyż był zupełny brak chleba. Następnie na początek zorganizowaliśmy 40 sklepów do aprowizacji w mieście i kilkanaście w powiecie. Ruch był w hurtowni szalony.

Tak pracowaliśmy kilka miesięcy, a gdy hurtownia już prawidłowo funkcjonowała pewnego dnia, zdaje się 8 sierpnia 1940r., zjawili się u mnie w sklepie żandarmi z jakimś Niemcem bałtyckim z nakazem z Poznania zabrania sklepu z całym towarem i kasą. Oddali to wszystko temu Niemcowi wraz z kluczami, a Krysia wraz z moimi pracownikami musieli opuścić sklep. W krótkim czasie, zdaje się po paru dniach, zabrali i wysiedlili z hurtowni p. p. Przybylskiego i Śmigielskiego z rodzinami. Hurtownię zaś objął T. Miller, no i pozostał Ulrych. Także po mnie, ciężko chorego przyszli żandarmi aby wysiedlić. Jednakże przy wejściu do mieszkania natknęli się na wychodzącego doktora lub inspektora lekarskiego w randze pułkownika, który zajął pokój w naszym mieszkaniu. Zapytał się do kogo idą, a gdy mu odpowiedzieli, że po Rydzewskiego, powiedział im iż leżę ciężko chory, toteż cofnęli się pozostawiwszy mnie z rodziną. Jednakże po pewnym czasie, kiedy czułem się trochę lepiej i zacząłem wychodzić, dowiedziałem się, że wkrótce przyjdą mnie zabrać. Okazało się, że zapewnienie p. T. Millera, że jako człowiek chory mogę żyć spokojny, gdyż on będzie czuwał, aby żadna krzywda mnie nie spotkała, okazało się zwykłym blefem. Toteż miałem wielki żal do niego jak i do p. Urlycha, że postąpił tak nie po koleżeńsku, gdyż nawet jadąc do Warszawy we własnych sprawach odmówił zabrania pewnej niewielkiej kwoty dla mojego szwagra Szuberskiego. Miało to być moje zabezpieczenie na przyszłość, tak na wszelki wypadek, bo przecież wysiedlonym pozwolono zabrać tylko 20 zł. Jednak odmówił, twierdząc że ma dosyć swoich spraw. To było dla mnie, leżącego chorego człowieka bardzo przykre i wysoce niekoleżeńskie. Kiedy wspomnę sobie czasy przedwojenne, to pamiętam, że gdy spotykaliśmy się w różnych instytucjach gospodarczych, czy towarzyskich, nie było żadnych między nami różnic. Byli traktowani jako Polacy wyznania ewangelickiego, a jednak później okazało się inaczej. Panowie Stenclowie, Millerzy i inni wyrządzili nam wielką krzywdę. Gdy spotykało się takiego osobnika na ulicy, ten odwracał się w inną stronę, aby nie był zmuszonym do okazania, że się znamy.

         Hurtownię dobrze prosperującą, po wysiedleniu wspólników t.j. p.p. Przybylskiego, Śmigielskiego i mnie z całym inwentarzem i kapitałem, objęli jak już zaznaczyłem panowie Miller i Ulrych. Nam skonfiskowali i zabrali cały wkład, gdyż żaden z nas nie otrzymał żadnego zwrotu. Taka była historia hurtowni. Nie dość, że wszystko zagrabiono to nawet nie podziękowano za trud naszych synów, którzy włożyli duży wkład swej pracy, za którą otrzymywali tylko symboliczne wynagrodzenie.

 

 

Wysiedlenie do Warszawy

 

Po wysiedleniu do Warszawy stan mojego zdrowia tak się pogorszył, że potrzeba było iść do szpitala na obserwację. Zamieszkaliśmy na Pradze na ul. Kamionkowskiej 7. Po miesięcznej obserwacji w szpitalu u dr E. Bratkowskiego, po wszystkich zabiegach i prześwietleniach konsylium orzekło, że pozostaje tylko jeden ratunek - operacja. Kiedy mi to zakomunikowano przyjąłem to dość obojętnie, ale i dość niechętnie, gdyż nie czuję sympatii do noża chirurgicznego. Uważam, że jest to doskonałe narzędzie do krojenia chleba, obierania kartofli itp. czynności. Na krojenie własnej powłoki nie czułem wielkiej ochoty. Lecz po naradzeniu się z Helą i z Krysią, iż innego ratunku nie ma, zgodziłem się na operację. Ano trudno, jak nie ma innego wyjścia, to trudno. Raz kozie śmierć. Kiedy się zdecydowaliśmy już na operację, dr Bratkowski zapytał się, którego z lekarzy chcę, aby mnie operował: dr prof. Czarnkowskiego czy doc. Zaorskiego. Odpowiedziałem mu: „Panie doktorze ja żadnego z tych Panów nie znam, jest mi obojętne, pozostawiam wybór Panu doktorowi”. Po namyśle powiedział: poprosimy doc. Zaorskiego, on ma taką szczęśliwą rękę. To były jego słowa i tak się stało. Operacja odbyła się w ciężkich warunkach. Byłem przeszło dwie godziny na stole operacyjnym. Jak mi później powiedziano, przez kilka dni - około 10-ciu, ważyły się losy mojego życia. Dopiero po dwóch tygodniach nastąpiła pewna, widoczna poprawa. Kiedy mnie wzięto na salę operacyjną na zmianę sączków i opatrunek, które robił sam docent w obecności dr Bratkowskiego, wówczas pokazano mi pewien dokument. Wcześniej doc. Zaorski powiedział mi, że na przewodach żółciowych znalazł dużą guzowatą narośl, którą musiał zoperować lecz zaszła obawa, czy nie jest ona złośliwa (rak). Próbkę zaraz posłano do zbadania do Instytutu i oto jest wynik: narośl nie jest złośliwa. Jednak jeszcze kilka tygodni upłynęło zanim przyszedłem do siebie. Pamiętam kiedy pierwszy raz wstałem, to Hela musiała uczyć mnie chodzić jak małe dziecko.

Po dłuższym czasie, kiedy już mogłem wychodzić na miasto postanowiłem wstąpić do Szpitala Czerwonego Krzyża, gdzie doc. Zaorski był Naczelnym Lekarzem i złożyć mu podziękowanie za całą opiekę. Kiedy mnie ujrzał ucieszył się bardzo i otworzywszy drzwi zaczął wołać na kilku swych asystentów i pokazując na mnie powiedział, patrzcie to jest ten mój pacjent, o którym wam mówiłem. Po tym zrozumiałem, że stan mój był bardzo ciężki, jednakże eksperyment się udał co wywołało takie zadowolenie ze strony pana docenta.

         Lutek – mój syn ściągnął do Warszawy i podjął pracę w Zakładach Jajczarskich, a Krysia w fabryce dywanów. Było to konieczne, gdyż każdemu kto nie miał karty pracy, groziła natychmiastowa wywózka do Niemiec. Ja też rozpocząłem się starać o przydział jakiegoś lokalu sklepowego, aby można było z czegoś żyć. Otrzymałem wizytówkę od p. Wizego, który przyjechał też do Warszawy. Wybrałem się do niego. Ucieszyliśmy się ze spotkania, opowiadając sobie swoje przeżycia w Kaliszu i w Warszawie. Jednakże skarżył mi się, że źle się czuje, cierpi na serce i rzeczywiście źle wyglądał. Po dłuższej pogawędce pożegnaliśmy się serdecznie, nie wiedząc, że to było nasze ostatnie widzenie, gdyż wkrótce dowiedziałem się o jego śmierci. Cześć Jego Pamięci. Był to zacny człowiek, dobry przyjaciel i kolega myśliwy.

 

Kenkarta wystawiona dla Stefana Rydzewskiego w Warszawie 17 sierpnia 1942r.

 

Po długich bardzo staraniach i trudnościach za pośrednictwem Izby Przemysłowo - Handlowej Zarząd Miasta przydzielił mi maleńki sklepik przy placu Żelaznej Bramy na ulicy Skórzanej. Lokal, to jeszcze mało, gdyż trzeba było przeprowadzić znaczny remont i jako tako urządzić, no i dokonać zakupu jakiegoś towaru (art. gospodarstwa domowego). Na to wszystko potrzeba było chociaż kilkanaście tysięcy zł gotówki.  Zwróciłem się do kilku starych znajomych, kolegów kupców warszawskich, którzy chętnie mi dopomogli udzielając gwarancji Bankowi Spółek Zarobkowych. Otrzymałem kredyt wekslowy, dzięki któremu sklepik uruchomiłem i tak go prowadziłem, że starczało na skromne utrzymanie.

Tak żyło się do chwili wybuchu powstania.

Codziennie jeździłem z Grochowskiej na plac Żelaznej Bramy tramwajem. Każdy był oblepiony przez pasażerów w niewiarygodny sposób i trzeba było nie lada wyczynu, aby się do niego dostać. Każdego dnia można było spodziewać się łapanki i rozstrzelania, a w najlepszym razie wywiezienia do Niemiec na roboty lub do obozu. Nieraz w czasie łapanki przemykałem się do p. R. lub on do mnie i zamknąwszy się, gawędziliśmy godzinami o różnych sprawach i na różne tematy. Pamiętam jeszcze jego wywody, iż jego zdaniem świat po pierwszej wojnie światowej poszedł znacznie na lewo ale nie wszystko zostało zaspokojone. A co nastąpi po tej wojnie? Prawdopodobnie jeszcze więcej pójdzie na lewo,  a wówczas jakikolwiek będzie rząd, w pierwszej kolejności będzie musiał wywłaszczyć większą własność ziemską i rozparcelować majątki pomiędzy proletariat wiejski. Mówił, że on już do swego majątku nie powróci (posiadał duży majątek ziemski w pleszewskim). Te jego prorocze słowa nie raz mi się przypominają.

         To samo prawie mówili państwo S., którzy mieszkali obok nas na Kamionkowskiej, również wysiedleńcy, z Torunia. Pan S. był profesorem gimnazjum. Byli to ludzie zamożni. Przed wojną posiadali dwie duże kamienice czynszowe w Toruniu. Pani S. opowiadała, że mąż jej mówił, że o ile wrócą do Torunia, to on nie przyzna się, że jest właścicielem tych kamienic. Gdy sobie to przypomnę, to stwierdzam, że już wówczas ludzie mieli zdrowe zapatrywania i nie wierzyli w żadne złudne miraże.

Łapanki, wywożenia do obozów i rozstrzeliwania były na porządku dziennym. Kiedyś jadąc tramwajem z Pragi dojechaliśmy tylko do mostu Kierbedzia. Most i jego przyczółki były obsadzone przez gestapo i żandarmów. Zatrzymywano wszystkie tramwaje, pasażerów legitymowano, rewidowano i dzielono na grupy. Po wylegitymowaniu i zrewidowaniu mojej teczki, w której był termos z herbatą, kawałek chleba i klucze do sklepu opasły gestapowiec wskazał mi jedną z grup, do której przeszedłem. Trzymano nas tak z dobrą godzinę. Potem każdą z grup pod silną eskortą odprowadzano przez most. W końcu naszą grupę, w której najwięcej było ludzi starych, niedołęgów, starszych kobiet i dzieci puszczono jako materiał im widocznie niepotrzebny. Takie i podobne zdarzenia były bardzo częste.

         Z zabranych tego dnia grupy kilkuset ludzi, jak się dowiedzieliśmy, część rozstrzelano, część skierowano na Pawiak, większość wysłano do obozów koncentracyjnych a pozostałą część do Niemiec na roboty. Prowadząc sklepik na ul. Skórzanej, blisko żydowskiego getta często byliśmy świadkami bestialskiego znęcania i mordowania Żydów. Często spotykało się żebrzące dzieci żydowskie, które zdołały przedostać się z getta. Widząc te szkielety ludzkie -  skórę i kości, to trzeba było być potworem, aby przejść obok nich obojętnie. Toteż społeczeństwo polskie wszędzie, jak mogło wspierało i udzielało pożywienia tym nędzarzom, chodzącym najczęściej po dwoje. Tylko ci hitlerowscy zbrodniarze tępili ich, rozstrzeliwując nieszczęśliwych żebraków w miejscu złapania. Sam byłem tego świadkiem, kiedy jechałem tramwajem do swojego sklepu. Kiedy tramwaj zatrzymał się usłyszałem dwa czy trzy strzały oddane bardzo blisko. Publiczność zaczęła mówić: o widzicie zastrzelili dwoje dzieci żydowskich. Widziałem dwóch żandarmów jak odchodzili. Jeden trzymał jeszcze w ręku dymiący pistolet a zastrzelone dzieci widać było leżące pod murem. Patrząc na te ohydne morderstwa dokonywane na tych biednych, niewinnych dzieciach, na tych biednych nędzarzach, każdy człowiek musiał się wzdrygnąć i pomyśleć, że jeżeli jest Bóg to winna nastąpić sprawiedliwość i kara za te straszne zbrodnie.

 

Potwierdzenie wykonania obowiązku kontrybucyjnego na rzecz okupantów przez Helenę i Stefana Rydzewskich.

 

Obok mnie mieli sklep młodzi ludzie, brat i siostra. Pamiętam, że sklep był niezbyt dobrze zaopatrzony w towar. Natomiast stale schodzili się tam młodzi ludzie, jeden nawet z Kalisza, był kolegą naszego Lutka. Przez ścianę było słychać wesołe rozmowy. Pewnego dnia, kiedy było tam kilku młodych ludzi, wpadło gestapo i żandarmi. Nastąpiła strzelanina, wielki rejwach. Gestapowcy wpadli do mnie z pistoletami w rękach, chcieli zadzwonić. Po niedługim czasie odjechali zabierając właścicieli t. j. brata i siostrę. On był dość ciężko postrzelony, siostra z lekką raną, reszta zaś zwiała tylnym wejściem. Między nimi i nasz kaliszanin. Albo inne wydarzenie, które zapamiętałem. Na tym samym podwórzu w oficynie, na pierwszym piętrze mieszkało młode małżeństwo. On był bardzo eleganckim dżentelmenem, miał przedstawicielstwo gilz fabryki Sokół. Pewnego dnia wpadł do mnie do sklepu mój sąsiad i ściszonym głosem mówi: w tej chwili nasza organizacja wykonała wyrok. Do państwa na pierwszym piętrze weszło trzech młodych ludzi, którzy zastrzelili mężczyznę i zostawili papier, że wykonali wyrok tajnej organizacji. Krzyczał: panowie na Boga, jestem niewinny, w tym czasie żonę usunięto do drugiego pokoju. Po kilku dniach byłem w fabryce Sokół i pytałem się o tego pana. Mówili, że nic nie wiedzą, że są przestraszeni i zdziwieni, gdyż nie przypuszczają, aby on coś zawinił, że jest to widocznie jakaś niezrozumiała sprawa polityczna, gdyż był on z pochodzenia Ukraińcem.

Innego dnia, przed samym powstaniem, zatrzymało się pod moim oknem wystawowym eleganckie auto. Zdumiony zobaczyłem, że przed autem na trotuarze stoi młody człowiek i mierzy z pistoletu do siedzącego w aucie za kierownicą Niemca. Obok niego siedziała młoda kobieta. Drugi młody człowiek, z przeciwnej strony otwiera drzwi auta i również mając w ręce pistolet groził, bo Niemiec podniósł ręce do góry. Widziałem, że zabrał mu broń i teczkę. Zatrzasnął drzwiczki i w tym momencie młodzi ludzie zniknęli. Niemiec i siedząca obok kobieta chwilę siedzieli bladzi jak trupy, a po chwili auto odjechało nie wszczynając żadnego alarmu. Cała ta operacja nie trwała więcej jak jedną minutę. Oprócz mnie widziało to wiele osób. Mówiono później, że w teczce tej znajdowały się bardzo ważne dokumenty.

 

 

Powstanie warszawskie

 

31 lipca. Był to poniedziałek, po otwarciu sklepu zauważyłem, że niektórzy kupcy zabierają towary z bazaru, a wszyscy są rozgorączkowani. Niektórzy znajomi mówią mi, że na coś się zanosi i lepiej uciekać do domu. Porozumiałem się z Lutkiem, część towaru zapakowałem i wysłałem do niego, a resztę posłałem na Pragę. Pod wieczór plac już opustoszał. O 5-tej zamknąłem sklep, poszedłem jeszcze na ul. Pańską i skierowałem się do domu. Około 7-ej byłem na rogu Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich. Tramwaje już nie chodziły, popędziłem  do domu piechotą pomimo deszczu, który zaczął padać. O 9-tej dobiłem do Kamionkowskiej. W domu już się o mnie niepokojono, gdyż pewien niepokój i tam już dotarł.

We wtorek, 1-go sierpnia deszcz lał od samego rana, czułem się podle, toteż Hela odradziła mi abym szedł na plac Żelaznej Bramy, do sklepu. Tak też zrobiłem, bo naprawdę po wczorajszym zmoknięciu i spacerze potrzebowałem odpoczynku. Po południu deszcz cokolwiek przestał padać. Wyszedłem w stronę parku, przeszedłem przez mostek koło jeziorka za fabryką „Dzwonkową”. Było około wpół do 5-tej. Byłem na wale koło mostka, gdy usłyszałem daleką gwałtowną strzelaninę, a po chwili jazgot karabinów maszynowych. Przyspieszyłem kroku, dochodząc do „Dzwonkowej” ujrzałem wyjeżdżające samochody z wojskiem pędzące w stronę fabryki Wedla. W tejże chwili odezwały się karabiny maszynowe na Pradze i pojedyńcze strzały tuż obok, na Grochowskiej. Przemknąłem się koło apteki p. Szpunara i wróciłem do domu. Strzelanina się wzmagała. W domu zastałem pannę P., która chciała na gwałt iść na Ząbkowską. Jednak udało się nam jej to odradzić. Na drugi dzień w Warszawie strzelanina czasami cichnie, to znów wybucha z wielką siłą. Słychać armaty i karabiny maszynowe, widać samoloty niemieckie zrzucające bomby, pali się Powiśle, Stare Miasto. Na Pradze strzały ucichły, panuje denerwujące wyczekiwanie. Niemcy mieszkający na Optycznej i Dzwonkowej pozamykali się w domach i nie wychodzą na ulicę.

18 sierpnia. Warszawa pali się, ze wszystkich kierunków widać morze ognia. Widok jest przerażający, budzi grozę zwłaszcza w nocy. Gdy się patrzy jak działa i samoloty burzą, a ogień trawi nasze stare pamiątki i zabytki, tak drogie dla każdego Polaka, budzi się straszny żal i gniew z beznadziejnej rozpaczy. Dzisiaj wyszedłem na Grochowską, przeszedłem nie zatrzymany przez nikogo do parku i tam wszedłem na wysoki pagórek. Obserwowałem Katedrę w ogniu i dymach, jak również wieżę ratuszową i spalony drapacz. Co robią nasi najbliżsi  i znajomi w Warszawie, czy żyją?

30 sierpnia. Niesamowite wrażenie sprawia widok Warszawy w nocy. Morze ognia i dymów. Gdy pożary przygasają w ciągu nocy, za dnia podsycane są ogniem z armat i miotaczy, a dziesiątki samolotów bezkarnie zrzuca bomby co kilka minut. Patrząc na to z daleka, trudno wprost wyobrazić sobie, że w tym piekle mogą żyć i bronić się ludzie, nasi bracia. Pozbawieni wody, żywności i światła. Przyglądając się z pagórka parkowego, gdy się widzi co chwilę nadlatujące bombowce niemieckie zrzucające bomby, które widać dokładnie gołym okiem jak odrywają się od kadłubów i lecą na miasto i rozrywają się, o czym świadczą słyszane detonacje, to rozpacz bierze. Gdzie są ci nasi „przyjaciele ze wschodu”, których patrole już docierały do Warszawy, a główne wojska były oddalone o kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Gdzież są te eskadry samolotów, które widzieliśmy codziennie przelatujące i staczające w powietrzu walki z Niemcami. Dzisiaj nie widać ani jednego. Chyba dlatego, aby nie przeszkadzać w zniszczeniu do gruntu miasta i wymordowaniu reszty mieszkańców. Przeklęta, perfidna polityka.

Ilu wyginęło naszych dobrych znajomych z Kalisza: młody Wize (niedawno spotkałem się z nim na Młyńskiej, szedł do pracy) zginął zamordowany, zginęło dwóch synów p. Teodora Przybylskiego. Należeli do tajnej organizacji, wyszli na ćwiczenia do lasów poza Warszawę i tam podobno Niemcy ich otoczyli i wymordowali. Zginęli synowie dra Rad..., zginęło dwóch synów państwa Kos... i wielu innych znajomych.

Zestrzelono jeden samolot angielski, który spadł do jeziorka, w parku za fabryką Wedla. Podobno robił zrzuty, jednak Niemcy je przechwycili, gdyż spadły na tereny zajęte przez nich. Wyszedłem do parku, aby to zobaczyć. Jednak nie mogłem podejść blisko, gdyż za dużo było tam Niemców. Widziałem, że wyciągają różne części samolotu z wody i ładują na samochody. W nocy słychać było dalekie detonacje.

1 września. Wczoraj Niemcy zabrali tysiące ludzi, mężczyzn i kobiet, do kopania okopów i umocnień. Zabrali nam Krysię, w domu rozpacz. Wyszedłem do punktu zbornego na róg Grochowskiej z myślą, że może uda się ją jakoś wyratować, lecz nie tylko jej nie pomogłem, ale i sam wpadłem, gdyż i mnie zabrano. Jednak prawie cudem udało mi się wydostać. Wszystkich zabranych, kilka tysięcy ludzi, pognano na Kawęczyn do budowania umocnień i kopania okopów. Żona poszła i starała się dotrzeć do baraków na Kawęczynie, gdzie większość była rozlokowana. Chciała podać Krysi coś z rzeczy i żywności. Byłem w obawie, aby i jej nie zabrano. Front się zbliżał.

8 września. Wczoraj Niemcy wysadzili w powietrze „Dzwonkową”, a mieszkańcom z pobliskich domów, z Grochowskiej, Kamionkowej, Głuchej i Mińskiej rozkazano usunąć się pod tory kolejowe. O godzinie 11.30 nastąpił straszliwy wybuch i wstrząs, zrobiło się zupełnie ciemno, wyleciały szyby w całej dzielnicy. Za chwilę wybuchł wielki pożar. Jak silny był wybuch świadczy to, że olbrzymie kraty z okien fabryki ważące po kilkaset kilogramów zostały wyrzucone  na kilkadziesiąt metrów. Leżały na ul. Kamionkowskiej, Bliskiej, Mińskiej, w pobliżu torów, gdzie znajdowaliśmy się. Okoliczne domy częściowo zostały zniszczone, ściany zarysowały się, dachówka spadła, wyleciały wszystkie szyby. Apteka p. Szpunara została prawie całkowicie zdemolowana. Były wielkie obawy, że dom w którym mieszkaliśmy na Kamionkowskiej, bardzo blisko fabryki ulegnie zniszczeniu, jednakże pozostał cały. Przykro było patrzeć na to niesamowite zniszczenie, na te olbrzymie zwały dymiących gruzów, tam gdzie jeszcze niedawno tętniło życie, pracowały maszyny i ludzie. Tak samo wysadzono fabryki Perun, Perkun, Szpotańskiego, Pocisk i inne. Życie zamarło, każdy siedzi w mieszkaniu lub w piwnicy oczekując co będzie dalej. Piękna pogoda przypomina wrzesień 1939 roku.

10 września. Dzisiaj pod ostrzałem samolotów sowieckich Niemcy prowadzili ludzi do kopania okopów z Kawęczyna na Pragę, aby ich wywieźć do Modlina. Dużo z nich starało się uciec i Krysia ku naszej wielkiej radości zdołała się też wydostać i dotarła do domu.

13 września. Dzisiaj rozpoczął się straszny dzień, nastąpiła ofensywa sowiecka na Pragę. Od samego rana trwa huraganowy ogień od strony Rembertowa i Gocławka, a niemiecki od Warszawy. Nad Pragą nastąpiło istne piekło, pociski rwały się na wszystkie strony. W nasz dom dotąd żaden nie uderzył, chociaż wokoło prawie wszystkie domy są mniej lub więcej uszkodzone. Widać pożary, siedzimy w piwnicach. Po południu wkroczyły pierwsze oddziały polskie i sowieckie, wzbudzając wielką radość i entuzjazm. Wielu powychodziło na ulice witać wkraczających żołnierzy nie bacząc na rozrywające się pociski. Trzeba trafu, że ja też wyszedłem i w idącym żołnierzu polskim rozpoznałem sąsiada naszego z Kalisza, Żydka, właściciela domu po Michlu. Zamieniłem z nim tylko kilka słów, gdyż idąc w tyralierze nie mógł się dłużej zatrzymywać. O godzinie 5-tej pocisk niemiecki uderzył w drewniany dom na Głuchej, a za chwilę już kilka domów przeważnie drewnianych stało w płomieniach. Jeden naprzeciwko naszego domu, od którego tylko przedzielała wąska uliczka Głucha. Palił się jak pochodnia i płomienie szły na nasze mieszkanie, sięgały okien, drzwi. Zaczęły palić się skrzynki od kwiatów, drzwi balkonowe oraz dach. Rzuciliśmy się ratować z sąsiadem p. Martynowiczem oraz innymi, którzy nam pomagali donosić wodę. Ja i Krysia wytrwale gasiliśmy palące się drzwi od balkonu i dach. Gdyśmy już tracili nadzieję uratowania, niespodziewanie przyszedł nam z pomocą chorąży sowieckiej armii z żołnierzami. Przy ich wydatnej pomocy niebezpieczeństwo pożaru zostało na razie zażegnane. Wieczorem poczułem, że zęby zaczynają mi szczękać, gdyż cały jestem mokry od wody i potu, mam poopalane włosy i twarz. W nocy, gdy pożar trochę przygasł, wyszliśmy z sąsiadem p. Martynowiczem na dach. Nigdy nie zapomnę tego niesamowitego widoku. Wkoło gruzy i żarzące się jeszcze zgliszcza wysadzonych fabryk oraz dogasające pożary domów wokół Kamionkowskiej i Mińskiej. Sterczące kominy robiły niesamowite wrażenie kikutów wyciągniętych do nieba z wołaniem o pomstę.

Na drugi dzień, rano, dowiadujemy się, iż część wojsk, które stały przy naszym domu odeszła, a przyszły inne. Okazało się, iż jeden z pocisków uderzył w dom i uszkodził okno od piwnic. Przemyślni żołnierze poszerzyli to uszkodzenie i weszli do piwnic, z których kilka doszczętnie opróżnili. Z piwnicy p. Koziłłów, do której jako najlepiej zabezpieczonej także Krysia  powynosiła lepsze rzeczy,  całą swoją wyprawę w walizkach, maszynę do pisania wszystko zginęło. Tak nas oczyścili kochani przyjaciele.

20 września. W dalszym ciągu siedzimy w piwnicach. Walka artyleryjska trwa bez przerwy z wielkim nasileniem. Znajdujemy się w samym środku ustawionych baterii sowiecko-polskich, co powoduje, że jesteśmy stale pod silnym ostrzałem niemieckim. Pociski rwą się stale naokoło, a odłamki gwiżdżąc spadają na dachy i podwórza. O wyjściu nie ma mowy. Kiedy to się skończy?

26 września. W dniu dzisiejszym minęło 8 tygodni od wybuchu powstania. Co się dzieje z ludnością miasta? Nie ma żadnej pewnej wiadomości. Jutro miną 2 tygodnie jak wkroczyły na Pragę wojska sowiecko-polskie. Od trzech dni szwankuję na zdrowiu – przeziębienie, kaszel, chrypa oraz podniesiona temperatura, a tutaj ani lekarza ani lekarstw. Od miesiąca siedzimy w piwnicach, nie rozbieramy się, a z odżywianiem się jest bardzo ciężko. Nie tylko starsi i słabsi niedomagają lecz zdrowi i młodzi gonią resztkami sił. Najgorsze to siedzenie, stłoczenie kilkadziesiąt ludzi w ciasnych dwóch piwnicach. W końcu tak zobojętniałem na wszystko, że poszedłem na górę do mieszkania i pomimo sprzeciwu żony i tego, że dom trząsł się od pobliskich wybuchów, owinąłem głowę w pled i zasnąłem wkrótce snem twardym na kilka godzin.

W końcu zaczęliśmy wychodzić z piwnic, kiedy ostrzał się zmniejszał. Wykradliśmy się z M.... o szarej godzinie na działki w kierunku Waszyngtona, aby zdobyć trochę kapusty i kartofli.

Coraz więcej przychodziło wiadomości z Lublina o powstających władzach i ogłaszanych manifestach. Jednak w dalszym ciągu było zagadką, co było powodem cofnięcia się wojsk sowieckich i stanie bezczynnie przez  4 miesiące zanim zajęto Warszawę. Dzisiaj, gdy się słyszy te wszystkie wiadomości o prywacie i partyjniactwie w celu zdobycia żerowiska i korzystania z każdej okazji, nawet nie dziwię się, że te ohydne ozory nie dają spokoju tym wszystkim bohaterom, którzy oddali swe życie za Ojczyznę i spoczęli we wspólnej bezimiennej mogile. Oni nie pytali jaka partia dawała rozkazy lecz nieśli ofiarnie swe młode życie za Matkę Ojczyznę w beznadziejnej walce.

Dzisiaj otrzymałem od znajomego Manifest Rządu Lubelskiego głoszący zabieranie ziemi obszarnikom i oddawanie bezrolnym, a także większych fabryk i przedsiębiorstw. No i zabrano się do szybkiego, chaotycznego rozdzielania ziemi, jak słychać nie zawsze  tym, którzy powinni otrzymać. Pamiętam jak pewnemu działaczowi przy dyspucie u p. Sz. powiedziałem, że takie pospieszne działanie przyniesie krajowi więcej szkody niż korzyści i na kilka lat obniży wydajność ziemi i tym samym utrudni wyżywienie kraju. Odpowiedział mi, że to co powiedziałem jest prawdą lecz nie o to chodzi. Chodzi mianowicie o zniszczenie pewnej kasty oraz znienawidzonego systemu, a straty za kilka lat się wyrówna.

Pewnego dnia wyszedłem na bazar na Podskarbińską, gdzie spotkałem znajomego z Otwocka, który w rozmowie nadmienił, że słychać, że coś ma nastąpić z naszym pieniądzem i radził, aby coś kupić. To mnie bardzo zastanowiło, gdyż na bazarze towary podrożały i można było zauważyć duże zdenerwowanie. Za posiadaną przy sobie gotówkę kupiłem to co mogłem dostać i trochę żywności. Na drugi dzień przepowiednia się w zupełności spełniła. Ogłoszono, iż posiadana gotówka zostanie ostemplowana, każdy otrzyma 500 zł a pozostałą kwotę skonfiskowano. Ludność oszalała, nikt już nic nie mógł kupić. Miało to być, jak głosiły afisze, ukrócenie paskarstwa i jednostek wzbogacających się na handlu pokątnym. A przecież handlował każdy, aby przeżyć. Handlował robotnik, urzędnik, a w szczególności wszyscy wysiedleni. Może i trafiły się jednostki, które porobiły majątki, lecz restrykcje tych najmniej dotknęły, bo na pewno nie trzymali gotówki przy sobie lecz zamienili ją na towary. Dotknęło natomiast najwięcej najbiedniejszych. Znałem dwie panie wysiedlone z Kalisza. Starsza pani P. posiadała z lepszych czasów futro karakułowe i sprzedała je dwa dni przed wymianą za 18.000 zł po to, by za dwa dni mieć 500 zł. Albo p. J.- kaleka składał cały rok na protezę dość kosztowną i otrzymał z wymiany 500 zł. Takich przykładów można opisać tysiące. Taka to była pierwsza sprawiedliwość wymierzona przez nasz rząd ludowy.

Dzisiaj poszedłem za interesem do Zarządu dzielnicy Pragi na ul. Kawęczyńską. Trzeba było przekradać się chyłkiem przez tory kolejowe, gdyż pociski stale padały. Będąc już blisko torów, za fabryką „Pocisk” w mroźnym styczniowym powietrzu zauważyłem w powietrzu nadlatujący pocisk. Przypadłem do ziemi, gdyż leciał w moim kierunku i nie dolatując do mnie na kilkadziesiąt metrów stanął w powietrzu i pionowo spadł na ziemię. Uderzając o zmarzlinę odbił się na wysokość kilku metrów i opadł nie wybuchnąwszy. Po chwili powstałem i przeszedłem dalej. Byłem poobijany i bardzo przerażony. Z powrotem szedłem ul. Ząbkowską, ale i tam nie było bezpieczniej. Na ul. Brukowej, która ma wylot otwarty ku Wiśle stale kule świstały i trzeba było odczekać pod murem aby w odpowiednim momencie galopem przeskoczyć przez ulicę. Niemcy mieli wycelowane działka i jeżeli tylko coś zauważyli to zaraz strzelali. Tak przekradając się pod osłoną murów doszedłem do fabryki Wedla na ul. Grochowskiej. Dochodząc do parkanu kościoła usłyszałem za sobą silną detonację i w tym momencie poczułem silne uderzenie  w nogę w okolicach kostki. Dość duży odłamek pocisku potoczył się po chodniku. Schyliłem się i obejrzałem nogę, jednak rany nie było, tylko silne stłuczenie. Podniosłem gorący odłamek pocisku i obejrzałem go. Zza muru wychylił się jakiś pan i mówi: masz pan szczęście, bo pocisk ten uderzył tam i pokazał mi mur od którego odbił się rykoszetem i trafił w moją nogę.  Odłamek ten zabrałem na pamiątkę. Takich przygód igrania ze śmiercią było wiele.

 

 

Warszawa zniszczona

 

         Nareszcie pewnego pięknego poranku w styczniu gruchnęła wiadomość, że nasze wojska i sowieckie przekroczyły Wisłę i wkroczyły do Warszawy, a Niemcy na całej linii cofają się. Wielu biegło nad Wisłę, gdzie wojska już się przeprawiły przez przerzucony most pontonowy koło mostu Kierbedzia, jednak wojsko nikogo do przyczółka nie dopuszczało. Zapanowała powszechna radość, wielu miało rodziny w Warszawie i pragnęli jak najprędzej przedostać się i sprawdzić czy żyją. Zrobiliśmy szybko zebranie zorganizowanego dorywczo Związku Kupców Wysiedlonych, na którym została wyłoniona delegacja mająca wystarać się u władz wojskowych o pozwolenie na przedostanie się do miasta przez mosty pontonowe. Do delegacji tej wybrano i mnie. Po kilku godzinach udało nam się dostać do Komendantury Wojskowej, lecz tam panował taki ścisk i hałas, że trudno było dostać się do Komendanta Wojskowego. Jednak trzeba szczęśliwego trafu, że spotkałem majora Wojska Polskiego p. Lasonia, który w 1919 roku był komendantem Placu w Kaliszu, który poznał mnie i ułatwił nam uzyskanie zezwolenia. Za chwilę otrzymaliśmy przepustkę udania się w 9-cio osobowej delegacji do Warszawy. Ponieważ była już noc, postanowiliśmy na drugi dzień wczesnym rankiem spotkać się na przyczółku przed mostem. Rano po dłuższym wyczekiwaniu przepuszczono nas po chyboczącym się moście pontonowym na wprost ul. Brukowej i stamtąd zaczęliśmy przedzierać się przez okopy, bunkry i piwnice do zjazdu, do Zamku koło Mariensztatu. Widzieliśmy te bunkry betonowe, schrony olbrzymie częściowo porozbijane ciężkimi pociskami, te podziemne i opuszczone legowiska z poszarpanymi pierzynami i inną pościelą, którą jeszcze nie zdążono rozszabrować. Widzieliśmy jeszcze leżące i nie pogrzebane trupy. Przedostaliśmy się na Plac Zamkowy przez ten obraz niesamowitego zniszczenia. Miejscami zwały wykopanej ziemi sięgają do wysokości pierwszego piętra. Widziałem mogiły rozryte pociskami z rozrzuconymi szczątkami ludzkimi, gdyż były za płytko pogrzebane. Tak dotarliśmy do Placu Teatralnego, gdzie już było mniejsze zniszczenie i mniej okopów. Na rogu Bielańskiej, w domu K. Bruna, który był wypalony, piwnice jak zauważyliśmy były całe. Kręciło się tam kilkudziesięciu szabrowników pakujących w worki żelazne towary. Oburzeni zwróciliśmy się do żołnierza sowieckiego, stojącego na posterunku, który odparł: „eto nie jego dieło” i wskazał na przechodzącego oficera, który wysłuchawszy naszych uwag wzruszył ramionami mówiąc: „niczewo, pust bierut”. Na takie wyjaśnienie byliśmy zdumieni, myśląc jeszcze dawnymi kategoriami o cudzej własności.

 

Zaświadczenie wydane przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego z dnia 22 stycznia 1945r. zezwalające Stefanowi Rydzewskiemu przejść na lewy brzeg Wisły i poruszać się swobodnie po Warszawie (wydane po polsku i rosyjsku).

 

Tam też postanowiliśmy rozejść się i każdy zajął się własnymi sprawami. Ustaliliśmy godzinę i miejsce zbiórki do powrotu na Pragę.

Z Placu Teatralnego postanowiłem przedostać się na Stare Miasto, na ulicę Kilińskiego, gdzie mieli sklep i mieszkali Ludwikowie. Przedostałem się do ul. Miodowej, która cała była rozkopana. Okopy, rowy i bunkry na całej długości. W końcu dostałem się na ul. Kilińskiego. Z domu, w którym mieszkali Ludwikowie pozostały tylko wypalone mury, sufity były zwalone. Tam, gdzie był sklep zwały gruzu sięgały pierwszego piętra, tylko sklepiona sień pozostała nie zwalona. W bramie, do której wszedłem uderzył mnie następujący widok: w głębi podłużnego, dość dużego podwórza, na którym kiedyś stało kilka starych drzew obecnie stały tylko ich opalone kikuty. Na jednym z nich zobaczyłem zawieszony dość duży obrazek Matki Boskiej w pozłacanych ramach z dziwnie pocentkowanymi czarnymi punktami. Zaciekawiony podszedłem bliżej i ujrzałem, że cała twarz i głowa na obrazie Matki Boskiej jest podziurawiona kulami pistoletowymi, jedna około drugiej. Widocznie mieszkańcy tego domu zawiesili ten obraz w tragicznych dniach, tak jak się powszechnie to działo, aby wspólnie odprawiać modły do Boga,  a ten obraz Matki Bożej służył później hitlerowskim żołdakom jako tarcza strzelania do celu. Stanąłem zdumiony, patrząc na pogodne oblicze Matki Boskiej posiekane kulami barbarzyńców. Na lewo w podwórzu ujrzałem pełno grobów, jeden koło drugiego, na niektórych były kartki z nazwiskami. Zaciekawiony zacząłem odczytywać nazwiska, czy aby nie znalazłem najbliższych, których szukałem. Niektóre groby zostały zniszczone przez pociski, które poszarpały i porozrzucały zwłoki. Widok był naprawdę makabryczny, toteż stanąłem z odkrytą głową nad tym strasznym pobojowiskiem i cmentarzyskiem, wspomniawszy jakie niesamowite koleje i męki przechodzili obrońcy i ci co tutaj spoczywają. Po tych wrażeniach, na ul. Kilińskiego spotkałem jednego pana, także poszukującego rodziny, który znał Ludwików i poinformował mnie, iż o ile mu wiadomo, zostali oni wywiezieni do Pruszkowa, a stamtąd podobno do obozu. Po tych smutnych wiadomościach postanowiłem przedostać się na ul. Skórzaną. Często spotykałem ludzi poszukujących rodzin, ale najwięcej widziałem szabrowników z worami na plecach. Tak doszedłem do ul. Skórzanej.

Pierwszą rzeczą co ujrzałem to, że drzwi mojego sklepu były całe, zamknięte na kłódki, tak jak odchodząc je zostawiłem. Ucieszony przyspieszyłem kroku. Podchodząc do drzwi ujrzałem na stopniu przy wejściu do sklepu kobiecą nogę w eleganckim buciku. Widocznie pocisk rozszarpawszy ciało odrzucił nogę, bo zwłok w pobliżu nie zauważyłem. Zaś przy bramie leżały zwłoki żołnierza niemieckiego. Wszedłem do bramy i zobaczyłem całą tylną ścianę rozwaloną i obszerną dziurę w ścianie sklepu. Ma się rozumieć, że żadnych towarów już nie było a urządzenia były częściowo zniszczone. Zobaczyłem też dwóch szabrowników w piwnicy wybierających ze śmieci i gruzów różne przedmioty i towary.

         Postanowiłem jeszcze udać się na Leszno, może się coś dowiem o Lutku i jego losie. Dom zastałem cały wypalony. Dostałem się do jego mieszkania, gdyż klatka schodowa była w całości, lecz w mieszkaniu nic nie zastałem, tylko gołe ściany. Jak dowiedziałem się od Sióstr, które tam miały zakład wychowawczy, że jest im wiadomo, iż Ludwik został z innymi wywieziony do Oświęcimia. Na tym moją pierwszą wyprawę do Warszawy musiałem zakończyć, gdyż zbliżał się wieczór i trzeba było zdążyć na umówioną godzinę, na zbiórkę nad Wisłą. Aby przedostać się przez most musieliśmy długo czekać, aż wojsko nas przepuści. Późno wieczorem wróciłem umęczony do domu. Na następną wyprawę, po kilku dniach, gdy już stanął most drewniany od strony Brukowej wybraliśmy się razem z Krysią.

 

 

 

STRONA GŁÓWNA

 

NOTA BIOGRAFICZNA

 

W WOJENNYM I MIĘDZYWOJENNYM KALISZU

 

| Likwidacja sklepu L. Szuberskiego | Listopad 1916 | Straż Obywatelska | Bractwo Strzelców Kurkowych |

 

 ZE WSPOMNIEŃ KALISKIEGO KUPCA

 

| Organizacja Kupiectwa Kaliskiego | Stowarzyszenie Kupców Branży Broniowo-Amunicyjnej | Szkoła Kupiecka|

 

POLOWANIE NAD PRYPECIĄ

 

WSPOMNIENIA Z LAT WOJNY

 

| Początek okupacji | Wysiedlenie do Warszawy | Powstanie Warszawskie | Warszawa zniszczona |

 

W POWOJENNYM KALISZU

 

| Powrót do Kalisza | Straty wojenne |

 

SPIS CZŁONKÓW I STARSZYCH KONFRATERNI KUPIECKICH W KALISZU RÓŻNYCH LAT

 

CZŁONKOWIE BYŁEJ STRAŻY OBYWATELSKIEJ ZAREJESTROWANEJ W  1937r.

 

NOTA REDAKCYJNA

 

POWRÓT